1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Mity na temat związku, które mogą go zniszczyć

Mity na temat związku, które mogą go zniszczyć

Często przemycamy do związku szereg mitów, w które święcie wierzymy. Jednak one niczemu nie służą. Co najwyżej wpływają na pogorszenie relacji z partnerem. (fot. iStock)
Często przemycamy do związku szereg mitów, w które święcie wierzymy. Jednak one niczemu nie służą. Co najwyżej wpływają na pogorszenie relacji z partnerem. (fot. iStock)
Ach, co to był za ślub! Teraz trzeba żyć długo i szczęśliwie. To możliwe, jeśli uwolnimy się od stereotypów i starych, dobrych, ale błędnych przekonań na temat małżeństwa i miłości. Czas porzucić związkowe mity.

Zakochujemy się i pobieramy. A potem zdziwienie: nie tak miało być! On już nie przypomina tego szalonego chłopaka, który zawrócił jej w głowie. Ona straciła lekkość w życiu, nie tylko w tańcu. To częsty scenariusz. Świadczą o tym statystyki rozwodów. Czy źle się dobrali? Niekoniecznie.

Arnold Lazarus, który był psychologiem klinicznym i badaczem, specjalizującym się w terapii poznawczej, a także dyrektorem de Lazaros Institute w New Jersey, przez ponad 40 lat prowadził terapię par. Twierdził, że większość ludzi nie umie żyć w małżeństwie i ułożyć sobie dobrych relacji z partnerem, ponieważ ma wygórowane i nierealistyczne oczekiwania. Uparcie wierzymy w szkodliwe stereotypy i to one, nie charakter partnera, niszczą wspólne szczęście. Lazarus nazwał je mitami i stworzył listę 24 najbardziej – jego zdaniem – powszechnych.

Po czym rozprawił się z nimi w znanej na świecie książce „Mity na temat małżeństwa. O powszechnych przekonaniach, które niszczą związek”. Oto kilka z nich.

Razem zawsze i wszędzie!

Laura uwielbia przyjęcia, podczas gdy jej mąż Marek ich nie znosi. Zwykle, gdy szykują się do wyjścia, on wszczyna awanturę, odreagowując swoją niechęć. W ten sposób karze Laurę za to, że zmusza go do czegoś, na co nie ma ochoty. Obydwoje są wtedy sfrustrowani.

Kochający się małżonkowie lubią postrzegać siebie jako papużki nierozłączki. Nie wyobrażają sobie, by mogli przeżywać osobno coś bardzo ważnego. Taki sposób funkcjonowania charakteryzuje wczesny okres zakochania. Później partnerzy stają się zwykle bardziej autonomiczni. Inaczej może grozić im znużenie, poczucie duszenia się w związku.

Lazarus twierdził, że małżonkowie powinni realizować odrębne cele i podtrzymywać relacje niezwiązane z partnerem, by mieć szansę za sobą zatęsknić. Ciągłe przebywanie razem może zmęczyć najbardziej zgrane stadło i doprowadzić do rozstania lub ucieczki w romans. Problem w tym, że tak właśnie funkcjonują najczęściej osoby o osobowości symbiotycznej, reagujące silnym lękiem na wszelkie przejawy autonomii własnej czy partnera. Ale jeśli małżonkowie mają mało wspólnych celów, a ich światy rzadko się spotykają, to też dobrze nie wróży ich związkowi. Najlepiej, by wspólna przestrzeń zajmowała ok. 75–80 proc., reszta to margines na rozwój osobisty i własne zainteresowania.

Ufam mu bez granic!

Jan uważał żonę za osobę pruderyjną, o silnych zasadach moralnych, niezdolną do zdrady. Ufał jej. Ona od dawna żywiła tęsknotę, żeby chociaż raz w życiu dać upust tłumionym pragnieniom. Gdy dopuściła je do głosu, po związku zostały zgliszcza.

Julia z kolei zauważa nadzwyczajne zainteresowanie męża nową sekretarką. Niepokoi się. W porę daje sygnał, że nie podoba jej się rosnąca między nimi zażyłość. Żąda zerwania relacji. Dusi romans w zarodku.

Tam, gdzie króluje zazdrość i podejrzliwość, trudno mówić o bliskiej, głębokiej więzi. Jednak przesada w drugą stronę bywa równie szkodliwa. To, co różni Julię od Jana, to fakt, że nie ufała mężowi bezgranicznie. Dzięki temu uchroniła swoje małżeństwo przed rozpadem. Uważni partnerzy widzą czasem szybciej coś, czego zaplątani w romans długo zdają się nie zauważać, choć potem bywa już zwykle za późno.

Według Lazarusa, absolutna pewność wierności i lojalności partnera świadczy o tym, że traktujemy go jak swoją własność lub uważamy za osobę mało atrakcyjną. Brak uznania w naszych oczach może sprawić, że będzie go szukał u innej osoby. A szczypta niepewności, świadomość, że jest się w związku z osobą, która podoba się także innym, pozwala zachować w nim dynamikę. Każe wciąż od nowa definiować bycie ze sobą na zasadzie chęci, a nie przyzwyczajenia.

Kłótnia? To śpisz osobno!

Radek nie lubi kochać się z żoną, jeśli toczą między sobą jakieś waśnie. Z tego powodu rzadko uprawiają miłość, bo mało kiedy ich małżeńskie konto bywa całkiem czyste. I martwią się, że ich pożycie nie układa się harmonijnie.

Wiele osób nie wyobraża sobie, jak można kochać się, czując jednocześnie do siebie złość. Tymczasem Lazarus pisał, że orgazm pozwala zobaczyć wszystko z innej perspektywy. Stwarza dobrą podstawę do spokojnej, rzeczowej rozmowy na drażliwy temat.

Dla odreagowania więc napięcia – igraszki w łóżku? Dlaczego nie? Tylko żeby nie był to jedyny sposób rozwiązywania konfliktów. Oprócz radości z seksu, ta strategia niesie inną korzyść – znalezienie porozumienia na innej płaszczyźnie niż ciągnące się godzinami dyskusje. Seks doprawiony złością może być też wyjątkowo namiętny.

Nie ma seksu bez miłości

Artur jest szczęśliwy w małżeństwie. Ale im bardziej kocha żonę, tym mniej jej pragnie. Nie rozumie, dlaczego namiętność gaśnie, gdy miłość i zażyłość stają się coraz silniejsze.

Miłość potrafi przeszkadzać w seksie. Skupieni na okazywaniu sobie czułości i troski, niczym brat i siostra, tracimy rozpęd erotyczny. Częściej dotyczy to mężczyzn, którzy nie mogą uwolnić się od podświadomego dzielenia kobiet na „madonny” i „ladacznice”. Trudno im uwierzyć, że kobieta może być i świetną matką, żoną, i kochanką.

Lazarus porównuje współżycie do jedzenia i pyta: „Czy każdy posiłek musi być czterodaniowym obiadem podanym w wykwintnej restauracji, przy świetle świec i dźwiękach muzyki?”. Według niego, seksowi małżeńskiemu stawiamy zbyt wygórowane oczekiwania. Tymczasem tak jak kanapkę zrobioną w pośpiechu zjadamy z apetytem, tak może nam „smakować” poranny „szybki numerek”. Poszukiwacze seksu doskonałego skazują się na frustrację i sypialnianą stagnację.

Nigdy nie wybaczę zdrady!

Anna kocha swojego męża. Uważa go za wspaniałego mężczyznę. Poza jednym – Tomek ma mniejszy temperament seksualny niż ona. Jemu starcza zbliżenie raz w miesiącu, ona chciałaby każdej nocy. Mimo że tworzą wspaniałą parę, Anna myśli o rozstaniu. Tylko czy warto przekreślać związek z powodu frustracji seksualnej?

Lazarus został surowo skrytykowany za wskazanie pewnego mitu. Uznano, że namawia amerykańskie społeczeństwo do rozwiązłości, twierdząc, że w swojej praktyce widział niejeden przypadek, gdy romans ratował małżeństwo.

Zdrada często bowiem daje wgląd w to, czego brakuje w związku, co partnerzy zaniedbali, nad czym powinni popracować. Czasem jest to prozaiczne odkrycie, że za mało było wzajemnego zachwytu i poświęcanej sobie uwagi.

Skok w bok dość rzadko doprowadza do rozbicia małżeństwa. Częściej kończy się stwierdzeniem, że tą jedyną osobą jest jednak mąż czy żona – nie ten trzeci czy trzecia. Romans pomaga docenić to, co się ma, uświadomić sobie, że „tamto” było chwilowe, nieważne. Warto jednak pamiętać, że angażując się w seks pozamałżeński nigdy nie mamy pewności, czy nie wciągniemy się w nowy związek także emocjonalnie.

Prawda nade wszystko!

Rafał zdradził Łucję, lecz po jakimś czasie dotarło do niego, jak bardzo ją skrzywdził. Postanowił wyjawić żonie prawdę, licząc na wybaczenie. Nie dość, że Łucja nie wybaczyła, to jeszcze nie mogła pojąć, dlaczego jej o tym powiedział. Ich związek zakończył się rozwodem. Rafał żałuje, że nie zataił mało znaczącej przygody.

Wyłączając tzw. otwarte związki, w których małżonkowie dają sobie przyzwolenie na kontakty pozamałżeńskie, reszta śmiertelników zwykle cierpi z powodu zdrady przez partnera. Osoba, którą kusi, by przyznać się do wiarołomstwa, zdaje się o tym zapominać.

Niewiernym małżonkom sprzyja wiara w mit, że życie w kłamstwie jest gorsze od zdrady. Złudnie sądzą, że przyznanie się do winy powinno być nagrodzone, a tą nagrodą ma być wybaczenie. Ale osoby zranione nie zawsze podzielają ten punkt widzenia.

Wyjawienie prawdy rzadko ma związek z chęcią zadośćuczynienia. Zwykle jest próbą uwolnienia się od poczucia winy. I to, co było do tej pory kłopotliwe jedynie dla niewiernego partnera, staje się problemem związku, odpowiedzialność dzieli się na dwie osoby. W takim sensie to akt egoizmu.

Największą rekompensatą wydaje się samodzielne dźwiganie poczucia winy, ochrona partnera przed gorzką prawdą i staranie się o poprawę związku. Zbyt wiele spośród nich rozpada się z powodu niewłaściwie pojętego poczucia otwartości. Lazarus radził: „Chcesz zrzucić z siebie poczucie winy? Opowiedz o tym komuś… dyskretnemu!”.

W mity można wierzyć, mnożyć je czy obalać. Każdy z nas bez problemu stworzy własną ich listę, do czego zachęcam. Jeżeli posłuży ona za pretekst do rozważań nad własnym związkiem, to świetnie.

Bo do małżeństwa lepiej podchodzić twórczo, a szukać jedynie słusznych prawd – bo takie przecież nie istnieją.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak wewnętrzny sabotażysta blokuje twoje działania? Poznaj jego twarze!

Gdy czujesz, że nie możesz ruszyć z miejsca i zmobilizować się do działania, do głosu często dochodzi wewnętrzny sabotażysta. Co chce ci powiedzieć? (fot. iStock)
Gdy czujesz, że nie możesz ruszyć z miejsca i zmobilizować się do działania, do głosu często dochodzi wewnętrzny sabotażysta. Co chce ci powiedzieć? (fot. iStock)
Znowu słyszysz głos mówiący, że się nie uda? Poznaj strategie pozwalające w skuteczny sposób radzić sobie z zadaniami, które w pierwszej chwili cię przerastają.

Lęk przed porażką - główny sabotażysta

Dagmara już drugi tydzień odwleka zrobienie prezentacji na pierwsze spotkanie z dużym klientem. Kiedy siada do komputera i próbuje sklecić pierwszy slajd, „diabły siadają jej na rękach” – pojawia się masa drobnych rzeczy, które właśnie wtedy trzeba zrobić: zaległe e-maile nagle stają się bardziej niż bardzo ważne i wymagają natychmiastowych wyczerpujących odpowiedzi, a kłopoty nastoletniej córki koleżanki z działu wdrożeń bezwzględnie wymuszają przedłużenie przerwy kawowej. Termin spotkania zbliża się coraz większymi krokami i myślenie o tym przyprawia Dagmarę o bezsenność. Kiedy pyta siebie, o co chodzi, za każdym razem spod dywanu wychyla się ponury sabotażysta z transparentem „na pewno to schrzanisz”.

Wewnętrzny sabotażysta Dagmary powstrzymuje ją przed działaniem, wzbudzając lęk przed porażką. Jego przesłanie to: „nie rób tego, bo jak to zrobisz, będzie źle”. Wyrósł z silnego, nieuświadomionego przekonania, że niedziałanie jest bezpieczniejsze niż działanie. Za „nie chcę tego robić” Dagmary kryje się „nie chcę się odważyć”, oparte na wyolbrzymianiu zagrożenia. To, czego jej potrzeba, by osłabić paraliżujący wpływ wewnętrznego sabotażysty, to wiara, że możliwy jest dobry skutek podjętej aktywności.

Jak Dagmara pokona swojego sabotażystę? Stosując profilaktykę. Obawa przed zrobieniem czegoś źle, powoduje, że wątpliwości paraliżują. Wtedy jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest potraktowanie tych sabotujących myśli i uczuć jako napędu do działania.

Jeżeli najlepszym motywem do tego, by ruszyć z miejsca, jest obawa, dobrze jest skupić się na przykład na uniknięciu strat, grożących w wypadku niewykonania zadania, i starać się zapobiec pogorszeniu swojej opinii w pracy, degradacji w zespole czy zmniejszeniu dochodów. Skoro Dagmara nie może ruszyć z kopyta z prezentacją, niech pomyśli, co się stanie, jeśli tej prezentacji w ogóle nie zrobi. Skupienie się na uniknięciu strat, po przestraszeniu samego siebie konsekwencjami, powoduje, że co prawda samopoczucie jest okropne, ale z drugiej strony człowiek budzi się z letargu. A kiedy już zajmie się robieniem tego, co jest do zrobienia, skupienie na zadaniu zniweluje napięcie.

Kompletnie mi się nie chce - co kryje się za tym odczuciem?

Robert, choć podjął się w ramach wolontariatu pracowniczego zorganizowania zajęć fotograficznych dla dzieci z zaprzyjaźnionego domu dziecka, jakoś nie może wystartować ze swoim projektem. Czas mija, ale ciągle nie udało mu się nawet spotkać z dyrektorką domu, żeby ustalić zasady, nie mówiąc już o spotkaniu się z dzieciakami. Robert ciągle jakoś „nie czuje” tego zadania, nie potrafi się zebrać w sobie. Dyrektor zagadnął go ostatnio na korytarzu o projekt fotograficzny, więc tylko się wymigiwał nawałem spraw zawodowych, co trochę mijało się z prawdą, ale co miał powiedzieć? Że pod biurkiem ma na stałe zainstalowanego podszeptywacza, któremu na imię „Niechcemisie”, a muza jakoś nie nadlatuje?

Wewnętrzny sabotażysta Roberta powstrzymuje go przed działaniem, wzbudzając uczucie zniechęcenia. Jego przesłanie to: „nie rób tego sam, bo nie dasz rady”. Sabotażysta „Niechcemisie” wykiełkował i rozrósł się bujnie na glebie nieświadomego przekonania, że niebranie odpowiedzialności za własne działanie jest bezpieczniejsze niż jej branie. Za: „nie chcę tego robić” Roberta kryje się: „nie chcę być samodzielny”. To, czego mu potrzeba, by osłabić paraliżujący wpływ sabotażysty, to wiara, że bez pomocy z zewnątrz może działać skutecznie i odnieść sukces.

Jak Robert pokona swojego sabotażystę? Sytuacja, w jakiej się znalazł, to tak zwany zupełny brak weny twórczej. W jego wypadku najlepszą strategią będzie ignorowanie własnej emocjonalności i skupienie się na działaniu – krok po kroku.

Tym, co często zniewala, są obiegowe romantyczne wersje opowieści o działaniu w stanie natchnienia. Tymczasem wielu płodnych pisarzy, artystów i wynalazców stworzyło swoje dzieła metodą codziennej, wielogodzinnej pracy. Ważne jest, by znaleźć swój poziom zaangażowania w projekt – i z tego poziomu przystąpić do działania. Jak poradzić sobie z „Niechcemisiem”? Sprawdzić, czy stwarza on konkretne, fizyczne przeszkody do działania. Gdy stwierdzimy bezpodstawność takiego przypuszczenia, należy przystąpić do rzeczy – zadzwonić, zrobić plan, spotkać się. Sposobem na „Niechcemisia” jest ignorowanie swojego niechcenia.

Nie ma sensu tego robić - przekonanie, które wynika z fałszywego postrzegania

Zbliża się termin, w którym Ala musi oddać rozliczenie projektu – czyli wypełnić masę nudnych tabelek, opisać rachunki, posegregować dokumenty. A jeszcze na dodatek w trakcie przekazywania tych wszystkich „pasjonujących” pism będzie musiała wystąpić z wnioskiem o przyznanie jej premii, ale z doświadczenia wie, że jeśli nie będzie o to zabiegać, zarząd sam z siebie na to nie wpadnie. Każdy przyzna, że jej sytuacja nie jest specjalnie komfortowa i w związku z tym trudno się dziwić, że spotkanie z zarządem przesunęła o kolejne kilka dni. Nawet świadomość, że w ten sposób oddala w czasie wpływ środków na swoje niezbyt przeładowane gotówką konto, nie jest w stanie zmusić jej do zrobienia wszystkich tych nieprzyjemnych rzeczy. Jej prywatna „Buka” siedząca na ramieniu szepcze wprost do ucha: „to jest kompletnie bez sensu, te wszystkie papierologie i użeranie się z zarządem to chory wymysł i normalny człowiek nie powinien zajmować się takimi sprawami”.

Wewnętrzna sabotażystka Alicji powstrzymuje ją przed działaniem, wzbudzając w niej uczucie złości. Przesłanie, jakim kieruje się Ala, brzmi: „nie rób tego na ich zasadach, bo jak to zrobisz, będzie źle”. Wyrosło ono z silnego, nieuświadomionego przekonania, że „moje zasady są lepsze od zasad innych”. Za jej: „nie chcę tego robić” kryje się: „nie chcę współpracować” oparte na wyolbrzymianiu alienacji. To, czego jej potrzeba, to wiara w dobre skutki współpracy.

Jak Ala pokona swojego sabotażystę? Dziewczyna całą sytuację postrzega jako bezsensowną. Taki stan ducha wynika z uaktywnienia nieuświadomionego przekonania: „ja wiem lepiej, co jest słuszne”.

Szczególnie trudno jest zabrać się do robienia rzeczy, które postrzegamy jako trudne, nudne lub nieprzyjemne. Często myślimy, że z takimi nielubianymi sytuacjami poradzimy sobie jakoś za pomocą siły woli, że w odpowiednim momencie po prostu zmusimy się do zrobienia tego. Jednak badania pokazują, że ludzie zazwyczaj przeceniają swoją zdolność do samokontroli opartej na sile woli. Dlatego takie zadania dobrze jest rozplanować w czasie, uwzględniając przypuszczalne okoliczności. Planując z góry, zadecydujesz co, gdzie i w jakim terminie masz zrobić. Nie tracisz czasu na zastanawianie się i decydowanie wtedy, kiedy sytuacja zaistnieje. Nie podejmujesz decyzji, czy to zrobić, nie dokonujesz trudnego wyboru, bo wybór został już dokonany w fazie planowania, teraz jest tylko realizowany.

Strategie działania, które przestaną cię osłabiać

Jeśli często miewasz podobne chwile zwątpienia, mam dla ciebie pocieszającą wiadomość: istnieją strategie, pozwalające w sprawdzony i skuteczny sposób radzić sobie z wykonaniem zadań, które w pierwszej chwili wydają się nas przerastać. Dodatkowo te strategie można wybrać właśnie z poziomu swoich „niedoskonałości”, których nie ma powodu w takiej sytuacji trzymać pod dywanem (wykładziną, biurkiem czy na swoim ramieniu).

W pracy używanie argumentu: „nie chcę tego robić” raczej nie sprawdzi się na dłuższą metę. W większości wypadków praca to wykonywanie określonych zadań w drodze do osiągnięcia określonego celu. I raczej nie zdarza się, żeby zadania były nieustannie dopasowywane do naszego nastroju, chęci i aktualnego poziomu silnej woli. A nasi sabotażyści nie ustają w działaniu.

Kiedy boisz się, że „coś schrzanisz”, „nie dasz rady”, gdy kompletnie nie czujesz bluesa i jesteś zniechęcona – jesteś raczej nastawiona pesymistycznie. Jednak nie jest to powód, dla którego twoje zadanie zyskuje status „niewykonalne”. Po prostu z miejsca braku entuzjazmu rzadko daje się ruszyć na hurraoptymistycznym paliwie. Trzeba więc poszukać paliwa innego rodzaju.

Takie strategie, jak myślenie o ujemnych konsekwencjach, ignorowanie swoich stanów emocjonalnych czy angażowanie się w sporządzanie szczegółowych planów mogą wydawać się mało atrakcyjne, a na pewno na początku – mało porywające. Oczywiście, każdy sam dobiera najlepsze dla siebie strategie, które pomagają mu lepiej funkcjonować. Jednak może nie warto z góry odrzucać tych nieatrakcyjnych? Przy wszystkich swoich wadach mają one tę podstawową zaletę, że kiedy się ich używa – okazują się skuteczne. Osłabiają bowiem siłę działania wewnętrznych sabotażystów, odcinając od wpływu nieświadomych, toksycznych przekonań. Dzięki temu jesteśmy w stanie znowu zacząć chcieć.

  1. Psychologia

Chcesz stworzyć dobry związek? Uporządkuj rodzinną przeszłość!

Pamiętaj, bilans związku musi być dodatki! Żeby tego dokonać uporządkuj emocje z przeszłości. (fot. iStock)
Pamiętaj, bilans związku musi być dodatki! Żeby tego dokonać uporządkuj emocje z przeszłości. (fot. iStock)
Pierwszym warunkiem udanego związku nie jest miłość, lecz… porządek. Kiedy wyczyścisz wszystkie kąty, miłość będzie miała gdzie zamieszkać.

Odchodzisz z rodzinnego domu ,,na swoje”, z głową nabitą ideałami i postanowieniami. Obiecujesz sobie, że nigdy nie będziesz taka jak twoja matka albo że nie dasz się traktować jak ciotka. Kochasz, a miłość pokona wszystko. Jest gwarancją szczęścia… Nieprawda! Podstawową zasadą udanego związku jest określony porządek. Bowiem dobry związek jest jak idealnie posprzątany pokój. Wszystko i wszyscy mają swoje miejsce, a bilans relacji musi być dodatni. Dostajesz od partnera przynajmniej tyle samo, ile mu dajesz.

Tęsknota za idealną miłością

Kobieta spotyka mężczyznę swojego życia, wierzy, że to na pewno ten jeden jedyny, a ich miłość jest wyjątkowa. Stan zakochania zakłada im na oczy różowe okulary. Mijają lata. Pojawiają się pierwsze wątpliwości. Ona patrzy na partnera i zadaje sobie pytanie: „Jak mogłam być taka ślepa?”, „Gdyby mnie naprawdę kochał, dałby mi to, czego potrzebuję”. On czuje podobnie. Zaczyna się poszukiwanie winnego. Bywa, że jedno z nich z bezradności szuka pociechy poza związkiem. Rodzą się kłótnie, pojawia się widmo rozwodu. Symptomatyczne zdania: „bo ty nigdy”, „bo ty zawsze”. Każde za wszelką cenę próbuje walczyć o swoje szczęście i prawo do miłości. Zamieniają się we wrogów.

Kto zawinił? Pierwotna tęsknota za idealną, bezwarunkową miłością. Taką, jaką dać mogą jedynie rodzice. Ale oni też nie są idealni, choć starają się z całych sił. Kochają dziecko, jak potrafią, ale pewnych rzeczy dać mu nie mogą, bo pewnie też nie dostali ich od swoich rodziców. Dlatego wyruszamy w świat z emocjonalnymi dziurami w sercach i to nie miłość, ale owe deficyty sprawiają, że z tysiąca innych ludzi wybieramy właśnie danego partnera czy partnerkę. Z wiarą, że otrzymamy to, czego nie dostaliśmy od rodziców. Ale ten pociąg już odjechał. W dorosłym życiu możemy otrzymać wiele wspaniałych darów, ale tego, czego zabrakło w dzieciństwie, nie dostaniemy już nigdy. Jak sobie z tym poradzić? Przeprowadzić stosowne porządki.

Półka z rodzicami

Musisz uznać pierwszy i najważniejszy porządek miłości – więź z rodziną, z której pochodzisz. – Chodzi o przyjęcie rodziców, wewnętrzną zgodę na nich, takimi, jacy są, ze wszystkimi zaletami, ale także wadami – mówi Elżbieta Sanigórska, psycholog, psychoterapeutka. – To, kim jesteśmy, wynika w pewnym sensie  z tego, kim są nasi rodzice. Tego, że od nich pochodzimy, nie możemy się wyprzeć. Przyjęcie ich, uszanowanie i akceptacja nie tylko uwolnią od, czasami bolesnej, przeszłości, od wszystkich trudnych spraw, jakie przeżywaliśmy w relacji z nimi, ale też pozwolą zaakceptować siebie i partnera.

Jeśli w twoim związku coś się psuje, przyjrzyj się emocjom, które przeżywasz. Czy są adekwatne do tego, co się dzieje? Czy reagujesz jak osoba dorosła, czy może jak dziecko – nadmiernie intensywnie, nie panując nad emocjami? Lęki i obawy, które ujawniają się w relacji z partnerem, pretensje, oczekiwania, złość czy chęć zranienia go do żywego, to uczucia mające zwykle źródło w relacjach z rodzicami.

Ocalić miłość, to móc powiedzieć: „Szanuję ciebie jako mężczyznę”, „…a ja ciebie jako kobietę, ze wszystkim, co twoje”. Żeby tak się stało, musisz zaakceptować swoich rodziców, a tym samym siebie, swój los, swoje życie.

– Powiedzieć: „Kochana mamo/kochany tato, uznaję ciebie jako moją matkę/mojego ojca i biorę od ciebie życie, jakie mi dałaś/dałeś” – to pierwszy, najważniejszy krok na drodze do udanego związku – tłumaczy Elżbieta Sanigórka. – Musisz przeboleć, odżałować i rozstać się z tym wszystkim, co było trudne w twoich relacjach z rodzicami. A także dostrzec i uznać to, co twoi rodzice ci dali, to, że cię wychowali. Ten krok konfrontuje cię też z własną niedoskonałością. Pozwala zaakceptować w sobie zarówno jasne, jak i ciemne strony.

Inwestycja w prawdziwą relację

Jeśli już zaakceptowałaś swoich rodziców takimi, jacy są, masz teraz szansę na to, by zobaczyć partnera – również takim, jaki jest naprawdę. Nie patrzeć na niego przez pryzmat własnych dziecięcych potrzeb, tęsknot, deficytów. Zaakceptować jego słabości, denerwujące nawyki i przede wszystkim to, że nie może ci dać tego, czego nie ma, nie potrafi lub sam nie dostał. Jesteś w stanie podjąć decyzję, czy ty z tym człowiekiem naprawdę chcesz i możesz być. Co więcej: ustalić porządek w waszej rodzinie, zgodnie z którym relacja twoja i partnera jest najważniejsza, ważniejsza niż ta z rodzicami czy z waszymi dziećmi. Energia partnerów powinna być inwestowana przede wszystkim w związek. To daje siłę do budowania wspólnego życia, do bycia rodzicami, do znoszenia codziennych trudów i do czerpania z tego radości.

Jeśli nie będziecie inwestować w waszą relację partnerską, na przykład staniecie się bardziej rodzicami niż partnerami, spowoduje to zaburzenie równowagi. Ty będziesz żyć w poczuciu rozgoryczenia, że mąż nie zajmuje się dziećmi, on będzie zazdrosny o waszego syna, może zacznie odpowiadać na adorację koleżanki z pracy, a wasza więź się rozluźni. Z lęku przed utratą miłości wzajemne rozczarowania i urazy będziecie zamiatać pod dywan i kłócić się o drobiazgi: porozrzucane po domu skarpetki, okruszki na pościeli czy o to, kto ma wyrzucić śmieci. Być może wtedy zaczniesz snuć spiskową teorię o tym, że to teściowa miesza w waszym związku – nigdy cię nie lubiła i stale wtrąca się w wychowywanie dzieci.

Równanie rodzin

Czyja rodzina lepsza – moja czy twoja? To najczęstszy powód kłótni, zwłaszcza na początku związku. – Ty i twój partner pochodzicie z dwóch różnych światów – tłumaczy Elżbieta Sanigórska. – Tradycje w waszych rodzinach mogą być odmienne i to w każdej kwestii: potraw na wigilijnym stole, wychowywania dzieci, gospodarowania rodzinnym budżetem, spędzania czasu wolnego… I wojna o to, czyje lepsze, się rozkręca.

Co będziemy jeść w naszym domu w Wigilię: barszczyk czy grzybową? – odpowiedź na to pytanie, poszukanie kompromisu, a może stworzenie swojego własnego rytuału – to podstawa udanego związku, szansa na stworzenie autentycznego ,,my”. Walka o przeforsowanie zwyczajów rodziny, którą w sprawach domowych często wygrywa kobieta, niszczy wzajemny szacunek i zagraża więzi pomiędzy partnerami. Zamiast zastanawiać się, jak to pogodzić w taki sposób, by uszanować obydwie rodziny, zamiast dążyć do wspólnych rozwiązań – często szukamy pocieszenia u… mamy i taty.

– Radzenie się rodziców jest OK – mówi Elżbieta Sanigórska. – Jednak związkowi nie służy szukanie poparcia rodziców przeciwko partnerowi. Zatem wysłuchaj rady mamy, ale to ty i partner musicie się dogadać.

Ingerencja babć w wychowywanie wnuków, obowiązek cotygodniowych obiadków u teściowej, wakacje na działce u twoich rodziców? OK. Pod warunkiem, że ty i partner naprawdę tego chcecie, a nie stracie się zaspokoić oczekiwania rodziców. Wigilia przed kominkiem we własnym domu zamiast świątecznej gonitwy od rodziny do rodziny? Czemu nie, jeśli marzycie o tym obydwoje. Zdrowy rozsądek w spełnianiu rodzinnych zobowiązań to podstawa udanego związku. Szczere i wspólnie uzgodnione stanowisko w kwestii, czy i na ile włączamy rodziców w sprawy naszej rodziny, to kolejny punkt na liście spraw do załatwienia.

Rachunki krzywd

Dawanie i branie – kolejne prawo miłości, to baza, która podtrzymuje więź i warunkuje zadowolenie ze związku. – Im więcej dobrego dajemy sobie nawzajem, tym bardziej rośnie bliskość i przywiązanie – mówi Elżbieta Sanigórska. – Bilans zawsze powinien być dodatni – i ty, i partner musicie mieć poczucie, że dostajecie przynajmniej tyle, ile sami dajecie.

I nie chodzi wcale o spektakularne czyny czy drogie prezenty, ale o zwykłą codzienność: czas, uważność, domowe rytuały, czułe gesty i bliskość. W ramach wymiany mieści się także wyrównywanie krzywd, na przykład zdrady.

– Przed wybaczeniem musi nastąpić zadośćuczynienie – mówi psychoterapeutka. – Jeśli to ty czujesz się pokrzywdzona, partner musi uznać twoją krzywdę i wyrazić chęć jej naprawienia. Wtedy ty możesz zażądać czegoś, co będzie wystarczającym zadośćuczynieniem. Tylko wtedy, gdy krzywdy zostaną wyrównane, możecie zacząć odbudowywać związek.

Możesz zażyczyć sobie, żeby partner zrobił albo podarował ci coś, o czym zawsze marzyłaś: wspólny wyjazd, każdy weekend z tobą i dziećmi albo że ma chodzić teraz na wywiadówki i pomagać synowi w lekcjach, żeby ciebie odciążyć.

Wyrównanie krzywdy musi dotyczyć także emocjonalnej strony. Jeśli czujesz się zraniona na przykład jako żona, powiedz partnerowi: „Zraniłeś mnie, to teraz ja się będę starać mniej, a ty musisz starać się bardziej. Przez najbliższe sześć miesięcy nie będę robiła tego wszystkiego, co robiłam jako dobra żona. Od ciebie oczekuję, że będziesz….”. Trzeba powiedzieć to jasno, konkretnie, rzeczowo. I to osoba skrzywdzona ustala, jaka ma być kara, jakie zadośćuczynienie i jak długo to ma trwać. Winny nie może z tym dyskutować.

A kiedy wyznaczony czas minie, a ty poczujesz, że jesteś gotowa mu wybaczyć, oddzielcie przeszłość grubą kreską i nie wracajcie już do tego, co było raniące. Rozmawiajcie o tym, jaki ma być wasz związek, byście nadal chcieli w nim pozostać.

  1. Psychologia

Wszyscy jesteśmy uzależnieni od iluzji miłości

Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. (Fot. Getty Images)
Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. Hazard, alkohol to nałogi, bez których można żyć. Żyć bez miłości nie można – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. – Kobiety są bardziej bezradne wobec iluzji miłości. Mężczyźni wpadają w nałóg zakochiwania się. A to razem świadczy o głodzie miłości – dodaje Iwona Firmanty, coach. 

Logujesz się na zagranicznych portalach randkowych, a tam są oni, ci, którzy specjalnymi algorytmami odnajdują kobiety zamożne, ale niepewne siebie. I zaczynają z nimi grę w iluzję miłości. Konwersują: SMS-y, mejle. Rano pytają: „Czy już wstałaś, dziubku?”, a wieczorem: „Czy już się przygotowałaś na jutro, papużko?”. Dają fantastyczne dowody miłości, im bardziej ona ich potrzebuje. Skamerzy to zawodowcy – skanują kobiety pod kontem psychologicznym. Szukają tych z dorobkiem i nawijają im makaron na uszy, by potem zastosować jeden z systemów. Na przykład „na żołnierza”: „Chciałbym do ciebie przylecieć, ale armia nie przesłała mi pieniędzy. Przyślij mi na bilet, zwrócę, jak się zobaczymy”. Mają niby-zdjęcia i niby-historyjki o sobie, które szarpią serce: „Czemu jestem sam? Miałem żonę i dziecko, ale zginęli”. Mają opowieści uwiarygadniające: „Babcia mieszka w Berlinie, więc co to dla mnie za problem przylecieć do niej i odwiedzić Polskę”. I kobiety się nabierają. Albo nie: – Jedna z moich klientek – mówi Iwona Firmanty – podczas rozmowy z mężczyzną podała słuchawkę koleżance, która mieszka w USA, bo za nowojorczyka podawał się jej ukochany. Koleżanka powiedziała: „To nie jest biały z klasy średniej, to Afroamerykanin bez wykształcenia, który go udaje”. Zdarza się, że kobieta przytomnieje i myśli: „Zaraz, dlaczego on tak do mnie wydzwania? Właściwie mnie nie zna. Widział jedno zdjęcie i już mnie tak kocha?”. To jednak zdarza się rzadko.

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Wojciech Eichelberger: – Miłość jest esencją życia. Jedni dostają ją w sposób naturalny, inni nie i ci właśnie są skłonni kupować jej iluzję nawet po bardzo wysokiej cenie. Nie mówmy więc o uzależnieniu od miłości, ale od iluzji miłości. To szczególnie niebezpieczne dla kobiet w czasie menopauzy. Do niedawna większość pań nie dożywała klimakterium, wycieńczona licznymi porodami. Nie ma więc jasnego przekazu kulturowego podpowiadającego kobietom, jak żyć po klimakterium. Jedyny, jaki istnieje, doradza wycofanie się, abstynencję seksualną i przygotowywanie do odejścia z tego świata. Ale współczesne kobiety słusznie odrzucają ten smutny model. Starają się żyć jak dotąd, jak zwykle, być aktywne zawodowo, życiowo i seksualnie. Tym bardziej że uwolnione od lęku przed ciążą przeżywają renesans seksualnej mocy. Ponieważ jednak nawet w oczach swoich żegnających się z libido męskich rówieśników stają się przezroczyste, często wchodzą w kiepsko rokujące związki z młodszymi mężczyznami. Ci najczęściej okazują się trutniami, którzy wyspecjalizowali się w tym, by urządzać się w życiu, dostarczając kobietom tego, czego najbardziej potrzebują: czyli złudzenia zachwytu, pożądania i bezpieczeństwa. Dla kobiet, które nie miały szczęśliwych związków, to miłosny Disneyland.

Czy to jest uzależnienie, jeśli ona mu uwierzy i da się wykorzystać? No i jak to się dzieje? – Kobiety przepisują majątek na męża, gdy ten twierdzi, że na przykład dzięki temu założy firmę albo wejdzie w spółkę z biznesmenami, których właśnie poznał, i przestanie być na utrzymaniu żony – mówi mecenas Tomasz Romanowski. – Zdarza się też, że zamożne kobiety niedawno poznanemu mężczyźnie, z którym łączy je relacja intymna, powierzają kilkaset tysięcy, bo ten obiecał zainwestować je z zyskiem. Pieniądze często pochodzą ze sprzedaży dorobku życia. W sądzie okazuje się, że na te sumy nie ma najmniejszego pokwitowania. Sposobów na wyłudzenie jest wiele, np. kobieta finansuje budowę domu na ziemi należącej do rodziny partnera. Zakłada, że będą tam razem żyć. Tak się nie dzieje, a w myśl prawa dom nie jest jej własnością. Problemy nawarstwiają się, gdy kobieta przyjmuje obywatelstwo egzotycznego kraju męża. Tam bywa bezradna wobec prawa, które decyduje w sposób dla niej niekorzystny o jej majątku.

– Popyt na zaślepienie iluzją świadczy o tym, jak bardzo sfrustrowana jest kobieca potrzeba romantycznej, zmysłowej miłości – mówi Eichelberger. – Kobiety są gotowe niemal świadomie kupować tę iluzję. Po szarym i trudnym życiu pragną choćby kilku rozkosznych nocy. Nie popieram życia iluzją, bo psychoterapia polega na jej porzucaniu. Ale świadomy wybór iluzji nie jest już życiem w iluzji. A deficyt czasu, uwagi i miłości, jaki panuje we współczesnym świecie, wytwarza ogromny popyt i na taką uświadomioną fikcję. Równie dobrze moglibyśmy się śmiać z ludzi, którzy płacą za bilet, by ulec iluzji kina. Ale jeśli taka kobieta przyjdzie do psychoterapeuty, to znaczy, że życie w uświadomionej iluzji nie zaspokoiło jej potrzeb. Wtedy może odkryje, że pozwoliła odebrać sobie nadzieję na prawdziwą miłość. To, że tak wielu myśli, że nie zasługują na miłość z prawdziwego zdarzenia, jest najgroźniejszą iluzją, która napędza wszystkie uzależnienia. Na szczęście wgląd psychologiczny, a jeszcze bardziej duchowy obalają tę fikcję.

Młode kobiety na uczuciowym głodzie

Iwona Firmanty: – Wydaje się, że ona się zakochała i jej nie wyszło, co w tym dziwnego? Potem znów się zakochała i znów pech. Nikogo to nie dziwi. Ale jeśli popatrzymy na to, co się w tym jej zakochaniu dzieje, zobaczymy, że to nie pech, ale uzależnienie.

Kobiety uzależniają się od mężczyzn, i to od tych zimnych emocjonalnie, z powodu tego, co wyniosły z domu. Matka skupiona na ojcu, który np. pił, zauważała córkę dopiero, kiedy ta przynosiła piątki. Nie dawała jej komplementów, bliskości i ważności. Dlatego Magda nauczyła się, że tylko jeśli będzie przynosiła jeszcze lepsze wyniki, to rodzice ją pokochają, a ona poczuje, że to dobrze, że jest na świecie. Do tej pory nie słyszała od nich nic, co by to potwierdziło. Wymyśliła więc, że narodziła się przez przypadek i dlatego nie odczuwała sensu życia. Poza tym, kiedy zaczęły jej rosnąć piersi, nałożyła workowate ciuchy, żeby nie pokazywać, że przestaje być dziewczynką. Rodzice z problemami z seksualnością zaszczepili je w rodzącej się kobiecości córki.

Uwagę takich dziewczyn zawsze zwracają faceci otwarci, którzy nie mają problemu z nawiązywaniem kontaktów. Oni adorują kobiety superatrakcyjne, które pokazują swoje walory. A te niekochane obserwują ich z daleka i fantazjują, że to one są tymi superkobietami. – Uzależniona od miłości wtapia się w oczekiwania mężczyzny: farbuje włosy, odchudza się, ubiera w stylu, którego nie lubi, ale który on lubi – mówi Firmanty. – Chodzi po domu w różowych pióreczkach tylko dlatego, że on tego chce. Dla mężczyzny idzie na inne studia, niż chciałaby, bo on musi pochwalić się w towarzystwie, że ma żonę z sensowym według niego wykształceniem.

Magda, kiedy zakochała się w Krzyśku, zmieniła się w laskę. On ją szybko zauważył, a że ona miała ogromny głód miłości, w pełni go zaakceptowała. Krzysztof więc się z nią ożenił. Ale ich szczęście nie trwało długo, bo wkrótce został bezrobotny, a potem brak sukcesu zawodowego sprawił, że zaczął pić. Magda, jak przed laty jej matka, uznała, że dobro mężczyzny jest najważniejsze i chodziła do pracy już nie na osiem, ale na 12 godzin. Zasada jest prosta – im bardziej on ma problemy z alkoholem, hazardem itp., tym bardziej ona zaciera ręce, że będzie mu potrzebna. A więc zagłuszy własny ból. Mimo takiego poświęcenia związek sypał się jak domek z kart. Zaczęli spać w dwóch oddzielnych łóżkach.

– Kobiety uzależnione biorą większą odpowiedzialność za związek niż faceci i w ten sposób kastrują partnera – mówi Firmanty. – Chcą też dosłownie kontrolować jego seksualność, bo seks to dla nich dowód miłości. Jeśli od kilku dni się nie kochają, stają się nachalne. A dla mężczyzny to niekobiece zachowanie, a więc o seksie tym bardziej nie ma mowy.

Magda poczuła, że Krzysiek oddala się od niej, i jak alkoholiczka, która wie, że za chwilę zamkną monopolowy, zaczęła szukać nowego mężczyzny. Poznała sprzedawcę, a sprzedawca potrafi się sprzedać, więc ta znajomość przerodziła się w płomienny romans. Też dlatego, że uzależnione od miłości zakochują się od pierwszego wejrzenia. Magda jednak szybko zepsuła i tę znajomość. Pisała do niego SMS-y – kilkanaście dziennie. Fantazjowała o nim, wyręczała we wszystkim, nie stawiała granic. Wkrótce więc i on miał jej dość. Tak straciła obu, gdyż uznali ją za bezwartościową.

– Kochająca obsesyjnie ma silną potrzebę spotkania, kontaktu, dotknięcia, już teraz! Ukochany działa na nią jak substancja uzależniająca. Jest nim naćpana – mówi Firmanty. – Mężczyźni, których kobiety uzależnione wybierają, też zazwyczaj nie zaznali w domu miłości. Ale męski sposób radzenia sobie z tym jest inny, to zamknięcie w sobie. Oni mają wewnątrz chłopca z pampersem, ten chłopiec płacze za miłością, ale na zewnątrz staje się wyrachowany, zalicza dziewczyny, szukając miłości, której nie otrzymał w domu. Kobieta uzależniona wie, jak dostać się do chłopca z pampersem. Na początku robi to, co trzeba: otwiera się na mężczyznę, w pełni go akceptuje. Daje mu totalną miłość, jest na każde skinienie. Ale w pewnym momencie przekracza granicę, nie wystawiając ręki po coś w zamian. A w miłości musi być wymiana, inaczej ten, kto dostał za dużo, myśli: „Pewnie to, co mi dała, jest bezwartościowe. A może to ona jest bezwartościowa?”. I koniec.

Męskie motyle w brzuchu

– Uzależnienie od zakochiwania się to uzależnienie od endorfin – mówi Iwona Firmanty – od podziwu, jaki daje druga osoba, od efektu pierwszego wrażenia. Częściej padają jego ofiarą mężczyźni.

Robert elektryzuje kobiety, tak dobrze wygląda i ma taką energię. Ale gdy siada na kanapie coacha, okazuje się, że tak jak Magda nie dostał w domu miłości. A że był trzecim z rodzeństwa, więc jego starsi bracia byli zajęci obowiązkami, mógł się pozastanawiać, jak pozyskiwać więcej uważności, bo też Bozia nie dała mu ani wzrostu, ani urody. Nauczył się jednak, co robić i w jaki sposób rozmawiać z kobietami. Dziś ma 38 lat, ale nie wyrywa się do związku. Za to jeśli co weekend nie znajdzie nowej kobiety, czuje się niekompletny. A każda kolejna, z którą się spotyka, jest dla niego zabawką. Jak każdy uzależniony od zakochania się ucieka przed budowaniem miłości, bo wie, że nie zbuduje zdrowej relacji. Bywa to nazywane anoreksją uczuciową, bo tego sobie właśnie odmawia: prawdziwego uczucia, czyli miłości.

Co robić, kochani?

Przepracować trudności z dzieciństwa. Oduczyć się nałogowych zachowań. Komunikować ze sobą, czyli z małą dziewczynką albo chłopcem, i zadbać o ich szczęście. Zrozumieć, jak społeczeństwo służy uzależnieniu od miłości. – To ogromne żniwo ludzkie, które terapeutyzujemy – mówi Iwona Firmanty. – Wzięło się z zimnego chowu, ze sfokusowania rodziców na wyniki, a nie na miłość. Inżynierowie, naukowcy, biznesmeni to nasi główni klienci. Skupieni na wynikach zapominają o tym, co nieuchwytne, ale najważniejsze. Jeśli nie zaczniemy wychowywać dzieci w duchu miłości, a nie sukcesu, to gotowych do niszczącej iluzji miłości będzie coraz więcej. – Żyjemy w świecie, w którym sprzedaje się coraz więcej iluzji. Już niedługo iluzje miłości i seksu będą sprzedawane masowo. Stymulatory i awatary zastąpią z wolna realny kontakt z realnym człowiekiem – mówi Wojciech Eichelberger. – Od wieków wielu mężczyzn i wiele kobiet korzysta z usług prostytutek, udając, że to nie jest transakcja, wypierając ze świadomości to, że wszystko jest w tej relacji udawane. Bo nawet iluzja, jeśli w nią bez reszty uwierzymy, potrafi zaspokajać nasze ważne potrzeby. Także potrzebę doświadczania zachwytu, pożądania, ufności i miłości. To smutne, ale skoro pomaga przeżyć, nie sposób tego potępiać. Wygląda więc na to, że iluzja miłości będzie towarem coraz bardziej poszukiwanym.

  1. Psychologia

Wyślij swój umysł na detoks!

Problem jest pojęciem względnym. Od ciebie zależy, czy jakieś okoliczności są „straszne”, czy „trochę złe”. To kwestia oceny. (Fot. iStock)
Problem jest pojęciem względnym. Od ciebie zależy, czy jakieś okoliczności są „straszne”, czy „trochę złe”. To kwestia oceny. (Fot. iStock)
Myślenie procentuje, ale nieustanna analiza szkodzi. Według psychologa Rafaela Santandreu najwięcej dramatów rozgrywa się tylko w naszej głowie. Chcesz odzyskać równowagę? Spróbuj cieszyć się zarówno małymi, jak i wielkimi rzeczami i tym samym odzyskać wewnętrzny spokój. 

Skąd bierze się to, co opatrujemy etykietką „problem”? Czy to życie przynosi problemy? A może sami je tworzymy – a przynajmniej wyolbrzymiamy – naszą postawą, sposobem myślenia? Rafael Santandreu, hiszpański psycholog poznawczy, autor książki „Twój umysł na detoksie”, nie ma wątpliwości: problem jest pojęciem względnym. Od ciebie zależy, czy jakieś okoliczności są „straszne”, czy „trochę złe”. To kwestia oceny. Jakie stosujesz kryteria? Jak wygląda twoja skala? I co, gdyby okazało się, że sama zatruwasz sobie życie?

Psychiczne tortury

Kiedy uda nam się zmienić sposób myślenia, będziemy zdolni cieszyć się małymi i wielkimi rzeczami, które niesie życie, będziemy potrafili mocniej kochać i pozwalać się kochać, zyskamy też więcej wewnętrznego spokoju – twierdzi Santandreu. Dlaczego myślenie? Dlaczego ta zmiana jest tak ważna? Bo w większości przypadków jesteśmy neurotyczni. Poddajemy samych siebie psychicznym torturom. Blokujemy naturalny przepływ życia lękami albo warunkami, jakie mu stawiamy. Podejmujemy decyzje w rodzaju: „Nie będę szczęśliwa, dopóki nie znajdę mężczyzny”. Albo: „Nie mogę żyć pełnią życia, bo jestem za niska”.

Już Epiktet zauważył, że dotyka nas nie to, co nam się przydarza, ale to, co mówimy sobie na ten temat. Pomiędzy zdarzeniem (na przykład utratą pracy) a emocją (wściekłość, rozpacz) jest nasze myślenie, interpretacja. Dialog wewnętrzny, który generuje takie, a nie inne samopoczucie. Zdaniem Rafaela Santandreu przypominamy maszyny oceniające. Wciąż sprawdzamy, czy dana okoliczność jest dla nas korzystna. Jeśli uznajemy, że nie, zaczynamy opierać się rzeczywistości, a nawet dramatyzować. I to właśnie ta „choroba dramatyczna” jest przyczyną wszystkich zaburzeń emocjonalnych.

Santandreu przywołuje przypadek chłopaka, z którym pracował. Jordi miał za sobą próbę samobójczą. Powód? Trzy poprawki na koniec semestru. Czy to naprawdę tak straszne, żeby pozbawiać się życia? Oto uzasadnienie niedoszłego samobójcy: „Jeśli nie uda mi się poprawić przynajmniej jednej z ocen, będę musiał powtarzać klasę. Jeśli w kolejnym roku znajdę się w podobnej sytuacji, wyrzucą mnie. Mogę zestresować się do tego stopnia, że nie skończę żadnej szkoły, nie pójdę na uczelnię. To katastrofa: stałbym się wyrzutkiem w rodzinie. No i żadna dziewczyna mnie nie zechce! Moje życie nie będzie nic warte, lepiej zakończyć je już teraz...”.

Każdy z nas wpada czasem (niektórzy nawet często) w tego rodzaju ciąg myślowy. Stajemy się niewolnikami swoich fantazji, własnego dialogu wewnętrznego. I cierpimy – zupełnie bez potrzeby. Bo cały dramat rozgrywa się w naszej głowie. Według psychologów poznawczych za przesadną negatywną emocją zawsze kryje się katastroficzna myśl. Jeśli więc cierpisz, sprawdź, czy nie uwierzyłaś w coś, co zwyczajnie nie jest prawdą. Czy nie masz nierealnych wymagań, nie tworzysz sztucznych potrzeb. Czy nie zwiodło cię jakieś irracjonalne przekonanie. Na liście takich przekonań Santandreu umieścił m.in.: „Muszę mieć przy sobie kogoś, kto mnie kocha”, „Muszę być kimś w życiu”, „Muszę mieć mieszkanie na własność”, „Muszę mieć dobre zdrowie”, „Muszę pomagać krewnym”, „Muszę mieć ekscytujące życie”. Nie musisz – zapewnia psycholog. Możesz podejmować działania w tym kierunku, pragnąć tego, ale nie wymagać. Nie myl pragnienia czy preferencji z potrzebą! Pamiętaj, że każda wymyślona potrzeba staje się źródłem słabości.

Latem jest gorąco

Gotowa na zmianę przekonań? Załóżmy, że spędziłaś kolejny samotny weekend i uznałaś, że to „straszne”. Jakie przekonanie za tym stoi? Może: „Kobieta bez rodziny jest bezwartościowa”? Bądź: „Samotność to życiowa porażka”? Albo: „Potrzebuję przyjaciół, żeby być w dobrym nastroju?”. Kiedy już wiesz, co cię uwiera, pora zastosować racjonalną argumentację. Pomocny będzie argument porównawczy: „Czy istnieją inne osoby, które w tej samej sytuacji są szczęśliwe?”. Inna argumentacja dotyczy możliwości: „Czy mimo tych okoliczności mogę realizować ważne dla mnie i innych cele?”. I wreszcie argument egzystencjalny: „Czy w nieskończonym wszechświecie ma to aż takie znaczenie? Co będzie ze mną i z tym problemem za sto lat?”. Santandreu zaleca wręcz medytację nad własną śmiercią. Kiedy przypominamy sobie o jej nieuchronności, stajemy się bardziej zrównoważeni i dojrzali, paradoksalnie odzyskujemy spokój. Przestajemy się zamartwiać, zaczynamy cieszyć się życiem.

Po tym, jak stawiłaś czoło irracjonalnemu przekonaniu, możesz stworzyć nowe. Zdrowe, racjonalne. Na przykład takie: „Wolałabym spędzać weekendy z narzeczonym, ale jeśli akurat go nie mam, też mogę być szczęśliwa”. Nie rezygnujesz tu ze swoich preferencji czy pragnień, po prostu ich spełnienie nie jest już warunkiem twojego szczęścia.

Psychologia poznawcza to nie trening pozytywnego myślenia. Nie chodzi w niej o zmianę negatywnych myśli na pozytywne, o mechaniczne powtarzanie nowych poglądów. To terapia argumentów. Rzeczowych. Wymaga regularnej pracy, wytrwałości. Jeśli wierzyć autorowi „Twojego umysłu na detoksie”, nagrodą za te starania jest poczucie wewnętrznej harmonii. Optymizm.

Żeby łatwiej było zidentyfikować irracjonalne przekonania, Santandreu podzielił je na trzy grupy: 1. Muszę to robić dobrze albo bardzo dobrze. 2. Ludzie zawsze muszą mnie dobrze traktować, sprawiedliwie i z szacunkiem. 3. Sprawy muszą się układać po mojej myśli.

Wiara w powyższe założenia (i próba egzekwowania ich) to – jak łatwo się domyślić – pierwszy krok do frustracji. Czyli do zatruwania sobie życia. Czy nie prościej byłoby przyjąć, że przeciwności stanowią jego część? Chyba najbardziej obrazowo ujmuje to buddyjska mądrość: „Latem jest gorąco, a zimą zimno”. Jaki masz wpływ na pogodę? Na korki? Humory szefa? Na brak miejsc parkingowych? Albo na to, że właściciele psów nie zawsze po nich sprzątają? Możesz zamknąć się w domu i uniknąć tego wszystkiego, tylko czy będziesz wtedy szczęśliwa? Dużo lepszym sposobem jest uodpornić się na frustrację i nie tracić czasu na to, co nie działa – radzi psycholog. Jak to zrobić? Dokądkolwiek idziesz, cokolwiek robisz, zaakceptuj pewne niedogodności. Zdaj sobie sprawę, że nie są aż tak istotne. Wreszcie: skoncentruj się na tym, co jest w porządku. Na wszystkich wspaniałościach, jakie cię otaczają. Kiedy przekierujesz uwagę, przekonasz się, że jest ich naprawdę sporo.

Nie manipuluj przy życiu

Santandreu obala kilka mitów. Chociażby ten dotyczący komfortu. Chcemy, żeby było nam wygodnie. Ciepło (ale nie za bardzo!). Miękko. Luźno. Cicho. Smacznie. Pachnąco. Jakiekolwiek odstępstwa od tych „norm” traktujemy jako zniewagę. Chcemy zmieniać: uciszać, perfumować, wentylować. Narzekać i protestować. Jeśli uczynisz z komfortu fetysz, obsesję, twoje życie będzie ciągłym dyskomfortem! Twoja nadwrażliwość stanie się udręką dla ciebie i dla otoczenia... A gdyby przyjąć, że komfort nie jest aż tak wielką wartością? Przecież nie da ci szczęścia. Przychodzi i odchodzi. Na dłuższą metę staje się wręcz nudny – trudno pogodzić go z aktywnym korzystaniem z życia.

Kolejny mit dotyczy bliskich związków. Na przykład przyjaźni. Nie ma sensu oczekiwać od ludzi tego, czego nie mogą nam dać. Ktoś będzie zawsze pamiętał o naszych urodzinach, a ktoś inny nie. Ale za to przyjedzie otrzeć nam łzy w środku nocy. Nikt nie jest doskonały... My też nie. A w partnerstwie? Czy i tu stosować zasadę bezwarunkowej akceptacji? Godzić się na zaniedbania drugiej osoby? Santandreu proponuje wprowadzić zakaz narzekania na to, co dzieje się w związku. I zwyczaj cotygodniowego wręczania partnerowi pisanej z miłością „listy sugestii”. Na przykład takich: „Chciałabym, żebyś częściej mówił mi miłe rzeczy, ale jeśli nie będziesz tego robił, i tak będę cię kochała”. Chodzi o to, żeby zasygnalizować partnerowi nasze oczekiwania, zapewniając jednocześnie o uczuciu i akceptacji. Pozostawić mu wolną rękę, niczego nie wymuszać... Dlaczego to działa? Bo kiedy narzekamy czy wymagamy, druga osoba czuje się zastraszona, przyparta do muru. A gdy sugerujemy coś niezobowiązująco – po prostu zachęcona. Oczywiście, do niezrealizowanych sugestii warto wracać (nawet co tydzień), ponawiać zachęty... Licząc się z tym, że jakiś punkt (na przykład dotyczący wyrzucania śmieci) będzie figurował na naszej liście do końca życia. Ale może nie jest to aż takie ważne?

I jeszcze sugestia dotycząca tego, jak bronić się przed neurozami czy kiepskimi nastrojami innych. Kiedy ktoś awanturuje się, wyolbrzymia pewne sprawy, przyjmij, że chwilowo stracił kontakt z rzeczywistością. Jaki jest sens dyskutować z kimś, kogo akurat opuściły zdrowe zmysły? Możesz odciągnąć jego uwagę od dramatu na trzy sposoby. Pierwszy to miłość: przytulasz tę osobę, mówisz ciepłe słowa. Drugi to humor: zmieniasz język, akcent albo ton głosu, podśpiewujesz. I wreszcie surrealizm: odpowiadasz zupełnie nie na temat, jakbyś to ty straciła rozum.

W wielu sytuacjach najlepszą strategią będzie… brak strategii i poddanie się życiu. Bo, jak mówi Rafael Santandreu: „Przyjaźń, samorealizacja i udane życie seksualne przyjdą w sposób naturalny, wcześniej czy później, bo właśnie w tym kierunku zmierza życie, jeśli tylko nie będziemy za dużo przy tym manipulować”.