1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nauka współczucia poprzez medytację

Nauka współczucia poprzez medytację

123rf.com
123rf.com
Wydaje się, że współczucie i życzliwość to cechy osobowości, które są wrodzone. Jednak badania wskazują, że możemy nad tym popracować. Jak?

Naukowcy z University of Wisconsin-Madison w czasopiśmie Public Library of Science One opublikowali wyniki badań, które pokazują jak na mózg wpływa technika medytacji współczucia. Wykorzystali oni rezonans magnetyczny, aby wskazać, że pozytywnych emocji, takich jak dobroć czy współczucie, możemy się nauczyć jak gry na instrumencie muzycznym lub jakiegoś sportu. Skany ujawniły, że obwody mózgowe używane do wykrywania emocji i uczuć zostały radykalnie zmienione u pacjentów, którzy mieli duże doświadczenie praktykowaniu medytacji współczucia.

Badanie przeprowadzono na grupie tybetańskich mnichów i świeckich praktykujących, którzy medytowali przez 10 tys. godzin. Były wśród badanych również osoby, które dopiero uczyły się medytacji. - Wiele praktyk kontemplacyjnych polega na tym, żeby wzbudzać w sobie miłującą dobroć i współczucie dla innych oraz życzenie im szczęścia i pragnienie ulżenia w cierpieniu - powiedział Richard Davidson, profesor psychiatrii i psychologii na UW-Madison - Miłująca dobroć i współczucie są kluczowe dla filozofii Dalajlamy. Chcieliśmy zobaczyć, jak te praktyki wpływają na systemy mózgu zaangażowane w empatię.

Skany ujawniły znaczącą aktywność w pobliżu przedniej części mózgu, która odgrywa kluczową rolę w reprezentacji emocji u tych, którzy medytowali najwięcej. U tych uczestników badań tętno i ciśnienie krwi były najbardziej prawidłowe. Mózg pracował aktywnie również w prawej półkuli, w miejscu odpowiedzialnym za postrzeganie stanów umysłowych i emocjonalnych u innych. Wyniki wskazują, że dzięki nauce medytacji, ludzie mogą rozwijać umiejętności, które przyczyniają się do odczuwania współczucie. Wystarczy skorzystać z plastyczności naszego mózgu.

Naukowcy zastanawiają się nad potrzebą wprowadzenia nauki tego rodzaju medytacji wśród młodzieży w wieku dojrzewania, aby zapobiec rozwojowi zachowań agresywnych i przemocowych.

Źródło: University of Wisconsin-Madison

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Agresja i przemoc w związku – dlaczego kobiety nie reagują w porę?

Powoli, wręcz w niewidoczny sposób, eskalująca tendencja do dominacji, władzy w rodzinie, poniżania i budowania napięcia zaczyna tworzyć tzw. niewidzialną klatkę (fot. iStock)
Powoli, wręcz w niewidoczny sposób, eskalująca tendencja do dominacji, władzy w rodzinie, poniżania i budowania napięcia zaczyna tworzyć tzw. niewidzialną klatkę (fot. iStock)
Prawdopodobnie każdy z nas zna osoby uwikłane w związek, w którym pojawia się przemoc mniej lub bardziej nasilona. Rodzina, znajomi, może ktoś w sąsiedztwie… widzimy powtarzające się przykre wydarzenia i niejednokrotnie krzywdę członków rodziny. „Dlaczego ona nie odejdzie?” – pojawia się często pytanie. „Po co w tym tkwi?!”. Agresja zaczyna się zwykle od drobnych sygnałów, a potem rozwija się i nasila, aż do rozmiarów zagrażających bezpośrednio zdrowiu i życiu. Jak to się dzieje?

Anna całe popołudnie czeka w napięciu na powrót męża, nasłuchuje jego kroków na schodach – czy dziś mocno stuka butami? Siedząc w kuchni, gdzie „powinna” być o tej porze, słucha dalej, jak on zamyka drzwi, jak wzdycha. Przez lata nauczyła się po tych szczegółach rozpoznawać, czy dziś będzie awantura. Najgorzej jest wtedy, kiedy mąż już w korytarzu klnie coś pod nosem, wtedy wiadomo, że obiad będzie kiepski, że bałagan w domu i to wieczne „a co ty niby zrobiłaś tutaj przez cały dzień?”. O docenieniu czegokolwiek nie ma mowy, no może czasem w łóżku powie „od razu mi lepiej”, ale to też rzadko, bo zwykle narzeka, że musi domagać się tego, „co mu się w nocy należy”, a nawet brać siłą. On jest z tych, którzy twierdzą, że gwałt w małżeństwie nie istnieje.

Pierwsze niepokojące sygnały

Często już na początku związku można zauważyć pewne oznaki skłonności do agresji u partnera, do kontrolowania innych, czy nieumiejętności panowania nad sobą. Takich sygnałów nie powinno się bagatelizować i warto reagować od razu, kiedy tylko się pojawiają. Niestety nasze normy kulturowe do pewnego momentu przesłaniają przytomne spojrzenie na sprawę. Często, kiedy partner próbuje nam wmówić, że wie lepiej co dla nas dobre, wyśmiewa nas czy przejawia tendencję do kontroli nad naszymi kontaktami z innymi ludźmi, to nie widzimy w tym nic złego. Zwykle z obu stron związku padają racjonalizacje typu: „bez zazdrości nie ma miłości”, „to tylko takie żarty, po prostu lubi się przedrzeźniać”. Czasami jednak te tendencje się nasilają. Jedna ze stron w związku nie radzi sobie z lękiem, frustracją, niską samooceną, nie wie, co to bezpieczna bliskość i w konsekwencji coraz częściej ucieka się do przemocy psychicznej. Ta zwykle pojawia się wcześniej niż fizyczne ataki.

Mechanizmy zniewolenia

Powoli, wręcz w niewidoczny sposób, eskalująca tendencja do dominacji, władzy w rodzinie, poniżania i budowania napięcia zaczyna tworzyć tzw. niewidzialną klatkę. Często pojawiające się wyrzuty, awantury pod pretekstem braku podporządkowania, ciągłe docinki i krytyczne komentarze budują specyficzną atmosferę w domu. Nie wolno reagować, nie wolno mówić. Ofiara takiego traktowania nie ma śladów po biciu, często nawet sama nie wie, dlaczego coraz gorzej się czuje oraz jak o tym rozmawiać z bliskimi. Po prostu boi się „tego kogoś” w partnerze, jego „mrocznego pasażera”, który w każdej chwili może wkroczyć do akcji i zrobić coś nieprzewidywalnego, niebezpiecznego.

Z czasem wybuchy agresji mogą być coraz bardziej jawne, widoczne, dochodzi nawet do fizycznej przemocy. Jednak kolejną pułapką utrudniającą ocenę sytuacji są tzw. cykle przemocy. Po każdym wybuchu czy ataku jego sprawca staje się miły, przeprasza, przynosi kwiaty i obiecuje, że „nigdy więcej”. Kolejne dni lub tygodnie rodzinnej sielanki wzbudzają nadzieję, że się zmienił, dotarło do niego to, co zrobił. Czujność opada, a w międzyczasie w związku powoli narasta napięcie, z którym znów nie można sobie konstruktywnie poradzić. Po jakimś czasie następuje kolejny wybuch: sprawca sobie ulży, ofiara znajduje się w szoku, lęku i bezsilności. Powoli wykształca się syndrom wyuczonej bezradności, który nie pozwala na wydostanie się z tej psychologicznej sytuacji.

Można by opisywać wiele mechanizmów i zachowań, które wikłają osoby w przemocowym związku. Wszystkie one jednak sprawiają, że dwoje wolnych i dorosłych ludzi zmienia się w parę jak z okropnej bajki. Często jest tak, że po kilku latach podobnej relacji kobieta czuje się mała, bezsilna, zastraszona, podporządkowana – jakby była jakąś małą myszką. Partner staje się dla niej wszechmocnym potworem, któremu nie wolno się sprzeciwić, bo stanie się coś strasznego, będzie tylko gorzej, więc lepiej się nie stawiać, nie reagować. Takie wyobrażenie latami budowane przez „pranie mózgu” w czterech ścianach jest tak silne, że kobiety przychodzące do psychologa czy instytucji opisują swojego partnera jako wielkiego, wpływowego, silnego faceta, który wszystkich przegoni i nie ma na niego silnych. Przez całe tygodnie upierają się, że nic nie da się zrobić. Na koniec okazuje się jednak, że za tym obrazkiem kryje się mały sfrustrowany, skrzywdzony kiedyś człowiek, który nie zapanował nad swoją wściekłością. Właśnie ta iluzja, w której żyją oboje, czasami więzi bardziej niż realne fakty i zagrożenia, choć tym drugim też nie można zaprzeczać.

Co robić?

Jeśli jesteś świadkiem takich sytuacji, znasz kogoś uwikłanego w przemoc w rodzinie – zwróć na to uwagę, porozmawiaj. Zwykle zatrzymuje nas wstyd, niepewność, niechęć do wtrącania się, jednak wyrażenie swojego zaniepokojenia i oferta wsparcia nikomu na pewno nie zaszkodzi. Wręcz przeciwnie – może wytrącić taką osobę ze swoistego transu, izolacji, poczucia niezrozumienia. Może zachęcić do skorzystania z pomocy, podjęcia działań w swojej sprawie. Nie zniechęcaj się, kiedy taka osoba nie zachowuje się tak jakbyś oczekiwał, nie od razu chce działać, wycofuje się. Nie dawaj tylko dobrych rad, a staraj się towarzyszyć, bo wychodzenie z pola przemocy to długotrwały i trudny emocjonalnie proces. Jeżeli sytuacja się nie zmienia, a zagrożone jest czyjeś zdrowie (w tym równowaga psychiczna) lub życie – poinformuj instytucje, które mogą zareagować i zatroszczyć się o słabszych, np. policję, lokalny ośrodek pomocy społecznej.

Jeżeli ta historia dotyczy Ciebie, to na początek uwierz, że zawsze można coś zaradzić. Jeżeli sytuacja w relacji dopiero się zaczyna – zareaguj, postaw granice, powiedz o tym, co czujesz i myślisz o takim traktowaniu. Sprawdź, co na to odpowiada druga strona. Jeżeli nie wiesz jak, boisz się – skonsultuj się z psychologiem, to może Cię wzmocnić, pomóc znaleźć rozwiązania. Poszukaj wsparcia w bliskich osobach, choć może być tak, że i one poczują się bezradne. Każdy z nas ma doświadczenia, które mogą blokować możliwość reakcji i obrony, które sprawiają, że wchodzimy w tę bajkę o krzywdzie i nie wiemy nawet, kiedy to się dzieje. W związku z nimi czasami potrzebna może okazać się psychoterapia. Jeżeli sytuacja jest niebezpieczna dla Ciebie lub najbliższych i nie masz sił, by samemu zareagować, poproś o wsparcie instytucje – po to one są. Warto jak najszybciej zatrzymywać wciąż odtwarzającą się przemoc, bo niestety ona zwykle sama z siebie się nie kończy.

Adam Chojnacki: psycholog, psychoterapeuta, certyfikowany specjalista oraz superwizor w obszarze przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Prowadzi terapię dla osób doznających i stosujących przemoc oraz osób po traumie. Prowadzi prywatną praktykę psychoterapeutyczną i szkoleniową.

  1. Psychologia

Dbanie o siebie pozwala nam troszczyć się o innych

Jeśli potrafimy znaleźć współczucie dla siebie, to łatwiej nam troszczyć się o innych ludzi. (Fot. iStock)
Jeśli potrafimy znaleźć współczucie dla siebie, to łatwiej nam troszczyć się o innych ludzi. (Fot. iStock)
Współczucie dla siebie, dbanie o własne zdrowie i wewnętrzną równowagę pozwala być wrażliwym na innych. W trudnych czasach powinniśmy jeszcze bardziej troszczyć się o tych, którzy mogą potrzebować pomocy – twierdzi psychoterapeuta Antti Ervasti. Bo szczęście przeżywane wspólnie z drugą osobą… liczy się podwójnie.

Przez ostatnie dwa lata to Finlandia stanęła na czele w Światowym Raporcie Szczęścia. Co za tym przemawia?
Na pewno po części jest to związane z faktem, że mamy bardzo sprawnie działający system socjalny i zdrowotny, a nasze uniwersytety są bezpłatne zarówno dla Finów, jak i studentów z zagranicy. Wszystkim zapewniamy równy dostęp do wiedzy i zawodu. Ale choć Finlandia należy do najszczęśliwszych krajów na świecie, to ma takie same problemy jak inne kraje i podobnie trudno nam je rozwiązać. Jednak  wydaje mi się, że bycie szczęśliwym nie oznacza, że mamy być superpogodni i radośni przez cały czas. Życie nie wygląda przecież tak jak w hollywoodzkich filmach!

A co szczęście oznacza dla ciebie jako terapeuty?
Równowagę, umiejętność zrównoważenia w życiu pozytywów i negatywów. Szczęśliwy człowiek to taki, który potrafi docenić dobre rzeczy w swoim życiu i dostrzec pozytywne strony wielu sytuacji. Umie wyrazić wdzięczność za to, co ma: za zdrowie, miłość i przyjaźń czy za dobrą pracę. No i co ważne, potrafi radzić sobie z trudnymi emocjami i kryzysami w życiu. Bo każdy z nas przechodzi jakieś kryzysy, co nie zawsze musi doprowadzić do depresji, ale może wpłynąć na pogorszenie samopoczucia czy obniżenie nastroju.

Jak osiągnąć taką równowagę?
Zobaczmy, co sprawia, że siebie lubimy i dobrze się ze sobą czujemy. Czy nie pracujemy za dużo, czy znajdujemy czas dla siebie, dla rodziny i przyjaciół, czy dajemy sobie prawo do odpoczynku? Czy pozwalamy innym zatroszczyć się o siebie i czy znajdujemy w sobie siłę oraz chęć, by pomagać innym? Czy w naszym życiu jest miejsce i na odpoczynek wśród przyrody, i na satysfakcjonującą pracę, i na zaspokojenie własnych potrzeb? Jeśli odpowiesz na te pytania „tak”, to chyba wszystko u ciebie dobrze.

Z czym wiążą się dziś największe lęki i zmartwienia Finów?
Dotyczą ograniczeń związanych z pandemią i jej gospodarczych skutków, które za chwilę będą widoczne. Niektórzy tracą lub za chwilę stracą pracę, inni będą musieli pracować jeszcze ciężej. Ludzie obawiają się zmian, ale też niewiadomej, jaką one niosą. Z mojej perspektywy wyzwania, jakie już się pojawiają, to m.in. konieczność zadbania o zdrowie psychiczne, bo izolacja i brak kontaktu z innymi nie sprzyjają poprawie nastroju.

Widzę, że moi klienci martwią się o swoje zdrowie psychiczne, ale też o zdrowie najbliższych. Przed pandemią wiele osób uciekało od kłopotów w związku czy rodzinie, po prostu wychodząc do pracy czy na spotkanie z przyjaciółmi. Dziś siedzą zamknięci w domu, a problemy się nasilają. Znam wiele rodzin i par, dla których to bardzo trudny czas, bo nie wszyscy chcemy przebywać ze sobą całą dobę siedem dni w tygodniu. Teraz trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, a dla wielu osób to jest prawdziwe wyzwanie. Nie ma dokąd uciec, więc niektórzy decydują się − na szczęście! −  na pomoc, są gotowi zatroszczyć się o swój związek albo o swoją rodzinę i to jest w tej sytuacji dobre rozwiązanie.

Czy doświadczenie pandemii sprawia, że szukamy raczej osobnej przestrzeni czy bardziej tęsknimy za wspólnotą?
Bycie samemu często nie oznacza, że czujemy się samotni. Dla wielu osób to dobry czas, potrafią  cieszyć się swoim towarzystwem i tym, że mogą być wreszcie sami z wyboru. Ale inni z tego powodu poważnie cierpią, zwłaszcza jeśli mieszkają na wsi, gdzie kontakt z drugim człowiekiem bywa utrudniony.

Natomiast czy jesteśmy zadowoleni z obecnej sytuacji, czy nie, nie zwalnia nas to z bycia częścią wspólnoty. Mam nadzieję, że jako społeczeństwo wyciągniemy taki wniosek z pandemii, że należy bardziej dbać o innych, bo wirus atakuje wszystkich, jest egalitarny. Tym bardziej powinniśmy troszczyć się o tych, którzy mogą potrzebować pomocy i wsparcia. Chciałbym też, żebyśmy zrozumieli, jak ważne jest branie odpowiedzialności za innych, bo nikomu nie uda się przetrwać samemu.

Bycie częścią grupy to najlepsza strategia przetrwania?
W tym sensie jesteśmy jak zwierzęta, a wszystkie zwierzęta mają swoje stada, grupy czy rodziny. Nie wydaje mi się, że ludzie powinni być sami, raczej powinniśmy widzieć wartość w tym, by otaczać się zróżnicowaną grupą ludzi, dbać o relacje i kontakty z różnymi ludźmi, ale też być blisko grup wsparcia. To wielkie szczęście wiedzieć, że mamy na kim polegać i że inni mogą polegać na nas.

Finowie uchodzą za samotników, więc wydaje się to wyzwaniem…
Rzeczywiście, nie lubimy zamieszania i kultywujemy naszą osobistą przestrzeń. Gdy przyjedziesz do Helsinek, zobaczysz, że ludzie na przystanku czy w windzie stoją możliwie daleko od siebie. Dlatego na pierwszy rzut oka trudno nas lepiej poznać, wybieramy dystans, ale gdy już uda się z nami zaprzyjaźnić, okazujemy się prostolinijni i otwarci oraz bardzo szczerzy. Nie dla nas small talk! Kilka tygodni temu przedstawiono wyniki badań międzynarodowych, dotyczących społecznych skutków pandemii i wynikającej z niej izolacji. Wyobraź sobie, że aż 23 proc. Finów wyznało, że ma się lepiej z powodu izolacji. W innych krajach odpowiedzi były inne, ludzie przyznawali, że cierpią z powodu niemożności kontaktu z innymi. A u nas samopoczucie się poprawiło (śmiech).

Skłonność do bycia samemu to chyba także efekt środowiska naturalnego, macie tyle przyrody, że możecie się w niej schować.
To prawda, nie mamy też wielkich miast, a większość ludzi mieszka w domach. Ale nawet w Helsinkach, gdzie żyje pół miliona ludzi, można złapać autobus czy pociąg i w ciągu 20 minut znaleźć się w środku lasu. Kraj nie jest bardzo zabudowany, dlatego tyle w nim przestrzeni i możliwości znalezienia się w przyrodzie zawsze, gdy tego potrzebujemy. Na każdym kroku mamy parki i lasy, jesteśmy bardzo związani z przyrodą i myślę, że tu też leży sekret naszego poczucia zadowolenia.

Po zakończeniu pandemii wiele się zmieni, ale ucieczka do lasu w ramach radzenia sobie ze stresem raczej pozostanie aktualna.
Podczas pierwszego lockdownu Finowie byli w szoku, bali się wychodzić z domów, ale wszyscy chodziliśmy do lasów tak licznie, że w wiadomościach apelowano o zachowanie dystansu dwóch metrów. I myślę, że to poszukiwanie kontaktu z naturą, żeby znaleźć ukojenie,  nam pozostanie. Zwłaszcza że według badań już pięć minut w lesie uspokaja nasz system nerwowy.

Jesteś współtwórcą metody samopomocy „CupOfTherapy” oraz książki pod takim tytułem. To zestaw miniporad z ilustracjami zwierząt, opartych na idei work-life balance. Czy dobrze rozumiem jej przesłanie, że kiedy dbamy o siebie, mamy więcej empatii i możemy lepiej troszczyć się o innych?
Tak właśnie jest i o tym piszemy w książce, którą wydaliśmy wspólnie z rysownikiem Mattim Pikkujämsą. Jeśli potrafimy znaleźć współczucie dla siebie, to znajdziemy go jeszcze więcej dla innych. Jest tyle okrucieństwa na świecie, a ludzie potrafią być wobec siebie chłodni i nieprzyjemni, dlatego uważam, że naprawdę potrzebujemy więcej wzajemnej serdeczności i uważności. Gdy dbamy o siebie, gdy widzimy swoją wartość i doceniamy siebie takimi, jacy jesteśmy, to łatwiej nam troszczyć się o innych, nie tylko o najbliższych.

Antti Ervasti, fiński psychoterapeuta. Współtwórca (razem z psychoterapeutką Eliną Rehmonen oraz ilustratorem Mattim Pikkujämsą) koncepcji promocji zdrowia psychicznego „CupOfTherapy”.

  1. Styl Życia

Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze

Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmieniać życie, nie tylko nasze.

W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Rozmawiamy z Darią Mejnartowicz, która udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens" (9/2019).

Chciałam spytać o pani podróże, ale zacznę od lęku przed lataniem. Podobno długo się pani z nim zmagała…
Mój lęk przed lataniem przybierał naprawdę spektakularne rozmiary: uciekałam z lotnisk, w ostatniej chwili wyjmowano mój bagaż z luku… Paul, mój narzeczony, zawsze powtarzał, że latanie jest o wiele bezpieczniejsze od jazdy samochodem, o czym zresztą boleśnie się przekonałam, ale mimo to panicznie bałam się latać. Jestem spod znaku Panny, więc do wszystkiego podchodzę bardzo metodycznie, dlatego przez lata kupowałam mnóstwo audiobooków, DVD i książek na temat opanowywania lęku przed lataniem, mam pokaźną biblioteczkę. Byłam też na kursie na lotnisku Heathrow – Flying Without Fear, prowadzonym przez byłego kapitana brytyjskich linii lotniczych – Keitha Godfreya. A jednak lęk nie mijał. Aż przyszedł taki dzień, już po śmierci Paula, kiedy wracałam od jego rodziny w Londynie – zawsze jeździłam nocnym pociągiem do Niemiec, stamtąd do Brukseli, z Brukseli pociągiem Eurostar przez tunel pod kanałem La Manche – i w tej drodze powrotnej w połowie tunelu zabrakło prądu i pociąg stanął. Nie było nie tylko światła, ale też klimatyzacji, więc robiło się coraz goręcej… To było gorsze od wszystkiego, czego kiedykolwiek doświadczyłam w samolocie, choć nigdy nie doznałam złych rzeczy, chodziło głównie o zamknięcie na małej przestrzeni. Wtedy powiedziałam sobie: „Koniec. Następnym razem lecę samolotem”. Kolejna podróż, w jaką się wybrałam, to był już lot British Airways. Miałam specjalny list od Keitha skierowany do pilota samolotu, w którym on informuje: „to jest Daria, która jest w moim programie Fearful Flyers, opowiedz jej, proszę, o locie i o tym, co się będzie podczas niego działo”. Kapitan wyjaśnił, co trzeba, i dodał, że będziemy trochę krążyć nad lotniskiem, bo jest straszna pogoda…

No nie…
Ale to mnie uspokoiło, wiedziałam przynajmniej, co się będzie działo. Powiedział, że ma nadzieję, że pójdzie nam to sprawnie, bo chce zdążyć na kolację z żoną. Kiedy poznajesz kogoś, kto ma dowieźć cię bezpiecznie na miejsce i w dodatku jest taki wyluzowany, a jednocześnie profesjonalny jak ten pilot, chętniej oddajesz swoje życie w jego ręce. Na dodatek okazało się, że było wolne miejsce w klasie biznes, więc stewardesa przesadziła mnie, żeby móc mieć stale na oku. Kiedy wylądowaliśmy, wręczyła mi szampana ze słowami: „Niech pani weźmie go do domu i świętuje”.

Cudowne zakończenie!
Ale okupione latami zmagań i panicznego lęku. Długo byłam przekonana, że to jest największe ograniczenie w moim życiu, że najtrudniej będzie mi sobie z nim poradzić.

Dlatego, że chciała pani podróżować?
Po prostu chciałam realizować swoją pasję i wtedy wydawało mi się, że nie ma trudniejszego wyzwania. Że łatwiej jest założyć rodzinę, urodzić dziecko, zmienić pracę, a to, ten lęk, jest zupełnie poza moją kontrolą. Teraz się z tego śmieję, bo lęk przed lataniem zwalczyłam, byłam w 73 krajach, a rodziny nie udało mi się założyć, choć bardzo bym chciała.

Podobno kiedy jako dziewczynkę ktoś pytał, na co pani odkłada pieniądze, odpowiadała pani: „na podróże”.
Zawsze miałam ogromną potrzebę, by zarabiać pieniądze i bardzo nie lubiłam ich wydawać. Przez siostry jestem postrzegana jako sknera. Dla mnie shopping na poprawę humoru jest całkowicie irracjonalny. Kiedy czegoś potrzebuję, kupuję to. Proste. Jako dziewczynka nie dostawałam kieszonkowego i nie zawsze alimenty, musiałam na siebie zarabiać. Mojej mamy nie obchodziło, że nie mam zimowych butów, mówiła: „Chcesz buty, idź sobie zarób”. Moją pierwszą pracą było zbieranie jagód, które sprzedawałam potem sąsiadom. Czasem wydawałam te pieniądze na niezbędne rzeczy, ale głównie odkładałam. Oczywiste było, że na to, by jeździć po świecie. Miałam na tym punkcie świra. Kiedy oglądałam w telewizji programy o dzieciach z Afryki, to czułam, że moje całe ciało się rwie, chciałam tam jechać i pomagać. Podróżowanie zawsze było dla mnie jednoznaczne z pomaganiem.

Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne) Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne)

Czyli nie tyle marzyła pani o podróżach, co o pomaganiu?
To zaczęło się bardzo wcześnie. Sama pochodziłam z trudnego, choć, jak to się mówi, dobrego domu, moi rodzice – lekarka i student prawa – szybko się rozstali, mama nadużywała alkoholu i, jak później dowiedziałam się z dokumentów, cierpiała na chorobę dwubiegunową. Prawie się nami nie zajmowała, musiałyśmy same dbać o to, by odrobić lekcje czy zorganizować sobie czas wolny. Może dlatego już jako dziecko miałam bardzo rozwiniętą wrażliwość na potrzebujących, a ponieważ nie byłam w stanie pomagać innym dzieciom, mogłam przynajmniej pomagać zwierzętom. Dokarmiałam okoliczne psy i koty, czasem przemycałam je do domu.

Pani historię znam z reportażu w „Wysokich Obcasach” i jest ona wstrząsająca: trauma dzieciństwa, zdrada narzeczonego, niesprawiedliwe zwolnienie z pracy, potem śmierć ukochanego w wypadku, mobbing. Mówi pani, że pomaganie potrafi uratować nam życie. Gdy patrzy pani wstecz, sądzi pani, że pomagając innym, chciała pani pomóc też sobie?
Na pewno. Oczywiście widzę to dopiero dzisiaj. Jako dziecko tego nie analizowałam, to był po prostu impuls, odruch serca. I zwierzęta kochały mnie bezwarunkowo. Dziś moja chęć niesienia pomocy wynika z poczucia niesprawiedliwości, potrzeby naprawiania tego świata i zmniejszania zła, jakie się na nim dzieje. Na pewno moje życiowe wybory są podyktowane dawną traumą, choćby wybór studiów. Miałam potrzebę, by służyć innym, a służba zdrowia wydawała mi się idealnym terytorium do pomagania; medycyny się bałam, wybrałam rehabilitację ruchową. Pracę magisterską pisałam o stanie psychicznym kobiet po usunięciu macicy, potem na studiach doktoranckich zajęłam się seksualnością i przemocą seksualną wobec osób z zespołem Downa – też nie przez przypadek. Szukałam grup, które potrzebują specjalnej uwagi i nie bałam się zajmować tematami tabu.

Zawsze idę tam, gdzie niewygodnie. Chcę zabierać głos w imieniu tych, którzy nie potrafią lub których krzyk jest niesłyszalny. Przez wiele lat pracowałam jako menedżer na basenie na Inflanckiej. Organizowałam różne zajęcia w wodzie i na sali gimnastycznej dla nastolatków z upośledzeniem umysłowym, w tym z zespołem Downa. Widziałam, jak wiele im to daje. Że wreszcie są traktowane godnie, dorośle, a nie infantylnie, jak bywa na zajęciach warsztatowych, gdzie proponuje się im głównie lepienie kwiatków. Potem zaczęłam aktywować warszawskich seniorów w ramach programu „Senior: starszy, sprawniejszy”.

A kiedy pojawiły się dziewczynki z Tanzanii? W przemówieniu podczas konferencji Sieci Przedsiębiorczych Kobiet „Be the Change” mówiła pani wzruszająco, że marzą o komplecie majtek i paczce bawełnianych podpasek.
Zanim do nich dojdę, musimy się trochę cofnąć w czasie. Po intensywnych latach pracy na Inflanckiej przeniosłam się do kliniki ortopedycznej Carolina Medical Center, gdzie odpowiadałam za fizjoterapię, rozwój i marketing. Zaczęłam wtedy współpracę z nieistniejącą już organizacją PWNet, założoną przez Dorotę Warakomską. Wspólnie organizowałyśmy różne akcje edukacyjne dla kobiet. Dorota któregoś razu wspomniała mi o programie mentoringowym dla kobiet organizowanym pierwszy raz w Polsce przez fundację Vital Voices Global Partnership i zarekomendowała mnie do niego. Potem Agnieszka Bilińska i Ambasada Amerykańska, która mnie wtedy obserwowała, zgłosili mnie do programu Fortune Magazine/US State Department Global Women’s Mentoring Partnership w Stanach Zjednoczonych, którego celem było spotkanie nas, 25 kobiet z całego świata z mentorkami, kobietami sukcesu z USA. To było niesamowite przeżycie. Zaczęłam myśleć, że może to jest szansa na to, by spełnić marzenie z dzieciństwa. Wcześniej aplikowałam do różnych organizacji pomocowych, ale bez powodzenia, a dzięki temu programowi mogłam być w kontakcie z działaczkami z kilkudziesięciu krajów na świecie. VVGP stworzył networking, który wtedy liczył około 130 kobiet, teraz ponad 300. Cały czas jesteśmy ze sobą w kontakcie i spotykamy się podczas różnych eventów. To zakręcone liderki z pasją wprowadzania zmian w lokalnych społecznościach. Prowadzą fundacje, są akademiczkami, polityczkami, biznesmenkami.

Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne) Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne)

Zaprzyjaźniłam się wtedy z liderką z Birmy Misu Borit  i zaplanowałyśmy wyjazd. Zlinkowała mnie ze swoim kuzynem dr. Wunna, który pracuje jako wolontariusz w bardzo biednej klinice Golden Girls Clinic. To był 2012 rok. Zorganizowałam zbiórkę pieniędzy wśród znajomych i pojechałam do nich z podstawowym sprzętem medycznym i pomocami rehabilitacyjnymi, które zmieściłam w dwóch walizkach, resztę dokupiłam na miejscu. Przez dwa tygodnie urlopu zajmowałam się rehabilitacją osób po udarach, w Birmie zupełnie niepraktykowaną.

Warto zaznaczyć, że za wszystkie podróże płaci pani sama i przeznacza na nie urlopy…
Tak, choć trzy ostatnie bilety lotnicze – na wyjazd do syryjskich uchodźców, do Jordanii i na Filipiny – zasponsorowała mi jedna z mentorek Katarzyna Kołczewska, z niewykorzystanych mil lotniczych swojej firmy medycznej. Ale zwykle za przelot, wizę i pobyt płacę z własnych środków. Wróciłam do Birmy w 2015 roku, wtedy odwiedziłam tamtejsze domy dziecka, ujął mnie bardzo ten kraj i tamtejsi ludzie, jeśli ktoś szuka wolontariatu, to polecam klinikę, w której byłam. Kolejne miejsce to był Ngoenga School for Tibetan Children With Special Needs, gdzie pojechałam na misję rehabilitacyjną dla tybetańskich niepełnosprawnych dzieci uchodźców. Ten projekt realizowałam z ministrem zdrowia Tybetu. No i Kenia, czyli Kibera Slum w Nairobi. Tu mogłam połączyć pomoc z moją kolejną pasją – sportem, który mnie samej bardzo wiele dał.

Pomaga nadać sens czy odrywa od problemów?
Sport to cudowne narzędzie, by rozwijać osobowość, cechy liderskie, dawać poczucie własnej wartości i nadawać życiu sens. Podam przykład. W Kibera Slum, drugim z największych miejskich slumsów na świecie, gdzie średnia życia to 33 lata ze względu na AIDS i wysoką przestępczość, powstała drużyna Challengers, która składa się z żon przestępców. Na co dzień jest im tu bardzo trudno, spotykają się z dużą agresją, do tego każda ma gromadkę dzieci i jest całkowicie zależna od męża. Jane, moja koleżanka, która prowadzi na miejscu fundację, wymyśliła, że aby dać im trochę oddechu i nowe perspektywy, stworzy z nich drużynę piłki siatkowej, która będzie regularnie trenować i rozgrywać mecze. Od tamtej pory to jest stały projekt, w który jestem zaangażowana. W Kibera Slum rozwijamy głównie siatkówkę, edukację dziewczynek i temat podpasek, które w Kenii są luksusem. Zależy nam na tym, żeby dawać je dziewczynkom, by w czasie menstruacji mogły chodzić do szkoły, a przy okazji by lokalne kobiety mogły je szyć i sprzedawać.

Ten sam pomysł widzimy w Oscarowym dokumencie „Okresowa rewolucja”.
My robimy dokładnie to samo, tylko nasze podpaski są materiałowe, wielokrotnego użytku, z wkładką, którą się wyjmuje i pierze. W filmie jest mowa o Indiach, ale w Afryce kobiety i dziewczynki są w podobnej sytuacji. A ponieważ los kobiet i dziewczynek zawsze był mi specjalnie bliski, trafiłam do Tanzanii i do New Hope For Girls Organization. Pojawiła się ona w moim życiu po raz pierwszy w 2015 roku. To dom założony przez Consoler – sama miała bardzo trudne dzieciństwo i postanowiła, że jeśli przetrwa, to poświęci swoje życie dziewczynkom, które dotyka przemoc czy bieda. Adoptuje je, w porozumieniu z biologicznymi rodzicami, i daje im nowy dom. Mogą chodzić do szkoły, a jeśli nie ma na to środków, sama je uczy. Coraz częściej udaje się znaleźć sponsorów, którzy łożą na edukację dziewczynek. Jestem zapaloną ambasadorką tej organizacji, działa w Tanzanii nieprzerwanie, nawet teraz, przed naszą rozmową udało mi się za sprawą sponsorki z Irlandii, Polki, która prowadzi własną klinikę, dopiąć ufundowanie ubezpieczenia zdrowotnego dla dziewczynek, bo niektóre często chorują. Ta sama Margo postanowiła niedawno zaadoptować jedną z tamtejszych dziewczynek, która chciałaby rozwijać się w kierunku medycznym, będzie jej fundować szkołę, a potem studia, a kiedy dorośnie, zaprosi ją do Irlandii. Joe pojechała w lipcu na uczelnię z internatem…

Dziewczynki z Tanzanii są mi bliskie też dlatego, że dostałam od nich cudowny prezent, wielki plakat, na którym każda z nich się podpisała, wkleiła swoje zdjęcie i wszystkie napisały, że od teraz są moją rodziną, że mnie adoptują i żebym do nich przyjechała spędzić starość – będą się mną opiekować. W Polsce nie miałam jeszcze takich propozycji (śmiech).

Zdążyłyśmy przejrzeć zaledwie część pani pamiątek z podróży. Jest tego mnóstwo.
Wśród innych projektów były: Ghana, Gwatemala, San Salwador, Nepal, Madagaskar, Liberia, Jordania, Nigeria, Indie, Kamerun, Vanatu, Syria, Filipiny i Litwa. Obecnie organizuję je na pięciu kontynentach. Pomagam też w Polsce. Wszystko staram się opisywać i dokumentować. Zachowuję zdjęcia, rysunki dzieci, maile wysyłane przy okazji każdej misji… Co jakiś czas sprawdzam, co dzieje się z osobami, którym pomagamy, i też to dokumentuję…

Jak tak pani teraz patrzy na to, co udało się dokonać, pani wewnętrzne dziecko się uśmiecha? Jest bardziej spokojne? Szczęśliwe?
Na pewno jest to dla mnie działanie terapeutyczne, budujące poczucie sensu i nadające życiu wartość. Największy kryzys miałam po śmierci Paula. Musiałam zdecydować: strzelić sobie w głowę czy zrobić coś sensownego z resztą mojego życia? Byłam po trzydziestce i pracowałam na różnych warsztatach rozwoju osobistego. Ewa Foley i Joy Manne, z którymi wtedy miałam częsty kontakt, poradziły mi: „Po prostu trzeba życiu nadać wartość”. Gerhard Walper powiedział: „Pozwól sobie na dobre życie, wreszcie”. Przestałam siebie pytać: „Dlaczego?”, czyli wyszłam ze stanu ofiary, a zaczęłam pytać: „Po co? Jaki jest w tym sens? Po co ja przeżyłam?”. Zobaczyłam, że wiele osób pyta mnie, jak pomagać i jak może pomóc mi pomagać innym. I że to się samo nakręca. A ponieważ powinno się robić w życiu to, co przychodzi nam bez trudu, naturalnie i bez wysiłku – stwierdziłam, że pomaganie jest chyba moim darem, talentem. Że jest we mnie jakiś potencjał. Może właśnie dzięki temu wszystkiemu, co przeżyłam, potrafię się wczuć w perspektywę ofiary, kogoś, kto potrzebuje pomocy. Może gdybym tych wszystkich traum nie przeszła, nie miałabym w sobie tej wrażliwości. Bardzo boli mnie ludzka krzywda i niesprawiedliwość, i uważam, że jeśli się ją widzi, trzeba natychmiast reagować. Na przykład, gdy widzę, jak fizjoterapeuci są zmuszani do pracy na rzecz wskazanych przez lekarza pacjentów bez wynagrodzenia, od razu protestuję, piszę maile, dzwonię. Bo to nie jest OK. Nie boję się reagować i iść pod prąd, co niekiedy przysparza mi wrogów.

Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne) Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne)

Wyjeżdza pani czasem tylko po to, by poleżeć na plaży?
Jakby ktoś chciał mnie bardzo ukarać, to musiałby mnie wysłać na wycieczkę do Egiptu do pięciogwiazdkowego hotelu na tydzień. Najgorsza kara, naprawdę!

Jak można więc pani pomóc w pomaganiu?
Na stałe współpracuję z fundacją, która ma grzecznościowo utworzone dla mnie konto. Można na nie przelewać środki; są one w 100 proc. przekazywane na cele akcji, które organizuję. Można się ze mną skontaktować przez Facebooka, Messengera i LinkedIn. Każdemu, kto będzie zainteresowany, powiem, czego aktualnie potrzebujemy: opłacenia nauki dziewczynce, kursu zawodowego, pomocy edukacyjnych, sprzętu medycznego, rehabilitacyjnego czy sportowego.

Zaczęłyśmy od lęku przed lataniem, co jest teraz dla pani największą barierą do pokonania?
To, z czym się zmagam, to wbrew pozorom lęk przed osamotnieniem. Kiedy przychodzi weekend, święta czy czas wolny, tych wszystkich moich przyjaciół z całego świata przy mnie nie ma. A ja potrzebuję mieć wokół siebie ludzi. Być może swoją nadaktywnością uciekam od poczucia pustki, bycia niepotrzebną, bezwartościową. Wciąż mam poczucie, że jestem nie dość dobra, i ciągle muszę udowadniać światu, że warto mnie kochać. Czasem się zastanawiam, co bym robiła, gdybym nie robiła tego, co robię. Jaki sens miałoby wtedy życie. Choć zaraz sobie przypominam, co powiedziała jedna z moich mentorek Nemi Nath – że celem życia jest samo życie. Tego muszę się jeszcze nauczyć. Ale może to przyjdzie samo, tak jak sam odszedł lęk przed lataniem. Nadal czasem nie czuję się komfortowo w powietrzu, ale powtarzam sobie to, co kazał mi Keith napisać na karteczce: „turbulencje są nieprzyjemne, ale nie są niebezpieczne” i że odwaga polega na tym, że bojąc się czegoś – robię to mimo lęku.

Daria Mejnartowicz zrobiła doktorat w zakresie rehabilitacji ruchowej, magisterium zarządzania i marketingu oraz MBA, ukończyła też studia podyplomowe w zakresie wychowania seksualnego, spełnia swoje marzenia, podróżując po świecie i wspierając mieszkańców krajów rozwijających się, głównie kobiety i dziewczynki.

  1. Psychologia

Powstała nowa aplikacja do walki z przemocą w szkołach

Przemoc fizyczna i różne formy dręczenia zakłócają prawidłową edukację 48% dzieci w Polsce w wieku 13-15 lat. (fot. iStock)
Przemoc fizyczna i różne formy dręczenia zakłócają prawidłową edukację 48% dzieci w Polsce w wieku 13-15 lat. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Zarówno psychiczna, jak i fizyczna agresja jest powszechnym zjawiskiem wśród młodych osób. Mimo stale rosnącej świadomości, skala tego zjawiska nie maleje. Dlatego zespół naukowców z Uniwersytetu SWPS, wraz z partnerem technologicznym, firmą Speednet, stworzyli aplikację RESQL, która ma za zadanie wspierać szkoły w przeciwdziałaniu przemocy.

Jak podaje raport UNICEF z 2018 roku, połowa wszystkich uczniów na całym świecie w wieku 13-15 lat – czyli blisko 150 mln młodych ludzi – deklaruje, że doświadczyło przemocy ze strony swoich rówieśników na terenie placówki edukacyjnej lub w jej okolicy. 3 na 10 uczniów w 39 krajach uprzemysłowionych przyznaje się do dręczenia rówieśników. Podczas, gdy dziewczęta i chłopcy są jednakowo narażeni na dręczenie, dziewczynki częściej stają się ofiarami psychicznych form agresji, a chłopcy są bardziej narażeni na przemoc fizyczną.

W Polsce prawie połowa uczniów przyznaje się do bycia ofiarą przemocy przynajmniej raz w ciągu kilku miesięcy. Sytuacja jest o tyle trudna, że ofiary niechętnie mówią o swoich przykrych doświadczeniach. Pomoc psychologiczna w szkole bywa też ograniczona, a osoby doświadczające nękania często nie potrafią same poradzić sobie z problemem. Dane zebrane na przestrzeni lat przez WHO mówią jasno – przemoc w szkołach jest zjawiskiem globalnym, dlatego też tak trudno całkowicie ją wyeliminować. Niestety, wśród wielu ludzi panuje przekonanie, że wzajemne dokuczanie i przemoc rówieśnicza jest nieodłącznym elementem dorastania, który uczy młodych radzenia sobie z problemami. Zazwyczaj jednak przynosi to zupełnie odwrotny efekt. Małoletni doświadczający przemocy częściej niż inni mają skłonności do ryzykownych zachowań, depresji czy nawet prób samobójczych.

Czym jest RESQL?

Projekt opiera się na aplikacji umożliwiającej anonimowe zgłoszenia incydentów przemocy przez ucznia, dzięki czemu zgłoszenie trafia bezpośrednio do nauczycieli. Aplikacja wyposażona jest w tzw. „zestawy interwencji”, czyli materiały mające na celu ułatwienie reagowania i podejmowania decyzji lub działań po zgłoszeniu incydentu. Dodatkowo nauczyciele mogą korzystać z przygotowanych przez psychologów i pedagogów specjalnych scenariuszy lekcji dotykających problematyki przemocy szkolnej.

Przygotowanie aplikacji oraz rozwiązań które są oferowane wraz z nią zostało poprzedzone badaniami i pilotażami prowadzonymi w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych. Projekt RESQL powstał w wyniku tych właśnie badań. Jego zadaniem jest nie tylko pomoc, ale również edukacja dzieci i dorosłych (edukacja, która może przyczynić się do zapobiegania zjawisku agresji wśród dzieci i młodzieży). W latach 2019-2020 zespół psychologów i pedagogów z Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS, pod kierownictwem dra Radosława Kaczana, przeprowadził pilotaż lekcji dotyczących przemocy rówieśniczej. Na podstawie tego został przygotowany zestaw lekcji na takie tematy jak m.in.: przemoc relacyjna, cyberprzemocy, reagowania na przemoc i rola świadków, konflikty i ich rozwiązywanie, myślenie społeczno-moralne.

Ilustr. strona FB RESQL Ilustr. strona FB RESQL

Opracowanie rozwiązań zawartych w aplikacji poprzedzone zostało wywiadami z nauczycielami, uczniami i rodzicami. Następnie podczas warsztatów z nauczycielami, dyrektorami i uczniami testowane były wstępne rozwiązania, wprowadzane poprawki a pomysły dostosowywane były do oczekiwań użytkowników.

Jak aplikacja może zwalczyć zjawisko przemocy w szkołach?

Schemat pracy RESQL jest bardzo prosty. Wystarczy, że uczeń, który uczestniczy lub jest świadkiem niebezpiecznej sytuacji, zgłosi ten incydent w aplikacji, wybierając kategorię przemocy. Podanie swoich personaliów w tym przypadku jest zupełnie dobrowolne – zgłaszający może zachować anonimowość albo ujawnić swoje dane. Zgłoszenie trafia do nauczyciela interwenta, który wspólnie z innymi pedagogami analizuje problem i reaguje. Każdy z nauczycieli ma dostęp do panelu interwenta, w którym znajdują się wszystkie potrzebne informacje oraz napływające zgłoszenia. Dyrektor szkoły również posiada dostęp do swojego panelu, który umożliwia mu analizę zdiagnozowanych problemów, a także raportów dotyczących każdego zgłoszenia w jego szkole.

Za projekt, development i utrzymanie aplikacji odpowiedzialny jest Speednet, partner technologiczny RESQL.

Ilustr. strona FB RESQL Ilustr. strona FB RESQL

Reagujmy na przemoc i uczmy tego dzieci!

- Brak reakcji na przemoc to sygnał dla oprawcy, że może bezkarnie działać, a dla innych, że sytuacja nie wymaga ich interwencji – mówi dr Radosław Kaczan, psycholog i kierownik projektu RESQL. Pamiętajmy, że aby walczyć z przemocą, należy się jej przede wszystkim przeciwstawiać. Przemoc nie jest nieodzownym elementem wkraczania w dorosłość i żadne dziecko nie musi jej doświadczać. Edukujmy nasze dzieci, by były wrażliwe na cudzą krzywdę i nie bały się rozmawiać o swoich problemach. To bardzo ważny element walki z tym zjawiskiem.

Źródło: mat. pras. SWPS; resql.pl

  1. Psychologia

Mężczyźni i emocje – wyprawa do czyśćca

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Nawet kilkuletni chłopcy, gdy stłuką kolano, nie są przytulani! Nikt im nie współczuje, a więc gdy dorosną, nie są zdolni do empatii. Mogą się jej nauczyć, ale muszą odpłakać dziecięce zranienia. Inaczej będą odcinać się od wszystkich uczuć poza złością i depresją – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mężczyźni i emocje? Od razu myślimy: chłopaki nie płaczą! Bardziej poruszające jest dla mnie co innego: chłopaki nie współczują! Powiedzmy wprost: kiedy kobieta płacze, to mężczyzna często się wścieka. Bo świat męskich emocji nadal jest ubogi i często sprowadza się do złości lub doła. Czy tak musi być?
Zacznijmy od tego, dlaczego mężczyźni mają kłopot z doświadczaniem i wyrażaniem współczucia, a najczęściej wyrażaną przez nich emocją jest złość. Ta ich choroba duszy zwykle ma swój początek we wczesnym i bolesnym doświadczeniu przemocy lub całkowitego ignorowania przez psychopatycznego, często pijącego ojca. Matka jest na ogół bezradną, upokorzoną i współuzależnioną niewolnicą męża, która nie dość, że nigdy nie staje w obronie syna, to jeszcze „kabluje” na niego albo oczekuje obrony i wsparcia. W rezultacie ani dla ojca, ani dla matki syn nie jest dzieckiem i nie dostaje tego, czego wszystkie dzieci potrzebują, czyli: miłości, czułości, uznania i troski. Czuje się więc kimś, kto jest tylko obiektem rozładowywania rodzicielskich frustracji i okrucieństwa.

Przejmująco smutne i samotne dzieciństwo.
Z takiego domu chłopiec wychodzi z ogromną raną w sercu. I z przekonaniem, że jest kimś, kto nie zasługuje ani na współczucie, ani na szacunek, ani na żadne inne ludzkie odruchy. Niestety, właśnie w takich warunkach formowana jest w psychice chłopca psychopatyczna obrona (charakter), która jest dramatyczną próbą poradzenia sobie z bólem, którego doświadczył. Sposobem na ukrycie piekącego wstydu upodlonej, pozbawionej godności ofiary będzie więc stanie się samemu dręczycielem i złoczyńcą. Patrząc głębiej – chłopiec wyrośnie na mężczyznę, który będzie wypierał ze swojej świadomości tę upokorzoną i zawstydzoną część i umieszczał ją w innych, słabszych od siebie istotach. A potem będzie niszczył je – na próżno dążąc w ten sposób do unicestwienia własnego wstydu i bólu. Podsumowując, pod brakiem współczucia i agresją mężczyzny prawie zawsze skrywa się głęboka rozpacz.

Współczuję rany w sercu. Ale przeraża mnie sposób gojenia! Żona i dzieci stają się ofiarami, bo on zamienia się w ojca?
Zapewne tak, bo jego ojciec miał w sercu podobną ranę. Trzeba też zrozumieć, jak został sformatowany przez matkę stosunek syna do kobiet. A więc chłopiec, a potem mężczyzna odczuwa do matki żal za to, że go nie broniła. Czuje też do niej pogardę, bo stała się niewolnicą ojca. Te trudne uczucia jednak głęboko ukrywa nawet przed samym sobą, a w zamian ślepo idealizuje matkę. Robi tak nie dlatego, że chce ją oszczędzić. Aby psychicznie przetrwać terror, dziecko musi uznać choćby jednego z rodziców za kogoś, z kim ma pozytywną więź. Ta mieszanka trudnych emocji ukształtuje raz na zawsze w jego umyśle obraz kobiet i sposób budowania z nimi relacji. Im bardziej w głębi serca będzie spragniony kobiecego zachwytu, czułości, troski i lojalności, tym bardziej będzie kobiety uznawał za słabe, niedojrzałe i żałosne istoty: „lalki, cipy, świnki, dziwki”. Będą w nim budzić litość, pogardę i podświadomą chęć zemsty. Im bardziej będą dla niego zachwycające, godne szacunku i upragnione – tym bardziej będzie je dewaluował. Zaakceptuje tylko kobietę dzidzię. Zaopiekuje się nią, będzie rozpieszczać, ale też zdradzać, wykorzystywać, a nierzadko nawet bić.

To teraz rozumiem, czemu tak nieskuteczne są apele kobiet o to, by ich partnerzy mówili o swoich uczuciach. Choć w takiej sytuacji to może nawet dobrze, że nie mówią?
Jeśli kobieta zaproponuje swojemu psychopatycznemu partnerowi, żeby zajrzał w głąb siebie i zaczął okazywać prawdziwe uczucia i potrzeby, to usłyszy: „Mam tylko dwie potrzeby i dwa uczucia. Nienawidzę wszystkich frajerów i chętnie wpierdoliłbym każdemu, a poza tym przeleciałbym każdą fajną dupę, jaką spotykam na mieście”. Tacy mężczyźni bronią się przed jakąkolwiek refleksją na swój temat. Po pierwsze, nie biorą pod uwagę, że zostali specyficznie zdeformowani przez okoliczności swego dorastania. A po drugie, trafnie przeczuwają, że pod pancerzem, który ich chroni, kryje się skrajnie zrozpaczone, skrzywdzone dziecko. Wolą zginąć niż się z nim spotkać i odczuć jego ból.

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. Czy dlatego, że mężczyzna woli zaatakować niż ukoić ból serca?
Patriarchalna kultura mu na to zezwalała. Dlatego takich mężczyzn trudno zainteresować pytaniem: Czy jest się czym chwalić i czy to aby na pewno twoje prawdziwe uczucie? Warto pamiętać, że są trzy poziomy uczuć i emocji. Pierwszy poziom to emocje wyuczone i nawykowe, często neurotyczne, na przykład reagowanie agresją lub lękiem na każdy kontakt z ludźmi. Drugi poziom to uczucia głębokie, często wyparte i przykryte przez te pierwsze, na przykład rozpacz, tkliwość, pragnienie miłości, słabość. Trzeci poziom to uczucia związane z istotą naszego człowieczeństwa, takie jak: empatia, szacunek, czułość, miłość, szczodrość, radość.

Ktoś, kto ciągle chce tylko komuś przyłożyć, z pewnością nie ma kontaktu ze swoimi prawdziwymi i głębokimi uczuciami.
Właśnie. Jeśli więc taki mężczyzna zdecyduje się na psychoterapię, to dopiero wtedy będzie mógł dotrzeć do swoich prawdziwych, wypartych uczuć i potrzeb. Będzie mógł opłakać to, czego jako dziecko nie dostał. A dzięki temu zrozumie i wyłączy niepotrzebny mu już psychopatyczny mechanizm obronny, który pomógł mu mniej cierpieć, gdy był dzieckiem, a którym teraz krzywdzi innych i siebie.

(Ilustracja Paweł Jońca) (Ilustracja Paweł Jońca)

Widziałam poruszający filmik „Emocje i mężczyzna”, którego bohater, youtuber Grzegorz Szpilka, opowiada, jak z zimnego macho stał się mężczyzną, który potrafi współczuć. Ale ceną było wiele dni płaczu, otwierania się na kolejne zranienia z dzieciństwa.
Właśnie tak ten proces przebiega. Wiem to nie tylko jako psychoterapeuta, lecz także jako mężczyzna, który podczas własnej terapii sam otworzył się w końcu na ból wczesnych zranień. Łez jest wiele, bo pamiętajmy, że w męskich chorych duszach mieszka głęboko schowany chłopiec, który utracił całe swoje dzieciństwo. Przedwcześnie musiał stać się dzielnym wojownikiem, nieczułym na ból własny i innych.

Zraniony ranił innych.
Dlatego proces psychoterapeutycznego leczenia rany w duszy mężczyzny porównuje się często do czyśćca. Dopiero gdy opłacze swoje zranienia, zyska zdolność do współczucia. Bo żeby współczuć, musimy odnaleźć w sobie te emocje, których doświadcza drugi człowiek. A wtedy, widząc płaczącą partnerkę, nie tylko nazwie to, co widzi, smutkiem czy rozpaczą, ale też poczuje to w sobie, a nawet wesprze ją w ekspresji emocji. W rezultacie tej podróży w głąb swojego zranienia doświadczy uczuć i potrzeb z trzeciego poziomu, czyli tych fundamentalnych i jednoczących, definiujących jego prawdziwą tożsamość, jak radość, miłość czy właśnie empatia.

To optymistyczna wiadomość, ale zdaje się, że psychopaci rzadko idą na psychoterapię.
To prawda, bo obrona psychopatyczna polega na przekonaniu, że tylko ja jestem okay, a wszyscy inni, to „leszcze, cwele i frajerzy”. To szalone i skrajnie niebezpieczne przekonanie pozwala przykryć wstyd i upokorzenie dzieciństwa tak skutecznie, że człowiekowi z psychopatycznym charakterem bardzo trudno z niego zrezygnować.

Łatwo zacząć współczuć takiemu psychopacie. Zwłaszcza że, jak pisze Jerzy Mellibruda, kiedy kobieta widzi złoszczącego się faceta, myśli, że miał zły dzień czy dzieciństwo. Bo dla kobiety złość to przejawy emocji. Ale dla mężczyzn to często tylko narzędzie sprawowania władzy, narzucenia swojej woli. Czyli my, głupie, przez tysiące lat współczujemy tyranom?
To prawda, że mężczyźni używają agresji jako narzędzia sprawowania władzy i kontroli nad kobietami i słabszymi mężczyznami. Dlatego mimo tej wiedzy, że agresja odcina tyrana od jego głęboko skrywanego cierpienia, lepiej powściągnąć ostentacyjne współczucie i odważnie przeciwstawiać się tyranii. Tym bardziej że w zlodowaciałym sercu tyrana uległość budzi pogardę i nienawiść. Tragiczne jest też to, że partnerki tyranów, ulegając im, zapominają nie tylko o sobie, lecz także o ochronie dzieci. Tak więc mechanizm produkowania następnych pokoleń chorych dusz może trwać.

A więc kobieta powinna oczekiwać od mężczyzny, żeby on sam znalazł sposób na to, żeby sobie poradzić ze swoją agresją?
To prawda. Dodam jeszcze, że męskiej agresji nie należy zamiatać pod dywan, lecz warto ćwiczyć chłopców i mężczyzn w dedykowaniu jej działaniom pozytywnym, konstruktywnym i kreatywnym. Pamiętam, jak wiele wysiłku musiałem włożyć w to, by opanować moją młodzieńczą agresję. Zarówno tę wrodzoną, jak i tę zassaną z powojennej atmosfery: z domów dziecka, z obcowania z poranionymi wojną agresywnymi kolegami, nauczycielami wyżywającymi się fizycznie na uczniach i z innymi dorosłymi – w tym z matką. Sprawdziłem na sobie słuszność starej zasady, że aby opanować agresję, trzeba uprawiać dużo sportu i ćwiczyć sztuki walki. Jako młody chłopak często musiałem stawać do walki. Ale od czasu, gdy już jako dorosły w ramach treningu walki kilkakrotnie doświadczyłem całkowicie bezwstydnej i nieustraszonej eksplozji agresji wraz z tym, że nie musi się ona wiązać z nienawiścią, lecz z uznaniem i szacunkiem dla przeciwnika – poczułem, że to ja dysponuję moją agresją, a nie ona mną.

Dziś uważamy, że agresję można wyciszyć wychowaniem. Nie dawać chłopcom zabawek militarnych i nie pozwalać się bić, a będą łagodni.
Chłopiec, który ma kochających rodziców, nie ma tak wielkiego problemu z agresją, jak syn psychopatycznego ojca i wycofanej matki. Ale jednak jego organizm też wytwarza testosteron. Odczuwa więc potrzebę obrony, rywalizacji i walki. Zatem to wielka szkoda, że dziś nie uczy się chłopców, jak radzić sobie z własną agresją, a w zamian piętnuje się ją. W ten sposób doprowadza się do wyparcia jej ze świadomości. A przecież to, co wyparte, nie poddaje się kontroli, z ukrycia działa na różne pokrętne sposoby. Stąd zapewne aż tak wielu młodych mężczyzn, a także tych przekraczających cezurę połowy życia, albo nie potrafi panować nad swoją agresją, albo próbuje sobie z nią radzić za pomocą różnych uzależniających substancji chemicznych.

A więc mamy do czynienia z agresją mężczyzn, która ma wiele źródeł i postaci. A co z innymi emocjami?
Na szczęście nie wszyscy mężczyźni idą przez życie zakuci w szczelny psychopatyczny pancerz, choć większość mężczyzn ma mniej lub bardziej rozległy psychopatyczny rys. Ci zdolni są do przeżywania wielu innych uczuć. Ale trzeba się liczyć z tym, że jednak większość mężczyzn w sytuacjach dla nich trudnych zareaguje nawykową agresją lub zamrożeniem, wycofaniem. Kto wie, czy to mimo wszystko nie lepsze niż usiąść i płakać? Jeśli jednak mężczyzna zdecydował się na tę odważną podróż w głąb siebie i odpłakał dziecięce zranienia, to stał się naprawdę silny. Nadal potrafi być wytrzymałym i odważnym obrońcą czy brać na siebie duże ciężary. Nie upokarza już jednak tych, którzy są słabi, aby poradzić sobie z własną rozpaczą.