1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Niezwykłe poruszenie

Niezwykłe poruszenie

Potrafią unieść się w powietrzu, siłą woli zgiąć łyżkę jak gałązkę wierzby, wprawić w ruch przedmioty wokół siebie. To efekt psychokinezy.

Wszyscy pamiętamy sceny z „Matrixa” – dziewczynkę wyginającą łyżeczki czy Neo skaczącego z dachu w nadziei na to, że jakaś siła przeciwdziałająca grawitacji utrzyma go w powietrzu... Psychokineza to dość szerokie pojęcie – zasadniczo chodzi o wpływanie na przedmioty (również istoty żywe) przy użyciu siły psychicznej. Przyjmuje się, że działanie to powoduje ruch przedmiotów – wtedy mamy do czynienia z telekinezą.

Do psychokinezy zalicza się też lewitację (umiejętność unoszenia przedmiotów lub osób) i teleportację (przenoszenie przedmiotów), ale też zjawiska polegające na odkształcaniu obiektów, ich powiększaniu, zmniejszaniu, np. pirokinezę (zwiększanie temperatury obiektu, prowadzące do jego zapalenia) czy kriokinezę (obniżenie temperatury obiektu).

Ruch i światło

Czy rzeczywiście możemy wpływać na materię za pomocą umysłu, siły woli, koncentracji? Zjawiskiem tym zajmowali się naukowcy, w byłym ZSRR w okresie „zimnej wojny”. Badając znaną psychokinetyczkę Ninę Kułaginę, Rosjanie stwierdzili, że nie tylko poruszała przedmiotami w swoim otoczeniu, ale potrafiła naświetlać błony fotograficzne.

Przyjmuje się, że umysł w odpowiednim stanie koncentracji potrafi wytworzyć silne pole elektromagnetyczne – jeśli zostanie skierowane w stronę wybranego przedmiotu, jest w stanie zmienić jego położenie. To tak, jakby energia, którą kierujemy na ten przedmiot, ulegała silnemu skondensowaniu, stawała się na tyle gęsta, by go przesunąć lub unieść.

To ty się zginasz

Do zjawiska telekinezy może dojść w sposób spontaniczny: zdarza się, że w obecności osoby obdarzonej pewnymi predyspozycjami przedmioty zaczynają fruwać po pokoju. Takie zdolności mogą się ujawnić w okresie dojrzewania albo w stanach silnego wzburzenia emocjonalnego. Niektórzy po odkryciu w sobie podobnego talentu, zaczynają wykorzystywać go w różnych celach, choćby zarobkowych. Przykładem jest izraelski showman Uri Geller, który w czasie swoich pokazów w latach 60. wyginał klucze widzów, także na odległość. Do dziś wielu traktuje go albo jak zdolnego iluzjonistę, albo zwykłego hochsztaplera.

Są również ludzie, którzy – nie wiedzieć czemu – poświęcają bardzo dużo czasu na to, by nauczyć się kontrolować bezdotykowo materię. Taką umiejętność można podobno w sobie wykształcić. Trzeba tylko ćwiczyć koncentrację, wyciszenie, oczyścić umysł. Wizualizować ruch przedmiotu i wierzyć, że długopis może się przesunąć o centymetr na nasz mentalny rozkaz. Albo że łyżka zegnie się niczym gałązka wierzby. Osobom ćwiczącym zginanie sztućców zaleca się, by w stanie relaksu pocierały lekko koniuszkami palców o ich powierzchnię, wyobrażając sobie, że atomy metalu mieszają się z atomami ich palców i powietrza. Wszystko zaczyna płynąć, rozpuszczać się jak ciecz… Chodzi o to, by poczuć energię przedmiotu, niejako stopić się z nim. Trochę tak, jak tłumaczy to „dziewczynka z łyżeczkami” w „Matrixie”: „Nie próbuj zgiąć łyżki – to niemożliwe. Spróbuj raczej zrozumieć prawdę, że łyżka nie istnieje. Wtedy spostrzeżesz, że to nie ona się zgina, lecz ty sam”.

Sztuka latania

Bardzo spektakularnym przykładem telekinezy (pionowej) jest wspomniana już lewitacja. Jej nazwa pochodzi od łacińskiego levitas (lekkość) – ciało staje się tak lekkie, że unosi się nad ziemią, bez żadnych bodźców zewnętrznych. Niektórzy twierdzą, że kiedyś była to naturalna zdolność naszego gatunku. Byliśmy bardziej ukierunkowani na życie wewnętrzne, a to pozwalało nam korzystać z naszej nieograniczonej mocy.
 
Dziś do tej umiejętności mogą się odwołać nieliczni, zwykle po latach regularnych ćwiczeń.

Często lewitację wiąże się ze stanami ekstazy religijnej – chciałoby się powiedzieć: uniesienia. Zwłaszcza w  średniowieczu odnotowywano przykłady samoistnej lewitacji – kroniki wymieniają około dwustu świętych chrześcijańskich, którzy unosili się nad ziemią i zawisali w powietrzu. Najsłynniejszy to żyjący w XVII wieku franciszkanin Józef z Kupertynu. Pewnego dnia, pogrążony w modlitwie, uniósł się nagle w górę i pofrunął w  stronę ołtarza. Potem przytrafiło mu się to jeszcze wielokrotnie: przemieszczając się w powietrzu śpiewał podobno bardzo czystym, jakby nie swoim głosem. Kiedy podczas takiego lotu chwytał kogoś za rękę, ten unosił się wraz z nim. Nic dziwnego, że nazwano go „latającym zakonnikiem”. Dziś jest patronem lotników i astronautów.

Do świętych znanych z przypadków lewitowania należą także ojciec Pio, Franciszek z Asyżu i Teresa z Ávili. Zakonnica odczuwała podobno tak potężną siłę pchającą ją ku górze, że zawsze w takich chwilach prosiła siostry, by mocno trzymały ją przy ziemi. Wymienieni święci zostali uznani przez Kościół za obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami pochodzącymi od Boga.

Wyczyny św. Józefa podziwiali dostojnicy kościelni, m.in. papież Urban VIII. A jednak osoby o podobnych zdolnościach były przez lata palone na stosie (w tym także dzieci, którym przydarzały się spontaniczne lewitacje czy przypadki telekinezy).

Do dziś panuje zresztą przekonanie, że tego rodzaju umiejętności nie należy demonstrować publicznie – już nie ze względu na represje, ale dlatego, że dla świadków takich popisów może to być zbyt silne przeżycie.

Podczas lewitacji wyzwalają się potężne, trudne do oswojenia energie. Ale nad ciekawością też trudno zapanować. W XIX wieku atrakcją spotkań stały się w pewnych kręgach pokazy zdolnego szkockiego psychokinetyka, Daniela Dunglasa Home’a. Świadkami jego wysokich lotów byli naukowcy, władcy (m.in. Napoleon III).

W roku 1857 Home zademonstrował swoje możliwości w siedzibie francuskiego ministerstwa marynarki. Gdy frunął pod sufit, jeden z obserwatorów, hrabia Beaumont, zaniepokojony, że medium rozbije sobie głowę, chwycił go za nogi. Ale zamiast ściągnąć Home’a na ziemię, ściągnął mu jedynie buty.

Współcześnie znany jest też wyczyn amerykańskiej pisarki Helen Hadsell. Zafascynowana lewitacją próbowała opanować tę sztukę, skacząc z trampoliny. Wierzyła, że w ten sposób uda się jej przyzwyczaić ciało do stanu nieważkości. Treningi nie przynosiły jednak pożądanych rezultatów aż do dnia, kiedy zawisła w powietrzu w najmniej oczekiwanym momencie i miejscu – nad ulicą. Natychmiast przypomniała sobie wtedy wszystko, co wiedziała na temat podobnych sytuacji. Po pierwsze: nie wpadać w panikę, zachować spokój ducha, czystą świadomość, nie szarżować, nie szukać poklasku... Po drugie: poruszać rękami – jak podczas pływania.

Wysoki stan ducha

Dziś uważa się lewitację za domenę mnichów z Dalekiego Wschodu. Podobno niektórzy z nich, żyjąc w odosobnieniu w klasztorach tybetańskich, posiedli nawet więcej... – umiejętność przenikania przez ścianę!

W 1936 roku w „Illustrated London News” ukazało się zdjęcie lewitującego fakira Subbayaha Pullavara. Na oczach około stu pięćdziesięciu osób zawisł metr nad ziemią, podpierając się tylko ręką o wbity pal. Sztuka lewitowania jest możliwa dzięki osiągnięciu wysokiego stanu ducha. Jeśli ktoś ma dość wytrwałości i czyste intencje, może ją opanować.

W niektórych krajach, między innymi w Szwajcarii, działają nawet specjalne szkoły lewitacji. W programie zajęć znalazły się medytacja i ćwiczenia jogi. Najpierw trzeba bowiem przejść trening umysłu, nauczyć się kontrolować własne myśli i emocje. To bardzo ważne – w przeciwnym razie wszystko mogłoby zakończyć się twardym lądowaniem. Niektórzy uparcie próbują. Tylko po co? Źle nam na ziemi?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze