1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zaprogramowani na dobroć

Zaprogramowani na dobroć

fot.123rf
fot.123rf
Nasz polski egocentryczny indywidualizm odgradza nas od innych, nie pozwala być razem, współpracować i pomagać – mówi socjolog, profesor Krystyna Skarżyńska z Instytutu Psychologii PAN i SWPS.

Żyjemy podobno w narcystycznych czasach. Zgadza się pani z taką opinią?

No cóż, narcyzm jest dość złożoną konstelacją różnych właściwości jednostki. Przejawia się ponadprzeciętną koncentracją na własnych potrzebach i emocjach, a także na tym, jak się wygląda w oczach innych. Narcystyczne osobowości potrzebują ludzi głównie do umacniania swojego pozytywnego, ale niestabilnego wizerunku. Domagają się ciągłego doceniania, uznania zasług, podziwu – często mimo braku odpowiednich ku temu podstaw. Nie dostrzegają natomiast lub bagatelizują potrzeby innych ludzi, których traktują instrumentalnie. I takie postawy są dzisiaj dość powszechne.

Skąd to się bierze?

Sądzę, że dzieje się tak wskutek działania dwóch różnych (a nawet pozornie sprzecznych) procesów: indywidualizacji kultury Zachodu oraz dostępności środków, które pozwalają eksponować siebie przed szeroką publicznością (znajomymi i obcymi). „Nie ma ciebie na Facebooku – nie istniejesz” – mówią dzisiaj nie tylko nastolatki; „Dzień bez występu w mediach – to dzień stracony” – twierdzą różnej maści celebryci (znani właśnie z tego, że są znani), ale także coraz częściej przedstawiciele innych zawodów nastawieni na indywidualne kariery. „Ja sam jestem sobie sterem i okrętem; mam prawo być, kim chcę, i realizować swój potencjał ” – to dość powszechnie akceptowane indywidualistyczne hasło.

W Polsce ten ton jest bardziej widoczny niż w innych krajach?

Od 20 lat, czyli od zmiany systemu, istotnie, wzrasta u nas popularność indywidualistycznych idei. Paradoksalnie, najwyższy poziom indywidualizmu, jak wynika z badań Jadwigi Koralewicz i Marka Ziółkowskiego oraz Włodzimierza Daaba, zanotowano u schyłku PRL. Kolektywistyczny realny socjalizm zaowocował wtedy realnym silnym indywidualizmem. W okresie przełomu Polacy bardziej cenili sobie przedsiębiorczość niż pomocność; pomysłowość niż wyrozumiałość; ambicję niż troskliwość. Dziś wiemy, że nasz wybujały indywidualizm pchał nas ku demokracji, sprzyjał wolnemu rynkowi, był motorem przedsiębiorczości. Z drugiej strony – niszczył więzi społeczne. Polski indywidualizm okazał się inny niż indywidualizm w rozwiniętych demokracjach zachodnich. Jest w nim więcej egoizmu, a mniej niż w starych demokracjach uniwersalizmu, czyli szacunku dla każdej jednostki i jej praw (a nie tylko moich praw).

Za mało zaufania do ludzi i za mało tolerancji dla różnych form odmienności. Ponad 70 procent polskiego społeczeństwa uważa, że większości ludziom nie można ufać. Nasz polski indywidualizm odgradza nas od innych, nie pozwala być razem, współpracować i pomagać sobie nawzajem.

Może dzieje się tak dlatego, że nadal jesteśmy krajem na dorobku?

To prawda. Miło brzmiące hasło „bogaćcie się”, rzucone na początku zmiany systemowej, połączone z wieloletnim doświadczeniem niedoboru wszelkiego rodzaju dóbr, zaowocowało wzrostem orientacji materialistycznej. Wiąże się ona z dwoma przekonaniami: że wartość człowieka i to, w jakim stopniu jego życie jest udane, ocenia się na podstawie tego, ile ma on atrakcyjnych dóbr materialnych, oraz z wizją świata społecznego jako zagrażającego, w którym dominuje egoizm, wrogość, bezwzględna rywalizacja. Egocentryczni materialiści, skoncentrowane na sobie narcystyczne osobowości, spodziewają się w swoim środowisku częściej „kłód rzucanych pod nogi” niż wyciągniętej w ich kierunku pomocnej dłoni. Badania prowadzone w różnych miejscach na świecie pokazują, że pokolenia i jednostki bardziej ceniące wartości materialne nisko cenią współpracę i mają niskie zaufanie do innych ludzi.

Co powstrzymuje nas przed angażowaniem się w pomaganie?

Właśnie ten kulturowy wzór egoistycznego indywidualizmu, ceniący wyżej rywalizację i indywidualny sukces materialny niż przyjazne, szerokie więzi społeczne, który rozgrzesza z bierności społecznej i braku uwagi poświęcanej bliźnim.

Ludzie koncentrujący się na swoich potrzebach, ślepo goniący za sukcesem nie zauważają potrzeb innych lub sądzą, że to nie ich sprawa, bo od tego są specjalne organizacje i publiczne instytucje.

Ale opory przed pomaganiem mają także ludzie, którzy nie gonią za sukcesem. Co im przeszkadza?

Przede wszystkim to, że nie diagnozują czyjejś sytuacji jako wymagającej pomocy. Wielu ludzi potrzebujących ukrywa bowiem przed innymi swoje problemy, nie pokazuje biedy, kłopotów z dziećmi czy własnym zdrowiem, rzadko mówi o swojej samotności. A jak nie jesteśmy pewni, czy ktoś rzeczywiście potrzebuje i chce naszej pomocy, pozostajemy bierni. Nie podajemy komuś ręki także dlatego, że boimy się naruszenia cudzej prywatności, ośmieszenia się, a nawet wrogości czy agresji. A czasem po prostu wydaje nam się, że nie mamy wystarczających kompetencji. Barierą w pomaganiu są także wysokie (rzeczywiste lub wyobrażone) koszty naszego zaangażowania: zużycie czasu, energii, pieniędzy, nierzadko poczucie nieskuteczności i pogorszenie nastroju.

Dlaczego społeczna solidarność w nieszczęściu jest tak ważna?

Jest ważna nie tylko w nieszczęściu. Okazuje się, że jakość życia jednostek, grup i całych społeczeństw zależy od przekonania, że nie jesteśmy samotnymi wyspami, że inni ludzie nie są naszymi wrogami, ale raczej współodczuwają z nami, dzielą radości i smutki, że są w stanie zrozumieć nasze potrzeby, dostarczyć wsparcia. Wiele badań pokazuje, że samotność, poczucie wykluczenia unieszczęśliwiają człowieka. A z drugiej strony – że solidarność przejawiająca się troską o słabsze grupy społeczne i dbaniem o to, by różnice dochodów i jakości życia nie były drastyczne, sprzyja lepszemu zdrowiu całych społeczeństw, wydłuża życie ich obywateli, zmniejsza przestępczość. Stosunkowo nowe badania dowodzą, że pieniądze dają szczęście tym, którzy potrafią się nimi dzielić.

Ale wielu ludzi nie tylko się nie dzieli, lecz odgradza od innych grubymi murami.

Społeczeństwo obojętne wobec problemów bezrobotnych, rodziców niemających pieniędzy na leczenie dziecka, społeczeństwo, które nie broni bitych i gwałconych dzieci, samotnych matek wyrzucanych na bruk czy atakowanych imigrantów, wreszcie które nie wyraża współczucia osobom atakowanym za orientację seksualną – przestaje być społeczeństwem demokratycznym. Bez solidarności nasze życie zamieni się w społeczną dżunglę. I nawet nie będziemy mogli cieszyć się indywidualnym szczęściem, bo będzie ono nietrwałe.

Krystyna Skarżyńska – kierownik Katedry Psychologii Społecznej Uniwersytetu SWPS oraz Pracowni Psychologii Politycznej w Instytucie PAN, członek Komitetu Psychologii PAN oraz Komitetu Prognoz Polska 2000 Plus.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego decydujemy się na pomaganie innym? – wyjaśnia psycholożka

Pomagamy na wiele sposobów. Warto jednak zaznaczyć, że ponad 1/3 polskiego społeczeństwa deklaruje udział w akcjach dobroczynnych poprzez wsparcie finansowe lub rzeczowe. Nadal zatem łatwiej nam dzielić się pieniędzmi niż wolnym czasem. (fot. iStock)
Pomagamy na wiele sposobów. Warto jednak zaznaczyć, że ponad 1/3 polskiego społeczeństwa deklaruje udział w akcjach dobroczynnych poprzez wsparcie finansowe lub rzeczowe. Nadal zatem łatwiej nam dzielić się pieniędzmi niż wolnym czasem. (fot. iStock)
Za chęcią niesienia pomocy kryją się różne psychologiczne mechanizmy, wspólne dla wszystkich ludzi. Co, tak naprawdę, nam samym daje angażowanie się w pomoc? - tłumaczy Joanna Gutral, psycholożka z Uniwersytetu SWPS.

Nasza charytatywna aktywność zwiększyła się znacznie w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Polacy coraz chętniej podejmują pomocowe działania, co można zresztą zaobserwować przy okazji pandemii koronawirusa. Służą one nie tylko tym, którzy otrzymują pomoc, ale służą też psychicznemu dobru tych, co pomagają. Zresztą każdy, kto angażuje się chociażby w coroczne finały WOŚP wie, jaka się wówczas „rozchodzi” pozytywna energia.

Pomaganie nie jest nowym przedsięwzięciem. –  Działalność dobroczynna ma długie tradycje. Pojawiła się znacznie wcześniej niż pomoc społeczna organizowana przez państwo i samorząd terytorialny. Powstała z potrzeby pomagania, przekonań wewnętrznych, ale także poczucia obowiązku, a czasem z chęci zyskania rozgłosu – zaznacza prof. Iwona Sierpowska, prawnik z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu.

Dlaczego pomagamy?

– Przede wszystkim istnieje coś takiego jak wymiana społeczna i norma wzajemności. Wedle tej normy, kiedy pomagamy myślimy o tym, że gdy będziemy w potrzebie, znajdzie się ktoś, kto pomoże nam – i to motywuje nas do wzajemnej pomocy. – podkreśla Joanna Gutral, psycholożka. – To jest taka wiara w to, że nie jesteśmy sami i zawsze znajdzie się ktoś, kto nam pomoże, więc my też powinniśmy pomagać. Poza tym, przyjście komuś z pomocą łagodzi nasz wewnętrzny dyskomfort patrzenia na czyjąś krzywdę. Nie lubimy kiedy komuś dzieje się źle. Zatem wolimy pomóc, żeby to poczucie krzywdy zmniejszyć. To, co również jest ważne: jesteśmy istotami empatycznymi.
Jesteśmy altruistami. A zatem współodczuwanie i chęć pomocy są wpisane w nasze człowieczeństwo. Jest to dość naturalny odruch.

Co nam daje pomaganie? Jakie czerpiemy korzyści psychologiczne?

Pomagając potrzebującym bez wątpienia przyczyniamy się do poprawienia ich sytuacji. Nieważne, czy wpłacamy pieniądze na operację wady serca u dziecka, czy bierzemy udział w karmieniu bezdomnych, czy poświęcamy czas starszym, samotnym ludziom – zawsze dokładamy „cegiełkę” do tego, żeby świat był lepszy. Sami jednak też czerpiemy z tego dawania dobra.

- To, co jest ważne, to że pomaganie jest nagradzające dla nas samych. Lubimy myśleć o sobie dobrze, a myślimy o sobie dobrze wtedy, kiedy dobrze postępujemy. Zatem pomaganie pozwala nam na patrzenie na siebie w pozytywnym świetle – podkreśla psycholożka i dodaje. –  Przez to, że postępujemy dobrze i widzimy się w dobrym świetle, wzrasta nasza samoocena. Poza tym, jako osoby, które pomagają otrzymujemy wsparcie społeczne i aprobatę społeczną. Bezapelacyjnie wszyscy postrzegają pomaganie jako pożądane zachowanie.

Lepsze samopoczucie, wyższa samoocena i przekonanie, że mamy społeczne wsparcie (niemal w każdym społeczeństwie docenia się ludzi, którzy są pomocni) – to jeszcze nie wszystkie profity, jakie daje nam niesienie pomocy. Joanna Gutral podkreśla też, że spotykając się z innymi osobami, które pomagają, zaczynamy przynależeć do pewnych mniejszych społeczności. Poznajemy wówczas osoby, które łączy wspólna pasja (w pomaganiu, w wolontariacie), a to również daje nam wsparcie w życiu i poczucie sprawstwa.

Czym w takim razie kierujemy się przy wyborze celu, który wspieramy? – Przede wszystkim tym, na ile jest on dla nas istotny. Jeżeli interesujemy się zwierzętami, lub jesteśmy miłośnikami zwierząt, to zapewne możemy zdecydować się na to, żeby pomóc zwierzętom w schroniskach. Jeśli kogoś z naszych bliskich, lub nas samych, spotkała jakaś sytuacja zdrowotna, życiowa, losowa, która wymagała wsparcia, to aktywność poznawcza tego zdarzenia na pewno pozwoli na to, aby bardziej skoncentrować się na pomaganiu w tym obszarze. – Joanna Gutral podkreśla, że dane zdarzenie musi być dla nas ważne. – Pomagamy w tych obszarach, które wydają nam się najbardziej istotne, ale przede wszystkim pomagamy z nadzieją na to, że jeżeli znajdziemy się w złej sytuacji - to ktoś pomoże nam.

Jakie formy pomocy najczęściej wybieramy?

– Najchętniej pomagamy finansowo, ponieważ mamy poczucie, że faktycznie dajemy komuś pomoc, a nie wymaga to od nas aż tak dużego poświęcenia czasu. – zaznacza terapeutka – Pomagamy również aktywnie, przez różnego rodzaju wolontariaty. Dobrze jest  taki wolontariat zaaranżować na rzecz pewnej zabawy, miłego spędzania czasu, tak, aby nie tylko mieć poczucie, że dajemy coś z siebie, ale że coś otrzymujemy w zamian za tę pomoc. I tak jak wspomniałam wcześniej: najważniejsze jest to, aby pomóc w obszarze, który uważamy za ważny, ponieważ tylko taka motywacja wewnętrzna pozwoli nam na to, aby w pełni oddać się temu pomaganiu i jednocześnie czerpać z tego satysfakcję.

Źródło: materiały prasowe SWPS

  1. Styl Życia

Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze

Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmieniać życie, nie tylko nasze.

W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Rozmawiamy z Darią Mejnartowicz, która udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens" (9/2019).

Chciałam spytać o pani podróże, ale zacznę od lęku przed lataniem. Podobno długo się pani z nim zmagała…
Mój lęk przed lataniem przybierał naprawdę spektakularne rozmiary: uciekałam z lotnisk, w ostatniej chwili wyjmowano mój bagaż z luku… Paul, mój narzeczony, zawsze powtarzał, że latanie jest o wiele bezpieczniejsze od jazdy samochodem, o czym zresztą boleśnie się przekonałam, ale mimo to panicznie bałam się latać. Jestem spod znaku Panny, więc do wszystkiego podchodzę bardzo metodycznie, dlatego przez lata kupowałam mnóstwo audiobooków, DVD i książek na temat opanowywania lęku przed lataniem, mam pokaźną biblioteczkę. Byłam też na kursie na lotnisku Heathrow – Flying Without Fear, prowadzonym przez byłego kapitana brytyjskich linii lotniczych – Keitha Godfreya. A jednak lęk nie mijał. Aż przyszedł taki dzień, już po śmierci Paula, kiedy wracałam od jego rodziny w Londynie – zawsze jeździłam nocnym pociągiem do Niemiec, stamtąd do Brukseli, z Brukseli pociągiem Eurostar przez tunel pod kanałem La Manche – i w tej drodze powrotnej w połowie tunelu zabrakło prądu i pociąg stanął. Nie było nie tylko światła, ale też klimatyzacji, więc robiło się coraz goręcej… To było gorsze od wszystkiego, czego kiedykolwiek doświadczyłam w samolocie, choć nigdy nie doznałam złych rzeczy, chodziło głównie o zamknięcie na małej przestrzeni. Wtedy powiedziałam sobie: „Koniec. Następnym razem lecę samolotem”. Kolejna podróż, w jaką się wybrałam, to był już lot British Airways. Miałam specjalny list od Keitha skierowany do pilota samolotu, w którym on informuje: „to jest Daria, która jest w moim programie Fearful Flyers, opowiedz jej, proszę, o locie i o tym, co się będzie podczas niego działo”. Kapitan wyjaśnił, co trzeba, i dodał, że będziemy trochę krążyć nad lotniskiem, bo jest straszna pogoda…

No nie…
Ale to mnie uspokoiło, wiedziałam przynajmniej, co się będzie działo. Powiedział, że ma nadzieję, że pójdzie nam to sprawnie, bo chce zdążyć na kolację z żoną. Kiedy poznajesz kogoś, kto ma dowieźć cię bezpiecznie na miejsce i w dodatku jest taki wyluzowany, a jednocześnie profesjonalny jak ten pilot, chętniej oddajesz swoje życie w jego ręce. Na dodatek okazało się, że było wolne miejsce w klasie biznes, więc stewardesa przesadziła mnie, żeby móc mieć stale na oku. Kiedy wylądowaliśmy, wręczyła mi szampana ze słowami: „Niech pani weźmie go do domu i świętuje”.

Cudowne zakończenie!
Ale okupione latami zmagań i panicznego lęku. Długo byłam przekonana, że to jest największe ograniczenie w moim życiu, że najtrudniej będzie mi sobie z nim poradzić.

Dlatego, że chciała pani podróżować?
Po prostu chciałam realizować swoją pasję i wtedy wydawało mi się, że nie ma trudniejszego wyzwania. Że łatwiej jest założyć rodzinę, urodzić dziecko, zmienić pracę, a to, ten lęk, jest zupełnie poza moją kontrolą. Teraz się z tego śmieję, bo lęk przed lataniem zwalczyłam, byłam w 73 krajach, a rodziny nie udało mi się założyć, choć bardzo bym chciała.

Podobno kiedy jako dziewczynkę ktoś pytał, na co pani odkłada pieniądze, odpowiadała pani: „na podróże”.
Zawsze miałam ogromną potrzebę, by zarabiać pieniądze i bardzo nie lubiłam ich wydawać. Przez siostry jestem postrzegana jako sknera. Dla mnie shopping na poprawę humoru jest całkowicie irracjonalny. Kiedy czegoś potrzebuję, kupuję to. Proste. Jako dziewczynka nie dostawałam kieszonkowego i nie zawsze alimenty, musiałam na siebie zarabiać. Mojej mamy nie obchodziło, że nie mam zimowych butów, mówiła: „Chcesz buty, idź sobie zarób”. Moją pierwszą pracą było zbieranie jagód, które sprzedawałam potem sąsiadom. Czasem wydawałam te pieniądze na niezbędne rzeczy, ale głównie odkładałam. Oczywiste było, że na to, by jeździć po świecie. Miałam na tym punkcie świra. Kiedy oglądałam w telewizji programy o dzieciach z Afryki, to czułam, że moje całe ciało się rwie, chciałam tam jechać i pomagać. Podróżowanie zawsze było dla mnie jednoznaczne z pomaganiem.

Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne) Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne)

Czyli nie tyle marzyła pani o podróżach, co o pomaganiu?
To zaczęło się bardzo wcześnie. Sama pochodziłam z trudnego, choć, jak to się mówi, dobrego domu, moi rodzice – lekarka i student prawa – szybko się rozstali, mama nadużywała alkoholu i, jak później dowiedziałam się z dokumentów, cierpiała na chorobę dwubiegunową. Prawie się nami nie zajmowała, musiałyśmy same dbać o to, by odrobić lekcje czy zorganizować sobie czas wolny. Może dlatego już jako dziecko miałam bardzo rozwiniętą wrażliwość na potrzebujących, a ponieważ nie byłam w stanie pomagać innym dzieciom, mogłam przynajmniej pomagać zwierzętom. Dokarmiałam okoliczne psy i koty, czasem przemycałam je do domu.

Pani historię znam z reportażu w „Wysokich Obcasach” i jest ona wstrząsająca: trauma dzieciństwa, zdrada narzeczonego, niesprawiedliwe zwolnienie z pracy, potem śmierć ukochanego w wypadku, mobbing. Mówi pani, że pomaganie potrafi uratować nam życie. Gdy patrzy pani wstecz, sądzi pani, że pomagając innym, chciała pani pomóc też sobie?
Na pewno. Oczywiście widzę to dopiero dzisiaj. Jako dziecko tego nie analizowałam, to był po prostu impuls, odruch serca. I zwierzęta kochały mnie bezwarunkowo. Dziś moja chęć niesienia pomocy wynika z poczucia niesprawiedliwości, potrzeby naprawiania tego świata i zmniejszania zła, jakie się na nim dzieje. Na pewno moje życiowe wybory są podyktowane dawną traumą, choćby wybór studiów. Miałam potrzebę, by służyć innym, a służba zdrowia wydawała mi się idealnym terytorium do pomagania; medycyny się bałam, wybrałam rehabilitację ruchową. Pracę magisterską pisałam o stanie psychicznym kobiet po usunięciu macicy, potem na studiach doktoranckich zajęłam się seksualnością i przemocą seksualną wobec osób z zespołem Downa – też nie przez przypadek. Szukałam grup, które potrzebują specjalnej uwagi i nie bałam się zajmować tematami tabu.

Zawsze idę tam, gdzie niewygodnie. Chcę zabierać głos w imieniu tych, którzy nie potrafią lub których krzyk jest niesłyszalny. Przez wiele lat pracowałam jako menedżer na basenie na Inflanckiej. Organizowałam różne zajęcia w wodzie i na sali gimnastycznej dla nastolatków z upośledzeniem umysłowym, w tym z zespołem Downa. Widziałam, jak wiele im to daje. Że wreszcie są traktowane godnie, dorośle, a nie infantylnie, jak bywa na zajęciach warsztatowych, gdzie proponuje się im głównie lepienie kwiatków. Potem zaczęłam aktywować warszawskich seniorów w ramach programu „Senior: starszy, sprawniejszy”.

A kiedy pojawiły się dziewczynki z Tanzanii? W przemówieniu podczas konferencji Sieci Przedsiębiorczych Kobiet „Be the Change” mówiła pani wzruszająco, że marzą o komplecie majtek i paczce bawełnianych podpasek.
Zanim do nich dojdę, musimy się trochę cofnąć w czasie. Po intensywnych latach pracy na Inflanckiej przeniosłam się do kliniki ortopedycznej Carolina Medical Center, gdzie odpowiadałam za fizjoterapię, rozwój i marketing. Zaczęłam wtedy współpracę z nieistniejącą już organizacją PWNet, założoną przez Dorotę Warakomską. Wspólnie organizowałyśmy różne akcje edukacyjne dla kobiet. Dorota któregoś razu wspomniała mi o programie mentoringowym dla kobiet organizowanym pierwszy raz w Polsce przez fundację Vital Voices Global Partnership i zarekomendowała mnie do niego. Potem Agnieszka Bilińska i Ambasada Amerykańska, która mnie wtedy obserwowała, zgłosili mnie do programu Fortune Magazine/US State Department Global Women’s Mentoring Partnership w Stanach Zjednoczonych, którego celem było spotkanie nas, 25 kobiet z całego świata z mentorkami, kobietami sukcesu z USA. To było niesamowite przeżycie. Zaczęłam myśleć, że może to jest szansa na to, by spełnić marzenie z dzieciństwa. Wcześniej aplikowałam do różnych organizacji pomocowych, ale bez powodzenia, a dzięki temu programowi mogłam być w kontakcie z działaczkami z kilkudziesięciu krajów na świecie. VVGP stworzył networking, który wtedy liczył około 130 kobiet, teraz ponad 300. Cały czas jesteśmy ze sobą w kontakcie i spotykamy się podczas różnych eventów. To zakręcone liderki z pasją wprowadzania zmian w lokalnych społecznościach. Prowadzą fundacje, są akademiczkami, polityczkami, biznesmenkami.

Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne) Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne)

Zaprzyjaźniłam się wtedy z liderką z Birmy Misu Borit  i zaplanowałyśmy wyjazd. Zlinkowała mnie ze swoim kuzynem dr. Wunna, który pracuje jako wolontariusz w bardzo biednej klinice Golden Girls Clinic. To był 2012 rok. Zorganizowałam zbiórkę pieniędzy wśród znajomych i pojechałam do nich z podstawowym sprzętem medycznym i pomocami rehabilitacyjnymi, które zmieściłam w dwóch walizkach, resztę dokupiłam na miejscu. Przez dwa tygodnie urlopu zajmowałam się rehabilitacją osób po udarach, w Birmie zupełnie niepraktykowaną.

Warto zaznaczyć, że za wszystkie podróże płaci pani sama i przeznacza na nie urlopy…
Tak, choć trzy ostatnie bilety lotnicze – na wyjazd do syryjskich uchodźców, do Jordanii i na Filipiny – zasponsorowała mi jedna z mentorek Katarzyna Kołczewska, z niewykorzystanych mil lotniczych swojej firmy medycznej. Ale zwykle za przelot, wizę i pobyt płacę z własnych środków. Wróciłam do Birmy w 2015 roku, wtedy odwiedziłam tamtejsze domy dziecka, ujął mnie bardzo ten kraj i tamtejsi ludzie, jeśli ktoś szuka wolontariatu, to polecam klinikę, w której byłam. Kolejne miejsce to był Ngoenga School for Tibetan Children With Special Needs, gdzie pojechałam na misję rehabilitacyjną dla tybetańskich niepełnosprawnych dzieci uchodźców. Ten projekt realizowałam z ministrem zdrowia Tybetu. No i Kenia, czyli Kibera Slum w Nairobi. Tu mogłam połączyć pomoc z moją kolejną pasją – sportem, który mnie samej bardzo wiele dał.

Pomaga nadać sens czy odrywa od problemów?
Sport to cudowne narzędzie, by rozwijać osobowość, cechy liderskie, dawać poczucie własnej wartości i nadawać życiu sens. Podam przykład. W Kibera Slum, drugim z największych miejskich slumsów na świecie, gdzie średnia życia to 33 lata ze względu na AIDS i wysoką przestępczość, powstała drużyna Challengers, która składa się z żon przestępców. Na co dzień jest im tu bardzo trudno, spotykają się z dużą agresją, do tego każda ma gromadkę dzieci i jest całkowicie zależna od męża. Jane, moja koleżanka, która prowadzi na miejscu fundację, wymyśliła, że aby dać im trochę oddechu i nowe perspektywy, stworzy z nich drużynę piłki siatkowej, która będzie regularnie trenować i rozgrywać mecze. Od tamtej pory to jest stały projekt, w który jestem zaangażowana. W Kibera Slum rozwijamy głównie siatkówkę, edukację dziewczynek i temat podpasek, które w Kenii są luksusem. Zależy nam na tym, żeby dawać je dziewczynkom, by w czasie menstruacji mogły chodzić do szkoły, a przy okazji by lokalne kobiety mogły je szyć i sprzedawać.

Ten sam pomysł widzimy w Oscarowym dokumencie „Okresowa rewolucja”.
My robimy dokładnie to samo, tylko nasze podpaski są materiałowe, wielokrotnego użytku, z wkładką, którą się wyjmuje i pierze. W filmie jest mowa o Indiach, ale w Afryce kobiety i dziewczynki są w podobnej sytuacji. A ponieważ los kobiet i dziewczynek zawsze był mi specjalnie bliski, trafiłam do Tanzanii i do New Hope For Girls Organization. Pojawiła się ona w moim życiu po raz pierwszy w 2015 roku. To dom założony przez Consoler – sama miała bardzo trudne dzieciństwo i postanowiła, że jeśli przetrwa, to poświęci swoje życie dziewczynkom, które dotyka przemoc czy bieda. Adoptuje je, w porozumieniu z biologicznymi rodzicami, i daje im nowy dom. Mogą chodzić do szkoły, a jeśli nie ma na to środków, sama je uczy. Coraz częściej udaje się znaleźć sponsorów, którzy łożą na edukację dziewczynek. Jestem zapaloną ambasadorką tej organizacji, działa w Tanzanii nieprzerwanie, nawet teraz, przed naszą rozmową udało mi się za sprawą sponsorki z Irlandii, Polki, która prowadzi własną klinikę, dopiąć ufundowanie ubezpieczenia zdrowotnego dla dziewczynek, bo niektóre często chorują. Ta sama Margo postanowiła niedawno zaadoptować jedną z tamtejszych dziewczynek, która chciałaby rozwijać się w kierunku medycznym, będzie jej fundować szkołę, a potem studia, a kiedy dorośnie, zaprosi ją do Irlandii. Joe pojechała w lipcu na uczelnię z internatem…

Dziewczynki z Tanzanii są mi bliskie też dlatego, że dostałam od nich cudowny prezent, wielki plakat, na którym każda z nich się podpisała, wkleiła swoje zdjęcie i wszystkie napisały, że od teraz są moją rodziną, że mnie adoptują i żebym do nich przyjechała spędzić starość – będą się mną opiekować. W Polsce nie miałam jeszcze takich propozycji (śmiech).

Zdążyłyśmy przejrzeć zaledwie część pani pamiątek z podróży. Jest tego mnóstwo.
Wśród innych projektów były: Ghana, Gwatemala, San Salwador, Nepal, Madagaskar, Liberia, Jordania, Nigeria, Indie, Kamerun, Vanatu, Syria, Filipiny i Litwa. Obecnie organizuję je na pięciu kontynentach. Pomagam też w Polsce. Wszystko staram się opisywać i dokumentować. Zachowuję zdjęcia, rysunki dzieci, maile wysyłane przy okazji każdej misji… Co jakiś czas sprawdzam, co dzieje się z osobami, którym pomagamy, i też to dokumentuję…

Jak tak pani teraz patrzy na to, co udało się dokonać, pani wewnętrzne dziecko się uśmiecha? Jest bardziej spokojne? Szczęśliwe?
Na pewno jest to dla mnie działanie terapeutyczne, budujące poczucie sensu i nadające życiu wartość. Największy kryzys miałam po śmierci Paula. Musiałam zdecydować: strzelić sobie w głowę czy zrobić coś sensownego z resztą mojego życia? Byłam po trzydziestce i pracowałam na różnych warsztatach rozwoju osobistego. Ewa Foley i Joy Manne, z którymi wtedy miałam częsty kontakt, poradziły mi: „Po prostu trzeba życiu nadać wartość”. Gerhard Walper powiedział: „Pozwól sobie na dobre życie, wreszcie”. Przestałam siebie pytać: „Dlaczego?”, czyli wyszłam ze stanu ofiary, a zaczęłam pytać: „Po co? Jaki jest w tym sens? Po co ja przeżyłam?”. Zobaczyłam, że wiele osób pyta mnie, jak pomagać i jak może pomóc mi pomagać innym. I że to się samo nakręca. A ponieważ powinno się robić w życiu to, co przychodzi nam bez trudu, naturalnie i bez wysiłku – stwierdziłam, że pomaganie jest chyba moim darem, talentem. Że jest we mnie jakiś potencjał. Może właśnie dzięki temu wszystkiemu, co przeżyłam, potrafię się wczuć w perspektywę ofiary, kogoś, kto potrzebuje pomocy. Może gdybym tych wszystkich traum nie przeszła, nie miałabym w sobie tej wrażliwości. Bardzo boli mnie ludzka krzywda i niesprawiedliwość, i uważam, że jeśli się ją widzi, trzeba natychmiast reagować. Na przykład, gdy widzę, jak fizjoterapeuci są zmuszani do pracy na rzecz wskazanych przez lekarza pacjentów bez wynagrodzenia, od razu protestuję, piszę maile, dzwonię. Bo to nie jest OK. Nie boję się reagować i iść pod prąd, co niekiedy przysparza mi wrogów.

Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne) Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne)

Wyjeżdza pani czasem tylko po to, by poleżeć na plaży?
Jakby ktoś chciał mnie bardzo ukarać, to musiałby mnie wysłać na wycieczkę do Egiptu do pięciogwiazdkowego hotelu na tydzień. Najgorsza kara, naprawdę!

Jak można więc pani pomóc w pomaganiu?
Na stałe współpracuję z fundacją, która ma grzecznościowo utworzone dla mnie konto. Można na nie przelewać środki; są one w 100 proc. przekazywane na cele akcji, które organizuję. Można się ze mną skontaktować przez Facebooka, Messengera i LinkedIn. Każdemu, kto będzie zainteresowany, powiem, czego aktualnie potrzebujemy: opłacenia nauki dziewczynce, kursu zawodowego, pomocy edukacyjnych, sprzętu medycznego, rehabilitacyjnego czy sportowego.

Zaczęłyśmy od lęku przed lataniem, co jest teraz dla pani największą barierą do pokonania?
To, z czym się zmagam, to wbrew pozorom lęk przed osamotnieniem. Kiedy przychodzi weekend, święta czy czas wolny, tych wszystkich moich przyjaciół z całego świata przy mnie nie ma. A ja potrzebuję mieć wokół siebie ludzi. Być może swoją nadaktywnością uciekam od poczucia pustki, bycia niepotrzebną, bezwartościową. Wciąż mam poczucie, że jestem nie dość dobra, i ciągle muszę udowadniać światu, że warto mnie kochać. Czasem się zastanawiam, co bym robiła, gdybym nie robiła tego, co robię. Jaki sens miałoby wtedy życie. Choć zaraz sobie przypominam, co powiedziała jedna z moich mentorek Nemi Nath – że celem życia jest samo życie. Tego muszę się jeszcze nauczyć. Ale może to przyjdzie samo, tak jak sam odszedł lęk przed lataniem. Nadal czasem nie czuję się komfortowo w powietrzu, ale powtarzam sobie to, co kazał mi Keith napisać na karteczce: „turbulencje są nieprzyjemne, ale nie są niebezpieczne” i że odwaga polega na tym, że bojąc się czegoś – robię to mimo lęku.

Daria Mejnartowicz zrobiła doktorat w zakresie rehabilitacji ruchowej, magisterium zarządzania i marketingu oraz MBA, ukończyła też studia podyplomowe w zakresie wychowania seksualnego, spełnia swoje marzenia, podróżując po świecie i wspierając mieszkańców krajów rozwijających się, głównie kobiety i dziewczynki.

  1. Styl Życia

„Pomagamy jak umiemy kobietom” - akcja pomocowa Rossmanna

Jeśli jeszcze nie masz aplikacji Rossmanna, warto ją ściągnąć, bo dzięki niej, robiąc nawet najdrobniejsze zakupy, możesz pomagać innym  - wystarczy przy kasie zeskanować numer swojej karty Klubu Rossmann. (Fot. iStock)
Jeśli jeszcze nie masz aplikacji Rossmanna, warto ją ściągnąć, bo dzięki niej, robiąc nawet najdrobniejsze zakupy, możesz pomagać innym - wystarczy przy kasie zeskanować numer swojej karty Klubu Rossmann. (Fot. iStock)
To już V edycja sztandarowej akcji pomocowej Rossmanna. W tym roku firma zdecydowała sie pomagać kobietom znajdującym się w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Będzie to pomoc od kobiet, bo to one są głównie klientkami Rossmann – dla kobiet. "Pobijmy wspólnie rekord – zbierzmy więcej niż te 5 mln w ubiegłym roku!'"

 

Zasady akcji są proste: klienci zbierają „pomocowe” punkty skanując kartę Klubu Rossmann podczas swoich, nawet najdrobniejszych, zakupów. Im częściej to zrobią, tym więcej punktów zgromadzą. Ten mały gest naprawdę pomaga! Uskładaną przez siebie liczbę punktów na bieżąco można sprawdzać w aplikacji Rossmann PL, klikając w zakładkę „Profil”.

Pod koniec roku firma Rossmann zamieni te punkty na złote, a następnie pomoc o takiej wartości (finansowa i/lub rzeczowa w postaci dostępnych w naszych drogeriach produktów) powędruje do placówek, które zostaną w tym roku obdarowane.

Komu Rossmann pomoże w 2021? Oczywiście kobietom, w tym: - nastoletnim matkom - kobietom dotkniętym przemocą domową - matkom wychowującym niepełnosprawne dzieci - samotnym matkom - dziewczętom z domów dziecka, które opuszczają placówki i wkraczają w dorosłość - dziewczętom i kobietom dotkniętym ubóstwem menstruacyjnym, których nie stać na środki higieniczne

Do 15 stycznia trwał nabór organizacji do których trafi nasza wspólna – klientów i Rossmann - pomoc. Jak co roku typowali je pracownicy naszych drogerii. Już wiadomo, że będziemy współpracować z fundacjami, które na co dzień zajmują się kobietami w trudnej sytuacji życiowej m.in: *) Niebieską Linią Instytutu Psychologii Zdrowia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego prowadzącą poradnię telefoniczną dla osób, które doświadczyły lub dalej doświadczają przemocy domowej *) Fundacją Ktoś oraz Fundacją Między Niebem a Ziemią, obie organizują m.in. „pomoc wytchnieniową” dla opiekunów osób niepełnosprawnych (gdy opiekun medyczny czuwa przy takiej osobie, rodzina może załatwić niezbędne sprawy czy po prostu odpocząć psychicznie).

W tym roku po raz pierwszy Rossmann przekaże w ramach naszej akcji wsparcie finansowe - na konkretne projekty wybranych instytucji, oraz, tradycyjnie, pomoc w postaci wybranych przez same organizacje charytatywne produktów z asortymentu Rossmann np. środków czystości, podpasek czy pieluch. Każdej z zakwalifikowanych do „Pomagamy…” organizacji gwarantujemy pomoc w wysokości co najmniej 5 tys. zł (lub odpowiednik tej sumy w produktach).

Zbierzmy wspólnie jak najwięcej i pobijmy 5 000 000 zł, które udało się nam przekazać w 2020 r. Wasze punkty są bezcenne, każdy ma ogromną moc pomagania…kobietom!

(Fot. materiały prasowe Rossmann) (Fot. materiały prasowe Rossmann)

  1. Materiał partnera

Prezent na święta? A może to coś więcej. Przyłącz się do akcji Answear

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Święta Bożego Narodzenia to czas, kiedy każdy z nas ma trochę więcej czasu dla siebie i swoich bliskich, to czas refleksji i przemyśleń. Dlatego marka Answear postanowiła zaprosić swoich fanów i klientów do akcji #CatchTheCharity z której całkowity dochód zostanie przekazany na wskazanych przez klientów sklepu dom dziecka.

Na początku był konkurs fotograficzny

Akcja charytatywna, do której zaprasza marka, została zapoczątkowana przez konkurs fotograficzny, który trwa nieprzerwanie od marca 2020, a wynikiem którego, jest nadesłanie ponad 15 000 zdjęć ukazujących najciekawsze momenty z życia ludzi skupionych wokół marki. Widząc zaangażowanie osób nadsyłających zdjęcia, Answear postanowił przekuć to na kolejny projekt, który zatrzymanym w kadrze chwilom daje kolejne życie. We współpracy z dwiema graficzkami powstała kolekcja limitowana, w skład której wchodzą plakaty i puzzle. Wszystkie produkty biorące udział w akcji możesz kupić tutaj.

Cały dochód ze sprzedaży tych produktów zostanie przeznaczony na cele pomocowe dla dzieci z domu dziecka.

Tym razem możemy więcej

To nie jest pierwsza inicjatywa marki, ale na pewno pierwsza świąteczna, do której chce zaprosić szersze grono. Bo w myśl hasła #WeAreTheAnswar to właśnie razem tworzymy coś wielkiego, to razem możemy przenosić góry, to razem możemy więcej. Produkty, które weszły w skład kolekcji limitowanej, są idealnym pomysłem na prezent, wykonane z myślą o współczesnych trendach nie tylko będą cieszyć oko, ale także będą przypominać realne wsparcie, jakie dał każdy z klientów, który kupi produkt.

”Pomoc domom dziecka wynika z wieloletniej tradycji pomocy takim ośrodkom, która została zapoczątkowana przez pracowników marki i przez nich samych z ogromnym sercem prowadzona. W tym roku – jakże innym od poprzednich, chcemy zaprosić do tej akcji także naszych fanów i klientów. Przygotowane przez dwie artystki Maję Nowakowską i Magdalenę Bażelę, plakaty i puzzle są urealnieniem myśli, że każda chwila, nawet ta uwieczniona na fotografii, może stać się pretekstem do czegoś o wiele większego.” – mówi Joanna Kosman, marketing manager Answear.com

 #WeAreTheAnswar

Zachęcamy Was do nabycia plakatów lub puzzli oraz wskazania domu dziecka, do którego sugerujecie, aby trafiło wsparcie. Możecie to zrobić pod instagramowym postem dedykowanym akcji #CatchTheCharity lub na stronie catchthecharity.answear.com

Answear to sklep multibrandowy zrzeszający ponad 300 marek z całego świata, to miejsce, w którym gromadzą się miliony klientów chcących zaspokoić swoje rozliczne potrzeby związane z odzieżą, butami i dodatkami.

To nie jest jedyny projekt o takim charakterze, którego organizatorem jest marka Answear. Na swoim koncie ma wiele projektów skierowanych do młodych, kreatywnych osób, do których należą między innymi: Bitwa Stylistów, #CatchTheMoment, Manifest Your Style czy wiele innych.

Marka skupia wokół siebie ludzi z pasją, którzy aktywnie współtworzą obraz otaczającego nas świata pop kultury. Takie podejście stanowi niezaprzeczalny wyróżnik Answear i silnie zaczyna plasować go w obszarze szeroko pojętego lifestylu.

  1. Styl Życia

Misie znowu pomagają!

„Podaruj misia temu, kogo kochasz” (Fot. materiały prasowe)
„Podaruj misia temu, kogo kochasz” (Fot. materiały prasowe)
Już po raz piętnasty, 1 grudnia, ruszy wspólna charytatywna akcja Fundacji TVN, drogerii Rossmann i Allegro.pl. „Podaruj misia temu, kogo kochasz” to tradycja, która na stałe wpisała się w nasze świąteczne zwyczaje. 

Misie kochają wszyscy. Duzi i mali, dzieciaki, dziadkowie i rodzice. Całe pokolenia, bo z misiów się nie wyrasta. Są nie tylko urocze, ale – i to jest najważniejsze – mogą pomagać chorym dzieciom. To przesłanie jest najważniejsze dla zaangażowanych w akcję: projektantów, gwiazd, pracowników drogerii Rossmann i Allegro oraz wszystkich misiowych Przyjaciół!

W tym roku każdy miś kosztuje 50 zł. Tak, jak w poprzednich edycjach wszystkie środki finansowe z ich sprzedaży zostaną przeznaczone na leczenie i rehabilitację chorych dzieci, podopiecznych Fundacji TVN.

W drogeriach Rossmann czekają na was cztery urocze pluszaki, nad stylem których pracowały cztery wyjątkowe duety - to dzięki nim każdy miś ma swój unikalny charakter.

  • Miś Małgosia – autorstwa duetu Paprocki&Brzozowski i Małgorzaty Rozenek- Majdan.
  • Miś Gosia - zaprojektowany przez Łukasza Jemioła i Małgorzatę Sochę.
  • Miś Magda – stworzony przez Gosię Baczyńską i Magdalenę Boczarską.
  • Miś Mateusz – wymyślony przez Tomasza Ossolińskiego i Mateusza Gesslera.

W tym roku ze względu na bezpieczeństwo klientów wszystkie misie będą zapakowane w foliowe opakowania z informacją o wcześniejszej dezynfekcji ozonem.