1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. W zgodzie z siostrą i bratem – ćwiczenia

W zgodzie z siostrą i bratem – ćwiczenia

fot.123rf
fot.123rf
Wszystko, co dzieje się między wami – miłość, ale też złość czy zazdrość – to dobra okazja do pracy nad sobą. Oto kilka ćwiczeń, jak zrobić to w twórczy sposób.

Ćwiczenie 1: transformacja przeszłych zdarzeń

  1. Przypomnij sobie kilka trudnych sytuacji związanych z relacją z bratem lub siostrą. Weź kartkę i wypisz wszystkie, które pamiętasz. Opisz je w kilku zdaniach, odpowiadając na poniższe pytania:
  • Czego dotyczył konflikt między wami?
  • Co cię zdenerwowało, a może głęboko dotknęło w zachowaniu brata lub siostry?
  • Jakie emocje odczuwałaś w chwili, kiedy to się działo?
  • Jak się zachowałaś?
  1. Teraz wyobraź sobie, że budzi się w tobie aspekt wewnętrznego obserwatora, który potrafi przyglądać się poszczególnym sytuacjom związanym z bratem lub siostrą, bez odczuwania emocji i osądzania. Zobacz wybrane zdarzenie w taki sposób, jakbyś obserwowała je z boku.
  1. Zadaj sobie kilka pytań:
  • Jak ci się wydaje, jaka jest głębsza przyczyna tego, co się wydarzyło?
  • Jakie są potrzeby każdego z was?
  • Jakie jest sedno tego konfliktu?
  • Czego możesz się nauczyć o sobie dzięki tej sytuacji?
  • Jak konstruktywnie możesz wykorzystać tę wiedzę w relacji z innymi osobami?
  1. Wszystkie wnioski zapisz na kartce. Jeśli chcesz, przejdź teraz do pracy z kolejnym wydarzeniem. Pamiętaj, że już samo wyciąganie wniosków ma transformującą moc.

Ćwiczenie 2: pokój harmonii i technika ho’oponopono

Dzięki technice twórczej wizualizacji stworzysz w wyobraźni przestrzeń harmonii, do której zaprosisz brata lub siostrę w celu zharmonizowania relacji między wami. Oto następujące kroki tej wizualizacji:
  1. Usiądź wygodnie, zamknij oczy i wyobraź sobie taką przestrzeń, która kojarzy ci się z harmonią i spokojem. To może być pokój z ciepłym oświetleniem oraz znajdujące się w nim symbole harmonii i miłości. Możesz na przykład umieścić tam dwa wygodne fotele.
  2. Zobacz siebie w tej przestrzeni i zaproś do niej brata lub siostrę. Powiedz wybranej osobie, w jakim celu ją zaprosiłaś. Zapytaj, czy ma ochotę pozostać chwilę w tej przestrzeni. Jeśli poczujesz intuicyjnie, że odpowiedź brzmi: „tak”, powiedz wszystko, co ci leży na sercu.
  1. Możesz również zastosować hawajską technikę harmonizowania relacji, zwaną ho’oponopono. Powiedz:
Dziękuję ci za… Wybacz mi, proszę, że… Kocham cię.
  1. Na koniec możesz podarować w wyobraźni siostrze lub bratu prezent, który kojarzy ci się z harmonią, pokojem, miłością. Podziękuj im za przybycie. Jeśli chcesz, możesz kontynuować ten proces z kolejnym bratem lub siostrą.

Ćwiczenie 3: jakie są twoje lekcje do przerobienia?

Każda bliska relacja z drugim człowiekiem to okazja do nauczenia się jakiejś cennej rzeczy. Zastanów się teraz, jakie lekcje dostałaś dzięki relacji ze swoim bratem lub siostrą.

Oto kilka przykładów:

lekcja poczucia własnej wartości lekcja asertywności i zaznaczania swoich granic lekcja miłości i wybaczenia lekcja akceptacji czyjejś odmienności i docenienia wyjątkowości lekcja dawania miłości lekcja wdzięczności lekcja proszenia o pomoc lub pomagania lekcja kochania siebie niezależnie od relacji z rodzeństwem lekcja bycia wolnym i niezależnym.

Dagmara Gmitrzak trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek, www.rozwojosobisty.waw.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Gdy pojawia się zazdrość o nowe dziecko w rodzinie

Starsze dziecko może przeżywać wiele sprzecznych emocji, gdy w domu pojawia sie niemowlę. (fot. iStock)
Starsze dziecko może przeżywać wiele sprzecznych emocji, gdy w domu pojawia sie niemowlę. (fot. iStock)
Kiedy pojawia się w domu nowe dziecko, starsze często czuje się odstawione na boczny tor. To zupełnie naturalna reakcja. Niestety, rodzice zazwyczaj odbierają dzieciom prawo do frustracji i wymagają ciągłego zachwytu niemowlakiem. To błąd! Ale do naprawienia…

Spodziewasz się kolejnego maluszka? Nawet jeżeli sama nie byłaś nigdy zazdrosna o młodsze rodzeństwo i wydaje ci się, że dom pełen dzieci to wyznacznik szczęścia, wiedz, że twoje pozytywne nastawienie nie jest gwarantem tego, że nie nadejdą żadne trudności. Noworodek w domu to test dla całej rodziny. Pojawia się kolejny – wymagający troski i miłości − domownik. Co zrobić, aby starsze rodzeństwo zbudowało z nim fajną relację, a pojawienie się malucha nie zachwiało całą strukturą rodzinną? Przede wszystkim nie myśl życzeniowo i nie licz na to, że wszystko samo się ułoży. Wręcz przeciwnie, chuchaj na zimne – zamiast ugłaskiwać rzeczywistość, zmierz się z możliwymi zagrożeniami. Oto, co najgorszego może cię spotkać:

Agresja

Bądź gotowa na hasła typu: „Oddajcie go z powrotem do szpitala. Nie chcę go u mnie w domu!”. Przejawami bezsilności mogą też być: bicie dorosłych, rzucanie przedmiotami, chlapanie jedzeniem, odmawianie wszelkiej współpracy w czynnościach codziennych. To typowe zachowanie dla dziecka, które nie radzi sobie z emocjami.

Głośne zabawy

Starsze dziecko chce nadal mieć prawo do bycia pierwszym. Głośne zachowanie to klasyczny przykład zawłaszczania uwagi dorosłych i wymuszania ich zainteresowania. Nie denerwuj się. Pamiętaj, że noworodek ma inne wymagania dotyczące snu. Będzie spał nawet wtedy, gdy brat czy siostra zacznie mu śpiewać nad uchem lub stukać klockami. Wymagając ciszy w domu, dajesz starszemu dziecku broń do ręki: wie, że krzyk zogniskuje twoją uwagę.

Regres

Kilkulatek odmawia samodzielnego jedzenia, ubierania się, załatwiania do ubikacji lub na nocnik, chce być noszony na rękach, przestaje mówić i wymaga, żebyś rozumiała jego „gaworzenie”? Zachowuje się tak, jakby cofnął się w rozwoju? To proste – podgląda noworodka i, widząc twoje zaangażowanie, też chce taki być. My również podglądamy zachowania ludzi, którym zazdrościmy. To naturalny mechanizm psychiczny.

Choroby

Nadal nie doceniamy psychosomatyki dziecka. Niesłusznie. Pod wpływem silnego stresu (przeprowadzka, brak kolegów, nowe dziecko w rodzinie) maluch szuka rozwiązania i tu może przyjść mu z pomocą ciało. Choroby, a raczej ich niekończący się ciąg, mogą nie być przypadkiem, jeśli zbiegną się z twoją kolejną ciążą.

Co robić?

Nie uciekaj od problemu. Nie traktuj zachowania starszego dziecka jako ataku na ciebie. Spróbuj postawić się w jego sytuacji − niemowlę w domu nie jest dla niego niczym fascynującym. To raczej mało atrakcyjny, męczący, odbierający spokój ducha intruz. Dlatego zadbaj o to, by starszy brat czy siostra czuli się przygotowani na czekające całą rodzinę zmiany. Pokaż na rysunkach, zdjęciach i filmach, czego można się spodziewać po noworodku. A także:

Angażuj starsze rodzeństwo w opiekę

Nie bój się kontaktu dzieci. Aktywność rozładowuje napięcie. Gdy jesteśmy w coś zaangażowani, łatwiej nam to polubić, zrozumieć. Zachęcaj do wspólnych kąpieli czy bujania wózka.

Pozwól na regres

Jeśli o to poprosi, kup starszemu dziecku smoczek, butelkę i rób mleko w proszku. Nawet nie myśl o tym, że go rozpieszczasz. Ty jedynie zapobiegasz powstaniu głębokiej niechęci do młodszego rodzeństwa. Faza regresu bardzo szybko minie, zwłaszcza jeśli przyznasz dziecku do niej prawo.

Tul, całuj i pieść

Jesteś mamą noworodka, więc nie brakuje ci kontaktu fizycznego, ale twojemu starszemu dziecku – tak. Gdybyś miała zrobić dla niego tylko jedną rzecz, to przytul je, kołysz, głaszcz i całuj. Możesz to robić w całkowitym milczeniu. Twój komunikat jest dla dziecka klarowny.

Rób zdjęcia starszemu dziecku

Wyjmij fotografie z okresu noworodkowego, rób zdjęcia rodzeństwu razem i nigdy nie dopuść, żeby fotki noworodka zdominowały waszą przestrzeń rodzinną.

Kup lalkę

Nowe dziecko kosztuje, ale zapobieganie niechęci między rodzeństwem jest bezcenne. Warto więc zainwestować w nowe zabawki. Starsze dziecko wyposaż w lalkę o wyglądzie noworodka, a jak trzeba, to i w wózek, małą wanienkę i wszelkie akcesoria. Chłopcu pomożesz rozładować frustrację, jeśli pozwolisz równolegle z tatą kąpać, przewijać i usypiać „swojego” dzidziusia.

Czytaj mu książki

Historyjki o tym, jak w domu zjawia się okropne młodsze rodzeństwo, ale w końcu udaje się je polubić, będą ogromnym wsparciem dla starszego dziecka, które przestanie czuć się winne, że nie lubi maluszka.

Podkreślaj przywileje

Starsze dziecko widzi tylko jedną stronę swojej sytuacji: ktoś kradnie mu mamusię. Pokaż mu jego przywileje: „Możesz sam wybierać ubrania, sam jeść, sam się myć, możesz oglądać telewizję i masz swoich kolegów”. Warto pokazać dziecku, że jego sytuacja nie jest wcale tragiczna.

Znajdź czas tylko dla niego

Największą bolączką posiadania młodszego rodzeństwa jest fakt, że nie ma się już rodziców tylko dla siebie. Dlatego codziennie wygospodaruj czas na bycie tylko z jednym, starszym dzieckiem. Nawet jeśli będzie się to wiązać z zatrudnieniem niani, warto tak zrobić. Gdy chcesz być tylko ze mną, to znaczy, że mnie kochasz – każdy człowiek to rozumie. Gdy się czegoś spodziewamy i mamy plan, co zrobimy w razie problemów, nie wywołuje to stresu. Dlatego warto opracować strategię, jak się zachowasz, kiedy starsze dziecko zaprotestuje, że niszczysz mu życie.

Działaj zamiast mówić

Słowa to najłatwiejszy rodzaj komunikacji, ale nie w relacjach z dziećmi. W obszarze porozumiewania się z maluchami są wyjątkowo kiepską metodą. Dzieci, jeszcze niezmanierowane, doskonale widzą, że miłość to nie słowa, ale zachowanie. Dlatego najlepiej, żebyś nic nie mówiła, a skupiła się wyłącznie na swoim zachowaniu. „Kochamy cię. Zawsze będziesz dla nas najważniejszy. Za kilka lat zobaczysz, jak wspaniale mieć młodsze rodzeństwo” – takie słowa nie przekonają żadnego dziecka. Jeśli kogoś się kocha, to jest on dla nas całym światem i nie potrzebuje się innych, a „za kilka lat” nie istnieje nawet dla nastolatka. Liczy się tylko „tu i teraz”. Nie myśl więc, że wyjaśniliście sobie, jak się rzeczy mają. Dla dziecka liczą się wyłącznie zachowania dorosłych. Dlatego w tej sytuacji lepiej nic nie mówić, tylko w milczeniu na każdym kroku okazywać zrozumienie.

  1. Psychologia

Współpraca nie wyklucza zdrowej rywalizacji. Jak przekazać to dzieciom?

Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Zachęcajmy dziecko do samopoznania, pomagajmy mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie w innym kierunku – mówi pedagożka dr Marta Majorczyk.

Rodzice z jednej strony widzą, że współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, szkoła na rywalizację, a z drugiej – coraz częściej słyszą, że powinni wychowywać do współpracy. To czego powinni uczyć? Powinni przygotowywać dziecko na obydwie opcje. Przy czym warto rozróżnić rywalizację pozytywną od negatywnej. Pozytywna opiera się na zdolnościach, talentach, cechach, umiejętnościach, kompetencjach, wiedzy, czyli przymiotach, które mamy w sobie i z których korzystamy, chcąc osiągnąć sukces.

A rywalizacja negatywna? Odwołuje się do elementów, których nie mamy w sobie, które znajdują się na zewnątrz. Na przykład do tego, że rodzice są majętni, więc dziecko ma najdroższe ubrania, gadżety, wyjazdy. Innym przykładem rywalizacji negatywnej są wybory miss czy mistera szkoły, gdzie ocenia się wygląd, czyli coś, na co dziecko nie ma wpływu. Zadanie rodziców powinno polegać nie na stymulowaniu takiej rywalizacji, ale na jej osłabianiu.

Czyli na czym konkretnie? Na przykład na podkreślaniu: co z tego, że masz lepsze ubrania, skoro to nie zależy od ciebie, tylko od tego, że akurat mamy pieniądze. Warto uczyć skromności, a nie eksponowania dóbr materialnych, markowych ciuchów, większych możliwości, niż mają inne dzieci. Skutkiem negatywnej rywalizacji jest osłabienie poczucia wartości dziecka, które bierze udział w rywalizacji, bo jeżeli uważa, że jest brzydsze, źle ubrane, to czuje się gorsze. A ponieważ nie jest w stanie tego zmienić, to może w pewnym momencie przestać podejmować jakiekolwiek działania.

Jakie są skutki rywalizacji pozytywnej? Bardzo ważną rolę odgrywają tu rodzice – powinni rozmawiać z dzieckiem i wyjaśniać mu, że rywalizacja nie przynosi tylko sukcesów, że na pewno kiedyś trzeba zmierzyć się z porażką. Ale to, że dziecko przegra, nie znaczy, że jest do niczego, tylko że powinno ćwiczyć dalej i pogodzić się z tym, że ktoś jest lepszy. Koniecznie trzeba budować w dziecku poczucie wartości.

Jak reagować, jeżeli to poczucie zmieni się w poczucie wyższości? Bo osiągając sukcesy, można wpaść w pułapkę wysokiego mniemania o sobie. Dziecko uzdolnione w jakiejś dziedzinie ma łatwiej niejako z definicji, niezdolne może łatwo się zniechęcić. Poruszyła pani ważną kwestię. Weźmy taki przykład: dziewczynka bardzo chce tańczyć tak jak utalentowana w tej dziedzinie koleżanka. Natomiast ja, mama, widzę, że z poczuciem rytmu nie jest u córki za dobrze. Proponuję więc: świetnie radzisz sobie językowo, jesteś komunikatywna, masz bogaty zasób słownictwa, możesz pisać opowiadania, współpracować ze szkolnym radiem itp. Trzeba córkę umiejętnie pokierować w inną stronę. Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony.

Jak to robić? Można zadawać pytania coachingowe: „Co sprawia ci radość?”; „Jak sądzisz, czy wystarczy więcej popracować, czy może powinieneś szukać innej dziedziny, w której mógłbyś się spełniać?”. Zamiast podsycać rywalizację, lepiej zachęcać dziecko do samopoznania, pomagać mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie innym kierunku.

I podkreślać, że każdy jest inny? Tak. Badacz inteligencji wielorakiej Howard Gardner wykazał, że nie ma jednej inteligencji, tylko jest cały zespół inteligencji. Tłumaczmy dziecku, że niemożliwe, aby było świetne we wszystkim, natomiast na pewno jest w czymś dobre i musi to coś znaleźć. Zarówno rodzicom, jak i nauczycielom polecam książkę Aldony Kopik i Moniki Zatorskiej „Wielorakie podróże – edukacja dla dziecka”, która zawiera kwestionariusz do badania inteligencji wielorakiej. Pomaga na podstawie obserwacji dziecka wykreślić jego profil inteligencji.

Gdy już poznamy ten potencjał, łatwiej nam będzie zachęcać je do rywalizacji z samym sobą, a nie z innymi? Oczywiście, dobrze motywować je do tego, żeby ćwiczyło, uczyło się, pracowało. Ale warto zwracać też uwagę, że skoro jest dobre na przykład w pisaniu, a koleżanka w mówieniu, to mogą, uzupełniając się, zrealizować wspólnie jakiś projekt na lekcję polskiego. Istnieje pojęcie nauczania kooperatywnego, które polega między innymi na tym, że nauczyciel dzieli materiał między uczniów w taki sposób, żeby każdy stał się specjalistą w innym obszarze wiedzy. Potem wszyscy nawzajem się od siebie uczą. Na przykład na lekcji biologii jeden uczeń zajmuje się budową komórki, drugi – jej procesami, trzeci – odżywianiem komórkowym, potem wymieniają się informacjami i w ten sposób poznają całość wiedzy na ten temat. Przy okazji dzieci przekonują się, że zrozumienie całości nie jest możliwe bez współpracy.

Jak jeszcze zachęcać do kooperacji? Na początku wystarczy wykorzystywać naturalne potrzeby dziecka, czyli chęć zabawy, kontaktu z rówieśnikami. One ujawniają się już w wieku wczesno­szkolnym. Dzieci wtedy lgną do siebie, przy czym dziewczynki bardziej stawiają na zabawę, bliskość, a chłopcy na rywalizację, bo to chłopięcy sposób budowania relacji z kolegami.

Szkoła często zabija te naturalne odruchy. Wszystko w rękach nauczyciela. Jego rolą jest poznanie dzieci, rozdzielenie zadań zgodnie z ich talentami, a potem zmotywowanie ich do wymiany. Na przykład Jaś to nasz klasowy Lewandowski, więc zachęcam go, żeby pokazał swoim kolegom, jak strzela gole. W ten sposób nauczyciel upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu – zbuduje w Jasiu poczucie kompetencji, własnej wartości, wiary w siebie, a także uruchomi tutoring rówieśniczy, który polega na tym, że dziecko dobre w jakiejś dziedzinie może uczyć inne dzieci i dzięki temu przyczyniać się do budowania zgranej paczki.

W jaki sposób rodzice mogą zachęcać rodzeństwo do wspólnego działania? Powinni pamiętać, żeby nie porównywać dzieci, nie krytykować jednego przy drugim, nie zawstydzać, ale chwalić za to, co każdy robi dobrze. I pokazywać, że wspólnie możemy więcej niż każdy osobno. Kiedy w sobotę trzeba posprzątać mieszkanie, a dzieci chcą iść do kina, zaproponujmy, że sprzątamy wspólnie – tata łazienkę, mama sypialnię, dzieci swoje pokoje. Potem razem gotujemy obiad i takim sposobem całe popołudnie mamy wolne, możemy iść nie tylko do kina, ale i na rowery. I tak oto mimochodem uczymy współpracy, która bardzo przyda się dzieciom w życiu dorosłym.

Jednak górą współpraca. Nie należy całkowicie eliminować rywalizacji, to naturalna potrzeba. Człowiek od zawsze rywalizował z innymi. Trzeba tylko kształtować pozytywną wersję, a eliminować tę negatywną.

Co dobrego wynika z rywalizacji? Rozwija talent (najbardziej widać to w sporcie, bo żeby wygrać, trzeba się starać, pracować, ćwiczyć). Uczy znosić porażki, a tym samym przygotowuje do adaptacji w różnych sytuacjach, bo w życiu też trzeba będzie przecież przegrywać.

Najskuteczniejsze ćwiczenie na pozytywną rywalizację? Gry planszowe, tu rywalizacja jest niezbędna, bo każdy chce pierwszy dotrzeć do mety. Czasem wygrywam ja, czasem córka. Jeżeli przegrywam, to prezentuję swoją postawą, jak to znosić: „OK, przegrałam”, więc gratuluję córce zwycięstwa i chcę zmierzyć się z nią raz jeszcze. Ale rzucając kostką, mówię, że los czasem sprzyja mnie, a czasem jej, tak jak w życiu. Trzeba uczyć wyciągać wnioski z porażek: dostałam złą ocenę, bo się nie nauczyłam, przegrałam mecz, bo się nie zaangażowałam.

Można rywalizować i zarazem współpracować? Tak, na przykład wtedy, gdy jako klasa walczymy o zwycięstwo w jakiejś dziedzinie z inną klasą. Wynik meczu czy konkursu zależy od tego, czy uczniowie potrafią się porozumiewać, kooperować. Takie formy rywalizacji bardzo sprawdzają się w grupach powyżej 12 lat.

Współdziałanie pozostaje w Polsce umiejętnością mocno zaniedbaną, zwłaszcza w szkołach. Nawet jeśli wypisuje się ją na sztandarach, to potem promuje się indywidualne osiągnięcia – jak w pewnym renomowanym warszawskim gimnazjum, szczycącym się społecznym profilem, w którym na zakończenie roku szkolnego nagradzano za indywidualne wyniki w olimpiadach i konkursach. W organizowaniu wszelkiego typu konkursów nie ma nic złego, pod warunkiem że dzieci same decydują o udziale, bo to oznacza de facto, że biorą za nie odpowiedzialność. A poza tym – ich sukcesy mogą przynieść pożytek wszystkim, cieszyć się nimi może cała społeczność szkolna. Wszystko zależy od tego, jak te sukcesy „sprzeda” nauczyciel. Według mnie współpracy i rywalizacji nie trzeba rozdzielać, tylko umiejętnie łączyć. Najlepszym przykładem takiego połączenia są sporty zespołowe, które z jednej strony wzmacniają współpracę, a z drugiej – stawiają na zwycięstwo w rywalizacji. Większą satysfakcję sprawia jednak wspólne działanie. Pamiętam doskonale, jak podczas meczów siatkówki (należałam do szkolnej drużyny) wzajemnie się wspierałyśmy, co sprawiało nam większą radość niż wygrana.

Warto więc w szkole nastawionej na rywalizację zachęcać do gier zespołowych? Na pewno. Ale w szkołach duży nacisk kładzie się też na współpracę. Już w nauczaniu początkowym obowiązuje kształcenie metodą projektu. Polega ono na tym, że cała klasa robi coś wspólnie, czyli nauczyciel dzieli zadania między uczniów, a oni dyskutują, pracują, a potem prezentują owoce wspólnego działania. I znowu – wszystko zależy od nauczyciela. Jeżeli zna i rozumie sens takich metod aktywizujących całą klasę, to przyjemność płynąca z nauki zdecydowanie staje się większa. Wiadomo, że najskuteczniej uczymy się poprzez doświadczanie, więc takie metody efektywnie pomagają w nauce, no a poza tym kształtują społeczne postawy.

Jak motywować do współpracy? Istnieje wiele strategii motywacyjnych. W sukurs nauczycielom przychodzi neurodydaktyka – wiadomo, że dzieci chętniej uczą się poprzez zabawę, dlatego najlepiej aranżować ciekawe zadania w miłej atmosferze. Dobre efekty przynoszą pozytywne wzmocnienia, pochwały, bazowanie na mocnych stronach dziecka, natomiast nad słabymi stronami pracujemy, korzystając z tutoringu rówieśniczego, czyli poprzez tworzenie zespołów, w których lepsi uczniowie dzielą się swoją wiedzą ze słabszymi. Warto dążyć do wzbudzenia najskuteczniejszej formy motywacji – wewnętrznej, czyli takiej, kiedy dziecko samo chce pracować i samo siebie nagradza: „Udało mi się, będę działać dalej, bo mnie to ciekawi, bo chcę wiedzieć więcej”.

To trudne do osiągnięcia. Niestety, taką motywację zabija rywalizacja negatywna. I tak oto zamknęliśmy się w błędnym kole. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie wszystkie dzieci reagują jednakowo. Jedne rywalizacja pobudza do działania, inne odwrotnie – w obliczu konkurencji się wycofują. Jedne dzieci wolą pracować w grupie, inne bardziej sprawdzają się w pracy indywidualnej. Kłania się tu psychologia różnic indywidualnych. Nic zatem na siłę, wiele zależy od dziecka.

Rodzice na ogół nie mają wiedzy psychologicznej. To prawda, dlatego mogą skorzystać z coachingu rodzicielskiego – metody pracy, której można się nauczyć podczas specjalnych warsztatów organizowanych przez coachów. Ale – uwaga – wyposażeni w te metody nie rozwiązujemy za dziecko problemów, tylko uczymy je, jak ma sobie samo z nimi radzić. Zadajemy pytania, ćwiczymy koncentrację, nazywanie emocji, uczuć. Coaching rodzicielski to sprawdzona metoda pracy z dzieckiem.

Wydaje mi się, że w Polsce nadal musimy bardziej uczyć współpracy niż rywalizacji, bo tę ostatnią mamy opanowaną. Podobnie uważa profesor Janusz Czapiński. Powiedział, że przez lata dzięki rywalizacji dużo osiągnęliśmy: wysoki poziom życia, sukcesy zawodowe, natomiast teraz stoimy przed następnym wyzwaniem – jak ze sobą współpracować. Wystarczy rozejrzeć się dokoła siebie, żeby zobaczyć, że profesor ma rację – zazdrościmy sobie nawzajem, konkurujemy, rzadko skrzykujemy się, żeby zrobić coś wspólnie dla naszej ulicy. Samorządność nadal u nas kuleje, choć powoli to się zmienia.

Marta Majorczyk: doktor nauk humanistycznych, pedagożka, doradczyni rodzinna. Pracuje z Collegium Da Vinci w Poznaniu. Pracuje w poradni psychologiczno-pedagogicznej przy Uniwersytecie SWPS w Poznaniu. Mama Patrycji i Piotra.

  1. Psychologia

Toksyczni rodzice. Co zrobić, gdy nie chcą odciąć pępowiny?

Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak radzić sobie z pretensjami rodziców? Czy można uwolnić się od toksycznych relacji i poczucia winy? Jak reagować, gdy słyszymy zarzut: „W ogóle nie interesuje cię mój los!” – radzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta.

Jak radzić sobie z pretensjami rodziców? Czy można uwolnić się od toksycznych relacji i poczucia winy? Jak reagować, gdy słyszymy zarzut: „W ogóle nie interesuje cię mój los!” – radzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta.

Mama wciąż dzwoni, dopytuje się, skarży, że już nie pamięta, jak córka wygląda, choć widziały się tydzień wcześniej. Jak się przed tym obronić? Jeśli takie zachowanie matki wzbudza w córce złość, poczucie zagrożenia czy winy, to powinna pamiętać, że w te wszystkie uczucia wpędza się sama. Oczywiście, u podstaw tych emocji leży więź z rodzicami i pierwotne przekonania na temat świata i roli dziecka przez nich przekazane. Jedno z tych przekonań brzmi: „trzeba dbać o emocje mamy”. Cały problem tkwi w tym, że ona nadal daje tym przekonaniom „moc poruszania”, nawet jeśli twierdzi, że jest inaczej. Dlatego, jeśli córka w złości na rodziców, którzy z powrotem „wciągają ją” do dziecinnego pokoju, rzuci: „Mamo, odczep się!” i odłoży słuchawkę, zaraz potem poczuje wyrzuty sumienia. W konsekwencji od razu zadzwoni do nich i albo przeprosi, albo będzie udawać, że nic się nie stało. Ewentualnie ich odwiedzi, bo nurt poczucia odpowiedzialności za rodziców będzie tak silny, że poniesie ją dalej.

A co się dzieje w sercu kogoś, kto robi coś wbrew własnym chęciom? Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie, ale łatwo mi sobie wyobrazić, że ktoś taki może wtedy czuć złość, że jedzie do matki, choć nie chciał. Może mu też być smutno, że matka tak naprawdę go nie zauważa, nie szanuje jego potrzeb, uczuć. Że dostrzega tylko swoją potrzebę wypełnienia pustego gniazda. Różne emocje mogą się tutaj pojawić…

Skąd się bierze ta odpowiedzialność za rodzica? Przecież powinno być odwrotnie, przynajmniej do czasu, gdy dorośniemy? Odpowiedzialność bierze się z niedobrego, toksycznego wychowania, które obwinia dziecko o różne rzeczy. Matka mówiąca z uśmiechem: „Gdy się urodziłaś, musiałam zrezygnować z kariery. Trzy lata siedziałam w domu. A tata się w ogóle nami nie zajmował. To był bardzo ciężki dla mnie czas”. Albo: „Byłaś bardzo trudnym dzieckiem, ciężko było cię wychować, dlatego nie zdecydowaliśmy się na drugie”. Uśmiech ma sugerować, że to jest mówione z miłości, ale jak dziecko, które to słyszy, ma nie poczuć się winne, że w ogóle istnieje? Jedna z moich pacjentek, która była pierwszym dzieckiem po wielu poronieniach, całe życie słyszała, jakie to ma szczęście, że się urodziła. W ten sposób matka – nieświadomie – wzbudzała w niej wyrzuty sumienia, że to tamte dzieci powinny żyć, a nie ona.

Jest też inna przyczyna poczucia odpowiedzialności za rodziców: chowanie dzieci, by „na starość miał mi kto podać szklankę wody”. Rodzice postępują wtedy tak, jakby chcieli, by dzieci nie nauczyły się samodzielności. Pozornie mogą okazywać radość, że córka wyszła za mąż, ale gdy ona już nie przyjeżdża co tydzień na niedzielne obiady, wyrażają swój lęk w formie agresji, czyli na przykład matka dzwoni i mówi: „Dlaczego nie przyszłaś? Nie dbasz o mnie!”. To jest typowy toksyczny komunikat: „Zaopiekuj się mną”, ale jednocześnie zarzut: „Skrzywdziłaś mnie!”. W tym, co mówi wówczas matka, jest dużo smutku i złości. A więc podobne emocje czuje dziecko.

I bardzo je to boli. Oczywiście. Na tej emocjonalnej bazie tworzy się właśnie to coś, co nazywamy poczuciem odrzucenia. Dziecko widzi, że rodzice realizują tylko swoje własne potrzeby, i to jego kosztem. Dzieje się tak często nie z powodu złej woli rodziców, ale dlatego, że choć są dorosłymi, finansowo samodzielnymi ludźmi, to nie stanowią w pełni autonomicznych jednostek, więc podklejają się pod życie swojego dziecka.

Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock) Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock)

Co z takim podklejonym rodzicem zrobić? Zacząć od zadania sobie pytania: „Dlaczego na te telefony, wyrzuty i żądania reaguję złością i dlaczego są one dla mnie źródłem dyskomfortu?”. Czy nie dlatego, że czujesz się wykorzystywana, nieważna, niesłuchana? Że nie ma znaczenia, gdy mówisz: „Mamo, mam inne plany, dużo roboty na jutro, ślub kolegi w weekend”, bo matka i tak chce, żebyś do niej przyjechała? I jeszcze jedno: to tylko pozory, że robisz to dla niej! Żeby to zrozumieć, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: „Czemu jadę do matki, skoro nie chcę?”. Ano po to, żeby zniwelować poczucie winy, bo czujesz się za matkę odpowiedzialna. Jedziesz, bo jak tego nie zrobisz, to ją skrzywdzisz. Jedziesz, żeby pokazać, że jesteś dobrą córką czy synem. Jedziesz, bo tak trzeba.

Czyli tak naprawdę robimy to dla siebie? No tak. I cały kłopot polega na tym, że jedyna racjonalna i słuszna emocja, jaką w takiej sytuacji można odczuć, to smutek. Chodzi mi o taki smutek, który wywołuje w nas zachowanie innych, zwłaszcza bliskich, gdy zrozumiemy, czemu to robią. A więc pomyślmy: „Moja matka tak się zachowuje, bo:…”. I tutaj wyliczmy sobie przyczyny: nie potrafi sobie poradzić z własnymi problemami, dramatycznie boi się zostać sama, nigdy nie czuła się pewnie w roli matki, ma poczucie winy, że mi czegoś nie dała i stara się jakoś mi odpłacić swoją miłością, dobrocią…

Tak czy siak, ona robi to z egoistycznych pobudek. Ona ma swoją motywację, a naszej nie zauważa. I to jest właśnie najczęstszy powód naszej złości, a potem poczucia winy. Kluczowe pytanie brzmi: „Co zamierzam z tym zrobić?”. Bo to, że matka ma swoją motywację i najprawdopodobniej nie będzie zainteresowana tym, by ją zmienić, jest raczej oczywiste. My też raczej jej do tego nie nakłonimy. To, co możemy zmienić, to nasz sposób reagowania na jej słowa i czyny, nawet te najbardziej toksyczne czy raniące. A więc zamiast czuć złość, gdy słyszymy w słuchawce: „bo ty mnie nie kochasz!”, wzbudźmy w sobie empatię. A więc matka dzwoni i robi mi wyrzuty, a ja mówię: „Nie mam ochoty rozmawiać” i odkładam słuchawkę. Czuję wprawdzie smutek, ale nie z tego powodu, że ona jest skupiona na sobie czy że mam poczucie winy, ale dlatego, że miała trudne życie, skoro tak się teraz zachowuje.

To, że rozumiem jej zachowanie, nie znaczy, że je akceptuję i że do niej jadę. I nie znaczy, że nie jadę. Po prostu jest mi smutno. Trzeba odróżnić empatię od działania w poczuciu winy. Ten smutek może doprowadzić do tego, że uznam: „Nie chcę się dziś widzieć z rodzicami”, ale nie dlatego, że czuję złość. Po prostu nie mam ochoty. Jeśli do nich pojadę, to dlatego, że będę tego chciał. A wtedy emocje, które będą takiej wizycie towarzyszyły, będą zupełnie inne niż te, które odczuwam, gdy kieruje mną poczucie winy, złość czy obowiązek.

Jak dojść do tego wyzwalającego smutku? Uda się to wtedy, gdy spróbujemy pogodzić się z tym, że nie otrzymamy od matki czy ojca tego, co byśmy chcieli. Że ich motywacje są ich motywacjami i zapewne dlatego nie dadzą nam tego, czego byśmy chcieli – prawdziwej uwagi, miłości, która wspiera rozwój i samodzielność. Ale jakkolwiek by to nie było smutne – to jest nasz problem, że my tego nie otrzymamy. Jeśli jednak zamiast się z tym pogodzić, opłakać, powiemy: „Nie ma miłości i uwagi, i nie będzie? To ja takich rodziców nie chcę!” – to znaczy, że nie poradziliśmy sobie ze złością i nie pogodziliśmy się ze smutkiem. I też nic dziwnego, bo trzeba się napracować, żeby zaakceptować to, że nasza potrzeba miłości może nigdy nie zostać zaspokojona. Jak powiedzieliby psychoanalitycy, trzeba zabić w głowie idealną matkę, która może nas nasycić miłością. Nie ma jej. To oczywiście wyzwala olbrzymi smutek. On może trwać nawet bardzo długo, ale jest uzdrawiający. Dzięki smutkowi wycofujemy się z wielu rzeczy – a więc nie jedziemy do matki, bo wiemy, że to nam nic nie da. Przestajemy się szarpać. A wtedy możemy dostrzec, że nie musimy wiele robić, by ktoś zaspokoił nasze potrzeby.

No dobrze, ale co zrobić, gdy matka prosi córkę, z którą nie mieszka od kilku lat: „Jak dojedziesz do pracy, to zadzwoń”? Co odpowiadać? Co zrobić z matką? Nic. Córka ma coś zrobić ze sobą, ze swoim zdenerwowaniem. Matka traktuje ją jak dziecko i to się pewnie nie zmieni. Pomyślmy też racjonalnie – czy jeśli matka dzwoni i pyta: „Już dojechałaś?”, to znaczy, że córka jest niedojrzała? Nie! Jeśli matka dzwoni i mówi: „Już nie pamiętam, jak wyglądasz, tydzień cię nie widziałam”, to czy to jest prawda? Nie! Jeśli myślisz, że to prawda – czas na pracę nad sobą. Jak długo będziemy tkwili w roli skrzywdzonego dziecka, tak długo nim będziemy. No, chyba że matka chce się zmienić, mówi: „Córcia, dzwonię, wiem, że to cię denerwuje, ale musiałam cię usłyszeć”. Wtedy córka może powiedzieć: „OK, ale teraz nie mam czasu, zadzwonię za trzy dni”. Bo pierwszy krok, jaki matka kieruje w stronę dziecka, to zwrócenie uwagi na jego potrzeby. Ale i tak nie zwalnia to córki z konieczności pracy nad sobą, dojrzewania i usamodzielniania się.

  1. Psychologia

Kogo mama kocha bardziej?

Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. (Fot. Getty Images)
Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. (Fot. Getty Images)
Mama pięciorga dzieci zapytana, które wyróżnia nad inne, odrzekła: „To, które właśnie jest chore!”. Ale w przypadku, gdy faktycznie rodzice faworyzują jedno z dzieci – tracą na tym wszyscy.

Korzyści bycia tym lepszym z rodzeństwa są spore. Słowa rodzica: „Jak dobrze, że jesteś” czy „Tylko na tobie mogę polegać” to ogromna nagroda emocjonalna, ale za takimi wyznaniami kroczy też ogromne obciążenie.

Monika: „Na studiach poznałam chłopaka. Na którejś randce zwierzył mi się, że nienawidzi swojego brata, ulubieńca rodziców, bo zawsze był do niego porównywany i nigdy nie wypadał korzystnie. Dziś nie utrzymują kontaktów. – Skupił na sobie całą miłość rodziców. Nie chcę go znać – powiedział. A ja się rozpłakałam. Byłam w rodzinie tym lepszym dzieckiem, zrozumiałam, dlaczego moja siostra tak mnie nie lubi. Nawet na święta nie odpisze na mojego SMS-a”. Dziecko nigdy nie zawłaszcza miłości rodziców. Nie ma takiej władzy i nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to, jak jest kochane. To rodzice w dowolny sposób rozdzielają swoje uczucia między potomstwo. Ale czy dziecko ma taką wiedzę? Oczywiście, że nie. Widzi, kogo rodzice preferują, tyle że winą za to obciąża właśnie wybrańca. Czuje, że nie jest tak kochane, jak mogłoby być. Brata czy siostrę traktuje jako konkurenta o serce rodziców.

Zawsze nr 2

Patrycja: „Gdy moja siostra coś zrobiła, w domu panował zachwyt. Jej rysunki ojciec wieszał na ścianie, listy od niej z kolonii pokazywał kuzynom, jej zdjęcia nosił w portfelu. Jej matura była traktowana niemalże jak Nobel. To bardzo bolało. Nie znosiłam Justyny. Życzyłam jej śmierci. Całymi latami fantazjowałam, że umiera, wpada pod samochód i wtedy ojciec ma już tylko mnie. Brakowało mi odwagi, żeby go znienawidzić. Swoją frustrację przeniosłam na siostrę. Gdy pojechałyśmy razem na kolonie, cały czas robiłam jej świństwa. Potrafiłam oblać jej łóżko wodą, schować kurtkę, wywiesić majtki na widok publiczny. Kiedyś zamknęłam ją na noc pod prysznicami, a wychowawczyni powiedziałam, że nie wiem, gdzie jest, i udawałam, że szukam jej razem z innymi. W »zieloną noc« namówiłam koleżanki i zrobiłyśmy jej »kocówę«. To nasz ojciec, kochając ją bardziej, wydobył ze mnie wszystko, co najgorsze”.

Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. Wywołuje szereg negatywnych emocji, w tym przemożną chęć zemsty. W dorosłym życiu owocuje wieloma poważnymi problemami: osoby, które w dzieciństwie były ciągle krytykowane, są wiecznie niepewne, oglądają się na opinie innych, mają niższą samoocenę, łatwiej popadają w uzależnienia. Ale rola ulubieńca rodziców nie zawsze gwarantuje życiowy sukces.

Zatruta strzała

Faworyzowanym dzieciom wprawdzie więcej wolno, rodzice przymykają oko na ich niedociągnięcia, zalewają je miłością, ale w długoterminowej perspektywie bycie „lepszym” wcale się nie opłaca. Hołubione dzieci dobrze się czują w towarzystwie rodziców, więc spędzają z nimi dużo czasu. Uczestniczą w sprawach dorosłych, ale tym samym są pozbawione towarzystwa rówieśników, odizolowane od właściwych dla ich wieku doświadczeń. Zyskując bliską więź z rodzicem, mają przewagę nad innymi dziećmi w rodzinie, ale tracą ich miłość.

Monika: „Czułam się taka uprzywilejowana, gdy mama zabierała mnie na zakupy, do krawcowej czy gdy razem jechałyśmy na grzyby. W tym czasie Ela szła na podwórko. Do dziś ma masę znajomych z dzieciństwa. Ja – nikogo”.

Hanna: „Gdy miałam 12 lat, mój młodszy brat – 8, a starsza siostra – 14, nasza mama powiedziała: Kocham was jednakowo, ze wskazaniem na Hanię. Poczułam się wybrana. Ale to było jak zatruta strzała. Kiedyś mama, ukradkiem, w tajemnicy przed rodzeństwem, dała mi tabliczkę czekolady. Pobiegłam do pokoju, żeby ją schować, ale oni mnie złapali, przytrzymali i wyciągnęli tabliczkę. – Skąd masz? – Mama mi dała – powiedziałam. – Udław się nią – usłyszałam. Od tego momentu brat i siostra odnosili się do mnie wrogo, i tak zostało do dziś”.

Taką stworzyła mnie mama

Rodzice prawie zawsze chcą dobrze dla wszystkich swoich dzieci. Bardziej wspierają jedno z rodzeństwa z różnych powodów. Słabsze, chorowite, mniej zdolne – bo wzbudza w nich instynkt opiekuńczy; zdolne, inteligentniejsze, ładniejsze – bo mogą być z niego dumni. Tym samym utrwalają hierarchię, wdrukowują role. Dziecko wybrane na to lepsze jest wspierane, otaczane opieką. Miłość rodziców rzeczywiście je wzmacnia. Tymczasem dziecko uznane za gorsze, zostaje zatrute zazdrością i nienawiścią, przez co staje się jeszcze gorsze. Wszystko się zgadza. Rodzice upewniają się, że mieli rację.

Julia: „Tyle razy słyszałam, że Danka lepiej gotuje, sprząta, uczy się i wygląda, że zaczęła kierować mną złość do niej. Stałam się wrednym dzieciakiem. Do dziś jestem gorszą córką. Jestem drażliwa, cyniczna i nieprzystępna – tak jak wymyśliła to nasza matka”.

Monika: „Rodzice wciąż mi powtarzali, że jestem taka rozsądna, nie to co Elka. Ale to moja siostra mogła robić, co chciała, bo była tą gorszą, a ja byłam lepsza, więc musiałam być grzeczna. Do dziś żyruję jej pożyczki, jadę po nią w środku nocy, bo pokłóciła się z facetem i nie ma jak wrócić do domu. Nie mam życia osobistego i wiem, że to dlatego, że nie chcę zawieść rodziców. Uwierzyłam, że muszę być tą lepszą”.

Bez względu na motywy faworyzowania, konsekwencje zawsze są złe. Wyróżniając jedno z dzieci, rodzice budują między nim a resztą rodzeństwa gruby mur wzajemnej nienawiści. To sprawia, że w domu nigdy nie ma dobrej atmosfery. Układy zapoczątkowane w dzieciństwie utrwalają się i przenoszą do dorosłego życia.

Monika: „Obie z siostrą jesteśmy już samodzielne, ale ona nie może mi darować, że rodzice, a zwłaszcza ojciec, woleli mnie. – Co tam u twoich rodziców? Jak twój ukochany tatuś? – pyta, gdy się widzimy. W siostrze jest tyle nienawiści. Czuję, że na to nie zasługuję. Nasi rodzice skrzywdzili nas obie”.

Bycie lepszym dzieckiem nie tylko trwale odcina od rodzeństwa, ale owocuje licznymi problemami. Dorosłe „lepsze” dzieci są mniej samodzielne, mają ogromne problemy z podejmowaniem decyzji, są nazbyt zorientowane na akceptację otoczenia, nadmiernie związane ze swoimi rodzicami, przedkładają ich potrzeby nad własne bądź nad potrzeby swoich dzieci czy męża. Nie umieją się wyzwolić z roli wzorowych dzieci.

Hanna: „Przez długie lata nie zdawałam sobie sprawy, jak niesprawiedliwie moi rodzice traktowali naszą trójkę. Dziś widzę, że było mi wolno znacznie więcej, że byłam zwyczajnie bardziej kochana, ale cena za to jest spora. Mama tylko zadzwoni, a ja rzucam wszystko i jadę. Moje rodzeństwo świetnie sobie poradziło. Oni mają siebie nawzajem, a ja tylko rodziców”.

Porozumienie ponad podziałami

Relacje z rodzeństwem są nie mniej ważne niż z rodzicami i, zwłaszcza jeśli są złe i niesatysfakcjonujące, warto przyjrzeć się, co za tym stoi. Nawet za cenę utraty aprobaty rodziców. Jedynym wyjściem z sytuacji nadmiernego faworyzowania jest sojusz rodzeństwa.

Patrycja: „Zaczęłam terapię dwa lata temu. Miałam ogromne problemy z chłopakiem, w pracy, nie mogłam skończyć studiów. Okazało się, że mój gniew wynika z tęsknoty za siostrą. Nasi rodzice zrobili wszystko, żebyśmy się nie lubiły. Ciągle ze sobą rywalizowałyśmy. Żadna nie miała pojęcia, że o naszych relacjach zdecydowali rodzice. Teraz uczymy się być siostrami bez nich i, co ciekawe, oni wcale nie są z tego zadowoleni”.

  1. Psychologia

Sztuka przebaczenia: czy zawsze można wybaczyć?

Nie zawsze stać nas na gest pojednania, warto jednak przyjrzeć się trudnej relacji. (fot. iStock)
Nie zawsze stać nas na gest pojednania, warto jednak przyjrzeć się trudnej relacji. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Stawiamy talerz dla zbłąkanego wędrowca, powtarzamy w codziennej modlitwie „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. A z drugiej strony – mamy opór przed pojednaniem. O sztuce przebaczania opowiada jezuita, ksiądz Jacek Prusak.

Dlaczego nawet dla katolików pojednanie w Wigilię jest takie trudne? My, wierzący i niewierzący, jesteśmy tylko ludźmi, a przebaczenie – warunek pojednania – to trudny akt, bo można je otrzymać od Boga, jeśli da się je innym; można dać je innym, jeśli otrzyma się je od siebie, a można dać je sobie, jeśli otrzyma się je od Boga. Każda przeszkoda, zatrzymanie się lub porażka w jednym z tych trzech elementów blokuje proces przebaczenia. Nasza trudność wynika również stąd, że chrześcijańskie przebaczenie jest bardzo radykalne.

To znaczy? Radykalne dlatego, że warunkiem przebaczania nie jest okazanie skruchy ze strony osoby, która nas zraniła. Chrześcijaństwo mówi, że skrucha jest potrzebna w relacji człowiek – Bóg. Nasza zdolność do wybaczania zależy od tego, jak głęboko przenika przez nasze życie wiara, jak mocno ktoś nas zranił, a także jakim ludzkim potencjałem dysponujemy. Bo to z jednej strony proces ludzki, a z drugiej – łaska. Trzeba pamiętać o tych dwóch perspektywach.

Jak ksiądz z perspektywy ludzkiej przekonuje, żeby wznieść się ponad krzywdę i pojednać na przykład z rodzicami? Staram się pokazać, że zależność ofiara-sprawca jest bardzo destrukcyjna. Przy czym źródło cierpień wcale nie musi tkwić w klasycznie pojmowanej zależności ofiary i krzywdziciela. Wiele ludzi w drugiej połowie życia odkrywa, jak bardzo zostali zranieni przez życie, choć nie wzrastali w patologicznej rodzinie, byli wrażliwymi dziećmi, pragnęli spełnić oczekiwania rodziców, być kochanymi. Zabrakło jednak bezwarunkowej akceptacji. W psychologii nazywa się to dramatem udanego dziecka. Może pojawić się u nich pokusa, żeby obarczyć winą rodziców i, litując się nad sobą, pozostać w pozycji ofiary. To naturalna i zrozumiała pokusa, ale niezwykle szkodliwa. Przebaczanie, także w psychoterapii, polega na jej przezwyciężeniu.

Jak ma przezwyciężyć krzywdę ofiara przemocy? Żadne pieniądze ani inne gratyfikacje nic tu nie dadzą. Nie pomoże też odegranie się, odreagowanie, żebyśmy byli kwita. Najlepszym zadośćuczynieniem w krzywdach emocjonalnych, fizycznych jest przyznanie się sprawcy, kimkolwiek jest, do winy i prośba o przebaczenie.

A jak się nie przyzna? Mamy dwa wyjścia: przebaczenie albo nienawiść. Przebaczenie dla nas, katolików, to łaska, na którą trzeba się otworzyć, prosić o to Boga w modlitwie, powierzając mu jednocześnie wymierzenie sprawiedliwości. To jedyne wyjście. Bardzo silnym mechanizmem, który nami rządzi – jak pokazały ostatnie badania, rządzi nawet niemowlakami, a więc osobami bez socjalizacji czy to religijnej, czy społecznej – jest rozpoznawanie krzywdy i chęć wymierzania kary. Tak więc sprawiedliwość rozumiana jako wymierzenie kary za krzywdę zdaje się biologicznie uwarunkowana.

To znaczy, że religia idzie wbrew naturze? W jakimś sensie wbrew naturze. Warto wiedzieć, że od wieków istniało prawo do zemsty i ta zemsta była często nieproporcjonalna do krzywdy. Potem w XVIII stuleciu przed Chrystusem Kodeks Hammurabiego wprowadził zasadę: oko za oko, ząb za ząb, a więc złagodził to prawo, ale z naszej perspektywy to i tak wydaje się barbarzyństwem. W miłosierdziu chrześcijańskim nie chodzi o to, żeby nie karać przestępców, tylko żeby, wymierzając sprawiedliwość, zdobyć się na przebaczenie.

Dlaczego kobieta ma przebaczyć gwałcicielowi?   Żeby nie spędzić z nim reszty życia. Bo jeśli nie wyjdzie z pozycji ofiary, jeśli będzie chować w sobie zranienie, to ów oprawca będzie nadal żerował na jej życiu.

Zatem to akt egoistyczny. Nawet jeśli myślimy, że robimy to dla siebie, inni też są beneficjentami. Bo zmieniając siebie, zmieniamy także ludzi wokół.

Wybaczam ojcu doznane krzywdy, ale on się do nich nie przyznaje. Siadamy razem do wigilii. Pojednanie jest możliwe? Nie ma przebaczania i pojednania na siłę i na skróty. To taka fantazja, że wystarczy przełamać się opłatkiem i nastąpi pojednanie. Oczywiście, może tak się stać, ale pod warunkiem, że przechodzimy wewnętrzny proces przebaczania, którego zwieńczeniem jest podzielenie się opłatkiem.

Ten zwyczaj ma jakieś religijne uzasadnienie? Łamanie się opłatkiem sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa, ale na początku nie było związane ze stołem wigilijnym, tylko symbolizowało komunię duchową członków wspólnoty. Poza Polską ludzie łamią się opłatkiem na Słowacji, Litwie, Białorusi, Ukrainie, w Czechach i we Włoszech. Ta piękna tradycja ma głęboki sens, bo święta Bożego Narodzenia w Kościele katolickim mają rodzinny charakter. Można potraktować ją płytko, jako kulturowy zwyczaj, a można i głębiej, jako symboliczny akt pojednania.

Dlaczego warto przejść przez ten proces? Ponieważ przebaczenie i pojednanie uzdrawiają umysł, serce i ciało. W chrześcijaństwie uzdrowienie wewnętrzne z emocjonalnych czy fizycznych ran oznacza, że one nie znikają, tylko się zabliźniają, co widać na ciele zmartwychwstałego Jezusa. Przebaczenie otwiera nie tylko drogę do pojednania z krzywdzicielem, ale do „sklejenia” wszystkich części samego siebie. To powrót do jedności. Kiedy przebaczamy sobie, czynimy świat lepszym. Kiedy przebaczamy innym, uzdrawiamy siebie.

Jacek Prusak: doktor nauk humanistycznych w zakresie psychologii, ksiądz, jezuita, teolog, psychoterapeuta, psycholog, publicysta. Prorektor akademii „Ignatianum” w Krakowie, adiunkt w instytucie psychologii tej uczelni.