1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. W zgodzie z siostrą i bratem – ćwiczenia

W zgodzie z siostrą i bratem – ćwiczenia

fot.123rf
fot.123rf
Wszystko, co dzieje się między wami – miłość, ale też złość czy zazdrość – to dobra okazja do pracy nad sobą. Oto kilka ćwiczeń, jak zrobić to w twórczy sposób.

Ćwiczenie 1: transformacja przeszłych zdarzeń

  1. Przypomnij sobie kilka trudnych sytuacji związanych z relacją z bratem lub siostrą. Weź kartkę i wypisz wszystkie, które pamiętasz. Opisz je w kilku zdaniach, odpowiadając na poniższe pytania:
  • Czego dotyczył konflikt między wami?
  • Co cię zdenerwowało, a może głęboko dotknęło w zachowaniu brata lub siostry?
  • Jakie emocje odczuwałaś w chwili, kiedy to się działo?
  • Jak się zachowałaś?
  1. Teraz wyobraź sobie, że budzi się w tobie aspekt wewnętrznego obserwatora, który potrafi przyglądać się poszczególnym sytuacjom związanym z bratem lub siostrą, bez odczuwania emocji i osądzania. Zobacz wybrane zdarzenie w taki sposób, jakbyś obserwowała je z boku.
  1. Zadaj sobie kilka pytań:
  • Jak ci się wydaje, jaka jest głębsza przyczyna tego, co się wydarzyło?
  • Jakie są potrzeby każdego z was?
  • Jakie jest sedno tego konfliktu?
  • Czego możesz się nauczyć o sobie dzięki tej sytuacji?
  • Jak konstruktywnie możesz wykorzystać tę wiedzę w relacji z innymi osobami?
  1. Wszystkie wnioski zapisz na kartce. Jeśli chcesz, przejdź teraz do pracy z kolejnym wydarzeniem. Pamiętaj, że już samo wyciąganie wniosków ma transformującą moc.

Ćwiczenie 2: pokój harmonii i technika ho’oponopono

Dzięki technice twórczej wizualizacji stworzysz w wyobraźni przestrzeń harmonii, do której zaprosisz brata lub siostrę w celu zharmonizowania relacji między wami. Oto następujące kroki tej wizualizacji:
  1. Usiądź wygodnie, zamknij oczy i wyobraź sobie taką przestrzeń, która kojarzy ci się z harmonią i spokojem. To może być pokój z ciepłym oświetleniem oraz znajdujące się w nim symbole harmonii i miłości. Możesz na przykład umieścić tam dwa wygodne fotele.
  2. Zobacz siebie w tej przestrzeni i zaproś do niej brata lub siostrę. Powiedz wybranej osobie, w jakim celu ją zaprosiłaś. Zapytaj, czy ma ochotę pozostać chwilę w tej przestrzeni. Jeśli poczujesz intuicyjnie, że odpowiedź brzmi: „tak”, powiedz wszystko, co ci leży na sercu.
  1. Możesz również zastosować hawajską technikę harmonizowania relacji, zwaną ho’oponopono. Powiedz:
Dziękuję ci za… Wybacz mi, proszę, że… Kocham cię.
  1. Na koniec możesz podarować w wyobraźni siostrze lub bratu prezent, który kojarzy ci się z harmonią, pokojem, miłością. Podziękuj im za przybycie. Jeśli chcesz, możesz kontynuować ten proces z kolejnym bratem lub siostrą.

Ćwiczenie 3: jakie są twoje lekcje do przerobienia?

Każda bliska relacja z drugim człowiekiem to okazja do nauczenia się jakiejś cennej rzeczy. Zastanów się teraz, jakie lekcje dostałaś dzięki relacji ze swoim bratem lub siostrą.

Oto kilka przykładów:

lekcja poczucia własnej wartości lekcja asertywności i zaznaczania swoich granic lekcja miłości i wybaczenia lekcja akceptacji czyjejś odmienności i docenienia wyjątkowości lekcja dawania miłości lekcja wdzięczności lekcja proszenia o pomoc lub pomagania lekcja kochania siebie niezależnie od relacji z rodzeństwem lekcja bycia wolnym i niezależnym.

Dagmara Gmitrzak trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek, www.rozwojosobisty.waw.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Świąteczny bunt przeciwko rodzinnej lojalności. Jak przejść przez ten proces?

Przy wigilijnym stole często ożywają różne „trupy z szafy”. Czas pandemii to dobry pretekst, aby przeżyć bunt przeciwko rodzinnej lojalności i skonfrontować się z nim. (Fot. iStock)
Przy wigilijnym stole często ożywają różne „trupy z szafy”. Czas pandemii to dobry pretekst, aby przeżyć bunt przeciwko rodzinnej lojalności i skonfrontować się z nim. (Fot. iStock)
Boże Narodzenie to najbardziej rodzinne święto, ale też przy wigilijnym stole ożywają różne „trupy z szafy”. Czas pandemii to dobry pretekst, by w fantazji bądź w realu przeżyć bunt przeciwko rodzinnej lojalności i skonfrontować się z nim. Jak przejść przez ten proces jak najmniejszym kosztem – proponuje Ewa Klepacka-Gryz.

Z badań socjologów wynika, że święta Bożego Narodzenia są jednym z najbardziej stresujących wydarzeń w roku. Wiem o tym doskonale i jako dziennikarka od lat pisząca o tym, jak bez stresu przeżyć wigilię, i jako terapeutka, do gabinetu której trafiają potem „ofiary” rodzinnej lojalności. Dla wielu osób to naprawdę bardzo trudny okres.

Krok 1. Odkrywamy problem rodem z bajki

Kiedy do mnie zadzwoniła z prośbą o sesję w związku z powtarzającym się snem i powiedziała, że ma na imię Gerda, natychmiast przypomniała mi się bajka o Królowej Śniegu. Ten trop okazał się trafny.

– Znasz bajkę, w której twoja imienniczka ratuje przyjaciela z rąk okrutnej królowej? – zadałam pytanie i usłyszałam, że ona swojego imienia nie lubi i do dziś nie wie, kto je dla niej wymyślił.

– Moje siostry mają normalne imiona: najstarsza jest Kasia, potem Marysia, a ja… chyba rodzicom zabrakło pomysłu. No i nikt się mnie nie spodziewał – dodała. – Jesteś dzieckiem niespodzianką? – I to chyba niezbyt miłą, bardziej dziełem przypadku niż owocem miłości – odpowiedziała. – Dlaczego tak myślisz? – Między mną a siostrami jest ponad 10 lat różnicy. Mama wiele razy mówiła, że kiedy Marysia wreszcie polubiła szkołę, ona miała zamiar wrócić do pracy, a przeze mnie musiała zatrudnić się w firmie ojca i już nigdy nie wróciła do swojego zawodu. – Ale to nie twoja wina. Rodzice byli dorośli, kiedy podjęli taką decyzję – zaoponowałam. – Może i nie moja, ale wiele razy słyszałam, że nie mieli już siły na zajmowanie się kolejnym małym dzieckiem. – Pewnie musiałaś być dzielna, żeby szybko dorosnąć? – Niestety, w dzieciństwie sporo chorowałam, jeszcze w szkole średniej co miesiąc miałam anginę, więc głównie dostarczałam im problemów. – Kto się o ciebie troszczył, kiedy byłaś chora? – Ten, kto nie zdążył uciec. Czasami rodzice dzwonili po ratunek do babci potwora.

„Babcia potwór” brzmi bajkowo, a w rzeczywistości była to prababcia Gerdy, babcia taty. Wszyscy się jej bali, potrafiła podejść do wnuczka, trzepnąć go w głowę i powiedzieć: „Ty nigdy nie przestaniesz być idiotą”. Albo warknąć na jego żonę, że musi nie mieć rozumu, skoro zrezygnowała z kariery dla firmy swojego męża. Gerda jako jedyna nie czuła przed nią strachu.

– Miałam wrażenie, że ona naprawdę mnie lubi – wyjaśniła. – Pamiętam, miałam wtedy chyba pięć lat i kiedy leżałam w łóżku chora, babcia przyniosła mi wielką kolorową księgę z bajkami. Przez cały dzień czytała, a kiedy usłyszałyśmy, że rodzice wracają do domu, kazała mi schować książkę pod łóżko i nie pokazywać siostrom. Trochę mi było smutno, bo chciałam się pochwalić, ale czułam, że to z jakiegoś powodu jest ważne. Wiesz, że mam tę książkę do dziś?

Pisałam już kiedyś, że podczas sesji przez Skype'a terapeuta musi być bardzo skupiony, by wyłapać każdą podpowiedź z tzw. pola relacyjnego, czyli tego, co się dzieje pomiędzy nim i pacjentem. Tym razem tą podpowiedzią okazała się książka z bajkami. Poprosiłam Gerdę, żeby przyniosła książkę i położyła się na kanapie tak jak wtedy, kiedy leżała chora, a babcia czytała jej bajki. Ja w tym czasie przyniosłam swój egzemplarz i przez chwilę czytałyśmy na zmianę.

– To prababcia po raz pierwszy przeczytała mi bajkę o Królowej Śniegu. Choć jej nigdy o to nie spytałam, czasami myślę, że to ona wymyśliła mi imię. – Jeśli tak czujesz, to tak właśnie jest – przyznałam. – Wiele razy powtarzała mi, żebym nigdy nie walczyła o żadnego „kretyna”, który ma zamrożone serce, i… chyba nie chodziło jedynie o mężczyzn, ale generalnie o ludzi. – Posłuchałaś jej rady? – Chyba właśnie chcę to zrobić. Mam już bilet na samolot do Polski na święta (Gerda mieszka teraz w Norwegii), ale od kilku nocy mam ten sam sen, że z powodu pandemii odwołują lot…

Krok 2. Dajemy się prowadzić procesowi

Poprosiłam, żeby Gerda, dalej leżąc na kanapie, opowiedziała swój sen. Musiało ją to poruszyć, bo poderwała się i usiadła w taki sposób, że przez chwilę widziałam na monitorze komputera jedynie brzuch i fragment klatki piersiowej. Dostrzegłam wtedy jej napięcie i szybki, płytki oddech. Zachęciłam, żeby przez chwilę została w takiej pozycji i położyła lewą dłoń na klatce piersiowej,  a drugą na brzuchu i pozwoliła, by ciało oddychało w swoim rytmie.  Zrobiłam to samo i poczułam, że we mnie również ożywił się ważny obraz rodzinnych relacji, a potem innych, też znaczących.

Ile razy stawiamy się w roli małej Gerdy, która próbuje odmrozić serce kogoś bliskiego? I ile razy się nam to udaje? Ile osób będzie miało pokusę wykorzystać czas pandemii, by choć raz stanąć po swojej stronie i tegoroczne święta spędzić z dala od rodziny? Miałam niezły mętlik – nie pozostawało mi nic innego, jak tylko zaufać procesowi relacyjnemu oraz duchowi sesji i dać się poprowadzić. Spokojny oddech uciszył nasze ciała i głowy. Poprosiłam, żeby Gerda usiadła w taki sposób, by oprzeć plecy i głowę o oparcie krzesła, a stopy mocno postawiła na podłodze. Sama również poprawiłam się w fotelu.

– Jeśli chcesz, weź kartkę i narysuj wigilijny stół w twoim rodzinnym domu – zaproponowałam. – Fajnie… ale mam też narysować rodzinę przy stole? – Jeśli chcesz. – Ale tak jak zwykle siedzimy? – dopytywała, a ja potrzebowałam chwili do namysłu i wreszcie powiedziałam, żeby zrobiła dwa rysunki – na początek taki, że nie odwołują lotu, Gerda wraca do domu na święta i jest cudownie.

Długo zastanawiała się, zanim zaczęła rysować i przy okazji snuć opowieść. – Kiedyś, kiedy byłam jeszcze w szkole średniej, jak zwykle przed świętami zaczął boleć mnie brzuch. Lekarka powiedziała, że to zapalenie śluzówki żołądka na tle nerwowym i żebym się nie stresowała. Postanowiłam pójść do psychologa. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam te wszystkie rady, jak odpowiadać na zaczepki rodziny przy wigilijnym stole. Od dziecka byłam tą, która nie chciała mówić wierszyków i śpiewać piosenek na zawołanie. Moje siostry zachowywały się jak wytresowane małpki, mnie w końcu przestali już o cokolwiek prosić. Jakby mnie tam przy tym stole nie było, a skoro nie było, to te rady na nic się zdały. – Problemy ze śluzówkami są symbolem naszych problemów ze stawianiem granic. Możesz sobie wyobrazić taką sytuację, że przy tym stole siedzą osoby, z którymi czujesz się dobrze: szczęśliwa, bezpieczna, kochana? – poprosiłam. W odpowiedzi Gerda narysowała duży okrągły stół i dwie osoby siedzące naprzeciwko.

– To ty i babcia? – zgaduję. – Tak – uśmiecha się. – O czym rozmawiacie? – Opowiadam jej, dlaczego wyjechałam na studia do Norwegii… – Czy mogę wcielić się w rolę twojej babci? – Spróbujmy… Wyjechałam, bo chciałam studiować w języku angielskim… Uciekłam, bo chciałam, żeby za mną tęsknili. Za każdym razem, kiedy wracałam, liczyłam, że mnie zauważą, że się ucieszą. Nawet pytania, czy mam chłopaka Norwega, były OK, ale oni najczęściej traktowali mnie jak gościa, który wprosił się w ostatniej chwili, bo nie miał z kim spędzić świąt. Przyjeżdżałam zwykle kilka dni wcześniej, żeby pomóc mamie w przygotowaniu, zwłaszcza że moje siostry mają małe dzieci i są zajęte. Ale mama zawsze wyganiała mnie z kuchni: „Ty nie gotujesz, jesz tam byle co w tej Norwegii, to co ty mi pomożesz”. – To bardzo smutne – mówię, wcielając się w rolę babci.

W tym momencie Gerda zaczyna płakać, jej płacz powoli przechodzi w głęboki szloch.

Krok 3. Opowiadam o sile rodzinnej lojalności

Czuję, że to odpowiedni moment, żeby opowiedzieć o sile rodzinnej lojalności. To więź łącząca nas z rodziną pochodzenia. Sprawia, że nieświadomie podążamy za rodzinnym przekazem, często wbrew własnym chęciom i potrzebom. Kiedy to robimy, bo czujemy, że krewni tego oczekują – odczuwamy poczucie krzywdy. Gdy się przeciwstawiamy – odczuwamy poczucie winy. Bywa, że jedynym rozwiązaniem staje się ucieczka do podstępu. Czasami pomysł na to, jak uniknąć winy i krzywdy, przychodzi w snach – jak w tym przypadku. Wiele moich pacjentek mieszkających za granicą, wyjechało (uciekło) z domu rodzinnego tuż po osiemnastce, czując, że to ostatni moment, żeby, nie zrywając relacji rodzinnych, ocalić poczucie własnej tożsamości. Święta często są sprawdzianem, czy to się udało.

Rodzinna lojalność opiera się nie tylko na życiu zgodnym z określonymi wartościami, ale przede wszystkim na zasługach. Każda rodzina prowadzi własną księgę rachunkową: chodzi przede wszystkim o równowagę w dawaniu i braniu. Zwyczaj świątecznych prezentów jest jedną z form obdarowywania najbliższych, ale… niestety nawet najbardziej wymyślny prezent może nie zrównoważyć największego daru, jaki dostaliśmy od rodziców – daru życia. Rodzice, w dużej części nieświadomie, oczekują od dzieci szacunku, wdzięczności, posłuszeństwa, a często też  realizowania ich marzeń. Bywa, że dzieci „nie w porę” – a takim dzieckiem prawdopodobnie była

Gerda – nigdy nie są w stanie spłacić długu daru życia.

Staram się mówić o tym wszystkim w taki sposób, by jej nie zranić. Gerda przez cały czas płacze. Kiedy mówię, że jej łzy rozpuściłyby serce z najtwardszego lodu, uśmiecha się przez łzy. – Wiesz, że prababcia podobno nigdy nie płakała? – mówi. – Może twoje rodowe zadanie to „odpłakać” za nią i za siebie, i za wszystkich, którzy pragną żyć swoim życiem? – Kiedy byłam dzieckiem, tylko mnie wolno było płakać. Gdy Marysia albo Kasia płakały, mama mówiła, że są za duże, żeby się mazać. Mnie przytulała i głaskała po głowie. Ale kiedy raz popłakałam się przez telefon, już w Norwegii, to na mnie nawrzeszczała. – Pewnie poczuła się bezradna, że nie może cię przytulić. – Myślisz, że powinnam jechać do nich na święta? – pyta, ale nie mogę już odpowiedzieć, bo nagle połączenie się urywa i mimo prób nie udaje nam się usłyszeć przed końcem sesji.

Krok 4. Dostaję rysunek

Wieczorem Gerda przysłała mi mail z rysunkiem wigilijnego stołu. Przy stole siedziała cała rodzina, a każda osoba była podpisana i opisana. Obok mamy widniał dymek: „Jak zwykle za lekko się ubrałaś i teraz kaszlesz”, a obok taty: „Jedzmy już zamiast gadać, bo nie zdążymy na pasterkę”. Kiedy spytałam, co czuła, rysując rodzinę i opisując dymki, odpisała: ,,To mnie nawet rozczuliło. Trochę za nimi zatęskniłam”.

Gerdy na rysunku nie było. Nie napisała, co zdecydowała w sprawie świąt. Wiedziałam, że wkrótce poczuje, co chce zrobić, a jeśli nie – to poprosi o kolejną sesję. Po dwóch tygodniach przysłała nowy rysunek, na którym była ona sama i dymek z napisem: „Kocham was, jesteście moją rodziną, nie mam innej. Wiem, że wy też mnie kochacie”. Nadal nie wiem, gdzie spędzi święta, ale czy to ma jakieś znaczenie?

Autoterapia dla spędzających święta w rodzinnym gronie

  • Zaakceptuj fakt, że święta bardzo często budzą w nas ambiwalentne uczucia – z jednej strony je idealizujemy, zwłaszcza jeśli w ciągu roku mamy mało okazji do spotkań, a poza tym kojarzą nam się z dzieciństwem i prezentami; z drugiej, to czas, kiedy silnie przenikają się potrzeby najbliższych członków rodziny i pojawiają się sprzeczne oczekiwania.
  • Spisz na kartce wszystkie oczekiwania, pretensje i gierki, które najbardziej cię ranią, nazwij je i pamiętaj, że: - stwierdzenia w stylu: „Musisz być na wigilii, może to moje ostatnie święta” – to typowy szantaż. Zdaj sobie z tego sprawę, zanim dasz się wpędzić w poczucie winy; obrażanie się jest formą manipulacji; - jeśli ktoś grozi, że na skutek twojej decyzji się rozchoruje – to jest to szantaż emocjonalny, chęć wywołania w tobie poczucia winy i lęku; - jeśli ktoś chce wzbudzić w tobie litość – to jest to forma presji, mająca na celu wywołanie współczucia.
  • Sprawdź, czy rozpoznajesz swoje potrzeby w stosunku do tego, w jaki sposób chciałbyś spędzić święta? Zawsze masz prawo odmówić – nie obarczaj się problemami i emocjami innych, nawet bliskich ci ludzi; nie możesz brać odpowiedzialności za ich sposób przeżywania i reagowania.
  • Uświadom sobie wszystkie swoje emocje związane z gierkami przy stole. Masz prawo czuć: złość, smutek, lęk, żal i wszystkie inne uczucia. To nie przekreśla twojej miłości do rodziny i nie niszczy więzi między wami.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Psychologia

Gdy pojawia się zazdrość o nowe dziecko w rodzinie

Starsze dziecko może przeżywać wiele sprzecznych emocji, gdy w domu pojawia sie niemowlę. (fot. iStock)
Starsze dziecko może przeżywać wiele sprzecznych emocji, gdy w domu pojawia sie niemowlę. (fot. iStock)
Kiedy pojawia się w domu nowe dziecko, starsze często czuje się odstawione na boczny tor. To zupełnie naturalna reakcja. Niestety, rodzice zazwyczaj odbierają dzieciom prawo do frustracji i wymagają ciągłego zachwytu niemowlakiem. To błąd! Ale do naprawienia…

Spodziewasz się kolejnego maluszka? Nawet jeżeli sama nie byłaś nigdy zazdrosna o młodsze rodzeństwo i wydaje ci się, że dom pełen dzieci to wyznacznik szczęścia, wiedz, że twoje pozytywne nastawienie nie jest gwarantem tego, że nie nadejdą żadne trudności. Noworodek w domu to test dla całej rodziny. Pojawia się kolejny – wymagający troski i miłości − domownik. Co zrobić, aby starsze rodzeństwo zbudowało z nim fajną relację, a pojawienie się malucha nie zachwiało całą strukturą rodzinną? Przede wszystkim nie myśl życzeniowo i nie licz na to, że wszystko samo się ułoży. Wręcz przeciwnie, chuchaj na zimne – zamiast ugłaskiwać rzeczywistość, zmierz się z możliwymi zagrożeniami. Oto, co najgorszego może cię spotkać:

Agresja

Bądź gotowa na hasła typu: „Oddajcie go z powrotem do szpitala. Nie chcę go u mnie w domu!”. Przejawami bezsilności mogą też być: bicie dorosłych, rzucanie przedmiotami, chlapanie jedzeniem, odmawianie wszelkiej współpracy w czynnościach codziennych. To typowe zachowanie dla dziecka, które nie radzi sobie z emocjami.

Głośne zabawy

Starsze dziecko chce nadal mieć prawo do bycia pierwszym. Głośne zachowanie to klasyczny przykład zawłaszczania uwagi dorosłych i wymuszania ich zainteresowania. Nie denerwuj się. Pamiętaj, że noworodek ma inne wymagania dotyczące snu. Będzie spał nawet wtedy, gdy brat czy siostra zacznie mu śpiewać nad uchem lub stukać klockami. Wymagając ciszy w domu, dajesz starszemu dziecku broń do ręki: wie, że krzyk zogniskuje twoją uwagę.

Regres

Kilkulatek odmawia samodzielnego jedzenia, ubierania się, załatwiania do ubikacji lub na nocnik, chce być noszony na rękach, przestaje mówić i wymaga, żebyś rozumiała jego „gaworzenie”? Zachowuje się tak, jakby cofnął się w rozwoju? To proste – podgląda noworodka i, widząc twoje zaangażowanie, też chce taki być. My również podglądamy zachowania ludzi, którym zazdrościmy. To naturalny mechanizm psychiczny.

Choroby

Nadal nie doceniamy psychosomatyki dziecka. Niesłusznie. Pod wpływem silnego stresu (przeprowadzka, brak kolegów, nowe dziecko w rodzinie) maluch szuka rozwiązania i tu może przyjść mu z pomocą ciało. Choroby, a raczej ich niekończący się ciąg, mogą nie być przypadkiem, jeśli zbiegną się z twoją kolejną ciążą.

Co robić?

Nie uciekaj od problemu. Nie traktuj zachowania starszego dziecka jako ataku na ciebie. Spróbuj postawić się w jego sytuacji − niemowlę w domu nie jest dla niego niczym fascynującym. To raczej mało atrakcyjny, męczący, odbierający spokój ducha intruz. Dlatego zadbaj o to, by starszy brat czy siostra czuli się przygotowani na czekające całą rodzinę zmiany. Pokaż na rysunkach, zdjęciach i filmach, czego można się spodziewać po noworodku. A także:

Angażuj starsze rodzeństwo w opiekę

Nie bój się kontaktu dzieci. Aktywność rozładowuje napięcie. Gdy jesteśmy w coś zaangażowani, łatwiej nam to polubić, zrozumieć. Zachęcaj do wspólnych kąpieli czy bujania wózka.

Pozwól na regres

Jeśli o to poprosi, kup starszemu dziecku smoczek, butelkę i rób mleko w proszku. Nawet nie myśl o tym, że go rozpieszczasz. Ty jedynie zapobiegasz powstaniu głębokiej niechęci do młodszego rodzeństwa. Faza regresu bardzo szybko minie, zwłaszcza jeśli przyznasz dziecku do niej prawo.

Tul, całuj i pieść

Jesteś mamą noworodka, więc nie brakuje ci kontaktu fizycznego, ale twojemu starszemu dziecku – tak. Gdybyś miała zrobić dla niego tylko jedną rzecz, to przytul je, kołysz, głaszcz i całuj. Możesz to robić w całkowitym milczeniu. Twój komunikat jest dla dziecka klarowny.

Rób zdjęcia starszemu dziecku

Wyjmij fotografie z okresu noworodkowego, rób zdjęcia rodzeństwu razem i nigdy nie dopuść, żeby fotki noworodka zdominowały waszą przestrzeń rodzinną.

Kup lalkę

Nowe dziecko kosztuje, ale zapobieganie niechęci między rodzeństwem jest bezcenne. Warto więc zainwestować w nowe zabawki. Starsze dziecko wyposaż w lalkę o wyglądzie noworodka, a jak trzeba, to i w wózek, małą wanienkę i wszelkie akcesoria. Chłopcu pomożesz rozładować frustrację, jeśli pozwolisz równolegle z tatą kąpać, przewijać i usypiać „swojego” dzidziusia.

Czytaj mu książki

Historyjki o tym, jak w domu zjawia się okropne młodsze rodzeństwo, ale w końcu udaje się je polubić, będą ogromnym wsparciem dla starszego dziecka, które przestanie czuć się winne, że nie lubi maluszka.

Podkreślaj przywileje

Starsze dziecko widzi tylko jedną stronę swojej sytuacji: ktoś kradnie mu mamusię. Pokaż mu jego przywileje: „Możesz sam wybierać ubrania, sam jeść, sam się myć, możesz oglądać telewizję i masz swoich kolegów”. Warto pokazać dziecku, że jego sytuacja nie jest wcale tragiczna.

Znajdź czas tylko dla niego

Największą bolączką posiadania młodszego rodzeństwa jest fakt, że nie ma się już rodziców tylko dla siebie. Dlatego codziennie wygospodaruj czas na bycie tylko z jednym, starszym dzieckiem. Nawet jeśli będzie się to wiązać z zatrudnieniem niani, warto tak zrobić. Gdy chcesz być tylko ze mną, to znaczy, że mnie kochasz – każdy człowiek to rozumie. Gdy się czegoś spodziewamy i mamy plan, co zrobimy w razie problemów, nie wywołuje to stresu. Dlatego warto opracować strategię, jak się zachowasz, kiedy starsze dziecko zaprotestuje, że niszczysz mu życie.

Działaj zamiast mówić

Słowa to najłatwiejszy rodzaj komunikacji, ale nie w relacjach z dziećmi. W obszarze porozumiewania się z maluchami są wyjątkowo kiepską metodą. Dzieci, jeszcze niezmanierowane, doskonale widzą, że miłość to nie słowa, ale zachowanie. Dlatego najlepiej, żebyś nic nie mówiła, a skupiła się wyłącznie na swoim zachowaniu. „Kochamy cię. Zawsze będziesz dla nas najważniejszy. Za kilka lat zobaczysz, jak wspaniale mieć młodsze rodzeństwo” – takie słowa nie przekonają żadnego dziecka. Jeśli kogoś się kocha, to jest on dla nas całym światem i nie potrzebuje się innych, a „za kilka lat” nie istnieje nawet dla nastolatka. Liczy się tylko „tu i teraz”. Nie myśl więc, że wyjaśniliście sobie, jak się rzeczy mają. Dla dziecka liczą się wyłącznie zachowania dorosłych. Dlatego w tej sytuacji lepiej nic nie mówić, tylko w milczeniu na każdym kroku okazywać zrozumienie.

  1. Psychologia

Współpraca nie wyklucza zdrowej rywalizacji. Jak przekazać to dzieciom?

Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Zachęcajmy dziecko do samopoznania, pomagajmy mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie w innym kierunku – mówi pedagożka dr Marta Majorczyk.

Rodzice z jednej strony widzą, że współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, szkoła na rywalizację, a z drugiej – coraz częściej słyszą, że powinni wychowywać do współpracy. To czego powinni uczyć?
Powinni przygotowywać dziecko na obydwie opcje. Przy czym warto rozróżnić rywalizację pozytywną od negatywnej. Pozytywna opiera się na zdolnościach, talentach, cechach, umiejętnościach, kompetencjach, wiedzy, czyli przymiotach, które mamy w sobie i z których korzystamy, chcąc osiągnąć sukces.

A rywalizacja negatywna?
Odwołuje się do elementów, których nie mamy w sobie, które znajdują się na zewnątrz. Na przykład do tego, że rodzice są majętni, więc dziecko ma najdroższe ubrania, gadżety, wyjazdy. Innym przykładem rywalizacji negatywnej są wybory miss czy mistera szkoły, gdzie ocenia się wygląd, czyli coś, na co dziecko nie ma wpływu. Zadanie rodziców powinno polegać nie na stymulowaniu takiej rywalizacji, ale na jej osłabianiu.

Czyli na czym konkretnie?
Na przykład na podkreślaniu: co z tego, że masz lepsze ubrania, skoro to nie zależy od ciebie, tylko od tego, że akurat mamy pieniądze. Warto uczyć skromności, a nie eksponowania dóbr materialnych, markowych ciuchów, większych możliwości, niż mają inne dzieci. Skutkiem negatywnej rywalizacji jest osłabienie poczucia wartości dziecka, które bierze udział w rywalizacji, bo jeżeli uważa, że jest brzydsze, źle ubrane, to czuje się gorsze. A ponieważ nie jest w stanie tego zmienić, to może w pewnym momencie przestać podejmować jakiekolwiek działania.

Jakie są skutki rywalizacji pozytywnej?
Bardzo ważną rolę odgrywają tu rodzice – powinni rozmawiać z dzieckiem i wyjaśniać mu, że rywalizacja nie przynosi tylko sukcesów, że na pewno kiedyś trzeba zmierzyć się z porażką. Ale to, że dziecko przegra, nie znaczy, że jest do niczego, tylko że powinno ćwiczyć dalej i pogodzić się z tym, że ktoś jest lepszy. Koniecznie trzeba budować w dziecku poczucie wartości.

Jak reagować, jeżeli to poczucie zmieni się w poczucie wyższości? Bo osiągając sukcesy, można wpaść w pułapkę wysokiego mniemania o sobie. Dziecko uzdolnione w jakiejś dziedzinie ma łatwiej niejako z definicji, niezdolne może łatwo się zniechęcić.
Poruszyła pani ważną kwestię. Weźmy taki przykład: dziewczynka bardzo chce tańczyć tak jak utalentowana w tej dziedzinie koleżanka. Natomiast ja, mama, widzę, że z poczuciem rytmu nie jest u córki za dobrze. Proponuję więc: świetnie radzisz sobie językowo, jesteś komunikatywna, masz bogaty zasób słownictwa, możesz pisać opowiadania, współpracować ze szkolnym radiem itp. Trzeba córkę umiejętnie pokierować w inną stronę. Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony.

Jak to robić?
Można zadawać pytania coachingowe: „Co sprawia ci radość?”; „Jak sądzisz, czy wystarczy więcej popracować, czy może powinieneś szukać innej dziedziny, w której mógłbyś się spełniać?”. Zamiast podsycać rywalizację, lepiej zachęcać dziecko do samopoznania, pomagać mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie innym kierunku.

I podkreślać, że każdy jest inny?
Tak. Badacz inteligencji wielorakiej Howard Gardner wykazał, że nie ma jednej inteligencji, tylko jest cały zespół inteligencji. Tłumaczmy dziecku, że niemożliwe, aby było świetne we wszystkim, natomiast na pewno jest w czymś dobre i musi to coś znaleźć. Zarówno rodzicom, jak i nauczycielom polecam książkę Aldony Kopik i Moniki Zatorskiej „Wielorakie podróże – edukacja dla dziecka”, która zawiera kwestionariusz do badania inteligencji wielorakiej. Pomaga na podstawie obserwacji dziecka wykreślić jego profil inteligencji.

Gdy już poznamy ten potencjał, łatwiej nam będzie zachęcać je do rywalizacji z samym sobą, a nie z innymi?
Oczywiście, dobrze motywować je do tego, żeby ćwiczyło, uczyło się, pracowało. Ale warto zwracać też uwagę, że skoro jest dobre na przykład w pisaniu, a koleżanka w mówieniu, to mogą, uzupełniając się, zrealizować wspólnie jakiś projekt na lekcję polskiego. Istnieje pojęcie nauczania kooperatywnego, które polega między innymi na tym, że nauczyciel dzieli materiał między uczniów w taki sposób, żeby każdy stał się specjalistą w innym obszarze wiedzy. Potem wszyscy nawzajem się od siebie uczą. Na przykład na lekcji biologii jeden uczeń zajmuje się budową komórki, drugi – jej procesami, trzeci – odżywianiem komórkowym, potem wymieniają się informacjami i w ten sposób poznają całość wiedzy na ten temat. Przy okazji dzieci przekonują się, że zrozumienie całości nie jest możliwe bez współpracy.

Jak jeszcze zachęcać do kooperacji?
Na początku wystarczy wykorzystywać naturalne potrzeby dziecka, czyli chęć zabawy, kontaktu z rówieśnikami. One ujawniają się już w wieku wczesno­szkolnym. Dzieci wtedy lgną do siebie, przy czym dziewczynki bardziej stawiają na zabawę, bliskość, a chłopcy na rywalizację, bo to chłopięcy sposób budowania relacji z kolegami.

Szkoła często zabija te naturalne odruchy.
Wszystko w rękach nauczyciela. Jego rolą jest poznanie dzieci, rozdzielenie zadań zgodnie z ich talentami, a potem zmotywowanie ich do wymiany. Na przykład Jaś to nasz klasowy Lewandowski, więc zachęcam go, żeby pokazał swoim kolegom, jak strzela gole. W ten sposób nauczyciel upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu – zbuduje w Jasiu poczucie kompetencji, własnej wartości, wiary w siebie, a także uruchomi tutoring rówieśniczy, który polega na tym, że dziecko dobre w jakiejś dziedzinie może uczyć inne dzieci i dzięki temu przyczyniać się do budowania zgranej paczki.

W jaki sposób rodzice mogą zachęcać rodzeństwo do wspólnego działania?
Powinni pamiętać, żeby nie porównywać dzieci, nie krytykować jednego przy drugim, nie zawstydzać, ale chwalić za to, co każdy robi dobrze. I pokazywać, że wspólnie możemy więcej niż każdy osobno. Kiedy w sobotę trzeba posprzątać mieszkanie, a dzieci chcą iść do kina, zaproponujmy, że sprzątamy wspólnie – tata łazienkę, mama sypialnię, dzieci swoje pokoje. Potem razem gotujemy obiad i takim sposobem całe popołudnie mamy wolne, możemy iść nie tylko do kina, ale i na rowery. I tak oto mimochodem uczymy współpracy, która bardzo przyda się dzieciom w życiu dorosłym.

Jednak górą współpraca.
Nie należy całkowicie eliminować rywalizacji, to naturalna potrzeba. Człowiek od zawsze rywalizował z innymi. Trzeba tylko kształtować pozytywną wersję, a eliminować tę negatywną.

Co dobrego wynika z rywalizacji?
Rozwija talent (najbardziej widać to w sporcie, bo żeby wygrać, trzeba się starać, pracować, ćwiczyć). Uczy znosić porażki, a tym samym przygotowuje do adaptacji w różnych sytuacjach, bo w życiu też trzeba będzie przecież przegrywać.

Najskuteczniejsze ćwiczenie na pozytywną rywalizację?
Gry planszowe, tu rywalizacja jest niezbędna, bo każdy chce pierwszy dotrzeć do mety. Czasem wygrywam ja, czasem córka. Jeżeli przegrywam, to prezentuję swoją postawą, jak to znosić: „OK, przegrałam”, więc gratuluję córce zwycięstwa i chcę zmierzyć się z nią raz jeszcze. Ale rzucając kostką, mówię, że los czasem sprzyja mnie, a czasem jej, tak jak w życiu. Trzeba uczyć wyciągać wnioski z porażek: dostałam złą ocenę, bo się nie nauczyłam, przegrałam mecz, bo się nie zaangażowałam.

Można rywalizować i zarazem współpracować?
Tak, na przykład wtedy, gdy jako klasa walczymy o zwycięstwo w jakiejś dziedzinie z inną klasą. Wynik meczu czy konkursu zależy od tego, czy uczniowie potrafią się porozumiewać, kooperować. Takie formy rywalizacji bardzo sprawdzają się w grupach powyżej 12 lat.

Współdziałanie pozostaje w Polsce umiejętnością mocno zaniedbaną, zwłaszcza w szkołach. Nawet jeśli wypisuje się ją na sztandarach, to potem promuje się indywidualne osiągnięcia – jak w pewnym renomowanym warszawskim gimnazjum, szczycącym się społecznym profilem, w którym na zakończenie roku szkolnego nagradzano za indywidualne wyniki w olimpiadach i konkursach.
W organizowaniu wszelkiego typu konkursów nie ma nic złego, pod warunkiem że dzieci same decydują o udziale, bo to oznacza de facto, że biorą za nie odpowiedzialność. A poza tym – ich sukcesy mogą przynieść pożytek wszystkim, cieszyć się nimi może cała społeczność szkolna. Wszystko zależy od tego, jak te sukcesy „sprzeda” nauczyciel. Według mnie współpracy i rywalizacji nie trzeba rozdzielać, tylko umiejętnie łączyć. Najlepszym przykładem takiego połączenia są sporty zespołowe, które z jednej strony wzmacniają współpracę, a z drugiej – stawiają na zwycięstwo w rywalizacji. Większą satysfakcję sprawia jednak wspólne działanie. Pamiętam doskonale, jak podczas meczów siatkówki (należałam do szkolnej drużyny) wzajemnie się wspierałyśmy, co sprawiało nam większą radość niż wygrana.

Warto więc w szkole nastawionej na rywalizację zachęcać do gier zespołowych?
Na pewno. Ale w szkołach duży nacisk kładzie się też na współpracę. Już w nauczaniu początkowym obowiązuje kształcenie metodą projektu. Polega ono na tym, że cała klasa robi coś wspólnie, czyli nauczyciel dzieli zadania między uczniów, a oni dyskutują, pracują, a potem prezentują owoce wspólnego działania. I znowu – wszystko zależy od nauczyciela. Jeżeli zna i rozumie sens takich metod aktywizujących całą klasę, to przyjemność płynąca z nauki zdecydowanie staje się większa. Wiadomo, że najskuteczniej uczymy się poprzez doświadczanie, więc takie metody efektywnie pomagają w nauce, no a poza tym kształtują społeczne postawy.

Jak motywować do współpracy?
Istnieje wiele strategii motywacyjnych. W sukurs nauczycielom przychodzi neurodydaktyka – wiadomo, że dzieci chętniej uczą się poprzez zabawę, dlatego najlepiej aranżować ciekawe zadania w miłej atmosferze. Dobre efekty przynoszą pozytywne wzmocnienia, pochwały, bazowanie na mocnych stronach dziecka, natomiast nad słabymi stronami pracujemy, korzystając z tutoringu rówieśniczego, czyli poprzez tworzenie zespołów, w których lepsi uczniowie dzielą się swoją wiedzą ze słabszymi. Warto dążyć do wzbudzenia najskuteczniejszej formy motywacji – wewnętrznej, czyli takiej, kiedy dziecko samo chce pracować i samo siebie nagradza: „Udało mi się, będę działać dalej, bo mnie to ciekawi, bo chcę wiedzieć więcej”.

To trudne do osiągnięcia.
Niestety, taką motywację zabija rywalizacja negatywna. I tak oto zamknęliśmy się w błędnym kole. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie wszystkie dzieci reagują jednakowo. Jedne rywalizacja pobudza do działania, inne odwrotnie – w obliczu konkurencji się wycofują. Jedne dzieci wolą pracować w grupie, inne bardziej sprawdzają się w pracy indywidualnej. Kłania się tu psychologia różnic indywidualnych. Nic zatem na siłę, wiele zależy od dziecka.

Rodzice na ogół nie mają wiedzy psychologicznej.
To prawda, dlatego mogą skorzystać z coachingu rodzicielskiego – metody pracy, której można się nauczyć podczas specjalnych warsztatów organizowanych przez coachów. Ale – uwaga – wyposażeni w te metody nie rozwiązujemy za dziecko problemów, tylko uczymy je, jak ma sobie samo z nimi radzić. Zadajemy pytania, ćwiczymy koncentrację, nazywanie emocji, uczuć. Coaching rodzicielski to sprawdzona metoda pracy z dzieckiem.

Wydaje mi się, że w Polsce nadal musimy bardziej uczyć współpracy niż rywalizacji, bo tę ostatnią mamy opanowaną.
Podobnie uważa profesor Janusz Czapiński. Powiedział, że przez lata dzięki rywalizacji dużo osiągnęliśmy: wysoki poziom życia, sukcesy zawodowe, natomiast teraz stoimy przed następnym wyzwaniem – jak ze sobą współpracować. Wystarczy rozejrzeć się dokoła siebie, żeby zobaczyć, że profesor ma rację – zazdrościmy sobie nawzajem, konkurujemy, rzadko skrzykujemy się, żeby zrobić coś wspólnie dla naszej ulicy. Samorządność nadal u nas kuleje, choć powoli to się zmienia.

Marta Majorczyk: doktor nauk humanistycznych, pedagożka, doradczyni rodzinna. Pracuje z Collegium Da Vinci w Poznaniu. Pracuje w poradni psychologiczno-pedagogicznej przy Uniwersytecie SWPS w Poznaniu. Mama Patrycji i Piotra.

  1. Psychologia

Toksyczni rodzice. Co zrobić, gdy nie chcą odciąć pępowiny?

Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak radzić sobie z pretensjami rodziców? Czy można uwolnić się od toksycznych relacji i poczucia winy? Jak reagować, gdy słyszymy zarzut: „W ogóle nie interesuje cię mój los!” – radzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta.

Mama wciąż dzwoni, dopytuje się, skarży, że już nie pamięta, jak córka wygląda, choć widziały się tydzień wcześniej. Jak się przed tym obronić?
Jeśli takie zachowanie matki wzbudza w córce złość, poczucie zagrożenia czy winy, to powinna pamiętać, że w te wszystkie uczucia wpędza się sama. Oczywiście, u podstaw tych emocji leży więź z rodzicami i pierwotne przekonania na temat świata i roli dziecka przez nich przekazane. Jedno z tych przekonań brzmi: „trzeba dbać o emocje mamy”. Cały problem tkwi w tym, że ona nadal daje tym przekonaniom „moc poruszania”, nawet jeśli twierdzi, że jest inaczej. Dlatego, jeśli córka w złości na rodziców, którzy z powrotem „wciągają ją” do dziecinnego pokoju, rzuci: „Mamo, odczep się!” i odłoży słuchawkę, zaraz potem poczuje wyrzuty sumienia. W konsekwencji od razu zadzwoni do nich i albo przeprosi, albo będzie udawać, że nic się nie stało. Ewentualnie ich odwiedzi, bo nurt poczucia odpowiedzialności za rodziców będzie tak silny, że poniesie ją dalej.

A co się dzieje w sercu kogoś, kto robi coś wbrew własnym chęciom?
Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie, ale łatwo mi sobie wyobrazić, że ktoś taki może wtedy czuć złość, że jedzie do matki, choć nie chciał. Może mu też być smutno, że matka tak naprawdę go nie zauważa, nie szanuje jego potrzeb, uczuć. Że dostrzega tylko swoją potrzebę wypełnienia pustego gniazda. Różne emocje mogą się tutaj pojawić…

Skąd się bierze ta odpowiedzialność za rodzica? Przecież powinno być odwrotnie, przynajmniej do czasu, gdy dorośniemy?
Odpowiedzialność bierze się z niedobrego, toksycznego wychowania, które obwinia dziecko o różne rzeczy. Matka mówiąca z uśmiechem: „Gdy się urodziłaś, musiałam zrezygnować z kariery. Trzy lata siedziałam w domu. A tata się w ogóle nami nie zajmował. To był bardzo ciężki dla mnie czas”. Albo: „Byłaś bardzo trudnym dzieckiem, ciężko było cię wychować, dlatego nie zdecydowaliśmy się na drugie”. Uśmiech ma sugerować, że to jest mówione z miłości, ale jak dziecko, które to słyszy, ma nie poczuć się winne, że w ogóle istnieje? Jedna z moich pacjentek, która była pierwszym dzieckiem po wielu poronieniach, całe życie słyszała, jakie to ma szczęście, że się urodziła. W ten sposób matka – nieświadomie – wzbudzała w niej wyrzuty sumienia, że to tamte dzieci powinny żyć, a nie ona.

Jest też inna przyczyna poczucia odpowiedzialności za rodziców: chowanie dzieci, by „na starość miał mi kto podać szklankę wody”. Rodzice postępują wtedy tak, jakby chcieli, by dzieci nie nauczyły się samodzielności. Pozornie mogą okazywać radość, że córka wyszła za mąż, ale gdy ona już nie przyjeżdża co tydzień na niedzielne obiady, wyrażają swój lęk w formie agresji, czyli na przykład matka dzwoni i mówi: „Dlaczego nie przyszłaś? Nie dbasz o mnie!”. To jest typowy toksyczny komunikat: „Zaopiekuj się mną”, ale jednocześnie zarzut: „Skrzywdziłaś mnie!”. W tym, co mówi wówczas matka, jest dużo smutku i złości. A więc podobne emocje czuje dziecko.

I bardzo je to boli.
Oczywiście. Na tej emocjonalnej bazie tworzy się właśnie to coś, co nazywamy poczuciem odrzucenia. Dziecko widzi, że rodzice realizują tylko swoje własne potrzeby, i to jego kosztem. Dzieje się tak często nie z powodu złej woli rodziców, ale dlatego, że choć są dorosłymi, finansowo samodzielnymi ludźmi, to nie stanowią w pełni autonomicznych jednostek, więc podklejają się pod życie swojego dziecka.

Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock) Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock)

Co z takim podklejonym rodzicem zrobić?
Zacząć od zadania sobie pytania: „Dlaczego na te telefony, wyrzuty i żądania reaguję złością i dlaczego są one dla mnie źródłem dyskomfortu?”. Czy nie dlatego, że czujesz się wykorzystywana, nieważna, niesłuchana? Że nie ma znaczenia, gdy mówisz: „Mamo, mam inne plany, dużo roboty na jutro, ślub kolegi w weekend”, bo matka i tak chce, żebyś do niej przyjechała? I jeszcze jedno: to tylko pozory, że robisz to dla niej! Żeby to zrozumieć, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: „Czemu jadę do matki, skoro nie chcę?”. Ano po to, żeby zniwelować poczucie winy, bo czujesz się za matkę odpowiedzialna. Jedziesz, bo jak tego nie zrobisz, to ją skrzywdzisz. Jedziesz, żeby pokazać, że jesteś dobrą córką czy synem. Jedziesz, bo tak trzeba.

Czyli tak naprawdę robimy to dla siebie?
No tak. I cały kłopot polega na tym, że jedyna racjonalna i słuszna emocja, jaką w takiej sytuacji można odczuć, to smutek. Chodzi mi o taki smutek, który wywołuje w nas zachowanie innych, zwłaszcza bliskich, gdy zrozumiemy, czemu to robią. A więc pomyślmy: „Moja matka tak się zachowuje, bo:…”. I tutaj wyliczmy sobie przyczyny: nie potrafi sobie poradzić z własnymi problemami, dramatycznie boi się zostać sama, nigdy nie czuła się pewnie w roli matki, ma poczucie winy, że mi czegoś nie dała i stara się jakoś mi odpłacić swoją miłością, dobrocią…

Tak czy siak, ona robi to z egoistycznych pobudek.
Ona ma swoją motywację, a naszej nie zauważa. I to jest właśnie najczęstszy powód naszej złości, a potem poczucia winy. Kluczowe pytanie brzmi: „Co zamierzam z tym zrobić?”. Bo to, że matka ma swoją motywację i najprawdopodobniej nie będzie zainteresowana tym, by ją zmienić, jest raczej oczywiste. My też raczej jej do tego nie nakłonimy. To, co możemy zmienić, to nasz sposób reagowania na jej słowa i czyny, nawet te najbardziej toksyczne czy raniące. A więc zamiast czuć złość, gdy słyszymy w słuchawce: „bo ty mnie nie kochasz!”, wzbudźmy w sobie empatię. A więc matka dzwoni i robi mi wyrzuty, a ja mówię: „Nie mam ochoty rozmawiać” i odkładam słuchawkę. Czuję wprawdzie smutek, ale nie z tego powodu, że ona jest skupiona na sobie czy że mam poczucie winy, ale dlatego, że miała trudne życie, skoro tak się teraz zachowuje.

To, że rozumiem jej zachowanie, nie znaczy, że je akceptuję i że do niej jadę. I nie znaczy, że nie jadę. Po prostu jest mi smutno. Trzeba odróżnić empatię od działania w poczuciu winy. Ten smutek może doprowadzić do tego, że uznam: „Nie chcę się dziś widzieć z rodzicami”, ale nie dlatego, że czuję złość. Po prostu nie mam ochoty. Jeśli do nich pojadę, to dlatego, że będę tego chciał. A wtedy emocje, które będą takiej wizycie towarzyszyły, będą zupełnie inne niż te, które odczuwam, gdy kieruje mną poczucie winy, złość czy obowiązek.

Jak dojść do tego wyzwalającego smutku?
Uda się to wtedy, gdy spróbujemy pogodzić się z tym, że nie otrzymamy od matki czy ojca tego, co byśmy chcieli. Że ich motywacje są ich motywacjami i zapewne dlatego nie dadzą nam tego, czego byśmy chcieli – prawdziwej uwagi, miłości, która wspiera rozwój i samodzielność. Ale jakkolwiek by to nie było smutne – to jest nasz problem, że my tego nie otrzymamy. Jeśli jednak zamiast się z tym pogodzić, opłakać, powiemy: „Nie ma miłości i uwagi, i nie będzie? To ja takich rodziców nie chcę!” – to znaczy, że nie poradziliśmy sobie ze złością i nie pogodziliśmy się ze smutkiem. I też nic dziwnego, bo trzeba się napracować, żeby zaakceptować to, że nasza potrzeba miłości może nigdy nie zostać zaspokojona. Jak powiedzieliby psychoanalitycy, trzeba zabić w głowie idealną matkę, która może nas nasycić miłością. Nie ma jej. To oczywiście wyzwala olbrzymi smutek. On może trwać nawet bardzo długo, ale jest uzdrawiający. Dzięki smutkowi wycofujemy się z wielu rzeczy – a więc nie jedziemy do matki, bo wiemy, że to nam nic nie da. Przestajemy się szarpać. A wtedy możemy dostrzec, że nie musimy wiele robić, by ktoś zaspokoił nasze potrzeby.

No dobrze, ale co zrobić, gdy matka prosi córkę, z którą nie mieszka od kilku lat: „Jak dojedziesz do pracy, to zadzwoń”? Co odpowiadać?
Co zrobić z matką? Nic. Córka ma coś zrobić ze sobą, ze swoim zdenerwowaniem. Matka traktuje ją jak dziecko i to się pewnie nie zmieni. Pomyślmy też racjonalnie – czy jeśli matka dzwoni i pyta: „Już dojechałaś?”, to znaczy, że córka jest niedojrzała? Nie! Jeśli matka dzwoni i mówi: „Już nie pamiętam, jak wyglądasz, tydzień cię nie widziałam”, to czy to jest prawda? Nie! Jeśli myślisz, że to prawda – czas na pracę nad sobą. Jak długo będziemy tkwili w roli skrzywdzonego dziecka, tak długo nim będziemy. No, chyba że matka chce się zmienić, mówi: „Córcia, dzwonię, wiem, że to cię denerwuje, ale musiałam cię usłyszeć”. Wtedy córka może powiedzieć: „OK, ale teraz nie mam czasu, zadzwonię za trzy dni”. Bo pierwszy krok, jaki matka kieruje w stronę dziecka, to zwrócenie uwagi na jego potrzeby. Ale i tak nie zwalnia to córki z konieczności pracy nad sobą, dojrzewania i usamodzielniania się.

  1. Psychologia

Kogo mama kocha bardziej?

Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. (Fot. Getty Images)
Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. (Fot. Getty Images)
Mama pięciorga dzieci zapytana, które wyróżnia nad inne, odrzekła: „To, które właśnie jest chore!”. Ale w przypadku, gdy faktycznie rodzice faworyzują jedno z dzieci – tracą na tym wszyscy.

Korzyści bycia tym lepszym z rodzeństwa są spore. Słowa rodzica: „Jak dobrze, że jesteś” czy „Tylko na tobie mogę polegać” to ogromna nagroda emocjonalna, ale za takimi wyznaniami kroczy też ogromne obciążenie.

Monika: „Na studiach poznałam chłopaka. Na którejś randce zwierzył mi się, że nienawidzi swojego brata, ulubieńca rodziców, bo zawsze był do niego porównywany i nigdy nie wypadał korzystnie. Dziś nie utrzymują kontaktów. – Skupił na sobie całą miłość rodziców. Nie chcę go znać – powiedział. A ja się rozpłakałam. Byłam w rodzinie tym lepszym dzieckiem, zrozumiałam, dlaczego moja siostra tak mnie nie lubi. Nawet na święta nie odpisze na mojego SMS-a”. Dziecko nigdy nie zawłaszcza miłości rodziców. Nie ma takiej władzy i nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to, jak jest kochane. To rodzice w dowolny sposób rozdzielają swoje uczucia między potomstwo. Ale czy dziecko ma taką wiedzę? Oczywiście, że nie. Widzi, kogo rodzice preferują, tyle że winą za to obciąża właśnie wybrańca. Czuje, że nie jest tak kochane, jak mogłoby być. Brata czy siostrę traktuje jako konkurenta o serce rodziców.

Zawsze nr 2

Patrycja: „Gdy moja siostra coś zrobiła, w domu panował zachwyt. Jej rysunki ojciec wieszał na ścianie, listy od niej z kolonii pokazywał kuzynom, jej zdjęcia nosił w portfelu. Jej matura była traktowana niemalże jak Nobel. To bardzo bolało. Nie znosiłam Justyny. Życzyłam jej śmierci. Całymi latami fantazjowałam, że umiera, wpada pod samochód i wtedy ojciec ma już tylko mnie. Brakowało mi odwagi, żeby go znienawidzić. Swoją frustrację przeniosłam na siostrę. Gdy pojechałyśmy razem na kolonie, cały czas robiłam jej świństwa. Potrafiłam oblać jej łóżko wodą, schować kurtkę, wywiesić majtki na widok publiczny. Kiedyś zamknęłam ją na noc pod prysznicami, a wychowawczyni powiedziałam, że nie wiem, gdzie jest, i udawałam, że szukam jej razem z innymi. W »zieloną noc« namówiłam koleżanki i zrobiłyśmy jej »kocówę«. To nasz ojciec, kochając ją bardziej, wydobył ze mnie wszystko, co najgorsze”.

Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. Wywołuje szereg negatywnych emocji, w tym przemożną chęć zemsty. W dorosłym życiu owocuje wieloma poważnymi problemami: osoby, które w dzieciństwie były ciągle krytykowane, są wiecznie niepewne, oglądają się na opinie innych, mają niższą samoocenę, łatwiej popadają w uzależnienia. Ale rola ulubieńca rodziców nie zawsze gwarantuje życiowy sukces.

Zatruta strzała

Faworyzowanym dzieciom wprawdzie więcej wolno, rodzice przymykają oko na ich niedociągnięcia, zalewają je miłością, ale w długoterminowej perspektywie bycie „lepszym” wcale się nie opłaca. Hołubione dzieci dobrze się czują w towarzystwie rodziców, więc spędzają z nimi dużo czasu. Uczestniczą w sprawach dorosłych, ale tym samym są pozbawione towarzystwa rówieśników, odizolowane od właściwych dla ich wieku doświadczeń. Zyskując bliską więź z rodzicem, mają przewagę nad innymi dziećmi w rodzinie, ale tracą ich miłość.

Monika: „Czułam się taka uprzywilejowana, gdy mama zabierała mnie na zakupy, do krawcowej czy gdy razem jechałyśmy na grzyby. W tym czasie Ela szła na podwórko. Do dziś ma masę znajomych z dzieciństwa. Ja – nikogo”.

Hanna: „Gdy miałam 12 lat, mój młodszy brat – 8, a starsza siostra – 14, nasza mama powiedziała: Kocham was jednakowo, ze wskazaniem na Hanię. Poczułam się wybrana. Ale to było jak zatruta strzała. Kiedyś mama, ukradkiem, w tajemnicy przed rodzeństwem, dała mi tabliczkę czekolady. Pobiegłam do pokoju, żeby ją schować, ale oni mnie złapali, przytrzymali i wyciągnęli tabliczkę. – Skąd masz? – Mama mi dała – powiedziałam. – Udław się nią – usłyszałam. Od tego momentu brat i siostra odnosili się do mnie wrogo, i tak zostało do dziś”.

Taką stworzyła mnie mama

Rodzice prawie zawsze chcą dobrze dla wszystkich swoich dzieci. Bardziej wspierają jedno z rodzeństwa z różnych powodów. Słabsze, chorowite, mniej zdolne – bo wzbudza w nich instynkt opiekuńczy; zdolne, inteligentniejsze, ładniejsze – bo mogą być z niego dumni. Tym samym utrwalają hierarchię, wdrukowują role. Dziecko wybrane na to lepsze jest wspierane, otaczane opieką. Miłość rodziców rzeczywiście je wzmacnia. Tymczasem dziecko uznane za gorsze, zostaje zatrute zazdrością i nienawiścią, przez co staje się jeszcze gorsze. Wszystko się zgadza. Rodzice upewniają się, że mieli rację.

Julia: „Tyle razy słyszałam, że Danka lepiej gotuje, sprząta, uczy się i wygląda, że zaczęła kierować mną złość do niej. Stałam się wrednym dzieciakiem. Do dziś jestem gorszą córką. Jestem drażliwa, cyniczna i nieprzystępna – tak jak wymyśliła to nasza matka”.

Monika: „Rodzice wciąż mi powtarzali, że jestem taka rozsądna, nie to co Elka. Ale to moja siostra mogła robić, co chciała, bo była tą gorszą, a ja byłam lepsza, więc musiałam być grzeczna. Do dziś żyruję jej pożyczki, jadę po nią w środku nocy, bo pokłóciła się z facetem i nie ma jak wrócić do domu. Nie mam życia osobistego i wiem, że to dlatego, że nie chcę zawieść rodziców. Uwierzyłam, że muszę być tą lepszą”.

Bez względu na motywy faworyzowania, konsekwencje zawsze są złe. Wyróżniając jedno z dzieci, rodzice budują między nim a resztą rodzeństwa gruby mur wzajemnej nienawiści. To sprawia, że w domu nigdy nie ma dobrej atmosfery. Układy zapoczątkowane w dzieciństwie utrwalają się i przenoszą do dorosłego życia.

Monika: „Obie z siostrą jesteśmy już samodzielne, ale ona nie może mi darować, że rodzice, a zwłaszcza ojciec, woleli mnie. – Co tam u twoich rodziców? Jak twój ukochany tatuś? – pyta, gdy się widzimy. W siostrze jest tyle nienawiści. Czuję, że na to nie zasługuję. Nasi rodzice skrzywdzili nas obie”.

Bycie lepszym dzieckiem nie tylko trwale odcina od rodzeństwa, ale owocuje licznymi problemami. Dorosłe „lepsze” dzieci są mniej samodzielne, mają ogromne problemy z podejmowaniem decyzji, są nazbyt zorientowane na akceptację otoczenia, nadmiernie związane ze swoimi rodzicami, przedkładają ich potrzeby nad własne bądź nad potrzeby swoich dzieci czy męża. Nie umieją się wyzwolić z roli wzorowych dzieci.

Hanna: „Przez długie lata nie zdawałam sobie sprawy, jak niesprawiedliwie moi rodzice traktowali naszą trójkę. Dziś widzę, że było mi wolno znacznie więcej, że byłam zwyczajnie bardziej kochana, ale cena za to jest spora. Mama tylko zadzwoni, a ja rzucam wszystko i jadę. Moje rodzeństwo świetnie sobie poradziło. Oni mają siebie nawzajem, a ja tylko rodziców”.

Porozumienie ponad podziałami

Relacje z rodzeństwem są nie mniej ważne niż z rodzicami i, zwłaszcza jeśli są złe i niesatysfakcjonujące, warto przyjrzeć się, co za tym stoi. Nawet za cenę utraty aprobaty rodziców. Jedynym wyjściem z sytuacji nadmiernego faworyzowania jest sojusz rodzeństwa.

Patrycja: „Zaczęłam terapię dwa lata temu. Miałam ogromne problemy z chłopakiem, w pracy, nie mogłam skończyć studiów. Okazało się, że mój gniew wynika z tęsknoty za siostrą. Nasi rodzice zrobili wszystko, żebyśmy się nie lubiły. Ciągle ze sobą rywalizowałyśmy. Żadna nie miała pojęcia, że o naszych relacjach zdecydowali rodzice. Teraz uczymy się być siostrami bez nich i, co ciekawe, oni wcale nie są z tego zadowoleni”.