1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Szczęście w genach?

Szczęście w genach?

123rf.com
123rf.com
Badanie, przeprowadzone przez psychologów Wielkiej Brytanii i Australii, sugeruje że szczęście w życiu zapewnia nam pewien układ cech osobowościowych. Powstaje pytanie, czy dziedziczymy go w genach.

Psycholodzy odkryli, że szczęście częściowo zależy od cech osobowości i a te w dużym stopniu są dziedziczne. Szczęśliwi to ci, którzy nie martwią się nadmiernie, są towarzyscy a jednocześnie sumienni i rzetelni. Ta mieszanka cech pełni rolę ochronną, gdy w życiu zdarzają się trudności, czytamy w czasopiśmie Psychological Science. Naukowcy przebadali ponad 900 par bliźniąt, udowadniając że wspólne geny predysponują ludzi do szczęścia. Wyniki badań sugerują, że jeśli odziedziczyłeś powyższe cechy, masz jak gdyby „rezerwę szczęścia”, z której możesz skorzystać w stresujących czasach. Naukowcy twierdzą, że choć szczęście ma swoje korzenie w naszych genach, ważne są życiowe czynniki zewnętrzne, na które mamy świadomy wpływ. Chodzi tu o pełną świadomość myśli i emocji, i wybieranie tych, które nam służą.

Dr Alexander Weiss z Uniwersytetu w Edynburgu tak podsumował badania: - Dążenie do szczęścia jest najbardziej pierwotnym ludzkim pragnieniem. Mimo, że szczęście jest uzależnione od wielu czynników zewnętrznych, odkryliśmy, że jest ważny element szczęścia, które można całkowicie wytłumaczyć genetyczną strukturą osobowości.

Źródło: Association for Psychological Science

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak pomóc samemu sobie? Autocoaching

Zatrzymanie się i obserwacja siebie, swojego środowiska, sprawdzanie tego, jak się mam z tym, co mnie otacza, czego doświadczam, to pierwszy krok do zmiany. (Fot. iStock)
Zatrzymanie się i obserwacja siebie, swojego środowiska, sprawdzanie tego, jak się mam z tym, co mnie otacza, czego doświadczam, to pierwszy krok do zmiany. (Fot. iStock)
Po raz kolejny nie udało ci się wytrwać w decyzji, by regularnie biegać? Nawet nie pamiętasz swoich noworocznych postanowień? Próba wprowadzenia zdrowszej diety znowu spełzła na niczym? To znak, że masz problem z realizacją swoich planów. Możesz poprosić o pomoc coacha albo zgodnie z zasadą „zrób to sam” zostać swoim własnym trenerem. Na początek wystarczy uwierzyć, że możesz się zmienić.

Coach to ktoś, kto ma nam pomóc w uwolnieniu potencjału i wprowadzeniu zmian w naszym życiu, a także ułatwić osiągnięcie wybranych przez nas celów. Jak to wygląda w praktyce? Coach zadaje pytania, żeby skłonić swojego klienta do szukania odpowiedzi, samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków. Czy zgodnie z modną ostatnio na świecie, a od czasów PRL-u w Polsce, filozofią DIY (do it yourself, czyli zrób to sam) można zostać swoim własnym trenerem, takim Adamem Słodowym osobistego rozwoju? Na pewno warto spróbować, stawka jest wysoka, kto by nie chciał osiągać własnych celów, poprawić swojej motywacji i skuteczności.

Prosto do celu

Trudność polega na tym, że autocoaching to samodzielne wypracowanie planu działania. Naszym zadaniem jest stawianie sobie pytań, tylko jakich? O odpowiednie narzędzia pracy ze sobą podpytuję zajmujące się coachingiem, konsultingiem i mentoringiem Katarzynę Ramirez-Cyzio i Dagmarę Miąsek.

Katarzyna Ramirez-Cyzio: – Pierwszym i najważniejszym krokiem jest określenie celu, nawet jeśli on nie jest wyrażony wprost („Tego nie chcę” znaczy przecież, że czegoś chcę w zamian). To może być na przykład jakiś problem do rozwiązania, który przeformułujemy na cel. Dobrze wyobrazić sobie, jak to będzie, gdy ten cel już zrealizujemy. Pozwoli nam to dokonać wstępnego sprawdzenia, czy to przypadkiem nie jest cel pozorny (np. uwewnętrznione oczekiwania innych). Pobudzi też do refleksji nad tym, jak jest, a jak chcę, żeby było. Podobnie działają pytania doprecyzowujące. Jeśli ktoś chce „być dobrym ojcem”, dobrze dookreślić ten przymiotnik. Zastanowić się, co to znaczy i jak to będzie, jak już nim się stanie, co się zmieni. Gdy ktoś mówi: „Chcę więcej biegać”. Zastanawiamy się: „Więcej, czyli ile?”. A potem: „Jak często? Gdzie?”. Po takim doprecyzowaniu czasem człowiek zauważa, że jednak właściwie nie chodzi mu o bieganie, tylko na przykład o to, żeby być zdrowym, a o zdrowie można zadbać na różne sposoby.

Pytania o cel: Czego chcę? Do czego w życiu dążę?, powinny nas skłonić do zastanowienia się nad tym, co tak naprawdę jest dla nas ważne.

Dagmara Miąsek: – Bo jedno to jest mierzalny i dookreślony cel, a drugie to wartości: Po co chcesz biegać? Co dzięki temu będziesz miał, a co stracisz? Tych pytań może być wiele, ale tu chodzi o dojście do tego, jakie korzyści stoją za naszym celem. Co zyskam, jeśli coś w swoim życiu zmienię, czy bilans zysków i strat wprowadzania danej zmiany jest dla mnie korzystny?

Porozmawiaj – ze sobą

Budowaniu samoświadomości sprzyjają ćwiczenia medytacyjne i trening mindfulness. Bycie obecnym w sobie, uważność na to, co się dzieje dookoła, ale także w nas samych, to podstawa. Trenerki z Pracowni Satysfakcji mówią, że taką uważność najprościej uruchomić z poziomu ciała. Proponują proste ćwiczenie – podczas rozmowy koncentrować uwagę nie tylko na relacji z drugą osobą, ale też na własnych odczuciach: czy mi gorąco, co robi moja lewa noga itp. Kolejnym ćwiczeniem może być świadome skupienie na ciele podczas wykonywania prostych fizycznych czynności, takich jak zmywanie albo kopanie w ogródku.

Zatrzymanie się i obserwacja siebie, swojego środowiska, sprawdzanie tego, jak się mam z tym, co mnie otacza, czego doświadczam, to pierwszy krok do zmiany. Ludzie bardzo często unikają takiej refleksji, bo boją się, że poczują brak satysfakcji i nie będą wiedzieli, co z tym dalej zrobić. Wybierają więc życie w pędzie, na autopilocie, bo obecny stan rzeczy jest znany i oswojony. Jeśli chcę stosować autocoaching, muszę się zatrzymać, sprawdzić, w którym miejscu swojego życia aktualnie się znajduję, co mi się podoba, a co przeszkadza. Innymi słowy każdego dnia zadawać sobie pytanie o to, czy chcę być tu, gdzie jestem. Czy mam radość z tego, czym się zajmuję.

Przekonanie podlega zmianie

Warunkami coachingowej pracy z samym sobą są dyscyplina i uczciwość wobec samego siebie. Kiedy już nazwiemy cel i wartości, pora zastanowić się nad tym, które doświadczenia pomogą nam w jego realizacji, a które będą tylko przeszkadzać. Dochodzimy do szczególnego momentu – pracy z własnymi przekonaniami.

Katarzyna Ramirez-Cyzio: – W coachingu zawsze zaczynamy od celu i wartości, potem są zasoby i na końcu działanie. Ale clou to także obawy i przekonania, one mogą dotyczyć celu („To nie dla mnie, to za trudne”; „Nie dam rady”). Mogą dotyczyć wartości („Nie wiem, czy to jest do końca uczciwe”; „Co na to mój mąż czy przełożony?”), mogą dotyczyć zasobów („Nie umiem tego zrobić, bo nigdy tego nie robiłem, nie potrafię”) albo działania („Jak to, ja mam tak po prostu pójść i zapytać?!”).

Dagmara Miąsek: – Własne przekonania trudno rozpoznać bez pomocy kogoś z boku. Są widoczne na przykład w języku, którego używamy. Warto się przyjrzeć choćby przekonaniu o tym, że coś muszę. Mogę przecież powiedzieć: „Powinnam, należy, wybieram, decyduję” albo po prostu: „chcę”. Może się okazać, że ja wcale nie „muszę”, tylko decyduję się coś zrobić w tej chwili, bo przyniesie to określone skutki w niedalekiej przyszłości. To jest przeformułowywanie i praca z wewnętrzną motywacją. Jak ja mam w głowie, że coś muszę, to ja tej motywacji nie mam. Zmuszam się, jestem w napięciu.

Jak ważne są nasze przekonania, dowodzą zwolennicy psychologii pozytywnej, mózg o wiele lepiej działa z optymistycznym niż z negatywnym nastawieniem. Optymista potrafi porzucić dotychczasowe schematy, znajduje nowe drogi do ważnych celów, ma konstruktywne podejście do porażek, traktuje je jak lekcję, informację zwrotną na temat tego, jak należy działać. Ba, bardziej niż pesymista dba o swoje zdrowie i przyszły dobrostan. Nawet realiści mają niższą samoocenę, częściej czują się przygnębieni i chorują. Choć może nam się to nie podobać, złudzenia na własny temat nam służą, oczywiście, pod warunkiem że są pozytywne. Na szczęście nie musimy być raz na zawsze optymistami albo pesymistami. Możemy nauczyć się reinterpretacji zdarzeń w taki sposób, żeby zmieniać swoje skłonności do czarnowidztwa. Zmieniając sposób myślenia, możemy z kolei zmienić swoje uczucia, zachowanie, a więc to, kim się stajemy.

Przekonaniem, które jest fundamentem podejmowania trudnych wyborów i wytrwałego dążenia do celów – oprócz optymistycznych zapatrywań na przyszłość – jest nastawienie: „Myślę, że dam radę” . Profesor Walter Mischel z Uniwersytetu Columbia, autor książki „Test marshmallow...” (wydawnictwo Smak Słowa), widzi w połączeniu tych dwóch elementów sedno definicji samokontroli. To dzięki samokontroli właśnie przypominamy sobie o wybranych celach i warunkach ich osiągnięcia, sprawdzamy postępy w naszych dążeniach, panujemy nad pokusami, które nas od nich odciągają. Poczucie kontroli można budować, pielęgnując w sobie przekonanie: „Mam wpływ na swoje zachowanie, mogę się zmieniać, rozwijać, uczyć”, i zmieniając swoje nawyki.

Dagmara Miąsek: – Przypominam jeszcze raz – uważajmy na słowa! Nie mówmy: „Udało się”, bo w tym sformułowaniu brakuje poczucia sprawczości, tylko: „Zrobiłam to”. Zamieniamy słowa, wypracowujemy pewien automatyzm, a pójdzie za tym refleksja, że ja jednak mam wpływ na to, co robię.

Wyrokujący kontra uczeń

Myślenie przebiega według wzoru: pytanie – odpowiedź, choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nasz mózg instynktownie szuka odpowiedzi na postawione pytania. Opierając się na tym założeniu, doktor psychologii Marilee Adams w swojej książce „Myślenie pytaniami” (wydawnictwo Studio Emka)  dowodzi, że poprzez umiejętne zadawanie pytań sobie (ale również innym) możemy kształtować swój sposób myślenia i działania oraz wpływać na osiągane rezultaty. Cała sztuka to nauczyć się formułować w myślach odpowiednie pytania. Jedne mogą bowiem stymulować naszą ciekawość, otwierać na nowe rozwiązania, a inne doprowadzać do rozpaczy, wywoływać bierność lub poczucie przegranej.

Adams przedstawia dwie strategie reagowania na otaczającą rzeczywistość obecne w naszych głowach. Pierwsza to postawa wyrokującego związana z automatycznymi reakcjami pod wpływem emocji, skupieniem na obwinianiu innych albo siebie, a co za tym idzie – z zamknięciem na nowe pomysły i kompletnym brakiem efektywności. Uciekamy w taki sposób myślenia zwłaszcza podczas wszelkiego rodzaju konfliktów. Wyrokujący jest często defensywny, przekonany o własnej nieomylności, ma poczucie wyższości i potępia innych albo siebie. Pytania, które mu towarzyszą, to: Kto jest winien? Jak mogłem przegrać? Jak mogę udowodnić, że mam rację? W jaki sposób przejąć kontrolę? Co jest z nimi/ze mną nie tak? Dlaczego oni są tacy głupi? Dlaczego jestem nieudacznikiem? Po co się tym przejmować?

O wiele bardziej efektywna jest postawa uczącego się, którą charakteryzuje przemyślany wybór, ciekawość, dociekliwość oraz koncentracja na rozwiązaniu i relacjach wygrana – wygrana. Pytania, które reprezentują tę postawę, to: Co się stało? Co w tym pożytecznego? Czego chcę? Czego mogę się nauczyć? Za co jestem odpowiedzialny? Co druga osoba myśli, czuje, czego potrzebuje, chce? Jakie są fakty? Co jest możliwe? Jaki mam wybór? Co teraz najlepiej zrobić?

Wprawdzie nie zawsze mamy wpływ na to, co nam się przytrafia, ale zawsze możemy wybrać, jak to potraktujemy. Rozwinięta zdolność obserwacji samego siebie pozwoli nam na dokonywanie świadomego wyboru naszych reakcji w taki sposób, by nie kierowały nimi negatywne emocje, poczucie zagrożenia czy bodźce z zewnątrz.

Oba sposoby myślenia – wyrokującego i uczącego się – w nas współistnieją i najlepiej to zaakceptować. Adams podpowiada na szczęście prosty sposób na przestawienie się na tryb uczącego się. Jak to zrobić? Oczywiście, zadając sobie odpowiednie, tzw. przełączające pytania. Oto kilka z nich: Jak mogę inaczej o tym myśleć? Jakie przyjmuję założenia? Gdzie chciałbym być? Czy moje nastawienie da mi to, czego chcę? Czy jestem w pozycji wyrokującego?

Wcześniej jednak dobrze się upewnić, czy rzeczywiście przyjęliśmy postawę wyrokującego. Najłatwiej zrobić to na podstawie sygnałów wysyłanych przez ciało, takich jak napięcie, wyczerpanie, niepokój, podenerwowanie, przygnębienie. W rozpoznawaniu różnic między wyrokującym a uczącym się „ja” pomocna bywa także umiejętność spojrzenia na siebie z zewnątrz, bycia świadkiem swoich myśli i działań.

Zmieniamy się poprzez działanie

Kolejnym krokiem autocoachingowej pracy jest sprecyzowanie planu działania, który ma nas doprowadzić do obranego celu. Ta droga powinna być zgodna z naszymi umiejętnościami, czyli zasobami. Jak do nich dotrzeć? Pomocne okażą się pytania, takie jak: Jakie mam doświadczenie w tej dziedzinie? Czego mogę się nauczyć? Kto może mi pomóc w osiągnięciu celu? Czego potrzebuję, żeby to osiągnąć?

Dagmara Miąsek: – Zwykle koncentrujemy się na porażkach, mamy łatwość zapominania o własnych sukcesach, a one budują poczucie sprawczości, poczucie własnej wartości. Polecam ćwiczenie „Linia życia”. Polega na wypisaniu pozytywnych zdarzeń ze swojego życia, które wydarzyły się dzięki nam, mieliśmy na nie wpływ, czyli swoich sukcesów, a potem umiejętności, cech, doświadczeń, które pomogły je osiągnąć. Tak powstaje mapa zasobów.

Katarzyna Ramirez-Cyzio: – Każdy krok, który zrobimy samodzielnie, przybliża nas do tego, żebyśmy wsparcia potrafili też szukać obok. Jeśli ja się rozwijam i w którymś momencie dochodzę do ściany, to szukam wsparcia. Zaczynam zbierać informacje z najbliższego otoczenia. Często proszę klientów, żeby ich najbliżsi zadali im pytania dotyczące celu, jaki sami sobie wybrali.  Na przykład: „Chcę wybudować dom. Zadajcie mi jakieś inspirujące pytanie, które może mi pokazać coś, czego nie wziąłem pod uwagę”. 50 otrzymanych tak pytań to mogą być kwestie dawno przez nas przemyślane, ale któreś może nas zainspirować. To prosta metoda na selfcoaching wśród najbliższych. Można też zbierać sobie pytania, robić ich listę: Kiedy? Po co? Dlaczego? Z kim? W jaki sposób? Którędy? I badać za ich pomocą własne cele.

Pozostaje jeszcze realizacja planu. Jeśli wybraliśmy cel zgodnie z założeniami SMART, możemy go podzielić na konkretne zadania i dać sobie na nie określony czas. Ważne jest sprawdzanie postępów, to informacja zwrotna o skuteczności działań i źródło wewnętrznej motywacji. Zaczynamy od pierwszego punktu z listy kroków, które mają nas przybliżyć do osiągnięcia celu. Nie ma się czego bać, jak śpiewała Anna Jantar: „Najtrudniejszy pierwszy krok, za nim innych zrobisz sto”.

  1. Psychologia

Każda chwila jest ważna. W niej szukaj szczęścia

Podziwiać widoki, rozkoszować się chwilą, która właśnie trwa, ucieszyć się pięknem świata - to recepta na szczęście. (fot. iStock)
Podziwiać widoki, rozkoszować się chwilą, która właśnie trwa, ucieszyć się pięknem świata - to recepta na szczęście. (fot. iStock)
A gdyby tak w każdą chwilę codzienności wnosić spokojny umysł i wypełnione radością serce? Świat byłby lepszy. Od czego więc zacząć? „Bądźmy świadomi wszystkiego, każdego kroku. I nie wikłajmy się w niepotrzebne historie, myśli i emocje. To wszystko.” – powtarzała Dipa Ma, wybitna mistrzyni buddyjska.

Gdy Dipa Ma, buddyjska nauczycielska medytacji i uważności, wieszała na podwórku pranie, jeden z jej przyjaciół nakręcił o tym film: trzyminutowe ujęcie w blasku słońca, w ogrodzie – łagodnie uśmiechnięta kobieta cieszy się z prania. W poświęconej jej książce („Dipa Ma”) uczniowie i przyjaciele wspominają jej niezachwianą wiarę w to, że w każdą chwilę codzienności możemy wnosić spokojny umysł i wypełnione miłością serce. Lubiła pytać: „Jak przeżywacie swoje życie? Jak zmywacie naczynia? W jaki sposób reagujecie, kiedy ktoś zajeżdża wam nagle drogę na autostradzie? Co czujecie, gdy odprowadzacie dziecko do przedszkola? A co, gdy prasujecie, robicie zakupy, rozmawiacie z sąsiadką? Gdzie jest wtedy wasza uwaga, serce i troska?”.

Duchowość to radość. To nasze – żywe i akceptujące – związki ze światem, z ludźmi, z Absolutem, z ziemią, z naturą, z domem, ze zwierzętami, z codziennymi czynnościami, z naszą pracą. To wybory, których dokonujemy z intencją dobra dla wszystkich.

Uważni najszczęśliwsi

O potędze świadomości czytamy w wielu publikacjach wydanych w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Książki Jona Kabata-Zinna, Thich Nhata Hanha, Franka Kinslowa, Ronalda Siegela i wielu innych kierują nas w stronę ukrytej rzeczywistości, naszej wiecznej, czystej świadomości, o której zapomnieliśmy, że nią właśnie jesteśmy. To tutaj ulokowana jest nasza wolność, spokój, siła i radość; duchowość, którą możemy nasycić każdą chwilę.

Nasze umysły jednak żyją w przeszłości albo w przyszłości, martwią się, żałują, pragną sukcesu, porównują się z innymi, osądzają i krytykują, przewidują, co będzie dalej, starają się uniknąć rozczarowań i porażek, planują, kontrolują. Myślenie i planowanie są w porządku; kłopot, że myślimy niemal nieustannie, co jest przyczyną naszych codziennych zgryzot. To narzędzia, których nie odkładamy nawet wtedy, kiedy ich nie potrzebujemy. Żyjemy zagubieni w myślach; częściej myślimy o życiu, niż go doświadczamy. Radość pojawia się rzadko i wymyka pod byle pretekstem. Ponieważ ciało podąża za umysłem, zestresowany, niezadowolony, pełen pretensji umysł napina ciało. Napięcie w ciele blokuje witalność i twórczą ekspresję.

Wszystkie badania szczęścia, jakie przeprowadzono na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat, pokazują, że przeceniamy okoliczności zewnętrzne – od małżeństwa po życie w słonecznym klimacie – jeśli chodzi o moc uszczęśliwiania nas. Te badania wyraźnie wskazują, że jesteśmy szczęśliwi wtedy, gdy jesteśmy spokojni i radośni, bez względu na to, co robimy, i w jakim życiowym położeniu się znajdujemy. Nawet ludzie chorzy nie są mniej szczęśliwi od zdrowych, pięknych i bogatych. Różnicę stanowi jakość naszej uwagi. Najczęściej podążamy za umysłem, w którym rodzi się niezliczona ilość koncepcji, idei, pomysłów, sprzecznych dążeń i pragnień. Dawanie uwagi wytworom umysłu to prosta droga do szaleństwa. „Odpocznę kiedyś, niech tylko wydarzy się to i to”, ale tak naprawdę ta chwila nie przychodzi.

Dajmy światu odetchnąć

Wszystko się zmienia, gdy jesteśmy świadomi. Obserwujemy narratora w naszej głowie, który nieustannie opowiada historie z przeszłości albo z przyszłości, ale nie utożsamiamy się z nim, ponieważ wiemy, że nie jesteśmy nim. Możemy odczuwać gniew, ale wiemy, że nie jesteśmy gniewem. Obserwujemy osądzające myśli, demaskujemy lęki, oswajamy je i wyciszamy. Schodzimy głębiej, do serca. Dopiero wtedy możemy docenić bogactwo każdej minuty.
Poczuć zapach róży, smak jedzenia, zachwycić się zachodem słońca i rozgościć się we wspólnocie wszystkich ludzi.
Chodzi o to, by wiedzieć, co się wydarza, i poświęcać temu uwagę. Jeśli będę się spieszyła z powieszeniem prania, bo przecież czeka mnie tyle ważniejszych zajęć, utracę bezcenną chwilę, przeoczę ją, nie zauważę; stracę okazję do radości z dotykania mokrej bielizny, rozciągania jej w dłoniach, wieszania na sznurku, obserwowania, jak poddaje się subtelnym ruchom powietrza.

W pośpiechu umyka chwila za chwilą naszego życia. Pośpiech wyklucza serdeczność. To uwaga i akceptacja sprawiają, że nasz stosunek do świata i ludzi nabiera ciepła, staje się przyjazny, życzliwy i współczujący. Widzimy i przyjmujemy rzeczy takimi, jakie są. Czy ma sens zamartwianie się? Czy rozwiązania siłowe, to wszystko, co robiliśmy pod presją umysłu, przyniosły nam kiedykolwiek jakikolwiek pożytek? To jest moment zatrzymania się. Zaprzestania walki. Świadomości; jeśli narrator w mojej głowie nakazuje mi zdobyć kolejny szczyt, może lepiej podziękować mu za ambitną propozycję i raczej przygotować piknik pod tym szczytem. Podziwiać widoki, rozkoszować się chwilą, która właśnie trwa, ucieszyć się pięknem świata. Odetchnąć.

20 lat temu w moim pokoleniu modne było hasło: „Pomóż sobie, daj światu odetchnąć”. Co to znaczy pomóc sobie? Bardzo często to znaczy zatrzymać się, nie podążać za ambicjami, planami, ulepszaniem, zdobywaniem. Pobyć ze sobą w ciszy. Chwila bezruchu, spokoju, radości odświeża, harmonizuje, koi, a w konsekwencji pobudza kreatywność i zwraca ku działaniu. Działanie pod presją umysłu i działanie wynikające z ciszy to dwa różne doświadczenia. Pierwsze osłabia i udręcza, drugie obejmuje i wypełnia.

Obfitość kiełkuje w sercu

Odkrycie ciszy na dnie umysłu sprawia, że godzimy się z nieuchronnością zmian. Wiemy, że wszystko się zmienia, a opór przed zmianą unieszczęśliwia nas. Że wszystko, co mamy, to chwila obecna. Że nasze myśli nie są rzeczywistością. Że jesteśmy częścią sieci życia. Wtedy zamartwianie się, że coś pójdzie nie tak, które codziennie wypełnia nasze myśli, traci moc. Nie przywieramy do dramatów i problemów, skoro mamy świadomość, że wszystko przemija. Odczuwamy. Doświadczamy. Jesteśmy obecni, spokojni i radośni. To święty stan kairos, jak mawiają Grecy. Gdy wówczas, w tym stanie, z głębi serca pomyślimy o jakimś pragnieniu, zasiejemy ziarna zdrowia i pomyślności.
Obfitość kiełkuje w sercu, nie w zamartwiającej się głowie.
Gdy schodzimy głębiej, do serca, które jest naszym duchowym centrum, źródłem intuicji i wiedzy, wybór właściwej drogi staje się prosty i oczywisty. Ufanie sercu jest ufaniem sobie, swojej najgłębszej mądrości. Żyjemy w czasach budzenia się świadomości, duchowego wymiaru życia. Każdy z nas może być swoim mistrzem. O duchowości codzienności mówią ludzie zwyczajni, a jednocześnie niezwykli – jak my wszyscy.

  1. Psychologia

Oznaki, że czas się rozstać. Kiedy związek nie ma sensu? – rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Miller

Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Zdrada? Nuda? Wieczne kłótnie? - Czy to oznaki, że czas się rozstać? Może masz dosyć tej emocjonalnej huśtawki. Albo – wprost przeciwnie – tej ciszy i chłodu. Tylko skąd wiedzieć, czy decyzja o rozstaniu nie będzie przedwczesna? Czy nie okaże się tylko próbą ukarania drugiej osoby? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Dlaczego ludzie się rozstają? Kiedy związek nie ma sensu?
Pamiętam, dlaczego rozstałam się z moim pierwszym i jedynym mężem, bo potem już nie chciałam wychodzić za mąż. Był taki czas, po kilkunastu latach związku, kiedy wracałam do domu, stawałam na dole pod wysokim blokiem i patrzyłam w górę, na światło, które się paliło w pokoju mojego męża, i czułam, że nie chcę tam wejść. Nie chcę wejść do klatki, a potem do windy, by wjechać nią na nasze piętro i wejść do mieszkania, bo on w nim był. Nie chodziło o to, że go nie znoszę czy że on mi coś zrobił ani o to, że będziemy się kłócić, tylko że ja nie mam po co tam wchodzić, bo będzie jak zawsze. Ogarniała mnie niemoc wręcz fizyczna. Czułam, że tego się nie da już dłużej ciągnąć. To oczywiście jeśli chodzi o mnie. Ludzie rozstają się z wielu różnych powodów. Na przykład jedno drugie oszukiwało lub zdradziło – dla niektórych to rzecz nie do przejścia. Albo już się tak nawzajem naobrażali, że nie mają do siebie szacunku…

Często w gniewie mówimy sobie słowa, których nie można już cofnąć.
Tu nawet nie chodzi o ostre, krzywdzące słowa, tylko o przewagę komunikatów odrzucających, typu „Już nie mogę na ciebie patrzeć”, „Kiedy się wreszcie ode mnie odczepisz?”, „Jesteś moją największą pomyłką”. O taką ilość niedobrych słów, które pokazują, że w sercu lub w duszy zachodzi bardzo destrukcyjny proces wobec uczucia, które nas kiedyś łączyło. Weźmy też poprawkę na to, że dość często ludzie wiążą się ze sobą z przymusu, np. z powodu zbyt szybkiej i nieplanowanej ciąży albo dlatego, że ktoś długo był sam i wreszcie trafił się ktoś nim zainteresowany – i mówię tu zarówno o mężczyznach, jak i kobietach. Wtedy ten związek nie jest serdeczny już od początku. Poza tym jest duża różnica pomiędzy odrzucaniem drugiej osoby a kłóceniem się, i to nawet z użyciem ostrych słów. Kłótnie świadczą o tym, że ciągle mi zależy. Chcę drugą osobę zranić lub jej oddać, bo mnie boli. Jest przecież mnóstwo małżeństw, które kłócą się bez przerwy, w myśl zasady „nie mogę żyć z tobą, nie mogę żyć bez ciebie”. Ludzi może łączyć ze sobą także bardzo silna negatywna więź. Natomiast żeby się rozstali, uczucia, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, muszą wygasnąć – przynajmniej u jednego z partnerów.

Mówisz o procesie, który może trwać parę miesięcy lub lat, ale ludzie rozstają się też pod wpływem czegoś, co wydarzyło się dzień przed.
Bardzo dużo ludzi działa reaktywnie. Po jakimś dotkliwym zranieniu przez partnera lub partnerkę muszą się zemścić. I tą zemstą jest rozstanie. Czyli chcę, by cię jak najbardziej zabolało, ale to wcale nie oznacza, że później nie będę tęsknić, żałować czy że przestanę o tobie myśleć.

Rozstają się w afekcie.
Dokładnie tak. Nie zabiłam cię w afekcie, ale się z tobą rozstałam, bo wiedziałam, że bardziej zaboli. Ale wtedy to nie jest tak naprawdę rozstanie. Tylko kara, demonstracja tego, że tym razem partner przegiął. Dla kontrastu istnieje też mnóstwo związków na zasadzie „moje 375. ostrzeżenie, że się z tobą rozstanę”. Myślę, że ludzie bardzo często i z dużą wprawą grają groźbą rozstania. Zarówno przed partnerem, jak i przed sobą. Mówią na przykład: „Nie podoba ci się, to idź sobie do innej”.

Ja znam przykład, kiedy ona ciągle mówi: „Ja już tego dłużej nie zniosę i wyprowadzę się”. Ale się nie wyprowadza…
To jest spust, który można nacisnąć, ale ponieważ można, to lepiej tego nie robić, bo będzie po ptokach. Jednak sam fakt, że mogę, sprawia, że czuję się bardziej niezależna i wolna lub czuję, że mogę cię czymś przestraszyć, ukarać. Nawet jeśli ona mówi to po raz 55., to on za każdym razem czuje takie małe kujnięcie.

Czy dla par, które trzymają ze sobą tylko negatywne więzi, nie lepiej by było, by się jednak rozstały? Kiedy związek nie ma sensu?
Nikt nie może powiedzieć, co by było dla nich lepsze. Skąd ja mam to wiedzieć? Nie ma jednego dobrego przepisu na związek. Mam kolejną pacjentkę, która jest uzależniona od męża. On ma pewne zalety, inaczej by się prawdopodobnie z nim nie związała, ale dużo pije i bardzo jej dokucza. Ona zresztą jemu także. Moim zdaniem to jest takie właśnie małżeństwo, które jeszcze długo będzie naparzać się ze sobą – słownie i mentalnie. Ona bardzo dobrze wie, że nie może się z nim rozstać, bo kiedy zostaje sama, to wtedy szaleje. Jak odejść od takiego męża? Mówię jej więc: „Masz wygodę w tym sensie, że kiedy z nim jesteś, to jesteś wściekła na niego. Jeśli się z nim rozstaniesz, będziesz wściekła na siebie”. Ta kobieta, która grozi, ale jednak się nie wyprowadza, też boi się zostać sama i na ten moment wybiera to, co jest dla niej nie tyle nawet lepsze, co łatwiejsze – bo to zna. Gdyby ludzie się nie bali nowego, sądzę, że rozstawaliby się znacznie szybciej i znacznie częściej. Od wielu lat prowadzę swoiste badania terenowe podczas spotkań w grupach kobiet. Wszędzie się pytam, ile z uczestniczek ma szczęśliwą matkę, i wszędzie jest tak samo – podnosi się pięć, sześć rąk. Nawet jak jest 500 osób na sali.

O czym to świadczy?
Że bardzo dużo, jeśli nie większość, małżeństw tkwi w związkach, w których obie strony są niezadowolone. Pytam o matki, bo pracuję z kobietami, ważne jest więc dla mnie, czy mają od kogo czerpać wzór szczęśliwego związku. Niektóre z dziewczyn mówią: „Moja mama uczy się być szczęśliwa, bo ja weszłam na drogę rozwoju i pokazałam jej, że pewne rzeczy można zmienić, i teraz mamy o wiele lepszy kontakt”. To jest bardzo piękne, ale też rzadkie – mówią tak 3 osoby na 300. Smutne jest to, że wzorce związków dwóch praktycznie obcych sobie osób, ale mieszkających razem, przekazują dzieciom nie najlepszy obraz świata. Uczą je żyć z kimś bez satysfakcji i przyjemności, ale w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, że robią to, co trzeba robić: mają dom, samochód, wakacje, kupują sobie co chwila jakieś rzeczy. Wtedy dość dużo potrzeba, by się rozstać, prawda? A jednocześnie dziś jest to o wiele prostsze. Obecnie obserwujemy dużą falę rozwodów. Robią to głównie młodzi ludzie, którzy, mając wzór rodziców tkwiących w nieudanym związku, mówią: „My tacy nie będziemy, my będziemy żyli inaczej”. Tylko nie wiedzą, jak to „inaczej” ma wyglądać. Na pewno chcą się wiązać ze sobą z powodu miłości, którą bardzo często mylą z pożądaniem. Mają wizję miłości romantycznej, czyli takiej z fajerwerkami, kolacjami i różami, a nie prawdziwej, polegającej na akceptacji – siebie i drugiej osoby – bez odświętnego opakowania. Dlatego gdy kończy się romantyczny okres wzajemnego zachwytu – doznają poczucia porażki.

To dla nich oznaki, że czas się rozstać.

Najczęściej o rozwód występują kobiety. Dlaczego?
Bo na przykład dociera do nich, że trzeba chronić nie tylko siebie, ale i dzieci. Mam na myśli takie sytuacje, w których orientują się, że nie mogą w ogóle liczyć na faceta, nie mówiąc już o typach przemocowych. Co prawda dziewczyny, które wiążą się z takimi mężczyznami, są typem ofiary i bardzo długo w takim związku wytrzymują, ale w zależności od głębokości „uszkodzenia” dziewczyny jest w niektórych z nich granica „tego już nie zniosę”. I bardzo często tym czymś jest zdrada. Co mnie akurat zawsze najbardziej zastanawia: czemu godzą się na bicie, poniżanie, oszukiwanie, a nie mogą znieść rywalki? Jakby dostawały największego kopa w podbrzusze właśnie, jakby tym obraził ich najbardziej jak mógł. Czują się tak dlatego, że nie doznały kobiecej solidarności w relacjach z matką. Gdyby więzi między rodzicami i dziećmi były bardziej kultywowane i budowane, mielibyśmy nie tylko mniej rozwodów, ale też inną atmosferę. Wystarczy spojrzeć na polskie filmy. Mój Edek ostatnio przechodził koło telewizora i rzucił: „O, kłócą się. Polski film”. Oczywiście miał rację. Niestety, ogromną rolę w małżeństwie gra to, że druga osoba nam jest potrzebna do tego, by ktoś był winien, że nam jest źle w życiu. I dopóki jest potrzebna, dopóty można to znieść. Ale wierzę, że tak jak ja w opisanej przeze mnie na początku scenie, każdy wewnątrz siebie wie, kiedy wyładował mu się już akumulator.

Niedawno rozmawiałam z koleżanką, która właśnie takie coś poczuła. Mąż powiedział jej, że nie wie, czy ich małżeństwo ma sens, że musi to przemyśleć. Spytała, kiedy będzie wiedział, czy chce z nią być. Powiedział, że da jej znać za tydzień. Następnego dnia obudziła się i spytała samą siebie: „A właściwie, czemu to on ma decydować?”. Zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie może na niego liczyć, że to ona wszystko daje w tym związku. Przez cały dzień ciało jej wypacało coś jakby toksynę, ale wieczorem już wiedziała: to ona nie chce z nim być. I wtedy poczuła ulgę, jakby ktoś jej zdjął wielki wór z ramion.
Brawo dla tej pani! Odnalazła siebie. Zrozumiała, że swoją przyszłość uzależniała od męża, a to przecież tylko ona decyduje o swoim życiu. Ruszyła jej energia, siła. Zyskała świadomość, wgląd i poczucie, że ona istnieje nie tylko poprzez niego. Bo trzeba wam wiedzieć, że jest pewien szczególny typ rozstań – z wiecznymi chłopcami. Dopóki jest miło i fajnie, to im się chce. A jak robi się za dużo obowiązków, trzeba za coś odpowiadać – to oni wtedy się duszą. Muszą odpocząć, zastanowić się – tak mówią. A tak naprawdę zostawiają kobietę samą, z domem czy nawet długami na głowie. A ich po prostu małżeństwo przestało bawić. Dorosłym ludziom odpowiedzialność sprawia satysfakcję, daje poczucie sprawczości, bezpieczeństwa. Niedojrzali unikają odpowiedzialności.

Jak odejść od męża? Czy fakt, że on się zmienił, że nie jest taki jak kiedyś, może być dobrym argumentem do rozstania?
Ja się właśnie z tego powodu rozstałam. Bo on stał się zupełnie inny niż był na początku. Nic mu się nie chciało, ani wychodzić, ani zapraszać ludzi do nas. Do tego miał przy mnie wygodnie jak w domu u mamusi. Tylko ja nie chciałam w wieku 40 lat kłaść się do grobu. Bez złości, ze smutkiem i poczuciem winy, że jednak go krzywdzę, bo porzucam, uznałam, że tak dłużej już nie mogę. Oczywiście bywa i tak, że kobiety wiążą się z kimś, chcąc go zmienić, a po kilku latach okazuje się, że to im się nie uda. Dlatego fakt, że on się nie zmienił, też może być argumentem do rozstania. Damom z tendencją do przerabiania panów przypominam, że oni już są wychowani. Tak jak są.

Czyli nie zawsze powód musi być tak jaskrawo oczywisty, że on ciebie krzywdzi, umniejsza, molestuje?
Albo ty go krzywdzisz czy molestujesz… Myślę, że bardzo częstym powodem rozstań jest niedobranie, zwłaszcza jeśli produkuje taki rodzaj chłodu i obojętności, które są zabójcze. Ludzie zaczynają się omijać z niechęcią, pogardą i jednostronną krytyką. I w gruncie rzeczy plują sobie wtedy w lustro, no bo ciągle tu jestem, prawda? Po co? Po to, by ktoś był winien?

Po czym poznać, że to już koniec? Kiedy związek nie ma sensu? Jakie uczucie o tym świadczy?
Na pewno pogarda. Lekceważenie, politowanie, oceny – bardzo negatywne i bardzo z góry – kiedy przestajesz już w ogóle dostrzegać zalety tej drugiej strony. Kiedy już nie rozmawiacie ze sobą jak partnerzy, tylko plujecie na siebie, albo w ogóle nie rozmawiacie, bo po co, skoro wiecie już dobrze, co drugie powie. No i kiedy wyrządzacie sobie różne przykrości. Na przykład jedna pani non stop cięła panu koszule. Poza tym ważną oznaką jest brak nadziei i brak złudzeń. Bo widzisz, nasze związki bardzo często karmią się iluzją. Ona jest największa w chwili, gdy się poznajemy. W wielu przypadkach jeszcze długo trwa, a potem znika i okazuje się, że nie jest nam już po drodze ze sobą. Często przypomina mi się rozmowa z Adamem Hanuszkiewiczem. Powiedział mi: „Miałem 20 lat, gdy się zakochałem w mojej pierwszej żonie. I każdą następną kochałem miłością wielką i prawdziwą, z każdą z nich chciałem być do końca życia. Tylko że każdą z nich kochałem na innym etapie tego życia. I potem przychodził nowy etap i coś się nam rozłaziło. Nie rzucałem ich dla innej kobiety, tylko coś się między nami kończyło. Ktoś inny był na tym nowym etapie potrzebny”.

A co może tylko pozornie wskazywać, że to już koniec związku, a tak naprawdę jest jeszcze do uratowania?
Zdrada. Wbrew pozorom może być bardzo ożywcza dla związku. Kłótnie też mogą być mylnym znakiem. Gadanie po ludziach dookoła może być mylne – narzekasz bez przerwy koleżance na męża, ona nie wytrzymuje: „To się z nim rozstań”, „Ale przecież ja go kocham” – mówisz oburzona, bo chciałaś się tylko wygadać. Kryzys jest też mylnym znakiem – choroba, utrata pracy czy kogoś bliskiego potrafi zupełnie odmienić naszego partnera, ale zamiast się z nim rozstawać, lepiej go wtedy wesprzeć, być też „na złe”. Jeśli są silne emocje, to zwykle znaczy, że coś nas jeszcze łączy. Najgorsza jest pustynia emocjonalna. Z drugiej strony zbyt mocne emocje mogą doprowadzić do zawału. Ale jeśli ciało ci mówi, że już dłużej nie wytrzyma, to go słuchaj. Ciała zawsze trzeba słuchać. Jeśli jesteście w kuchni i każde sobie coś robi, ale przechodząc obok siebie, nawet się nie dotykacie, jeśli nie bierzesz od niego noża, tylko czekasz, aż on go odłoży, jeśli oba ciała się unikają i obchodzą się szerokim łukiem – to jest bardzo ważny komunikat.

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - oznaki, że czas się rozstać

John M. Gottman, badacz psychologii par, ustalił, że są cztery zachowania, które niczym Czterej Jeźdźcy Apokalipsy – tworzą silną prognozę dla rozpadu związku:

  • krytykowanie, które zawiera uogólnione negatywne opinie;
  • unikanie otwartej komunikacji;
  • defensywność, zamykanie się w sobie;
  • pogarda wobec drugiego.

Kiedy i jak odejść od męża, jeśli związek nie ma sensu? Jak się rozstać, aby obie strony czuły się usatysfakcjonowane i wiedziały, że była to dobra decyzja? Czy kiedy zdecydujemy, że związek nie ma przyszłości, oznacza to definitywny koniec relacji? Na te problemy nie ma niestety jednego, uniwersalnego rozwiązania – wszystko zależy od sytuacji w danym związku, od rozmowy pomiędzy połówkami i od ich nastawienia wobec całej relacji. Tylko dogłębna i spokojna analiza twojej sytuacji pomoże ci znaleźć odpowiedzi na pytania, jak odejść od męża, kiedy się rozstać, kiedy związek nie ma sensu. Bez względu na to, czy wybierzesz koniec, czy nie, najważniejsze jest, abyś czuła, że jesteś w stanie pokierować swoim życiem i że jesteś w stanie odnaleźć szczęście.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Samorealizacja versus związek – czy to musi oznaczać wybór?

Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Co robić, gdy dochodzi do kolizji tych dwóch fundamentalnych wartości? Takie pytania zadają sobie Hubert i Hanna. Ich sytuację komentuje psychoterapeuta.

Na komodzie w sypialni Huberta i Hanny stoi fotografia. Obydwoje są na niej uśmiechnięci, objęci, w tle góry. – To wejście na Orlą Perć – mówi Hania. – Dawne czasy, jeszcze studenckie. Nieważne, czy to były polskie Tatry czy włoskie Dolomity – było nam dobrze, byliśmy razem. Łączyły nas przeżycia, przygoda...

Wspólna pasja sprawiła, że już na samym początku znajomości pojawiła się cudowna nić porozumienia. Zaiskrzyło między nimi właśnie na szlaku.

– Góry obnażają człowieka, bezlitośnie odsłaniają słabości. A, w moich oczach, Hubert ich nie miał. Odważny, silny, pomysłowy, z poczuciem humoru i do tego opiekuńczy. Po prostu nie sposób było się w nim nie zakochać – wspomina Hania. – Imponowało mu, że ja, taka drobna kobieta, wspinam się bez użalania i strachu.

Jej miłość do gór wygasła z końcem studiów. Zdecydowała się zostać na uczelni. Doktorat, dziecko, życiowy zwrot, nie dało się tego pogodzić ze wspinaczką. Po urodzeniu Michała życie stało się bardziej cenne. Mówi, że nie żałuje i nie tęskni. Za górami. Bo za tamtym Hubertem ze szlaku – tak. On nadal się wspina i to coraz wyżej, coraz częściej. Wyjeżdża na coraz dłużej i coraz dalej.

– Góry są dla mnie przeciwwagą tego, co robię na co dzień. W agencji reklamowej pracuję głową, siedzę za biurkiem – mówi Hubert. – Wspinaczka to dla mnie wyzwanie. Kiedy trzeba zmagać się z wysokością, zmęczeniem, kiedy wydaje ci się, że nie postawisz kolejnego kroku… Uzależniłem się od tego pokonywania słabości. Dzięki temu czuję, że żyję. Nie umiem tego przełożyć na żadne inne doświadczenie. Gdy widzę wysoką górę, wiem, że muszę na nią wejść. A Hania jest o to zła.

„Dla ciebie pasja jest ważniejsza”

Kiedyś łączyły ich góry, teraz kłótnie o nie. Ona ma do niego dużo żalu. Może długo wymieniać sytuacje, kiedy choroba dziecka, problemy na uczelni czy po prostu święta pokazały, że rodzina przegrywa z pasją męża. Czuje, że w udziale przypadł jej kierat codziennego życia. Narzeka, że Hubert nie daje jej poczucia bezpieczeństwa. Jego wyprawy postrzega jako zabawę, nieodpowiedzialność. Im bardziej nakłania go, by zrezygnował z wyjazdu, tym on więcej uwagi i czasu poświęca górskim wspinaczkom. Na zarzuty Hanki Hubert odpowiada, że przecież rodzina jest dla niego bardzo ważna. Według niej to puste słowa.

Dlaczego Hanka jest rozgoryczona?

Jarosław Józefowicz: Zrozumiała jest złość Hanki. Wartość rodzicielska leży u sedna człowieczeństwa. Wydaje się naturalne, że kobieta oczekuje, żeby jej partner podzielał taki sposób patrzenia na życie. Aby w momencie, gdy pojawia się dziecko, inne sprawy, na przykład samorealizację, postawił na drugim miejscu. Góry, jej zdaniem, są dla Huberta dziecięcą zabawką. Tymczasem to nie same zabawki są tu istotne, ale stan ducha kogoś, kto umie się nimi bawić.

Tak naprawdę jest dwóch Hubertów. Jeden, który pragnie żyć na łonie rodziny, i drugi, który pozwala sobie nie patrzeć na zobowiązania, tylko iść w góry. Hanka jest jedna i to właśnie ta jednostronność jest dla niej tak trudna. Relacja z Hubertem dostarcza jej cennej informacji: jak chce poszerzyć swój sposób funkcjonowania. Nasze marzenia, ale i frustracje, kryją w sobie głębokie tęsknoty. Za ich pośrednictwem coś w nas woła o zaistnienie. Pytanie, czy potrafimy usłyszeć ten głos?

Hanka boi się, bo nie wie, jak się rozwinąć, i swoje obawy przenosi na męża, próbując ściągnąć go do poziomu swoich ograniczeń. To zawsze łatwiejsza droga – ja czegoś nie mam, to ty też nie będziesz mieć. O wiele trudniejsze jest przedzieranie się przez własne blokady i lęki oraz sięganie po coś, czego potrzebuję, by spotkać się w punkcie: ty coś masz i ja też mam, cieszmy się tym. Chodzi oczywiście o wymiar psychiczny, a nie o to, że ona ma wrócić do wspinania się po górach. Dla Hanki mogłoby to oznaczać na przykład wprowadzenie do życia nuty szaleństwa albo wyjście poza zwykłe poczucie kontroli lub nieprzywiązywanie się w tak dużym stopniu do codzienności.

„Nie żyjesz naszym życiem”

Gdy Hubert wraca z wyprawy, przez jakiś czas w domu jest wesoło. Hanka lubi słuchać śmiechu synka, kiedy bawi się razem z tatą. Hubert ma niesamowite pomysły na zabawy z Michałem. Nagle dom zapełnia się ludźmi, którzy oglądają slajdy i zdjęcia z gór. Małżonkowie wychodzą na kolacje, stęsknieni cieszą się seksem… Ale nagle czar pryska, na scenę życia wkracza codzienność. Psuje się pralka, dziecko zapada na kolejną tej jesieni anginę. I Hubert traci swoją kreatywność, luz i dobry humor, staje się złośliwy, rozdrażniony, smętny. Słyszy od żony: „Tak, zbudować z synkiem wieżę z klocków do samego sufitu to potrafisz, ale nie wiesz, na co ostatnio chorował. Nawet nie pamiętasz, że ma alergię na laktozę. Nie masz pojęcia, gdzie w domu jest mąka ani ile płacimy za czynsz. Orientujesz się tylko, gdzie są twoje zabawki”.

Skąd się bierze pasja Huberta?

J.J.: Poprzez fascynację górami Hubert może konsekwentnie bronić tego, co dla niego ważne, świadomie nie dawać się ograniczać. A może cały czas pozostaje dużym chłopcem, który umie podążać jedynie za swoimi marzeniami i ma trudność z byciem dorosłym? W takim wypadku wyjaśnieniem będzie jakiś defekt wyniesiony z domu rodzinnego. Przykładowo dla mężczyzny wychowanego przez nadopiekuńczych rodziców, który nie miał nigdy okazji zmierzyć się z życiem, wszystko, co wykracza poza postawę chłopca, jest przerażające. Mógł też w dzieciństwie być zmuszany do odpowiedzialności, np. jako starszy brat opiekujący się rodzeństwem. Dlatego w dorosłym życiu codzienne trudności straszą go przymusem, pojawia się reakcja zastałego buntu.

Aby odnaleźć się w tym konflikcie, trzeba pamiętać o zasadzie równowagi. Wartości, które rozdzielają Hankę i Huberta – codzienna odpowiedzialność i uskrzydlająca samorealizacja powinny w zharmonizowany sposób istnieć w życiu każdego z nich, nie zaś rozdzielać się na dwa przeciwstawne obozy. Konflikt między nimi może prowadzić do oddalenia. Mogą pojawić się takie uczucia jak zazdrość o zainteresowania, niezrozumienie, złość – szczególnie wtedy, gdy stoi za nimi poczucie odrzucenia. A także lęk przed rozstaniem.

Hanka musi poczuć się ważna

J.J.: Mówiąc: „nie jedź”, Hanka wysyłała Hubertowi komunikat: „pokaż mi, że jestem ważniejsza niż te góry”. Nie pomoże sama rezygnacja z wyjazdu, bo Hanka żyje z deficytem poczucia bycia ważną. Tak się dzieje, kiedy w odpowiednim czasie nie zostaliśmy w wystarczającym stopniu obdarzeni miłością, akceptacją. W tym przypadku oznacza to, że Hania musi wykonać porządną pracę nad sobą. Postawa Huberta może złagodzić trudne uczucia i jedynie pomóc rozwiązać sytuację.

Frustracja Hanki nie musi być wynikiem jej trudnej przeszłości, lecz teraźniejszych problemów, usprawiedliwionego poczucia zagrożenia. Hubert wysyła jej sprzeczne sygnały. Mówi, że jest ważna, natomiast zachowuje się w sposób, który wcale tego nie potwierdza. Dobrze by było, żeby Hubert zastanowił się, skąd wzięła się ta niespójność. Może mu coś w ich relacji przestało pasować? A może boryka się z problemem, który go przerasta i nie potrafiąc sobie z nim poradzić, ucieka w Himalaje?

Nasuwa się proste rozwiązanie: wspólna pasja. Ale to niekoniecznie musi zadziałać. Tu bardziej chodzi o rodzaj bycia. O to, czy kiedy przebywamy razem, to jesteśmy dla siebie ważni. I nie ma znaczenia, czy osiągamy ten stan jeżdżąc na nartach czy przygotowując wspólnie posiłek, siedząc razem na kanapie i rozmawiając czy nie mówiąc nic. Nieważne gdzie, ważne jak. A do tego nie potrzebujemy gór, tylko siebie.

Jak rozmawiać z partnerem o swoich pasjach?

To ćwiczenie pozwoli ci reagować na marzenia partnera, ale też wyrażać własne. Słuchając, nie omawiaj poszczególnych spraw z partnerem, ani ich nie komentuj. Ćwiczenie nie ma służyć udowadnianiu racji. Kiedy jedna strona skończy, zamieńcie się rolami.

Zapytaj partnera:

  • Dlaczego to marzenie jest dla ciebie ważne?
  • Jaki jego aspekt jest dla ciebie najważniejszy?
  • Dlaczego jest on tak ważny?
  • Czy wiąże się z tym jakaś historia? Jeśli tak, to jaka?
  • Czy coś w twoim życiu ma z nim związek?
  • Powiedz mi, co czujesz w związku z tym marzeniem.
  • Czy nie powiedziałeś mi jeszcze o jakichś uczuciach związanych z tym marzeniem?
  • Czego teraz pragniesz?
  • Jakie jest w tej chwili twoje największe marzenie?
  • Jakbyś się czuł, gdyby udało się je zrealizować?
  • Czy jest w nim jakiś głębszy zamysł lub cel?
  • Czy wiąże się ono z twoimi wierzeniami lub systemem wartości?
  • Czy obawiasz się tego, że ktoś odrzuci twoje marzenia? A może boisz się czegoś innego?

Gdy opowiecie sobie już o swoich marzeniach, sprawdźcie, do jakiego stopnia jesteście elastyczni, by wspomóc partnera w jego dążeniach.

Jaki poziom jesteś w stanie osiągnąć?

Poziom pierwszy: Szanuję twoje marzenia.
Poziom drugi: Szanuję twoje marzenia i chcę się więcej o nich dowiedzieć.
Poziom trzeci: Mogę do pewnego stopnia wspomagać cię w twoich dążeniach finansowo lub w inny sposób.
Poziom czwarty: Możemy do pewnego stopnia wspólnie realizować twoje marzenia.
Poziom piąty: Jestem gotowy. Zróbmy to razem.

Pamiętaj, że chodzi tu o kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. W ćwiczeniu chodzi przede wszystkim o to, by mieć poczucie, że partner rozumie, szanuje i popiera nasze marzenia. To może uzdrowić konflikt o pasję.

Źródło: John M. Gottman, Julie Schwartz Gottman, Joan DeClaire, „10 sposobów, które pomogą naprawić nasze małżeństwo”, wyd. Media Rodzina.

  1. Psychologia

Trudne dzieciństwo nie odbiera szansy na szczęśliwe życie

W mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieliśmy trudne dzieciństwo, ponieważ nasi rodzice byli tylko ludźmi. Pytanie, co dalej tym zrobić? (Fot. iStock)
W mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieliśmy trudne dzieciństwo, ponieważ nasi rodzice byli tylko ludźmi. Pytanie, co dalej tym zrobić? (Fot. iStock)
Trudne dzieciństwo nie odbiera nam szansy na pełne, szczęśliwe życie. Wręcz przeciwnie – może stanowić kapitał, dawać niebywałą siłę. Ale nie zawsze to wiemy. Przetransformować ból i wstyd w miłość i wdzięczność – tak, można to zrobić. I trzeba.

Być może zastanawiasz się, czy warto czytać ten tekst; czy temat dotyczy twojego doświadczenia. Bo właściwie co to znaczy mieć niełatwe dzieciństwo? „Nikt mnie nie bił, seksualnie nie wykorzystywał, no, był alkohol, a mama miała depresję, ale to przecież nic takiego, życie po prostu” – często słyszę takie stwierdzenia. John Bradshaw, autor książek o potencjale trudnego dzieciństwa (m.in. „Powrót do wewnętrznego domu”, „Twórcza moc miłości”), uogólnia je w hasło: „Nie było tak źle, był dach nad głową”. „Uwierzcie mi, naprawdę było źle – pisze w »Powrocie do wewnętrznego domu«. – Zadano nam duchową ranę. To, że rodzice nie pozwalali nam być sobą, było najgorszą krzywdą, jaka mogła nas spotkać. Jestem pewien, że gdy mówiliście coś w gniewie, ostrzegano was: »Nie waż się więcej podnosić głosu!«. Nie było w porządku się gniewać, odczuwać lęk, smutek, a nawet radość. Nie było w porządku dotykać sromu lub penisa, nawet jeżeli bardzo to intrygowało. Nie w porządku było nie lubić księdza; myśleć to, co myśleliście; chcieć tego, czego chcieliście; czuć to, co czuliście, lub wyobrażać sobie to, co sobie wyobrażaliście. Niekiedy nie było w porządku widzieć to, coście widzieli, lub wąchać to, coście wąchali. Nie było w porządku być sobą”. Rodzice często mówią dzieciom wprost: „Bądź silny! Nie bądź taki samolubny! Nie miej potrzeb, zapomnij o sobie, zapomnij o swoich chęciach i uczuciach!”. Wielu „wyczynowców”, ludzi tak zwanego sukcesu, czuje, że podają się za kogoś innego. Czują, że nie będą kochani, jeżeli nie będą mieli osiągnięć. Po czym poznać, że nasza indywidualność i wyjątkowość nie były szanowane? Skrzywdzone wewnętrzne dziecko w nas zatruwa dorosłe życie napadami złego humoru, dąsami, nieufnością, przeczuleniem, skłonnością do nałogów i zachowań kompulsywnych, toksycznym rodzicielstwem, napiętymi, niszczącymi stosunkami z ludźmi, nadmierną uprzejmością i posłuszeństwem, niezdolnością do nawiązywania bliskich relacji. W mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieliśmy trudne dzieciństwo, ponieważ nasi rodzice byli tylko ludźmi. Pytanie, co dalej? Co z tym zrobić?

Miałem być księdzem, śniłem o dziewczynach

Bradshaw pokazał, w jaki sposób dramat przemienić w siłę. Wychowywany w dysfunkcyjnej rodzinie, porzucony przez ojca alkoholika pisze o sobie: „Byłem zastępczym mężem mojej matki, stałem się więc ofiarą niefizycznego kazirodztwa. Jako dziecko byłem niedostrzegany. W ciągu 14 lat przeprowadzaliśmy się dziesięć razy. Mieszkaliśmy u dalszych i bliższych krewnych. Mój ojciec nie udzielał nam żadnego wsparcia. Już jako dziecko pojąłem, że nie jestem kochany, gdy wyrażam swoje potrzeby”. Jako nastolatek był młodym gniewnym należącym do gangu sobie podobnych młodych ludzi bez ojców. W szkole – nadobowiązkowym prymusem, w domu – opiekunem matki. Chcąc dochować jej wierności, wstąpił do zakonu, gdzie żył w celibacie przez ponad dziewięć lat, by stwierdzić: „Dziś patrzę ze zgrozą na ten okres mojego życia”. Popadł w stan zaawansowanego alkoholizmu. Jego cztery kolejne partnerki były ofiarami kazirodztwa. Zaczął szukać dla siebie ratunku, między innymi w grupach AA. Gdy odzyskał pełnię zdrowia, poświęcił się pomaganiu innym w dochodzeniu do zdrowia i siły. Jego książki zostały przetłumaczone na 27 języków i uznane za najlepszą literaturę dotyczącą uzdrawiania zranionego dziecka. Gdy Bradshaw prowadzi zajęcia z ludźmi, prosi, by zrzucili maski i się odsłonili. By dotknęli swoich ran. Na nowo odczuli dziecięcy ból, lęk, wstyd, gniew, żal i smutek. To jest zabieg bolesny i najczęściej trudny do przeprowadzenia bez kogoś z zewnątrz – terapeuty, mądrej przewodniczki, przyjaciela. I trwa jakiś czas. Jednak otoczenie opieką wewnętrznego dziecka prowadzi do bezwarunkowej miłości do siebie i staje się źródłem odnowy i witalności.

– Miałem być idealnym dzieckiem, a potem doskonałym mężem, ojcem i trenerem – opowiada Marek Karpiński, trener piłkarek ręcznych. – Gdybym nie rozeznał się w sobie, nie skonfrontował z rozpaczą i wstydem we mnie, najpewniej marnie bym skończył: alkohol, zawał, rozpad rodziny, te rzeczy. Osiągałem sukcesy, byłem trenerem kadry narodowej, uchodziłem za silnego faceta, na którym można polegać zawsze, bo uniesie wszystko. Ale płaciłem za to najwyższą cenę – zdrowia. No więc w kółko operacje, alergie, problemy z sercem, z żołądkiem, z jelitami, z gardłem, wrzody na dwunastnicy.

Wychowywał się w niezamożnej kolejarskiej rodzinie, wśród trzech braci. W wieku dwóch lat został posłany do przedszkola, więc potem już wszystkie etapy rozwoju przechodził w przyśpieszonym tempie – szkołę podstawową skończył w wieku 13 lat, a maturę zdał jako 17-latek. Tam, gdzie się znalazł, był przywódcą – w szkole, na podwórku, w drużynie harcerskiej, na zawodach sportowych, w studium wojskowym. Tata kupował synom rękawice bokserskie, mieli wygrywać, nie pokazać nigdy słabości. Mama marzyła, że Marek zostanie lekarzem, spełni jej niespełnione życie; albo księdzem.

– Z pozoru bardzo łatwo wchodziłem w rolę silnego i odpowiedzialnego. Ale w środku przeżywałam dramat: czy sobie poradzę, czy nie zawiodę? Dla dziecka to było o wiele za dużo. I zawodziłem. W szkole miałem dwóje, na medycynę się nie dostałem. A zamiast myśleć o duchowym powołaniu, śniłem o dziewczynach, co było kolejnym horrorem. Obiecywałem przecież w konfesjonale, że nie będę grzeszył myślą, mową i uczynkiem. A grzeszyłem. Matka o tym nie wie, ojciec nie wie, ale przecież Boga nie oszukam! Bóg widzi wszystko. Nie mogłem spać, nie mogłem odpędzić natrętnych myśli. Zżerało mnie poczucie winy i wstydu; zaraz się wyda i przepadłem, koniec ze mną, będę się smażył w piekle. Miałem być najlepszy i święty, a kim jestem?

Dajemy z siebie wszystko, reszta jest bez znaczenia

W dorosłym życiu został trenerem sportowym, a w sporcie wymagana jest doskonałość; wygrywasz – jesteś Bogiem, przegrywasz – jesteś zerem.

– W polskim wydaniu bycie trenerem to bycie katem – mówi Marek. – Rozgrywki były co sobotę. Już w czwartek czułem skurcz żołądka. Z niedzieli na poniedziałek nie spałem z lęku, co napiszą w gazetach. Co tydzień ocena, czyli walka o życie. I tak przez 20 lat. Im twardsza skorupa na zewnątrz, tym człowiek słabszy w środku.

Pamięta przegrany mecz w Hiszpanii jednym punktem, co wykluczyło piłkarki z udziału w olimpiadzie w Atenach. To znaczyło, że jako trener jest skończony. „Co czujesz?” – zapytała żona. „Rozpacz, smutek” – odpowiedział. „Co najchętniej byś zrobił?” – pytała dalej. „Usiadłbym i płakał” – usłyszał. „Więc płacz”. Od tego się zaczęło: a więc można nie bać się słabości, łez, lęku, wstydu i bólu? Zainteresował się szkoleniami z zakresu rozwoju osobistego, nowoczesnego przywództwa, zapisał się na zajęcia w szkole trenerów, uczył się, jak rozmawiać, jak rozumieć emocje.

– Otworzyłem się na to, co wewnątrz mnie – mówi. – Po raz pierwszy zacząłem pytać siebie, po co robię to, co robię. Czemu i komu to służy? Co daję z siebie innym? Jaką to ma wartość? Zapragnąłem być z ludźmi inaczej niż do tej pory, nie w sposób kontrolujący i dominujący.

Od 2005 roku jest trenerem piłkarek z klubu studenckiego AZS AWF Wrocław. W tym roku dostały się do czołówki krajowej, do ekstraklasy. Cieszy się jak dziecko: – Świętujemy zwycięstwo, grając na bębnach! Otwartość i komunikacja, wspólne tworzenie procesu treningowego, zabawa, nie walka; partnerstwo, nie dryl i tresura, o to chodzi. Nie pracując więcej, osiągnęliśmy najwięcej, w naturalny sposób, poszło jak z płatka. Mówiłem dziewczynom: dajemy z siebie wszystko, ale to nie znaczy, że musimy wygrać. Mamy prawo przegrać, pogratulujemy zwycięzcom. W to, co robimy, angażujemy całe serce, dlatego nie ma znaczenia, co inni powiedzą czy napiszą.

Pod bólem jest zawsze miłość

Pisałam reportaże o rodzicach zastępczych dla dzieci osieroconych i chorych. Pokłady miłości i siły tych ludzi wręcz onieśmielały. Ze zdumieniem w ich przeszłości odkrywałam prawdziwe tragedie, na przykład śmierć własnego dziecka. Zdarza się, że ci, którzy adoptują dzieci, sami jako dzieci stracili rodziców. Terapeutka Małgorzata Rajchert-Lewandowska wyjaśnia to tak: – Ci ludzie dokonali czegoś nadzwyczajnego, zaakceptowali ból, którego doznali, zgodzili się na swój los. To daje niebywałą siłę. Łatwo poznać takich ludzi, bo są charyzmatyczni, skuteczni. Przekroczyli próg cierpienia i w kontakcie z nimi to się czuje od razu. Stają się dla innych źródłem siły. W naturalny sposób zajmują się w życiu tym, co kiedyś było ich raną.

– Pod bólem jest zawsze miłość – dodaje terapeutka. – Jeśli nie dotykamy bólu, wtedy pozostajemy jak zamrożeni, ponieważ jednocześnie odcinamy się od wszystkich uczuć, także od miłości i wdzięczności. Jeśli odważymy się zmierzyć z bólem, wtedy rusza fala. Ku własnemu zdumieniu możemy nagle poczuć miłość do ojca, który bił, do matki, która upokarzała. Byłam świadkiem, jak ludzie nie mogli w to uwierzyć, a przecież to czuli. To jest pierwszy krok do przyjęcia swojego losu, a później – co rzadko się zdarza, ale jednak – wdzięczności za swój los. Zaczyna się od uznania, że w każdym doświadczeniu tkwi siła.

– Co dobrego może płynąć z tego, że co najmniej połowa z nas wychowywała się i wychowuje w rodzinach, w których nadużywa się alkoholu? – pytam. – Dzieci z takich rodzin są samodzielne, niezależne i odpowiedzialne, łatwo koncentrują się na zadaniu, nawet w trudnych sytuacjach, ponieważ nauczyły się funkcjonować w stresie. A więc potencjał istnieje. Z drugiej strony takie dzieci są obciążone bólem, lękiem i nadmiarową odpowiedzialnością za cały świat, i oczywiście lepiej by było, gdyby nie musiały przechodzić przez piekło uzależnienia rodziców. Jeśli jednak jako dorośli uporają się z tym dziedzictwem, odzyskają spokój i równowagę, i mnóstwo siły.

Małgorzata Rajchert-Lewandowska opowiada o pacjencie w terapii, mężczyźnie, który pracował jako antyterrorysta. W dzieciństwie był świadkiem fizycznej i emocjonalnej przemocy ojca wobec mamy. Jako dziecko chronił ją, interweniował, wzywał policję. Dzisiaj rozbraja bomby, chroni innych przed zagrożeniem. Opowiada też o charyzmatycznej lekarce, która w dzieciństwie nie była w stanie uratować umierającego brata, a teraz ratuje dzieci. Daje przykład Andrzeja Wajdy, którego ojciec zginął w Katyniu. Uważa, że gdyby syn nie przetransformował w sobie związanego z tym bólu, nie dotarłby do miłości i nie byłby w stanie nakręcić o tym filmu.
– W jaki sposób to, co trudne, może przysłużyć się mojemu rozwojowi, mojej pracy dla innych? To istotne pytanie – mówi terapeutka. Wśród psychologów pracujących z ludźmi są i tacy, którzy gratulują, gdy słyszą o krzywdach doznanych w dzieciństwie. Gratulacje szokują. Ale też intrygują, bo to całkiem inne spojrzenie.

Artykuł archiwalny