1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak wykorzystać pozytywny efekt stresu?

Jak wykorzystać pozytywny efekt stresu?

123rf.com
123rf.com
Trwa sezon egzaminów, matury zbliżają się do końca, ale na uczelniach już niedługo zacznie się sesja. Dla studentów to bardzo stresujący okres - trzeba jednak pamiętać, że nerwy również mogą być również źródłem pozytywnej energii. Tylko od nas zależy w jaki sposób wykorzystamy daną sytuację stresową - wyjaśnia Joanna Gutral, psycholog z Uniwersytetu SWPS.

Stres to stan napięcia wywołany przez bodźce zwane stresorami, który pojawia się w obliczu niekomfortowych dla nas sytuacji. Nerwy mogą powodować reakcje fizjologiczne (m.in. przyspieszone bicie serca, podwyższone ciśnienie, wysoki poziom cukru oraz ucisk w żołądku) oraz psychologiczne (m.in. lęk, panikę czy złość). Co ciekawe, krótkotrwała reakcja na napięcie mobilizuje organizm do aktywności zarówno fizycznej, jak i umysłowej.

Natura stresu Odczuwanie stresu zależy od tego, czy odbieramy go jako wyzwanie czy przeszkodę. Napięcie może być także dobrym źródłem energii, jeśli wiemy jak je wykorzystać. Aby nerwy stały się motorem napędowym, musimy podjąć decyzję, aby przekuć je w siłę, która poprawi naszą koncentrację i zmobilizuje do podejmowania zadań. Korzystny stres, który motywuje nas do życiowej aktywności to tzw. eustres. Podniecenie i napięcie, które wtedy odczuwamy jest przyjemne i sprzyja osiąganiu wyznaczonych celów. Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy nerwy mogą stać się demobilizujące. Tego rodzaju reakcja pojawiają się przy dużym nasileniu stresu oraz w trudnych sytuacjach, gdy przekraczamy optymalny poziom napięcia. To tzw. dystres czyli stres niekorzystny. Jego skutkiem może być spadek odporności oraz wyczerpanie.

Jak pokonać napięcie? Aby osiągnąć równowagę pomiędzy korzystnym i niekorzystnym napięciem, a jednocześnie utrzymywać się na poziomie maksymalnego wykonania działania nie powinniśmy się koncentrować się na celu, a na samym zadaniu. W tym celu powinniśmy zaplanować etapy przyswajania wiedzy. Nauka będzie przynosiła lepsze rezultaty, gdy znajdziemy czas na odpoczynek i zredukowanie napięcia np. poprzez aktywność fizyczną, przebywanie na świeżym powietrzu, czy spotkania z przyjaciółmi. Wbrew pozorom zaplanowany relaks da lepsze rezultaty niż poświęcenie całości uwagi na przygotowanie do testów. Jeśli z tego zrezygnujemy, nauka stanie się wyczerpująca, co w efekcie będzie skutkowało gorszym przyswajaniem materiału i przełoży się na słabsze wyniki. W takich momentach warto przerwać zajęcia, wykonać ćwiczenia oddechowe, pójść na spacer czy spędzić czas w gronie znajomych. Gdy stres pojawi się w trakcie egzaminu warto wykonać proste ćwiczenie relaksacyjne - zamknąć oczy, wraz z wdechem wyobrażać sobie, że fala odpływa, z wydechem że fala przypływa. Zaledwie 30 - 60 sekund odpoczynku pozwoli nam wyrównać oddech i powrócić do rozwiązywania zadań.

Egzamin pisemny vs. egzamin ustny Niektórzy bardziej denerwują się wystąpieniami publicznymi związanymi z egzaminem ustnym, inni ogromem pracy przy egzaminie pisemnym. Najważniejsze w obu rodzajach testów jest zrozumienie, co konkretnie jest dla nas źródłem stresu i jak możemy go zminimalizować. Jeżeli obawiamy się egzaminu ustnego, warto przećwiczyć wypowiedź przed rodziną i przyjaciółmi. Jeżeli denerwujemy się egzaminem pisemnym, powinniśmy rozwiązywać zadania z egzaminów próbnych lub przygotować plan pisania rozprawki.

Mimo wszystkich trudności i stresu, warto zdać sobie sprawę, że matura nie jest przeszkodą w naszym życiu, a próbą, przez którą każdy przechodzi. Trzeba uświadomić sobie, że jest to realne wyzwanie rozwojowe, które leży w zasięgu naszych możliwości.

Joanna Gutral, psycholog, Uniwersytet SWPS, mat. pras.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Skocz na stres. O korzyściach zdrowotnych ze skakania

Naukowcy dowiedli, że 19 minut skakania daje więcej pozytywnych efektów niż 19 minut joggingu(Fot. Getty Images)
Naukowcy dowiedli, że 19 minut skakania daje więcej pozytywnych efektów niż 19 minut joggingu(Fot. Getty Images)
Skakanie jest zdrowe, poprawia humor i dodaje energii. Wiedzą o tym małe dziewczynki, które grają w klasy oraz w gumę, skaczą na skakance i na trampolinie. Duże dziewczynki powinny wziąć z nich przykład. Przeczytaj dlaczego.

To nie stało się nagle, ale stopniowo, po cichutku, niezauważalnie. Kiedyś w każdym przydomowym ogródku była piaskownica. Oczywiście, pod warunkiem że w tym domu były jakieś dzieci. Teraz jest trampolina i do niej dzieci już nie są konieczne. Coraz więcej dorosłych też chce sobie poskakać. Ciekawe, prawda?

Może nie tyle ciekawe, co zaskakujące. Według naukowców skakanie stymuluje metabolizm, przepływ limfy, wzmacnia pracę serca, system odpornościowy i gęstość kości. Poprawia koordynację ruchową, pracę błędnika i tarczycy, dotlenia komórki i podnosi poziom endorfin. I spala kalorie. Nawet do 1000 na godzinę. Dowiedli tego amerykańscy naukowcy. American Council on Exercise (ACE) donosi, że 19 minut skakania daje więcej pozytywnych efektów niż 19 minut joggingu. Nie wiem, czemu taką nieokrągłą liczbę uczeni wybrali do badań, może jest łatwiejsza do przełknięcia dla leniuchów niż 20, ale nieważne. Ważne, że skakanie jest bardzo zdrowe. Podobno chodzi o ten ruch w górę i w dół, który rzadko wykonujemy na co dzień. To on pobudza wszystkie funkcje ciała i doładowuje energią, twierdzi dr Morton Walker, autor nieprzetłumaczonej jeszcze na polski książki „Jumping for Health” (Skakanie dla zdrowia). Nic więc dziwnego, że w ogródkach pojawia się coraz więcej trampolin, że w miastach powstają parki trampolin, a w klubach fitness – specjalne zajęcia ze skakania.

Instruktorzy są zgodni

Tancerka i instruktorka Karolina Jaczońska prowadzi zajęcia zwane jumping fitness. – Intensywnie trenują mięśnie łydek, ud, brzucha, grzbietu, ramion – mówi Karolina. – Poprzez ruch, muzykę, dobrą energię nie tylko dotleniamy organizm, ale również zmniejszamy częstotliwość bólu pleców, głowy, stawów i kości. To też dobra forma aktywności dla osób odchudzających się, ponieważ przyspiesza przemianę materii. Zajęcia prowadzę dopiero od niedawna, ale w grupie jest już kilka stałych uczestniczek, po których naprawdę widzę efekty – są szczuplejsze, bardziej zadowolone i rzadziej narzekają na problemy z kręgosłupem.

Karolina zachęca do treningu osoby, które już coś trenują, ale i te zupełnie początkujące. Każdy może sobie poskakać i każdemu to dobrze zrobi. – Trampolina kojarzy się nam z dzieciństwem, czyli z czymś przyjemnym, szalonym, i takie są te zajęcia: przyjemne i szalone – zachęca. – To zabawa w rytm składanki muzyki house, dance. Jeśli miałaś gorszy tydzień czy chcesz się wyżyć, przyjdź poskakać. Stres minie jak ręką odjął.

Mózg korzysta

Dzieci spędzają całe godziny, skacząc po kanapach, na skakance czy w klasy. Nie bez powodu – intuicyjnie czują, że to jest dla nich dobre. Potwierdzają to psychologowie i specjaliści od rozwoju osobistego. Skoki poprawiają integrację sensoryczną i pozwalają rozładować napięcie w ciele. Zdaniem dr. Mortona Walkera relaksują i leczą z bezsenności. Z kolei naukowcy z NASA dowodzą, że dobrze działają też na mózg. Niektóre dyscypliny sportowe zdecydowanie poprawiają zdolności poznawcze, inne mają na nie niewielki wpływ. Te pierwsze to treningi, które łączą koordynację, rytm i strategię, czyli właśnie również trampolina i skakanka. Im bardziej skomplikowane ćwiczenia, tym mocniej rozwijają nasze szare komórki. Z kolei bieganie czy jazda na rowerku stacjonarnym to aktywności, które wykonujemy w samotności i raczej mechanicznie i bezrefleksyjnie. Pomyśl o tym następnym razem, gdy postanowisz się poruszać. Może poćwiczysz nie tylko ciało, ale też umysł?

  1. Styl Życia

Walka ze stresem - kontakt z naturą

Wystarczy weekend za miastem czy spacer w parku, by doładować swoje akumulatory, rozluźnić ciało, dać odpoczynek oczom. (Fot. Getty Images)
Wystarczy weekend za miastem czy spacer w parku, by doładować swoje akumulatory, rozluźnić ciało, dać odpoczynek oczom. (Fot. Getty Images)
Kontakt z naturą ma moc uzdrawiania. Pisał już o tym w XIX w. Henry Thoreau w książce „Walden”. Jak dziś możemy wykorzystać jego wskazówki w walce ze stresem ?

Coraz częściej jesteśmy otoczeni ścianami z betonu i szkła, a większość dni spędzamy w pracy w klimatyzowanych pomieszczeniach, z dala od naturalnego światła. Ograniczony kontakt z naturą to jedna z przyczyn plagi naszych czasów – stresu. A przecież wystarczy weekend za miastem czy spacer w parku, by doładować swoje akumulatory, rozluźnić ciało, dać odpoczynek oczom. To najtańsza metoda na świecie w walce ze stresem. A do tego na wyciągnięcie ręki.

Amerykański filozof i poeta Henry Thoreau w 1840 roku przeprowadził się do krainy jezior i lasów w pobliżu stawu Walden w Massachusetts. Spędził dwa lata w drewnianej, własnoręcznie zbudowanej chacie, samotnie (choć od czasu do czasu odwiedzając krewnych i znajomych), wiodąc proste życie na łonie natury. Swoje spostrzeżenia opisał w książce „Walden, czyli życie w lesie”, która dziś jest biblią dla ekologów i wyznawców filozofii slow life. Thoreau twierdził, że udał się w leśne zakątki, by przypomnieć sobie o tym, co w życiu najważniejsze, odróżnić oczekiwania innych od własnych pragnień, odzyskać kontakt ze sobą, z naturą, światem i Bogiem. Już wtedy ostrzegał przed pośpiechem, który może doprowadzić nas do zguby, przed wynalazkami, które zamiast ułatwiać nam życie, oddalają od jego esencji. Dziś pewnie ze smutkiem pokiwałby głową nad naszym siedzącym trybem życia, niezdrowym jedzeniem i osłabieniem kontaktów międzyludzkich. Ale też nie ustawałby w dawaniu wskazówek.

Oliver Burkeman, pisarz, felietonista brytyjskiego „Psychologies” twierdzi, że możemy potraktować książkę Thoreau jako klasyczny poradnik psychologiczny, który mówi, jak uprościć swoje życie i docenić kontakt z naturą. Oto lekcje, jakie możemy z niego dzisiaj wynieść:

  1. Otaczajmy się zielenią. Zgodnie z hipotezą biofilii, słynnym odkryciem Edwarda O. Wilson, przyrodnika i socjobiologa, człowiek potrzebuje kontaktu z naturą niczym powietrza. Natura koi nasze nerwy, daje odpoczynek ciału i duszy i wypełnia szczęściem. Nie musimy przenosić się do chaty w lesie, by być bliżej natury, wystarczy, że będziemy starali się otaczać zielenią na co dzień, także w naszych domach i biurach. Spacer po pracy, widok z okna na tereny zielone – to już dobry początek. Świetnym pomysłem będzie także zasadzenie w domu roślin doniczkowych albo założenie małego ogródka zielarskiego na parapecie. Nie tylko ożywią atmosferę, ale też  - co potwierdzają badania – są w stanie przedłużyć nasze życie.
  2. W grafiku zawsze zostawiajmy sobie spory margines czasu wolnego. Nie wypełniajmy naszych dni od rana do wieczora zajęciami, nawet jeśli wszystkie miałyby być pożyteczne i rozwijające. Lekcje angielskiego trzy razy w tygodniu, pomogą nam co prawda lepiej opanować język obcy, ale mogą też sprawić, że zapomnimy podziwiać świat w jego pięknie, nie będziemy zauważać kwitnących lip, intensywności letniego słońca, zmieniających się pór roku. Dlatego postarajmy się choć godzinę dziennie pozostawiać luźną od zaplanowanych zajęć. A kiedy jesteśmy zmęczeni lub zestresowani, usiądźmy na chwile na ławce w parku, zamknijmy oczy i wsłuchajmy się w odgłosy przyrody. Już 5 minut takiej kontemplacji potrafi rozluźnić i zregenerować.
  3. Spędzajmy czas sam na sam ze sobą. Oliver Burkema twierdzi, że pół godziny dziennie spędzone na kontakcie z samym sobą to podstawa harmonii psychiczno-fizycznej. Spędzając czas samotnie nawiązujemy dobry kontakt ze sobą, ale też bardziej doceniamy kontakty z innymi.

  1. Zdrowie

Masz problem z zaciskaniem szczęki? Spróbuj metody R.E.S.E.T.

R.E.S.E.T. może pomóc pokonać nie tylko nocne ściskanie szczęk, ale także zapalenia zatok czy pęcherza moczowego. (Fot. iStock)
R.E.S.E.T. może pomóc pokonać nie tylko nocne ściskanie szczęk, ale także zapalenia zatok czy pęcherza moczowego. (Fot. iStock)
Ściskasz w nocy szczękę? Męczy cię permanentny stres? Odczuwasz bóle w napiętym ciele? Stres jest dziś największym zagrożeniem dla naszego zdrowia, dlatego pojawiają się nowe metody walki z jego zgubnym wpływem. Jedną z nich jest technika odprężenia mięśni stawu szczęki, skroniowo-żuchwowego, która powoduje głębokie odprężenie całego ciała - tzw. R.E.S.E.T. Spróbowałam - naprawdę działa.

Pełna angielska nazwa tej metody, to: Rafferty Energy System of Easing the Temporomandibular joint. Czyli R.E.S.E.T. Może pomóc pokonać nie tylko nocne ściskanie szczęk, ale także zapalenia zatok czy pęcherza moczowego, a nawet uwolnić nasza psychikę od traumatycznych przeżyć.

- Żwacz, to najsilniejszy mięsień ciała, bo zapewnia nam przeżycie. Ludzie odżywiali się kiedyś gryząc surowe mięso i kości - wyjaśnia lekarz medycyny Dorota Kalwajt, założycielka Akademii Kinezjologi. - Silne mięśnie szczęk były więc gwarancją przeżycia. Neurologiczna-sensoryczna więź między żwaczem a emocjami bierze się także stąd, że jedząc, gryząc i smakując uruchamiamy połączenie między mózgiem i zmysłami, a także emocjami. I nie chodzi tylko o miłe smaki czy zadowolenie z najedzenia, ale towarzyszące im poczucie bezpieczeństwa. Brak możliwości zaspokojenia głodu oznaczał przecież zagrożenie dla życia, budził więc lęk, a także agresje.

Połączenie między stawem naszych szczęk, a uczuciami wynika z tego, że reaguje on na nasze instynktowne zachowania. Nie tylko dlatego, że od jego sprawności zależało i nadal zależy to czy będziemy mogli najeść się a więc przeżyć. W stresie zawsze naszą pierwszą reakcją jest zaciskanie szczęk, a więc w tym stawie odzwierciedla się nasz instynkt agresji, a każde poczucie zagrożenia uruchamia ten staw. Bezwiednie reagujemy na nie zaciskaniem szczęk. Niezależnie od tego, czy chcemy atakować czy uciekać.  Nawet niewielkie napięcie, będące odzwierciedleniem stanu naszych uczuć, zmienia ułożenie i napięcie w nim.

Ten staw nie tylko reaguje na to co wokół nas, ale też „gromadzi” stłumione emocje takie jak: gniew czy strach. Tłumimy je bo nauczono nas, że nie wolno złościć się, gniewać, płakać. Technika resetu może nam pomóc - zdjąć to obciążenia ze stawu. Relaksując go - resetujemy - wymazujemy pamięć o trudnych emocjach, a więc pomagamy na poziomie ciała uporać się z nimi. Relaksacja stawu skroniowego-żuchwowego może uwolnić i wymazać stare, zgromadzone w podświadomości emocje, co ułatwia organizmowi normalne funkcjonowanie.

Merydiany i mięśnie szczęki

Blisko stawu skroniowego-żuchwowego przebiegają merydiany - czyli kanały energetyczne - narządów związanych z trawieniem czyli żołądka, jelita grubego i cienkiego oraz pęcherzyka żółciowego i potrójnego ogrzewacza. Relaksując go odblokowujemy przepływ energii, którą zakłóca stres a więc usprawniamy pracę tych narządów, które te merydiany zasilają. Z tego właśnie powodu R.E.S.E.T stanowi znakomite uzupełnienie metod stosowanych przez medycynę uniwersytecką w wielu zaburzeniach organicznych i emocjonalnych.

- Stan stawu skroniowo-żuchwowego ma znaczenie dla całego ciała. Począwszy od szkieletu, którego szczeka jest częścią, kończąc na gospodarce wodnej, która wpływa m.in. na pracę nerek i dostarczanie organizmowi minerałów- dodaje dr Kalwajt.

Kość klinowa w mózgu może uciskać przysadkę, co dzieje się m.in. na skutek stresu, to natomiast zakłóca pracę tarczycy, co z kolei my odczuwamy jako zmęczenie, dostrzegamy wzrost wagi, związanej z zakłóceniem przemiany materii. Nadnercza na zaciskanie szczek reagują wyrzutem hormonów stresu, co m.in. zaburza gospodarkę wodną, czyli grozi niedoborem magnezu i cynku. A te zapaleniem stawów lub zwapnieniem. Inną konsekwencją jest brak odporności i alergie oraz niedobory witaminy C.

Dający tyle plusów R.E.S.E.T. tego stawu nie jest trudny. Terapeuta delikatnie uciska na przemian staw żuchwowy, kości szczękowe, mięsień skroniowy, mięsień żwacza i delikatnie dotyka kości pod policzkami, następnie ociepla mięśnie skroniowe i na koniec dwoma dłońmi, ogrzewa szyję z tyłu. Pacjent na przemian ma usta otwarte i zamknięte. Autorem metody jest australijski lekarz i fizjoterapeuta, Filip Rafferty.

  1. Psychologia

O terapeutycznej roli kucania

Kucaniem to nie tylko modny trend, ale ewolucyjny impuls. Po latach bujania w obłokach, następuje nieuchronny powrót do życia blisko ziemi. (Fot. iStock)
Kucaniem to nie tylko modny trend, ale ewolucyjny impuls. Po latach bujania w obłokach, następuje nieuchronny powrót do życia blisko ziemi. (Fot. iStock)
Pewien guru powiedział, że problem z ludźmi Zachodu polega na tym, że nie kucają. Tymczasem zapomniana sztuka kucania jest cudownym wsparciem dla ciał osłabionych przez ciągłe siedzenie.

W większości krajów cywilizowanych odpoczynek jest synonimem siedzenia. Siedzisz na krześle w biurze; jesz, siedząc na krześle; dojeżdżasz do pracy samochodem lub miejskim środkiem transportu, również siedząc; a potem wracasz do domu i zasiadasz przed telewizorem lub komputerem. Z krótkimi przerwami na spacery z jednego krzesła na drugie lub krótkimi przerwami na wykonanie ćwiczeń, spędzasz dni głównie w pozycji siedzącej.

Kucanie dla ciała i umysłu

Siedzący tryb życia to nie tylko wyzwalacz problemów ze zdrowiem fizycznym (bóle kolan, kręgosłupa, nadwaga, zaparcia itd.), ale także przyczyna problemów emocjonalnych, w tym lęku, podatności na stres czy obniżenia nastroju. W świecie, w którym życie w dużej mierze toczy się w naszej wyobraźni, czy w rzeczywistości wirtualnej, brak odpowiedniego uziemienia – kontaktu z podłożem, wyzwala syndrom „przegrzanej głowy”. Efektem jest nadruchliwość układu nerwowego przy jednoczesnej nieruchliwości ciała, czyli to, czym daje o sobie znać współczesny stres.

Jednak duży procent populacji na naszej planecie nadal codziennie spędza czas w pozycji kucznej: żeby odpocząć, żeby się pomodlić, żeby coś ugotować na ognisku, czy żeby skorzystać z toalety. Kucanie jest również pozycją związaną z najbardziej podstawową częścią życia: narodzinami.

Całe zło zaczęło się od toalet

Coraz częściej i w coraz młodszym wieku narzekamy na problemy z aparatem ruchu. Kiedy ból, sztywność czy ograniczony zakres ruchu w stawach na serio zaczynają uprzykrzać nam życie, odwiedzamy fizjoterapeutę albo ortopedę z prośbą o magiczną tabletkę. A tymczasem warto zacząć od… powrotu do ruchów, o których zapomnieliśmy. Kiedy ostatni raz turlałeś się po podłodze, albo przemieszczałeś się na czworaka? Czy zdarzyło ci się w ostatnim czasie napierać na coś głową, zwisać się do góry nogami? Nie kucasz, nie skaczesz ani nie podrygujesz, nie zwijasz się w kłębek, nie kołyszesz, nie wspinasz, niczego nie ciągniesz ani nie popychasz. Całą pracę wykonują za ciebie windy i samochody. Napięcie z powodu nicnierobienia zamraża, unieruchamia twoje ciało, coraz bardziej brakuje ci energii i przede wszystkim ,,strzyka, boli i drętwieje”. I to nie tylko w kręgosłupie, napięcie czuć również w  brzuchu.

Bo całe zło zaczęło się od… toalet. W XVIII w., wraz z pojawieniem się kanalizacji wewnętrznej toalety ,,na siedząco” stały się symbolem postępu i zamożności. I choć już wtedy pojawiło się wiele głosów krytycznych głoszących, że to pozycja kucana jest pierwotną i najbardziej fizjologiczną dla człowieka pozycją wypróżniania, a pozycja zajmowana na nowoczesnym ,,tronie” powoduje, że jelita nie otwierają się w całości, co może prowadzić do licznych problemów – świat poszedł za modą. Za to dziś powrót do natury, czyli kucanie, zwłaszcza w powyższej kwestii, wraca do łask. Obecnie coraz częściej lekarze ,,od brzucha” uczą prawidłowej pozycji podczas robienia kupy a na rynku pojawia się coraz więcej firm produkujących podnóżki toaletowe, dzięki którym można przyjąć pozycję kuczną. Kiedy siedzisz na typowym sedesie, mięsień łonowo-odbytniczy, który bierze udział w kontrolowaniu jelit, nie jest w pełni rozluźniony. Efekt? Zaparcia, żylaki odbytu, i choroby jelit np. zespół jelita drażliwego. Dlatego im większe zgięcie bioder podczas kucania, tym prostszy stanie się kąt odbytowo-odbytniczy i odpowiednio mniejszy wysiłek potrzebny będzie do wypróżnienia.

Kucanie korzystnie wpływa także na nasze stawy, a dokładnie na płyn maziowy, czyli pewnego rodzaju olej, który zapewnia dobre funkcjonowanie chrząstek stawowych. Do wytworzenia owego płynu potrzebny jest ruch i kompresja. Chodzi o ruch w pełnym zakresie, również taki, w którym układ bioder i kolan przekracza 90 stopni, co możliwe jest w pozycji kucznej.

Kucanie poprawia nasze zdrowie i elastyczność stawów. Nauczyciele jogi twierdzą, że zainteresowanie tą dyscypliną na całym świecie wynika między innymi z przekonania, że bycie blisko ziemi pomaga się fizycznie uziemić i być bardziej w kontakcie z własnym ciałem. I z czuciem czyli coś, czego w dużej mierze brakuje w naszym zdominowanym przez ekrany świecie. Powrót czy zainteresowanie się kucaniem to nie jedynie modny trend, ale ewolucyjny impuls. Czy tego chcemy czy nie, po latach bujania w obłokach następuje nieuchronny powrót do życia blisko ziemi.

Kucaj każdego dnia

Ludziom nienawykłym do przyjmowania tej pozycji wydaje się ono niewygodne. Trudno nam zaakceptować fakt, że głęboki przykuc jako forma aktywnego odpoczynku jest wbudowany zarówno w naszą ewolucyjną, jak i rozwojową przeszłość: to nie jest tak, że nie potrafisz wygodnie usiąść w głębokim przysiadzie... jedynie zapomniałeś, jak to się robi .

Mocne stanie na nogach umożliwia wykorzystanie siły płynącej z oparcia o ziemię i pozwala pozostać w kontakcie ze swoją dorosłą częścią. Bycie blisko ziemi pomaga uziemić się fizycznie i emocjonalnie oraz być bardziej w/przy sobie. I nie jest to trend, ale ewolucyjny impuls. Nowoczesne ruchy odnowy biologicznej zaczynają uznawać, że życie na podłodze jest kluczowe. W pewnym sensie to właśnie z tej pozycji wszyscy wyszliśmy, więc powinniśmy wracać do niej jak najczęściej.

Ewa Klepacka-Gryz – psycholog, terapeutka. Prowadzi warsztaty dla osób cierpiących na choroby psychosomatyczne, kobiet w trudnych sytuacjach życiowych oraz par w kryzysach. W jej najnowszej książce „Kiedy Twoja wrażliwość staje się zaletą” znajdziesz wiele porad, jak radzić sobie ze stresem. 

  1. Psychologia

Byłam chora z miłości

Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależniająca relacja, obsesja na punkcie byłego partnera, myśli samobójcze. Jak wyrwać się ze spirali cierpienia? Docierając do traum dzieciństwa. Przypadek Heleny komentuje coach Beata Markowska.

Związek z Piotrem Helena traktowała najpoważniej na świecie. Wewnętrzny głos szeptał jej, że to miłość życia. Ten, któremu chce urodzić dzieci i którego będzie nazywać „mężem”. Jej umysł wyreżyserował w szczegółach scenariusz, pozostało go tylko zrealizować. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Nieistotne było to, że Piotr otwarcie mówił, że pchanie wózka w sobotnie przedpołudnia wcale go nie interesuje, że woli przeznaczyć go na unoszenie się nad ziemią na paralotni. Jeszcze bardziej pochłaniała go błyskotliwa kariera i podróże do Ameryki Południowej. Helena uważała jego pasje za dopust boży oraz nieszkodliwe fanaberie, które miną jak katar, gdy za niego wyjdzie.

Minęły trzy lata ich wspólnego pożycia, Helena skończyła 35 lat. Usłyszała nie tyle nawet tykanie biologicznego zegara, co jego głośno nastawiony budzik. Żeby osiągnąć swój cel, czyli stanąć na ślubnym kobiercu i zostać matką, postanowiła działać. Jak?

– Jeszcze bardziej się poświęcać – wspomina. – Ubierałam się w stonowane kolory, bo kiedyś wspomniał, że tak lubi. Wydawało mi się, że jak będę piękna, miła, dobra, urocza – nasza miłość będzie kwitła. Zasłużę sobie na szczęście. Wypracuję je sobie.

Beata Markowska: Kobiety często łudzą się, że zmienią mężczyznę, że będą tą pierwszą, która go „uratuje”, uwolni od używek, nadmiaru pracy, egocentryzmu, introwertyzmu i wielu innych przywar. Nie chcą zobaczyć w nim człowieka z krwi i kości, ponieważ nie pasowałby do mitu, który stworzyły. Podobnie postępuje Helena. Jak długo będzie żyła w swojej iluzji, tak długo będzie doznawać rozczarowań. Czasem takie kobiety wywierają emocjonalny szantaż na partnerze, po to, żeby osiągnąć swój cel. I czasem im się udaje. Nie oznacza to jednak udanego związku.

Rada: Słuchaj uważnie partnera, gdy mówi o tym, co jest dla niego ważne. Jeśli wasze priorytety i plany życiowe znacznie się różnią, nie licz na to, że uda ci się go przekonać do zmiany zdania. Jeżeli kompromis nie jest możliwy, rozejrzyj się za kimś, kto zmierza w podobnym kierunku.

Dla niego wszystko, co najlepsze

Piotr wracał późno z pracy, nigdy przed dwudziestą. Helena czekała na niego z ciepłą kolacją, pamiętała też, by w domu zawsze był budyń, koniecznie śmietankowy. Piotrowi kojarzył się z dzieciństwem, ciepłem i bezpieczeństwem. A Helena chciała, żeby ukochanemu było jak najlepiej. Pytała: „Jak minął ci dzień? Co nowego w pracy?”. I Piotr opowiadał. A ona słuchała i nie mogła wyjść nad nim z podziwu.

B.M.: Helena wybrała tzw. strategię idealnej partnerki. Wszystkie jej działania zmierzały do tego, żeby pokazać, że jest najlepsza, najbardziej atrakcyjna, potrafiąca zadbać o mężczyznę, gotować mu, wspierać i słuchać. Chciała uzależnić partnera od siebie. Spełnianie jego nawet niewypowiedzianych pragnień dawało jej złudne poczucie kontroli nad sytuacją. Co więcej, Helena – świadoma tego czy nie – weszła w rolę matki Piotra. Taki związek gwarantuje wprawdzie partnerowi wygodę, ale mężczyzna jest przecież typem łowcy.

Rada: W związku bądź partnerką, nie staraj się wcielać w inne role. A jeśli już to robisz, bądź tego świadoma, po to, żebyś nie zapomniała, jaka jesteś i przede wszystkim – kim naprawdę jesteś. Ktoś, kto traci swoją tożsamość, indywidualizm, przestaje być dla drugiej osoby atrakcyjny.

Nagle w ich związku zaczęły się niesnaski i drobne zgrzyty. – Niby wszystko było w porządku – opowiada Helena. – Czułam jednak, że Piotr oddala się. Mimo to nadal się bardzo starałam. Oprócz gotowania budyniu, wymyślałam też różne rozrywki. Polecieliśmy nawet na Wyspy Kanaryjskie w środku zimy, ale Piotr przez cały czas był jakiś marudny: nie podobał mu się hotel, jedzenie nie smakowało. Wróciliśmy zmęczeni.

Po powrocie narzekał coraz częściej, zwłaszcza na kuchnię Heleny, więc zaczęła popłakiwać po kątach. Gdy napomknęła, że jej przyjaciółka, Miśka zaszła już w drugą ciążę, kiedy oni nic, Piotr wykrzyczał, że przecież jej mówił, że nie chce rodziny i że ma kłopoty w pracy. Często rozmawiali o jego okropnej szefowej. Wstrętne babsko ciągle podnosiło mu w pracy poprzeczkę, namawiało do wyzwań i było kłótliwe. Helena zawsze brała stronę Piotra i podsuwała mu argumenty do dyskusji z nią. Nie wiedziała, że w rzeczywistości jej mąż ma z szefową romans.

B.M.: Nawet najlepszy budyń na świecie w zbyt dużych ilościach potrafi zemdlić. Każdego. Helena przyzwyczaiła Piotra, a przede wszystkim siebie, do tego, że jest zawsze miła, dobra, nadskakująca, kochająca, zgodna… W relacji z nią Piotr stawał się nudnym pantoflarzem, a wcale go w sobie nie lubił. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, która musi być w jakiś sposób odkryta i dopełniana. Helena sądziła, że prezentując tylko jasną część, uszczęśliwi Piotra, tymczasem on potrzebował zrównoważyć nadmiar spokoju i bezpieczeństwa czymś z przeciwległego bieguna. To oferowała mu relacja z szefową. Ognista, realizowana w ukryciu. Ta część osobowości Piotra, która lubiła ryzyko i wyzwania, mogła dojść do głosu przy kochance.

Rada: Nie bój się pokazywać partnerowi swojej „gorszej” strony – nie zgadzać się z nim, od czasu do czasu pokłócić, ujawnić swoją słabość. To tylko wzmocni waszą relację i ją ugruntuje. Gdy zdarzy się, że jakaś stłumiona część twojej tożsamości ujawni się w sposób gwałtowny, po latach bycia „uporządkowaną księgową”, nie wstydź się tego, tylko świadomie postaraj się tę nową jakość dopełnić. Jeśli jej źródłem jest jakiś brak – spróbuj go wypełnić, jeśli traumatyczne wspomnienie – przepracować. Inaczej stłumiony aspekt może poczynić w twoim życiu naprawdę sporo szkód.

On odchodzi

– Zorientowałam się, że z Piotrem coraz rzadziej się kochamy – wyznaje Helena. – Pomyślałam, że może za mało dbam o siebie, że dawno nie kupiłam sobie nowej bielizny. Kiedyś było nam w łóżku super. Może wystarczy trochę zadbać o klimat i to wróci?

Jak pomyślała, tak zrobiła. Sporą część pensji wydała w sklepie z ekskluzywną bielizną. Wieczorem długo czekała na Piotra, ale on się spóźniał. W końcu zasnęła. Rano, widząc go śpiącego obok siebie, wybuchnęła płaczem. Ze łzami wyrzuciła mu, że już się nie kochają, że właściwie nie ma go w domu, że jest mu wszystko jedno, co robi . Ku jej zaskoczeniu Piotr równie podniesionym głosem oznajmił jej, że owszem, nie ma go w domu, bo woli być poza nim. Że coś się wypaliło, zabrakło chemii. Że ma dosyć nudnego życia z nią, że się dusi w tym związku. I odchodzi. Ma nawet upatrzone mieszkanie do wynajęcia. I wyszedł.

B.M.: Relacja z szefową obudziła w Piotrze tęsknotę za czymś szalonym i nieprzewidywalnym. Trudno go obwiniać za to, że poszedł za głosem stłumionej natury. Gdyby Helena pozwoliła sobie być bardziej różnorodna, zmuszała go czasem do wysiłku, konfrontacji, wówczas część Piotra, która łaknie przygód, zostałaby usatysfakcjonowana. Uwalniając dzikość, którą nosi w sobie każda kobieta, Helena mogłaby poczuć się bardziej sobą, co przełożyłoby się pozytywnie nie tylko na relacje, ale też na inne dziedziny życia.

Rada: Gdy w związku pojawi się kryzys, nie próbuj tych samych metod, co zwykle. Zmień postawę. Jeśli do tej pory byłaś uległa – zbuntuj się, gdy byłaś przede wszystkim egocentryczna, poszukaj w sobie altruistki.

„Nie mogę się z tym pogodzić”

Zrozpaczona Helena wydzwaniała do Piotra i błagała, by wrócił. Próbował ją pocieszać, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że jeszcze ułoży sobie z kimś życie. Mówił, że gdyby wrócił, powodowałaby nim jedynie litość. A to by było nie fair, także w stosunku do niej. W końcu przestał odbierać od niej telefony.

Helena zaczęła szukać wsparcia u przyjaciółek. Opowiadała, jaki Piotr jest zły, że ją zostawił. Jak tak mógł, tak nagle. Potem wychwalała go, wspominała, jak im było dobrze. Bezustannie analizowała ich wspólną przeszłość. Przyjaciółki powiedziały: „dość”. Helena postanowiła więc nawiązać kontakt ze znajomymi Piotra. Poprzez nich dążyła do kontaktu z dawnym ukochanym. Chciała, żeby wiedział, co się z nią dzieje. Łudziła się, że on też o niej myśli i tęskni, że żałuje odejścia. Gdy była w kinie, wyobrażała sobie, że on siedzi obok niej. Nie rozstawała się z telefonem, co chwilę sprawdzała, czy aby się nie odezwał.

– Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że moje marzenia o idealnym związku i rodzinie pękły jak bańka mydlana – mówi Helena.

Przyczyny rozpadu związku nie widziała w sobie, tylko na zewnątrz. Wydawało jej się, że tu tkwi klucz do zagadki, jak odzyskać Piotra. I przypomniała sobie, że na jakiejś imprezie Piotr tańczył z Joanną, koleżanką z pracy. A po trzech wspólnych tańcach przyniósł jej kieliszek wina. Tak, musiał mieć z nią romans!

Helena zaaranżowała spotkanie w większym gronie znajomych, na które zaprosiła Joannę. Wypytała ją o Piotra. Jedno ciepłe zdanie o nim upewniło Helenę o ich zażyłości. Zrozpaczona zaczęła nękać ją telefonami. Krzyczała, żeby zostawiła w spokoju jej mężczyznę, że jest szmatą, że zniszczyła im życie.

B.M.: Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. Posługując się metaforą biznesową: jeśli dużo inwestujemy, a mało dostajemy na bieżąco – żal nam wycofać się z interesu, bo wciąż liczymy, że może tak zmieni się koniunktura, żeby wreszcie odbierzemy to, co włożyliśmy. Gdyby Helena była sobą w tym związku, gdyby dbała o swoje potrzeby – dużo szybciej pozbierałaby się po rozpadzie relacji. Druga sprawa to jej silne uzależnienie od partnera i gwałtowność reakcji wobec kobiety, którą posądzała o romans z Piotrem. Jeśli osoba zwykle tłamsząca własną złość czy frustrację, nagle straci nad sobą kontrolę, może ujawnić ukrywane wcześniej cechy i to w przerysowanej formie. Staje się wówczas agresywna, używa wulgaryzmów, manipuluje, grozi. To stało się udziałem Heleny.

Rada: W relacji miłosnej zawsze dbaj o swoje potrzeby. W razie rozstania nie pozostaniesz z niczym, poza tym zmniejszasz ryzyko wpadnięcia w obsesję i spiralę cierpienia.

„Odkręcę gaz”

Joanna poprosiła Piotra, żeby interweniował. Gdy zadzwonił, Helena była zachwycona. Osiągnęła cel, zainteresował się nią. Szybko pobiegła do fryzjera ufarbować włosy na nowy kolor. Spotkali się w restauracji. Helena wszystkiego się wyparła, ale Piotr jej nie uwierzył. Znów przestał odpowiadać na jej esemesy, więc wydzwaniała do Joanny. Wreszcie w przykrych i stanowczych słowach powiedział, że nie chce jej znać. Wtedy palnęła, że popełni samobójstwo.

– Naprawdę myślałam, by odkręcić gaz – mówi Helena. – I wyobrażałam sobie, jak Piotr mnie ratuje. Dziś wiem, że było ze mną naprawdę źle. Nie chcę nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Piotr nie skontaktował się z moją mamą i nie opowiedział, co się ze mną dzieje.

Matka namówiła Helenę na terapię. Zaczęły więcej ze sobą rozmawiać o przeszłości. Związek rodziców nie był udany, ojciec – wpatrzony w żonę, jednocześnie oplatał ją jak bluszcz. Ona nie mogła znieść jego uległości, stawała się coraz bardziej apodyktyczna i bezlitosna. Kiedy się rozstali, Helena miała 16 lat. Przeżyła to boleśnie, zwłaszcza, że zawsze była córeczką tatusia. Kilka lat potem ojciec zmarł na raka.

B.M.: Postawa i problemy Heleny wiązały się z dawnymi relacjami w jej rodzinnym domu. W swoim dorosłym związku chciała być inną kobietą niż jej mama. Obsesyjnie wręcz zabiegała o zadowolenie Piotra, chcąc w ten sposób zrekompensować braki emocjonalne, jakich doświadczał jej ojciec. Rozwój emocjonalny Heleny doznał głębokiego uszczerbku w wieku dziecięcym. Nie mając pozytywnego wzorca, stworzyła sobie iluzję szczęśliwego związku, gdzie kobieta obdarza mężczyznę miłością absolutną, a potem żyją długo i szczęśliwie. Piotr był w tej bajce księciem.

Odgrywanie ojca

– Zaczęłyśmy z mamą lepiej się poznawać – mówi Helena. – Dowiedziałam się, że zanim wyszła za ojca, przeżyła nieszczęśliwą miłość. Została porzucona, ojciec ją pocieszał i tak zostali razem. Nie kochała go. Nagle zobaczyłam ją w innym świetle, jako słabą kobietę, która cierpiała. Przestała być katem ukochanego tatusia. Zrozumiałam, że w relacji z Piotrem weszłam w rolę ojca, manipulowałam nim poprzez uległość. Kogoś takiego trudno zostawić.

Konfrontacja z matką dała Helenie poczucie wewnętrznej siły. Wyszła z roli małej, urażonej, zalęknionej dziewczynki. Zaczęła się zmieniać. Inaczej się ubierała, przemalowała mieszkanie, wyrzuciła pamiątki po Piotrze. Nie od razu zniknął z jej serca, ale wreszcie zaczęła zajmować się sobą. Na służbowym wyjeździe integracyjnym, gdy przechodziła przez most linowy, odkryła, że nie ma lęku wysokości. Poczuła ogromną frajdę. Tak dużą, że wkrótce spróbowała skoków ze spadochronem. Tego było jej trzeba. W powietrzu poczuła się wreszcie wolna, silna, odważna, wreszcie była „nad”, nie „pod”.

Z kolegą ze zjazdów spadochronowych połączyła ją na początku przyjaźń, potem seks. Rafał był uroczym mężczyzną i miał niesamowite poczucie humoru. Helena weszła z nim w tak zwany wolny związek, bo taki układ najbardziej jej odpowiadał. Pogodziła się z tym, że nie będzie już mogła mieć dzieci. Gdy pojawiła się możliwość rocznego kontraktu w Stanach, postanowiła wyjechać.

Miała wykupiony bilet na początek lutego. Obiecała jeszcze Rafałowi, że spędzi z nim sylwestra w górach i tam pójdą na bal. Nalegał. Zaraz po północy wszedł na scenę i podszedł do mikrofonu. Poprosił ją o rękę. Zgodziła się. Została w Polsce.