1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wyjść ze skorupy

Wyjść ze skorupy

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Adam odniósł sukces, ale czuł się samotny. Arogancją, nadkontrolą i chłodem przykrywał chorobliwą nieśmiałość. Bał się burzy, zachodu słońca, czułości. A najbardziej tego, że ktoś odkryje jego słabość. Jego przypadek komentuje psychoterapeuta Jarosław Józefowicz.

Koledzy na podwórku wyśmiewali Adama podczas każdego meczu. Stał na bramce, a tam kiepsko mu szło. Obwiniali go za stracone gole, każdą przegraną. Ogromnym wysiłkiem woli powstrzymywał łzy, gdy słyszał pogardliwe: „to przez ciebie!”. Jako nastolatek nie był ani skinem, ani popersem. Zawsze z boku, nie należał do żadnej grupy. Najbezpieczniej czuł się sam ze sobą – nic mu nie groziło, przenosił się w świat wyobraźni. Widział w marzeniach, jak kumple po meczu niosą go na rękach, bo to dzięki jego fantastycznej obronie zostali mistrzami. Słyszał wiwatujące trybuny kibiców i piszczące na jego widok dziewczyny. Obiecał sobie, że za kilka, kilkanaście lat będzie bogaty, będzie jeździł drogim samochodem, podróżował po świecie… Widział siebie na scenie, jak przemawia do ludzi, a oni go słuchają. Kiedyś zwierzył się z tych planów matce. „To mrzonki” – usłyszał. Zawsze była zbyt zajęta, by go wysłuchać, ujrzeć, kim jest. Ojciec Adasia był lekkoduchem, to na jej barki spadało utrzymanie domu, z trudem wiązali koniec z końcem. Od ciężaru, który dźwigała każdego dnia, przygarbiły się jej plecy, od niewyrażonej złości – zaczęła jej doskwierać wątroba. – Życie jest ciężkie – mawiała synowi. Uwierzył jej. Uznał, że życie jest areną walki – że będzie wojownikiem i zwycięży. Nigdy nie przyzna się do strachu, który go dławi. Nikt się nie dowie, że jest nieśmiały. Będzie twardy i odniesie sukces.

Komentarz psychologa: Na początku życia wszyscy mamy dostęp do wewnętrznego potencjału. Do wynikającego z niego poczucia mocy, do świadomości siebie i pewności, że tacy, jacy jesteśmy, jesteśmy w porządku, godni uwagi, akceptacji, zachwytu. Małe dzieci próbują zrealizować te doznania, wcielając się w role bohaterów dysponujących wielką, nadprzyrodzoną siłą. Wielką, na miarę ich odczuć. Jednak zdarza się tak, że ktoś nam to poczucie mocy odbiera. Możemy jej zostać pozbawieni na każdym etapie życia, ale najczęściej dzieje się to wcześnie, już w dzieciństwie. Przez złe słowa, krytycyzm, za mało miłości, przemoc. Człowiek wtedy wewnętrznie maleje, znika, czuje się ofiarą, poddaje się. Zamyka się w wewnętrznej skorupie małości i nieśmiałości i trudno mu z niej wyjść. Jednak psychika każdego z nas dąży do równowagi. Wewnętrzny potencjał, kiedyś naturalny, teraz w części odcięty, dopomina się, aby go uwzględnić, nie pozwala na degradację. Taki proces obserwujemy u Adama. Aspekt wewnętrznej siły został u niego zdeformowany i chłopak stara się go wyrównać. Za wszelką cenę chce doprowadzić do sytuacji, kiedy znów poczuje własną moc. Z tego typu procesem wiąże się zjawisko rang, czyli przywilejów, siły i władzy, realizowanych na różnych poziomach.

Fotel szefa

Adam był inteligentny, wręcz błyskotliwy. Bez problemu przychodziła mu nauka przedmiotów ścisłych i języków obcych. Z wyróżnieniem skończył lingwistykę. Znał biegle angielski, francuski i włoski, z niemieckim i rosyjskim też nieźle sobie radził. Podczas studiów często wyjeżdżał na stypendia zagraniczne. Jeszcze jako student sporo zarabiał tłumaczeniem symultanicznym podczas międzynarodowych konferencji. Cieszyły go markowe ubrania, zegarki, długopisy. Czuł się coraz pewniej. Podczas spotkań z kolegami z roku umiał udowodnić swoją rację. Wreszcie! Był świetny w intelektualnych dyskusjach i logicznym podejściu do życia. Doskonale wyczuł dobrą koniunkturę na szkoły językowe. Zajął się swoim biznesem. – Tak, jestem pracoholikiem – przyznawał. Gdy zatrudniał w swoich szkołach kolejne osoby, przyglądał się im z podejrzliwością. „Do czego mi się on przyda?” – zastanawiał się. U pracowników cenił kreatywność, ale jeśli ktoś za bardzo wychodził przed szereg, szybko pokazywał mu, gdzie jego miejsce. „Niech sobie nie myśli, że wie więcej ode mnie” – mówił do siebie w duchu. Podczas zebrań, które często zwoływał, swój fotel umieszczał na podwyższeniu. Pracownicy mawiali o nim, że jest dominujący. Gdy ktoś ośmielił się wytknąć mu choćby cień błędu, stawał się bardzo nieprzyjemny. Nikomu nie obiecywał, że będzie łatwo, każdy odpowiada za siebie. Adam miał być poważany, a nie kochany.

Lubił swoją asystentkę, zawsze uśmiechniętą i pogodną. Silna kobieta – taką miał o niej opinię, twarde kobiety mu się podobały. Nie ulegała stresom. Do czasu. Kiedyś zdarzyło się, że się pomyliła, ustalając godziny jego spotkań. Wezwał ją do siebie, a ona się rozpłakała. Przeżywała ciężkie chwile – poważnie zachorowała jej matka. Nawet się rozczulił, ale za moment dostrzegł, że rozmazał się jej makijaż i wygląda żałośnie. Po kilku tygodniach wręczył jej wypowiedzenie. Osobiste kłopoty pani Moniki nie mają prawa wpływać na jego karierę, a ryzyko pomyłki znerwicowanej asystentki jest zbyt duże.

Komentarz psychologa: Co zjawisko rangi oznacza w praktyce? Możemy dysponować rangą osobistą, inaczej psychologiczną, czyli odczuciem siły płynącym ze stanu ducha, wewnętrznego hartu. W sposób naturalny posiadają ją osoby, które miały stabilne, szczęśliwe dzieciństwo. Oczywiście ludzie, którzy przeszli przez trudne doświadczenia życiowe, nie są na straconej pozycji. Zyskują rangę osobistą poprzez walkę z przeciwnościami losu, „hartują się w boju”. Adamowi brakuje siły ducha, zarówno odziedziczonej, jak i wypracowanej. Łatwiej sięgnąć mu po rangę społeczną. Tego typu ranga staje się naszym udziałem, gdy posiadamy atuty czy zasoby pożądane i doceniane w środowisku oraz społeczeństwie. Może to być zawód, wykształcenie, stanowisko, stan posiadania i wiele innych czynników, które dają przewagę nad resztą, pozwalają czuć się lepiej. W ten sposób Adam usiłuje zniwelować odczuwaną pustkę wewnętrzną, charakterystyczną dla osoby o niskiej randze psychologicznej. Ktoś taki, mimo zewnętrznych atrybutów siły, wewnętrznie czuje się słaby, nie ufa sobie, nie ma ze sobą prawdziwego kontaktu, nie czuje się bezpieczny. Między innymi dlatego nie toleruje u ludzi słabości, nie ma do nich zaufania i nie wchodzi w prawdziwe relacje.

Siła przeszłości

Nie chciał albo nie potrafił się zakochać, nie lubił czułości – seks to seks. Zwykle miał jakąś koleżankę bez „pozałóżkowych” oczekiwań, a na spotkania rezerwował niedzielne wieczory. Seks bez zobowiązań  odprężał go. Nie chciał wzruszeń. Zdziwił się, gdy jedna z kochanek zwróciła uwagę na widok z okien jego apartamentu. Według niej był piękny, słońce właśnie zachodziło, fantastycznie różowe niebo rozpościerało się nad dachami miasta. Przestał się z nią spotykać. Zresztą seks też stawał się coraz mniej satysfakcjonujący, jakikolwiek seks. Ogólnie Adam czuł się rozdrażniony i zmęczony. Nie mógł spać, bolał go lewy bark. Lekarze nie znajdowali sensownej przyczyny jego dolegliwości. „Nerwobóle, psychosomatyka” – mówili, unikając konkretów. Może rzeczywiście potrzebuje jakiejś zmiany w życiu? Coraz częściej rozmyślał o tym, że dalsze rozwijanie sieci szkół przestało być już dla niego wyzwaniem. Męczyła go szarpanina z ludźmi. Są nieodpowiedzialni, niedouczeni, chcą go wykorzystać, zalewają go problemami. Wszystko na jego głowie, nic dziwnego, że zaczyna się źle czuć.

Kiedy dostał propozycję sprzedania swojego biznesu międzynarodowej sieci szkół, nie zastanawiał się długo. Za część pieniędzy kupił okazały dom na przedmieściach. Postanowił, że będzie tłumaczył literaturę piękną i podróżował. Z werwą zajął się urządzaniem nowego lokum, starannie projektował wnętrza, dobierał meble, wszystko było drogie i lśniące, ale na tłumaczeniu książek nie potrafił się skoncentrować. Pewnej nocy obudziła go burza. Deszcz lał, uderzając o okna w dachu, drzewa za oknem niebezpiecznie się poruszały, grzmiało, pioruny rozdzierały czarne niebo. Trząsł się ze strachu. „Muszę zająć się czymś konkretnym, bo zwariuję w tym domu” – pomyślał. „Może zacznę prowadzić życie towarzyskie” – upor-czywie szukał jakiegoś pomysłu na siebie, jakiegoś rozwiązania.

Na portalu Nasza Klasa znalazł dawnych kolegów. Na spotkanie podjechał mercedesem. Wszedł wyprostowany, postawił na stole bardzo drogi alkohol. – Adaś, a ty pamiętasz, jak przepuszczałeś wszystkie gole? Bramkarz to z ciebie był nietęgi, co? – rzucił któryś z nich. Adam skurczył się w sobie na to wspomnienie. Uciekł stamtąd. Wrócił do domu przygarbiony, przybity, słaby. Oglądał wizytówki, które wręczali mu dawni koledzy. Właściwie dziś obcy ludzie. Marcin, kolega z podwórka, psycholog... Może to jest jakiś trop? Wystukał numer. – Chyba potrzebuję twojej pomocy – odważył się powiedzieć.

Marcin sam był człowiekiem doświadczonym, okazało się, że zdecydował się na studia psychologiczne po przejściu ciężkiej depresji. Odbył terapię i wreszcie ułożył sobie życie. Polecił Adamowi swojego kolegę. – To skuteczny psychoterapeuta, pomoże ci – obiecał Marcinowi. Adam uwierzył w to w dniu, kiedy po kolejnej sesji zauważył, że z jego okien rozpościera się niesamowity widok – na majestatyczny las.

Komentarz psychologa: Sukces w biznesie, pozycja społeczna, dobry samochód czy duży dom w przypadku Adama nie były wynikiem spełnienia życiowego, lecz celem samym w sobie. Służyły zagłuszeniu stałego wewnętrznego lęku, że wyda się, jaki jest słaby. Były drogą na skróty do poczucia mocy. Za jego postawą dominacji, perfekcjonizmu, nadkontroli czy arogancji kryły się nieśmiałość i niskie poczucie wartości. Szeroko rozumiane posiadanie stanowiło sposób na doznanie akceptacji, poważania, uznania, szacunku. Realizując się intelektualnie, a następnie poprzez karierę, otaczając się drogimi przedmiotami, będąc liderem swoich pracowników– starał się zapomnieć o bólu duszy.

O tym, że jest to droga donikąd, że poczucie wewnętrznego niedostatku nosimy w sobie i nie można go zniwelować poprzez zewnętrzne atrybuty – boleśnie przekonał się na spotkaniu kolegów sprzed lat, kiedy okazało się, że trudne emocje z dzieciństwa nadal w nim żyją. Sprawy psyche trudno załatwić na zewnątrz. Duszy pomoże tylko podróż w głąb siebie, rozwiązanie konfliktów wewnętrznych. Droga wiedzie poprzez stopniowe wychodzenie ze skorupy, która – niegdyś niezbędna jako obrona w nieprzyjaznym środowisku – teraz jest tylko ograniczeniem i odcina od świata i ludzi. Uświadamianie sobie, że to, co w środku niej, jest i było naprawdę w porządku i zasługuje na to, by wyjść na zewnątrz – przywraca sprawy na właściwe miejsca. Gdzie kariera jest karierą, pieniądze pieniędzmi, a relacje i uczucia to coś zupełnie innego, i nie należy mieszać tych obszarów.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak odzyskać poczucie wpływu, bezpieczeństwa i dobrostanu?

Grecki filozof Epiktet mówił:„Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. (Fot. iStock)
Grecki filozof Epiktet mówił:„Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Czarny łabędź to pojęcie z dziedziny ekonomii. Oznacza zmiany, których nie rozumiemy. Dla wielu z nas takim łabędziem była pandemia, bo pozbawiła nas kontroli nad swoim życiem. A jednak, jak twierdzi coach Piotr Bucki, możemy odzyskać utracone poczucie wpływu i bezpieczeństwa. A nawet poczucie dobrostanu…

Kiedy myślę o szczęściu odczuwanym tu i teraz, to rozumiem to jako adaptację do zmian. Tak zwana sprężystość czy elastyczność to dzisiaj droga do szczęścia? Da się tego nauczyć? Szczęście widzę podobnie jak kilka tysięcy lat temu widział to grecki filozof Epiktet, który mówił: „Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. Dodałbym jeszcze, żeby świadomie kształtować rzeczy, na które ten wpływ mamy. A akurat nad naszą sprężystością, którą w psychologii nazywamy też „rezyliencją”, możemy pracować. Badaczka szczęścia prof. Sonja Lyubomirsky twierdzi, że 50 proc. w naszym kapitale szczęścia to geny, 10 proc. to środowisko, a reszta zależy od nas, od naszego podejścia. W tych 40 proc., które zostały, kluczowe są nasze podejście i sposób postrzegania świata. Nie zakłamywanie rzeczywistości, tylko uznanie jej taką, jaka jest, oraz praca nad tym, co faktycznie możemy w życiu zmienić.

To szczególnie istotne w naszej sytuacji, bo zupełnie nie spodziewaliśmy się tego, co nas spotkało, a co ekonomista Nassim Taleb nazywa „czarnym łabędziem” (chociaż sam Taleb nie zgodziłby się, że koronawirus jest czarnym łabędziem, bo dało się go przewidzieć). Czarne łabędzie to zmiany, których nie rozumiemy. Nagle okazuje się, że wszystko, w co wierzyliśmy i co dawało nam poczucie kontroli oraz poczucie bezpieczeństwa, jest niezwykle kruche. Że nasze rytuały, obyczaje, sposób, w jaki budujemy relacje z ludźmi, nie są trwałe.

Jedni żyją dzisiaj w lęku, co nie daje szczęścia. Drudzy w wyparciu – udają, że nie ma problemu, co już jest odrobinę lepszą strategią, tylko nadal daleko jej do akceptacji rzeczywistości. Jak to bywa w reakcji na szokującą zmianę, przechodzimy przez kolejne etapy: szoku i zaprzeczenia. Dlatego nie dziwię się ludziom, którzy wierzą w teorie spiskowe. Człowiek ma w tym momencie potężną potrzebę wyjaśnienia sobie zjawisk, których nie rozumie. Trudno jest pogodzić się nam z tym, że zarażenie się wirusem i przedostanie patogenu ze zwierzęcia na człowieka jest tak przypadkowe. Stąd pomysły, że to wszystko sprawa reptilian (humanoidalnych gadów – przyp. red.) lub Billa Gatesa. Gdy już mamy jakieś wyjaśnienie, czujemy się z tym bezpiecznie. Tyle że to niczego nie zmieni, ponieważ jest niezgodne z rzeczywistością.

W późniejszym etapie pojawia się mobilizacja i faza przystosowania, która polega na tym, że nadal dobrze funkcjonujemy, jednak nadmiernie czerpiemy z naszych zasobów psychologicznych i fizycznych, bez regeneracji. Dzisiaj weszliśmy już w fazę wyczerpania, chwilowo przerwaną letnim wytchnieniem, która charakteryzuje się całkowitym poddaniem się organizmu. To reakcja na stres.

Jak ta reakcja na stres ma się do naszego poczucia szczęścia? Ta reakcja jest powiązana z tym, że stresują nas rzeczy, na które nie mamy wpływu. Podobnie kiedy mówimy: „znowu jest kiepska pogoda”. Oczywiście można się frustrować złą pogodą (na którą i tak nie mamy wpływu) albo ubrać się odpowiednio – na co wpływ już mamy. Tak samo możemy przygotować się na zmiany i kryzys, które powodują wahnięcia naszego nastroju. Tyle że trzeba się tym zająć wtedy, kiedy jest jeszcze dobrze. Nie możemy wzmacniać kości u osoby, która już ma osteoporozę i jest po pięciu złamaniach, należy to zrobić wcześniej. Oczywiście można powiedzieć, że nigdy nie jest za późno i zawsze można poprawić naszą sprężystość. Ale głównie radziłbym zmienić to nasze podejście: „jakoś to będzie, później się pomyśli”.

To cała ja! Podobną prokrastynację stosowała Scarlett O'Hara w „Przeminęło w wiatrem“, czyli: „pomyślę o tym jutro, na razie jest fajnie, to po co się martwić?”. Tyle że „jakoś to będzie” doprowadziło już do kilku katastrof narodowych. Można to zachować jako rodzaj naszego folkloru, ale wzmocnić o praktykę „dwójmyślenia”. To strategia przebadana i zweryfikowana przez profesor Gabriele Oettingen, badaczkę postaw, takich jak optymizm i pesymizm. Twierdzi ona, że przesadny optymizm nie dopuszcza pełnego obrazu rzeczywistości, tak że cały czas łudzimy się, że wszystko będzie dobrze. Co, brutalnie mówiąc, jest w tym momencie kretyńską postawą. Rzeczywistość nie postępuje jako ciąg przyczynowo-skutkowy, w którym co chwilę wydarza się coś przyjemnego. Wręcz odwrotnie, dlatego zamiast łudzić się, że różne rzeczy się wydarzą, trzeba pomyśleć, co zrobię, gdy jednak tak się nie stanie. Przewidywać również negatywne scenariusze wydarzeń.

Tylko nie chcemy się zamartwiać, kiedy jest nam dobrze. Przewidywałam zimowy nawrót wirusa, dlatego latem na chwilę wróciłam do wcześniejszego trybu życia: spotykałam się z ludźmi, chodziłam do restauracji, podróżowałam. W tamtej chwili byłam tu i teraz, nie w przyszłości. Jasne, wspomnienia są fajne i możemy się nimi pozytywnie ładować. W swoich badaniach prof. Philip Zimbardo pokazał, że ludzie mają obsesję przechowywania swoich wspomnień w postaci historii. Chwil, które stanowią często kilka sekund z naszego życia. To może nam dawać hedonistyczną przyjemność, jednak prawdziwym szczęściem nie jest.

A może dla każdego szczęście co innego znaczy? Chodzi o to, że często uzależniamy swoje szczęście od czynników zewnętrznych. „Będę szczęśliwszy, jeśli... będę zdrowy, chudszy, będę mieć większe mieszkanie, dłuższe włosy, więcej pieniędzy na koncie etc.” To wszystko rzeczy, na które mamy pośrednio wpływ, ale po ich osiągnięciu czujemy jedynie chwilową satysfakcję. Daleko temu do szczęścia, które nie jest stanem, tylko pewnego rodzaju postawą, prowadzącą do dobrostanu i pełnego życia tu i teraz. Szczęście leży pomiędzy tym, co daje nam hedonistyczną przyjemność, a tym, co obiektywnie radosne nie jest, jednak potrafimy dać sobie z tym radę. Dlatego szczęściem nie jest brak choroby ani brak nieszczęścia. Według mnie szczęściem jest raczej umiejętne reagowanie w obliczu tego właśnie nieszczęścia.

A co to znaczy: umiejętnie reagować na nieszczęścia? Zacznijmy może od czynników, które mają znaczący wpływ na nasze poczucie szczęścia. Profesor Martin Seligman ustalił model PERMA, w którym pod każdą literą kryje się jeden czynnik istotny dla szczęścia. Pierwszy to P – czyli pozytywne emocje. Dobre chwile, o których mówiłaś wcześniej, które łączą się z przeżywaniem rzeczywistości, dają nam takie emocje, jak radość, uznanie, komfort, inspiracja, nadzieja, ciekawość. Nadzieja jest jedną z najciekawszych, ale czasem mylimy ją z ułudą, czyli iluzją kontroli i bezpieczeństwa.

Dla mnie szczęście to życie w zgodzie ze sobą. A obecnie średnio mi się to udaje, bo wszystko to, co sprawia mi radość, jest zakazane: podróże, poznawanie nowego, spotkania z ludźmi, życie kulturalne. No i muszę odnaleźć to szczęście w innych rzeczach... Ale czy powiedziałabyś, że jeżeli do końca życia nie będziesz mogła podróżować, to staniesz się nieszczęśliwa? Bo jeśli tak, to znaczy, że ładowałaś sobie próg szczęścia czymś z zewnątrz. Tymczasem możemy mieć potencjał szczęścia na jednym, tym samym poziomie i tylko czasem go trochę podładowywać.

W jednym z badań sprawdzano wpływ wysokiej wygranej na loterii na nasze poczucie szczęścia (P. Brickman, D. Coates, R. Janoff-Bulman Lottery winners and accident victims: is happiness relative?), w porównaniu z grupą kontrolną osób, które przeżyły ciężki wypadek samochodowy kończący się stałym kalectwem. I co się okazało? W jednej i drugiej grupie poziom szczęścia w podobnym czasie wracał do poziomu wyjściowego. Tak samo było u ciebie – potencjał zadowolenia i pozytywnych emocji wzrastał po każdej podróży, jednak po powrocie spadał do tego poziomu co zwykle. Nad swoim potencjałem szczęścia można pracować, ale nie za pomocą czynników zewnętrznych.

Czyli jak? Nie da się przecież zmienić swojego temperamentu. Co, jeśli ktoś jest ekstrawertykiem, napędzają go bodźce, ludzie, pęd, życie w świecie? Teraz jest lepszy czas dla introwertyków. To prawda. Ale można zająć się rzeczami, które dają nam pełne zaangażowanie i wykorzystanie naszej kompetencji, w kierunku szlifowania swojego mistrzostwa. To właśnie drugi element modelu, czyli E – zaangażowanie (engagement). Chodzi o poczucie sprawczości i kontroli tam, gdzie tę kontrolę mamy, w nauce czy pracy. O ile jeszcze tej pracy nie straciliśmy. Jednak zawsze mamy pewną autonomię w doborze środków: jak chciałbym się angażować, w co lub w kogo i w jakie zajęcie? To może być naprawdę wszystko: szybsze pisanie lub czytanie, praca z dziećmi, muzykowanie, lepsze korzystanie z Excela...

Co z kolejnymi czynnikami wpływającymi na szczęście? Dzisiaj bardzo utrudniony jest czynnik R – czyli zaangażowanie w relacje, przebywanie z innymi ludźmi i współpraca. Dlatego nie jestem zwolennikiem sformułowania „dystans społeczny”, który może być odbierany jako oddalenie społeczne, osamotnienie i wykluczenie. Wolałbym mówić „dystans fizyczny”, czyli stoimy od siebie w odległości 1,5 metra, ale nadal jesteśmy w tym razem. Warto pomyśleć, jak mówimy o sobie i otaczającym nas świecie; to ma na nas duży wpływ. Dalej w modelu PERMA jest M – poczucie sensu (meaning) i znaczenie wykonywanych przeze mnie aktywności. Czy to, co robię, ma sens? Zdaję sobie sprawę, że nie we wszystkich zawodach ludzie odnajdują sens, ale mogą spróbować to zrobić. Znam fantastyczną kobietę, która sprząta w mojej wspólnocie mieszkaniowej, i jestem przekonany o tym, że wie, po co to robi.

Można powiedzieć, że to dorabianie ideologii do zwykłej czynności, ale naprawdę łatwiej się coś wykonuje, jeżeli wiadomo, po co się to robi. A nawet najbardziej doniosłe rzeczy trudno zrealizować, jeżeli nie wiemy, jaką częścią tego jesteśmy. Uważam, że to bardzo ważne zadanie dla liderów zespołów przy pracy zdalnej, kiedy pracownicy mają poczucie oddzielności i tracą wgląd w całość projektu.

Trudno dzisiaj stawiać sobie cele, a dzięki temu czujemy się sprawczy. Mam wrażenie, że sytuacja „zamrożenia” nie sprzyja naszemu rozwojowi. Na pewno w kryzysowych momentach lepiej skupiać się na tym, co dziś, nie planować takich rzeczy jak podróż do Brazylii za pół roku. Raczej zastanowić się, jak to będzie, jeśli nie polecę i już teraz zabezpieczyć się na wszelki wypadek, żeby nie wpaść w czarną dziurę. Ostatnie w modelu – A – to osiągnięcia (accomplishment), czyli to, co jest dla mnie ważne i co daje mi satysfakcję. Jeżeli zadbamy o wszystkie elementy modelu, spojrzymy na nie obiektywnie, jak na coś, na co albo mamy wpływ, albo nie mamy, i się z tym pogodzimy – powinniśmy poczuć w życiu coś, co lubię nazywać dobrostanem.

Ale jak zadbać o ten dobrostan w obliczu kryzysu? Ktoś może powiedzieć: „będę szczęśliwy, jeśli moja rodzina będzie zdrowa”. A jeśli ktoś zachoruje, to co wtedy? Nie ma szczęścia? Dobrostan polega na tym, że jestem silny również w obliczu straty i porażki. Ze stratą wiążą się naturalne emocje, jak zaprzeczenie, gniew, frustracja, smutek i rezygnacja. Mamy prawo je odczuwać, co wcale nie wyklucza pełni szczęścia, rozumianego jako dobrostan. Chodzi o budowanie mądrego spokoju w życiu. Czyli o stoicyzm. Dla wielu to brzmi jak bardzo odległa filozofia, ale taka postawa ma dzisiaj sens. Wcale nie wyklucza odczuwania emocji i nie oznacza bezduszności. Po prostu jeśli nie mamy na coś wpływu, to nie jest to dla nas ważne.

Nie mamy problemu z określeniem tego, jak będzie, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Najtrudniej przygotować się na najgorszy scenariusz. Bo nie lubimy myśleć o tym, co złe. W dodatku niektórzy twierdzą, że jeśli będziemy brali pod uwagę to, co najgorsze, to na pewno przyciągniemy to na zasadzie samospełniającego się proroctwa. To bzdura. Nie chodzi o to, żeby siedzieć i się zamartwiać, tylko pomyśleć: czego najbardziej się obawiam i jak mogę się na to przygotować? To ćwiczenie, które stoicy nazywają „prekontemplacją nieszczęścia”. Spisujemy to sobie na kartce, żeby lęk tam został, i rozmyślamy nad tym, co zrobimy, jeśli tak się stanie. Wiem, że na niektórych może to zadziałać paraliżująco. Ale sam pomyślałem ostatnio: „Miałem trzydzieści lat fajnego życia od upadku komunizmu do pandemii. Teraz czekają mnie inne ciekawe rzeczy, tylko będzie trochę trudniej, i wolę się na to przygotować, niż żyć ułudą, że jeszcze wróci stare. A jeśli nawet się mylę, to lepiej przygotować się na to, że jednak może nie wrócić”.

Piotr Bucki, coach, menedżer, strateg, szkoleniowiec, wykładowca. Autor popularnych książek z zakresu psychologii i zarządzania oraz fiszek wspomagających rozwijanie kompetencji komunikacyjnych, np. „Fiszki. Jak znaleźć szczęście”.

  1. Psychologia

Smutek czy nostalgia? - Jesień to najlepszy czas na przeżywanie trudnych emocji

Jesienią dopada nas depresyjny nastrój, od którego często próbujemy uciec. Warto jednak przyjrzeć się trudnym uczuciom i emocjom, zamiast stosować technikę wyparcia. (fot. iStock)
Jesienią dopada nas depresyjny nastrój, od którego często próbujemy uciec. Warto jednak przyjrzeć się trudnym uczuciom i emocjom, zamiast stosować technikę wyparcia. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Jeśli pojawia się w twojej głowie myśl o ucieczce od jesiennej szarugi, choćby do ciepłych krajów, najpierw zadaj sobie pytanie: jakiej emocji chcę uniknąć?

Jesienny czas sprzyja zatrzymaniu, często też rezonuje w nas smutkiem i nostalgią. To piękny moment na to, żeby zrobić sobie pyszną herbatę, wziąć ciepłą kąpiel, otulić się kocem i wyjść na spotkanie z emocjami. Bowiem poczucie bezsensu i apatia, które często dopadają nas jesienią, pojawiają się wtedy, kiedy zamykamy się na doświadczenie całego spektrum odczuć. Co wówczas się dzieje? Niechciane emocje zatrzymują się w nas i jak brudna woda zanieczyszczają całe życie.

Emocje, które uznajemy za trudne, jak: smutek, złość, żal lub lęk, chcą tak naprawdę, abyśmy przyznali się do nich. Jeśli doświadczamy jakiegoś uczucia, ale nie akceptujemy go, to właściwie nie przyznajemy się do jakiejś części siebie. Niewiele osób ma świadomość, że kiedy blokujemy odczuwanie choćby jednej emocji, to stopniowo zamykamy się na odczuwanie w ogóle, a wtedy bardzo łatwo tracimy orientację, co dla nas jest dobre. Oddajemy swoje życie w ręce mentorów, doradców życiowych, ogólnie mówiąc – wiedzy zewnętrznej. Wówczas istnieje duże prawdopodobieństwo, że w pewnym momencie zaczniemy odczuwać zagubienie, bowiem to właśnie uczucia, takie jak ekscytacja i fascynacja, podpowiadają nam, która ścieżka jest właściwa. Ludzie, którzy zamknęli się na emocje, nie mają dostępu do tej skarbnicy wiedzy.

Co złe to nie moje

W jaki sposób ocenić, czy dajemy sobie prawo do emocji? Jeśli na przykład nie chcemy przyznać się do tego, że odczuwamy złość, zaczną pojawiać się wokół nas ludzie, którzy zwyczajnie będą wywoływać w nas wzburzenie, bowiem to, co wypieramy, domaga się zawsze akceptacji i zauważenia. Kolejny etap można poznać po tym, że ludzie mówią: „ja nie czuję złości”, co oznacza: „zamknąłem się na wszystkich ludzi, którzy ją wywołują”, ale też, że wkrótce zamknę się na odczuwanie w ogóle. Taki stan nazywany jest powszechnie depresją i charakteryzuje się obniżeniem nastroju, utratą zainteresowań oraz brakiem zdolności do odczuwania przyjemności. Dlatego warto przyjrzeć się, jak to jest w moim życiu z odczuwaniem. Czy uciekam od niektórych emocji, czy raczej daję im przestrzeń w swoim ciele? Powodem, dla którego często odrzucamy niektóre uczucia, są oczywiście schematy myślowe, w jakich dorastaliśmy.

To, czego doświadczamy, możemy oceniać czasami jako wysoce niemoralne, wówczas zaprzeczamy temu, co czujemy, i w konsekwencji potępiamy tę część siebie. Tymczasem paradoks w pracy nad emocjami polega na tym, że zaakceptowane uczucia zamiast nas niszczyć i osłabiać, zaczynają nam służyć. Złość, której damy przestrzeń, transformuje się w energię seksualną, agresja zamienia się w wewnętrzną moc, lęk w radość, smutek zaczyna budzić zmysły, do których wcześniej nie mieliśmy dostępu. To nie emocje są złe, to nasza ocena sprawia, że nie współpracują z nami.

Emocje zapisane w ciele

Uczucia mają swoją cielesną rzeczywistość. Jeśli na przykład odczuwamy smutek, może on pojawić się jako napięcie w klatce piersiowej lub w ramionach, złości możemy doświadczać jako ściśnięcie w brzuchu, rękach lub w szczęce – u każdego dana emocja może być zapisana w innym miejscu w ciele, może przejawiać się jako napięcie, ściśnięcie, skręcenie lub zdławienie.

Te, z którymi nie poradziliśmy sobie w dzieciństwie, czekają na moment, kiedy będziemy gotowi je odczuć. Drogowskazem może być każdy symptom z ciała.

Często na warsztatach słyszę pytanie: „Czy mam wyrazić swoją złość i powybijać szyby w tej sali?”. To, co proponuję, to przeniesienie uważności w to miejsce, oddychanie nim przy jednoczesnym rozluźnianiu ciała, bycie z blokadą lub bólem, który odczuwamy – jeśli uda ci się utrzymać kontakt z pojawiającą się emocją, poczujesz wyraźnie, jak ona ulega rozpuszczeniu. Metoda, którą ja stosuję, nie polega na wizualizacji zniknięcia, zniknięcie odbywa się poprzez akceptację. To tak, jakby to miejsce poprzez napięcie domagało się uwagi, a kiedy ją dostaje, uspokaja się. Zaskakujący jest fakt, że emocje, które świadomie odczuwamy w ciele, przestają nad nami panować.

Kiedyś pracowałam z osobą, która czuła ogromny ból i ściśnięcie w brzuchu. Kiedy przeniosła świadomość w to miejsce, pojawiła się silna agresja. Poprosiłam ją, aby pozwoliła sobie na pełne odczuwanie, ale jej wewnętrzny głos powstrzymywał ją. Po chwili jednak znowu skupiła swoją uwagę na tym uczuciu. Zrozumiałam, że agresja, którą czuła, dawała jej przyjemność i dopiero prawda, na którą się odważyła, sprawiła, że ściśnięcie w brzuchu zniknęło, a w zamian pojawiła się, jak to sama określiła, wibrująca, przyjemna świetlista energia. Ból już nigdy nie powrócił. Bo prawda, nawet jeśli początkowo jest trudna, zawsze prowadzi do wolności.

Jesteśmy istotami zdolnymi odczuwać wszystkie emocje, dlatego bądźmy dla siebie dobrzy w te jesienne wieczory, nie odrzucajmy tego, kim jesteśmy, bo nigdy nie doświadczymy swojej potęgi i swojego piękna, które każdego dnia czekają na objawienie.

Dorota Hołówka: psycholożka, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą.

  1. Psychologia

Męska duchowość. Na czym polega i dlaczego jest tak ważna? - tłumaczy terapeuta

Jaką rolę w życiu mężczyzny odgrywa duchowość? Dlaczego mężczyzna powinien czerpać z niej siłę? (fot. iStock)
Jaką rolę w życiu mężczyzny odgrywa duchowość? Dlaczego mężczyzna powinien czerpać z niej siłę? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Duchowość to nie duchy. To nasze związki ze światem, z Naturą, z Życiem, z Bogiem, z ludźmi, z czymś większym od nas, co przerasta naszą osobowość, indywidualne cele. Poczucie uczestnictwa w całości życia daje radość i spełnienie. Mężczyźni potrzebują tego jak wody na pustyni – mówi Benedykt Peczko.

„Co sprawia, że w kryzysowych czasach tak dobrze prosperujesz?” – zapytałam zaprzyjaźnionego czterdziestoletniego mężczyznę. Odpowiedział bez chwili namysłu: „Bóg!”. O takich mężczyznach jeszcze nie rozmawialiśmy. Znam wielu mężczyzn, którzy się modlą, medytują, fundują sobie odosobnienie, kierują się wartościami. Jeden z nich, sprzedawca, poproszony na zebraniu zespołu, aby podzielił się tajemnicą swojego sukcesu, odparł: „Działam według wskazówek swojego lamy!”. Ten człowiek nie kopie dołków pod konkurencją, w kontaktach z kontrahentami jest otwarty, troskliwy, działa z intencją pożytku dla ludzi. Dlatego ci, którzy robią z nim interesy, czują się bezpiecznie, mają do niego zaufanie, chcą z nim pracować i polecają go innym. W ten sposób działa też wielu chrześcijańskich liderów i biznesmenów. Oni mówią: „módl się i pracuj, a reszta przyjdzie”. Uczestniczą w rekolekcjach, w dniach skupienia, należą do wspólnot wyznaniowych.

Gdzie oni są? Dlaczego tak mało o nich słychać? Widzimy raczej agresywnych, pozbawionych skrupułów, nastawionych jedynie na zysk zdobywców rynku, od których opędzamy się jak od natrętnych much. Ten styl jest tak wszechobecny, że gdy w jakimś momencie życia w mężczyznach rodzą się wątpliwości, pytają mnie, czy aby na pewno wszystko z nimi w porządku, czy są normalni. Znany psychoterapeuta i trener rozwoju osobistego John Seymour na swoich zajęciach prezentował listę działań, które generują sukces. Przebadani ludzie sukcesu wskazywali na wiele takich działań, jednak niektóre się powtarzały. Na przykład utrzymywanie bliskich relacji z ludźmi, przynależenie do grupy wsparcia, do grona przyjaciół, klubu, organizacji, gdzie panują otwartość i zaufanie, praktykowanie jakiejś ścieżki duchowej, działalność charytatywna, społeczna, systematyczne pomaganie cierpiącym, chorym. Miałem klienta, który raz w tygodniu spędzał kilka godzin w hospicjum. Mówił, że to pozwala mu zachować równowagę: „Dopiero teraz wiem, że moje życie jest pełne. Zapomniałem o tym, że są obszary tak samo ważne jak rozwój zawodowy, kariera, zabezpieczanie siebie i rodziny”. Okazuje się, że robienie czegoś tylko po to, by to robić, i obserwowanie, jak inni z tego korzystają, przynosi spełnienie. Wtedy wiemy, że samo istnienie, bycie ma wartość. Odzyskujemy równowagę między działaniem a byciem.

Chodzi więc o to, by wykonując pracę, mieć poczucie, że służy ona jakiejś wyższej wartości, większej całości. To zasadnicza sprawa. Czy pracuję tylko po to, by się utrzymać, czy także realizuję wartość, na przykład troszczę się o zdrowie innych, mam na względzie ich rozwój, bezpieczeństwo, ochronę. Dla mężczyzn taką wartością może być obrona kraju. W Internecie jest mnóstwo relacji z tak zwanych misji pokojowych. Żołnierze jadą, by służyć pokojowi, a na miejscu przekonują się, że nie chodzi o pokój, ale wręcz przeciwnie. Wtedy najczęściej ich system odpornościowy się załamuje. Gdy znika poczucie głębszego sensu, giną także zapał, motywacja, waleczność.

Jakiś czas temu byłem w Szwajcarii. Z samolotu widziałem czołgi, które wyjeżdżały z lasu. Nie wierzyłem własnym oczom. Co się dzieje? Szwajcaria to pokojowo nastawiony, neutralny kraj. Pytam szwajcarskich znajomych, o co chodzi, a oni mówią, że to szkolenie wojskowe, normalna sprawa. Na przykład kursy strzeleckie są organizowane na okrągło, biorą w nich udział wszyscy zdolni do służby wojskowej mężczyźni. W każdym domu w sejfie znajduje się karabin bojowy. W każdy weekend słyszałem strzelanie. Zwiedzając zabytki, widziałem ćwiczenia ze spadochronem, marsze na azymut itp. Szwajcarzy stawiają się na te szkolenia bez szemrania. Całe swoje życie do emerytury uczą się, jak bronić swojego kraju. Jaka w tym idea? To mały kraj. Gdyby najechało go mocarstwo, przypuszczam, że dosyć szybko by go zajęło. Ale wtedy za plecami okupant ma armię żołnierzy, wchodzi do jaskini lwa, wkłada głowę do ula. Dlaczego Szwajcarzy ponoszą taki wysiłek? W imię wartości. Tą wartością jest ich kultura, historia. Szwajcarię, czyli Confoederatio Helvetica, stworzyły trzy nacje – francuska, niemiecka i włoska. Postanowiły, że tworzą taki kraj, dbają o niego, chronią go.

W literaturze motywacyjnej wielokrotnie opisywany jest przypadek pewnego amerykańskiego agenta ubezpieczeniowego, który odniósł nieprawdopodobny sukces. Sprzedawał polisy na życie. Będąc w szpitalu, ciężko chory, trzy dni przed operacją ubezpieczył jeszcze pielęgniarkę i lekarza anestezjologa. Jak to możliwe? – pytano. Przypuszczano, że musiał znać jakieś pierwszorzędne techniki perswazyjne, mieć szczególnego rodzaju narzędzia wywierania wpływu, manipulacji. Był niski, łysawy, nosił okulary z grubymi szkłami, unikał kontaktu wzrokowego, zacinał się podczas mówienia. Badano, co powodowało, że był skuteczny, był czempionem sprzedaży bezpośredniej. Okazało się, że miał głębokie poczucie misji do spełnienia. Tą misją było ubezpieczenie wszystkich obywateli Stanów Zjednoczonych. Ale dlaczego? Żeby mogli być bezpieczni. On jako dziecko przeżył kryzys lat 20. Był świadkiem grozy. Ludzie wyskakiwali przez okna. Jego rodzice borykali się z poważnymi problemami. Wtedy postawił sobie taki cel: trzeba zrobić wszystko, aby uchronić ludzi przed ewentualnymi konsekwencjami kryzysów. Potem to realizował. Realizował wartość, która wykraczała poza osobiste cele, osobiste korzyści. Zarobił mnóstwo pieniędzy, których nigdy nie wydał.

Praca dla dobra publicznego, społecznego nas wzbogaca. Ale tę prawdę obrzydzano nam przez 40 lat poprzedniego systemu. Wyśmialiśmy prace społeczne dla ojczyzny. Wylaliśmy dziecko z kąpielą. Praca dla wspólnoty, społeczności lokalnej, kraju zanurza nas w większym systemie, buduje więź ze światem. To coś, co wykracza poza transakcję, wyobcowanie. Gdy takich działań podejmujemy się regularnie, możemy odkryć, że nie jesteśmy oddzieleni od tego, co poza nami. Że świat nie zamyka się w ciasnych granicach naszej osobowości. Być może odkryjemy też nasze połączenie ze Źródłem, z którego wszystko pochodzi.

Ważne są też nasze więzi z przodkami. Jesteśmy potomkami tych, którzy przeszli niebywale długą drogę i zgromadzili mnóstwo doświadczeń, z których my możemy korzystać. Ta łączność z większym systemem rodzinnym daje siłę, oparcie.

Czym jest duchowość? Mężczyznom kojarzy się raczej z duchami. Gdy czytamy książki popularnonaukowe, referujące ostatnie odkrycia z dziedziny kosmologii, fizyki kwantowej, biologii, wtedy coraz wyraźniej widzimy, jakim cudem jest świat, w którym żyjemy, i jakim cudem my jesteśmy w tym świecie. Odkrywanie cudu świata i naszego udziału w nim jest z całą pewnością doświadczeniem duchowym. Jednak duchowość definiowana jest na różne sposoby. Na przykład dla chrześcijanina to personalna relacja z Bogiem, z Kościołem jako wspólnotą wiernych. Psychologiczne rozumienie duchowości rozwinęli psychologowie egzystencjalni – Viktor Frankl, Irvin Yalom, także psychologowie transpersonalni. Duchowość w ich rozumieniu to obszar ludzkiego życia związany z poszukiwaniem i odkrywaniem ostatecznego, nadrzędnego celu i sensu. Z pytaniami: „Po co? Dlaczego?”. A takich pytań unika się w biznesie. Królują inne: „Jak zrealizować projekt? Jakimi środkami? Jakim kosztem?”. Pytania o sens, o znaczenie tego, co robię, czym się zajmuję, kim jestem, po co tu jestem, jakie jest moje miejsce w tym świecie, są pytaniami z poziomu duchowego. Poprzez takie pytania szukamy swojej najgłębszej tożsamości, rdzenia, wewnętrznej istoty. Tej tożsamości nie da się opisać, sfotografować, ująć w słowa. Jest poza rolami, które odgrywamy.

Realizując projekty biznesowe, nie dotykamy tych spraw. Ale gdy myślimy o projekcie, którym jest nasze życie, wtedy pytania o cel, sens i znaczenie domagają się uwagi. Bez odpowiedzi na nie jesteśmy jak dzieci we mgle, całkowicie zagubieni.

Wyobrażam sobie mężczyznę, który mierzy się z takimi pytaniami i chciałby się tym podzielić. To może być wielkie towarzyskie faux pas, narażenie na śmieszność, wykluczenie. Bo musielibyśmy wejść na obszar nieuświadomiony, wyparty, prześmiany właśnie, zdyskredytowany przez ideologie, mody, style, przez lata materialistycznej propagandy. To wszystko powoduje, że sfera duchowości jest obca i groźna, co najmniej niepokojąca, a często przerażająca. Dlatego tak cenne są wspólnoty ludzi wyznających podobne wartości, gdzie możemy swobodnie rozmawiać, dzielić się swoimi przemyśleniami, odkryciami, współodczuwać, dyskutować o inspirujących lekturach.

Z doświadczenia psychoterapeuty wiem, że trudno zgłębiać duchowe tematy, gdy mamy niepozałatwiane problemy emocjonalne, nie uwolniliśmy się od balastu trudnej przeszłości, nadużyć, przemocy, gdy mamy nierozwiązane konflikty wewnętrzne. Problemy nieuporządkowanego życia wyłaniają się na pierwszy plan, zajmują uwagę i wiążą energię. Najważniejsze pytania są w ukryciu, nie mogą się przebić. Gdy zrzucamy z barków kolejne obciążenia, poszerza się przestrzeń naszej wolności, uwalnia się energia, którą naturalnie kierujemy w stronę spraw wcześniej zaniedbanych.

Pytania o sens i znaczenie są kluczowe. Cóż z tego, że mamy świetny jacht albo okręt o napędzie atomowym i wszystkie środki techniczne potrzebne, żeby płynąć, rozwijać prędkość, gdy nie wiemy, dokąd płynąć, po co i dlaczego.

Niełatwa sprawa z tą duchowością. Na szczęście mężczyźni podejmują ten wysiłek: szukają, pytają, czytają, poszerzają swój indywidualny punkt widzenia, wzmacniają więzi z życiem, z większymi systemami. Biznesmen, który na trzy miesiące wycofuje się z życia zawodowego, żeby posłuchać siebie, skontaktować się z nowymi potrzebami, które doszły do głosu. Właściciel średniej firmy, który regularnie odbywa spotkania ze swoim mentorem duchowym. Pracownik korporacji, który zakłada ośrodki edukacyjne służące młodym ludziom. I tak dalej, i tak dalej. Wiele się zmienia.

  1. Psychologia

Manipulacja a psychologia – jak rozpoznać manipulatora?

(Ilustracja Getty Images)
(Ilustracja Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Zasady są proste. Rybak chce złowić rybkę po to, by ta spełniła jego trzy życzenia. Rybka łapie się na jego przynętę i trafia niekoniecznie tam, gdzie chciała. Według psycholog Ewy Klepackiej-Gryz manipulacja jest podstawą ludzkich relacji i każdy z nas bywa w życiu nie tylko rybką, ale i rybakiem.

Jak rozpoznać manipulację i jakie są jej oznaki? Miałaś wyjątkowo ciężką noc, czujesz się niewyspana i bardzo potrzebujesz poprawić sobie nastrój. Na widok męża pojawiającego się w drzwiach sypialni robisz zbolałą minę. Twój ukochany dobrze cię zna: – Kawa do łóżka? – zgaduje. – Oj tak, kochany jesteś – posyłasz mu słodki uśmiech. – Już się robi. A czy mogłabyś dziś odebrać mój garnitur z pralni? – pyta przymilnie. – Jasne – odpowiadasz, pocieszając się, że masz na to cały dzień. Jak nic, obojgu udało wam się ubić niezły interes. Jeszcze tego samego dnia – w drodze do pralni – zatrzymuje cię policja. Jak zwykle, przejechałaś na żółtym świetle. Mandat przebolejesz, ale perspektywa punktów karnych (kolejnych w tym miesiącu) nie przedstawia się optymistycznie. By uratować skórę, robisz słodkie oczy i udaje ci się zmiękczyć pana władzę. „Uff, upiekło mi się” – myślisz. Czy wiesz, że jesteś całkiem niezłą manipulantką?

Manipulacja psychologiczna - zarzucanie sieci

Oburzasz się na myśl, że manipulujesz innymi? Nic dziwnego, według słownika manipulacja to podstępne wykorzystywanie jakichś okoliczności, naginanie, przeinaczanie faktów w celu kierowania kimś bez jego wiedzy, wpływanie na cudze sprawy, zachowania i nastroje dla osiągnięcia własnych korzyści… Brzmi jak poważne wykroczenie. Jak rozpoznać manipulatora, kierując się tą definicją? Teoretycy manipulacji, grzebiący w owym zjawisku niczym kompulsywny badacz kijem w mrowisku, oprócz klasycznej manipulacji rozróżniają w tym temacie także wywieranie wpływu, perswazję i hipnotyczną sprzedaż. Ich zdaniem manipulacja występuje wtedy, kiedy manipulowany nie ma poczucia kontroli i może coś stracić. W przypadku wywierania wpływu i perswazji – masz poczucie kontroli, ale nadal możesz coś stracić. Z kolei kiedy ktoś swoim zachowaniem stara się, zabiega o twoją uwagę – nie masz poczucia kontroli, ale możesz coś zyskać… Oj, można się w tym pogubić.

Moda na diagnozowanie oznak manipulacji i analizowanie zachowań manipulacyjnych przypomina mi modę na dysleksję, DDA i ADHD, z tą różnicą że, moim zdaniem, manipulujemy wszyscy – bez wyjątku. Jeśli skoncentrujemy się na fakcie, że manipulacja pochodzi od łacińskiego manipulatio, czyli podstęp, fortel, a to prawdopodobnie od wyrażenia manus pello (trzymać kogoś w ręku), wychodzi na to, że owo karygodne zachowanie to jakby sztuczka cyrkowa polegająca na zręcznym (dzięki niedostrzegalnemu przez oko ruchowi ręki) wytworzeniu iluzji rzeczywistości. Niewinna zabawa, na którą nabieramy się jak rybka na przynętę. Przy czym wędkarz albo rybak, czyli manipulator, jawi nam się jako przebiegły, cyniczny zbir, który chce nas złowić dla własnych korzyści. Na przykład namolny telemarketer, który najpierw proponuje ci niezwykle korzystną ofertę (zwracając się do ciebie po imieniu, jak dobry znajomy), przygotowaną specjalnie dla ciebie, a kiedy odmawiasz, zniecierpliwionym głosem dopytuje, jaki jest powód twojej odmowy. Biorąc pod uwagę, że manipulacja psychologiczna od wywierania wpływu różni się intencją (z góry wiadomo, że zyski z owej procedury będzie miał głównie manipulant), stajesz się ofiarą. Z drugiej strony ten zły i przebiegły telemarketer wykonuje jedynie swoją pracę, a od tego, ile rybek uda mu się złowić, zależy jego prowizja. Jeśli pracujesz w usługach, prawdopodobnie to ty jesteś rybakiem, a inny nieszczęśnik bezbronną rybką, tyle tylko, że zwykle tak tego nie widzisz. Wolisz określać to strategią marketingową. Podobnie jak nie nazwiesz manipulacją robienia słodkich oczu do ukochanego. Co innego, gdy to on – podstępem – cię do czegoś namówi. A to manipulant!

Manipulacja - własna korzyść

Mój przyjaciel seksuolog twierdzi, że życie to jedna wielka gra o szczęście. Według Freuda każdy z nas kierowany jest dwoma podstawowymi popędami: dążeniem do przyjemności oraz unikania bólu i cierpienia, nie ma więc nic dziwnego w tym, że w życiu liczy się przede wszystkim własna korzyść. Wszyscy wywieramy wpływ na innych ludzi. Najczęściej robimy to nieświadomie. Jak rozpoznać manipulację w codziennych zachowaniach? Przykładowo, kiedy namawiasz przyjaciółkę na pójście do kina, bo zawsze lepiej mieć towarzystwo, nie dopuszczasz do siebie myśli, że ona może nie mieć na to ochoty. Czasami wystarczy propozycja, innym razem uciekasz się do prośby, podkoloryzowania recenzji filmu tak, by przyjaciółka dała się przekonać. A jeśli to nie pomoże, nie zaszkodzi drobny szantażyk w stylu: „Pamiętasz, jak prosiłaś mnie, żebym poszła z tobą na koncert, choć wiesz, że nie przepadam za zatłoczonymi klubami?”.

Oprócz podstawowego powodu stosowania manipulacji (chęć zaspokojenia własnej potrzeby, przyjemności czy ubicia interesu), uciekamy się do niej także z lęku przed autentyczną relacją, przed ujawnieniem swoich słabych stron czy czułych miejsc. Wtedy manipulujemy swoim wizerunkiem, przedstawiamy siebie w innym świetle, ukrywamy „niewygodne” fakty ze swojego życia – wszystko po to, by ktoś nas polubił, zaakceptował, nie odtrącił. Większość manipulatorów ma naprawdę dobre intencje, nie chce nikogo skrzywdzić, a że myśli przede wszystkim o sobie – to wydaje się naturalne.

Moim zdaniem każda relacja, nawet najbliższa, jak miłosna czy przyjacielska, jest pewnego rodzaju manipulacją. Jeśli to słowo nadal cię oburza, wyobraź sobie, że relacja to gra w tenisa. Kiedy rozgrywasz mecz z życiowym partnerem, obydwoje chcecie wygrać – to naturalne, rywalizacja, która nie ma intencji świadomego ranienia, jest dla relacji jak pikantna przyprawa do wyszukanego dania.

Jak rozpoznać manipulatora we własnych zachowaniach?

Ciężko jest przyznać przed samą sobą, że masz tendencję, a nawet naturalny dar do manipulowania innymi, co dopiero, kiedy zauważysz w swoim zachowaniu oznaki manipulacji i uzmysłowisz sobie kolejną prawdę – bardzo często manipulujesz również samą sobą. Pomyśl, ile rzeczy na swój temat potrafisz sobie wmówić, oczywiście w dobrej intencji. Jak rozpoznać manipulatora w naszej głowie? Manipulujesz własnymi przekonaniami, potrafisz zobaczyć coś, czego nie ma, i święcie wierzyć w swoje racje (cyrkowa sztuczka tworzenia iluzji rzeczywistości). Z łatwością przekonujesz siebie, że uszczęśliwić cię może jedynie konkretna osoba (iluzja miłości), albo trzymasz się kurczowo wspomnień o jakiejś nieprzyjemnej sytuacji z przeszłości, przeżywasz ją, uzupełniasz jej scenariusz i odgrywasz ciągle na nowo („popatrzcie, jaka ja biedna”). Wyjątkową wprawę mamy zwłaszcza w manipulowaniu własnymi emocjami. Bywa, że całkowicie odcinamy się od swoich uczuć albo w całości się z nimi utożsamiamy i pozwalamy im przejąć kontrolę nad swoim życiem. Potrafimy znaleźć tysiące sposobów, by usprawiedliwić swoje zachowanie. No cóż, najłatwiej jest oszukać samą siebie, nie zauważając żadnych oznak manipulacji. W tym wypadku manipulatorem jest nasza głowa, która podporządkowuje sobie ciało, dla własnych korzyści.

Mimikra, czyli występujące w świecie zwierząt zjawisko, gdy jeden gatunek wykorzystuje automatyczne wzorce zachowania innego, w doskonały sposób opisuje mechanizm działania manipulacji. Automatyczne wzorce reakcji, inaczej nawyki, czynią nas miękkimi jak wosk w rękach manipulatorów (w tym nas samych). Jak handlowiec, który próbuje nas złowić w swoją sieć, bazując na wierze w autorytety i podsuwając badania, z których wynika, że jego towar to rzecz ci niezbędna. Dlatego, oprócz znajomości technik manipulacyjnych, warto stawiać w relacjach na uważność i świadomość.

Manipulacja a psychologia wpływu społecznego

W psychologii naukowej rozróżnia się te dwa pojęcia. Każda manipulacja jest wpływem społecznym, ale nie każdy wpływ jest manipulacją – w tym ostatnim przypadku mówimy o działaniu świadomym z intencją uzyskania przez manipulatora jakichś korzyści własnych, przy czym osoba manipulowana nie zdaje sobie z tego sprawy i ponosi straty. Warto wiedzieć, jak rozpoznać manipulację od wpływu społecznego. Możemy wpływać na innych lub na otoczenie nawet bez użycia słów, poprzez mowę ciała, przedmioty, aranżację otoczenia. Stosowanie wpływu społecznego nie jest naganne, o ile nie ma to charakteru manipulacji.

Ewa Klepacka-Gryz psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Psychologia

Odpuść sobie. Jak to zrobić, od czego zacząć? – pytamy psycholożkę Ewę Woydyłło-Osiatyńską

Aby ruszyć do przodu, trzeba czasami odpuścić. (Fot. Getty Images)
Aby ruszyć do przodu, trzeba czasami odpuścić. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Odpuść sobie, czyli inaczej: machnij ręką, daj za wygraną. Olej niespełnione ambicje, wieczne pretensje, dawne niepowodzenia. Po co? By wreszcie ruszyć do przodu, nabrać dystansu. Po prostu odetchnąć.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".

Wiem, że przeszłości nie da się zmienić, ale to niesprawiedliwe, jak wiele w życiu zależy od dobrego startu. Ja takiego nie miałam – wyznaje Ewa, 28-latka z Warszawy. – Pochodzę z rozbitej rodziny, po rozwodzie mama ledwo wiązała koniec z końcem. Nie stać jej było na dobrą edukację dla mnie i moich braci, nie mówiąc już o takich rzeczach, jak wyjazdy zagraniczne czy fajne ciuchy. Przez to latami czułam się gorsza od rówieśników, wiele rzeczy musiałam nadrobić, więcej się uczyć, dłużej pracować, uzupełniać braki. Nadal to robię. Czasem mam wrażenie, że to nadrabianie nie ma końca. Niedawno o mały włos dostałabym wymarzoną pracę, ale ostatecznie przyjęli chłopaka z krótszym stażem i gorszym CV, tylko dlatego, że jego rodzice są znajomymi kierowniczki. A ja? Ciągle muszę innym coś udowadniać, a i tak w ostatecznym rozrachunku okazuje się to za mało.

Paulina, 35-letnia menedżer, nie kryje irytacji: – Mnie po prostu nie jest wszystko jedno. Wiem, mówią, że się czepiam, że jestem upierdliwa. Ale jeśli czuję, że ten projekt może być lepszy, to mam machnąć ręką? Albo gdy widzę, że mój mąż na eleganckie przyjęcie chce założyć dżinsową kurtkę, nic nie mówić, żeby nie popsuć atmosfery? Pogodziłam się z tym, że jak czegoś sama nie zrobię, to albo nie będzie to w ogóle zrobione, albo nie tak, jak trzeba. Tylko czasem robi mi się zwyczajnie, po ludzku przykro, że nikt nie myśli o tym, jak ja się czuję, a też chciałabym móc położyć się przed telewizorem na kanapie i mieć wszystko gdzieś. Ale gdy wracam padnięta z pracy, a w domu pełen zlew i pusta lodówka, to sorry, ale nie potrafię powiedzieć: „Nic się nie stało, kochanie, zamówimy pizzę”.

Tak wiele rzeczy siedzi w nas niczym zadra. Wspominamy to, co nam się nie udało, cierpimy, bo nie takie życie sobie wymarzyłyśmy, albo nie dajemy za wygraną, choć cel, do którego z uporem dążymy, znów o krok przed nami. Zamiast cieszyć się tym, co mamy, chcemy zmieniać, poprawiać, zdobywać. A gdyby tak zrobić na odwrót? Zacząć doceniać siebie za to, co nam się udało, zmienić oczekiwania, skończyć z pretensjami, zaakceptować niedoskonałość siebie, innych i świata? Ale najpierw trzeba sobie odpuścić to, co do tej pory trzymało nas w napięciu. Jak to zrobić, od czego zacząć – pytamy psycholożkę Ewę Woydyłło-Osiatyńską.

Co najtrudniej jest sobie odpuścić? To zależy. Przede wszystkim tu chodzi o kwestię ambicji. Chcemy dokonywać wielkich czynów – wielkich w cudzysłowie oczywiście, bo czasami to są codzienne zwykłe sprawy, ale traktowane z ogromną powagą. Skąd się to bierze? Po części z klimatu sprzyjającego pojęciu „sukces”. Bardzo wielu ludzi, zwłaszcza młodych, już od dziecka jest przekonanych, że w życiu trzeba piąć się po drabinie sukcesu. Nie odpuszczać. I tak rodzi się wewnętrzny przymus, który każe podporządkowywać nawet swoje potrzeby zawodowym wyczynom. Nie dosypiamy, nie dojadamy, ale walczymy o zwycięstwo.

Takie podejście promują korporacje, ale też dość powszechne przekonanie, że praca powinna być okupiona straszliwym mozołem. To jest podejście w sumie bardzo nowoczesne, tego w czasach Montaigne’a nie było. Wtedy było jasne: zimą śpi się na piecu, latem pracuje w polu, a wiosną sieje. Mówię to trochę półżartem, ale mam na myśli to, że kiedyś rytm życia był zgodny z rytmem natury.

A teraz jej przeczy? A jak inaczej nazwie pani sytuację, w której jestem zmęczona, ale próbuję to ukrywać, maskować? I zwykle czymś się szprycuję – biorę leki, wciągam kokę, piję na umór. Po to, żeby jakoś się napędzić, czyli tak naprawdę przeciążyć. A to może prowadzić tylko do krachu. Słyszała pani pewnie o syndromie wypalenia zawodowego. Wahadło idzie w stronę niesamowitego nakręcenia energii, a potem, kiedy osiągnie wysokość szczytową, musi opaść. I z człowieka sukcesu robi się człowiek flak. To jest cena, jaką płaci się za bezwzględną rywalizację, kiedy człowiek chce robić coś lepiej niż ktoś inny albo przynajmniej tak samo jak on. Albo za chęć zbierania laurów: sławy, uznania, medialnej popularności czy pieniędzy. I ma pani wystarczająco wiele powodów, żeby sobie nie odpuszczać.

Wiele osób w taki sposób podchodzi do każdego aspektu życia, nie tylko pracy... A pewnie! Do macierzyństwa, małżeństwa czy chociażby modnego stylu życia. Czyli: muszę być najlepszą matką, żoną, musimy pojechać na takie wakacje, żeby wszystkim opadła z zachwytu szczęka.

I nad wszystkim mieć kontrolę? Tak, to część tego samego zjawiska. Skoro mam ciśnienie na wyczyn, to muszę mieć jednocześnie pod nadzorem wszystkie ewentualne czynniki. Co więcej, często moje własne pojęcie sukcesu nie ogranicza się do tego, kim jestem ja, ale też do tego, kim są osoby, którymi się otaczam. Dzieci, mąż, znajomi. Mieszkanie. Ciśnienie zaczyna przechodzić na innych: chcę, żeby mój mąż chodził tylko w markowych ciuchach, a znajomi czytali tylko ambitne książki i odnosili sukcesy. Ten przymus sprawia, że bardzo często zatraca się dystans, poczucie zrozumienia, empatię, nie zwraca się uwagi na cudzą indywidualność, potrzeby.

Albo to, że ktoś ma inne zdanie. Lubimy mieć rację. Potrzeba posiadania racji ma kilka poziomów. Pierwszym, dosyć głęboko ukrytym, jest po prostu nawyk. Czyli oswojenie się poprzez obcowanie, już od dziecka, z tym, że apodyktyczne postawienie sprawy buduje autorytet i wzbudza respekt. Bo taka najczęściej była mama albo tata. Jeżeli mama nie dopuszczała innego zdania, to dziecko zrobi wszystko, żeby w pewnym momencie móc pozwolić sobie na to, by nad innymi – bo przecież nie nad mamą – górować. Znajdzie sobie wtedy koleżankę w klasie, a potem własne dziecko, w stosunku do których będzie się zachowywać tak jak mama, bo ta jej rola była pociągająca. W ten sposób powtarza się schemat wyniesiony z domu.

Inny poziom, płytszy, to posmakowanie przyjemności posiadania władzy, która zwykle idzie w parze z siłą, a zatem z przymusem. Spodobało mi się, to będę szukać rozmaitych sposobów – mogę manipulować, być apodyktyczna, zagrażać, być agresywna, straszyć, wyśmiewać – żeby wymusić na kimś, by postępował tak, jak chcę.

I jeszcze jeden poziom, chociaż może tylko aspekt – ludzie o poczuciu małej wartości, którzy nie są pewni siebie, w głębi duszy myślą, że z nimi coś jest nie tak. Będą więc podświadomie dążyć do tego, żeby mieć kontrolę nad innymi. Bo to ucisza ich lęk o siebie. Gdy uda im się kogoś zapędzić do kąta.

Ja bym dodała jeszcze aspekt kulturowy. Polacy nie potrafią dyskutować. Oj, tak, w Polsce każdy spór zamienia się w walkę o zwycięstwo, w której nikt nie chce przegrać. Skoro więc muszę wygrać, to stosuję rozmaite sposoby, mniej lub bardziej etyczne. I znów, bierze się to z niezbyt wysokiego poczucia własnej wartości. W powszechnym mniemaniu, gdy nie mam racji, to przegrywam, a to jest nie do pomyślenia. Jeśli wygrywam, to znaczy, że jestem bardziej wartościowym człowiekiem – takie jest przekonanie. Tymczasem gdy się spieramy o to, czy dziś jest środa, czy czwartek, to wartość człowieka nie ma tu nic do rzeczy. A są ludzie, dla których każdy rodzaj sporu jest okazją do tego, by coś udowodnić na swój temat. To prawda, nie potrafimy dyskutować, ale też nikt nas tego nie uczy. Stąd, jeśli słuchamy kogoś, to tylko po to, żeby zaraz przygotować kontrę do jego wypowiedzi.

No właśnie, mania planowania. Czy to nie próba zapewnienia sobie złudnego poczucia bezpieczeństwa? Planowanie jest mądrą strategią, oczywiście w rozsądnych rozmiarach. Mogę zaplanować fantastyczny wyjazd na weekend, a co jeśli będzie padało? Tu chodzi bardziej o umiejętność dostosowywania się do zewnętrznych warunków. Według badań kobiety górują w tym nad mężczyznami. Wynika to już z biologii, chociażby z fizjologii kobiecego ciała.

Natura nas uczy, że czasem trzeba się dostosować? Tak, i robi to w bardzo mądry sposób. Na przykład ciąża czy macierzyństwo – uczą kobietę, że nie wszystko może zaplanować, że dziś nie pójdzie do kina, bo dziecko ma akurat katar. Może ją to na początku frustrować, ale potem się dostosuje.

Psychologowie przekonują, że jeśli mielibyśmy machnąć ręką na jedną rzecz w życiu, to powinna być nią nasza przeszłość. Zwłaszcza jeśli była traumatyczna. Właśnie piszę książkę o pamięci. Teza główna jest taka, że nad pamięcią można zapanować. Można wyprowadzić się z pamięci negatywnej, a wejść w coś, co też jest częścią mojego życia, ale do tej pory uchodziło mojej uwadze. Można zacząć selekcjonować wspomnienia i wybierać te dobre, budujące. Oczywiście, wymaga to pracy nad sobą. Stosunek do przeszłości, a zwłaszcza do traum, bardzo rzutuje na naszą teraźniejszość i przyszłość. Zwłaszcza w naszym kręgu kulturowym dobrze widziane jest cierpienie. Dominuje przekonanie, że jak Pan Bóg kocha, to nas doświadcza. Wiele osób nie chce też pożegnać przeszłości, bo jest ona wygodnym wytłumaczeniem ich dzisiejszych porażek. Często mówię, że najlepszym narzędziem w terapii DDA jest dowód osobisty. Weź go do ręki i zobacz, ile masz lat. Jesteś już dorosła, to ty o sobie decydujesz. Jeśli jesteś nieszczęśliwa, to w pewnym sensie jest to twój wybór.

A kiedy nie wolno sobie odpuszczać? Nie można odpuszczać sobie wtedy, kiedy jesteśmy za coś odpowiedzialni. Za pracę, konkretne zadanie, dzieci, związek... Jeśli projekt mógłby się zawalić, jeśli jest jakaś szansa na uratowanie małżeństwa, wtedy nie wolno sobie odpuszczać. Nie mówię już o takich zadaniach, w których odpuszczenie sobie może skutkować czyimś nieszczęściem, jak zawód lekarza lub kontrolera bezpieczeństwa.

Czasem trudno określić, jaka sprawa jest warta zachodu, a jaka nie ma znaczenia. Bo jeśli walczę o moje małżeństwo, kiedy uznać, że sprawa jest już przegrana? Owszem, są sprawy, w których ewidentnie przesadzamy, i to trzeba sobie uświadomić. Jeśli widzimy, że nas to męczy, wyniszcza, gubi. Polecałabym też odpuszczać sobie przejmowanie się innymi i interpretację ich zachowań. Chyba że coś godzi w mój system wartości, wtedy warto się upierać przy swoim. Kluczem do sukcesu jest po prostu bycie w zgodzie ze sobą.

Jest pewien niezwykle lakoniczny model tego, jak odróżnić dwie rzeczy, o które pani pyta. Nazywa się „Modlitwa o pogodę ducha”, jest popularna wśród Anonimowych Alkoholików i brzmi: „Boże, użycz mi pogody ducha, żebym godziła się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, żebym zmieniała to, co mogę zmienić, i mądrości, abym umiała odróżnić jedno od drugiego”. Leczy z perfekcjonizmu, a jednocześnie otwiera furtkę do dążeń. Mówi: „Odpuść sobie to, co jest wykluczone, a w pozostałych wypadkach idź dalej”. Jeśli chcę uratować moje małżeństwo, to mogę dotąd próbować, dopóki wierzę, że przyniesie to pożytek. Natomiast jeśli zobaczę, że on z tą raszplą ma już bliźniaki, to nie warto się już o niego bić.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska, doktor psychologii, terapeutka uzależnień. W ramach Fundacji im. Stefana Batorego kieruje Regionalnym Programem Przeciwdziałania Uzależnieniom. Autorka m.in. książek: „Zaproszenie do życia”, „Wyzdrowieć z uzależnienia”, „Sekrety kobiet” oraz „Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji”.