1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Sabotażystki własnej kariery, czyli czemu kobiety same podcinają sobie skrzydła?

Sabotażystki własnej kariery, czyli czemu kobiety same podcinają sobie skrzydła?

Największym wrogiem działania jest polubienie przeciętności rozumianej jako
Największym wrogiem działania jest polubienie przeciętności rozumianej jako "mam co jeść, mam dach nad głową. Jakieś pieniądze są w domu. Dostanę wsparcie. Na przykład 500+. To po co się będe wysilać?" (fot. iStock)
Przeciąganie edukacji, branie na barki zbyt wielu obowiązków, zrzucanie decyzyjności na innych - to tylko kilka przykładów na utrudnianie sobie rozwinięcia zawodowych skrzydeł. Jak przestać być siłaczką, a stać się prawdziwą bizneswoman - Paulina Młynarska pyta Olgę Kozierowską, dziennikarkę, autorkę i portalu Sukces Pisany Szminką.

Zgodzisz się, że to, co nas przede wszystkim odróżnia od mężczyzn w biznesie, to że jako płeć mamy niewielkie doświadczenie w interesach?

...od drugiej wojny światowej działamy w tej dziedzinie tak powiedzmy pełniejszą parą.

Jesteśmy zaledwie trzecim pokoleniem bizneswomenek. A na dodatek cały czas dźwigamy te wszystkie obowiązki, które - zanim znalazłyśmy się w biznesie - przypisano kobietom ze względu na tzw. prawo naturalne.

Zgadza się, kobiet to siłaczki.

Jesteś jedną z nich?

Na szczęście chyba już nie. Kiedy zaczynam szaleć, żeby się ze wszystkim wyrobić, mówię sobie" "Chodź wolniej". To pozwala mi się zastanowić, czy nie zaczynam popadać w perfekcjonizm. Pytam siebie: "Czy jeśli nie zadzwonię, nie kupię, nie wykonam, świat się zawali?". Uważam, że największa przyczyną naszych problemów jest to, co my same uważamy na swój temat, a następnie jak to przekładamy na funkcjonowanie w biznesie i w życiu. Tak jak i wiele innych kobiet mam skłonność do samobiczowania, czasem się na tym łapię. Przychodzę zmęczona po pracy do domu, chcę zrobić dzieciom kanapki i nagle się orientuję, że nie kupiłam chleba. "Ale ze mnie straszna matka!" - wyrzucam sobie. Po co? Od jakiegoś czasu, w zasadzie od kilku lat, nauczyłam się patrzeć na to jako na wyzwanie. Czyli mówię do siebie: "Dobrze, nie kupiłaś chleba, może ci się to zdarzyć jeszcze raz, co można wtedy zrobić? Można mieć zawsze zamrożony tostowy".

Słuchając siebie, mam wrażenie, że to i tak jest mordęga. Dlatego że nawet jeżeli łapiemy się na tym samobiczowaniu, to trzeba wykonać jeszcze jedną dodatkową pracę - powiedzieć sobie: "Nie muszę być taką perfekcjonistką".

Opowiem o mojej mamie. Jest taką typową zaradną kobietą, która nie dość że pracuje jako lekarz, to odkąd pamiętam, dźwiga też na swoich barkach cały dom. I zawsze jest samowystarczalna. Trawa nieskoszona - to ją skosi, nie będzie czekała. Gwóźdź trzeba wbić? Ona przybije! Nie będzie nikogo prosiła. I teraz uwaga: poszłyśmy kiedyś w odwiedziny do cioci. Wchodzimy do ogródka i moja mama mówi: "Jezu, trawa po kolana. Jak można w ogóle do tego dopuścić?". I do cioci: "Ewa, dlaczego ta trawa taka jest wysoka?". A ciocia na to: "Czekałam, aż Staszek skosi". Mama: "Nie możesz sama skosić?". A ciocia: "Jak skoszę raz, to będę już kosiła do końca życia".

Musimy cały czas manipulować albo delikatnie pogrywać, bo świat tylko czeka, żeby nam wejść na głowę?

Nauczyliśmy się funkcjonować w takiej kulturze. U nas ksiądz z ambony krzyczy, że syn ma po sobie nie sprzątać, bo od tego jest jego matka. Nadal musimy wypracowywać - żeby nie użyć słowa "walczyć o" - inny sposób działania. A do tego potrzeba czasu.

Czyli etapem przejściowym jest: "Czekam aż Staszek skosi". A następnym?

Od czegoś trzeba wyjść. Opowiedziałam tę historię anegdotycznie, bo świetnie ilustruje taki schemat: ja pokazuje brak kompetencji, wiec mój rycerz to zrobi.

Ale to jest straszne, Olga! Ja chcę, żeby on to robił nie dlatego, że ja nie umiem albo że jestem za słaba, tylko dlatego, że on po prostu uważa, że na tym polega sprawiedliwy podział obowiązków.

Ale czy on tak uważa? Nie. On patrzy na swoją mamę i swojego tatę. Jego mama tak całe życie robiła, więc on jest przekonany, że to kobieta powinna mu zapewnić wikt i opierunek. A jeżeli chce do tego jeszcze pracować, to jest jej hobby i ekstrawagancja. Wielu mężczyzn, z którymi się nawet koleguję i przyjaźnię, tak sądzi. Dodatkowo, co jest argumentem w wielu rodzinach, jeżeli nawet już dzielimy się obowiązkami i mężczyzna na przykład robi zakupy, wstawia pranie i wyjmuje je z pralki, to rzadko się zdarza, by kobieta zarabiała więcej. A gdy już się zdarza, to powoduje problemy.

Statystyki są nieubłagane: zarabiamy mniej.

Jeżeli on zarabia więcej, to zawsze użyje tego argumentu. Nawet jeśli kochacie się nad życie i tak kiedyś powie: "No, ale ja przecież zarabiam więcej", "Ale ja przecież utrzymuję dom". Czyli twoja praca jest mniej ważna.

Zauważyłam, że dużo młodych kobiet, zwłaszcza w wielkich miastach, bardzo przeciąga czas edukacji. Robią jedne studia, drugie, potem studia podyplomowe, czasem tuż po studiach rodzą dziecko albo dzieci. W zasadzie do trzydziestego piątego roku życia tak organizują swoje sprawy, żeby w ogóle nie powalczyć zawodowo. Moja teoria jest taka, że spora ich część po prostu obawia się wejścia na rynek pracy i konfrontacji z jego brutalnością.

Podpisuję się pod twoją teorią. W szkole, jak się dobrze uczysz, to masz same piątki, w pracy jest trudniej. Po drugie, im dłużej tkwisz w jakimś systemie, w którym jesteś od dziecka - tym trudniej jest ci z niego wyjśc do zupełnie innego środowiska, rządzącego się innymi prawami. A co jak się okaże, że nie jesteś taka supr.

Jeżeli czyta nas w tej chwili dziewczyna lat 30, która zrobiła już dwa fakultety, ma dzieci i przeciąga ten czas bycia w domu, nie umniejszając radości macierzyństwa...

...nie rozmawiamy teraz o radości macierzyństwa, tylko o lęku przed wyjściem z domu...

...gdzieś nad tą dziewczyną wiszą zagrożenia, których ona nie chce widzieć. A przecież rodzice, którzy jej pomagają, w pewnym momencie mogą się rozchorować i sami potrzebować opieki. A jej dobry mąż może któregoś razu nie wrócić do domu, bo... nie wiem, spadnie mu cegła na głowę.

Albo odejdzie do innej.

Nie chciałam używać takiego argumentu, żeby nie było, że nie wierzę w związki i zaraz podejrzewam mężczyzn o to, że porzucają. Ale jest argument bardzo uprawniony.

To ja go użyłam teraz.

Wróćmy do dziewczyny. Ona sama może się rozchorować i potrzebować środków na ot, żeby sobie dać po prostu radę. I teraz społeczeństwo robi taki numer, że o ile w wypadku macierzyństwa będzie wywierać na niej presję, że "tik-tak, zegar tyka", to już jeśli chodzi o szukanie pracy, wręcz ją zniechęca. Tymczasem zegar kariery też tyka, tik-tak...

No szczególnie z nowym systemem emerytalnym. Opowiadasz o kobiecie, która nie tylko nie chce, co boi się spróbować. Dodatkowo stała się w pewnym momencie skutkiem zmian w swoim życiu, a nie przyczyną. Bo żeby stać się przyczyną - sama zresztą bardzo dobrze o tym wiesz - trzeba mieć odwagę, żeby wziąć za swoje życie odpowiedzialność. A jak nie chcemy brać odpowiedzialności, to wisimy na innych. Ich obwiniamy za to, co się dzieje w naszym życiu. Zrzucamy decyzyjność na otoczenie, nawet w tak prostych rzeczach jak wybór filmu, który obejrzymy wieczorem. Chcemy, żeby ktoś za nas decydował. Bo jak się nam film nie spodoba, to będziemy wiedziały, na kogo zrzucić winę.

Ostatnio zastanawiałam się dużo nad motywacją i uważam, że największym wrogiem działania jest polubienie przeciętności rozumianej jako "Mam co jeść, mam dach nad głową, mam za co pojechać na wakacje albo nie wiem, pojadę do rodziców. Jak rodzice zostaną z dziećmi, to pójdę do kina. Jakieś pieniądze są w domu. Dostanę wsparcie. Na przykład 500+. To po co się będę wysilać?". Tyle, że to jest krótkowzroczne myślenie.

Niestety, kobiety często zadowalają się programem minimum. Mają tę minimalną pomoc, co skoro jestem matką, to trochę oczekuję, że społeczeństwo mi pomoże, że rodzice mi pomogą, że mąż mnie będzie wspierał. Jakoś to będzie... na kulawej naszej barce.

Ale ten lęk przed wyjściem z domu da się zaobserwować także wśród kobiet wracających z urlopu macierzyńskiego, pracujących w korporacjach, które mają dokąd wrócić. Tracą pewność siebie w kontaktach z ludźmi, boją się, że "wypadły z obiegu". A biznes to są relacje, to praca w zespole. Gdy się z tych relacji wypada, zaczynamy się bać. Obawiamy się oceny innych.

'Kiedy powiedziałam mamie, że rezygnuję, bo dusze się w korporacji, to moja decyzja wywołała u niej tak straszny lęk, że razem z tatą robili wszystko, żeby mnie od tego odwieść. Zatykałam uszy i starałam się tego nie słuchać'. (fot. iStock) "Kiedy powiedziałam mamie, że rezygnuję, bo dusze się w korporacji, to moja decyzja wywołała u niej tak straszny lęk, że razem z tatą robili wszystko, żeby mnie od tego odwieść. Zatykałam uszy i starałam się tego nie słuchać". (fot. iStock)

Gdy prowadziłam swoje warsztaty "Miejsce mocy", to zawsze zaczynałam od prośby, by słuchaczki odpowiedziały na pytanie: "W czym jestem świetna?". Chcę usłyszeć ich głos, kiedy o tym mówię. To dla mnie narzędzie diagnostyczne, żeby poznać grupę i zobaczyć, z kim mam do czynienia. I tu kobiety sukcesu, kobiety biznesu, prawniczki, lekarki - większość z nich jest naprawdę na wysokich stanowiskach - mówią o tym, że są świetne...

...w łączeniu kariery z dziećmi?

Nie. W pomaganiu, w kochaniu. W opiekowaniu się. W empatii. W słuchaniu innych. Właściwie wszystkie te ich "świetności" koncentrują się wokół służenia innym ludziom. One w tym widzą swoją wartość. Na palcach jednej ręki mogę policzyć kobiety, które od razu, podczas tej pierwszej rundki powiedziały po prost: "Ja jestem świetna w negocjowaniu umów" albo "Ja jestem świetna w prowadzeniu mojej kancelarii".

Jeżeli popatrzymy na to, co motywuje kobiety i mężczyzn, tak z perspektywy płciowej, atawistycznej, to kobiety motywują inni. Dla kobiety w komunikacji kluczowe jest słowo "my" - czy w biznesie, czy w rodzinie. Na pewno bywasz na różnych galach biznesowych, gdzie wręczane są nagrody. Wychodzi mężczyzna i dziękuje jury, że go doceniło. Wychodzi kobieta i dziękuje swojemu zespołowi. Używa słowa "my".

Sama zawsze to robię.

A teraz spytam o co innego: ile znasz kobiet samotnie wychowujących dzieci, które pozbierały się po różnych przeżyciach z mężczyznami, sytuacjami, zarabiają, wychowują te dzieci, radzą sobie ze wszystkim. Dużo, prawda? A ilu znasz takich facetów?

No tak. Masz rację.

Pamiętam, jak Ewa Woydyłło na jakiejś konferencji opowiedziała o czymś, co ja obserwuję na co dzień. Brzmiało to mniej więcej tak: przychodzi do mnie kobieta, porzucona przez mężczyznę, bo zamienił ja na nowy model, i mówi, że skończyło się jej życie, ona się nie pozbiera, będzie sama do końca życia, nigdy się nie zakocha, tu dzieci, a tu walka, tu to, a tu siamto. Mówię: Dobra, masz dzieci? Pół roku i się pozbierasz. A kiedy przychodzi mężczyzna i mówi to samo, to myślę: Jezu, będzie do mnie chodził pięć lat.

Z badań wynika, że mężczyzna wytrwa w byle jakim związku, bo każda kobieta przedłuża mu życie średnio o siedem, osiem lat! A kobieta w byle jakim związku wytrwa, jeżeli będzie się sama oszukiwać. Kiedy tylko przestanie się oszukiwać - odejdzie.

Zły związek skraca życie kobiety. I na to też są badania.

Kiedyś Kayah śpiewała, czemu jest winien testosteron. Jeżeli spojrzymy tak generalnie - nie chcę oczywiście zabrzmieć tu jak nie wiem... walcząca feministka...

Zabrzmij tak! Ja jestem też walczącą feministką.

...jeżeli teraz popatrzymy tak generalnie na to zło, które się dzieje na świecie, to ile mamy przemoc kobiet wobec innych? Ile mamy gwałtów kobiet na innych? Jednak hormon ten niesie w sobie bardzo dużo zła.

Ale ten sam hormon jest też hormonem walki i wytrwałości, który wydziela się w większych ilościach u kobiet walczących o swoje i idących po swoje. Ja pracuję i działam na bardzo wielu polach. Trzymam mnóstwo srok za ogon. Z tego powodu, że ktoś jest takim freakiem i freelancerem jak ja, musi mieć bardzo zdywersyfikowane źródła dochodu. Dlatego że ja co chwilę kogoś straszliwie wkurwiam.

Ale to bardzo dobra strategia, biznesowa. W biznesie znana jest zasada pareto, która mówi, że najlepiej mieć osiemdziesiąt procent przychodu od mniejszych kontrahentów, a dwadzieścia od dużych. Jeśli masz tylko dużych i trzech dużych odejdzie, to leżysz.

I ja się tego trzymam. Aby sobie poradzić, muszę zarazem trzymać pełną kontrolę nad tym wszystkim, co się dzieje i nie tracić z pola widzenia faktu, że cały czas zachodzą zmiany. Że to nie jest na stałe. Że coś tam mi nie wyjdzie, coś wyjdzie i bilans zysków i strat jest płynny. Wiesz, kiedy się z tym nareszcie dobrze poczułam? Kiedy sobie zdałam sprawę, że nie istnieje coś takiego, jak "ułożenie sobie życia". Życie nie daje się ułożyć. Życie nie jest bezpieczne, nie jest przewidywalne i wymaga akcji!

Czyli masz w sobie ducha podróżnika, ale jednocześnie może to w tobie buduje siłę. Zmiana i nowe wyzwania.

Kobiety od dziecka są straszone, że sobie nie poradzą. Że muszą mieć ułożone życie. Że trzeba sobie urządzić dom. I mieć stałą pracę. Stąd bardzo się boją zmian i wyjścia ze strefy komfortu.

Mój ojciec był wojskowym, mama jest lekarką. Pracuje w swoim zawodzie w jednym szpitalu od trzydziestu-czterdziestu paru lat. Dla nich największym moim sukcesem było to, że osiadłam w korporacji i byłam "bezpieczna", czyli zarabiałam określone pieniądze, miałam określony status i tak dalej. Kiedy powiedziałam mamie, że rezygnuję, bo duszę się w korporacji, to moja decyzja wywołała u niej tak straszny lęk, że razem z tatą robili wszystko, aby mnie od tego pomysłu odwieść. Zatykałam uszy i starałam się ich nie słuchać, żeby sie nie przestraszyć. W Polsce to jest norma. Jeśli powiesz: "Wiesz co, od jutra będę prawnikiem", od razu słyszysz...

...stuknięta!

Albo "Zwariowałaś? Co ty wiesz o prawie? Masz czterdzieści lat? Co ty zrobisz? Masz dzieci! To jest nieodpowiedzialne!". Plus tysiąc innych powodów, dlaczego nie powinnaś tego robić, nad którymi my potem zaczynamy się zastanawiać. To takie zatrute ziarenka, które kiełkują i my swoimi myślami zaczynamy je podlewać. A one rosną. Aż pozwolimy im urosnąć do wielkości krzaczorów, które wypełniają nam cały organizm...

To jest ciemny las.

No to jest las, którego nie wyrąbiemy. I co robimy? Myślimy: "Dobra, mają racje, rezygnuję". I potem żyjemy przez lata ze znakiem zapytania "Jakby to było, gdybym spróbowała?".

Gdybym spróbowała tych studiów...

Ja wiem, że pierwszy krok do zmiany bywa bardzo trudny, ale umysł jest na tyle elastyczny, że gdy dostrzeże korzyści ze zmiany, to nagle sobie mówi: "No dobra, udało się, to spróbujmy jeszcze jednej zmiany".

Poza tym umysł zaczyna się bawić. Tak jest na przykład z jogą. Lubię porównywać życie do jogi, bo bardzo kocham jogę. Asany w jodze bywają skomplikowane i często w pierwszej chwili mówimy sobie: "O Boże, to jest niewykonalne".

Patrzymy na trenerkę: "Chyba zwariowałaś".

A potem się okazuje, że umysł doskonale zapamiętuje kolejne etapy.

Ciało też zapamiętuje.

Jaki morał płynie z naszej rozmowy?

Że możesz osiągnąć więcej, niż myślisz, że możesz osiągnąć.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Sport to zdrowie. Banał czy święta prawda?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Każdy sport, także ten uprawiany amatorsko, uczy konsekwencji i akceptowania monotonii. Każdy sport nakręca nasze ciało, ale potrafi też nakręcić karierę. Pokazuje, że w życiu i w pracy warto być wymagającym i uczciwym wobec siebie – przekonuje Sebastian Kotow, trener i wykładowca biznesu.

Każdy sport, także ten uprawiany amatorsko, uczy konsekwencji i akceptowania monotonii. Nakręca ciało, ale potrafi też nakręcić karierę. Pokazuje, że w życiu i w pracy warto być wymagającym i uczciwym wobec siebie – przekonujetrener i wykładowca biznesu

Kiedy chodziłam do liceum, jedna z nauczycielek krytykowała klasę sportową, ironizując: „Czego można się spodziewać po kimś, kto przez cały dzień skacze na główkę do basenu?”. Panował podział na mięśniaków i mózgowców... Od tego czasu wiele się zmieniło.
Współczesna nauka coraz bardziej pokazuje, że pewnego rodzaju umiejętności psychologiczne i umiejętności interpersonalne związane z inteligencją emocjonalną kształtują się m.in. przez sport. Kiedyś nie było takiej świadomości. Niby dzieciaki na lekcjach WF robią to samo co kiedyś, ale rozsądny trener już wie, że nie chodzi tylko o przysłowiowe kopanie piłki, lecz o umiejętność współpracy, komunikacji w grupie, przegrywania. Zwłaszcza to ostatnie jest ważne, bo nauczenie się radzenia sobie z niepowodzeniami na wczesnym etapie rozwoju jest olbrzymią wartością w dorosłym życiu. Ludzie przeżywają rozczarowania, kiedy im coś nie idzie, bo oczekują od życia samych sukcesów.

Trening pokazuje, jak przegrywać i podnosić się po porażce.
Poza tym to skakanie na główkę przez cały dzień, o którym mówisz, uczy samodyscypliny i ciężkiej pracy. Ja w ogóle jestem fanem ciężkiej pracy i nie wierzę w hasła typu „pracuj mądrze, a nie ciężko”. Oba elementy są potrzebne, nie znam ludzi, którzy osiągnęli coś wybitnego bez wysiłku. Ani w sporcie, ani w biznesie... Znakomity pływak, Michael Phelps, przez lata najlepszy na świecie, powiedział, że przez minione pięć lat nie pominął żadnego treningu. Igrzyska olimpijskie są co cztery lata, pomiędzy nimi jest nuda, samotność. To dopiero jest szkoła dyscypliny, wytrwałości i akceptacji monotonii, która prowadzi do sukcesu.

Czy sport to też zaufanie do zespołu?
Tak, ale przede wszystkim zaufanie do siebie. Ludzie nie ufają sobie, nie wierzą we własne możliwości. Deficyt poczucia własnej wartości jest bardzo częsty, widzę go i u sportowców i u prezesów korporacji, którzy są bardzo silni w roli zawodowej, ale mają mnóstwo ludzkich wątpliwości. Tymczasem nawet sport amatorski daje poczucie zdrowej dumy, zadowolenia. Wrócę jeszcze do tego skakania...

Jeśli uczę się pływać, najpierw trzymam się blisko brzegu, w końcu mogę już przepłynąć kilometr czy dwa i to pozwala mi zbudować wewnętrzne przekonanie o sprawczości. W efekcie pomaga mi tez przygotować się do egzaminu na studiach czy trudnej prezentacji w pracy. Bo mam już wyćwiczone, że najpierw muszę w coś włożyć trochę wysiłku, a potem regularnie to powtarzać, żeby osiągnąć zadowalający rezultat. Budowanie zaufania do siebie przez sport to jedna z moich fascynacji.

Sport ma w tej kwestii tak wielkie znaczenie?
Doświadczenia sportowe są cenne, bo są prawdziwe, a prawda ma niesamowitą moc. Nikt ci tego doświadczenia, tej wiedzy nie zabierze. Sport jest czarno-biały, nie ma tu przestrzeni na oszustwo, efekt weryfikujesz z samym sobą. Czasami wracam do zdjęć z zawodów Ironman, zrobionych w momencie, gdy przebiegam metę. Bardzo mnie inspirują.

Swoją przygodę ze sportem rozpocząłem dość późno, jako trzydziestolatek. Wcześniej uciekałem od wysiłku fizycznego, raz nawet oblali mnie z WF. A teraz zarażam do sportu innych ludzi, bo to buduje silną psychikę, poczucie własnej wartości. Zaczyna się od tego, że jesteś w stanie wstać na trening, a potem wchodzi to w nawyk. I kiedy życie daje nam w kość, to ten nawyk się odzywa i nasza odporność na trudności jest większa. Namówiłem na bieganie moją 17-letnią córkę. Na początku była bardzo na "nie", a teraz regularnie przedłuża dystans. Daje jej to nie tylko lepszą sylwetkę, ale też powód do dumy z siebie. Ja też jestem z niej bardzo dumny!

A co ciebie przekonało do sportu?
Przede wszystkim potrzeba bycia spójnym. Generalnie nie uważam się za mówcę motywacyjnego, uciekam od tego tematu, bo - jak mówiłem - wierze przede wszystkim w ciężką pracę, a motywacja przychodzi jako rezultat, a nie przyczyna, ale dostałem zaproszenie do przeprowadzenia wykładu motywacyjnego. I pomyślałem, że nie mogę wyjść do ludzi z nadwagą i mówić im, jak osiągnąć cele... Zacząłem więc biegać. Najpierw po pięć minut dziennie, ale potem tak się nakręciłem, że w ciągu dwóch miesięcy, przebiegłem 600 km. Miałem nawet taki pomysł, żeby przebiec 100 półmaratonów w roku. Opowiedziałem o nim Robertowi Korzeniowskiemu, a on mnie przywrócił do pionu. Dziś wiem, że to było głupie, bo organizm się zużywa, ale wtedy byłem bardzo dumny z tego projektu... Taki był początek i kiedy dziś mówię ludziom, co oznacza wysiłek, niepowodzenie, to wiem, o czym mówię, bo sam tego doświadczyłem. A ja wierze w moc autentycznego przekazu.

W sporcie pojawia się też aspekt rywalizacji. Z kim ty teraz rywalizujesz?
Najlepiej jest rywalizować z samym sobą, bo porównywanie się do innych jest wykańczające. Mówię oczywiście o sporcie amatorskim, bo życie i praca zawodowych sportowców to coś zupełnie innego. Ale ja zakończyłem już pewien etap sportowy i przeszedłem od tego napięcia, żeby być szybszym - choćby od samego siebie - do szukania przyjemności w sporcie. Podczas wszystkich zawodów, które ukończyłem, nawet jeśli byłem zmęczony - a podczas Ironmana można naprawdę być zmęczonym - nigdy nie przekroczyłem granicy, za która traci się z tego przyjemność. Przez każdy kilometr w wodzie, na rowerze, czy w biegu czułem przyjemność. Dziś wiem już też dużo o ludzkiej psychologii i fizjologii, wiem, że dzięki treningom wpływam na swoje nastawienie do życia,na poziom hormonów, dotlenienie organizmu, pozbycie się szkodliwego kortyzolu... Czasami nawet podchodzę do tego mechanicznie: idę pobiegać, bo wiem, że wtedy będę się czuł lepiej, że będę miał większą odwagę do działania, bo przecież jak każdy boję się różnych rzeczy.

Statystyki mówią, że ponad połowa pracowników jest niedopasowana do organizacji, w której są zatrudnieni. Jak wykorzystać radość sportowca w codziennej pracy?
Moim zdaniem w gruncie rzeczy nie ma żadnej różnicy między sportem a pracą. Kiedyś w prowadzonym przeze mnie szkoleniu wzięła udział osoba, która twierdziła, że nienawidzi swojej pracy i ludzi, z którymi pracuje. Poprosiłem, żeby wypisała po jednej stronie kartki powody, dla których lubi swoją prace, a po drugiej - dla których ją kocha. Trudno jej było rozpocząć, ale potem znalazła tyle powodów, jakby nagle zmieniła pracę (śmiech). Tymczasem zmieniło się tylko jej nastawienie. A nastawienie bardzo mocno wpływa na to, jak odbieramy rzeczywistość. Wystarczy, że poprosisz o opinię dwóch ludzi, którzy pracują w tym samym miejscu, i może się okazać, że jeden będzie zachwycony, a drugi będzie narzekał. Jestem przekonany, że jeśli ktoś zacznie uprawiać jakikolwiek sport, to i monotonna praca nabierze dla niego kolorytu. Dlaczego? Wpłynie to na biochemię jego organizmu. Po 20 minutach biegania mózg zaczyna inaczej pracować, wydzielają się endorfiny, czujesz się lepiej, idziesz z innym nastawieniem do pracy. W Stanach Zjednoczonych często mówi się: "happy people carry their own weather with them" (szczęśliwi ludzie noszą ze sobą własną pogodę). Ja patrzę na sport jako na narzędzie do osiągania różnego rodzaju celów życiowych. Najtrudniej jest zacząć. Tego własnie uczę podczas warsztatów. Potem ludzie piszą do mnie z wdzięcznością, że coś zaczęli, coś zmienili. To jest fascynujące!

Ale jeśli trenujesz samodzielnie, to właściwie nikt nie może cię sprawdzić. Możesz skłamać, możesz powiesić u siebie w pokoju czyjś medal...
Prowadzę warsztaty, które trwają dwa dni, po których cztery tygodnie uczestnicy dostają maile z zadaniami do wykonania. Uprzedzam, że certyfikat wystawiamy dopiero po zrobieniu tych zadań. I pojawia się pytanie, skąd wiemy, że oni je zrobili, czy ich jakoś śledzimy? "Nie, nie śledzimy. Wy deklarujecie, a my wiemy, czy to prawda" - tłumacze, ale to budzi niepewność i niedowierzanie. A w końcu mówię, że nas to nie obchodzi, bo każdy indywidualnie zapłaci najwyższą cenę za brak spójności: jeśli zrobi tak, jak radzę, to będzie miał wyniki, a jeśli pójdzie na skróty - niekoniecznie. Jeżeli ludzie oszukują, to tracą wiele energii życiowej, kłamstwo jest karą samą w sobie. Zresztą inni też czują autentyczność, a neuronauka przynosi dowody na to, że ci, którzy mówią o tym, co przeżyli naprawdę, wygrywają. Nie potrzebują strategii, pomysłów, marketingu... Sam, kiedy zaczynałem prowadzić warsztaty, zastanawiałem się, co robić, żeby mieć klientów. A kiedy skupiłem się na tym, na czym się znam, w co wierze, klienci sami zaczęli się do mnie zgłaszać, bo czują, że jestem prawdziwy, że to, o czym mówię, faktycznie mnie fascynuje. To wydaje się banalne, ale wszystko sprowadza się do uczciwości wobec siebie.

 

  1. Psychologia

Czy szczęście i pieniądze idą w parze? Rozmowa z dr Konradem Majem

Kiedy słyszymy „pieniądze”, myślimy, że szczęściem jest posiadanie, a zapominamy o innych sprawach. (fot. iStock)
Kiedy słyszymy „pieniądze”, myślimy, że szczęściem jest posiadanie, a zapominamy o innych sprawach. (fot. iStock)
Okazuje się, że nadal trzymamy pieniądze w szafach z pościelą, pod bielizną i ręcznikami. Tylko 60 procent z nas woli banki. Nasz dziwny, intymny stosunek do pieniędzy ma kulturowe źródło. Mówimy przecież: „leżeć na pieniądzach”, „siedzieć na pieniądzach” (pisze o tym Krzysztof Polak w antologii „Instrukcja obsługi tekstów. Metody retoryki”).

Beata Pawłowicz: Nie spytam cię jednak, czy masz w komodzie euro w serwetce, tylko: co dla ciebie jest symbolem szczęścia i pieniędzy? Dr Konrad Maj: No to powiem ci, że ta ławeczka, na której teraz właśnie siedzę. Sam ją tutaj zamontowałem, przyznaję, że w dość oryginalnym miejscu. Za moimi plecami było okno do garażu. Ale uznałem, że nie chcę patrzeć na swój samochód. Może dlatego, że nie jest dla mnie symbolem szczęścia. Choć powinien, bo gdy mówimy o pieniądzach, to szczęście kojarzy się nam z tym, co możemy mieć, czyli z samochodami, domami, jachtami, złotymi zegarkami, biżuterią. Kiedy słyszymy „pieniądze”, myślimy, że szczęściem jest posiadanie, a zapominamy o innych sprawach. Na przykład, jeśli na stoliku, wokół którego siedzą uczestnicy eksperymentu, położymy biznesową walizkę, to między zgromadzonymi zapanuje atmosfera rywalizacji. Potwierdza to eksperyment psychologiczny zespołu Aarona C. Kaya. Ludzie w takiej sytuacji nie byli skłonni do współpracy, nawet jeśli zadanie, które im powierzono, nie miało nic wspólnego z pieniędzmi ani z tą teczką. Ale jeśli na stoliku znalazł się plecak, wtedy biorący udział w eksperymencie chętnie zaczęli współdziałać. To pokazuje, jak bardzo silne są schematy, jakie mamy w głowie, a uruchamiają je określone bodźce fizyczne.

Dla mnie jednak szczęściem jest wolność. Oczywiście brak pieniędzy może ją ograniczać, ale czy pieniądze same w sobie ją gwarantują? No nie. Zawsze możemy pragnąć kupić coś, czego nie mamy i na co nas nie stać, willę w Saint-Tropez czy wyspę na Morzu Jońskim. Niezależnie też od stanu naszego konta wolność ogranicza zawsze stan naszego zdrowia. I dlatego ta ławeczka jest dla mnie symbolem szczęścia, a nie samochód czy dom, bo to dzięki niej czuję się wolny. Laptop i telefon często tu ze mną goszczą, ale nie zawsze, więc mogę na tej ławeczce odciąć się od świata, od bałaganu w domu, na który nie mogę patrzeć, ale nie chce mi się sprzątać, od studentów, sąsiadów, od wielu spraw.  Mam spokój, słucham szumu lasu i czuję się poza.

Czy jesteś szczęśliwy z tymi pieniędzmi, jakie masz? Z różnych badań, na przykład tych dotyczących zadowolenia z pracy, wynika, że bez względu na to, ile pieniędzy zarabiamy, zawsze chcielibyśmy zarabiać ich trochę więcej. No, może nie wszyscy tego chcą. A na pewno nie zawsze. Są na szczęście tacy, którzy nabierają mądrości, dystansu do pieniędzy. Im wystarczy tyle, ile mają. Czują się w pewnym momencie nasyceni zasobem swojego portfela i stanem konta. Wstają wtedy od stołu i kierują swoją uwagę ku innym sferom życia. I ten moment, moment nasycenia tym, co posiadamy, jest dobrym momentem, żeby zacząć inaczej myśleć o swoim życiu – szerzej. Zacząć rozwijać się wewnętrznie. Jeśli nie zrobimy tego, możemy do śmierci zarabiać, gromadzić pieniądze, ale w zasadzie nie mieć z nich żadnego dającego prawdziwą satysfakcję użytku. Jak twierdzi profesor Wojciszke, pieniądze dają niewiele szczęścia, ale szczęście daje wiele pieniędzy. Badania prowadzone w Stanach Zjednoczonych i Rosji pokazały, że poczucie szczęścia skutkuje większą zamożnością w przyszłości. Być może jest to związane z optymizmem, który towarzyszy ogólnej szczęśliwości. A tacy ludzie są chętniej zatrudniani, nie boją się wyzwań. Choć, jak się okazuje, nadmiar poczucia szczęścia bywa również niedobry, podobnie jak nadmierny optymizm. Jesteśmy wówczas skłonni do przeceniania swoich możliwości.

Wspomniałeś o „nasyceniu”, to mało precyzyjne określenie. Czy istnieje jakaś tabelka, jakiś sposób na to, by rozpoznać, kiedy mamy dość pieniędzy? Kiedy już możemy, a nawet powinniśmy przestać, bo teraz to już na pewno tylko łakomstwo pcha nas do pomnażania zasobów? Nie ma jasnej odpowiedzi, tabelki dochodów, w której można by sprawdzić, czy tyle pieniędzy, majątku, funduszy i ubezpieczeń już wystarczy do szczęścia. To zależy od tego, czy ktoś jest nastawiony na rywalizację, ma silną potrzebę osiągnięć, a więc myśli: „Co z tego, że mam pięć jachtów, gdy ktoś inny ma ich dwadzieścia?” albo: „Co z tego, że jestem liderem w województwie, skoro nie jestem najlepszy w Polsce?”. A jak jest najlepszy w Polsce, to myśli, że nie jest najlepszy w Europie i tak dalej. Odpowiedź zależy też w znacznej mierze od tego, czy ktoś myśli w kategoriach swojej firmy, interesuje go przede wszystkim to, żeby była najlepsza. Jeśli tak, to wtedy swoje osobiste szczęście spycha na dalszy plan. Inaczej jest, jeśli człowiek nie patrzy tylko przed siebie i w górę, ale też rozgląda się na boki, zastanawia: „Co ja robię z tym swoim życiem? Jaki użytek robię z pieniędzy?”. Niektórzy szybko dochodzą do tego, że najważniejsze jest pytanie: „Do czego są mi potrzebne te pieniądze?”. A nie: „Ile ich mam?”. Oni mają dystans do biznesu i potrafią realizować siebie niezależnie od dążenia do powiększania zasobów.

W mediach możemy czasem zobaczyć tych, którzy zajmują wysokie stanowiska, a na przykład grają w zespołach muzycznych, jak zastępca komendanta głównego policji, perkusista w heavymetalowym zespole, który wystąpił przed Metallicą, prezes PKP Cargo – wokalista innego zespołu, czy też Petr Čech, bramkarz reprezentacji Republiki Czeskiej, który dał koncert wraz ze swoim zespołem podczas Euro 2012. Czy oni to robią dla pieniędzy? Raczej nie. To odskocznia, sposób na pozostawanie sobą, pielęgnowanie pasji. Nie zatracili chęci realizacji siebie na rzecz pomnażania majątku.

Jak tę chęć zostania sobą ocalić? Jak nie zacząć przeliczać wszystkiego na pieniądze? Czytałam o eksperymencie, w czasie którego ludzie nastawieni na zarabianie nie mogli spokojnie słuchać muzyki, dopóki ich nie zapewniono, że dostaną za to pieniądze. Swoistą terapią w takiej sytuacji, gdy nic poza szelestem banknotów nie daje nam radości, może być daleka podróż. Kiedy siedzimy cały czas w pięknym skórzanym fotelu przy designerskim biurku, odbieramy telefony i mejle, żyjemy wpatrzeni w ekran laptopa, analizując Excela, czy coś mi rośnie, czy spada, możemy zapomnieć, że istnieje inny świat, że możliwy jest odmienny styl życia, inne wartości, za którymi można podążać. A to przekonanie, że jest tylko jeden możliwy sposób życia, jest szalenie niebezpieczne. Pomóc nam przestać w to wierzyć może właśnie wyjazd do miejsca, gdzie ludzie patrzą na świat inaczej.

Na początku możemy się tam bardzo wszystkiemu dziwić: „No, jak to, dlaczego oni nie mają Internetu? Dlaczego siedzą przy kawie w środku dnia, dlaczego się obijają? Przecież mogliby zarabiać dużo pieniędzy, mogliby otworzyć fajne firmy zajmujące się na przykład turystyką!”. Ale kiedy pobędziemy w takim miejscu dwa, trzy tygodnie, to zaczniemy rozumieć ten inny sposób myślenia, dostrzeżemy w nim plusy. Może nawet zaczniemy im zazdrościć tego czasu na picie kawy w środku dnia w kafejce na rynku miasteczka. Po takiej podróży zwykle wracamy odmienieni. Ale ten świat musi być naprawdę inny kulturowo, lifestylowo. Biznesmeni wyjeżdżają często do Nepalu, Indii czy gdzieś na południe, bo tam spotykają ludzi zdecydowanie inaczej definiujących szczęście. Zrobiła się nawet moda na takie wyjazdy.

fot. iStock fot. iStock

Ale czy zawsze jadą po szerszą perspektywę? Po alternatywę dla gonienia za zyskiem? Są tacy, którzy reklamują się nie tylko świadczącymi o ich kompletacji zawodowej skrótami, ale i czymś w rodzaju: w wolnym czasie jeżdżę motocyklem po Azji. Jak potwierdzają badania, szczęście daje robienie rzeczy, które nas mocno angażują, coś, co jest naszą pasją. Choć oczywiście latanie podczas wakacji na motolotni w Nepalu albo podróżowanie po Azji na motocyklu ktoś może traktować jako element autopromocji. Ludzie cenią tych, którzy zajmują się czymś ciekawym. Więc są zapewne biznesmeni, którzy myślą: „Powinienem robić coś, co przekona ludzi, że jestem ciekawą osobą”. I wymyślają, że wejdą na szczudłach na szczyt góry i przywiozą stamtąd zdjęcia albo pojadą psim zaprzęgiem na Antarktydę, tylko po to, żeby sobie to wpisać w CV w miejsce: „hobby, zainteresowania”. Ale znam i takich, którzy raz na jakiś czas biorą plecak i jadą w egzotyczne miejsca, bez rozgłosu i potrzeby informowania o tym klientów swojej firmy, po to właśnie, żeby oczyścić umysł.

Mamy na tyle obciążone zasoby poznawcze, że potrzebujemy od czasu do czasu się zresetować. Oczywiście można to zrobić, wyjeżdżając w weekend do domku pod miastem i pieląc ogródek. Ale można też, zwłaszcza gdy pracuje się intensywnie intelektualnie, wyciąć sobie miesiąc wolnego z kalendarza spotkań i konferencji, by pojechać do Ladakhu. Może tylko lepiej robić takie rzeczy częściej, ale krócej, żeby stres się w nas nie kumulował.

A więc nie kpijmy ze wszystkich, którzy ogłaszają, że robią coś niezwykłego w czasie wolnym? Oczywiście, o ile robią to z własnej, autentycznej potrzeby, a nie tylko po to, żeby przywieźć zdjęcie na słoniu czy na wielbłądzie. Nie tylko po to, żeby popisać się przed znajomymi albo zbudować na tym swój prestiż: „Jestem taką oryginalną osobą, która robi ciekawe rzeczy, jestem odważny”. Nie kpijmy z tych, którzy robią to dlatego, że chcą. Uważam, że nawet warto ich naśladować.

Czy ten styl życia, ciężka praca, która daje środki na niezwykły relaks, służący nie tylko ciału, ale i duszy, upowszechnił się już u nas? Myślę, że jeszcze jesteśmy za bardzo na dorobku, żeby tak myśleć. Skłonność do świadomego myślenia o urlopie, odpoczynku jako przestrzeni na rozwój i zrozumienie świata i siebie albo na zaznanie niezwykłej przygody jest jeszcze przed nami. Świadomy czas wolny stanie się możliwy, gdy dogonimy Unię Europejską także poziomem życia, a zapewne tak się stanie, bo wciąż spoglądamy na Zachód. Jeździmy na wycieczki, szkolenia, konferencje i porównujemy. Dlatego też nasz poziom szczęścia, wysoki bezpośrednio po uzyskaniu wolności w 1989 roku, zaczął się załamywać wkrótce potem, gdy zaczęliśmy korzystać z możliwości wyjazdów za granicę. Te wyjazdy doprowadziły nas do wniosku, że musimy mocno popracować, żeby zarobić i móc mieć też tak dobrze jak tamci. No i od ponad 20 lat intensywnie pracujemy. Być może właśnie z tego powodu jesteśmy „Zieloną Wyspą” na mapie światowego kryzysu. Wynika to z silnej motywacji Polaków. Spora część z nas uznała, że kryzys jest wyzwaniem, więc trzeba się zmobilizować i nie dać się mu. W innych państwach Europy ludzie raczej żądają od państwa, żeby zapewniło im ten sam poziom życia, jaki był przed załamaniem gospodarki, nie są skłonni nic specjalnego przedsięwziąć, by żyło się im tak dobrze jak przedtem.

W naszej kulturze głęboko jest zakorzenione to, że pieniądze muszą być wynikiem ciężkiej pracy, trudu w pocie czoła. Inaczej są podejrzane, a my tracimy w oczach współbraci. I to nasze dziedzictwo, cenienie ciężkiej pracy, nieliczenie na państwo, daje nam w czasie kryzysu duży plus. Tak, ale są badania, które pozwalają dostrzec różne skutki tego, co teraz dzieje się także u nas. Mam na myśli przechodzenie ludzi z myślenia prospołecznego na myślenie ekonomiczne. Na czym to polega, wyjaśnię na przykładzie. Uczestników pewnego eksperymentu ekonomisty behawioralnego Jamesa Heymana i psychologa Dana Ariely’ego poproszono o to, żeby kręcili kółka na ekranie komputera. Powiedziano im, że chodzi o sprawdzenie działania myszki. Pierwszej grupie za wykonanie tej pracy obiecano pięć dolarów, a drugiej pół dolara. No, i jak można się spodziewać, ci, którzy liczyli na pięć dolarów, kręcili tych kółek więcej. Ale sytuacja się zmieniła, kiedy powiedziano pierwszej grupie, że w zamian otrzymają czekoladkę wartą pięć dolarów, a drugiej grupie, że zapłatą będzie batonik wart pół dolara. Różnice w zaangażowaniu w pracę zniknęły. Obie grupy kręciły tym razem równą liczbę kółek. Dlaczego? Otóż batonik nie uruchamia myślenia finansowego, czyli o konkretnym zysku, ale myślenie społeczne. Batonik to prezent, kreślimy więc kółka z zapałem, bo ktoś jest miły i ma dla nas słodycze. A to staje się wartością dodatkową. Banknoty przestawiają nas na myślenie finansowe, wtedy konkretnie chodzi nam o zysk. Nic nas wtedy nie obchodzą relacje. Szelest pieniędzy już mamy w głowie połączony z taką postawą.

Można wyciągnąć z tego, co mówisz, różne wnioski. Goniąc za pieniędzmi, tracimy to szczęście, jakie dają nam ludzie. Taką zwyczajną radość robienia czegoś tylko dlatego, że to jest fajne. Ale z tego badania wynika też, że pieniądze mogą psuć efektywność pracy. Mówi się, że psują relacje, i coś w tym jest. Weźmy chociażby pod uwagę tych, którzy dorobili się nagle, wygrali fortunę na loterii. Jakoś nie słyszymy, by te fortuny pomnożyli, dokonali czegoś ważnego czy ciekawego. Badania również nie potwierdzają, aby byli bardziej szczęśliwi niż inni. Często ci, którzy otrzymali w nagły sposób pieniądze, trwonią je i psują sobie relacje z otoczeniem, wpadają w konflikty. Dlaczego? Gdy ktoś dostaje dużo pieniędzy, zaczyna się zastanawiać, jak inni go postrzegają? „Może oni mnie lubią, chcą ze mną być, bo mam pieniądze?”. Poza tym mnóstwo członków bliższej i dalszej rodziny przychodzi wtedy prosić o pomoc, a obdarzony przez fortunę odczuwa napięcie i zaczyna się zastanawiać: „Po co mi to było, tylko są z tymi pieniędzmi problemy”. Bywa, że nagle wzbogaceni inwestują w podejrzane interesy, bo liczą na swoje szczęście, dają się oszukiwać innym albo nieświadomie chcą pozbyć się kłopotu. Po zdobyciu dużej kwoty pieniędzy zmienia się im również osobowość, bo teraz nowobogaccy mogą na wiele więcej sobie pozwolić, a więc zaczynają czuć się lepsi, więcej warci niż reszta. Traktują ludzi instrumentalnie i tak tracą sympatię tych, którzy naprawdę ich lubili. Ci mówią teraz o nich z niechęcią: „Ma pieniądze i myśli, że jest nie wiadomo kim!”. Następuje przemiana z dwóch stron. Otoczenie się zmienia, patrząc na taką osobę, i ten człowiek się zmienia. Robi się bardzo niekomfortowo.

Wtedy pojawia się pytanie: „Co by było, jakbym nie miał pieniędzy?”. I rzeczywiście zdarza się, że gdy straci wszystko, to także zostanie sam. Znajomi pokombinują tak: „Już nie jest mi potrzebny, bo nic nie ma, a do mojego towarzystwa nie pasuje”. Wbrew pozorom ludziom wcale nie odpowiada towarzystwo bogaczy, stresują ich przez to porównywanie się. Wyobraźmy sobie, co się stanie, jeśli przyjaciółka czy przyjaciel nagle dorobią się fortuny i zaproszą swoich dawnych towarzyszy na spotkanie na jachcie. Jak oni będą się tam czuli? Nowi znajomi bogacza prowadzą rozmowy o biznesie, o kupnie następnego domu albo bentleya. To powoduje dyskomfort. Niebogata przyjaciółka będzie próbowała ukryć się przed nowymi znajomymi przyjaciela, żeby nikt jej nie zapytał, czym się zajmuje, w co inwestuje? No bo wtedy słabiutko by wypadła. Warto odnotować, że dla naszego poczucia szczęścia kluczową rolę odgrywa posiadanie bliskich relacji społecznych. I z ludźmi dobieramy się na zasadzie podobieństw, także stopy życia, choćby właśnie dlatego, by łączyła nas wspólnota tematów i nie było poczucia dyskomfortu. Ilość pieniędzy wpływa więc na to, z kim się przyjaźnimy, a z kim nie.

Spójrzmy też na drugi biegun – osoby, które w wyniku wypadków są sparaliżowane i jeżdżą na wózkach, nie powinny, jak nam się zdaje, być szczęśliwe. Badania jednak tego nie potwierdzają. Bo też jak mówi reguła adaptacji, mamy dużą zdolność przystosowywania się do niekorzystnych zmian. Znaczenie może także mieć jeszcze co innego – reguła dystansu. Mówi ona o tym, że zdarzenia z przeszłości wpływają na naszą radość z życia w mniejszym stopniu niż to, co dzieje się obecnie. Ludzie cenią bardziej przyszłość niż przeszłość. To ona zaprząta im głowy.

A teraz pytanie, które chyba najczęściej sobie zadajemy: jak być szczęśliwym, kiedy mamy na głowie kredyt? Podpisując umowę z bankiem, mieliśmy pracę, karierę. A teraz albo wszystko się zmieniło, tylko kredyt został, albo boimy się, że się zmieni i stracimy wszystko. Wiadomo, że najlepiej byłoby, gdybym podał proste rozwiązanie. Ale takiego nie ma. Zawsze jednak warto patrzeć na swoje życie w kategoriach ciemnej i jasnej strony. Nie da się całkowicie zapomnieć o tym, że mamy kredyty czy inne utrudnienia życiowe, ale koncentracja na nich powoduje, że nie dostrzegamy innych sfer życia, gdzie problemów i lęków mamy mniej. Dlatego najlepiej dla nas i naszego poczucia szczęścia, gdy uwagą obdzielamy rozmaite sfery życia. Nie można zapomnieć o zobowiązaniach, ale czy jedząc niedzielne śniadanie na tarasie z rodziną, powinniśmy o nich myśleć? To nie ma sensu.

Czasami w poradzeniu sobie z lękiem, jaki budzi w nas kredyt, a nawet w odzyskaniu radości życia, może nam pomóc dogłębne zastanowienie się nad tym, czego najbardziej się boimy? Zastanowienie się nad najbardziej negatywnym scenariuszem wydarzeń. Powiedzmy, że zostało nam jeszcze pół kredytu do spłacenia i myślimy: „Mam duże piękne mieszkanie, w dobrej dzielnicy, ale zostało mi dziesięć lat spłacania, jestem tym załamany, mogę nie dać rady”. Wówczas dobrze jest pomyśleć o naprawdę najgorszym, co może się stać: przychodzi komornik i decyduje o zlicytowaniu mieszkania. Niezbyt przyjemne, ale co wówczas tak naprawdę się stanie? Co się wtedy tak naprawdę wydarzy? Gdy zlicytują nasze mieszkanie, to dostaniemy część pieniędzy. Oczywiście nie będzie ich dużo, ale może wystarczy na kawalerkę w niedrogiej dzielnicy. Pytanie: czy ta sytuacja jest aż tak dramatyczna, żeby się zabić? No nie.

Jeszcze gorszy scenariusz: zostanie za mało pieniędzy nawet na kawalerkę. Co wtedy? Przecież mama, brat czy ktoś inny z rodziny ma dom i może nas przytulić. Wyobrażony scenariusz może nie jest fajny, ale czy to sytuacja, która przekreśla sens dalszego życia? No chyba nie. Możemy przecież zacząć budować swoje życie od nowa, u stryja w garażu także. Nasze szczęście mocno uzależnione jest od poziomu optymizmu i zamartwiania się. Tak zwana ruminacja objawiająca się rozpamiętywaniem doznanych klęsk na pewno nie wyciągnie nas z kłopotów. Cebulowa teoria szczęścia mówi, że składa się ono z trzech warstw – jedną z nich, najgłębszą, jest wola życia, mało podatna na wydarzenia, jakie nas spotykają. Dwie zewnętrzne warstwy nie są już tak odporne. Wpływają na nie bieżące oceny i doświadczenia oraz nasze ogólne poczucie dobrostanu.

  1. Psychologia

11 ćwiczeń na pewność siebie

Pewność siebie można i warto ćwiczyć. (Fot. iStock)
Pewność siebie można i warto ćwiczyć. (Fot. iStock)
Chcesz obudzić pewność siebie? Rozwinąć skrzydła i unieść się wysoko? Oto kilka sposobów, aby obudzić w sobie moc.

1. Siła wyobraźni

Wyobraź sobie taką wersję siebie, która pewnie się porusza, podejmuje inicjatywę, załatwia nawet najtrudniejsze sprawy, jest zadowolona z siebie, wygląda atrakcyjnie i traktuje się ją z szacunkiem. Spróbuj poczuć w sobie tę moc, odwagę i pewność. Oddychaj świadomie. Pomyśl, co mogłoby się zmienić w twojej pracy, związku, relacjach z ludźmi, gdybyś była bardziej przebojowa. Jeszcze dziś lub najpóźniej jutro zrób jedną z rzeczy, które odkładasz od tygodni. To nie tylko pozwoli ci poczuć ulgę, ale też zmotywuje cię do podjęcia innych ważnych działań.

2. Bez krytyki

Jeśli nie akceptujesz swojego wyglądu i wciąż na coś narzekasz, wysyłasz do świata sygnał: „Nie jestem atrakcyjna”. Co ciekawe, im bardziej jesteśmy krytyczne wobec swojego wyglądu, tym częściej nosimy rzeczy, w których nie jest nam do twarzy, co potwierdza tylko naszą samoocenę.

Po pierwsze: uznaj, że krytyka siebie nie ma sensu, i uwierz, że jesteś wyjątkowa. Wiem, to trudne, ale na początek po prostu powiedz to sobie na głos. Po drugie: ubrania i dodatki powinny podkreślać twoją osobowość. Zamiast krytykować siebie, skrytykuj swoje ubrania. Poznaj swój typ urody (jesteś jesienią, zimą, wiosną czy latem?) oraz sylwetki (jabłko, gruszka, wazon itd.), ale przede wszystkim ubieraj się w to, w czym czujesz się sobą.

3.  Eksperyment z alter ego

Kogo uważasz za odważnego i pełnego charyzmy? Wybierz jedną kobietę i jednego mężczyznę. Przypomnij sobie, jak wyglądają, jak się poruszają, w jaki sposób mówią. A teraz wciel się na chwilę w pierwszą z tych osób. Przejdź się po pokoju tak, jakbyś nią była. Jak to jest być w jej skórze? Po kilku minutach powiedz w myślach: „Teraz wracam do siebie”. Następnie wciel się w drugą z wybranych osób. Jak się teraz czujesz? Po kilku minutach powiedz w myślach: „Teraz wracam do siebie”. A teraz zapytaj siebie: „W czym ta osoba może mnie zainspirować? Jakie jej zachowanie chciałabym przetestować?”. Jedna reprezentuje twój kobiecy aspekt, druga – męski. Oba są ważne. A zatem jaki będzie pierwszy krok wyrażający twoją odwagę?

4. Pozycja mocy

Badania naukowe wykazały, że postawa ciała oraz mimika wpływają na emocje i samopoczucie. Okazało się, że jeśli staniemy na przynajmniej dwie minuty w „pozycji mocy”, czyli z prostym kręgosłupem, trzymając ręce na biodrach, we krwi zwiększy się poziom testosteronu, a obniży hormonu stresu – kortyzolu. W praktyce łatwiej nam będzie zaznaczyć swoje granice, wyrazić zdanie i odmówić, jeśli zajdzie taka potrzeba.

5. Wolniej niż zwykle

Jeśli chcesz zwiększyć pewność siebie, spróbuj mówić trochę wolniej i wyraźniej niż zazwyczaj. Osoba niepewna mówi często za szybko, ponieważ obawia się, że może zabrać komuś zbyt dużo czasu. Nie przesadzaj jednak z wolnym tempem, po prostu miej świadomość każdego wypowiadanego słowa. Daj sobie prawo do tego, by być w pełni wysłuchaną. A jeśli ktoś ci przerywa, powiedz, że chciałabyś dokończyć zdanie.

6. Więcej wiedzy

Jeśli masz wątpliwości, czy poradzisz sobie w pracy z nowym tematem, staraj się pogłębiać wiedzę, której ten temat dotyczy.

7. Ruch mocy

Chcesz poczuć się pewnie i zwiększyć poziom energii przed ważnym spotkaniem? Oto proste ćwiczenie: szybko pocieraj dłonią o drugą dłoń, wypowiadając w myślach lub na głos jakieś pozytywne zdanie, np.: „Budzę moją pewność siebie”.

8. Inicjatywa na dzień dobry

Nie czekaj na aktywność ze strony bliskiej osoby, przyjaciela czy pracodawcy. Zabierz głos, zaproponuj coś, zainicjuj zmianę. Nie uzależniaj swojej dobrej samooceny od tego, czy ktoś się z tobą zgadza, czy nie.

9. Trudność a wyzwanie

Zamiast mówić: „To jest dla mnie bardzo trudne”, możesz powiedzieć: „To dla mnie wyzwanie”. Czujesz w ciele i umyśle tę różnicę? Wyzwanie wyzwala energię do działania, a trudność ją blokuje.

10. Pewność w działaniu

Zapisz, jaki będzie twój pierwszy pewny krok w różnych sferach życia:
  • Pracy…
  • Relacji z samą sobą…
  • Rodzinie…
  • Związku…
  • Przyjaźni…
  • Pasji…

11. Jak szamanka

Czasami w wyniku trudnych sytuacji życiowych tracimy część wewnętrznej mocy. Aby ją odzyskać, poczuj się przez chwilę jak szamanka, która będzie przywoływała do swojego ciała odszczepione fragmenty własnej siły i sprawczości:

- pomyśl o okolicznościach, w których mogłaś stracić część swojej mocy (rozstanie, zwolnienie z pracy itp.).

- zaakceptuj to, co się stało, inaczej częścią swojej energii życiowej nadal będziesz karmić przeszłość. A przecież żyjesz tu i teraz.

- wybacz w myślach temu, kogo uważasz za kata, czyli oprawcę w tej sytuacji.

- wyobraź sobie, że twoja moc pod postacią białozłotego światła wraca do ciała. Odczuwasz tę świetlistą kulę szczególnie w obszarze splotu słonecznego. Oddychaj głębiej i bądź świadoma wszystkich odczuć.

 

  1. Psychologia

Warto mieć w życiu plan B

"Najnowsze badania o szczęściu przeprowadzone na Harvardzie pokazują, że nie jest tak, że sukces przychodzi i jesteśmy szczęśliwi. Jest na odwrót – on się pojawia, bo jesteśmy szczęśliwi." (fot. iStock)
No dobrze, masz pracę, ale w każdej chwili możesz ją stracić. Co wtedy? Czy dobrze mieć alternatywny zawodowy plan? Inną profesję, hobby, na którym możesz zarabiać? – Są zbędne, jeśli pracujesz z pasją i płyniesz z nurtem życia – mówi coach dr Aneta Chybicka.

Czy warto mieć plan B na życie zawodowe? Tak jak zwykło się odkładać pieniądze na tzw. czarną godzinę?
Pracując jako trenerka i coach, obserwuję, że ludzie zamiast się zabezpieczać, chcą raczej przygotować się do tego, żeby robić coś, co by im przynosiło więcej sensu i radości. Nadało życiu znaczenia, byłoby związane z ich pasją. Wśród moich klientów często obserwuję taki mechanizm, że mimo iż mają pracę, to jednak inwestują w to, co uwielbiają robić: dokształcają się, zdobywają doświadczenie, najpierw oddają się pasji, zarabiając przy tym niewielkie pieniądze, a z biegiem czasu zaczynają nową aktywność zawodową.

Udaje się?
Znam osobę, która rzuciła pracę polonistki i została uznanym i nagradzanym redaktorem radiowym już jako dorosła kobieta, pokonując seplenienie i inne przeszkody. Włożyła w to mnóstwo wysiłku, ale w ogóle go nie odczuwała, bo radio było jej prawdziwą pasją i powołaniem.

Czyli planem B nie musi być przebranżowianie się, tylko pójście za pasją?
Tak. Pójście za wewnętrznym darem. Czymś w sobie, co nie jest koniecznie związane z wykształceniem i wcale nie musi być jakimś talentem artystycznym bądź naukowym. Czymś, o czym wcale nie myślimy, że jest talentem. To mogą być na przykład dobre maniery, ładny sposób wysławiania się, poczucie humoru, dostrzeganie piękna, gracja, umiejętność nawiązywania kontaktów, inteligencja społeczna, umożliwianie ludziom przyjemnego i konstruktywnego bycia ze sobą. Talentem może być pracowitość, cierpliwość, taka pieczołowitość, kreatywność. Wspomniana redaktorka radiowa jest osoba promienną, energetyczną. To z pewnością jej pomogło w zrealizowaniu swojego planu. Mam koleżankę, która – gdy tylko pojawi się wśród innych – natychmiast wciąga ich w rozmowy o uczuciach, seksie, śmierci, i to bardzo osobiste zwierzenia. Jest astrologiem, który zgłębia ludzką psychikę. Ma dar otwierania ludzi.

Jak dostrzec w sobie taki talent?
Są na to metody, na przykład testy diagnozujące talenty. To temat przebadany w psychologii. W książce „Siła kobiet w biznesie”, którą napisałyśmy z Elżbietą Zubrzycką, zamieściłyśmy test, który jest sprofilowany dla kobiet. Bo generalnie jesteśmy pracowite, odpowiedzialne, ale nie zbieramy za to braw, bo autoprezentacja jest naszym słabszym punktem. Szukając w sobie talentów, zwróćmy uwagę na to, co nam naturalnie wychodzi lub co mogłoby nam łatwo iść, gdybyśmy poświęciły temu trochę pracy i uwagi.

Mamy talent zdiagnozowany. Co dalej?
Trzeba zacząć z niego korzystać, doświadczać go. Zainwestowanie w talenty może stać się źródłem bardzo głębokiego szczęścia. Dlatego warto poświęcać czas na to, co jest naszym naturalnym potencjałem. Mechanizm przepływu uruchamia się, gdy wykonujemy czynność troszkę dla nas za trudną. Wtedy nie czujemy, że poświęcamy temu zajęciu wiele wysiłku, ale nie jesteśmy też znudzeni. Jesteśmy z tą czynnością jednym, mamy wrażenie płynięcia na fali. Kiedy jesteśmy w stanie flow, jest on stałym i skutecznym czynnikiem rozwoju.

Rozwój może być sposobem na pewniejszą pracę?
Idąc za koncepcją szczęścia, służy nam praca, która ma dla nas głębszy sens. Niektórzy czują, że jest to zdrowa żywność, ekologiczny styl życia, medycyna naturalna. Ten sens może polegać na tym, że coś robi się dla innych. Działanie dla dobra ludzi jest silnym mechanizmem szczęścia. Chodzi o to, żebyśmy nieśli dobro na zewnątrz, żebyśmy przekraczali samych siebie. Wtedy dochodzi do rozpuszczania ego rozumianego jako struktura lęku, egoizmu, negatywnych schematów, a przede wszystkim oddzielenia, widzenia siebie jako istoty odrębnej od reszty świata, żyjącej w izolacji. Warto doświadczyć tego, że kiedy zrobimy coś dobrego dla innych, zrobimy to dla siebie. Z kolei kiedy wyrządzamy komuś krzywdę, to tak jakbyśmy czynili krzywdę sobie. Dlatego kiedy robimy coś złego, musimy odseparować się od bólu tej osoby, której wyrządzamy krzywdę, bo naturalnym odruchem jest współodczuwanie. Efektem jest odcięcie się od wszystkich uczuć, także miłości, radości, od całej pozytywnej strony życia. Wtedy nawet nie wiemy, co tracimy – możliwość własnego rozwoju, wznoszenia się wyżej. To jest straszna rozpacz. Prawdy te dotyczą całego życia, także sfery zawodowej.

Jeśli spełniamy się w pracy, potrzebny jest plan B?
Wówczas plan B sam się pojawia i tak naprawdę nie jest planem B, tylko dalszym rozwojem. Sama wykonuję pracę, którą bardzo lubię i wykorzystuję w niej znaczną część moich talentów. Posiadam w sobie jednak mnóstwo niezależności, chcę mieć swobodę i pracować z dowolnego miejsca na świecie, więc zaczęłam tworzyć portale rozwojowe dla firm i indywidualnych klientów. Pewna potrzeba wygenerowała we mnie szukanie alternatywnego zawodu.

A takie zwyczajne zabezpieczenia, jak odkładanie pieniędzy, które mogą się przydać w razie utraty pracy?
To też można potraktować jako inwestycję w siebie, we własny komfort. Pieniądze odłożone na koncie pozwolą nam nie przeżywać paniki, kiedy szukamy nowej pracy. Wówczas nie zdecydujemy się na byle co. Można też zainwestować w nieruchomość, która będzie generowała dochód. Jednak należy pamiętać, żeby nasz plan B nie wypływał z lęku, bo jest on często samospełniającą się przepowiednią. Zawód i pracę można sobie wybierać, kierując się potrzebami rynku, prestiżem, modą, wysokością zarobków. Za tym wszystkim zazwyczaj kryje się lęk jako strategia zabezpieczenia. Ja jestem zwolenniczką innego myślenia o wyborze pracy – zastanów się, w czym się spełnisz, co ma dla ciebie sens. W czym jesteś dobra, co w naturalny sposób robisz z przyjemnością. Jeżeli w ten sposób wykonujemy swoją pracę, mechanizm samopozytywności sam się napędza. Bije od nas energetyka zadowolenia – zyskujemy wtedy klientów, współpracowników, dobre posady. Inni lepiej się przy nas czują, uaktywniają w sobie to coś, co sobą niesiemy. Rzeczy wtedy same się wydarzają, nie trzeba kalkulować i się zabezpieczać. Nie ma na to nawet czasu.

Płynie się z nurtem życia.
Albo jest się nurtem życia. Żeby za nurtem życia podążać, trzeba pozwolić mu płynąć, „zczytać się z nim”, „zwąchać”, być takim, jak ten nurt, wreszcie stać się nim. A później mieć tyle zaufania do siebie i pewnego komfortu, żeby ciągle z nim płynąć, nie bojąc się zmian. Zmiana to naturalny stan życia, także każdej pracy. Istnieje niebezpieczeństwo, że utkniemy – bo gdy długo robi się coś, co spala energetycznie i drenuje, to później trudno się z tego wyrwać, bo już nie ma tej iskry. O nią trzeba dbać. Najnowsze badania o szczęściu przeprowadzone na Harvardzie pokazują, że nie jest tak, że sukces przychodzi i jesteśmy szczęśliwi. Jest na odwrót – on się pojawia, bo jesteśmy szczęśliwi. Szczęście o 37 proc. zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu.

Kiedy wybierasz pracę, mając na względzie swoje szczęście, plan B sam się realizuje.
I możesz mieć ich więcej, niż potrzebujesz, możesz mieć plany C, D i F. Dlatego zadbaj najpierw o to, żeby być wewnętrznie zadowoloną, zadbaj o siebie, o harmonię wewnętrzną, o jakiś rodzaj braku wrogości do zewnętrznego świata, zacznij robić coś pozytywnego dla innych ludzi, swoją pracę wykonuj z myślą, że jest to dar dla kogoś, dla czegoś. Dziel się. Pozwól na to, co się dzieje, na to, kim jesteś. Poczuj akceptację tego, że masz takie, a nie inne właściwości, poczuj, z czym rezonujesz. Połącz się z tym, a stanie się to najwłaściwszym dla ciebie sposobem na życie.

Dr Aneta Chybicka
psycholożka, trenerka, coach. Autorka wielu publikacji naukowych i popularnonaukowych.

  1. Psychologia

Pomyliłeś się? To super, błędy są elementem rozwoju

Kultura błędu w organizacji wiąże się bardzo z osobą lidera, bo jeżeli on się przyznaje do błędów, to daje takie przyzwolenie zespołowi. (Fot. iStock)
Kultura błędu w organizacji wiąże się bardzo z osobą lidera, bo jeżeli on się przyznaje do błędów, to daje takie przyzwolenie zespołowi. (Fot. iStock)
Zwykle reagujemy na niego napięciem w ciele i grymasem strachu, a przecież błąd jest wartościowy i pożyteczny. Trenerka i konsultantka biznesowa Sylwia Hull-Wosiek wyjaśnia, jak wykorzystać pomyłki jako narzędzie rozwojowe. 

 

Bardzo lubię film „Dobry rok” z Russelem Crowe i Albertem Finneyem. To historia mężczyzny, który dostaje w spadku po wuju winnicę we Francji. W dzieciństwie często spędzał u niego wakacje. Już jako dorosłemu przypomina mu się, że kiedy grali w tenisa i popełnił błąd, to wujek wołał do chłopca, żebym się cieszył z tego. Podczas warsztatów z improwizacji w biznesie, które prowadzę z aktorem Kubą Snochowskim, wykorzystujemy gry, z których dwie związane są właśnie z podejściem do błędu, i bardzo je lubię. Pierwsza polega na liczeniu i ma na tyle skomplikowane reguły, że dość łatwo się pomylić. Na początku wprowadzamy dwie zasady: pierwsza z nich jest taka, że ten, kto popełnił błąd, ma się cieszyć, a druga – że pozostali mają mu bić brawo. Okazuje się, że kiedy ktoś się pomyli, to w pierwszej chwili, zanim przypomni sobie, że ma się cieszyć (oczywiście często jest to udawane), reaguje przykurczem ciała, dramatycznymi gestami i grymasem strachu. Ostatecznym celem tej gry nie jest samo okazywanie radości z pomyłki, ale uświadomienie sobie, jak negatywnie nasze ciało reaguje w takiej sytuacji. To ćwiczenie jest wstępem do kolejnego, które polega na wielozadaniowości i ma z kolei pokazać, jak grupa reaguje na błędy. A zespoły reagują różnie: jedne szukają winnego, drugie są bardzo wspierające i próbują kilka razy od początku, a jeszcze inne szybko się poddają. Opowiadam o tym, bo to jest bardzo podobne do sytuacji z filmu, którą pani przywołała.

Przyjmuję, że błąd jest elementem nauki, nieuniknionym efektem ubocznym, ale jak zrobić z niego narzędzie rozwojowe? Ostatnio pojawiło się dość dużo publikacji, które wskazują, że błędy są korzystne, ale za mało mówi się o tym, że wywołują też nieprzyjemne emocje. Co z tego, że rozum podpowiada, że błędy są potrzebne, bo pozwalają wyciągnąć wnioski i rozwijać się, skoro w ciele mamy „zapisane”, że to coś złego? Czujemy strach, wstyd, złość lub inną emocję, która nie jest dla nas łatwa. Na warsztatach staramy się więc pracować nie tylko z głową, ale i z emocjami. Chodzi o to, żeby zaakceptować ich obecność, dać sobie i innym przyzwolenie na to, żeby je wyrazić, a potem przepracować. Dopiero wtedy można właściwie wykorzystać błąd.

Jak przenieść to na grunt pracy? Większość firm pracuje dla zysku, a błąd może przynieść straty, więc pracownicy boją się go popełnić, a już zwłaszcza przyznać się do niego… To prawda, spotkałam się ze statystykami mówiącymi, że 88 proc. badanych byłoby gotowych przyznać się do błędu tylko na osobności. Mam też obserwacje z warsztatów, podczas których mówię także o kulturze błędów. Raz po pierwszej turze zajęć zdarzyło mi się usłyszeć od szefa, żeby na zajęciach dla kolejnej grupy ominąć ten temat, bo błędy kosztują i on się na to nie godzi. Jednak te organizacje, w których panuje przyzwolenie na błędy, i te błędy służą nauce – rozwijają się i odnoszą sukcesy. W Design Thinking, czyli myśleniu projektowym, którym się zajmuję, błąd jest wpisany w proces. Tim Brown, pionier Design Thinking, mówi, żeby popełniać błędy bardzo wcześnie i bardzo często. Jeśli wyciągamy z nich wnioski, powstaje produkt czy usługa wysokiej jakości.

Na czym polega kultura błędu? Najlepiej pokazuje to przykład firmy Pixar. Ed Catmull, który teraz zarządza wytwórnią Pixar i The Walt Disney Company, opowiadał, że kiedy po skończeniu pracy nad „Toy Story 3” ogłosił, że to jest jeden z filmów, przy którym praktycznie od początku nie było błędów, to zespół się obraził. Tam panuje przekonanie, że im więcej potknięć podczas procesu, tym doskonalszy efekt, więc dla zespołu była to stracona okazja do zrobienia czegoś lepszego. Praca w Pixarze polega na tym, że zaczyna się od kiepskich scenariuszy i tzw. zespół mózgowców udoskonala je na różne sposoby. W książce „Kreatywność S.A.” Catmull przywołał historię scenariusza filmu „Potwory i spółka”. Kiedy się to czyta, w pierwszej wersji nie sposób rozpoznać, że to właśnie ten tytuł, bo scenariusz został tak bardzo zmieniony w procesie pracy nad filmem.

Kultura błędu w organizacji wiąże się bardzo z osobą lidera, bo jeżeli on się przyznaje do błędów, to daje takie przyzwolenie zespołowi. Tutaj ciekawym przykładem może być winnica Torres, gdzie obowiązuje tzw. czarna księga, do której pracownicy wpisują swoje pomyłki i każdy nowy pracownik musi ją przejrzeć. Jest tam m.in. wpis dyrektora finansowego o błędzie, który on popełnił i który kosztował firmę 200 tys. dolarów. Jednak nie zrobił tego celowo, a intencja to bardzo ważny aspekt w kulturze błędów. Z nią wiąże się kolejna istotna kwestia, czyli zaufanie lidera do zespołu, że błąd nie powstał ze złej woli.

Jeden z rozmówców SENSu powiedział kiedyś, że zawsze postępujemy w sposób, który wydaje nam się najlepszy w danej sytuacji. To kojarzy mi się z tym, co pani mówi o zaufaniu i nieszukaniu złych intencji w czyimś działaniu. Jednocześnie stosowanie tej zasady w praktyce jest bardzo trudne, bo spotkałam się z wieloma organizacjami, w których deklaruje się w wartościach kulturę błędu, ale okazuje się to tylko deklaracją. Żeby było to coś więcej, trzeba mieć świadomość, że za błąd nigdy nie odpowiada tylko jedna osoba. Nawet jeśli popełniła go tylko ta osoba, to musiało wydarzyć się coś w jej otoczeniu, co ją do tego skłoniło: nadmiar zadań, brak komunikacji... Rynek pracy bardzo się zmienił, dziś należy do specjalistów i błąd rzadko dotyczy ściśle merytorycznych kwestii, a wynika z nakładania się różnych innych czynników.

Jak najwięcej błędów w jak najszybszym czasie – co to oznacza na co dzień? Na przykład, że nie warto poświęcać zbyt wiele czasu samotnym rozmyślaniom nad tym, jak udoskonalić swój pomysł, a lepiej od razu włączyć do pracy cały zespół? Nie bójmy się pracować nad tzw. niechlujnymi prototypami, jak je nazywam. To duże wyzwanie, bo kiedy prowadzę szkolenia, słyszę: „Jak to, dajesz godzinę na przygotowanie prototypu?!”. Odpowiadam, że wolę, żeby szybko powstały poglądowe prototypy i jak najszybciej trafiły do testowania, bo wtedy będzie można szybciej poprawić błędy i stworzyć dobry gotowy produkt. Design Thinking nauczyło mnie, że błąd może pojawić się na każdym etapie, dlatego ważne jest, żeby produkt możliwie szybko trafił do testów. Dużo zwrotów do poprawy (nazywamy to iteracjami) jest korzystne dla efektu finalnego. Oczywiście szczegóły zależą od branży, w bardzo dobrej sytuacji jest IT, gdzie można pozwolić sobie na wypuszczenie produktu niedokończonego i użytkownicy doprowadzają do zmian już w trakcie użytkowania, ale na przykład producent mebli nie może sprzedawać wybrakowanego stołu… Jednak zawsze można zaplanować proces projektowy w ten sposób, żeby uwzględnić iteracje i by na koniec nie było już błędów.

OK, błędy są cenne i potrzebne, ale nie możemy popełniać ich bez przerwy. Jak nad nimi zapanować? Tu znowu nawiążę do branży IT, skąd pochodzi agile, czyli metoda zwinnego zarządzania projektami, którą się bardzo inspiruję. U nas w zespole pracujemy tak, że codziennie szybko przekazujemy informację, co się u kogo dzieje, a raz w miesiącu albo raz na dwa miesiące spotykamy się na tzw. retrospektywach i wyciągamy wtedy wszystko to, co nam się nie powiodło. Mogą to być na przykład oferty, których klient nie przyjął, ale i mniejsze rzeczy: ktoś coś zgubił, o czymś zapomniał... Każdy z tych błędów analizujemy – ale nie pod kątem tego, kto personalnie jest za niego odpowiedzialny, ale co naprawdę się zdarzyło – i wyciągamy wnioski na przyszłość, żeby się nie powtórzył. Z kolei w wielu zakładach produkcyjnych zarządzanie błędami jest w pełni zautomatyzowane, czyli na przykład mechanik, który ma wkręcić określoną liczbę śrub, nie wybiera ich z dużego pojemnika, a dostaje na swoje stanowisko pudełko z kompletem śrub i wie, że żadna nie może zostać. Często korzysta się również z list kontrolnych.

Jako najlepszy przykład przywołuje się lotnictwo, które jest dziś najbezpieczniejszym środkiem komunikacji, ale uczyło się na błędach śmiertelnych. W lotnictwie obowiązują procedury na wypadek wystąpienia błędu, a także żeby łatwiej panować nad emocjami, które się wtedy pojawiają.

Czasami błąd dodaje wartości, zwłaszcza w sztuce czy w kolekcjonerstwie, na przykład znaczki czy banknoty z błędem zyskują ceny o wiele wyższe od tych poprawnych, ale czy może to mieć odniesienie do biznesu? Aż się boję powiedzieć na głos, że błąd jest wartością samą w sobie... A ja uważam, że tak! Japończycy znają nawet sztukę naprawiania pęknięć w porcelanie złotem –kintsugi. To daje bardzo piękny efekt, choć przecież u podłoża jest wada. Niedoskonałość jest według mnie wartością, wyznacza rozwój i stwarza okazję do nauki. Ciekawie wykorzystuje to marka lodów Ben & Jerry, o czym usłyszałam w wystąpieniu Rafała Żaka na konferencji TEDx. Oni bardzo eksperymentują ze smakami i niektóre się nie przyjmują. I przed siedzibą firmy jest symboliczny cmentarz, gdzie chowane są smaki, które się nie przyjęły. Ale też klienci mogą „wskrzeszać” pochowane smaki przez Internet. Czy można dobitniej pokazać, że nie boisz się błędów?!

Japońska sztuka naprawiania pęknięć w porcelanie złotem pokazuje, że niedoskonałość można przekuć w wartość. (Fot. iStock) Japońska sztuka naprawiania pęknięć w porcelanie złotem pokazuje, że niedoskonałość można przekuć w wartość. (Fot. iStock)

Wyciągaj wnioski -Schemat Gold

Kiedy już wiesz, że popełniłeś błąd i nie uda ci się zrealizować tego, co zaplanowałeś, pozostaje jedynie wyciągnąć wnioski na przyszłość. Skorzystaj z poniższego schematu i zadaj sobie poniższe pytania:

1.CEL Jaki był twój cel? Co – twoim zdaniem – było do osiągnięcia?

2. WYNIK Co wyszło z zakładanego celu?

3. UCZENIE SIĘ Czego udało ci się nauczyć?

4. INACZEJ Co następnym razem zrobisz inaczej?