1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Przestrzeń potrzebna do życia - co robić, gdy jest jej za mało?

Przestrzeń potrzebna do życia - co robić, gdy jest jej za mało?

Brak przestrzeni może mieć destrukcyjny wpływ na nasze samopoczucie (Fot. Getty Images)
Brak przestrzeni może mieć destrukcyjny wpływ na nasze samopoczucie (Fot. Getty Images)
Żyjemy z zatłoczonych miastach, jeździmy przepełnionymi autobusami, siedzimy w biurach w open space’ach, wiecznie skazani na czyjeś towarzystwo. Co z nami robi brak przestrzeni dla siebie? Trenerka Renata Mazurowska pyta psychoterapeutę Pawła Droździaka.

Według kanadyjskich naukowców mieszkańcy dużych miast częściej cierpią z powodu problemów psychicznych – o 21 proc. zwiększa się ryzyko zaburzeń lękowych, a o 39 proc. zaburzeń nastroju i depresji. Jaką rolę odgrywa w tym przestrzeń?
Kiedy rozmawiamy o przestrzeni fizycznej, tak naprawdę chodzi o granice przestrzeni psychicznej, o poczucie własnej odrębności – bo psychologicznie, żeby się oddzielić, wystarczy telewizor, książka albo smartfon i już jesteśmy gdzie indziej, nie tam, gdzie naprawdę jesteśmy. Każdy człowiek potrzebuje odrębności swojego świata psychicznego. Mała przestrzeń powoduje więcej interakcji, bo ja dokądś idę, ktoś wchodzi mi w drogę, albo patrzę na coś i inni też na to patrzą – muszę brać cały czas pod uwagę inne osoby. I zaczynam tracić to poczucie psychicznej odrębności.

Z drugiej strony potrzebujemy też być w grupie.
Dlatego nie każdy może być kosmonautą czy popłynąć w długi rejs jachtem. Ale też  nie każdy może pracować w open space. Potrzebujemy być w grupie, o ile ta grupa nie jest dla nas inwazyjna. U dziewczynek wychowanych w rodzinach, gdzie niezachowana była odrębność, występują często zaburzenia odżywiania. Bo, metaforycznie rzecz ujmując, miały swoją szufladę, ale nie miały do niej kluczyka – każdy do tej szuflady zaglądał, mógł coś do niej wkładać i coś z niej wyjmować, trzymać też tam coś swojego, ale dziecko nie miało poczucia, że ta szuflada jest tylko jego. Kiedy wszystko jest wszystkich, a każdy się interesuje każdym, przez dorastającą dziewczynę jest to przeżywane jako nieustająca inwazja, opresyjność braku granic, także na poziomie ciała, pojawia się presja wyrzucenia ze swojego ciała pokarmu. Nie może, nie chce go przyjąć. Podobnie człowiek, który siedzi biurko w biurko z kimś w pracy, potrzebuje mieć taką „swoją szufladę”, własną teczkę albo cokolwiek własnego, a gdy tego nie ma, przenosi swoją uwagę i aktywność psychiczną w inne miejsce, na ekran smartfona, w słuchawki z muzyką, przeglądanie Internetu. Musi mieć psychicznie coś swojego.

Gdy się zmusi ludzi do bycia razem, na wspólnej przestrzeni, w biurze, na szkoleniu, w przedziale pociągu, wychodzą na wierzch ciekawe rzeczy, ujawniają się role, jakie przyjmujemy, to, w jaki sposób się dogadujemy lub rozwiązujemy konflikty…
I mogą się zadziać rzeczy traumatyczne, szczególnie jeśli nie ma kogoś, kto profesjonalnie nad tym procesem czuwa. Dlatego trzeba być ostrożnym w przypadku wszelkiego rodzaju zamkniętych zajęć coachingowych, grupowych, warsztatowych czy szkoleniowych dla pracowników tej samej firmy. Ich uczestnicy są często zachęcani do ujawniania swoich osobistych kawałków. O ile odsłanianie się w grupie terapeutycznej jest bezpieczne i służy terapii, bo grupa ta zwykle składa się z obcych sobie ludzi, którzy później się rozejdą – to w pracy zostajemy potem z tymi prywatnymi informacjami i ujawnionymi przeżyciami na kolejne miesiące czy lata, w tej samej grupie osób. To bywa niebezpieczne. Dlaczego w więzieniach nie dopuszcza się, by ludzie, którzy dzielą jedną celę, cały czas spędzali ze sobą? Boby się pozabijali. Rotuje się więc ich między celami, a nawet między zakładami karnymi. Dlaczego na uroczystościach rodzinnych mamy odruch włączania telewizora? Bo potrzebujemy poczuć własną odrębność psychiczną, na chwilę przenieść uwagę na coś innego niż znane twarze.

Wyłączając się psychicznie, chronimy swoje fizyczne i psychiczne granice?
Podstawowy w kontakcie z innymi jest kontakt wzrokowy. Możemy być w takim kontakcie przez kilka, kilkanaście sekund, ale nie jesteśmy w stanie zachować ciągu myśli i skojarzeń, wpatrując się nieustannie w czyjeś oczy. Telewizor czy kominek pomagają się zresetować.

Ale i słuch jest ważny – nie da się długo siedzieć z kimś, kto bez przerwy ma coś do powiedzenia.
Jeśli ktoś bez przerwy gada, to radzimy sobie w taki sposób, że przestajemy go słuchać.

Dlaczego się izolujemy, czego boimy się doświadczyć?
Boimy się wszystkiego, bo nie wiadomo, co może się wydarzyć.  Na statkach handlowych marynarze chronią się w ten sposób, że uciekają w strukturę hierarchiczną, w porządek, którego tam nikt nie kwestionuje, bo jakby zakwestionowali, to trzeba by go na nowo ustalać, a to na zamkniętej przestrzeni, w grupie rywalizujących mężczyzn, mogłoby się skończyć tragicznie.

Do izolowania się służą nam też alkohol, narkotyki czy wszechobecne dopalacze. Uciekamy w te odmienne stany, bo jesteśmy przebodźcowani?
Cały czas zalewani jesteśmy informacjami, a na dodatek wszędzie jeszcze są jacyś ludzie, którzy czegoś od nas chcą. Zwłaszcza w dużych miastach. Dla osób o strukturze psychotycznej bycie z ludźmi jest szczególnie trudne. Z zadowoleniem witają oni pojawienie się kas automatycznych w sklepach, odpraw przy automatach na lotniskach, bo nie muszą wchodzić w żadną interakcję. Zamiast jeździć komunikacją miejską, co jest przecież i szybsze, i tańsze, każdy woli mieć swój samochód, by choć przez chwilę pobyć samemu.

Wielka przestrzeń też potrafi być zagrażająca.
Z tego samego powodu – poczucia odrębności własnego istnienia, z tą różnicą, że zamiast strachu przed zalaniem ujawnia się strach przed rozpadem. Nie mamy się czego uchwycić, kręci nam się w głowie, boimy się latać – to wszystko ma związek z poczuciem braku kontroli i z konstrukcją naszej osobowości. Niezależnie, na jakiej przestrzeni znajduje się człowiek, potrafi budować wewnętrzne bariery. Są ludzie, którzy nie mają na tyle poczucia własnej integralności, by wytrzymać, że np. ktoś cały czas obok nich przechodzi. Niektórzy z tego powodu nie są w stanie chodzić do galerii handlowych, gdzie tłum się przelewa jak natrętne myśli. A ktoś inny powie: „Niezależnie, czy ludzi wokół mnie jest milion czy pięciu, wewnętrznie jestem sam”.

Teoretycznie, jeśli mamy zdrową strukturę psychiczną, poradzimy sobie w każdej przestrzeni, ale przyznasz, że mało kto wytrzyma, jak co chwila ktoś mu za plecami przechodzi, gdy pracuje w jakimś komunikacyjnym ciągu.
To jest dla każdego nie do zniesienia, uruchamia paranoiczne myśli: „On może myśleć o mnie różne rzeczy, a ja nie mam możliwości myśleć o nim nic”.

Aż strach pomyśleć, co nam robią przestrzenie typu open space.
Wymyślono je po to, by obniżyć koszty budowy, oraz po to, by kontrolować pracowników. Dyrektorzy uciekają do gabinetów, a pracownik ma być pod nieustającą kontrolą, zero prywatności. Żeby przetrwać w open space, trzeba mieć dużą zdolność budowania wewnętrznych barier. Bo jeśli tego nie mamy, praca w takich warunkach prowadzić może nawet do psychozy.

Każdy potrzebuje granic?
Jest taka znamienna scena w jednym z reportaży o obozach jenieckich z czasów II wojny, gdy wyzwalano oficerski obóz – stoły podzielone były kredą na małe kwadraty i w miejscu, gdzie rękawiczki z jednego kwadratu przekroczyły granice drugiego, miały obcięte palce.

To się zdarza także w firmach, gdy przekraczamy czyjąś przestrzeń, rozkładając swoje rzeczy na cudzych stanowiskach, „pożyczając” sobie z innych biurek przedmioty…
Niebranie pod uwagę cudzych granic może się wiązać z tym, że ktoś sam także nie czuje dobrze własnych. Jeśli moje granice psychologiczne są stale ignorowane, niemożliwe jest utrzymanie stabilnego poczucia „ja”. Dlatego każdy powinien – dla własnego zdrowia psychicznego – i w głowie, i w domu mieć jakiś swój własny kawałek podłogi.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Praca i partnerstwo – jak sobie radzić, gdy oboje pracujemy z domu? Co pokazują badania?

Wspólna praca pod jednym dachem wymaga nowych rozwiązań. (fot. iStock)
Wspólna praca pod jednym dachem wymaga nowych rozwiązań. (fot. iStock)
Kwarantanna, społeczny dystans, praca zdalna – nowa, zwykle dość trudna rzeczywistość dla większości z nas to skutek epidemii Covid-19. Jedyne, co nam pozostaje, to najczęściej przebywanie w towarzystwie najbliższej rodziny, partnera i domowników. Nigdy wcześniej nie byliśmy zmuszeni do tak intensywnego łączenia pracy z życiem rodzinnym. Dla wielu par to prawdziwe wyzwanie, aby na niewielkiej wspólnej przestrzeni połączyć swoje życia zawodowe z rodzinnymi i domowymi obowiązkami.

Niegdyś praca zdalna traktowana była jako benefit. Jednak, upragnione przez niektórych, przeniesienie życia zawodowego do domu może obfitować w wiele negatywnych skutków. Trudności z rozdzieleniem domowych i zawodowych czynności, które się obecnie pojawiają nie dotyczą nas indywidualnie (chyba, że mówimy o singlach). Przekładają się one coraz bardziej na nasz związek i rodzinę.

Jak w czasie pandemii radzą sobie pary w Polsce? Jak zareagowały na nagłą konieczność pracy zdalnej? Jak radzić sobie skutecznie z tymi nowymi wyzwaniami? – Zjawisku przyjrzał się dokładniej zespół badaczek z Uniwersytetu SWPS. Pierwszą część badań zrealizowano w ramach projektu „Pary w pandemii: radzenie sobie z konfliktami praca-dom i dom-praca w warunkach dystansu społecznego.”

- Okazało się, że z tą nagłą i wymuszoną pracą zdalną wiąże się cały wachlarz psychospołecznych konsekwencji. Z jednej strony badani podkreślali jej korzystne aspekty, jak oszczędzanie czasu związanego z dojazdami do firmy, poczucie mniejszego pośpiechu w ciągu dnia, czy pogłębienie relacji z partnerem lub partnerką. Z drugiej strony okazało się, że praca w firmie ma też sporo korzyści. Naszym rozmówcom brakowało codziennych rytuałów (jak ubieranie i malowanie się do pracy), czy kontaktów „na żywo” ze współpracownikami. Częstym problemem było poczucie ciągłego bycia w pracy i trudności w „odłączeniu się” od niej – podsumowuje dr Anna Studzińska.

Nigdy nie wychodzę z pracy… Konflikty praca-dom

Czego możemy się spodziewać przy połączeniu tych dwóch różnych światów? Otóż, jak zaznaczają autorzy badania „połączenie strefy zawodowej i domowej może prowadzić do pojawienia się lub nasilenia dwóch konfliktów: praca-dom i dom-praca.
  1. Konflikt praca-dom zachodzi, gdy wymagania i napięcia związane z pracą oddziałują na zdolność pracownika do wywiązywania się z obowiązków rodzinnych.
  2. Natomiast konflikt dom-praca odzwierciedla sytuację, w której wymagania związane z życiem rodzinnym ograniczają możliwość wykonywania obowiązków zawodowych.”
W obecnej sytuacji epidemicznej oba te konflikty zwykle się przenikają i jedno zadanie odbywa się kosztem innego. W sytuacji, gdy do obowiązków domowych dodamy jeszcze opiekę nad dziećmi, siłą rzeczy przeważał będzie konflikt dom-praca. W tej grupie badanych stosowanie różnych strategii wymaga albo dużej elastyczności, albo jest zwyczajnie niemożliwe. Rodzice, zamiast zajmować się planowaniem czasu i przestrzeni, po prostu reagują na sytuację na bieżąco.

Z kolei wiele par, nie obarczonych opieką nad dziećmi, wypracowało sobie konkretne modele działania. Ekspertki wskazały tutaj na dwie strategie radzenia sobie z konfliktem między pracą a domem: separacja oraz integracja. W pierwszej grupie badani wyznaczali ostre granice między pracą a domem, co dotyczyło zarówno fizycznego oddzielenia przestrzeni (zaadoptowanie nowej przestrzeni z przeznaczeniem na biuro) jak i psychologicznego rozdzielenia tych obszarów (przykłady? – wyznaczenie stałych godzin pracy i nieprzekraczanie wyznaczonego czasu, czy nawet nierozmawianie na tematy służbowe po zakończeniu służbowych obowiązków). Tymczasem w drugiej grupie, tak zwanych integratorów, oba światy dość płynnie przeplatały się ze sobą. Nie tylko nie przeszkadzał im taki stan rzeczy. Integratorzy doceniali nawet, że mogą planować działania zawodowe w czasie wykonywania obowiązków domowych (np. w trakcie sprzątania, gotowania) lub zrobić sobie przerwę w pracy kiedy tego potrzebują i poświęcić ją na chwilę odpoczynku.

- Wymagania, z którymi musimy radzić sobie na co dzień – zarówno te zawodowe, jak i związane z obowiązkami domowymi – wymagają od nas wysiłku, dlatego wyczerpują nas fizycznie i psychicznie. Wypracowane przez pary strategie to sposoby na redukowanie obciążeń, zarówno wprost, przez zmniejszanie ich natężenia, jak i pośrednio – poprzez dostarczenie zasobów do lepszego radzenia sobie z nimi – tłumaczy dr Ewelina Smoktunowicz.

Jak wygląda domowa „pandemiczna” regeneracja?

Część strategii, które wypracowało sobie wiele par, dotyczyło tego, w jaki sposób skutecznie odpoczywać i regenerować siły. Jak wymieniają psycholożki „sport, kontakt z naturą (gdy pozwalały na to obostrzenia epidemiologiczne) czy hobby były sposobem na relaks, ale również odreagowaniem niepewności wywołanych zmieniającą się rzeczywistością. Podobną funkcję spełniało poszukiwanie wsparcia bliskich lub specjalistów, a także pogłębianie i rozwijanie relacji z partnerem lub partnerką. Częstą praktyką było także redukowanie nadmiaru obowiązków, np.: poprzez robienie zakupów przez Internet, ograniczanie liczby spotkań czy nawet zmniejszenie wymiaru etatu.”

- Kobiety są bardziej obciążone zadaniami w domu niż mężczyźni. Dodatkowo rola pracy w ich życiu jest postrzegana jako mniej centralna. W naszym kolejnym badaniu przyjrzymy się temu, w jaki sposób strategie podziału obowiązków pomagają parom w radzeniu sobie z konfliktami ról, gdy obie osoby pracują z domu. (…) – przewiduje dr Marta Roczniewska.

Źródło: mat. pras. SWPS. na podstawie badań zrealizowanych, w ramach projektu „Pary w pandemii: radzenie sobie z konfliktami praca-dom i dom-praca w warunkach dystansu społecznego. Intensywne badanie podłużne w diadach”, przez dr Martę Roczniewską, dr Ewelinę Smoktunowicz, Ewę Makowską-Tlomak  z Uniwersytetu SWPS oraz dr Annę Studzińską z Akademii Ekonomiczno-Humanistycznej w Warszawie.

  1. Styl Życia

Runy - między ezoteryką a nauką. Czym są i do czego się ich używa?

Runologia to nauka zajmująca się badaniem i odczytywaniem pisma runicznego. Wielu badaczy zwraca jednak uwagę na ich znaczenie energetyczne. (fot. iStock)
Runologia to nauka zajmująca się badaniem i odczytywaniem pisma runicznego. Wielu badaczy zwraca jednak uwagę na ich znaczenie energetyczne. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Służyły do pisania, jak chcą naukowcy, ale były też czymś więcej niż alfabetem. Miały moc magiczną. I wielu badaczy uważa, że zachowały ją po dziś dzień.

Trudno dziś ocenić, skąd się wzięły i kiedy zaczęto je stosować. Niektórzy twierdzą, że pojawiły się w umysłach magów i kapłanów jeszcze przed epoką brązu, inni, że znały je już ludy pierwotne. Słowo „runa” odnajdziemy we wszystkich starych dialektach germańskich. W języku gockim oznaczało tajemnicę, sekret, w staroangielskim i staroniemieckim „run” to również szept, rada. W fińskim „runo” to magiczny śpiew. Runy wpisywały się od samego początku w obszar wiedzy tajemnej, były postrzegane jako święta idea.

Przyjmuje się, że alfabety runiczne są związane z kulturą starożytnych ludów Skandynawii. Wykorzystywano je do uzdrawiania, przewidywania przyszłości, przyciągania pomyślnych zdarzeń, poszukiwania wewnętrznej prawdy. Pisano nimi zaklęcia mające chronić przed złymi mocami i zapewniać szczęście. Dziś też służą wielu osobom jako amulety, talizmany.

Z runami związana jest bardzo bogata mitologia. Zgodnie z nią, magiczne znaki zostały darowane ludziom przez boga Odyna, który jako pierwszy zgłębił ich tajemnicę. Objawiając ją ludziom, zapowiedział, że będą im pomocne we wszystkich sprawach. Marek Strzałkowski, terapeuta i autor książek o runach, uważa, że runy reprezentują potężne moce kosmosu. - Przez wieki próbowano odciąć ludziom do nich dostęp, w okresie intensywnej chrystianizacji obowiązywał zakaz używania ich pod karą śmierci - mówi.  - Runami posługiwał się Hitler (dość wymienić przywłaszczone przez nazistów Sowilo, Othala czy Eihwaz). Nic dziwnego, że runy długo nie najlepiej się kojarzyły. Wróciły do łask w latach 90., w czasie odrodzenia się ezoteryki. Można je odnaleźć w wielu znakach chrześcijańskich.

Futhark: 24 znaki energetyczne i magnetyczne

Najbardziej popularny alfabet runiczny - futhark starszy - składa się z 24 znaków (plus jednego pustego). Dzieli się go na trzy oktawy. - Pierwsza to tzw. młode runy przypisane okresowi dzieciństwa - tłumaczy Marek Strzałkowski. - Druga ósemka wiąże się z nauką, zdobywaniem doświadczeń. Trzecia to wyższa szkoła rozwoju, kwintesencja mądrości. Każda z run ma własną, specyficzną energię, ale działa w powiązaniu z pozostałymi. Bardziej „zaawansowane” znaki zawierają w sobie te prostsze. Futhark to spójna całość - zauważa Strzałkowski. - Obrazuje poszczególne okresy rozwojowe, duchowe wyzwania, to coś w rodzaju wędrówki mitycznego bohatera.

Runy dzielimy na energetyczne i magnetyczne. Te pierwsze tylko dają energię, drugie również ją pobierają. Inny podział to runy odwracalne i nieodwracalne. Znajomość tej charakterystyki może się okazać przydatna przy wróżeniu: runy odwracalne mają podwójną wymowę - pozytywną i negatywną. Jeśli runa odwracalna ukaże się do góry nogami, możemy zastanowić się, czy nas przed czymś nie ostrzega. Najlepiej jednak koncentrować się na pozytywnym przesłaniu, pamiętając, że znaki runiczne uważa się za bardzo życzliwe.

 
Zdaniem runologów związanych z ezoteryką, zanim zaczniemy używać run, warto zaznajomić się ze znaczeniem i energią każdej z nich, nawiązać z nimi bardziej osobistą relację. Strzałkowski twierdzi, że z runami trzeba rozmawiać, prosić je o wsparcie, dziękować za pomoc, przekazywać im pozytywne myśli. - Dobrze jest być z nimi w ciągłym kontakcie, trzymać pod poduszką. A rano, po przebudzeniu, wyciągnąć jeden znak, który ukierunkuje naszą energię, wesprze nas w codziennych wyzwaniach: tak zwaną runę dnia. Jego zdaniem, runy kochają ludzi. - Można ich używać do ochrony i uzdrawiania, do samopoznania, poszerzania świadomości - wylicza. Stymulują procesy fizjologiczne, wzmacniają organizm, hamują proces starzenia. Sięga się po nie przy przemarznięciu czy przeziębieniu. W takich przypadkach polecam Sowilo. Medytowanie z runami wzmacnia wiele wartościowych cech: wytrwałość, cierpliwość, empatię... Runy pomagają nawiązać kontakt z nadświadomością, pozwalają lepiej zrozumieć sens zdarzeń, zaufać naturalnemu biegowi życia.

Posługiwanie się runami - dla tych, którzy wierzą w energię i magię znaków

Zdaniem runologa komplet run najlepiej wykonać samemu, żeby zsynchronizować je z własną energią. Dobrze wcześniej opanować wiedzę na ich temat (np. z mitologii nordyckich). Marek Strzałkowski do wykonania run zaleca naturalny materiał występujący w przyrodzie, np. kamień lub drewno. - Można się też posłużyć gałązką brzozy, jarzębiny czy lipy, pociąć ją na 24 kawałki, po czym wypalić lub wyryć wszystkie znaki - radzi. - Jeśli zdecydujemy się na kamyki, niech wszystkie będą z jednego minerału i podobnej wielkości, a znaki runiczne namalujmy farbą. Niebieską, zieloną, czarną lub białą. Zdecydowanie odradzam kolor czerwony. Runy malujemy w określonym porządku, to znaczy od pierwszego do ostatniego znaku futharku, by zachować runiczny ciąg energetyczny.

W pracy z runami bardzo ważne jest zestrojenie się z ich energią. Strzałkowski sugeruje, by najpierw poczuć każdą runę, dopiero potem wczytywać się w opisy książkowe. - Najważniejszy jest bezpośredni kontakt. Dla każdego z nas dana runa będzie emanować inną energią - mówi. - Kiedy nasz futhark jest już gotowy, trzeba go naenergetyzować, najlepiej z pomocą zaufanego runologa. Jeśli wolimy skorzystać z gotowego kompletu run (np. kart), wybierajmy je intuicyjnie, a przed rozpoczęciem pracy oczyśćmy. Dobrze jest przeciągnąć każdy znak nad płomieniem świecy - po okręgu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Aby symbole mogły zacząć działać, potrzebujemy odpowiedniej atmosfery. Do każdego przemówią w inny sposób: poprzez wewnętrzne obrazy, odczucia w ciele, emocje, myśli. Język komunikacji trzeba sobie cierpliwie wypracować. Ucząc się run, dobrze jest nakrywać je mniej aktywną dłonią (lewą dla osób praworęcznych). Zadawać im pytania, prosić o radę, wpatrywać się w nie, wsłuchiwać. Jeśli losujemy runę dnia, spróbujmy najpierw poczuć jej energię, dopiero później zobaczyć, jaki znak do nas „przyszedł”.

 

Z runami jest jak z astrologią - można w nie nie wierzyć, ale można też pracować z nimi. I wielu badaczy run przekonuje o sile ich działania. Znawcy run ostrzegają przy tym, żeby pracować z nimi ostrożnie, bo ich energia może być niewłaściwie użyta. (fot. iStock) Z runami jest jak z astrologią - można w nie nie wierzyć, ale można też pracować z nimi. I wielu badaczy run przekonuje o sile ich działania. Znawcy run ostrzegają przy tym, żeby pracować z nimi ostrożnie, bo ich energia może być niewłaściwie użyta. (fot. iStock)

Kiedy zaczniemy pracować z runami, zaczniemy dostrzegać ich obecność w przyrodzie – w konarach drzew, układzie znalezionych na ziemi patyczków. Runy (ich nazwy) możemy intonować, kreślić je na ziemi, w powietrzu, a nawet wizualizować. Gdy czujemy na przykład zagrożenie, warto przywołać Algiz - najbardziej kochający, opiekuńczy znak runiczny. Wskazany jest umiar. Strzałkowski zaleca, by nie wzywać znaku dwukrotnie i za każdym razem, po skorzystaniu z jego pomocy, pamiętać o odesłaniu go i podziękowaniu. Sam komponuje muzykę runiczną, stworzył nawet własną nowatorską metodę - runomuzykoterapię, łączącą energię znaku z energią słowa. Używa run do uzdrawiania.

Kontakt z runami można też nawiązać poprzez ciało: przyjmując postawy oddające ich kształt. Jeśli chcemy skorzystać z energii Gebo, wystarczy stanąć w rozkroku ze wzniesionymi ku górze ramionami (tworząc X). Gdy potrzebujemy ochrony (Algiz), przyjmujemy podobną pozycję, tyle że stopy są złączone. I jeszcze coś dla wzrokowców: dzięki technice komputerowej tworzy się trójwymiarowe obrazy runiczne pozwalające wzmocnić działanie znaków. Z runami możemy pracować nad różnymi aspektami życia: sferą materialną i psychiczną, partnerstwem i zdrowiem, karierą i nauką (pod warunkiem, że dobrze opanujemy wiedzę na ich temat)... Przywoływać energię przypisanych im żywiołów. Poszczególnym runom odpowiadają też wybrane rośliny i minerały, kolory i znaki zodiaku, czakramy i narządy. Również litery - jeśli potraktujemy runy jako alfabet, możemy zapisać nimi własne imię.

Kiedy jesteśmy już bardziej zaawansowani w pracy z runami, możemy zacząć tworzyć sigile, czyli połączenia kilku wybranych znaków runicznych w jeden symbol. W ten sposób można wzmocnić energię na przykład jakiegoś ważnego przedsięwzięcia. Podobnie działa skrypt runiczny - zapisanie kilku run w odpowiedniej kolejności i z odpowiednią intencją (czasem graweruje się je na obrączkach).

Ciekawostka: znanym skryptem runicznym jest napis KMB, który umieszcza się z początkiem roku na drzwiach domu, by go ochraniał. Tworzą go pierwsze litery imion Trzech Króli, ale zauważmy, że występują w nim aż cztery runy: Isa zamraża miniony czas, Kenaz zwiastuje nowy początek, Ehwaz daje harmonię, Berkano zapewnia opiekę i pomyślność.

Przykładowe znaczenie run:
  • Fehu – obfitość
  • Uruz – zdrowie, kontakt z ziemią
  • Ansuz – komunikacja i twórczość
  • Kenaz – początek, poznanie
  • Gebo – miłość, wymiana, równowaga
  • Wunjo – radość, przyjaźń
  • Tiwaz – sprawiedliwość, cel
  • Laguz – intuicja, introspekcja
Ponadto: 
  • Raidho - energia, z którejdobrze jest skorzystać kiedy potrzebujemy zrobić ważny krok; 
  • Isa - pomaga się wyciszyć lub skoncentrować;
  • Hagal - jedna z najsilniejszych i najtrudniejszych run, z którą należy obchodzić się bardzo ostrożnie. Ma moc transformacji i odrodzenia, jest silnie oczyszczająca. Gdy opieramy się zmianom, może zburzyć nasz pozorny porządek.
  • Sowilo – kolejna mocna runa, która pozwala zregenerować siły, działa niczym mocna kawa. Zapewnia sukces i zwycięstwo. Ogrzewa.
Uwaga: znaków runicznych nie wyrzucamy do śmieci! Po wykorzystaniu należy oddać je ziemi albo wodzie.

Marek Strzałkowski: badacz kultu polskich run, absolwent Studium Psychologii Psychotronicznej w Białymstoku. Mistrz run, uczeń Richarda Bandlera oraz profesora Lecha Pawła Słupeckiego, najwybitniejszego znawcy kultu run będącego w światowej czołówce uczonych zajmujących się tą tematyką.

  1. Psychologia

Semantyka – słowa mają moc. Czy wypowiadasz je z uważnością?

Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Słowa dają i odbierają życie. Są błogosławieństwem i przekleństwem. Niszczą i leczą. Bywają jak uderzenie kamieniem i jak miód na serce. Napastliwe są przyczyną depresji i chorób, zachwytu – uskrzydlają. Jakich słów używamy? Jakich chcielibyśmy słuchać? Dlaczego tak łatwo wypowiadamy te, które ranią, a tak rzadko słowa uznania?

Używamy raniących słów, a nawet dopuszczamy się słownej agresji. Chyba nie ma nikogo, kto byłby od tego wolny. Kierowani lękiem i bezsilnością staramy się uzyskać władzę i kontrolę nad ludźmi, aby poczuć się lepiej. Często nie jesteśmy ani trochę świadomi, co kryje się za słowami, które wypowiadamy, ponieważ zjawisko słownej agresji jest w pewnym sensie częścią naszej kultury, jak pisze w książce „Toksyczne słowa” [Jacek Santorski & Co 2002] Patricia Evans.

„Dominacja, wymuszanie uległości, umniejszanie cudzych osiągnięć i zawyżanie własnych, dławienie oporu, manipulacja, krytyka, stosowanie nacisku i zastraszanie to akceptowane przez wielu reguły gry”.

Możemy poddać się dyktaturze kultury, jednak dobrze wiedzieć, że agresja słowna jest źródłem niezliczonych cierpień, ponieważ odcina od życia, od stanu współczucia. Wyklucza bliskość. Napastliwe słowa są przyczyną depresji i chorób. Głębokiego bólu. Smutku. Ciężaru w żołądku. Dławienia w gardle. Ściśniętego serca.

Gdy doktor Marshall B. Rosenberg, psycholog, założyciel Ośrodka Porozumienie bez Przemocy, zastanawiał się, jakie czynniki decydują o tym, że wzmacniamy w sobie życiodajny stan współczucia, uderzyła go kluczowa rola języka i sposobu, w jaki posługujemy się słowami. Posłuchajmy siebie: jakich słów używamy i w jaki sposób to robimy? Jakie słowa kierują do nas ludzie?

Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem

Komunikaty odcinające od życia to – wśród ogromnego bogactwa form, które mamy do dyspozycji – osądy, czyli stwierdzenia sugerujące, że ludzie, których działanie jest niezgodne z naszym systemem wartości, nie mają racji lub są źli. „Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem”, „Ona jest leniwa”, „Oni mają mnóstwo uprzedzeń”.

Zaprząta nas, kto jest dobry, zły, normalny, nienormalny, odpowiedzialny, nieodpowiedzialny, bystry, ograniczony, leniwy, głupi. Jeśli bliska osoba prosi mnie o więcej czułości, niż od niej dostaję, jest „zachłanna i niesamodzielna”.

Ale jeśli ja zapragnę więcej czułości, niż od niej dostanę, uznam, że jest „wyniosła i niewrażliwa”. Jeśli koleżanka z pracy bardziej niż ja przejmuje się detalami, jest „małostkową pedantką”, lecz jeśli to mnie detale bardziej leżą na sercu niż jej, będzie „niechlujną bałaganiarą”.

Patricia Evans w „Toksycznych słowach” wyróżnia rodzaje słownej agresji. To nie tylko wyzwiska („idioto”, „głupku”), wybuchy gniewu („zamknij się!”), zastraszanie, rozkazywanie, ale także nasze całkiem zwyczajne, niewinne powiedzonka. Wycofywanie się: „co mam ci powiedzieć?”, „o co ci chodzi, przecież rozmawiamy?”, „nigdy nie dopuszczasz mnie do głosu”. Sprzeciwianie się: „ależ skąd, wcale tak nie jest”, „mylisz się”. Lekceważenie: „jesteś przewrażliwiona”, „wyciągasz pochopnie wnioski”, „przesadzasz”, „masz zbyt bujną wyobraźnię”, „nie wiesz, o czym mówisz”, „wydaje ci się, że zjadłaś wszystkie rozumy”, „kiedy nie narzekasz, jesteś nieszczęśliwa”, „opacznie wszystko pojmujesz”. Słowna agresja ukryta w żartach („niedługo zapomnisz własnej głowy”, „czego można się spodziewać po kobiecie?”) rani do żywego, trafiając w najczulsze punkty.

Gdy mówimy, że jest nam przykro, możemy usłyszeć, że nie znamy się na żartach, bierzemy wszystko zbyt poważnie, robimy z igły widły. Wszystkie te stwierdzenia mają charakter napastliwy. Przerywanie i odwracanie uwagi: „zawsze musisz mieć ostatnie słowo!”, „nie rozumiem, do czego zmierzasz! Koniec dyskusji!”, „to stek bzdur!”, „odczep się ode mnie!”, „daj spokój!”, „przestań gadać!”, „skąd ci przyszedł do głowy tak szalony, głupi (dziwaczny, kretyński) pomysł?”, „przestań zrzędzić!”. Krytykowanie: „nie potrafisz wygrywać”, „zwariowałaś”, „nie wiesz, kiedy przestać”, „następnym razem powinnaś...”, „zobacz, co przegapiłaś”. Stwierdzenia zaczynające się od słów: „kłopot z tobą polega na tym, że...”, „twój problem polega na tym, że...”, są formą krytycznego, agresywnego osądu.

Podważanie opinii: „kto cię pytał?”, „zawsze musisz dorzucić swoje pięć groszy!”, „to cię przerasta”, „nigdy ci się to nie uda”, „myślisz, że jesteś taka mądra!”, „kogo chcesz zadziwić?!”.

Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba?

Co z tym robić? Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” [Jacek Santorski & Co 2003] proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. Teoretycznie to proste: zamiast osądzać i stawiać diagnozy, skupiamy się na jasnym wyrażaniu swoich spostrzeżeń, odczuć i potrzeb. Zamiast obrażać się na ludzi za ich nieprzemyślane słowa, wsłuchujemy się w nie i wydobywamy z nich uczucia, którymi są podszyte, ponieważ za każdym komunikatem kryją się uczucia i potrzeby. Nie mamy w tym wprawy, ponieważ raczej nie uczono nas ufać uczuciom, więc odcinamy się od tego, co się w nas dzieje. Nasza uwaga zwrócona jest na zło i niedostatki „nieprawidłowej” natury, nad którą musimy zapanować.

Tymczasem nasza natura jest jak najbardziej w porządku– w sposób naturalny jesteśmy zdolni czerpać radość ze współczującego dawania i brania. Gdy osądzamy i interpretujemy cudze zachowanie, tym samym ujawniamy własne pragnienia i oczekiwania. Reagujemy zgodnie z nawykiem: skoro moje potrzeby nie zostały zaspokojone, poszukam winy w tobie. Jeśli ktoś mówi: „Nigdy mnie nie rozumiesz”, tak naprawdę informuje tylko o tym, że pragnie być rozumiany.

Słuchaj, czego ludzie potrzebują, a nie co o tobie myślą – to jedna z głównych tez porozumienia bez przemocy. Każdy napastliwy komunikat może być dla nas jedynie informacją o drugim człowieku, o jego niezaspokojonych potrzebach.

Zadajemy sobie wówczas pytania: Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba? Jakie budzi we mnie uczucia i jakie potrzeby kryją się za tymi uczuciami?

Rosenberg przywołuje historię, która mu się przydarzyła. Prowadził zajęcia o języku serca w meczecie na terenie obozu dla uchodźców w Betlejem. Słuchało go 170 palestyńskich muzułmanów. Nagle jeden z nich nazwał go „amerykańskim mordercą”. „Na szczęście zdołałem skupić się na jego uczuciach i potrzebach”, pisze Rosenberg. Zaczęli rozmawiać i usłyszał o jego bólu, rozpaczy, pragnieniu lepszego życia i złości na Amerykanów. „Kiedy ten człowiek nabrał pewności, że go rozumiem, zdołał wysłuchać moich wyjaśnień, dlaczego przyjechałem do obozu uchodźców. Gdy minęła kolejna godzina, ten sam człowiek, który nazwał mnie mordercą, zaprosił mnie do siebie do domu na świąteczną kolację, bo działo się to akurat w czasie Ramadanu”.

Polecamy: Theodore Zeldin „Jak rozmowa zmienia twojeżycie”, W.A.B. 2001; Samuel Shem, Janet Surrey „Musimy porozmawiać”, Jacek Santorski & Co 2002; Arthur H. Bell „Nie musisz tego słuchać”, Rebis