1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Introwertyzm – jak sobie z nim radzić w codziennych sytuacjach?

Introwertyzm – jak sobie z nim radzić w codziennych sytuacjach?

Jak sobie radzić z introwertyzmem? - Poniżej kilka praktycznych porad. (fot. iStock)
Jak sobie radzić z introwertyzmem? - Poniżej kilka praktycznych porad. (fot. iStock)
Introwertyzm nie jest gorszy ani lepszy od ekstrawertyzmu. Jednak właściwa introwertykom rezerwa przysparza trudności w pracy wymagającej kontaktu z nowymi osobami i publicznych wystąpień. Jak sobie z tym poradzić, podpowiada coach Małgorzata Kniaź.

Akceptacja różnorodności

Jestem kosmetyczką, pracuję w dużym salonie. Nasz zespół to same kobiety, które mają między sobą specyficzne relacje. Opowiadają ze szczegółami, czasem intymnymi, o swoim życiu – partnerach, dzieciach, o tym, jak spędzają święta, urlopy i o co pokłóciły się z matką. Ja tak nie potrafię, a nawet razi mnie takie wywnętrzanie się. Wydaje mi się to nie na miejscu i jakieś powierzchowne. Czuję, że nie pasuję do grupy, że dystansuję się i nie jestem lubiana. Obawiam się, że w jakimś innym salonie mogę spotkać się z podobną sytuacją, a wiem, że trudno mi się będzie zmienić. - Ilona, 37 lat

Małgorzata Kniaź: Już w szkole powinniśmy uczyć się o różnicach osobowościowych i temperamentalnych – to zaoszczędziłoby nam sporo frustracji w dorosłym życiu. Niestety, świadomość odmienności jest niska. Doradziłabym ci, żebyś otwarcie powiedziała o tym, jaka jesteś i jak reagujesz na atmosferę w pracy. Możesz ująć to w taki sposób: „Jeśli macie ochotę, mówcie o swoich doświadczeniach i przeżyciach, ale zrozumcie, że ja mam ograniczoną potrzebę takiego uzewnętrzniania się. Od czasu do czasu coś o sobie powiem, ale nie będę opowiadać o swoim życiu tak dużo jak wy”. Często bywa tak, że kiedy coś ważnego sobie wyjaśnimy, budzi się w nas akceptacja dla odmienności. A introwertyk wśród ekstrawertyków oznacza więcej przestrzeni dla tych drugich. Poza tym ekstrawertyk zwykle nie jest zainteresowany tak bardzo drugą osobą i zadawaniem pogłębiających pytań. Twoja postawa wcale nie musi przeszkadzać koleżankom. Pytanie, czy ty jesteś w stanie je zaakceptować. Jeśli wyjaśnienie wprost nie zadziała i jeśli rozmowy koleżanek cię drażnią, radziłabym poszukać innej pracy, bo rachunek prawdopodobieństwa mówi, że w innym salonie wcale nie musi być tak samo. Może warto spróbować?

Introwertyzm a spełnianie marzeń

Na studiach marzyłam, że zostanę pisarką. Ostatecznie trafiłam do szkoły jako nauczycielka języka polskiego i ku własnemu zaskoczeniu polubiłam tę pracę. Uczniowie też mnie lubią, choć bardzo się bałam, że jako introwertyczka nie będę umiała złapać z nimi dobrego kontaktu. Od kilku lat wracają do mnie stare marzenia, odnalazłam w szufladzie rzeczy, które pisałam przed laty. Na bazie tego stworzyłam moją pierwszą powieść. Opinie bliskich, spośród których są również ludzie z branży wydawniczej, są dobre, a czasem wręcz entuzjastyczne. Natomiast ogarnia mnie paraliżujący strach przed pokazaniem tego, co napisałam, obcym ludziom. Jak go przezwyciężyć? Lubię swoją pracę, ale chciałabym też spełnić marzenia. - Aldona, 42 lata

M.K.: Wygląda na to, że boisz się pokazać światu swoje wnętrze, odsłonić się. Każdy ma do tego prawo. Jeśli naprawdę chcesz zawalczyć o swoje marzenia, a jednocześnie zachować swoją prywatność, dobrym rozwiązaniem może być wydanie publikacji pod pseudonimem. Nie będziesz pierwsza, wielu pisarzy tak postępuje, nawet ci doświadczeni.

Domyślam się też, że jako introwertyczka możesz odczuwać lęk przed „zderzeniem się z machiną” wydawniczą, pokazaniem twórczości obcemu redaktorowi, negocjowaniem umowy czy warunków twojego udziału w promocji książki, gdy ta już się ukaże. Zatem pomyśl może o znalezieniu agenta? Nie musi od razu to być profesjonalista, wystarczy poprosić kogoś znajomego o pomoc. „Ujawniłaś się” już przed najbliższymi, więc może wybierzesz kogoś z ich grona? Nie tylko w przypadku introwertyków sprawdza się zasada, że nie wszystko trzeba robić samemu!

Trudne zebrania w pracy

Pracuję jako analityk danych i jestem chwalony za swoją pracę przez przełożonych. Problemem dla mnie jest udział w zebraniach zespołu, podczas których przedstawiamy swoje raporty. Wydaje mi się, że wszyscy są bardzo pewni siebie i w ogóle się nie stresują. Wygląda nawet na to, że rywalizacja sprawia im przyjemność. Dla mnie te prezentacje to horror. Mimo że to moi koledzy z pracy, jestem wśród nich outsiderem, co sprawia, że jeszcze gorzej się czuję. - Łukasz, 27 lat

M.K.: To okropne, jeśli zebranie w pracy zamienia się w serię popisów. Jak możesz zadbać o swój komfort w tej sytuacji? Na przykład poprosić szefa o wcześniejsze indywidualne spotkanie, podczas którego pokażesz swój raport, albo o agendę zebrania, w której będzie napisana kolejność prezentacji oraz określony jej czas. Jako introwertyk prawdopodobnie nie lubisz improwizować, więc „wywołany” do odpowiedzi nie czujesz się komfortowo, ale znajomość agendy i porządku prezentacji podczas zebrania doda ci pewności siebie.

Jeśli brakuje ci wsparcia szefa i życzliwości zespołu podczas wypowiadania się na zebraniach, dobrze byłoby, żebyś zmierzył się ze swoim lękiem. Spróbuj, czy pomoże ci wyobrażanie sobie, że podczas prezentacji jesteś sam albo że publiczność znajduje się za grubą szybą. Chodzi o to, żebyś skoncentrował się wyłącznie na merytorycznej stronie wypowiedzi. Najlepiej zacząć od ćwiczeń w życzliwym środowisku, z bliskimi albo z przyjaciółmi pełniącymi rolę widowni. Jeśli poczujesz tremę, nie panikuj ¬ skup się na ciele. Gdzie czujesz napięcie? Czy to uścisk w klatce piersiowej, ścisk żołądka, a może drżą ci ręce? Tak ciało reaguje na niebezpieczeństwo. Skup się na oddychaniu: weź pięć powolnych głębokich oddechów. W ten sposób przekonasz mózg, że nie ma powodów do obaw. Jeśli podobna reakcja przydarzy ci się w pracy, będziesz umiał ją rozpoznać i odpowiednio zareagować.

Introwertyzm i wystąpienia publiczne

Właśnie dostałam ciekawą propozycję zawodową, która bardzo mnie stresuje. Od zawsze byłam introwertyczką i między innymi dlatego zostałam bibliotekarką. Do tej pory faktycznie mogłam pracować w spokoju, ale nasza biblioteka dostała dofinansowanie na promocję czytelnictwa i kierownik zaproponował mi organizowanie spotkań z ciekawymi ludźmi, w większości pisarzami. Z jego perspektywy to dla mnie nagroda – dla mnie oznacza też dodatkowe pieniądze, których potrzebuję. Problem polega na tym, że bardzo boję się wystąpień publicznych. Czy jest jakaś metoda na przezwyciężenie tego lęku? - Maja, 32 lata

M.K.: Zacznijmy od tego, że twój problem wcale nie musi wynikać z introwertyzmu, czyli z typu twojej osobowości. Warto mieć świadomość, że zarówno introwertycy, jak i ekstrawertycy przeżywają niepokój związany z wystąpieniami publicznymi. Jego źródłem mogą być dawne traumy, kompleksy, brak pewności siebie, brak przygotowania i wiele innych. Wynika on najczęściej z wysokiego poziomu lęku. Można jednak przyjąć, że introwertycy gorzej radzą sobie z publicznymi wystąpieniami niż ekstrawertycy.

Domyślam się, że dotychczas w pracy obcowałaś raczej z książkami niż z ludźmi. W opinii szefa złożył ci prawdopodobnie ciekawą propozycję, ale czy tobie ta zmiana odpowiada? Bo może wcale nie. Warto spróbować, żeby się o tym przekonać. Myślę, że jako introwertyczce będzie ci łatwiej poprowadzić spotkanie, jeśli wcześniej poznasz gościa. Gdy nawiążesz z nim bliższą relację i oswoisz siebie w kontakcie z nim, podczas spotkania będziesz się mniej obawiała jego zachowania czy reakcji. Introwertycy wolą być przygotowani, dlatego warto wcześniej dokładnie ustalić szczegóły dotyczące spotkania. Im lepsze przygotowanie, tym większa pewność siebie – to dotyczy każdego wystąpienia publicznego. Spisz dokładnie, co chcesz powiedzieć i przećwicz występ przed lustrem czy rodziną. Ważne, żeby scenariusz rozmowy był zgodny z twoimi przekonaniami. Jeśli będziesz wierzyć w to, co mówisz, będziesz też bardziej odporna na reakcje publiczności, kiedy ktoś na przykład zakaszle albo wyjdzie, bo mu zadzwoni telefon. Nie odbierzesz tego osobiście.

Zastanów się, czego konkretnie się boisz – oceny, krytyki, tego, że nie nawiążesz kontaktu z ludźmi? Lepiej, żebyś wcześniej zmierzyła się z tym wewnętrznie. Wreszcie pomyśl nad poproszeniem o pomoc bardziej doświadczonej osoby, kogoś w rodzaju mentora. Nie każdy nadaje się do tego, żeby go od razu wrzucać na głęboką wodę.

Małgorzata Kniaź: ekspert w dziedzinie przywództwa i zarządzania, certyfikowana trenerka biznesu, mentorka i coach

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy jesteśmy odważni?

Na czym polega prawdziwa odwaga? Jak przejawiamy ją w życiu? (fot.iStock)
Na czym polega prawdziwa odwaga? Jak przejawiamy ją w życiu? (fot.iStock)
Odwaga jest to postawa charakteryzująca się brakiem strachu lub dużą umiejętnością przezwyciężania go, inaczej można ją określić jako śmiałość lub męstwo.

Literatura już od antyku dostarcza nam szereg bohaterskich wzorców osobowych, znakomitych przykładów heroizmu i męstwa. O ile jednak tego typu przykłady dotyczą sytuacji ekstremalnych, o tyle w życiu codziennym chodzi o mniejsze akty odwagi.

Według znanego psychiatry Antoniego Kępińskiego: „Zmiana nieznanego w znane, przyszłości w przeszłość, wymaga wysiłku i odwagi. Czyli po prostu wymaga ich nasze życie".

Czy jesteśmy odważni?

Pewnie różnie z tym bywa. Oto opinia niemieckiego satyryka i aforysty Georga Christopha Lichtenberga: „Istnieją ludzie, którzy posiadają tak mało odwagi, by stwierdzić cokolwiek, że boją się nawet oświadczyć, iż wieje wiatr, chociaż wyraźnie to czują, o ile nie usłyszą przedtem, że ktoś już to powiedział".

Odwaga cywilna, bo przecież o nią tu chodzi, jest szczególnym rodzajem odwagi. Jest to postawa, która polega na występowaniu w obronie swoich racji, nawet jeżeli wiąże się to z wysokimi sankcjami i kosztami społecznymi. Jej podstawowym elementem jest występowanie pod swoim imieniem i nazwiskiem, czyli podpisywanie się pod swoimi własnymi wypowiedziami. W dobie internetu, gdy ludzie toczą ze sobą prawdziwe boje w dyskusjach, niestety anonimowo, kwestia ta nabiera szczególnego znaczenia.

Odwaga jest również przyznaniem się do błędu, postępowaniem zgodnie ze swoim sumieniem i głoszeniem swoich poglądów.

Celnie wyraża to francuski pisarz Hervé Bazin:

Trzy lub cztery razy w życiu ma się okazję, by być odważnym, ale codziennie masz okazję, aby nie być tchórzem.
Jeśli nie wiesz, jak jest z twoją odwagą, odpowiedz sobie na kilka pytań:
  • jak reaguję na wyzwania lub poczucie zagrożenie?
  • jaka jest moja postawa w obliczu nowości i zmian?
  • jak zachowuję się w sytuacjach, w których ktoś potrzebuje pomocy?
  • czy stać mnie na podjęcie ryzyka?
  • czy wyrażam otwarcie swoje poglądy?
To nie jest test, jednak szczere odpowiedzi z pewnością okażą się bardzo cenne.

  1. Kultura

Kristin Scott Thomas o pewności siebie, feminizmie i filmie "Pojedynek na głosy"

"Dojrzałe kobiety są ciekawsze", mówi Kristin Scott Thomas. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dziś wie, że nie wszystkim musi się podobać i nie znosi stać w cieniu. Ale jako młoda dziewczyna Kristin Scott Thomas nie miała jeszcze takiej pewności siebie. Kiedy w rodzimej Anglii nikt nie wierzył w jej talent, wyjechała studiować do Francji. I okazało się to strzałem w dziesiątkę! Dziś z powodzeniem gra w kinie brytyjskim, francuskim i amerykańskim. Ma klasę i siłę, których można się od niej uczyć.

Niedługo zobaczymy panią w filmie „Pojedynek na głosy” w reżyserii Petera Cattaneo jako żonę żołnierza, który wyjeżdża na misję do Afganistanu. Pani bohaterka Kate wraz z przyjaciółką prowadzi chór złożony z małżonek mundurowych. Pamiętam, jak rozmawiałyśmy kiedyś o pani wojskowej rodzinie. Pomyślałam więc, że powody osobiste mogły mieć wpływ na przyjęcie tej roli.
Ja wiem, jak to jest, bo sama jestem córką żołnierza. Kiedy miałam cztery lata, zginął mój ojciec, a sześć lat później ojczym. Obydwaj byli pilotami wojskowymi i stracili życie w katastrofach lotniczych. Dużą część mojego dzieciństwa spędziłam w bazach wojskowych. Pamiętam, że mama ciągle żyła w napięciu, niepewności i strachu, bała się niemal każdego telefonu. Rzadko się mówi o tym, co czują kobiety, żony, partnerki i narzeczone wojskowych, kiedy ich mężczyźni są na służbie gdzieś daleko, i ile odwagi wymaga takie życie. To tak jakby one same były na pierwszej linii frontu. Często cierpią na zespół stresu pourazowego, tak samo jak ich mężowie, ale o nich przynajmniej mówi się, że poświęcają życie krajowi. Niestety, nie własnej rodzinie.

Działalność ekranowej Kate ma w filmie cel terapeutyczny. Jaki wpływ te bolesne wspomnienia z dzieciństwa miały na pani późniejsze życie?
Dziś z perspektywy czasu myślę, że zostało mi po nich poczucie dystansu i nieufności. Trudno mi ufać ludziom, bo ciągle umierają… Jestem przekonana, że gdybym miała ojca, kiedy dojrzewałam, nie brakowałoby mi tak bardzo pewności siebie. To chyba typowe dla dzieci dorastających z jednym rodzicem. Taka już jest moja trauma. Kiedy uczyłam się aktorstwa w Londynie, nikt nie wierzył w moje umiejętności. Bardzo przydałoby mi się wtedy wsparcie kogoś takiego jak ojciec albo kogoś, kto był dla mnie autorytetem. Dla młodych ludzi w podobnej sytuacji mam świetną radę: wyjedź za granicę. Przekonaj się, jak jest gdzie indziej. Ja tak zrobiłam właśnie wtedy, gdy usłyszałam, że nie mam za grosz talentu. I to była najlepsza decyzja w moim życiu. Już po 10 dniach pobytu w Paryżu dostałam się do Conservatoire. Tamtejsi profesorowie dostrzegli jednak mój talent aktorski. To mnie ogromnie zmobilizowało. Tego potrzebowałam.

'Pojedynek na głosy' z Kristin Scott Thomas w kinach już od 21 sierpnia. (Fot. materiały prasowe) "Pojedynek na głosy" z Kristin Scott Thomas w kinach już od 21 sierpnia. (Fot. materiały prasowe)

Z czasem osiągnęła pani rozgłos i uznanie. Zastanawiam się, czy to aby nie granie amantek dodało pani pewności i wiary w siebie? Myślę o takich filmach, jak „Cztery wesela i pogrzeb”, „Zaklinacz koni”, „Angielski pacjent”, „Zagubione serca”…
Cóż… granie amantki może być naprawdę fascynujące, jeśli pracuje się z fascynującymi ludźmi. Ja miałam niesamowite szczęście pracować z Prince'em, Sydneyem Pollackiem, Harrisonem Fordem, Robertem Redfordem, Seanem Pennem... i wieloma innymi wspaniałymi artystami. Ale męczyło mnie to, że w większości romansów mężczyźni mogą prężyć mięśnie i wyglądać na dzielnych i godnych podziwu, podczas kiedy ja stoję z zamglonym wzrokiem gdzieś w tle. Są przecież pasjonujące główne role, tyle że zazwyczaj, przynajmniej w moim świecie, znajdują się w filmach o niższych budżetach, bardziej niszowych, bo nikt mnie raczej nie zaprosi do zagrania tych naprawdę pełnokrwistych postaci, w których widzi się zwykle Meryl Streep czy Cate Blanchett.

W Anglii, jak sama pani podkreśliła, nikt nie wierzył w pani talent. Jednak udało się pani zrobić karierę we Francji. Dlaczego nad Sekwaną było łatwiej?
Jestem tam „łagodniej” zaszufladkowana, gram znacznie mniej arystokratek i mogę sobie trochę „poszaleć”. Dzięki temu udało mi się nie wpaść w krater wieku średniego, w którym ginie tak wiele aktorek hollywoodzkich. Francuski przemysł filmowy kocha kobiety w średnim wieku. Francuscy widzowie też nas uwielbiają. Uważają, że jesteśmy sexy. Świetnymi przykładami są nieustające sukcesy takich aktorek, jak Charlotte Rampling, Juliette Binoche, Catherine Deneuve czy Fanny Ardant. One mają pozycję, szacunek i miłość widzów. Do diabła z kultem młodości i dyskryminacją ze względu na wiek!

Dostawała pani propozycje także w Hollywood, ale ostatecznie nie zdecydowała się pani tam zamieszkać. Dlaczego?
Mój były mąż François mógł dostać pracę na UCLA w Los Angeles, ale postanowiliśmy zostać we Francji. Chcieliśmy wychować dzieci w Europie, a nie w Ameryce. Europa z jej kulturalnym dziedzictwem jest wspaniała i nie do podrobienia. Podejrzewam, że dostałabym świra, gdybym się wtedy przeprowadziła, po części z powodu nacisków wywieranych na aktorki, żeby robiły sobie operacje plastyczne. Nie cierpię, kiedy ludzie wyglądają jak kserokopie. Przeraża mnie ten dziwny, woskowy image. Te twarze naszpikowane botoksem. Choć przyznaję, że czasem patrzę na siebie w lustrze albo na fotografiach, słyszę, jak ludzie mówią, że jestem bardzo odważna, bo „gram stare kobiety” − wtedy zaczynam się zastanawiać, czy aby nie powinnam zadzwonić do chirurga. Ludzie chyba nie zdają sobie sprawy, że twarz to moje narzędzie pracy – i będzie się starzeć. Mimo to nadal mogę wyglądać fantastycznie.

A jednak swoją międzynarodową sławę zawdzięcza pani właśnie filmom hollywoodzkim.
Zapewne myśli pani o takich hitach, jak „Cztery wesela i pogrzeb”, „Mission Impossible” oraz „Angielski pacjent”, który przyniósł mi nominację do Oscara. To są wyjątki. Większość scenariuszy, które tam dostawałam, to niestety były dość głupiutkie historie.

Kristin Scott Thomas i Ralph Fiennes w 'Angielskim pacjencie'. (Fot. Image Capital Pictures/Forum) Kristin Scott Thomas i Ralph Fiennes w "Angielskim pacjencie". (Fot. Image Capital Pictures/Forum)

Czym zatem jest dla pani sukces?
Mam do niego ambiwalentne podejście. Sukces to obosieczny miecz. Jesteś rozpoznawalna i ludzie cieszą się, że cię widzą, ale z drugiej strony jesteś własnością publiczną, co jest dziwne. Myślę, że udało mi się utrzymać względnie zrównoważone życie, ponieważ jako rodzina postanowiliśmy nie jechać do Ameryki. Byłam i jestem nadal zbyt krucha psychicznie na Hollywood. Nie mam wystarczająco dużych ambicji ani na tyle determinacji, aby poradzić sobie z konkurencją. Z czasem zrozumiałam, że muszę przestać traktować osobiście stany i emocje, które niesie tak zwany sukces kasowy filmu, zła lub dobra recenzja, porażka czy odrzucenie – bo zwariuję. Trzeba umieć zachować w tym spokój i jako taki rozsądek. Gorsze momenty należy po prostu przeczekać, a kiedy przyjdzie sukces, bo w końcu to się stanie – cieszyć się nim, ale też bez nakręcania się, bez nadmiernej ekscytacji sobą. Powściągliwość jest złotym środkiem.

Nie jest to jednak łatwe w tym zawodzie. Nie mogę nie zapytać, jak pani wspomina Romana Polańskiego, z którym zetknęła się pani w początkach swojej kariery.
Wystąpiłam w jego „Gorzkich godach”. Właśnie na planie tego filmu poznałam Hugh Granta. Zagraliśmy znudzone sobą małżeństwo, które wybiera się w daleką podróż dla podratowania związku. W czasie wycieczki małżonkowie poznają parę, która wciąga ich w swoją mocno perwersyjną grę. To było ciekawe doświadczenie. Z Polańskim świetnie się współpracuje, bo on doskonale czuje aktorów. Ma niesamowitą intuicję. Zresztą sam jest genialnym aktorem, nie tylko reżyserem.

Po latach pojawiła się pani u kolejnego polskiego reżysera…
Tak. Z radością przyjęłam propozycję zagrania w filmie Pawła Pawlikowskiego „Kobieta z piątej dzielnicy”. Znałam wcześniejsze filmy Pawła. To niesamowicie zdolny reżyser i człowiek o szerokich horyzontach. Pisze także muzykę i rysuje. Najważniejsza była dla mnie jednak możliwość współpracy z nim. Chciałabym jeszcze u niego zagrać i wierzę, że spotkamy się ponownie na planie filmowym. Zachwyciła mnie jego „Ida”, a potem „Zimna wojna”.

Mówi się o pani, że jest aktorką trudną, a o pani postaciach, że ich wspólnym rysem jest wyniosłość, emocjonalny chłód.
Być może mam taką urodę, która kojarzy się ludziom z dystansem, chłodem, powściągliwością. Tego nie zmienię. Wiele osób, które mnie nie znają, mogłoby być zaskoczonych, jak bardzo wciąż jestem… nieśmiała. Naprawdę! Wcale nie jest tak, że z wiekiem to przechodzi. Widzowie biorą czasem moje milczenie i niepchanie się przed obiektywy paparazzich jako wyniosłość. Jeśli ludzie uważają mnie za zimną i wywyższającą się, wiąże się to może z moją potrzebą bycia czasem samej. Kiedy czuję się źle, nie chcę z nikim rozmawiać. Wyłączam komórkę, zamykam laptop i chwytam za książkę lub słucham muzyki. Odcinam się od świata, a otoczenie bierze mnie za osobę zdystansowaną i patrzącą na wszystkich z góry…

Podobno na planie filmu „Gosford Park” Roberta Altmana była pani niezbyt przyjemna dla ekipy. To plotka czy prawda?
(śmiech!) Tak było. Moja nietowarzyskość wynikała z mojej roli – snobistycznej, oschłej dla otoczenia lady Sylvii. Próbując utrzymać ten stan i zagrać wiarygodnie, nie potrafiłam tak po prostu w czasie przerwy na lunch wrócić do bycia miłą kumpelą, która pożartuje, powygłupia się i za chwilę znów wejdzie w rolę. Wiem, że niektórzy mieli mi to za złe. Dlatego potem za moje zachowanie przeprosiłam.

Wyniosła i zepsuta w „Gosford Park”, słynnym filmie Roberta Altmana z 2001 roku. (Fot. BEW PHOTO) Wyniosła i zepsuta w „Gosford Park”, słynnym filmie Roberta Altmana z 2001 roku. (Fot. BEW PHOTO)

Co nie znaczy, że nie potrafię zagrać kobiety ciepłej. Jednak faktycznie jeśli którykolwiek reżyser szuka postaci, która zabija wzrokiem i w ogóle jest jędzowato-zołzowata, to mam spore wzięcie…(śmiech!) Dopiero we Francji dostrzeżono, że mogę przełamać ten lodowaty image. I tak na przykład w thrillerze Harlana Cobena „Nie mów nikomu” zagrałam temperamentną lesbijkę z artystycznej cyganerii, która wolny czas umila sobie namiętnym paleniem skrętów. Nie wiem, czy akurat określenie „miła i ciepła” jest tutaj na miejscu, ale w tej roli na pewno nie wiało ode mnie chłodem.

Które swoje role filmowe ceni pani albo lubi najbardziej?
Nie mam jednej takiej roli. Wspaniale wspominam rumuński film „Niezapomniane lato” w reżyserii Luciana Pintilie. Zagrałam po rumuńsku, fonetycznie. To był wielki film, choć mało znany i rzadko pokazywany w kinach. Ważny był dla mnie także obraz Nicolasa Windinga Refna „Tylko Bóg wybacza”. Zagrałam tam, wbrew mojemu wizerunkowi, kobietę wyzywającą, prowokującą. No i „Angielski pacjent”, gdzie pracowałam z Anthonym Minghellą i Ralphem Fiennesem. Film był nominowany do Oscara. Bardzo emocjonalna, intensywna, wspaniała rola. Niezwykle trudnym, traumatycznym, ale szalenie ciekawym filmem był dla mnie „Kocham cię od tak dawna”, w którym zagrałam kobietę odtrąconą przez społeczeństwo z powodu zabicia sześcioletniego syna. Wiele moich bohaterek jest poobijanych przez życie, niesympatycznych, jędzowatych, okrutnych. Praca nad tymi rolami jest jak obieranie cebuli. Trzeba powoli i starannie ściągać kolejne warstwy, by dowiedzieć się, co schowane jest głębiej, w środku.

Kiedy kilka lat temu w Berlinie rozmawiałyśmy o filmie „Party” w reżyserii Sally Potter, powiedziała pani, że nie dostaje wielu propozycji.
To prawda. Czułam, że często zapraszana jestem do jakiegoś projektu tylko dlatego, że mam być gwarancją jakości filmu. Potrzebują mnie głównie z produkcyjnych powodów. Dają mi więc maleńkie rólki, mając świadomość, że będę doskonale wiedziała, jak sobie poradzić na planie, będę umiała rozpłakać się w odpowiednim momencie itp. Marzyłam, by zagrać u braci Dardenne, no ale oni wolą, niestety, pracę z nieopatrzonymi twarzami. Myślałam więc znów o powrocie do teatru. Dopiero Sally Potter dostrzegła mój potencjał komediowy, dając mi w filmie „Party” rolę Jane. Świetnie się bawiłam na planie. Cieszę się, że zauważono także, iż potrafię rozśmieszyć. To już mi się przytrafiło w filmie „Cztery wesela i pogrzeb”, gdzie starałam się, by moja bohaterka, zakochana w Hugh Grancie, była zabawnie przerysowana. W „Party” bardzo spodobało mi się odwrócenie tradycyjnych ról w związku. To Jane gra pierwsze skrzypce. Jest politykiem, odnosi sukcesy, ma władzę, a przy tym nadal pozostaje atrakcyjną kobietą, która ma kochanka i której mąż wyraźnie pozostaje w cieniu. Przynajmniej do czasu.

Kiedy później grała pani żonę Winstona Churchilla w „Czasie mroku” w reżyserii Joe Wrighta, to Clementine w pani wydaniu też nie była kobietą stojącą w cieniu męża.
Nie chciałam stworzyć typowej żony, która stoi dwa kroki za swoim mężem, politykiem i premierem rządu. Mam dość powielania takich klisz. Poza tym byłam ciekawa, jak to jest być żoną mężczyzny, który poświęcił swoje życie krajowi. Próbowałam pokazać, że w trudnym dla Winstona czasie kryzysu gabinetowego w czasie II wojny światowej Clementine była jego partnerką, że bez niej, bez jej emocjonalnego wsparcia nie dałby sobie rady. Ona była niesamowicie elegancką kobietą, ale miała też cięty język i odwagę mówienia tego, co myśli. Wiele osób z otoczenia Churchilla nie lubiło jej, wręcz bało się bliższych z nią kontaktów. Jednak ci, z którymi była zaprzyjaźniona, uwielbiali ją bezgranicznie. Budziła skrajne emocje.

Niezłomna w „Czasie mroku” z 2017 roku. (Fot. BEW PHOTO) Niezłomna w „Czasie mroku” z 2017 roku. (Fot. BEW PHOTO)

Jest pani feministką?
Powiem coś niepopularnego. Przez wiele lat postulaty feministek były mi obce, a sam ruch uważałam za niepotrzebny. Jednak zmieniłam zdanie. Byłam przekonana, że kobiety nie muszą już o nic walczyć, a wszelkie problemy związane z nierównościami między płciami zostały dawno rozwiązane. Naprawdę sądziłam, że pokolenie moich rodziców poradziło sobie z najważniejszymi kwestiami, takimi jak możliwość brania udziału w wyborach, posiadanie konta w banku czy równe płace. A jako że wychowałam się w bardzo kobiecym świecie, nie byłam świadoma, jak głęboko są zakorzenione rozmaite uprzedzenia, jak bardzo niektóre rzeczy są wciąż aktualne.

To kiedy nastąpił przełom w pani myśleniu o feminizmie?
Feminizm stał mi się bliski wtedy, gdy zrozumiałam, że przypadki dyskryminacji kobiet nie są sporadyczne, ale nagminne. Impulsem do zmiany sposobu myślenia była dla mnie niespodziewana propozycja objęcia honorowego przewodniczenia Forum Ekonomicznego Kobiet. Zaczęłam czytać materiały, które od nich otrzymałam, i nagle zrozumiałam, że tak naprawdę jestem feministką, choć o tym nie wiedziałam. Nigdy nie zapomnę uwagi, którą otrzymałam kiedyś od pewnego reżysera: poinstruował mnie, bym była bardziej „pociągająca”. Byłam wściekła! Pomyślałam: „Dlaczego, do cholery, mam się nieustannie starać, żeby się podobać? Dlaczego zawsze mam być ładna, słodka, miła, grzeczna, żeby wszyscy mnie kochali?”.

Jaki jest pani stosunek do upływu czasu?
To zawoalowane pytanie o mój wiek? (śmiech). W porządku, nie ukrywam tego. W tym roku kończę okrągłe 60 lat! I wie pani co? Dobrze się z tym czuję, akceptuję to. Pewnie dlatego, że pracuję i mieszkam w Europie, we Francji. Tutaj kobiety w moim wieku są nadal postrzegane jako te, które mają coś ważnego do powiedzenia światu, a przy tym pozostają wciąż atrakcyjne i intrygujące. To że mamy kilka dodatkowych zmarszczek na czole, nie znaczy, że nie możemy mieć już wpływu na to, co się wokół nas dzieje. Kiedy kobieta jest starsza, ma bogatsze życie, więcej doświadczeń i jest bardziej interesująca od pięknych, ale często pustych młodych koleżanek. Wiek biologiczny to nie wszystko. Dojrzałe kobiety są ciekawsze. Cieszę się, że coraz więcej mężczyzn i kobiet zaczyna to dostrzegać.

Kristin Scott Thomas urodziła się w Redruth w Anglii w 1960 roku. W wieku 18 lat wyjechała do Francji. Za swoje role była wielokrotnie nominowana, m.in. do Złotego Globu, Bafty i Oscara (za „Angielskiego pacjenta”), a także do Złotych Malin (za debiut u boku Prince'a w „Zakazanej miłości”). Obecnie mieszka w Paryżu, ma troje dzieci: Hannah, Josepha i George'a ze związku z François Olivennesem, z którym rozwiodła się po 17 latach małżeństwa.

  1. Styl Życia

Jesteśmy tacy sami

(Fot.: Elli Goldstein - Instagram @guccibeauty; po prawej - zdjęcie z kampanii Tommy Hilfiger Adaptive, materiały prasowe)
(Fot.: Elli Goldstein - Instagram @guccibeauty; po prawej - zdjęcie z kampanii Tommy Hilfiger Adaptive, materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Tommy Hilfiger stworzył kolekcję dla osób z niepełnosprawnościami, a w najnowszej kampanii Gucci Beauty występuje Ellie Goldstein - modelka z zespołem Downa.

Elli Goldstein ma 18 lat i od dziecka marzyła, by zostać modelką. Już w wieku 15 lat zaczęło się spełniać jej marzenie - nawiązała współpracę z Zebedee Management. To specjalistyczna agencja modelingowa zajmująca się promocją osób z niepełnosprawnościami, oraz tymi, których wygląd nie mieści się w obowiązującym aktualnie kanonie piękna.

"Talent i piękno nie dbają o to, ile masz nóg i jaki się urodziłeś” - takie motto przyświeca twórcom agencji.

W tym roku Elli Goldstein została jedną z twarzy kampanii maskary Gucci Beauty „L’Obscur”. „Piękno istnieje w każdej osobie” - powiedział  David PD Hyde, fotograf, który robił zdjęcia do tej kampanii.

 

 

Na uwagę zasługuje również nowa kolekcja Tommy Hilfiger Adaptive. 

Ponad miliard osób na całym świecie żyje z różnymi niepełnosprawnościami. Dla wielu z nich prosta czynność jaką jest ubranie się, stanowi prawdziwe wyzwanie. Ten fakt oraz osobiste doświadczenia Tommy’ego Hilfigera, który wychowuje dzieci ze spektrum autyzmu, sprawiły, że  marka postanowiła stworzyć kolekcję, która może dać dzieciom i dorosłym z niepełnosprawnością większą swobodę, ale też dodać pewności siebie.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Ubrania z linii Adaptive mają wiele funkcjonalnych rozwiązań. np: magnetyczne zapięcia, suwaki o dłuższych uchwytach, szerokie mankiety umożliwiają noszenie spodni razem z ortezą, protezą czy gipsem, ubrania zaprojektowane dla osób poruszających się na wózkach posiadają krótszy przód i dłuższy tył, by zapobiegać podwijaniu i zapewniać komfort w pozycji siedzącej. Regulowane ramiączka, elastyczne pasy i szeroko rozpinane dekolty ułatwiają zakładanie i zdejmowanie ubrań.W produktach usunięto także uwierające kieszenie i szwy. 

„Jako rodzic dzieci o specjalnych potrzebach, dobrze wiem, jak wiele może znaczyć taka kolekcja - mówi Tommy Hilfiger. Pomoże dzieciom i dorosłym z niepełnosprawnością poczuć się niezależnie – i świetnie ze sobą”.

  1. Psychologia

Wrażliwość - piękno ukryte głęboko wewnątrz nas

Wysokiej wrażliwości nie można się pozbyć. I nie warto! Kluczowe jest zrozumienie, czym jest, zaakceptowanie jej i nauczenie się obsługiwania. (Fot. iStock)
Wysokiej wrażliwości nie można się pozbyć. I nie warto! Kluczowe jest zrozumienie, czym jest, zaakceptowanie jej i nauczenie się obsługiwania. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 12 Zdjęć
Zmysłowość, pasja, sumienność, wyobraźnia, kreatywność, oryginalność, niezwykła intuicja, bardzo czułe sumienie, silna empatia - czyli po prostu wrażliwość. Co tak naprawdę kryją w sobie osoby wysoko wrażliwe

Świat jest pełen bodźców. Być może niektóre dźwięki, dla innych neutralne, wywołują w tobie silną irytację. Albo światło, neony, krzykliwe reklamy. Zapachy, które wwiercają się w nos, przenikają przez skórę. Wiatr, zimno. Być może męczysz się z powodu palaczy, piskliwego głosu koleżanki, muzyki w lokalu, czy radia w samochodzie. Nie znosisz tłumów, ścisku. Kiedy dopada cię głód, jesteś wyprowadzony z równowagi. A ból? Lepiej nie mówić... Wyczuwasz też wszelkie napięcia w otoczeniu, ciężka atmosfera (na przykład po kłótni, nawet jeśli nie brałeś w niej udziału) może cię całkowicie rozstroić, przytłoczyć. Podobnie jak napastliwość telemarketera czy egzaltacja znajomej zalewającej cię potokiem słów. A przecież są jeszcze bodźce wewnętrzne: myśli, rozliczne analizy i dociekania, fantazje.

Niewykluczone, że usłyszałeś od kogoś, że jesteś nieśmiały, wycofany, zahamowany czy znerwicowany. A ty czułeś się po prostu... niezrozumiany. Być może jesteś wrażliwy. I chcesz o tę wrażliwość zadbać (tym bardziej że inni nie zawsze potrafią ją uszanować). Elaine N. Aron i Ilse Sand – dwie amerykańskie psycholożki, które zgłębiały temat wrażliwości – proszą i ostrzegają: nie pozwól sobie wmówić, że jesteś gorszy. Dysponujesz ogromnym potencjałem. Uwierz w to wreszcie. Tak jak i w to, że jest więcej takich jak ty – osób, które czują mocniej, pełniej. Nie zmienisz tego, jaki jesteś, ale możesz nauczyć się z tym żyć. I czerpać z tego siłę.

Nic vs huragan

„Wrażliwość: dar czy przekleństwo?” – pyta już w tytule swojej książki Ilse Sand (wyd. Laurum). Można powiedzieć, że i jedno, i drugie. Ostatecznie wybór należy do ciebie. Zależy od tego, co z tą cechą zrobisz. Ponieważ w naszej kulturze uważana jest za problematyczną, prawdopodobnie spotkałeś się z próbami „naprawienia” cię – przez rodziców, nauczycieli, a nawet mniej wrażliwych czy kompetentnych terapeutów. Nie umieli dostrzec twoich potrzeb i wyjątkowości.

Psycholog Jerome Kagan z Harvardu twierdzi, że osoby o wysokiej wrażliwości stanowią – ze względu na swoje wyposażenie genetyczne – szczególną odmianę ludzi. Jako pierwszy na przełomie XIX i XX wieku opisał temat Iwan Pawłow. Zauważył, że silna stymulacja prowadzi do punktu przeciążenia zwanego hamowaniem transmarginalnym. Według rosyjskiego uczonego jedną z kluczowych różnic między ludźmi jest szybkość, z jaką osiągają ten punkt. Ci, którzy trafiają tam wcześniej, wyróżniają się odmiennym typem układu nerwowego. Jak podkreśla w książce „Wysoko wrażliwi” (wyd. Feeria) psycholożka Elaine Aron, nie chodzi tu bynajmniej o tworzenie jakiejś elity. Zresztą pycha raczej ci nie grozi, bardziej prawdopodobne jest, że po latach myślenia o sobie jako o kimś nieprzystosowanym masz dość niską samoocenę. I że w ramach kompensacji bardzo wysoko stawiasz sobie poprzeczkę. Chcesz dogonić tych przebojowych, którzy radzą sobie dużo lepiej. Nie widzisz, że w pewnych kwestiach jesteś wiele kroków przed nimi.

Elaine Aron, która jest pionierką badań nad wysoką wrażliwością i szczegółowo opisała tę cechę, wychodzi od dwóch faktów. Po pierwsze, każdy człowiek – niezależnie od stopnia wrażliwości – najlepiej czuje się, gdy nie jest ani zbyt znudzony, ani zbyt pobudzony. Przy niedostatecznym pobudzeniu jesteśmy przytępieni, nieskuteczni. Zbyt silne pobudzenie układu nerwowego prowadzi z kolei do stresu. Potrzeba optymalnego poziomu pobudzenia jest jednym z najlepiej ugruntowanych praw psychologii. Dotyczy wszystkich. Po drugie, ludzie różnią się pod względem poziomu pobudzenia układu nerwowego w określonej sytuacji. Różnice te są normalne i naturalne (w dużej mierze dziedziczne). Odsetek osobników szczególnie czułych na stymulację szacuje się na 15–20 procent.

Holenderscy biolodzy pod kierownictwem Maksa Wolfa badali, jak doszło do ewolucji wrażliwości. Otóż natura nie przypadkiem tak zarządziła – wiąże się to z odmiennymi strategiami przetrwania. Osobnicy o wysokiej wrażliwości w nowych sytuacjach przyjmują bardzo zachowawczą postawę. Zamiast dać się ponieść fali, wolą wycofać się i bez pośpiechu przetworzyć wszystkie dostępne dane. Najpierw jednak trzeba je zgromadzić. A wrażliwcy robią to nieustannie: ich umysł zaprogramowany jest na rejestrowanie i analizę najdrobniejszych niuansów, detali. Ich organizm przypomina niezwykle czuły odbiornik. Wyobrażasz sobie, jakie to obciążenie dla układu nerwowego? Czy można się dziwić, że takie osoby potrzebują czasem się odciąć? Powiedzieć: „Dość! Ani słowa więcej! Nie zniosę tego dłużej!”. Gdyby jeszcze miały odwagę to zrobić... Przecież zwykle w takich sytuacjach słyszą, że przesadzają, są przewrażliwione. I że nic takiego się nie dzieje. Jak mają wytłumaczyć, że to „nic” w ich wnętrzu wygląda jak huragan?

Co za pakiet!

Osoby wrażliwe przez to, że czują głębiej i widzą więcej, potrafią zdemaskować niewygodne prawdy. Z łatwością wyłapują różne błędy i nieprawidłowości. Do tego mają szósty zmysł, głęboki kontakt z duchowością, ze światem snów. Carl Jung twierdził, że wrażliwi ludzie w naturalny sposób podlegają silniejszym wpływom nieświadomości, która przekazuje im informacje „najwyższej wagi”. Nazwał to nawet „proroczym wglądem”.

Elaine Aron zwraca uwagę, że w większości sprawnie funkcjonujących kultur indoeuropejskich rządy opierały się na współdziałaniu dwóch klas: ekspansywnych monarchów oraz równoważących ich poczynania mądrych kapłanów-doradców. Rolę tych drugich pełnią dziś (o ile im się na to pozwoli) osoby wysoko wrażliwe. Aron podkreśla też, że osoby wysoko wrażliwe to idealni pracownicy, potrzebni w każdej firmie. W pracy najbardziej interesuje ich sama praca i jak najlepsze wykonanie zadania. Nie intrygują, nie przepychają się łokciami. Mają bardzo wysokie standardy etyczne i zawodowe. Wyjątkową zdolność do wykonywania zadań wymagających czujności, precyzji i prędkości. Potrafią przyswoić sobie wiele rzeczy niejako mimochodem. Jednak przez to, że trzymają się z boku, nie udzielają się towarzysko i nie krzyczą „ja, ja!”, łatwo można takich ludzi przegapić. Co więcej – ponieważ często jako pierwsi zwracają uwagę na jakąś niezdrową sytuację w pracy – bywają traktowani jako źródło problemu.

A przecież natura pokazuje, że bez wrażliwców nie da się przetrwać. Podobnie jak strażacy, wysoko wrażliwi odbierają głównie fałszywe alarmy. Ale wystarczy, by taka wrażliwość uratowała życie zaledwie raz, a z genetycznego punktu widzenia cecha ta jest opłacalna – pisze Elaine Aron. Można więc powiedzieć, że w przypadkach, gdy wrażliwość prowadzi do nadpobudzenia, jest niezaprzeczalnie kłopotliwa, ale to część pakietu, na który składa się także mnóstwo zalet. Ich lista jest bardzo długa: zmysłowość, pasja, sumienność, wyobraźnia, pomysłowość, kreatywność, zdolność do głębokiej koncentracji (dopóki nie pojawi się czynnik zakłócający), oryginalność, niezwykła intuicja, bardzo czułe sumienie, silna empatia.

Oczywiście, wiele z tych cech może prowadzić do kłopotów. Osoby wrażliwe często nie potrafią stanąć za sobą – dbają o dobre samopoczucie innych, unikają za wszelką cenę konfliktu i... pozwalają się wykorzystywać. Są bardzo samokrytyczne i gotowe brać na siebie odpowiedzialność za cały świat. A kiedy dotrą do punktu przeciążenia i tracą kontakt z własnym wnętrzem, przypominają dzieci we mgle. Może wówczas dojść do głosu ich impulsywność: żeby uwolnić się od sytuacji, w której się duszą, zrywają przyjaźnie, rezygnują z pracy, robią awanturę rodzicom albo rzucają się na jakieś doraźne remedium (alkohol, jedzenie). Przy tym wszystkim jednak wrażliwy układ nerwowy to nieocenione źródło radości, szczęścia i błogości. Elaine Aron i Ilse Sand twierdzą wręcz, że mocniejsze reakcje osób wysoko wrażliwych dotyczą przede wszystkim pozytywnych emocji. Sand pisze o rozkoszy i błogostanie, jakie stają się udziałem wrażliwca, kiedy zanurzy się całym sobą w odbierane wrażenia. To, co stracisz na szerokości, możesz zawsze zyskać na głębokości – podsumowuje.

Chronić czy mobilizować?

Jak już wiesz, wysokiej wrażliwości nie można się pozbyć. I nie warto! Kluczowe jest zrozumienie, czym jest, zaakceptowanie jej i nauczenie się obsługiwania. Jeśli rozpoznajesz się w powyższych opisach, być może już się w tobie coś zmienia... Zaczynasz oswajać swoją odmienność. Elaine Aron sugeruje, by osoby o wysokiej wrażliwości spojrzały na swoje życie przez jej pryzmat. By zreinterpretowały część doświadczeń. Pamiętaj, że wrażliwy system nerwowy łączony jest często z traumą, a nie z dziedziczoną cechą. Jedno nie wyklucza drugiego, działaj więc wielotorowo.

Zdaniem Aron prawdopodobnie najtrudniejszym zadaniem wrażliwca jest ustalenie, w jakim stopniu ma się chronić, a w jakim łagodnie mobilizować. Życie pod kloszem na dłuższą metę nie jest satysfakcjonujące. No i byłaby to niepowetowana strata dla świata. Co jakiś czas wycofuj się jednak, ograniczaj dopływ bodźców. Nie możesz pozwolić sobie na lekceważenie potrzeb organizmu związanych z regeneracją. Ilse Sand nazywa to wręcz czasem wegetacji. Nie chodzi tu o całkowitą bierność – raczej o zajęcie się takimi czynnościami (uprawianie sportu czy ogródka, sprzątanie), które pomogą odpocząć głowie, uporządkować doznania i odzyskać równowagę. Twoim sprzymierzeńcem jest woda – możesz ją pić, patrzeć na nią (staw, rzeka, jezioro, morze!), słuchać jej odgłosów, zanurzać się w niej. Pamiętaj też o możliwościach, jakie daje medytacja i muzyka, pozwalająca kształtować nastrój. Wreszcie o tzw. własnych przystaniach, w których znajdziesz schronienie. Mogą to być osoby, miejsca.

Wysoko wrażliwi mają wyjątkowy talent do nawiązywania głębokich, intensywnych relacji. Wybierając między jakością a ilością, zawsze postawią na tę pierwszą. Nie zmienia to faktu, że powinni dbać o granice: mniej angażować się w pewne sytuacje, nauczyć się asertywności i wybiórczości. Ponieważ często czują się niezrozumiani, szukają w otoczeniu sojusznika. Dzielą się sobą, a potem często żałują. Dlatego zastanów się, czy warto opowiadać o twojej wrażliwości. Jeśli jest to ktoś zaufany – przyjaciel, terapeuta – w porządku. Co do innych – cóż... Może lepiej powiedzieć: „Tego nie lubię”, „Wolę, kiedy...”, „Zależy mi, żeby...”. Nie musisz przekonywać innych o tym, że jesteś normalny. Grunt, że sam już to wiesz.

Co robić, gdy bodźców jest za dużo:

  • Zmień miejsce, wyjdź (choćby do łazienki),
  • Zamknij oczy,
  • Rób sobie częste przerwy (może to mieć zastosowanie również podczas spotkania z przyjaciółką),
  • Pójdź na spacer,
  • Uspokój oddech,
  • Wypij kilka łyków wody,
  • Zmień postawę ciała, by przyjąć bardziej zrelaksowaną i pewną siebie,
  • Poruszaj się!
  • Lekko się uśmiechnij.

Czy jesteś wysoko wrażliwy?

Elaine N. Aron w książce „Wysoko wrażliwi. Jak funkcjonować w świecie, który nas przytłacza” podaje kilka stwierdzeń, które pozwolą ci ustalić, czy ta cecha jest ci bliska. Sprawdź, w jakim stopniu dotyczą cię poniższe stwierdzenia:
  • Wydaje mi się, że docierają do mnie różne subtelne szczegóły otoczenia.
  • Podlegam wpływowi nastrojów innych ludzi.
  • Mam skłonność do dużej wrażliwości na ból.
  • W dni, kiedy dużo się dzieje, miewam potrzebę znalezienia chwili dla siebie, chowając się do łóżka, zaciemnionego pokoju czy gdziekolwiek indziej, gdzie mogę zaznać trochę spokoju i uciec od bodźców.
  • Jestem bardzo czuły na działanie kofeiny.
  • Łatwo przytłaczają mnie takie bodźce jak: ostre światło, silne zapachy, szorstkie tkaniny czy syreny przejeżdżających karetek.
  • Mam bogate, skomplikowane życie wewnętrzne.
  • Głośne dźwięki sprawiają mi dyskomfort.
  • Do głębi porusza mnie sztuka i muzyka.
  • Jestem sumienny.
  • Łatwo mnie przestraszyć.
  • Czuję się roztrzęsiony, gdy mam dużo do zrobienia w krótkim czasie.
  • Gdy ludzie nie czują się komfortowo w miejscu, w którym przebywają, zwykle wiem, jak temu zaradzić (przez zmianę oświetlenia, przestawienie foteli itp.).
  • Irytuje mnie, gdy ludzie wymagają ode mnie zrobienia zbyt wielu rzeczy jednocześnie.
  • Bardzo dbam o to, by unikać pomyłek czy zapominania o czymś.
  • Celowo unikam filmów i programów telewizyjnych pokazujących sceny przemocy.
  • Odczuwam nieprzyjemne pobudzenie, kiedy wokół mnie dużo się dzieje.
  • Głód wywołuje u mnie silną reakcję, tak że tracę koncentrację czy pogarsza się mój nastrój.
  • Zmiany w moim życiu wytrącają mnie z równowagi.
  • Zauważam i cenię sobie delikatne czy wysublimowane zapachy, smaki, dźwięki, dzieła sztuki.
  • Ważne jest dla mnie takie ułożenie sobie życia, by unikać sytuacji denerwujących i rozstrajających.
  • Kiedy podczas wykonywania zadania muszę z kimś rywalizować lub jestem obserwowany, bardzo się denerwuję i radzę sobie o wiele gorzej niż normalnie.
  • Mam wrażenie, że w dzieciństwie rodzice lub nauczyciele postrzegali mnie jako wrażliwego czy nieśmiałego.

  1. Seks

Nieśmiałość w relacjach intymnych – jak ją pokonać?

fot. materiały partnera
fot. materiały partnera
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nieśmiałość u mężczyzn rzadko jest efektem braku akceptacji własnego wyglądu. To częsty wynik przepracowania lub problemów z erekcją, które są coraz bardziej powszechne nawet u trzydziestolatków.

To kobiety częściej wstydzą się w łóżku. Tak przynajmniej wydaje się wielu z nas. Jak jednak wynika z badań, nawet do 30 procent mężczyzn na jakimś etapie życia odczuwa stres w łóżku. W przeciwieństwie do kobiet nie stresują się oni własnym wyglądem, ale tym, jak wypadną. Z badań przeprowadzonych w 2016 na Uniwersytecie Colombia wynika, że aż 50 procent mężczyzn uważa, że powinni być zawsze „gotowi”. I dlatego decydują się na seks nawet wtedy, gdy nie mają na to ochoty. To z kolei może skutkować całą listą problemów w łóżku.

Potrzeba wykazania się

Wielu mężczyzn uważa, że seks to kolejne pole, na którym muszą się sprawdzić. Powinni być idealnymi pracownikami, synami, partnerami, ojcami, a także kochankami. A paradoksalnie, coraz mniej mężczyzn ma ochotę na tak częsty seks, jak jeszcze dekadę temu, wynika z badań przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii. To przeważnie efekt przepracowania. Wielu ma więc wewnętrzny konflikt - standardową potrzebę seksu, a z drugiej strony przekonanie, że powinni uprawiać go dużo, być gotowi na każde zawołanie, a do tego energiczni, szaleni i kreatywni w łóżku. A od takiej postawy już niewielki krok do poważnych problemów w łóżku. Przedwczesny wytrysk lub problem z jego uzyskaniem, zaburzenia erekcji, w tym jej utrata w trakcie zbliżenia, dotyczą mężczyzn w każdym wieku.

I mimo że ich jednorazowe pojawienie się nie jest powodem do zmartwień, u wielu mężczyzn powoduje ono powstanie błędnego koła. Po jednym niefortunnym zdarzeniu, spowodowanym np. ogromnym zmęczeniem, mężczyzna fiksuje się na tym, że spotka go to kolejny raz. I wtedy najczęściej tak się faktycznie dzieje, ale już tylko i wyłącznie z powodu stresu. Jak sobie z tym radzić?

fot. materiały partnera fot. materiały partnera

Ośmielenie partnera

Czy można pomóc partnerowi wyjść z tego zaklętego kręgu? Tak. W jaki sposób? Luzem i humorem. Nie ma nic gorszego, niż utwierdzanie partnera w tym, że stało się coś złego. Obrażanie się, smutek, pytania ”Czy coś źle zrobiłam?”. To wszystko wpędzi go w jeszcze większe wyrzuty sumienia niż już ma. Do całej sprawy trzeba podejść na luzie. Przekonać go, że nic się nie stało. Gdy zacznie się stresować w łóżku kolejnym razem, trzeba pomóc mu skupić się na przyjemności, a nie seksie jako zadaniu. Nie naciskać, nie pytać, nie wymuszać. Można nawet zrezygnować ze stosunku na rzecz pieszczot oralnych. Pokazać mu w ten sposób, że chodzi o bliskość, a nie o faktyczny stosunek.

Jeśli problem jednak się powtarza przez dłuższy czas lub nasila, warto przemyśleć wizytę u specjalisty - seksuologa lub psychoterapeuty. Dzięki niemu dowiemy się przyczyny tego problemu. Czasem konieczna może być terapia behawioralna lub włączenie do codziennego życia sposobów walki ze stresem, takich jak na przykład medytacja.

fot. materiały partnera fot. materiały partnera

Gdy problemy z erekcją to coś więcej

Najczęstszą przyczyną stałych problemów z erekcją, zwłaszcza u młodych mężczyzn, jest stres. Może być spowodowany nadmiarem obowiązków w pracy, „zadaniowym” podchodzeniem do seksu w nowym związku albo być sygnałem problemów w tym już trwającym. Czasem problemy z erekcją mogą mieć przyczynę fizjologiczną i to nie tylko u mężczyzn po 60 roku życia, jak się do niedawna uważało. Może nasilać je nadmiar alkoholu, papierosy, problemy z sercem, zła dieta czy na przykład brak sportu. Zdarza się, że to wynik przyjmowania niektórych leków. Czasem zaburzenia erekcji są jednak zwiastunem poważniejszych problemów zdrowotnych albo tych zupełnie niezwiązanych ze strefą intymną, jak problemy z kręgosłupem. Wtedy konieczne mogą być . Dlatego zawsze przy długo utrzymujących się problemach z erekcją, warto wykluczyć problemy zdrowotne.