1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ochronić siebie

Ochronić siebie

fot.123rf
fot.123rf
Jak nauczyć się cierpliwości i wytrwałości, szacunku do siebie i swoich pragnień, miłości do rzeczy prostych, otwartości i spontaniczności? Jak dziś realizować marzenia, znaleźć szczęście? Trudna sztuka. Ale może się udać, jeśli właśnie sztukę potraktujemy poważnie i zrobimy dla niej miejsce w swoim życiu – uważa coach Małgorzata Marczewska.

Łączy pani trzy pozornie odległe światy: coaching biznesowy, rozwój osobisty i sztukę. Dwa pierwsze są dla mnie oczywistymi zasobami pomagającymi w życiu. A sztuka? Co nam daje poza dystansem do rzeczywistości?

Dziś sztuka ma nam do zaoferowania znacznie więcej. Kompletnie zmienił się świat i dotychczasowe definicje już go nie opisują. To bardzo twórczy czas, bo chaos jest żywiołem sztuki. Z jednej strony mamy kryzys, sztuka schodzi więc na daleki plan. Przynajmniej ta wysoka, jak ją zwykliśmy nazywać. Ludzie gonią za pracą, pieniędzmi. Jednocześnie sztuka to rynek, który ma stały wzrost, przez co jest obiektem zainteresowań biznesu. Jednak zupełnie niezależnie, szeroko rozumiana twórczość niepostrzeżenie staje się elementem codziennego życia. Dzięki dostępowi do Internetu praktycznie każdy człowiek ma szansę coś zrobić i podzielić się tym z milionami ludzi. Na skutek tego pojawiają się pytania, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi: Czym jest dziś sztuka? Jaka jest jej rola? Kim jest artysta, twórca?

Ludzie wieszają na YouTube filmiki z własnym udziałem, grają, śpiewają, malują intuicyjnie, robią biżuterię, lepią z gliny, sprzedają w Internecie swoje wyroby, piszą blogi, robią happeningi… Niektórzy mają setki tysięcy fanów. Skąd ten powszechny pęd do tworzenia?

Pojawiła się taka techniczna możliwość. Jest Internet, coraz tańszy profesjonalny sprzęt, programy, warsztaty. A że wyrażanie siebie to jedna z naszych ważnych potrzeb – korzystamy. Wzrost poziomu życia i najnowsza wiedza, choćby z zakresu psychologii, pozwalają patrzeć na człowieka zupełnie inaczej niż do tej pory. Dziś cenimy indywidualność, to, że każdy z nas jest niepowtarzalny. A czym innym jest twórczość, jak nie przejawem tej niepowtarzalności? Sztuka w tym znaczeniu staje się ważnym elementem spełnienia. Dlatego coraz więcej ludzi zaczyna szukać w tej sferze swojego wyrazu. Cechą naszych czasów jest też brak powszechnie uznanych autorytetów, które dawniej stanowiły o być albo nie być artysty, określały, co jest dobre, a co nie. Tak było, gdy kanałów informacji mieliśmy niewiele: dom, środowisko, szkoła, jedno czy dwa media. Teraz są ich tysiące. Informacje docierają do nas na okrągło, zewsząd. Każdy ma szansę znaleźć swoją grupę odbiorców. Z drugiej strony – to zupełnie nieprzewidywalne, bo wszyscy wokół się zachwalają, reklamują. Łatwo się w tym zagubić. Jesteśmy zdani na siebie, jeśli chodzi o ocenę tego, co do nas dociera. A artyści muszą się uczyć, jak się prezentować, by się sprzedać, i jak chronić przy tym swoją wrażliwość. Priorytetem staje się więc dzisiaj kontakt ze sobą. Musimy umieć rozróżnić, co nam samym się podoba, co nam potrzebne, a jakie potrzeby wmawia nam reklama. To wielka zmiana. I wcale niełatwa. Przecież nasza edukacja opiera się nadal na autorytecie, nie zachęca do zadawania pytań, szukania własnych dróg. I w tym właśnie widzę ważną i nową rolę sztuki, a właściwie – tworzenia.

W jakim sensie?

Tworzenie pomaga poznać samego siebie, bo jest świetnym kanałem dla emocji. Działa dwojako: pozwala zarówno dać im wyraz, czyli wypuścić je z siebie w dowolnej formie, jak i nauczyć się je rozróżniać, nazywać. Niewiarygodne, ale ludzie prawie w ogóle nie umieją nazywać swoich uczuć, nie wiedzą, co czują. To jedno z podstawowych zadań na moich kursach. Proszę uczestników, by przez jakiś czas notowali swoje uczucia. I co się okazuje? Bywa, że poziom kontaktu ze sobą to rozróżnienie: czuję się źle i nieźle. Nie przesadzam. Wysyłam im mejlem tak zwane ściągawki, czyli listy słów opisujących uczucia. Pierwsza reakcja to szok: aż tyle ich jest! Oczywiście, my ich wszystkich doświadczamy i tak. Nawet jeśli nie na poziomie świadomym. Szczególnie mocno doświadczamy skutków tego, że ich nie wyrażamy i nie umiemy nazywać. Czujemy jedynie, że jakieś napięcie się w nas pojawia, zbiera od środka, coraz bardziej „źle się czujemy”. Obcując ze sztuką czy tworząc, stopniowo stajemy się własnymi „kiperami emocjonalnymi”, zaczynamy się znać na tym, co się w nas dzieje, uczymy się to przepuszczać.

O konieczności wyrażania uczuć mówi dziś większość terapeutów. A ja zawsze pytam: w jaki sposób? Krzyczeć? Płakać?

Na początek – po prostu wczuwać się i próbować je nazywać. Ale też np. śpiewać albo wziąć kredki i bezpośrednio przenosić to na papier. Znaleźć dla tego, co w nas się dzieje, jakieś ujście. Najważniejsze, by w ogóle zapytać się siebie: Co teraz czuję? Jak mogę to wyrazić? I pozwolić się poprowadzić własnej kreatywności. Umysł znajdzie odpowiedź na każde pytanie. Gdy poproszę samą siebie: narysuj, co czujesz, wyraź to kolorem, kształtem, mój mózg to zrobi, ręka posłucha. Jeśli będę systematycznie „wyjmować” z siebie to, co czuję, jakoś to uzewnętrzniać, stopniowo nauczę się swoich reakcji, przestanę się ich bać czy je oceniać, a zacznę się nimi fascynować, może nawet zobaczę w nich tworzywo dla twórczości? Świat nie jest jednoznaczny. To my go zmieniamy, zadając mu perspektywę. Nasz mózg jest największym twórcą. Jeśli więc zadajemy mu zadanie: wszystko jest beznadziejne i szare, to taki świat będziemy widzieli wokół. A takie mamy myśli przytłoczeni ciężkimi emocjami, których nie rozumiemy.

Patrzymy, jakbyśmy założyli sobie filtr.

W tym sensie sami tworzymy swoją rzeczywistość. Jesteśmy twórcami swojego życia, czy sobie to uświadamiamy, czy nie. Niestety, nasz system edukacji nie uwzględnia kształcenia inteligencji emocjonalnej. Tymczasem dziś to najważniejsza sprawa. Żyjemy pod coraz większą presją czasu, osiągnięć, sukcesu, rozwoju. A to przecież przede wszystkim presja emocjonalna. I zamiast uczyć się siebie i oswajać te emocje, uczymy się wytrzymywać życie i nie czuć. Ze smutkiem obserwuję, jak ludzie, którzy wiele osiągnęli, nie umieją się tym cieszyć. Nie wiedzą, że to efekt tego blokowania trudnych uczuć. Umysł nie wartościuje emocji jak my. Dla niego wszystkie są potrzebne. Więc jeśli staramy się nie przeżywać niektórych, umysł odcina nas od wszystkich. Niby jest OK, nie dajemy się zranić, spływa po nas, jak to mówią. Ale też nie dajemy się wesprzeć. Nawet jeśli ktoś nam okazuje emocje, wsparcie, my tego nie czujemy. Nie umiemy. Bo się znieczuliliśmy emocjonalnie. Zabawa w tworzenie, sztuka może nas więc na nowo nauczyć czuć, a dla mnie czuć to znaczy żyć.

Dla mnie fascynujące jest to, że mogę coś stworzyć. Na przykład zrobić bransoletkę czy wydziergać coś na szydełku.

Tak też może działać sztuka. Jako pasja. Niektórym ludziom niezbędne jest poczucie, że coś tworzą. Wracają z pracy do swojego świata. Coś namalują, porobią zdjęcia, coś napiszą, tak dla siebie – to ich spełnia, sprawia im radość, relaksuje.

Szkoda, że często sami blokujemy sobie ten dostęp: to głupie, nie umiem, nie mam czasu, po co to.

W nasz system edukacji również wpisane jest to, że wszystko musi być po coś. Takie podejście wzmacniane jest przez biznesową część naszego świata, dla której liczą się wyłącznie wyniki. Sztuka jest inną formą. Artysta nie zakłada wyniku, tylko tworzy i patrzy, co się pojawi. Nie musi niczego rozumieć, biorąc do ręki pędzel. Często robi coś właśnie po to, by lepiej zrozumieć albo poczuć. Może mieć przebłyski, jakąś wizję, ale ostateczny efekt często zaskakuje. Twórczość pielęgnuje w nas ciekawość i ćwiczy jakość niemal zapomnianą: podążania za procesem, reagowania na to, co przynosi chwila, spontanicznie i bez oczekiwań. Ta umiejętność pomaga się nie wypalić. Twórcze życie to umiejętne korzystanie z obu obszarów: wyznaczania sobie celów i dążenia do nich oraz umiejętności odpuszczania, reagowania na to, co się pojawi.

Widzę to jako improwizację, taniec pomiędzy tymi dwoma skrajnymi podejściami.

To wiąże się z jeszcze jedną rzeczą: twórczość oswaja nas z uczuciem dyskomfortu. Warto ten stan polubić, bo nie da się go uniknąć. Rozwój to zmiana, a zmiana możliwa jest wyłącznie wtedy, kiedy wychodzimy poza strefę komfortu, czyli miejsce, w którym czujemy się bezpiecznie i kontrolujemy sytuację. Powiedzmy, że chcę rysować, ale uważam, że nie umiem albo nawet tak jest. Będę niezręcznie rysowała ten kwiatek i pewnie będę też niezadowolona z efektu. Wiąże się z tym wiele nieprzyjemnych doznań. Ale artystów uczy się przede wszystkim tego, że to nie ma znaczenia. Mają po prostu ruszać ręką, rysować tak długo, aż ręka nauczy się ruszać niemal sama. Dopiero wtedy myśli się o efekcie. Tak oswaja się ten stan. Rozmawiałam kiedyś o tym z pewnym człowiekiem, bo miałam ochotę nauczyć się rysować. Wziął do ręki długopis i zaczął mazać, mazać, mazać, aż wyszła z tego róża. Artystów się uczy innego toku spraw, wychodzenia od procesu twórczego, nie myślowego. Nas uczy się wychodzenia z procesu myślowego i wykonywania zadania. Możemy się od siebie wzajemnie uczyć.

W dodatku każdy to, co zrobimy, może odebrać inaczej. Dla jednego to będzie róża, a dla innego kłębek wełny albo bohomaz.

Sztuka to forma zabawy – jeśli umiemy się otworzyć na ten poziom. Można ją traktować jak narzędzie poznawcze, które pozwala na eksplorację nowych obszarów, uczy nas siebie, np. tego, że rzeczy są względne i nie ma jednej prawdy: my mamy swoją, a ktoś obok może mieć zupełnie inną i one współistnieją. Jest taka książka „Myśleć jak Leonardo da Vinci...”, która proponuje sporo fajnych ćwiczeń. Na przykład przerysowywanie skomplikowanych obrazów do góry nogami. Jest tam słynny portret Leonarda da Vinci. Ciekawa rzecz: kiedy ludzie stawiają go do góry nogami i w ten sposób przerysowują, zwykle wychodzi dobry rysunek. Ale kiedy postawią go normalnie, większość jest niezadowolona z efektu. Okazuje się, że nie trzeba specjalnie umieć rysować, wystarczy widzieć linie i punkty, żeby dobrze coś odwzorować. Ale jeśli chcemy coś narysować tak, żeby to było coś konkretnego, budzą się nasze przekonania na ten temat, które realnie wpływają na efekt.

Czyli kiedy nie myślę, że rysuję, to rysowanie wychodzi mi lepiej?

To też pokazuje, jak jesteśmy przywiązani do tego, by było zrobione „ładnie”. Ma wyjść identycznie, a jeśli nie wychodzi, to źle. Bo od małego uczy się dzieci rysować takie same drzewka, a nie uczy się je rysować i patrzeć, jakie drzewko im dzisiaj wyjdzie.

Często pytam ludzi w akademiach, z czym im się kojarzy uprawianie sztuki. Z rolą, harówą, ale zawsze z jakąś powtarzalnością, wysiłkiem i rytmem. Warunkiem uprawiania sztuki jest dyscyplina. To dopiero budzi sprzeciw. Bo sztuka to przecież wolność, lekkość, robię, co chcę. A tymczasem sztuka uczy nas dyscypliny. Kto wie, może to największa nauka z niej płynąca. Dyscyplina się ludziom kojarzy z karą, więc jej nie lubią. A to przecież wyraz szacunku, dotrzymanie słowa danego samej sobie, że będę poświęcała czas temu, co mnie fascynuje, co jest dla mnie ważne. Nie odpuszczę, bo mi nie idzie, bo jestem zmęczona. I jeszcze zauważę, co mnie dzisiaj zaskoczyło, co mi wyszło, jak mi było. Chyba największym ryzykiem dzisiejszego świata jest iluzja łatwości dostępu. Wydaje nam się, że wszystko jest w zasięgu ręki i natychmiast, wystarczy kliknąć – tak wychowane jest nowe pokolenie. Tymczasem rzeczy naprawdę cenne wymagają wysiłku i dyscypliny. Pielęgnowanie roślin, przyjaźń, związki, marzenia. Szczęście wymaga dyscypliny. Żeby w ogóle dojść do poziomu sztuki, trzeba się nauczyć robić rzeczy proste. I umieć cieszyć się samym procesem. Żeby coś wyrzeźbić, trzeba nauczyć się trzymać dłuto i młotek, trzeba się pobrudzić, potłuc sobie paluchy. Każde marzenie składa się z wielu czynności pozornie z nim niezwiązanych. Ta świadomość jest bezcenna. To podstawa sukcesu. Jeśli chcemy się czymś zająć na serio, dyscyplina i akceptacja, trwanie w dyskomforcie, ciekawość procesu, szacunek do siebie i swoich emocji są niezbędne. Samo zapatrzenie w cel nie wystarczy.

Nie pomaga czuć się szczęśliwym.

Świat zewnętrzny może zaspokoić nasze potrzeby emocjonalne jedynie w pięciu procentach. Pozostałe 95 procent musimy zaspokoić sami. Dlatego ci, którzy czekają, aż im się zdarzą pewne fakty albo pojawią się jacyś „oni”, którzy dadzą im szczęście – spędzają życie na czekaniu. Bardziej świadomi ludzie sami tworzą dla siebie szczęśliwe życie.

Małgorzata Marczewska certyfikowany coach i trener. Pracuje z biznesmenami, ale też twórcami i projektantami. Wykłada artcoaching w Warszawskiej Szkole Filmowej. Realizuje autorski projekt LifeDesigner, portal i aplikacje mobilne przeznaczone do projektowania własnej przyszłości, rozwijające kształtowanie życiowej przestrzeni wewnętrznej i zewnętrznej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Art coaching - uruchom swoje twórcze ja

Wszyscy jesteśmy twórcami. Art coaching daje ludziom możliwość sprawdzenia, co jest im najbliższe, jaka metoda daje ujście ich ekspresji i najdokładniej ich wyraża. Poprzez akt twórczy następuje także samouzdrowienie. (Fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy twórcami. Art coaching daje ludziom możliwość sprawdzenia, co jest im najbliższe, jaka metoda daje ujście ich ekspresji i najdokładniej ich wyraża. Poprzez akt twórczy następuje także samouzdrowienie. (Fot. iStock)
Jeśli dopuścisz do głosu twórcze „ja”, ono nada kształt pragnieniom i lękom, a twoje życie nabierze własnego, niepowtarzalnego rysu. Tego uczy art coaching. Z Maciejem Bennewiczem rozmawia Katarzyna Kozakiewicz.

Czym jest art coaching?
Art coaching zaprasza człowieka do takiego świata, którego on już często nie pamięta. Daje mu plastelinę, farby, klej i proponuje coś z tego zrobić. Dzięki temu zostają pobudzone te pokłady w mózgu, które są odpowiedzialne za kreatywność, twórczość. Dorosły człowiek budzi swoje Wewnętrzne Dziecko i zaprasza je do zabawy, do wałęsania się po innych przestrzeniach niż te, w których jest na co dzień. Powoduje to naturalne zespolenie się z własnymi zasobami i otoczeniem. To najprostsza droga do wyjścia poza schemat, do tego, aby zobaczyć rzeczy z innej perspektywy, w innym świetle. Coach poprzez techniki artystyczne zaprasza klienta do zrobienia czegoś inaczej.

I do zabawy.
To naukowo stwierdzone, że potrzeba 10 tysięcy godzin aktywnego ćwiczenia, żeby uzyskać w czymś mistrzostwo. Jednak naukowcy odkryli też, że jeśli uczymy się lub ćwiczymy, dobrze się przy tym bawiąc, to mistrzostwo pojawia się znacznie szybciej. Czyli stan zabawy, wolności sprzyja szybkiemu uczeniu się. Badacze, tacy jak António Damásio, Vera F. Birkenbihl czy Temple Grandin, dowiedli, że człowiek w momencie zabawy jest najbardziej kreatywny. Doszli do wniosku, że ludzie mają zakodowaną w sobie sekwencję szukania, potrzebę doświadczania nowych rzeczy, tzw. chęć podważania zamkniętego wieczka. Możemy funkcjonować zgodnie z tą sekwencją, co prowadzi do radości i spełnienia. Albo możemy funkcjonować w sekwencji mniejszego lub większego lęku. Lęk zawsze prowadzi do automatyzmu, znieruchomienia, agresji albo ucieczki. Jeśli człowiek pozostaje w takim stanie, to ma ograniczony dostęp do ciekawych pomysłów, nie może w pełni się rozwijać. Większość działań wykonuje schematycznie. Ludzie, którzy na co dzień funkcjonują na zasadzie „jest możliwe tylko jedno właściwe rozwiązanie”, nie mają dostępu do swojej kreatywności. Przeciwieństwem schematu jest dobra zabawa, możliwość przekraczania granic. Im częściej działamy bez lęku, potrafimy się bawić, tym bardziej jesteśmy ciekawi świata.

Co zrobić, żeby mieć mniej lęków i większą otwartość na zabawę?
Przypomnieć sobie, w jaki sposób wyglądał świat, gdy byliśmy dziećmi. Jeśli pamięć nas zawodzi, można poobserwować dzieciaki w naszym otoczeniu – swoje, sąsiadów, w domu, na podwórku. Jak funkcjonują, jak widzą rzeczy, jak ich doświadczają. Dzieci lubią się wałęsać, są w nieustającym ruchu. Stan dziecięcego wałęsania jest stanem naturalnym. Dzieci oczywiście też mają lęki, ale najczęściej ciekawość bierze nad nimi górę. Potrafią przekraczać granice swojego lęku, aby doświadczyć czegoś nowego. Czasami bywa to niebezpieczne, ponieważ nie znają jeszcze żadnych granic. I tu pojawia się dobrze zrozumiana rola rodzicielska – pokaż, opowiedz, naucz, ale nie kontroluj. Rodzice mogliby uczyć się od swoich dzieci tego, o czym sami zapomnieli.

Część ludzi mniej lub bardziej świadomie zaczyna odczuwać, że wyskoczenie z codziennego schematu jest ważne. Być może dlatego my, Polacy, tak bardzo pokochaliśmy podróże. Naszych rodaków można spotkać w najdalszych zakątkach świata. Wielu polskich podróżników to prawdziwi globtroterzy, nie wyjeżdżają gdzieś tylko po to, by leżeć nad basenem, ale raczej po to, żeby poznać, doświadczyć czegoś innego, nowego. Podróż jest często wyjściem ze strefy komfortu, czyli bezpiecznego, znanego obszaru. W wyniku robienia nowych rzeczy tworzą się nowe połączenia w mózgu, co pomaga odkrywać siebie.

Na kursach art coachingu uczestnicy korzystają z wielu środków ekspresji artystycznej – rysowania, malowania, pisania, lepienia… W jaki sposób zmienia to czyjeś postrzeganie?
Pobudza twórczą część jego umysłu. Z dużym uproszczeniem możemy powiedzieć, że w mózgu mamy dwie struktury – umysł analityczny, czyli umysł inżyniera, oraz umysł twórczy. Z badań wiemy, że ten twórca jest nieśmiały i niemy, bardziej operuje obrazem, skojarzeniem. Nowa kora mózgowa i płat czołowy, który wykształcił się ewolucyjnie najpóźniej – dały człowiekowi mowę, czyli środek do precyzowania myśli. Dzięki mowie uruchomiły się też funkcje analityczne, zaczęliśmy się określać, nazywać, ale jednocześnie nasze mechanizmy twórcze zostały wyciszone przez racjonalizm. To oznacza, że w momencie, kiedy podejmujemy decyzję, mamy potrzebę, aby ją sobie uzasadnić logicznymi argumentami. Wygadany intelektualista w nas jest w stanie wszystko przegadać, uargumentować. To smutne, ale w dzisiejszych czasach język nie służy temu, żebyśmy się lepiej rozumieli, tylko żebyśmy się lepiej okłamywali.

Kiedy wykonujemy twórcze aktywności – rzeźbimy w glinie, malujemy, tworzymy, wykorzystujemy ekspresję ciała czy słuch – dopuszczamy do głosu kreatywną część, zapraszamy naszego niemego twórcę, aby znalazł własny język. Znajdujemy właściwy kanał ujścia ekspresji dla Wewnętrznego Dziecka, uczymy się komunikacji z tą zapomnianą, stłamszoną, a jakże istotną częścią siebie. Ma nam ona do powiedzenia ważne rzeczy – jak poprawić życie, od czego zacząć, co robić dalej. Im rzadziej dopuszczamy do głosu kreatywną część, tym bardziej jesteśmy schematyczni, a im bardziej jesteśmy w schemacie, tym częściej jesteśmy nieszczęśliwi. W świadomości człowieka odbywają się nieustające dialogi pomiędzy naturalnym talentem a tym, co mu kazano robić. Im więcej dookoła nakazów, zakazów, schematów, norm – tym więcej tracimy energii na spieranie się ze sobą. Często czego innego byśmy chcieli, a co innego podpowiada nam tzw. zdrowy rozsądek. Wtedy rodzi się frustracja.

Nieszczęśliwi ludzie to ci, którzy stracili kontakt z twórczą częścią siebie?
Jest taka piękna historia, która znakomicie to obrazuje. Byli sobie dwaj chłopcy, którzy mieszkali w tym samym bloku, tej samej klatce i bardzo się przyjaźnili. Obydwaj grali w piłkę nożną. Jeden z chłopców, powiedzmy Krzyś, był uzdolnionym zawodnikiem, grał lepiej niż jego kolega, powiedzmy Marianek. Krzyś był synem wdowy, jego ojciec był kolejarzem. Mama nieustannie mu powtarzała, że piłkarz to żaden zawód, że może się pobawić z chłopakami, ale życie to nie zabawa i musi zostać kolejarzem. Jego ojciec i dziadek byli kolejarzami, więc on też kolejarzem zostanie. Tymczasem rodzice Marianka pozwolili mu na realizację swoich pragnień i Marianek został jednym z najlepszych piłkarzy w Polsce. Krzyś został kolejarzem i oglądał swojego kolegę w telewizji, pogrążony we frustracji i niespełnieniu. Jak wielu spośród nas jest takimi kolejarzami? Bo mama, dziadek, środowisko czegoś chcieli, oczekiwali…

I nie chodzi tu tylko o artystyczne spełnianie się?
Też, ale głównie o wyrażanie siebie, swoich pragnień i potrzeb. Jest mnóstwo pism o dekoracji wnętrz. Kiedy ludzie patrzą na te propozycje z perspektywy inżyniera – czują chęć dorównania innym, zaimponowania, chęć zbudowania prestiżu społecznego – to na tej podstawie dokonują wyboru, jaki chcą mieć dom. Wystarczyłoby, żeby uruchomili w sobie twórcę, a znaleźliby swój własny styl i nie potrzebowaliby prestiżowego magazynu, który narzuca, co i jak powinno wyglądać. Nie potrafią tego zrobić, dlatego tak łatwo ulegają modzie.

Co z tymi, którzy uważają, że nie mają takich zdolności? Co z księgową, która jest księgową nie dlatego, że ojciec kazał, ale dlatego, że liczby są jej wielką pasją? Nie zna się na kolorach, nie wie, które barwy ze sobą współgrają i które elementy wystroju do siebie pasują.
Nie istnieją ludzie, którzy nie mają twórczych zdolności. Oczywiście, mogą mieć większe uzdolnienia w liczeniu czy pisaniu niż malowaniu, jednak mając kontakt ze swoim niemym twórcą, będą w stanie jasno określić, czego potrzebują, co im się naprawdę podoba, co do nich pasuje – i nie musi to być wcale zgodne z obowiązującym obecnie kanonem.

Wszyscy jesteśmy twórcami. Operując różnymi technikami – plastyką, ruchem, muzyką, pisaniem – art coaching daje ludziom możliwość sprawdzenia, co jest im najbliższe, jaka metoda daje ujście ich ekspresji, jaka najdokładniej ich wyraża. Poprzez akt twórczy następuje także samouzdrowienie. Większość artystów – w mniej czy bardziej świadomy sposób – uzdrawia się poprzez swoją sztukę, terapeutyzuje. W jaki sposób to się dzieje? Otóż wewnętrzny twórca nadaje kształt – często nieuświadomionym – pragnieniom, lękom czy nawet traumom. Spora część lęków prześladuje nas, ponieważ jest nieuświadomiona, nienazwana. Jeśli nadamy im kształt, to będziemy umieli je rozpoznać. A skoro będziemy wiedzieli, czym są, będziemy potrafili sobie z nimi poradzić.

A jakieś proste ćwiczenie dla czytelników?
Można spróbować określić swój cel za pomocą wiersza albo rysunku. Najlepiej zacząć od małych form ekspresji, które dają nam radość. Użyć innego języka niż język werbalny w kontakcie ze sobą, np. w sytuacji ustalania celów. Taki rysunek czy wierszyk może być wstępem do spełnienia marzeń, bowiem nasz inżynier, czyli mózg racjonalny, dostanie jakiś zarys, konkret tego, czego pragniemy, i będzie mógł zrobić resztę, czyli doprowadzić nas do celu.

Maciej Bennewicz, menedżer, trener, coach, socjolog po UW, dyrektor programowy Norman Benett Academy, organizacji kształcącej zawodowych trenerów i coachów; autor licznych poradników na temat coachingu.

  1. Psychologia

Szczęście jest zaraźliwe. Jak się nim dzielić?

Największym darem, jaki możemy komuś ofiarować, jest wyrażenie tego, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, uszczęśliwia, bo w ten sposób przekazujemy tę pałeczkę szczęścia dalej. (Fot. iStock)
Największym darem, jaki możemy komuś ofiarować, jest wyrażenie tego, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, uszczęśliwia, bo w ten sposób przekazujemy tę pałeczkę szczęścia dalej. (Fot. iStock)
Największy dar, jaki możemy komuś ofiarować, to wyrazić to, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, bo w ten sposób przekazujemy pałeczkę szczęścia dalej – mówi trenerka rozwoju osobistego Małgorzata Jakubczak.

Dlaczego o wiele łatwiej nam wyrzucić z siebie złość, niż podzielić się z kimś radością? Czasem zachowujemy się tak, jakby radość była czymś wstydliwym.
W dramatycznych sytuacjach, w których targają nami trudne emocje, wspiera nas chemia, czyli hormony stresu. Działają one tak silnie, że reagują niejako za nas. Natomiast w sytuacjach emocjonalnie mniej gwałtownych do głosu dochodzi serce, czyli coś niezwykle intymnego. Kiedy poczujemy się wspaniale, spokojnie, bezpiecznie, kiedy doświadczamy stanów wzruszenia, wdzięczności, szczęśliwości, to jest to coś tak osobistego, co dotyka naszych najgłębszych pokładów odczuwania, że trudno nam dopuścić do tego innych ludzi.

Żeby dzielić się uczuciami z drugim człowiekiem, trzeba się najpierw przed nim otworzyć. A my się tego boimy.
To po pierwsze. A po drugie – tak naprawdę wzrusza nas i raduje to, co jest związane z naszymi najgłębszymi pragnieniami i wartościami. Kiedy mówimy o tym, co nas cieszy, to tak naprawdę mówimy o tym, co jest dla nas bardzo ważne. Oto dostąpiliśmy radości, która wynika z zaspokojenia naszych wartości i potrzeb. Moim zdaniem może rodzić to swego rodzaju wstydliwość. Po trzecie – nie mamy za dużego doświadczenia w wyrażaniu uczuć, w których nie chodzi o zmienianie drugiego człowieka. Bo kiedy się na kogoś złościmy, to tak naprawdę naszą ukrytą motywacją jest chęć zmiany osoby, wobec której złość wyrażamy. A w momencie, kiedy mówimy: „Jestem uradowana, szczęśliwa, rozczulona” – to niczego od nikogo nie chcemy, poza tym, żeby się podzielić dobrym słowem, radością. Nie mamy wtedy poczucia, które tak naprawdę jest ułudą, że możemy jakoś zarządzać sytuacją (takie poczucie mamy, gdy się złościmy). Wyrażenie radości niczego nie zmienia na poziomie faktów – nikt nie zacznie przepraszać, ubolewać, wstydzić się, więc nie stanie się nic takiego, co mogłoby dać nam poczucie sprawczości. Myślę, że to dlatego wyrażanie radości jest takie trudne.

Powinniśmy pamiętać, że złość zawsze rodzi złość, a uśmiech – uśmiech.
To prawda. Jesteśmy bowiem genetycznie wyposażeni w tak zwane neurony lustrzane, które sprawiają, że mamy naturalną zdolność do empatii, do odczuwania tego, co czuje drugi człowiek. Czyli w momencie, kiedy ktoś cierpi, my też współcierpimy, a gdy ktoś się raduje, my też zaczynamy się radować. To dlatego dzielenie się radością, wdzięcznością, szczęściem jest takie cenne. Tak naprawdę największym darem, jaki możemy komuś ofiarować, jest wyrażenie tego, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, uszczęśliwia, bo w ten sposób przekazujemy tę pałeczkę szczęścia dalej.

To bardzo twórcze zadanie!
Także wartościowe i cenne społecznie. Ludzie, którzy wyrażają otwarcie dobre uczucia, multiplikują je tak, jak się multiplikuje wszystko, w czym się synergicznie uczestniczy. W ten sposób pozwalamy radości płynąć szerokim strumieniem.

Do wyrażania ciepłych uczuć potrzebne są jednak jakieś narzędzia, a my ich nie mamy.
Pierwszym krokiem jest oswojenie słów, które pomogą nam powiedzieć, że na przykład czujemy rozrzewnienie, wzruszenie, wdzięczność, radość, ulgę, szczęście. Bez słów trudno wyrazić to, co czujemy. Uważam, że powinniśmy uczyć się mówienia zdań typu: „Bardzo się cieszę. Jestem ci wdzięczna. Mam dla ciebie dużo uznania. Ufam ci”. Jeżeli będziemy ćwiczyć się w ich używaniu, jeżeli powtórzymy je raz, drugi, trzeci, to zadomowią się w naszym aktywnym słowniku, co z kolei spowoduje, że następnym razem łatwiej nam będzie po nie sięgnąć. Rada więc jest bardzo prosta: dzielić się przyjemnymi uczuciami z jak największą liczbą osób.

Pokazałaś mi w praktyce, jak to się robi. Kiedy zadzwoniłam do ciebie po miesiącach milczenia, nie zareagowałaś wyrzutem, tylko wykrzyknęłaś z radością: „Jak się cieszę, że dzwonisz!”. Dlaczego jedni potrafią okazywać radość, a inni nie?
Myślę, że ma to związek z poziomem samoświadomości. Wierzę, że kiedy człowiek jest bardziej świadomy siebie, tego wszystkiego, czego doświadcza, jaką moc ma nasz umysł, to po prostu wie, że każdą sytuację, na przykład to, że ktoś nie dzwoni przez rok, można zobaczyć i zinterpretować na sto sposobów. Ja wolę wybierać jasną stronę życia.

Można się tego nauczyć?
Być może są tacy ludzie, którzy rodzą się optymistami. Natomiast ja wierzę, że to jest nie tylko kwestia osobistych wrodzonych predyspozycji, ale również rozwijania określonych kompetencji osobistych. Jako nauczycielka mindfulness chcę podkreślić, że trening umysłu wpływa na nasze postrzeganie świata, zarządzenie uwagą i emocjami oraz świadome wyrażanie siebie. W każdej sytuacji możemy dostrzec coś okropnego albo coś dobrego. Im bardziej człowiek jest świadomy siebie samego, swoich uczuć, tym bardziej dostrzega, że ma wpływ na rzeczywistość, że tak naprawdę sam dokonuje wyboru, gdzie skieruje uwagę: czy na to, co niefajne, czy na to, co fajne.

Ktoś może zapytać: a dlaczego mam nie kierować uwagi na to, co niefajne?
Dlatego, że uwaga jest rodzajem energii życiowej, która wzmacnia to, na czym się skupiamy. Jeżeli kieruję uwagę na przykre aspekty sytuacji, to tym samym niejako automatycznie je wzmacniam. I odwrotnie – jeżeli zaakcentuję swoją uwagą radość, przyjemność, wyjątkowość, to z kolei wzmacniam te aspekty życia. Zawsze potęguję to, na czym się skupiam. Życzenia, komplementy, wyrażanie dobrych uczuć – to nie są tylko czcze, dekoracyjne słowa, one mają moc. Wyrażając je, inwestujemy swoją życiową energię w coś dobrego.

W pozytywnej energii wszyscy poczujemy się lepiej i może choć trochę ten świat stanie się lepszy.
Jeśli potrafimy wyobrazić sobie, że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni, że tworzymy łańcuch współzależności, to można bardzo łatwo sobie wyobrazić, że kiedy pani A nakrzyczy na niżej postawioną w hierarchii panią B, to pani B będzie w pracy niemiła dla podwładnych...

To klasyczna „kolejność dziobania”.
Ale tak samo działa kolejność uśmiechania się! Jeżeli pani A uśmiechnie się serdecznie do pani B, to ona będzie miła w pracy i na koniec dnia sto osób będzie zadowolonych. Ktoś jednak musi zacząć.

Małgorzata Jakubczak trenerka rozwoju osobistego, pierwsza w Polsce nauczycielka MBSR (Mindfulness Based Stress Reduction), programu opracowanego przez zespół pod kierunkiem profesora Jona Kabata-Zinna. Prowadzi Polski Instytut Mindfulness.

  1. Seks

Coaching na dobry seks - sięgnij do poziomu duchowości

To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Coach pomoże ci zmienić życie intymne. Maciej Bennewicz twierdzi, że aby udoskonalić ten obszar, trzeba sięgnąć do poziomu duchowości. Nowy wibrator nie wystarczy.

Gdzie się zaczynają nasze problemy z seksem?
Na poziomie przekonań, na przykład takich, że grzeczne dziewczynki powinny robić to a to. Jak tego nie robią, to są niegrzeczne, a takich nikt nie lubi. Podobnie rzecz się ma z miłymi chłopcami. Inne typowe przekonania: facetom chodzi tylko o jedno, a kobiety to materialistki. Co jeszcze? Kobieta musi zaspokajać męża, żeby nie szukał przyjemności poza domem i to, że o cipkach czy ptaszkach się nie rozmawia.

To są takie gotowe copywriterskie hasła, które na poziomie zwerbalizowanym działają w naszej świadomości. Najczęściej wpajają je nam rodzice, bo sami w nie wierzą. Ale przekaz nie zawsze jest tak otwarty. Kiedy babcia skarży się: „dziadek mnie zbałamucił”, prawdziwy przekaz brzmi: „seks to nic dobrego, mężczyzna musi nakłonić cię do niego podstępem”.

Coach pracuje więc trochę jak psychoterapeuta: szuka przyczyn postaw i przekonań?
Psychologia zajmuje się badaniem, co spowodowało, że jesteś, jaka jesteś, a twój partner jest taki czy inny. Bazuje na dawnych wydarzeniach, analizuje. I na przykład buduje czarno-biały obraz  dobrej i złej dziewczynki, zakazanych pragnień seksualnych i pragnień dopuszczalnych. Jest to obraz wewnętrznie sprzeczny, napięty. Coaching uważa ten podział za sztuczny i nieużyteczny. Operuje zupełnie innym konceptem, mówi: „Zobacz, to są tylko wzorce, mapy. One są jedynie opisem pewnego kontekstu”.

Czyli?
Poglądy są pewnym zestawem pojęć, które w toku wychowania przyjmujemy za absolutną prawdę. Ale otrzymany w domu zestaw założeń, lęków i ograniczeń na temat seksu jest tylko jednym z wielu obrazów rzeczywistości. Warto go zmieniać, kształtować, poddawać obróbce – bo to jest dla nas użyteczne. I może się okazać, że trzeba zmienić koncepcję własnej płci czy komunikacji, by lepiej realizować swoje potrzeby. Możemy więc zapytać siebie: „Czy to, co myślę o danym zachowaniu seksualnym, pozwala mi się czuć tak, jakbym chciała? Czy przybliża mnie choć o krok do szczęścia? Czy raczej hamuje i ogranicza? Zasmuca, odbiera nadzieję? W jaki sposób mogę udane życie seksualne pogodzić z rolą żony i matki? Jak to urealnić?”.

A więc to, czego uczyli nas mama i tata, nie jest prawdą?
Im więcej podróżujemy, poznając inne kultury, miejsca i podejścia, tym częściej dochodzimy do wniosku, że świat jest bardziej zróżnicowany, niż nam się wydawało. I że jest więcej rozwiązań niż zestaw przykazań, obowiązków i wzorców, który odziedziczyliśmy po przodkach. Dlatego, jeśli coś nie jest użyteczne, warto to zmienić.

Miałem kiedyś w coachingu relacji parę po 30. Ona z małej podwarszawskiej miejscowości, siedmioro rodzeństwa, rodzina rolniczo-rzemieślnicza. Nigdy nie widziała rodziców nago. Najbardziej nagie były nogi, myte po całym dniu pracy. Jest świetnie wykształcona, pracuje w korporacji. On to jedynak, syn dwojga trenerów – siatkarki i koszykarza. Od maleńkości mył się pod prysznicem z całą kadrą siatkarek lub koszykarzy. Nie pamięta czegoś takiego jak dom, bo ciągle był z rodzicami na spartakiadach. Jego rodzina to kilkadziesiąt osób, był maskotką obu drużyn, przytulany i hołubiony przez wszystkich. Dla niego nagość jest całkowicie naturalna, wobec obu płci. Pracuje w tej samej korporacji, co ona. Są razem. Tylko że ona wieczorem zakłada koszulę, zaciąga żaluzje i może się kochać tylko pod kołdrą, a już kilka miesięcy po ślubie chce dziecka, bo to przecież naturalna kolej rzeczy. Współżycie dla niej to okazja do wywiązania się z obowiązku macierzyństwa, i to do 12 miesięcy po ślubie, inaczej cała wieś będzie się dopytywać, co jest nie tak. Dla niego to czysta abstrakcja! On tęskni do widoku jej ciała, chce seksu nieskrępowanego, jak sport. Walczą więc ze sobą i ranią się nawzajem, bo obojgu się wydaje, że to ich świat jest słuszny i prawdziwy.

Rozumiem, że żyjąc w tak różnych światach, nie mają szans na porozumienie w sypialni?
Nie będą w stanie naprawdę się spotkać dopóty, dopóki nie zrozumieją, że różnią się ich mapy pojęciowe, które ukształtowały ich wzorce seksu, małżeństwa i rodzicielstwa. Tak długo, jak tego nie zobaczą, będą zakładać, że to, co się nie układa, to zła wola jego lub jej – a o przyjemności w łóżku będą mogli zapomnieć.

Przeczuwam tu przesłanie, by zmieniać siebie, a nie świat zewnętrzny…
Ważny jest element odpowiedzialności, czyli stwierdzenie: „To ja odpowiadam za stan, w jakim jest moje życie erotyczne. Jeśli nie zmienię siebie, to nic się tak naprawdę nie zmieni – nawet, jeśli będę zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiam seks”. W coachingu istnieje taki koncept, że człowiek funkcjonuje na kilku poziomach. Jest jak góra lodowa: nad powierzchnią wody znajduje się jej czubek, czyli poziomy płytkie: najbardziej podstawowy poziom środowiska, potem poziom zachowań i poziom umiejętności. Pod powierzchnią są z kolei głębokie poziomy: przekonań i wartości, tożsamości i najbardziej głęboki – duchowości, zwany też poziomem misji. Większość zmian, na które wpadamy, to zmiany płytkie, adresowane do powierzchownych poziomów. Kupno nowego wibratora, seks w hotelu, zapalenie świec – to zmiany na poziomie środowiska. Opanowanie pieszczot oralnych – na poziomie umiejętności. Żadna z tych zmian nie przebudowuje fundamentalnych, głębiej położonych struktur.

Takie zmiany nic nie dają?
Czasem pomagają. Na przykład partner nie wiedział, że kiedy krzyczy, budzi w partnerce lęk. Potrzebuje więc po prostu zmienić swoje zachowanie. Przejawiać więcej czułości, kupować kwiaty i nie podnosić głosu, a ona zacznie być znacznie bardziej receptywna. Czasem prosta zmiana może coś odmienić – jeśli kłopot polega na tym, że ludzie np. kochają się w stresie, bo za ścianą śpią teściowie. Ale zwykle problem leży dużo głębiej. Jeśli „pod powierzchnią wody”, w tym nieuświadamianym obszarze, dzieje się coś, co dyktuje, że seks jest zły, to zdeterminuje to, co mamy „nad powierzchnią wody”.

I seks nie będzie dawał frajdy?
Przekonania i wartości zasilają głębsze poziomy pomysłami czy umiejętnościami, ale też stanowią coś w rodzaju membrany, która przepuszcza lub nie. Przykładowo myślisz o czymś: „to trudne”. Niby maleńkie dwa słowa – a jaka magia, jaki silny bodziec dla umysłu! I już nie potrafisz zbudować szczęścia, bo to przekonanie podpowiada: „to trudne”. Bo trudno być czułym. Bo trudno mieć orgazm. Trudno jest dogodzić kobiecie. Trudno jest w moim wieku, z moją budową… Nie ma przepływu ku górze, bo przekonania nie puszczają. Możesz mieć na poziomie tożsamości zapisane: „mężczyźni są OK” lub „warto się komunikować, warto być czułym i eksperymentować”, lecz z poziomu przekonań i wartości zaraz idzie komunikat: „ale w moim wieku, z moją nadwagą, z moją urodą, z moimi biodrami – to trudne” i nie przepuszcza do innych poziomów.

I klops, bo już wiem: będę wyglądała głupio w peniuarze...
Właśnie! I on na pewno cię wyśmieje albo na pewno wam nie wyjdzie. I jeśli na poziomie tożsamości masz zapisane: „katoliczki tak się nie zachowują” czy „jestem grzeczną dziewczynką”, to te dwa przekazy nakładają się, wzajemnie wzmacniając. Mężczyzna, który ma na poziomie wartości i przekonań takie hasła jak: „o seksie nie ma co rozmawiać” i „rzeczy są proste”, a na poziomie misji wzór: „moim zadaniem jest dbać o rodzinę i być kimś, kto stwarza bezpieczeństwo”, może nie widzieć problemu w zdradzie małżeńskiej. Bo przecież przynosi pieniądze, a skoro ona „tego” nie lubi – jak przypuszcza, bo przecież jej nie spyta – to chyba może szukać zaspokojenia z kimś innym?

No dobrze, ale co zrobić, by seks był lepszy?
Pracować z tym, co „pod powierzchnią wody”. Wiemy z wielu badań, że istnieje coś, co nazywamy „sponsoringiem zmiany życiowej”. To jest podstawa wszelkiej metamorfozy. Dzięki niej ludzie nie tylko rzucają palenie, ale też zaczynają zupełnie zmieniać swoje życie. Paradoksalne jest to, że cała nasza kultura zbudowana jest w oparciu o pierwsze trzy powierzchowne poziomy, czyli tę płytką część.

Dlaczego impuls musi płynąć z głębszych warstw?
Tym, co „nad powierzchnią”, rządzi motywacja zewnętrzna, czyli słaba. Motywacja wewnętrzna, czyli pragnienie prawdziwej zmiany, jest „pod powierzchnią”. Zmiana się uda, jeśli dotrzemy na poziom tożsamości, przekonań i wartości, może nawet misji. Kobieta musi zmienić swoją tożsamość kobiety, by móc w pełni i bez poczucia winy czerpać rozkosz. Mężczyzna musi zmienić swoją tożsamość mężczyzny, by móc się w pełni otworzyć na kobietę. Inaczej nowy wibrator nic nie pomoże. Bo on nie koresponduje z naszymi przekonaniami i wartościami. Jeśli dokonamy zmiany głębiej, wibrator w ogóle nie będzie potrzebny – choć może się pojawić, czemu nie…

Maciej Bennewicz, coach, pisarz, menedżer, trener biznesowy, socjolog, bloger, autor licznych artykułów prasowych i książek, podróżnik.

  1. Psychologia

Coach, doradca zawodowy, mentor - jak i z kim rozwijać się zawodowo?

Planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić - dlatego coraz częściej potrzebujemy wsparcia specjalistów. (Fot. iStock)
Planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić - dlatego coraz częściej potrzebujemy wsparcia specjalistów. (Fot. iStock)
Obecnie niemal na każdym kroku jesteśmy bombardowani słowem „rozwój”. Jest on odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki i używany w wielu kontekstach. Możliwości, by się rozwijać nie brakuje, tylko pojawia się wątpliwość, jak wybrać te najlepsze? A raczej: jak wybrać właściwe dla moich potrzeb? Kogo szukać: coacha, doradcy zawodowego a może mentora? Wszystkie trzy metody mogą być pomocne w rozwoju kariery, więc na którą się zdecydować?

Wsparcia w rozwoju ze strony specjalistów potrzebujemy coraz częściej. Tempo życia rośnie, a my mamy coraz mniej czasu, by rozmawiać z samym sobą i sprawdzać czy wszystko u nas w porządku. Brzmi śmiesznie? Być może, ale często po sesjach z moimi klientami słyszę: „W końcu w spokoju pobyłem/am sam ze sobą i powiedziałem/am pewne rzeczy na głos”. Badania publikowane przez CBOS potwierdzają, że Polacy (w porównaniu z sytuacją sprzed 20 lat) rzadziej zastanawiają się nad sensem życia, a jedną z przyczyn jest właśnie brak czasu. Gdy spojrzymy na kwestię rozwoju w kontekście zawodowym, oczekiwania XXI wieku są bardzo wysokie. Uczenie się przez całe życie staje się standardem. Zmiany w otaczającym nas świecie powodują powstawanie nowych zawodów. Obecnie szacuje się, że osoby wchodzące na rynek zmienią pracę średnio 20 razy w ciągu swojej drogi zawodowej. To wszystko sprawia, że planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić.

Coach pomoże określić twoje potrzeby i przeprowadzi cię przez zmianę

Rozważ coaching, jeśli w tym momencie nie oczekujesz od osoby, z którą będziesz pracować, gotowych rad i wskazówek dotyczących twoich wyborów zawodowych. Jeśli chciałbyś/abyś raczej poszukać w sobie odpowiedzi na ważne pytania dotyczące twojej kariery, a następnie, na bazie tych odkryć, zbudować plan działania i stopniowo zmieniać swoje życie zawodowe na lepsze. Coach w trakcie sesji pomoże spojrzeć na ważne dla ciebie tematy z innej perspektywy, zada pytania, na które prawdopodobnie nie szukałeś/aś wcześniej odpowiedzi, zaprosi do otwartej rozmowy i różnorodnych ćwiczeń. To, co często sprowadza moich klientów do mnie i sprawia, że rozpoczynamy proces coachingowy, to duża potrzeba i motywacja, by wprowadzić zmiany w życiu zawodowym, którym towarzyszy jednak brak sprecyzowanej wizji, na czym dokładnie te zmiany miałyby polegać – chodzi o to, by było „po prostu lepiej”. Na początku procesu wspieram klientów w dookreśleniu aspektów kariery nad którymi chcą pracować i wtedy ruszamy w niezwykłą podróż, w wyniku której klienci poszerzają wiedzę o sobie, swoich zasobach i realizują ważne dla siebie cele.

Doradca zawodowy pomoże znaleźć odpowiednią pracę

Jeśli natomiast jesteś w takim momencie swojego życia zawodowego, że potrzebujesz osoby, która udzieli konkretnych informacji, rad i wskazówek dotyczących rynku pracy (m.in. sposobów poszukiwania pracy, informacji dot. zawodów i branż) a także pomoże w analizie twoich doświadczeń, umiejętności i mocnych stron – wówczas zdecyduj się na doradztwo zawodowe. Taka forma współpracy może okazać się szczególnie skuteczna, jeśli już wiesz jakiej pracy szukasz i potrzebujesz wsparcia w poruszaniu się po rynku pracy, by dzięki radom ze strony doradcy, możliwie szybko znaleźć upragnione stanowisko. Rozważ kontakt z doradcą zawodowym także wtedy, gdybyś chciał/a uzyskać rekomendacje dotyczące możliwych ścieżek kariery w oparciu o twoje predyspozycje zawodowe.

Mentor wzmocni twoje kompetencje zawodowe

Jak ma się mentoring do wspomnianych metod? Pracując w ten sposób także możemy liczyć na porady, natomiast wynikają one wprost z osobistych doświadczeń mentora. Mamy wtedy możliwość nauki bezpośrednio od osoby, która osiągnęła sukces w interesującym nas obszarze i w pewnych aspektach chcemy się na niej wzorować. Celem takiej pracy często jest przekazanie praktycznej wiedzy i umiejętności związanych z pełnieniem jakieś roli czy funkcji. Stąd coraz większą popularnością cieszą się programy mentoringowe wewnątrz organizacji, które pozwalają na wymianę doświadczeń i dobrych praktyk oraz wzmocnienie kompetencji pracownika na danym stanowisku.

Coach i doradca zawodowy w jednym

No dobrze, ale co w sytuacji, gdy wciąż nie do końca wiem, do kogo powinnam się zwrócić? Chcę zmienić pracę, rozważam kilka scenariuszy, ale nie miałem/am czasu jeszcze się zastanowić, który dla mnie będzie najlepszy. Poza tym dawno też nie szukałem/am pracy i nie wiem od czego zacząć. Mam poczucie, że potrzebuję po trochu każdej z tych osób. Kogo wybrać?

Jeśli jeszcze nie jesteś całkowicie pewien jakiego wsparcia potrzebujesz, znajdź specjalistę, który jest zarówno coachem, jak i doradcą zawodowym – wtedy wspólnie w trakcie rozmowy zadecydujecie jaka forma współpracy będzie dla ciebie najlepsza. Warto zauważyć, że obecnie coraz więcej specjalistów jest w stanie zaoferować swoim klientom więcej, niż tylko jedną z opisanych metod. Poszczególne z nich przenikają się i uzupełniają. Przykładowo, w nowoczesnym doradztwie karier wykorzystuje się elementy coachingu. Jestem przekonana, że to dobry kierunek, bo dzięki temu, widząc wyzwania klienta, specjalista może zarekomendować jeszcze bardziej skuteczne i użyteczne metody pracy. Wyobraź sobie sytuację, że klient metodami coachingowymi wypracował obraz swojej idealnej pracy i już wie, czego chce poszukiwać na rynku, ale nie do końca wie jak. Wtedy w procesie mogą pojawić się elementy doradztwa pozwalające na przekazanie wskazówek odnośnie skutecznego CV.

Na co zwrócić uwagę przy wyborze specjalisty?

Poszukując więc specjalisty warto zwracać uwagę na to, w jakich obszarach i jakimi metodami pracuje dana osoba. O tym świadczą wykształcenie i certyfikaty, ukończone szkolenia oraz oczywiście zdobyte doświadczenie. Nie zapominaj także, że praca nad rozwojem kariery wymaga otwartej rozmowy i zaufania. Przed podjęciem decyzji o rozpoczęciu dłuższej współpracy warto się poznać, porozmawiać i uzyskać odpowiedzi na nurtujące cię pytania.

Zaangażuj się

I na zakończenie – jeszcze jedna myśl. Niezależnie od tego na jaką metodę pracy się zdecydujesz, to wiedz, że bez jednego kluczowego elementu, żadna z nich nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Twoje zaangażowanie jest konieczne. Zarówno coach, doradca, jak i mentor mogą stanowić wartościowe wsparcie na Twojej ścieżce rozwoju, jednak nie są w stanie zrobić czegokolwiek za ciebie.

Joanna Piechocka jest psychologiem, doradcą kariery, coachem kariery i trenerem rozwoju osobistego. Certyfikowany trener narzędzia rozwojowego FRIS® – style myślenia i działania oraz nowoczesnych technik uczenia się i treningu pamięci. Z jej wiedzy eksperckiej chętnie korzystają firmy i instytucje. Zajmuje się doradztwem kariery z wykorzystaniem technik coachingowych. Wspiera studentów i absolwentów w skutecznym poszukiwaniu pracy i rozwoju zawodowym. Absolwentka psychologii na Uniwersytecie Warszawskim.

  1. Psychologia

Asertywność najlepiej trenować w dzieciństwie

Asertywności możemy nauczyć się jako dorośli, czasem jednak wymaga to ogromnej wewnętrznej przebudowy. (fot. iStock)
Asertywności możemy nauczyć się jako dorośli, czasem jednak wymaga to ogromnej wewnętrznej przebudowy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dobrze się żyje, gdy jesteśmy otwarci w relacjach z ludźmi. Kiedy umiemy opowiadać o swoich emocjach i zgodnie z nimi reagować. Gdy złościmy się wtedy, kiedy jest ku temu powód. Ulegamy, jeśli mamy na to ochotę. Tak żyją ludzie asertywni. Czym jest asertywność? - wyjaśnia psychoterapeuta Jarosław Józefowicz.

Czym jest asertywność? To pewność siebie, wynikająca ze znajomości swoich poglądów i jasności stanowiska na dany temat. To też siła, którą dysponuję, żeby te przekonania wyartykułować. Co ważniejsze - asertywność to również autentyczność, płynąca ze znajomości swoich uczuć oraz adekwatne do nich reagowanie. Czy mamy dobry dostęp do swoich emocji, możemy sprawdzić w sytuacjach choć trochę stresowych, które dzieją się szybko w relacji z drugą osobą czy w grupie. Wówczas działamy automatycznie i od razu widać, czy bazą naszych zachowań jest to, co naprawdę czujemy, czy też może nasze reakcje płyną z miejsca maski, przyzwyczajenia, przyjętych zewnętrznych norm. To jedna część pojęcia „asertywność”. Drugim aspektem tego zagadnienia jest sposób, w jaki stajemy za swoimi poglądami i uczuciami. Bronienie racji w sposób asertywny oznacza zachowania, które nie ranią. Takie, które otoczenie jest w stanie przyjąć i zrozumieć.

Są ludzie, którzy są asertywni i nie muszą się tego uczyć. Co za taką postawą może stać? Wychowanie. Zdrowa asertywność wynika z pozytywnych doświadczeń, przede wszystkim z dzieciństwa. Zależy to od tego, czy w tamtym okresie postawa ważnych dla nas osób była bardziej wspierająca i wzmacniająca niż osłabiająca i krytykująca. Czy nasze granice były szanowane, respektowane. Jeśli tak było, będą one dla nas czymś naturalnym. Nie będziemy musieli ich ani zaciekle bronić, raniąc innych, ani ulegle wpuszczać kogoś na swoje terytorium. Ktoś asertywny, gdy chce o coś zawalczyć, do czegoś startować, czuje że ma do tego prawo. To kwestia głębokiego przekonania niedostępnego intelektowi, a dotyczącego poczucia. Ludzie nieasertywni z kolei czują, że im się nic nie należy.

Z czego jeszcze może wynikać brak asertywności? Z braku dostępu do swoich uczuć, z niepewności czego chcę, co tak naprawdę myślę. Z niewiary w realność i zasadność własnych potrzeb. Często wiąże się to z trudną historią osobistą i wynikającym z niej krytykiem wewnętrznym. To postać w środku nas, która mówi, że to co myślimy jest głupie, a nasze potrzeby mało ważne i nie na miejscu. Ten głos nie bierze się znikąd. Już kiedyś od kogoś słyszeliśmy ten przekaz.

Dlaczego uważasz, że asertywność to postawa nabyta? Dlatego, że ludzie nie rodzą się asertywni lub nieasertywni, tylko te zachowania wykształcają. Szkielet osobościowy i psychiczny człowieka powstaje mniej więcej do piątego roku życia. Najlepszym jego budulcem jest miłość i wsparcie w połączeniu z pewnymi ramami, dającymi dziecku poczucie stabilności, bezpieczeństwa i chroniącymi przed nadmiernym egoizmem. Ta wewnętrzna konstrukcja, którą otrzymujemy w dzieciństwie, przez resztę życia pozostaje prawie niezmienna. Potem w dorosłym życiu, w milionie codziennych sytuacji czy w powtarzających się kłopotach w relacjach cały czas odgrywamy ten sam schemat, chociaż często nie uświadamiamy sobie tego. Pierwszy krok na drodze do zmiany to właśnie wpuszczenie świadomości.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe.