1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Święta po rozpadzie związku

Święta po rozpadzie związku

fot.123rf
fot.123rf
Babcia krytycznym okiem patrzy na twoją dłoń bez obrączki. Córka przy opłatku pyta, dlaczego nie ma taty, czyli twojego „eks”. Mama wzdycha wymownie, a dzieci twojego obecnego partnera ostentacyjnie nie odzywają się ani do niej, ani do ciebie. Czy w tej sytuacji można cieszyć się świętami? Można!

Na początku jest strasznie. Boisz się, że nie dożyjesz do drugiego dnia świąt. Ale potem… nie jest tak źle. Jeśli zachowasz stoicki spokój przy mamie, asertywnie odpowiesz na pytania babci i zignorujesz miny córki, w pewnym momencie może się okazać, że to najlepsze Boże Narodzenie twojego życia. Oryginalne. Zabawne. I rozwijające. Nie żartuję.

Skomplikowany układ rodzinny

„No i co robimy ze świętami?” – to pytanie pada u nas w rodzinie co roku pod koniec października. Na urodzinach mojej mamy. Do Bożego Narodzenia daleko, ale temat trzeba przegadać, bo sprawa jest skomplikowana. I brat, i ja jesteśmy po rozwodzie. Mamy po dwoje dzieci. Jego dwójka ma jedną mamę i jednego tatę, ale moja dwójka już dwóch ojców. Ja jestem singielką, podobnie jak nasza mama (tata nie żyje), ale brat ma drugą żonę. A ta druga żona swoją mamę, która… Mam opowiadać dalej? To już wyższa matematyka. I geografia, bo trzeba jakoś połączyć Kutno, Warszawę i Nowy Jork. I rozdzielić Wigilię oraz dwa dni świąt, żeby było sprawiedliwie. Zaczynamy kombinować już w październiku, żeby w grudniu jakoś się udało. Ostatecznie udaje się, ale łatwo nie jest.

– Łatwo nie jest, bo w ogóle nie jest łatwo po rozwodzie – komentuje Ewelina, moja koleżanka psycholog, która woli nie ujawniać nazwiska. Sama ma dziecko z jednego związku, ale teraz jest w drugim. Jej obecny partner też ma dziecko i wolałaby, żeby świat się nie dowiedział, że boi się świąt. – Po pierwsze, widzisz dookoła pełne rodziny i jest ci tym bardziej smutno. Możesz mieć poczucie porażki. Po drugie, jeśli masz konserwatywnych krewnych albo takich, którzy uwielbiali twojego byłego męża, zwykle pojawiają się komentarze, wyrazy współczucia albo wręcz politowania, posądzenie, że to z twojej winy się rozwiedliście, no i krytyka, bo jak można dzieciom zafundować taką traumę.

Ta ostatnia może pojawić się, nawet gdy sama nie masz dzieci, za to związałaś się z kimś, kto jest już ojcem. Tak zrobiła Dorota. Żona nr 3 Sebastiana. Dla niej porzucił żonę nr 2 i 10-letniego syna, Mateusza. Było to osiem lat temu, a Sebastian wciąż ma wyrzuty sumienia. Dorota też. Niby wie, że on sam podjął decyzję, że tamto małżeństwo nie było udane, że lepiej dla dziecka, żeby nie słuchało awantur, a jednak… wciąż się zadręcza. Zwłaszcza że teściowa traktuje ją jak powietrze i to raczej zatrute, a była żona Sebastiana (ta druga, bo pierwsza nie daje znaku życia), dzwoni do „eksa” w najmniej odpowiednich momentach (także w nocy), że ma natychmiast przyjechać, bo ona sobie z dorastającym Mateuszem nie poradzi i zaraz się powiesi. Mąż Doroty jedzie, była żona się nie wiesza, na pomysł, by Mateusz pomieszkał z ojcem i Dorotą, prycha oburzona, i tak to się ciągnie. Święta? – Wigilię spędzamy we dwoje – mówi Dorota. – Mateusz przyjeżdża w pierwszy dzień świąt, znajduje prezent pod choinką, dzielimy się opłatkiem drugi raz. Następnego dnia jedziemy do mojej mamy. A jeszcze następnego… jestem tak wykończona, że muszę wziąć wolne w pracy. Dobrze, że Boże Narodzenie jest raz w roku.

– To poczucie winy jest bez sensu – uważa Ewelina (psycholog, przypominam, bo w tym patchworku można się pogubić). – Wina za rozpad związku zawsze leży po obu stronach. A poza tym to nie zawsze jest wina. Czasem dojrzewamy, zmieniają nam się priorytety, zainteresowania, styl życia i jeśli są to zupełnie inne priorytety niż partnera, nadchodzi czas, by się rozstać. Dzieci dorastające w złym, toksycznym związku mają jeszcze gorzej niż te po rozwodzie. Warto zadać sobie pytanie: jaki ja daję im przykład? Czego ich uczę? Że trzeba się zgadzać na uczuciowy chłód, a może wręcz zdradę, lekceważenie mojego światopoglądu i stylu życia?

Przygotuj scenariusze

No dobrze, ale nawet bez tego poczucia winy święta w rodzinie patchworkowej są trudne. Bo gdy mamy piątkę dzieci, a tylko dwoje własnych (to sytuacja Izy, będzie o niej potem) i musimy jakoś dogadać się z byłymi partnerami i być może byłymi partnerkami obecnego partnera, do tego jeszcze dochodzą babcie i dziadkowie, kwestie transportu, prezentów, różnice wyznaniowe… Jak to zrobić? – Z tolerancją i empatią – radzi Ewelina. – I, o ile to możliwe, ustalając jasne zasady i każdy szczegół.

Warto omówić, gdzie, kiedy i z kim. Jak ma wyglądać menu, prezenty, transport, a także (jeśli to dla was ważne), których zwyczajów przestrzegamy, a które sobie odpuszczamy. To trochę jak przygotowanie wesela, gdzie wszyscy mają dobrze się bawić, także babcia, syn z ADHD, teść o skrajnie prawicowych poglądach i pasierbica weganka. Im lepiej się przygotujecie, tym spokojniejsi będziecie w trakcie świąt. – W święta mamy ustalone reguły – tłumaczy Iza (to ta z piątką dzieci). – Co drugie Boże Narodzenie dzieci Piotra (czyli obecnego partnera) spędzają z mamą do wieczora pierwszy dzień świąt, co drugie jest na odwrót. Mój były facet, czyli tata mojej córki, nie interesuje się Dominiką już od kilku lat. Więc tego problemu nie ma. Ola, jego córka z pierwszego małżeństwa, jest dorosła i ma swoją mamę, z którą spędza ten czas.

Ponieważ taka sytuacja trwa od ośmiu lat, więc wszystko jest mniej więcej dograne i nie ma kłótni o pasterkę czy karpia. Jeśli dla ciebie to nowość, nie zdziw się, gdy pierwsze święta w nowej konfiguracji nie będą idealne. Nawet kolejne, choć bliższe ideału, też mogą nie okazać się perfekcyjne. Bo pojawiają się emocje i wojny światopoglądowe. Zazdrość o to, kto ma lepszy prezent. Wszystkiego nie przewidzisz.

Każdy wnosi inne wartości

Zamiast koncentrować się na trudnościach, pomyśl o zaletach tej sytuacji. Bo są. Co prawda nikt nie potrafi tak wkurzyć jak bliscy, ale też tak zmusić do myślenia i tyle nauczyć. Dzieci, rodzice, partner. Znają nas dobrze, więc wiedzą, jak uderzyć w czułe miejsce. Są do nas podobni, więc trochę patrzymy w nich jak w lustro. No i ogromnie nam na nich zależy, więc trudno zachować dystans do tego, co mówią czy jak się zachowują.

– Ja i Piotr jesteśmy zupełnie różni. Ja impulsywna, on racjonalny. Ja działam szybko, on analizuje. Ja jestem elastyczna w wychowywaniu dzieci, on narzuca reguły – przyznaje Iza. – Jego uporządkowanie działa na mnie uspokajająco. A on uczy się ode mnie okazywania uczuć, czułości. I tego, że nie ma dramatu, jeśli pan w warsztacie zapomni o terminie zmiany opon i nie uda się w 100 proc. zrealizować planu na sobotę. Uczymy się też od dzieci, a one od siebie samych i od nas. Od rodziców, od partnerów rodziców. Nawet jeśli nie kochają się jak rodzeństwo, to jednak się lubią. A nawet jeżeli nie lubią się jakoś szczególnie, to obserwują. To też dla nich nauka. Że można inaczej, mieć porządek w pokoju i zawsze odrabiać lekcje. Bywają w różnych domach, w których są rozmaite zasady i sposoby spędzania wolnego czasu.

Mama dwójki dzieci jej obecnego partnera jest typem domatorki. Te dzieci (Szymon i Iza, ale jak już pisałam – nie przejmujcie się imionami… sama się gubiłam, dlatego wszystko notowałam) spędzają czas inaczej z mamą, a inaczej z tatą. Z tatą aktywnie, na rowerach, w górach, za granicą, jeśli nad morzem, to niekoniecznie na plaży… To jest coś, czego nie doświadczą z mamą.

Taki „dodatkowy” rodzic pokazuje inny obszar, świat, z którego można potem (albo już teraz) coś wziąć dla siebie. Znam to, bo mój były nr 1 i mój były nr 2 byli zupełnie innymi wzorcami męskości dla mojego syna. Jeden – buddysta, wegetarianin, filozof; drugi – tradycjonalista, ekonom, pracownik korporacji. Co 22-letni teraz Kuba wziął z tego dla siebie? Mam nadzieję, że to, co najlepsze z jednego i drugiego. Trochę filozofii, ale trochę też ugruntowania w rzeczywistości. Z jednej strony, może to fajnie dorastać w pełnej rodzinie. Z drugiej, co dwa wzorce męskości, to nie jeden. Nawet jeśli któryś z tych wzorców ma wady. Kuba przynajmniej dowiedział się, jakim nie chce być mężczyzną. I jakim nie chce być partnerem dla swojej dziewczyny. I jakim nie chce być ojcem dla swoich ewentualnych dzieci…

Jak przetrwać świąteczny czas?

Wracając do tematu świąt… To tylko dwa i pół dnia w roku. I szczególny moment, w którym w tak krótkim czasie spotykamy się z kilkoma, kilkunastoma, kilkudziesięcioma osobami. Jesteśmy narażone na mnóstwo uwag, komentarzy, dyskusji. Na jednym stole może wylądować sushi, na innym śledź, na jeszcze innym… kiełbasa. Ktoś będzie nalegał na śpiewanie kolęd, ktoś inny włączy telewizor, ktoś przesadzi z alkoholem, ktoś zaleje twój ulubiony obrus barszczem z uszkami. Dużo się będzie działo. To stresujące, zgadza się. Ale też ekscytujące, prawda?

Możesz wiele się dowiedzieć od swoich guru. I o tym pomyśl w chwilach stresu. A gdy zaczniesz wpadać w panikę… zrób sobie jakieś ćwiczenie psychologiczne albo krótką medytację. Odetchnij głęboko 10 razy. Popatrz na świeczkę przez 2–3 minuty. Wyobraź sobie teściową nago. Albo że widzisz swoich bliskich przez szybę. Albo że to tylko wizyta w Disneylandzie. Twój bilet traci ważność 26 grudnia wieczorem. Na razie patrz, obserwuj, uśmiechaj się, szukaj pozytywów. Zaraz będzie po wszystkim. Wesołych Świąt.

Pierwsza wigilia po rozstaniu

  • Przygotuj rodzinę na wizytę z nowym partnerem. Opowiedz o nim. Zaznacz, na jakie tematy nie życzysz sobie komentarzy albo jakich kwestii wolałabyś w ten dzień nie poruszać.
  • Opowiedz partnerowi o swojej rodzinie. Jego też możesz ostrzec, że są drażliwe kwestie, których lepiej nie poruszać, jeśli atmosfera ma być pozytywna.
  • Przygotuj sobie tematy do rozmowy, żeby szybko interweniować i zmienić tor rodzinnej debaty, gdyby była taka potrzeba. Może byłaś na ciekawej wystawie albo masz jakieś nowiny od siostry ciotecznej, która mieszka za granicą?
  •  Z byłym partnerem ustal, kiedy wasze dzieci z każdym z was spędzają czas.
  • Jeśli czujesz, że absolutnie nie dasz rady stawić czoła nowej sytuacji… zrób coś niestandardowego, na przykład wyjedź do ciepłych krajów. Może to i tchórzostwo, ale świeżo po rozwodzie wolno ci robić takie rzeczy i zadbać przede wszystkim o siebie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czasem na samotne święta po prostu można mieć ochotę!

"Decyzja o spędzeniu samotnych świąt może okazać się dobra. Doświadczenie terapeutyczne wskazuje, że w otoczeniu rodziny często dochodzi w terapii do regresu". (fot. iStock)
Boże Narodzenie spędzone z dala od rodziny i bliskich nie zawsze jest koniecznością, wtedy zwykle bolesną. Bywa, że to świadomy wybór, podyktowany potrzebą serca i przekonaniem, że "samotne" nie zawsze oznacza "w osamotnieniu". Dokąd może zaprowadzić nas taki świąteczny eksperyment?

Mimo zmiany obyczajów, 2/3 Polaków wciąż Boże Narodzenie postrzega jako święta rodzinne i nie wyobraża sobie spędzić Wigilii w innym gronie. Owszem, coraz częściej w tym okresie wyjeżdżamy, ale wciąż: albo w gronie rodzinnym czy do rodziny, albo w tzw. pierwszy czy drugi dzień świąt. Inna sprawa, ile w tym nawyku czy lęku przed zmianą, bo jak wskazują badania przeprowadzone w listopadzie 2018 r. przez serwis Prezentmarzeń – dla 65 proc. respondentów okres Bożego Narodzenia oznacza stres. Badani mówią, że wywołuje go skupienie na przygotowaniach i prezentach, pośpiech, brak prawdziwego świętowania i ogólnie nie najlepsze relacje. Z tej perspektywy idealnym rozwiązaniem wydają się święta spędzane w samotności. Ale uwaga: samotności rozumianej jako wybór, a nie bolesne osamotnienie.

Czy to na pewno taki superpomysł – sprawdzam z pomocą psychoterapeuty POP Mateusza Ostrowskiego.

Jak to?

Kilka lat temu nasza redakcyjna koleżanka Lena zdumiała mnie informacją o tym, że w święta zostanie sama w domu. Nie mnie jedną, jak się potem okazało, bo wkrótce posypały się rady typu „może jednak pójdziesz do kogoś", a nawet zaproszenia na Wigilię. Z czasem ośmieliłam się zapytać, skąd ten pomysł. „O, to długa historia – odpowiedziała. – Po raz pierwszy coś zaświeciło mi się w głowie po przeczytaniu felietonu Kasi Miller w "Zwierciadle". Kasia wspominała swoje samotne święta z czułością. Ale wtedy żyła jeszcze moja mama i wszyscy spędzaliśmy święta razem”. Po odejściu mamy Lena nie miała ochoty na spotkania w odmienionym gronie rodzinnym i postanowiła spróbować, jak smakuje samotna Wigilia. Nie celebrowała jej, owszem, zjadła pierogi z kapustą, które ktoś jej sprezentował, ale był to jedyny element nawiązujący do uroczystej kolacji. Dwa kolejne dni spędziła na lekturze, drzemkach i spacerach. Kiedy dociekałam, czy naprawdę nie czuła się osamotniona, zaprzeczyła. „Wiesz – dodała – to innym było trudno uwierzyć, że nie było mi żal i smutno. Wątpili w moją szczerość, a mnie nie chciało się ich przekonywać”.

Mateusz Ostrowski tłumaczy, że to całkiem normalne, bo gdy wyłamujemy się ze schematu, to dochodzi do zmiany całego układu w otoczeniu. I co więcej, odnalezienie się w tej nowej sytuacji jest łatwiejsze dla przysłowiowej „czarnej owcy”, bo to ona podejmuje decyzję, niż dla tych, którzy zostali postawieni wobec niezależnego od siebie status quo. Nic więc dziwnego, że bliscy mogą nie najlepiej znieść naszą nieobecność przy świątecznym stole. Zwłaszcza jeśli nie wynika ona z konieczności (bo ktoś akurat ma dyżur w pracy) ani konsekwencji wyborów życiowych. Takie sytuacje, choć nadal trudne dla "opuszczonych", łatwiej zrozumieć. Inaczej, gdy muszą się zmierzyć z deklaracją: "W tym roku nie spędzam z wami świąt, bo wolę być sam". Nic dziwnego, że bliscy mogą poczuć się odrzuceni i rozczarowani, a nawet zranieni. I trzeba im dać do tego prawo i te ich uczucia "wziąć na klatę".

Z pozycji dorosłego

Bywa i tak, że decyzja o spędzeniu świąt z dala od bliskich jest dla nas w danym momencie dobra. I wcale nie jest to rzadki przypadek, bo z doświadczenia terapeutycznego Mateusza Ostrowskiego wynika, że na przełomie roku często dochodzi w terapii do regresu. W ciągu kilku dni spędzonych z rodziną odżywają lęki sprzed lat, nasilają się konflikty rodzice-dzieci (jakby czas się cofnął) powracają - wydawałoby się przepracowane – sprawy. To nic nowego, bo święta Bożego Narodzenia już pod koniec lat 60. XX wieku trafiły na listę najpoważniejszych stresorów opracowaną przez amerykańskich psychiatrów Thomasa Holmes'a i Richarda Rahe. Ciekawe jednak, że dotyczy to tylko dorosłych...

Podejmując decyzję o sposobie spędzenia świąt, warto więc odwołać się do figury Dorosłego zaczerpniętej z Analizy Transakcyjnej Erica Berne'a. Dorosły skupia się na faktach, zadaje pytania i weryfikuje potencjalne rozwiązania - w przeciwieństwie do kierującego się przede wszystkim emocjami Dziecka i normami - Rodzica. Jeśli ileś poprzednich wigilijnych wieczorów kończyło się kłótnią, jeśli znowu czuliśmy się nieszanowani i nieakceptowani, a fikcja szczęśliwej rodziny aż biła po oczach - warto zaryzykować święta sam na sam. I stanąć za sobą w środku (dając sobie na to przyzwolenie i jeśli trzeba, przechodząc żałobę po marzeniach) i na zewnątrz (konsekwentnie odpierając naciski). A samo spędzanie świąt w odosobnieniu potraktować jako eksperyment, który nie wiadomo, co przyniesie...

Tak właśnie było w przypadku Leny, która eksperymentowała przez dwa lata. Po czym - z pozycji Dorosłego - postanowiła spędzić kolejną Wigilię ze znajomymi (było nieoficjalnie, ale jednak odświętnie), a dalsze świąteczne dni z ojcem, jego nową partnerką oraz rodzinami braci. Mateusz Ostrowski widzi w tym nawiązanie do metody Josepha Campbella, amerykańskiego badacza mitów, znanej jako "Podróż bohatera". W skrócie polega ona na tym, że bohater wyrusza w świat w poszukiwaniu daru. Jeśli pokona wszystkie przeszkody po drodze i otrzyma ten dar, może wrócić z nim do domu i zmienić świat na lepsze. Jak twierdzi psychoterapeuta, odosobnienie jest ważne dla rozwoju, a w samotności może być łatwiej dostrzec cud, o którym w końcu przypominają święta Bożego Narodzenia. Jeśli jednak przeszkadza nam ich komercjalizacja i brak celebracji - może zamiast uciekać, spróbujmy wnieść trochę duchowości do rodzinnych relacji?

Bywa i tak, że decyzja o spędzeniu świąt z dala od bliskich jest dla nas w danym momencie dobra. (fot. iStock) Bywa i tak, że decyzja o spędzeniu świąt z dala od bliskich jest dla nas w danym momencie dobra. (fot. iStock)

Relacje sposobem na samotność

Rozmowa z Maciejem Orłosiem, ambasadorem akcji UNICEF Ponadczasowi

Przy okazji świąt, zwłaszcza Bożego Narodzenia, powraca temat samotności, która stała się bolączka naszych czasów. Co możemy na to poradzić? Ja sam nie doświadczyłem prawdziwej samotności, ale mogę sobie wyobrazić, że w czasie świąt może ona być bardziej dotkliwa niż na co dzień. Mam w rodzinie starszą osobę, jest już po 90-tce. Nie założyła własnej rodziny, nie ma dzieci, ale ma dalszych krewnych i świadomość, że oni są, jest dla niej bardzo ważna. Zapewnia, że sobie poradzi, jednak myślę, że poczucie, że nie jest sama, bo ktoś przyjdzie albo zadzwoni, albo np. zrobi zakupy, wiele jej daje. Może taką ogólną radą jest to, żeby podtrzymywać przyjaźnie, nie pielęgnować złości i ogólnie dbać o relacje.

Tłumaczymy, że trudno dziś utrzymywać bliskie relacji, bo nie mamy czasu na wizyty i długie rozmowy. Ale skoro ważna jest już sama świadomość, że gdzie tam ktoś jest, to chyba warto także podtrzymywać kontakt nawet na odległość? Myślę, że to ważne zwłaszcza dla osób, które mają ograniczoną mobilność i na co dzień mieszkają same. Jeśli mają takich nawet tylko telefonicznych znajomych, mają do kogo zadzwonić, podzielić się z nimi myślami, opowiedzieć o tym, co usłyszały, obejrzały. Dla kogoś, kto przez całe życie był aktywny i mimo upływu lat nadal ma aktywny umysł, nie ma nic gorszego niż zostać w pustce. Zdecydowanie, telefon jest dobrym pomysłem. Kiedyś prowadziłem spotkania w domach opieki i zauważyłem, że nawet osoby otoczone odpowiednią opieką, także medyczną, potrzebują czegoś więcej. Od osób kierujących jedną z placówek dowiedziałem się, że potrzebują wolontariuszy, którzy będą np. wychodzi z pensjonariuszami na spacer albo poczytają im książki.

A z kolei młodym wolontariuszom mogłoby to pomóc stworzyć nawyk budowania relacji i wychodzenia do ludzi - i kiedyś w przyszłości uchronić ich przed własną samotnością. Choć może to wyglądać myślenie interesowne, to wydaje mi się pewien sposób perspektywiczne... Pomaganie innym jest zdrowe dla pomagającego, udowodniono, że daje mu wiele satysfakcji czy wręcz poczucia szczęścia. Głęboko w to wierzę, ale wydaje mi się, że młodzi ludzie rzadko sięgają w wyobraźni tak daleko. Przyszłość jest dla nich abstrakcją, na zasadzie: „kiedy to będzie?”. I tu nie chodzi tyko o relacje, ale i zabezpieczenia przyszłości, oszczędności, polisy na życie.

Dziś wiele mówi się o byciu tu i teraz. I faktycznie jeśli tkwimy w przeszłości albo wciąż tylko planujemy, co będzie jutro, za miesiąc, za rok – to umykają nam okazje, by cieszyć się tym, co mamy. Jednak nie powinno nam przesłaniać perspektywy, że czas płynie. Dlatego cieszy mnie, że powstał program UNICEF Ponadczasowi. Zazwyczaj unikamy myślenia o swoim odejściu, a tym bardziej o tym, co będzie potem. W związku z tym w Polsce rzadkością jest sporządzanie testamentu, statystyki mówi, że wśród osób po 50-tce zrobiło to jedynie 13 proc. Polaków. A to także jest forma zadbania o relacje, bo dzięki temu można uchronić najbliższych przed komplikacjami w przyszłości. Przy okazji tej akcji przypominamy również, że w testamencie, poza rodziną, można uwzględnić inne osoby a także organizację. Jest ich tak wiele, że można wybrać tę, która jest najbliższa naszym wartościom. Ważne jest jedynie, żeby jej działalność opierała się na solidnych fundamentach, żeby była solidna i wiarygodna. Doskonałym przykładem jest właśnie UNICEF, który działa globalnie i ma na koncie wiele pozytywnych działań. W testamencie można ją uwzględnić w dowolnym zakresie i mieć zaufanie, że organizacja zrobi z tych pieniędzy dobry użytek. Fundusze z zapisów testamentowych ratują dzieci od śmierci i zapewniają im edukację. Warto zostawić po sobie piękne dziedzictwo.

  1. Psychologia

Święta i rodzina. Co zrobić z toksycznymi relacjami? - pytamy Kasię Miller

Bliscy w rodzinie nie zawsze są nam bliscy. Czasem te relacje, zamiast pielęgnacji, wymagają odcięcia. (fot. iStock)
Bliscy w rodzinie nie zawsze są nam bliscy. Czasem te relacje, zamiast pielęgnacji, wymagają odcięcia. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Jaka jest właściwie rola rodziny w naszym życiu? Co zrobić, jeśli przestaje ją odgrywać? A członkowie rodziny – czy można zaliczyć do nich przyjaciół, znajomych i psa? Albo nigdy niewidzianą praprababkę? I czy rodzinne święta to święta najlepsze? O to wszystko psychoterapeutkę Katarzynę Miller pyta Joanna Olekszyk.

Często powtarzasz, że rodzina tak jak jest opoką, tak też bywa siedliskiem toksyn i problemów. Ale czy można i czy warto się całkowicie od niej odciąć?
Całkowite odcięcie jest właściwe wtedy, gdy rodzina jest totalnie toksyczna. Natomiast większość rodzin jest trochę toksyczna, a trochę nie. I wtedy warto poszukać takiego sposobu, żeby jako dorosłe osoby mieć z rodziną sporadyczne kontakty, które będą uprzejme, miłe i eleganckie – i nic więcej. Pokażmy, że pamiętamy, iż dobrze życzymy, pomóżmy, gdy potrzebuje naszej pomocy, ale tylko wtedy, gdy o nią poprosi i za nią podziękuje. Tylko wtedy! Nie dalej jak dziś miałam sesję z kolejną dziewczyną, która, odkąd pamięta, wszystko robiła dla tatusia i mamusi – pilnowała młodszej siostry i tego, żeby tata nie pił, a do tego świetnie się uczyła. Do dziś ciągle czegoś od niej chcą, a ona dalej na nich zasuwa. To jest tak niesprawiedliwe i niedobre, że aż mnie skręca.

Oczywiście jest też wielu rodziców, którzy bardzo się starali, ale niespecjalnie wiedzieli, co i jak trzeba robić – więc zrobili sporo fajnych rzeczy i trochę tych niefajnych. I takim rodzicom trzeba powiedzieć: „Halo, tu mówi wasze dziecko. Jestem w świetnym momencie mojego życia, wspaniale sobie radzę, i to dzięki wam, bo mnie dobrze wychowaliście i nauczyliście. Bądźcie dumni”. Czyli: „Dziękuję, teraz możecie odpocząć”. Po pierwsze, mówmy tak dlatego, by rzeczywiście byli dumni, a po drugie, by już się więcej nie wtranżalali (śmiech). Ale też my jako dzieci przestańmy od nich brać bez przerwy. Bo karygodne jest nie tylko to, jak rodzice się wtrącają do życia dzieci, ale też to, co dorosłe dzieci wyprawiają z rodzicami.

Oj, koniecznie o tym powiedzmy...
Na przykład dzieci ustalają, jak mamusia ma teraz żyć. Bo nie życzą sobie nowego pana u jej boku lub nowej pani u boku taty. „To świństwo, żeby w tym wieku mieć romanse”. A co im do tego? Nic! Albo takie gadanie: „Może byście gdzieś wyjechali, coś zrobili? Nie można tak ciągle w domu siedzieć!”. A może oni nigdzie nie chcą jechać i niczego nie chcą robić. Odczepcie się od nich!

Ale powiem ci też, Kasiu, z własnego doświadczenia, że bardzo miłe jest dla dziecka, kiedy widzi rodziców pochłoniętych jakąś pasją czy codziennymi przyjemnościami.
Mama uczy się włoskiego, a tata chodzi z kolegami na szachy, tak? Spokojni, że dziecko się ustatkowało, zaczynają robić to, co powinni już dawno zacząć. Pewnie, że to jest niesamowicie miłe i urocze. Bo to oznacza, że się miało i ma fajnych rodziców. Gdyby wszyscy takich mieli, świat byłby inny.

Powiedzmy, że do takiej sytuacji dążymy, ale na razie jeszcze trochę nam brakuje. Czyli jesteśmy dorośli, ale rodzice ciągle czegoś od nas oczekują – musimy przyjechać na święta, dzwonić do nich dwa razy w tygodniu, ale też musimy wyjść za mąż, mieć dzieci... Jak zacząć wprowadzać trochę luzu do tej relacji?
Przede wszystkim na spokojnie i ze świadomością, że nie da się uniknąć sytuacji, w której rodzicom będzie przykro lub w której się zezłoszczą. No bo na pewno się zezłoszczą albo zrobi im się przykro, jeśli dziecię im powie: „Mamo, tato, ja już nic nie muszę. Kiedyś musiałam, ale teraz już nie. Kiedy więc będę miała chęć, to do was zadzwonię. I przecież czasem będę miała chęć. Ale jeśli będziesz mi, mamo, mówiła, że muszę, to taką ochotę będę miała rzadziej, i będę rzadziej dzwonić”. Można też dodać: „Wy też do mnie dzwońcie, kiedy macie ochotę. Ja też lubię usłyszeć, że jesteście ciekawi, czy wszystko w porządku i czy się dobrze czuję. A poza tym nie życzę sobie słyszeć, że ty się, mamo, o mnie martwisz. Nie jestem kimś, o kogo trzeba się martwić. Ty we mnie wierz. I proszę mnie tym martwieniem nie straszyć”. Albo: „Będę odkładała słuchawkę, jeśli mi będziesz ciągle powtarzała, że powinnam mieć dziecko, męża, że powinnam schudnąć czy chodzić w tym płaszczyku od ciebie, bo ja nie chcę”. Trzeba zawsze powiedzieć, co drugi człowiek straci, gdy będzie wywierał presję.

Ale żeby takie coś powiedzieć, musimy być już na pewnym poziomie odwagi na swój temat. Przerażone ofiary rodziny raczej się nie buntują, tylko dzwonią i przychodzą. Wściekają się do środka siebie, a potem chorują. Strasznie dużo jest takich dorosłych, a wciąż małych dzieci. Ale też mogę zaświadczyć, że im częściej dziewczyny, które znam, jasno określają swoje granice, tym bardziej rodzice je szanują. Znam też kilka małżeństw, gdzie mąż czasem powie teściowej: „Nie mów tak do niej, bo to jest niemiłe, a jej jest przykro. Ja to widzę, a ty nie widzisz?”. Takie wsparcie też pomaga wyrwać się spod ciasnego uścisku rodzicielki.

Wielu rodziców, by w tym uścisku dzieci utrzymać, powtarza, że tylko na rodzinę można w życiu liczyć.
To jest tekst wielkiego kołtuna polskiego, którego szczerze nie lubię i się z nim nie zadaję. W związku z tym mam przyjaciół i znajomych, na których mogę liczyć. Zawsze było dla mnie jasne, że wybieram bliskich mi ludzi i ludzie, którzy chcą być ze mną blisko, mnie wybierają – i to jest moja rodzina.

Przyjaciele mogą być naszą rodziną?
No pewnie, że tak. Jeśli jest między ludźmi prawdziwa bliskość, to są dla siebie rodziną. Gdy mówimy „bliscy”, to wielu ludzi myśli, że chodzi o krewnych. Ale przecież rodzina pochodzenia często nie jest bliska, tylko najdalsza. Jeśli kogoś nie obchodziłam, tak jak kolejna moja klientka, którą rodzice porzucili, gdy miała 13 lat, i wyjechali – to o jakiej bliskości mowa?! Przecież oni powinni za to pójść do więzienia. Samą ją w domu zostawili, a że jeszcze dobrze się uczyła i nie poszła w żadne bandy uliczne, to nie widzieli problemu. Mamusia raz na miesiąc przyjeżdżała i narzekała, że źle posprzątane i że liczyć na nią nie można! Wyobrażasz sobie?!

Często w SENSie piszemy o rodzinach, które za bardzo chcą uczestniczyć w życiu swoich dzieci, ale trzeba podkreślić, że są i takie, które pamiętają o dzieciach tylko wtedy, kiedy jest im wygodnie.
Kiedy trzeba ich gdzieś zawieźć, coś załatwić, dać pieniądze. Jeśli ktoś ma takich rodziców, to wtedy bliskie relacje przyjacielskie z tymi tzw. obcymi są wręcz podstawą emocjonalnego zadbania o siebie. W przyjacielskim kręgu możemy się pobawić, posiedzieć przy kawie, ale też pomóc sobie, kiedy tego potrzebujemy.

Bo to nie więzy krwi łączą na wieki?
One oczywiście w jakiś sposób łączą, ale trzeba powiedzieć jasno: najwięcej oszustw, wypadków, morderstw, krzywd i kłótni o pieniądze spotyka nas od tych, z którymi jesteśmy spokrewnieni albo z którymi łączą nas więzy małżeńskie. Policjanci i prawnicy znają te statystyki. Rodzinie też trzeba wyznaczać granice, a może nawet przede wszystkim rodzinie. Tylko aby to robić, trzeba wiedzieć, że odtąd–dotąd jest w porządku, ale dalej już nie. A jeśli ktoś się wychował w chaosie, to nie wie.

Ale może się nauczyć wyznaczać granice.
Ależ oczywiście, tylko musi pamiętać, że rodzinie może się to nie spodobać. Niektórzy będą bardziej wredni z tego powodu, inni mniej, niektórzy się poobrażają – ale skoro ktoś się obraża za to, że dbasz o siebie, to co ci po nim?

Terapia systemowa mówi, że jeśli jakiś element systemu się zmienia, to zmienić się muszą wszystkie inne.
Oczywiście, tyle że niekoniecznie wiemy, w którą stronę pójdzie ta zmiana systemu.

Jakie zadanie ma w ogóle do spełnienia system, którym jest rodzina? Ma nam dać poczucie przynależności?
Dobrze funkcjonująca rodzina wyposaża dziecko we wszystko, co mu potrzebne: wiedzę, umiejętności, relacje, określony stosunek do siebie i świata, normy etyczne i społeczne, granice, poczucie wiary w siebie, zadowolenie z życia. Fajna rodzina to jest po prostu świetne życie.

Po drugie, przynależność. Już samo to, że nazywasz się Kowalska, oznacza, że jesteś z tych Kowalskich. To jest człowiekowi niezmiernie potrzebne. Pomyśl o dzieciach, które po wielu latach dowiadują się, że były adoptowane i które mimo czasami nawet cudownych relacji z rodzicami, którzy je wychowali, i tak chcą poznać, skąd są.

Mamy teraz trend poszukiwania swoich przodków – więcej w tym megalomanii czy właśnie potrzeby przynależności?
Ludźmi kierują różne pobudki. Istnieją pewnie tacy, co marzą, by okazało się, że są wcale nie z Kowalskich, tylko z Zamoyskich. Ale generalnie jeśli ludziom czegoś brakuje, to zwykle szukają podstaw, korzeni. Można to robić na zasadzie sztuki dla sztuki, bo takie drzewo genealogiczne to ciekawa przygoda i w sumie ładna rzecz, ale może to być dla kogoś ratunkiem. Bo wprawdzie jego rodzice nie byli najpewniejszą gałęzią, na jakiej można się oprzeć, ale za to pradziadkowie są opoką. Śledztwo genealogiczne jest zawsze szukaniem jakiejś siły poza sobą dla siebie, szukaniem psychicznego wsparcia. Daje poczucie ciągłości. Ale też przekonanie, że my wszyscy jesteśmy dziećmi tych samych ludzi. Bo gdzieś zawsze dokopiemy się wspólnych przodków.

Na życie rodzinne składają się nie tylko najbliżsi krewni. Oddanych, serdecznych przyjaciół możemy również traktować jak rodzinę. (fot. iStock) Na życie rodzinne składają się nie tylko najbliżsi krewni. Oddanych, serdecznych przyjaciół możemy również traktować jak rodzinę. (fot. iStock)

Ale ktoś wychowany w nieszczęśliwej rodzinie ma czasem obawy, czy jemu uda się stworzyć szczęśliwszą. To rzeczywiście ma duże przełożenie?
Ale o co ty mnie właściwie pytasz? O to, czy fakt, jak nas wychowano, ma wpływ na to, jaką rodzinę stworzymy? No pewnie, już dawno wiadomo, że ma – u jednych większy, u innych mniejszy. Są ludzie, którzy wychodzą z cieplarnianych warunków i łatwo im z innymi w życiu, są tacy, co mieli zawsze pod górkę i nadal mają. A są tacy, co się zawzięli i wywalczyli sobie lepsze jutro. Nie ma reguły. Na pewno oprócz tego, co wnosimy na świat z genami i co dostajemy z wychowania, jest coś, co wnosimy sami, co jest tylko nasze, własne. Dla mnie ciekawy jest taki temat: na ile przerosłeś swoją rodzinę? I uważam, że byłoby zdrowo, gdyby rodzice ku temu dążyli, a nie rywalizowali z dziećmi, żeby ich nie „przeskoczyły”. Powinniśmy się cieszyć, że dzieci nas przerastają, ale do tego trzeba mieć klasę.

Mamy jakąś cząstkę odziedziczoną po rodzicach, ale mamy też cząstkę siebie. I o tę cząstkę nowe pokolenie jest lepsze, mądrzejsze. Potem swojemu dziecku dajesz cząstkę swoich rodziców i cząstkę siebie, a to wszystko dołącza do cząstki własnej, jaką ma już twoje dziecko…
I im więcej jej ma, tym lepiej. I tylko żeby ta cząstka nie została zduszona w zarodku. Rodzice powinni serdecznie i z zainteresowaniem przyglądać się swojemu dziecku, rozwijać jego talenty i pokazywać mu świat. Ludzie, którzy się kolegują z innymi ludźmi, właśnie to robią. Ci, którzy się zamykają w swoim domu i kręgu krewnych, zawężają dziecku punkt widzenia.

Bardzo lubię takie rodziny, które uważają za pełnoprawnych członków także przyjaciół, a nawet zwierzęta.
A to już w ogóle jest cudowne! Gdy babcia traktuje przyjaciółkę swojej wnuczki jak swoją wnuczkę. A jak fantastycznie jest, gdy ciebie tak ktoś traktuje! I ile dzieci uczą się od takich przyjaciół rodziny…

Oni też chyba dają im cząstkę siebie?
I to nieraz bardzo dużą. Ja miałam parę takich cudownych postaci, choćby przyjaciółek mamy.

Może więc na te święta zaprosić też przyjaciół?
Zaprosić i nawet z nimi gdzieś wyjechać. Albo pobyć samemu, jeśli lubimy. Bo przepis na święta, który jest przyjmowany przez nas tylko z obowiązku lub z niechęci, to nie są żadne święta. Tylko nieświęta i przymus.

I nawet spędzone w gronie rodziny nie będą rodzinne.
Będą odklepaniem formułki z zaciśniętymi zębami, a czasem z wielką awanturą czy podsrywaniem sobie.

Czyli jak życzymy czytelnikom rodzinnych świąt, to tak naprawdę jakich?
Ale ja im nie życzę rodzinnych świąt (śmiech). Ja im życzę świąt świątecznych. Spędzonych blisko natury, z zachwytem, przeżyciem i z bliskimi – czyli z tymi, których oni czują i traktują jako bliskich. Ale też spędzonych ze sobą.

No bo ty też jesteś swoją rodziną.
Każdy przynależy do siebie. Gdy mnie pytano jako małą dziewczynkę: „A czyja ty jesteś?”, mówiłam: „swoja”. I tak mi już zostało.

Katarzyna Miller psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi mężczyzny”, „Instrukcja obsługi kobiety” i „Chcę być kochana tak jak chcę”.

  1. Psychologia

Jesteśmy jak ogień i woda. Jak być razem mimo różnic?

Kluczowe dla par jest nie to, jak bardzo się różnią czy jak bardzo są podobni, tylko czy chcą się do siebie zbliżyć i utrzymać bliskość. (Fot. iStock)
Kluczowe dla par jest nie to, jak bardzo się różnią czy jak bardzo są podobni, tylko czy chcą się do siebie zbliżyć i utrzymać bliskość. (Fot. iStock)
Dlaczego odmienność partnera na początku nas pociąga, a z biegiem lat odpycha? Zamiast wzbogacać, konfliktuje? Zamiast urozmaicać życie, staje się źródłem problemów? Jak pięknie się różnić, a raczej – jak się do siebie zbliżać, mimo że tyle nas dzieli? A może kluczem do szczęścia jest związanie się z kimś, kto pochodzi z tej samej bajki? Poszukajmy odpowiedzi.

Olga (lekarka) i Borys (grafik) mają dziesięcioletni staż małżeński i poważny problem: czy coś poza dziećmi i  kredytem jeszcze ich łączy. Ona – krucha, nadwrażliwa introwertyczka, domatorka. On – typ twardziela, wysportowany, towarzyski. Olga pochodzi z wielodzietnej rodziny katolickiej, Borys jest jedynakiem z rozbitego domu. Poznali się na kursie tańca, gdzie ona przełamywała nieśmiałość, a on dawał upust rozpierającej go energii i szukał nowych znajomości. Od razu wpadła mu w oko: ładna, zgrabna, delikatna. – Wydawała mi się wtedy dziewczyną z kosmosu, nawet nie wiem, kiedy się zakochałem – przyznaje dziś. Ona mówi po namyśle: – Pokazał mi świat, którego nie znałam i który wydał mi się fascynujący.

Teraz dziwią się: jak mogliśmy nie widzieć, że jesteśmy tak inni? Olga żali się: – Mąż nawet nie stara się mnie zrozumieć, nie pomaga mi w domu, tylko imprezuje. Borys nie pozostaje dłużny: – Mam dosyć życia pod jej presją, wymagań, rozliczania, utyskiwania. Coraz mniej w ich domu radości, życzliwości, seksu, coraz więcej wrogości.

Kiedyś mieli podobne poglądy polityczne, religia też ich nie dzieliła, bo oboje nie praktykowali. Teraz ona chodzi ostentacyjnie do kościoła, on na manifestacje ruchów społecznych. Gdyby ktoś zapytał ich, czy jest jakiś powód, dla którego chcą jeszcze być razem, ona odpowiedziałaby: „dzieci”, on dodałby: „i tańce”. Bo jeszcze – siłą rozpędu – chodzą co tydzień potańczyć.

Nie łudź się, że go zmienisz

Jest takie powiedzenie: między mężczyzną a kobietą istnieje za duża różnica płci. Opisał ją szczegółowo John Gray w serii książek o Marsjanach i Wenusjankach. Według niego dzieli nas przepaść. Z kolei Henry Dicks, w latach 60. prekursor psychodynamicznej terapii par, zauważył, że różnice między partnerami (podobieństwa również) istnieją na trzech poziomach. Pierwszy, zwany publicznym, dotyczy rasy, religii, narodowości, wykształcenia, zamożności, czyli aspektów, które kiedyś brały pod uwagę klany rodzinne czy swatka. – Kandydat na współmałżonka miał być z tego samego kręgu kulturowego i społecznego – mówi Zofia Milska-Wrzosińska z Laboratorium Psychoedukacji. – Jeśli nie był swój, nie było szansy na związek. Tak jak w świetnym filmie „Papusza” Joanny i Krzysztofa Krauzów. Romską poetkę i Jerzego Ficowskiego łączy wrażliwość, stosunek do świata, ale dzieli przepaść kulturowa, przez którą nie tylko nie mogą się związać, ale nawet zrozumieć w najistotniejszych dla każdego z nich sprawach.

Psychoterapeutka zauważa, że współcześnie rola tego czynnika znacznie się zmniejszyła. - Kiedyś małżeństwa typu Kopciuszek, czyli śliczna dziewczyna o złotym sercu, ale z nizin społecznych, i książę – mężczyzna o wysokiej pozycji, który ją z tych nizin wyciągał – były dość rzadkie. Teraz jest ich więcej, a ponadto pojawiają się pary typu świniarczyk i królewna, to znaczy mężczyzna o niskim statusie materialnym i społecznym oraz wykształcona, majętna kobieta, często od niego starsza- tłumaczy Milska-Wrzosińska. On zjawia się w jej domu jako fachowiec, naprawia zmywarkę albo montuje szafę, ona wzywa go ponownie, dostrzega w nim mężczyznę i tak rodzi się między nimi relacja, czasem typu pan Sułek i pani Eliza z kultowego słuchowiska radiowej Trójki „Kocham pana, panie Sułku” Jacka Janczarskiego. Zdarza się, że królewna ma wobec świniarczyka aspiracje, chce go za pomocą ciągłego strofowania przesunąć w górę hierarchii społecznej, on niezbyt to dobrze znosi i związek się rozpada.

Czasem różnice kulturowe są tylko pretekstem do walki. Para 30-latków, Francuz i Polka, w czasie konsultacji terapeutycznej przywołali najbardziej ich zdaniem typowy dla nich spór: on nie mógł znieść tego, w jaki sposób ona przyrządzała sałatę. A konkretnie – że mieszała ją z sosem pół godziny przed podaniem, zamiast tuż przed. Ona odpowiadała, że ułatwia sobie życie, bo „sama przez cały dzień zajmuje się dzieckiem i nie ma głowy do tych ę, ą fanaberii”. – Spór o sałatę tak naprawdę był kłótnią o brak bliskości, wystarczającej obecności męża – mówi Zofia Milska-Wrzosińska.

Drugi poziom, na którym ujawniają się różnice i podobieństwa między partnerami, to poziom uwewnętrznionych wartości. Czyli to, co każdy człowiek traktuje jako najważniejsze, jeśli chodzi o widzenie świata, siebie, o normy, moralność, stosunek do dóbr kultury, ekologię itp. – Wiele osób myśli, że kiedy razem pomieszkają, urodzi się dziecko, to wartości i upodobania partnera się zmienią – mówi psychoterapeutka. – Może i się zmienią, ale raczej w tym samym kierunku. Jak przed ślubem pije trochę, to po będzie pił dużo. Jak jest zazdrosna, to stanie się zazdrosna obsesyjnie. Jak ma skłonności do emocjonalnego wycofywania, to się odgrodzi murem. Jak zdradził już przed ślubem, to po ślubie raczej nie przestanie. Dynamika par bywa różna, ale zakładanie, że partnerowi coś przejdzie, jest ryzykowne.

Wiele kobiet w obliczu odmienności niepostrzeżenie upodobnia się do partnera. Taki przykład: Ania w liceum ma chłopaka wioślarza. Na początku mu kibicuje, ale szybko sama zaczyna interesować się wioślarstwem, a nawet próbuje swoich sił w tym sporcie. Potem idzie na filologię słowiańską, tam poznaje poetę, zarzuca sport i od tej pory interesuje się sztuką, próbuje pisać. Po studiach wychodzi za mąż za biznesmena, podejmuje szkolenie z księgowości i pomaga mężowi w prowadzeniu biznesu. I jest w tym dobra, podobnie zresztą jak w każdej z poprzednich ról. Zofia Milska-Wrzosińska: – Upodabnianie się do otoczenia (w psychologii nazywane funkcjonowaniem as if, czyli „jak gdyby”, a potocznie efektem Zeliga) wprawdzie oddala takie osoby od doświadczenia tego, jakie jest ich prawdziwe „ja”, ale daje komfort przystosowania.

Przyciąga nas to, co wypieramy

Różnice z pierwszego i drugiego poziomu są do przejścia, ale przy założeniu, że ludzie spotkają się na poziomie trzecim, psychologicznym. – Nie chodzi tu jednak o spotkanie się dwóch podobieństw albo dwóch różnic – wyjaśnia psychoterapeutka. – Na przykład dwie osoby z tendencją do lękowego wycofania, mimo że są przecież pod jakimś względem podobne, nie mają szans na związek, ponieważ każda obawia się zainicjować i podtrzymywać kontakt. Podobnie dwie osoby bardzo emocjonalne, ekspresyjne mogą mieć trudność w wytrzymaniu ze sobą. Czasami z zewnątrz wydaje się, że partnerzy bardzo do siebie pasują, ale po bliższym poznaniu okazuje się, jak wiele ich dzieli. Każdy z nich osobno może bardzo dobrze funkcjonować społecznie. Ale gdy skonfliktowani siadają naprzeciwko siebie, zachowują się jak osoby zaburzone, tak jakby w parze funkcjonowali na znacznie mniej dojrzałym poziomie. W bliskich relacjach wzbudzają się rozmaite urazy z przeszłości i nagle reagujemy nie jak dorośle myśląca kobieta, ale jak mała, krytykowana przez wymagającego ojca dziewczynka.

W ogóle trudno powiedzieć, co w parze jest różnicą, a co podobieństwem. W podejściu psychodynamicznym zakłada się, że osoba, która nie akceptuje jakiejś części siebie, na przykład pragnienia bliskości czy agresywności (w psychologii nazywa się to częścią „odszczepioną”), szczególnie żywo reaguje na ludzi, którzy ją ujawniają.

Według tej teorii Olga i Borys są parą, w której ona odszczepiła część emocjonalną, impulsywną, ale to nie znaczy, że tej części w sobie nie ma. Wybrała partnera, który emocje przeżywa w nadmiarze, niejako zastępczo za nią. On odwrotnie – wybrał uporządkowaną, spokojną partnerkę, która utożsamia to, co on kiedyś przyjął za nie swoje, czyli stabilność, przewidywalność, kontrolę. Na początku byli sobą zachwyceni. Na niego działały kojąco jej spokój i równowaga. Ona cieszyła się jego żywotnością, spontanicznością. Każdego z nich przyciągnęło w tym drugim coś, z czym się w sobie pożegnali i teraz radośnie to witają w drugiej osobie.

Zofia Milska-Wrzosińska: – Tyle że ten zachwyt może się stopniowo ulatniać, bo jednak niegdyś z jakichś powodów musieli te cechy w sobie odrzucić, więc prędzej czy później mogą odrzucić je i w partnerze. Bywa też tak, że wybiera się partnera, który unika tego samego co my. Przychodzą do mnie białe małżeństwa, które nigdy nie miały relacji seksualnej. Ona mówi, że nie może uprawiać seksu, a on z uśmiechem, że już od dziesięciu lat się na to godzi, bo nie będzie kobiety przymuszał. Widać tu rodzaj nieświadomej zmowy – ci ludzie najwyraźniej boją się tego samego.

Czasem uzupełnianie się polega na tym, że partnerzy toczą swoistą grę. Na przykład taką: ona przez długie lata zarabia więcej, ale nie zajmuje się rachunkami, robi to jej mąż. Ona zachowuje się jak głupiutka kobietka, która nie orientuje się w finansach, a on jak ktoś kompetentny w tej dziedzinie. Ale to nieprawda, że ona nie potrafiłaby kontrolować rozliczeń, z kolei on niekoniecznie sobie z tym świetnie radzi. Jednak oboje mają psychologiczne powody, by odgrywać farsę na własny użytek.

Między autonomią a związkiem

Kluczowe dla par jest nie to, jak bardzo się różnią czy jak bardzo są podobni, tylko czy chcą się do siebie zbliżyć i utrzymać bliskość po latach. Bo na początku znajomości większość par nie ma z tym problemu, są zakochani, przeżywają rodzaj unii, czują się wyjątkowi jako związek, a partnera widzą jako idealne dopełnienie. Różnice pojawiają się potem. A ściślej: pojawia się spostrzeganie różnic, bo one istnieją od początku, tylko nie chce się ich widzieć. Psychologowie zgodnie podkreślają, że różnice i podobieństwa to nie są kryteria określające perspektywy związku.

– Jednym z fundamentalnych dylematów człowieka jest to, jak zachować równowagę między autonomią a byciem z drugim człowiekiem. Bo jeśli się jest skrajnie autonomicznym, to gubi się związek, a jeśli związek jest zbyt symbiotyczny, to gubi się siebie. Trzeba zachować oddzielność, bo inaczej  partner zaczyna być jak własna ręka. Ręka jest niezbędna, jednak trudno się nią fascynować – mówi psychoterapeutka.

Według niej mówienie, że nie można żyć bez partnera, jest sygnałem potencjalnego zagrożenia związku. Bo jeżeli nie istnieję bez drugiego człowieka, to co mam mu do zaoferowania? Tylko pewien rodzaj bezradnej zależności, zawieszenia na nim, nic więcej. Cała sztuka polega na tym, żeby od dziecięcej zależności przejść do tego, co się nazywa dojrzałą wzajemnością. I jak już tę dojrzałość osiągniemy, co niektórym się udaje, to, czy jesteśmy podobni, czy różni, nie ma większego znaczenia.

Związek nie jest statyczny, każdy z nas się zmienia, zmieniamy się też wobec siebie. Dlatego początkowe podobieństwa i różnice mogą być złudne i przelotne. To, że na początku oboje lubią na przykład życie towarzyskie, chodzenie do kina czy aktywność obywatelską, niczego na przyszłość nie gwarantuje.

Zofia Milska-Wrzosińska: – Nie spotkałam się ze zjawiskiem, żeby ustabilizowane, dobrze funkcjonujące pary bardzo różniły się w poglądach politycznych. Owszem, mamy teraz do czynienia ze wzmożeniem emocjonalnym w obszarze światopoglądu, ale raczej między rodzicami a dziećmi czy w rodzeństwie. Natomiast w parach te różnice na ogół są wtórne. Jeżeli stają się zarzewiem kłótni, to oznacza, że są do czegoś używane, czyli że jedna ze stron stosuje je jako broń, ale tak naprawdę nie chodzi o poglądy, tylko o wyrażenie złości na partnera, o pokazanie, że jest beznadziejny, bo nie chodzi na demonstracje albo chodzi nie na te, co trzeba.

A Olga i Borys?

– Jeżeli kiedyś się zakochali, to znaczy, że jest w nich jakiś potencjał do bycia razem. Inaczej w ogóle by na siebie nie zareagowali. Nie ma różnic niemożliwych do przejścia. Choć czasem bycie razem może być skomplikowane. Na przykład jeśli ona lubi seks późnym wieczorem, kiedy on już głęboko śpi, a on o szóstej rano, kiedy jej nie da się dobudzić bez awantury. Ale bycie w związku to uczenie się różnic między partnerami i próba radzenia sobie z tym, co nas dzieli. Ta próba może się powieść albo nie, ale jej podejmowanie jest wpisane w życie pary. Musi być jednak między ludźmi wystarczająco dużo pozytywnych emocji. Zbadano nawet ile: 4:1, czyli na pięć kontaktów cztery pozytywne, wtedy ten jeden negatywny nie działa niszcząco. Szansa na porozumienie istnieje w każdej parze, bo nieprzypadkowo coś skłoniło dwoje ludzi ku sobie. A to, co ich wzajemnie przyciągnęło, równie dobrze może stać się uciążliwą przeszkodą, jak i wielką szansą. Wszystko w ich rękach.

Spotkajmy się w łóżku

- Jak na seks wpływa to, że jesteśmy pod wieloma względami podobni albo różni? Alina Gutek pyta seksuolożkę Izabelę Jąderek.

Trudno wyobrazić sobie porozumienie, gdy ludzie mają skrajnie odmienne wartości i potrzeby: kiedy na przykład dla niej priorytetem jest dziecko, a dla niego – kariera. Nie znaczy to jednak, że gdy już na wstępie widzimy duże różnice, należy się wycofać. Z całą pewnością trzeba otwarcie rozmawiać o swoich potrzebach. Tymczasem ludzie na początku znajomości w ogóle nie poruszają tych tematów, na przykład co to znaczy dla nich zdrada. A potem ona dziwi się, gdy partner przyłapany na oglądaniu pornografii mówi: „To dla mężczyzny normalne”. Ona natomiast uważa, że niedopuszczalne są nawet żarty na ten temat. Dzisiaj, kiedy dużo ludzi pozostaje w relacjach poliamorycznych, warto jasno powiedzieć: „Nie godzę się, żebyśmy sypiali z innymi osobami”. Albo wprost przeciwnie: „Nie jestem teraz gotowy na monogamię”. To zaoszczędza rozczarowań, ale także daje więcej jasności. Jeśli mimo różnic chcemy być razem, trzeba zrezygnować z jakiegoś kawałka swoich oczekiwań na rzecz partnera. Wielce prawdopodobne, że on zrobi to samo.

Potwierdzają to badania nad relacjami – jeśli ustępuję, to druga osoba również jest w stanie dla mnie z czegoś zrezygnować. A jeśli się uprę, że zmian nie chcę, to ona zrobi tak samo. Trudno na takim oporze budować poczucie bezpieczeństwa i zaufanie.

Inny problem dotyczy wyjścia z rutyny życia seksualnego: gdy jedna strona chce urozmaicenia, a druga nie. Najważniejsze, żeby nie wywierać na partnera presji. Warto jednak, aby ten, kto uznaje różne formy urozmaicenia w seksie za coś dziwnego, zastanowił się, z czego to wynika: z wychowania, wpojonego światopoglądu, stereotypów? I żeby nad tym popracował. Warto redukować coś, co nas ogranicza, na rzecz tego, co nas rozwija. Strona proponująca owe urozmaicenia powinna z kolei wykazać się delikatnością, zrozumieniem.

Przychodzi do mnie do gabinetu para 40-latków, są razem 12 lat. Ona – ognista, świadoma swego temperamentu, domaga się: „Nie traktuj mnie nabożnie, ale jak kobietę z potrzebami”. On chce kochać się tak jak zawsze i nie wie, jak jej sprostać, nie rozumie jej potrzeb. Mówi, że to, co u nich nie działa, to seks. Ona problem widzi inaczej – najbardziej przeszkadza jej to, że mąż nie ma zainteresowań, że zajmuje się nią, a nie sobą, że nie przejmuje inicjatywy. W ogóle nie ma mowy o seksie! Dopiero po moim pytaniu przyznała, że też nie jest z tym dobrze. Potencjał do bycia razem w tej parze istnieje. Ale żeby związek się nie rozpadł, on powinien zastanowić się, co go ogranicza, czy patrzy na żonę jak na kobietę, czy tylko jak na matkę swoich dzieci. I poszukać czegoś, co może jej dać. Ona również powinna wytłumaczyć, co się w niej zmieniło, jakie teraz ma potrzeby.

Związek opiera się na intymności, zaangażowaniu, namiętności, z czego namiętność zwykle wygasa najszybciej, ale to nie znaczy, że nie można jej wzniecać. Para ma zadanie nieustannie pracować nad pożądaniem. Badania wskazują, że trzeba dbać o wolną przestrzeń, żeby można było za kimś zatęsknić, o sposób spędzania czasu, zainteresowania, o to, żeby nadal być atrakcyjnym w oczach drugiej osoby. Być nie tylko przyjacielem, który pogłaszcze, ale także kochankiem, do którego rwie się ciało.

 

 

  1. Psychologia

A gdyby Boże Narodzenie było naprawdę… przyjemne?

Czy możemy zdobyć się na odwagę i spędzić święta zgodnie z naszymi oczekiwaniami i potrzebami? (fot. iStock)
Czy możemy zdobyć się na odwagę i spędzić święta zgodnie z naszymi oczekiwaniami i potrzebami? (fot. iStock)
Wszyscy oczywiście wiemy, jakie są teoretyczne założenia dotyczące świąt, a zwłaszcza Bożego Narodzenia. Ma być wy-ją-tko-wo! Ma lśnić podłoga w salonie, galareta na karpiu i brylantyna na ufryzowanych grzywach. W powszechnym użyciu są określenia „magiczny czas”, „szczególny moment”, „niecodzienna bliskość”, „głęboka refleksja”.

Tymczasem to właśnie przed świętami zapełniają się gabinety coachów i terapeutów, bo tak ustawiona perspektywa celebry dla części z nas jest po prostu nie do zniesienia. Z jakiego powodu?

Właśnie z takiego, że ma się nijak do naszej codzienności, zabieganej i nieprzewidywalnej. Istnieją zapewne rodziny, w których jest co świętować. Jednak sporo jest między nami takich rodzinnych puzzli, które nijak – nawet w święta (a może zwłaszcza w święta) nie chcą do siebie nazbyt zgrabnie pasować. Świąteczne reklamy niekiedy drażnią też ludzi samotnych, nie tylko starszych, ale również młodych singli.

Co zatem robić? Skoro święta już są, to zrób sobie przyjemne święta. Zerknij na doroczny rytuał krytycznie. Zamiast być jego niewolnikiem i bezrefleksyjnie rzucić się w wir świątecznych przygotowań (lub popadać w odosobnieniu w coraz głębszy smutek i frustrację), zastanów się, jak mają wyglądać święta urządzone po twojemu. Skoro nie jesz karpia, po co go przyrządzasz? Jeśli męczysz się długimi posiedzeniami nad makowcem, czemu nie wstaniesz od stołu? Po co ci dwanaście potraw, skoro lubisz tylko barszcz z uszkami, a twoi bliscy marzą jedynie o kapuście z grochem? Po co łamanie się opłatkiem i udawana życzliwość, gdy złość pod spodem aż kipi? Po co męka kupowania wymuszonych prezentów, skoro nikt się z nich potem nie cieszy? Po co ścieranie kurzu na kolanach, skoro najwięcej kłopotu i tak jest z nieporządkiem, który w głowach i sercach…

Zanim więc zrobisz listę zakupów, zatrzymaj się na chwilę i odpowiedz sobie na kilka pytań:

Jak chcę się czuć w te święta? Z kim – tak naprawdę – chcę je spędzić? Które świąteczne aktywności (i pyszności) zaowocują prawdziwą frajdą? Co zrobię – począwszy od dziś, by tak było.

I nie chodzi tu o wojnę z tradycją i rytuałami – one są ważne i mają swoją funkcję. Chodzi o to, by przestać żyć automatycznie, zacząć słuchać siebie i zdobyć się na ryzyko/odwagę wprowadzenia takich zmian, które będą w bombkach na choince odbijać nasz prawdziwy komfort.

A przy okazji – jeśli składową przyjemnych świąt są dla ciebie relacje, to pamiętaj, że warto o nie dbać nie tylko w chwili, gdy trzaska w dłoniach łamiący się opłatek.

O autorce: Beata Kaczyńska – psycholog, master coach i trener biznesu w WINGS Szkoła Coachingu. Nauczyciel i superwizor innych trenerów i coachów.

  1. Psychologia

„Domyśl się, czego mi trzeba!” – żądania i pretensje zatruwają związek

Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „Domyśl się, czego mi trzeba!”, „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!”. Ciągle szukamy kogoś, kto spełni nasze życzenia. To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych – twierdził Marshall Rosenberg, twórca Porozumienia bez Przemocy.

„Dlaczego nigdy mi tego nie mówiłaś?!” „Cały czas ci to powtarzam!” Tomek Bagiński, trener, coach stosujący Porozumienie bez Przemocy w mediacjach dla par, te dwa zdania nazywa absolutną klasyką. – On mówi i ona mówi. Dwa monologi, które nie mogą stać się dialogiem, bo oni nie słyszą siebie nawzajem, chcą się z czymś przebić, ale nie wiedzą jak, więc ja tłumaczę to wszystko na język uczuć i potrzeb – opowiada Tomek. – I wspieram, to znaczy pytam: „Co usłyszałaś?”; „Co powiedziała twoja partnerka?”. Pomału zaczynają siebie słuchać, uczą się tego. Na przykład kobieta mówi: „chcę, żeby on zmienił pracę!”. Ale pod tym kryją się potrzeby kontaktu i wspólnoty; aby mężczyzna spędzał więcej czasu w domu, żeby byli bliżej siebie.

Ola i Tomek Bagińscy metodę Porozumienia bez Przemocy poznali trzy lata temu. Ola stworzyła właśnie Fundację Świadomego Rozwoju, która propaguje działania oparte na tej metodzie. Są razem od 13 lat, mają dwoje dzieci – 6-letniego Kacpra i 4,5-letnią Martę. Nowa droga odmieniła ich życie rodzinne.

Potrzebuję czułości. A ty?

W swoich książkach i na wykładach Marshall Rosenberg zwracał uwagę na dziwną rzecz: prawie każdy z nas jest przekonany, że jeśli ktoś nas kocha, to na pewno wie, czego potrzebujemy. Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „domyśl się, czego mi trzeba!”. „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!” To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych.

Miłość i intymność są podstawowymi potrzebami. Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności.

W książce „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy” Rosenberg dzielił się własnymi doświadczeniami: „Jako mężczyzna byłem tak samo mało świadomy własnych potrzeb jak moja partnerka, ponieważ nie miałem w ogóle pojęcia, jakie mam potrzeby. Jeśli nie były one spełnione, to czekałem, aż moja partnerka zatroszczy się o mnie. A jeśli tego nie robiła, to miała poczucie, że robi coś źle. Ja się wycofywałem, a ona pytała: »Marshall, o co chodzi?«. Odpowiadałem: »O nic«. Nie wytrzymywała tego długo i otrzymywałem to, co chciałem. To bardzo proste, ale ma wysoką cenę. Pomału, ale konsekwentnie człowiek staje się uczuciowym analfabetą, emocjonalnym idiotą. Nie uczy się mówić: »Mam właśnie wielką potrzebę kontaktu i czułości. A ty?«. Oczekiwałem od kobiety, aby znała moje potrzeby lepiej niż ja sam! To ona powinna dbać o zaspokojenie moich potrzeb. Kiedy tego nie robiła, byłem wściekły. Zawsze miałem wokół siebie kochane kobiety, które wiedziały, czego potrzebuję, i dawały mi to. I im lepsze w tym były, tym bardziej niezdolny, ograniczony i bezrozumny byłem ja”.

Usiądźmy z przyjaciółmi

Ola i Tomek naukę porozumiewania się bez przemocy porównują do gry na pianinie: najpierw ćwiczysz gamę, ręce są mało elastyczne. Ale z czasem z tych gam zaczyna układać się kawałek muzyki, potem dłuższy, aż w końcu płynie melodia.

– Najpierw uczyliśmy się być ze sobą w kontakcie, utrzymać stan otwarcia i przepływu, współobecności – mówi Ola. – To wcale nie jest łatwe, gdy pojawia się różnica zdań, a przede wszystkim silne emocje, złość, pretensje. Sztuka polega na tym, aby z jednej strony być przy sobie, czyli być świadomym, o co mi chodzi, co czuję i czego potrzebuję, a jednocześnie być w kontakcie z bliską osobą: „Czego on potrzebuje?”. Dotrzeć do tego, że moje i twoje jest tak samo ważne.

– „No tak, ale jeśli zgłoszę jej swoją potrzebę, to co o mnie pomyśli. Przecież mężczyzna ma sobie radzić bez gadania. Otwierając się, wystawiam się na strzał”. Tak często myślą mężczyźni – mówi Tomek.
– „Chcę się z nim czymś podzielić. Ale on nie słucha, od razu radzi, zrób tak i tak. A ja nie potrzebuję rady. Chcę powiedzieć, co jest dla mnie ważne w tej chwili”. Tak na ogół reagują kobiety – mówi Ola. – Nie mogę cię usłyszeć, bo sama chcę być usłyszana. Jeśli cię wysłucham, to będzie znaczyć, że się z tobą zgadzam. A wtedy uznasz, że masz rację, i nie wysłuchasz mnie! Te obawy są źródłem nieporozumień, napięć, urazów i pretensji. Czujemy się bezradni, więc się zamykamy, i w końcu chcemy się rozwodzić.

Twierdzą, że w związkach potrzebujemy raz na jakiś czas usiąść i porozmawiać, co się z nami dzieje, a jeśli się nie słyszymy, to poprosić o pomoc przyjaciół, bo dobrze, jak ktoś popatrzy z zewnątrz. Oni na szczęście mają przyjaciół zaznajomionych z Porozumieniem bez Przemocy, więc korzystają z mediacji.

Opowiadają o takiej sytuacji: jakiś czas temu byli razem na kilkudniowym warsztacie dla kobiet i mężczyzn. Wieczorem ktoś z uczestników obchodził imieniny, było wino, świętowanie, luźna atmosfera. Dystans między ludźmi zdecydowanie się zmniejszył. – Zobaczyłam, jak kobiety dotykają pleców Tomka – opowiada Ola. – Opanowały mnie silne emocje, bunt, sprzeciw i ból. Ale on nie reagował, pozwalał się dotykać. Wróciliśmy do domu, próbowaliśmy rozmawiać. Trzy godziny trudnej, ciężkiej rozmowy! Bez efektów. Monologowaliśmy, nie mogliśmy się usłyszeć. W końcu doszłam do wniosku, że nie możemy być razem, bo skoro ja nie chcę go zmieniać, a nie mogę zaakceptować jego zachowania, to znaczy, że nie mogę być w tym związku. Poszliśmy na mediacje.

– Wreszcie mogliśmy usłyszeć siebie nawzajem – opowiada Tomek. – Mówiłem Oli, że jest dla mnie ważna i poszukamy rozwiązań, które dadzą jej poczucie bezpieczeństwa. Znaleźliśmy takie rozwiązanie: następnym razem, gdy coś podobnego się wydarzy, a ona poczuje się zagrożona, miała powiedzieć nazwę naszej ulubionej kawiarni, wtedy ja zareaguję. Nic takiego od czasu tej mediacji się nie zdarzyło, jednak ja stałem się bardziej uważny.

Artykuł archiwalny. Aleksandra Bagińska, psycholożka, z pomocą Tomasza, nadal prowadzi Fundację Świadomego Rozwoju. Tomasz Bagiński propaguje metodę Kręgów Naprawczych. W Fundacji prowadzi zajęcia oparte na PbP – w szczególności dotyczące konfliktów czy sytuacji mediacyjnych.