1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dziecko w szkole potrzebuje wsparcia. "Wzmacniajmy autonomię naszych dzieci" – apeluje Wojciech Eichelberger

Dziecko w szkole potrzebuje wsparcia. "Wzmacniajmy autonomię naszych dzieci" – apeluje Wojciech Eichelberger

Szkoła powinna uczyć ciekawości świata, niezależnego myślenia i mądrości - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Współczesne czasy wymagają innych wyzwań i umiejętności, a więc także zupełnie innej edukacji. Stawiającej na autonomię, kreatywność i współpracę. Systemu tak szybko nie zmienimy, ale jest coś, co możemy zrobić już dziś. – Wmacniać wolnościowe aspiracje naszych dzieci, a w sporach z systemem stawać zawsze po ich stronie – radzi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Dziecko w szkole słyszy, że szkoła to obowiązek, a pierwszoklasiści – że od tej chwili kończy się beztroskie dzieciństwo. Niby prawda, ale sączenie jej dzieciom wydaje się szkodliwe. Jak przygotować dziecko do szkoły?
Po pierwsze – jak wszyscy dobrze wiemy – dzieciństwo rzadko bywa beztroskie, a po drugie, nie ma żadnego powodu, aby szkoła kojarzyła się dziecku z jakąś mroczną udręką. Ciągle obowiązujący model powszechnej szkoły, w którym nawet siedmioletnie dzieci muszą siedzieć w klasach przez wiele godzin dziennie, ma już bardzo długą, siwą brodę. Narodził się w rewolucyjnej Francji po zdobyciu Bastylii w 1789 roku. W imię hasła „wolność, równość, braterstwo” rewolucja zatroszczyła się o to, aby prosty lud nauczył się pisać i czytać. Instytucjonalna realizacja tego zamysłu trwała niemal następne sto lat. Szkoła, na użytek rewolucji przemysłowej przetaczającej się wówczas przez Europę, spełniała funkcję nie tylko edukacyjną. Była też szkołą społecznej dyscypliny i posłuszeństwa, wdrażania do systematycznej pracy, a także przechowalnią dla dzieci ciężko pracujących w fabrykach robotników i robotnic. Dziecko w szkole w tamtym czasie uznawano za ułomną, uciążliwą w obsłudze i denerwującą larwę, która zbyt długo i opornie dorastała do swojej dorosłej, motylej postaci. Dzieci były powszechnie bite, upokarzane i zmuszane do ciężkiej pracy w domach, na polach i w warsztatach. (Wyjątkiem bywały jedynie dzieci ze środowisk elitarnych – w owym czasie bardzo nielicznych). Ów powszechny przemocowy i upokarzający sposób traktowania dzieci w rodzinach stał się obowiązującym kanonem pedagogicznym i został żywcem przeniesiony do ówczesnej szkoły.

I ma swoje konsekwencje do dziś?
Niestety, jego pokłosie pokutuje nie tylko w zakamarkach umysłów naszej oświatowej administracji i wielu nauczycieli, lecz także w rozwiązaniach systemowych polskiej szkoły. W postaci powszechnego w naszym społeczeństwie lęku przed autorytetami, kompensowanego biernym oporem, sabotowaniem i konspiracją w postaci wszechobecnej szarej strefy. Co gorsza, obecnie na fali konserwatywno-autorytarnych rządów możemy w Polsce obserwować żenujący i przerażający renesans pedagogiki strachu, przemocy, indoktrynacji i manipulacji – cynicznie lub bezmyślnie nazywanej wychowaniem w imię dumy i godności.

W wielu polskich domach nadal króluje opresyjne wychowanie.
To prawda. Ale od jakichś dwóch pokoleń – co jest i tak zastanawiająco wielkim opóźnieniem wobec innych cywilizowanych krain – na ogół jedynie wobec starszych, dorastających dzieci.

Młodzi rodzice idą w drugą skrajność – wychowanie permisywne.
Kult dziecka narodził się pod wpływem odkryć psychoanalizy identyfikującej przyczyny cierpień psychicznych dorosłych w traumatyzującym dzieciństwie i za sprawą słynnego promotora bezstresowego wychowania, doktora Benjamina Spocka. Skutek jest taki, że polskie niemowlęta i przedszkolaki są rozpieszczane, przekarmiane, przegrzewane i nadmiernie ograniczane przez rodziców przeczulonych na punkcie ich bezpieczeństwa. Dla tych dzieci zderzenie ze światem wymagających dorosłych to może być prawdziwy szok. Zwłaszcza że szkoła ma istotne znamiona wrogiej, autorytarnie zarządzanej korporacji, takie jak: brak zaufania, nadmiar kontroli, konkurencja i rywalizacja, niejasność, arbitralność ocen, skłanianie do konformizmu i krętactwa. Oczywiście nie wszystkie publiczne szkoły takie są, wiele zależy od nauczycieli i dyrektorów. Ciągle jednak prawie w każdej szkole można znaleźć ślady pruskiej koncepcji pedagogicznej. Bo jej fundamentalnym i zarazem fatalnym założeniem, zapożyczonym z chrześcijańskiej antropologii, jest uznanie człowieka za z gruntu złego i grzesznego, czyli immanentnie niezdolnego do życia w społeczeństwie, nie mówiąc już o zbawieniu. Stąd w domach i szkołach nadal tak wiele nieufności wobec dzieci, skutkującej nadmiarem zakazów, kontroli, przemocy i upokarzającego ograniczania wolności.

Ale już od dawna są też inne szkoły, przyjazne uczniom.
Tak, na ogół to szkoły prywatne, ale też publiczne, które wyrosły z zupełnie innej filozofii, na przykład szkoły Montessori, steinerowskie, Laudera czy tak zwane szkoły demokratyczne oparte na filozofii szkoły Summerhill. Tam przeskok z dzieciństwa do nauki w szkole wcale nie jest gwałtowny. Dzieci łagodnie przeprowadza się przez granicę między przedszkolem a szkołą. Temu miały służyć u nas zerówki, ale okazuje się, że straciły pierwotny charakter i zostały włączone w system szkolnej korporacji. Jej kwintesencją są znane wielkomiejskie licea, których najważniejszym celem jest uzyskanie wysokiej pozycji w bezdusznych rankingach, a po drodze często niszczy się psychikę młodych ludzi.

Rankingi są robione dlatego, że kierują się nimi rodzice przy wyborze szkoły. A kierują się, bo szukają szkół, które zapewnią dzieciom dostanie się na dobre studia. Dopóki więc będzie popyt na szkoły stawiające na wyniki, niewiele się zmieni.
Dlatego trzeba uświadamiać rodzicom, że szkoła, która jest nastawiona na hodowanie geniuszy, podkręcająca rywalizację, nie jest dobrym pomysłem ani z punktu widzenia dobra dzieci, ani ich przyszłości. Współczesne czasy wymagają innych wyzwań i umiejętności, a więc także zupełnie innej edukacji. Edukacji stawiającej na autonomię, kreatywność, indywidualizację i współpracę opartą na zaufaniu.

Szkoła to jeden filar edukacji, ale drugi, wychowawczy, chyba ważniejszy, to my, rodzice. Od czego zaczyna się przygotowanie dziecka do nauki, czyli do samodzielności, autonomii?
Pierwszym zwiastunem budzenia się indywidualności, autonomii, poczucia godności jest bunt dwulatka. Dziecko w tym wieku jest już samodzielne, dość dobrze rozwinięte motorycznie. Biega, rozumie język, zaczyna mówić i po raz pierwszy w życiu odkrywa słowo „nie”. Wcześniej zaobserwowało, że gdy dorośli mówią „nie”, to coś, co się działo, dziać się przestaje. Odkrywa więc, że mówienie „nie” wpływa na zachowanie innych ludzi. Z punktu widzenia poprzednich doświadczeń dwulatka jest to odkrycie kopernikańskie: mogę wpłynąć na zachowanie dorosłej osoby wobec mnie! Można powiedzieć, że do momentu buntu dwulatka granice cielesne i godnościowe dziecka prawie nie istniały i były nieustannie naruszane. Trudno się dziwić, że dwulatek uwielbia tę siłę sprawczą, której dzięki mówieniu „nie” po raz pierwszy doświadcza. Niewątpliwie cieszy go też bezradność rodziców wobec jego niezgody.

Dla rodziców to koszmar.
Bo przyzwyczaili się, że dziecko jest jakby przedmiotem, z którym można robić, co im się żywnie podoba. A tu nagle taki dramatyczny przeskok, bunt i rewolucja.

Rodzice boją się, że stracili posłuch, kontrolę.
A powinni się cieszyć, że dziecko, wprawdzie nieświadomie, ale walczy o swoją wolność, godność i autonomię. Bo ich rola polega przecież na tym, żeby doprowadzić małego człowieka jak najprędzej do samodzielności, która jest fundamentem autonomii. Przy okazji wyposażając go we wszystkie emocjonalne tego atrybuty, takie jak: poczucie własnej godności, wartości, pewność, że zasługuje na ludzki szacunek, troskę i miłość. Od tego są rodzice, a nie od tego, żeby nieustannie kontrolować dziecko. Nadmiar kontroli uczy je, że warto za bezpieczeństwo sprzedać swoją wolność. W ten sposób wychowujemy niewolników, ludzi ze skłonnością do bezwolnego ulegania przemocy władców, szefów, instytucji czy ideologicznych opętańców. Odebranie wiary w siebie, a tym samym przekonania, że mogę samodzielnie istnieć nawet w opozycji do tego, co uważa większość, jest wielką moralną szkodą dla dziecka.

Dziecko w szkole mierzy się z tym, że wymaga się od niego podporządkowania, przestrzegania reguł. Jak pogodzić te wymogi z kształtowaniem potrzeby wolności?
W tej sprawie szkoła musi się najpierw zdecydować, czy jest środowiskiem edukacyjnym, czy wychowawczym. Niestety, rozwiązania systemowe sprawiły, że szkoła publiczna pełni funkcję niemal wyłącznie edukacyjną. Zależy jej tylko na tym, żeby wcisnąć uczniom jak najwięcej wiedzy i żeby tę wiedzę wygenerowali oni potem na różnych sprawdzianach, testach, egzaminach.

Nie zważając na sens i koszty.
A emocjonalne i psychologiczne koszty takich praktyk są ogromne. Szkoła nie może uciec od tego, że napychanie umysłów dzieci podawaną na talerzu wiedzą też jest wychowywaniem. Wychowywaniem niedobrym, bo rujnującym poczucie autonomii, zaufanie do autorytetów, a także więzi z rówieśnikami, które zamieniają się w bezwzględną rywalizację. Fatalny jest brak refleksji decydentów edukacyjnych na ten temat. Jedynym dobrym, niezamierzonym rezultatem takiego wychowywania jest to, że dziecko w szkole uczy się konspiracji i buntu. Ale potem zostaje w dzieciach na trwałe deficyt zaufania społecznego. A my, Polacy, mamy najgorsze wyniki w Europie pod względem zaufania do państwa, instytucji, rządu, do siebie nawzajem. To wielki i uporczywy hamulec naszego państwowego rozwoju.

Jak rodzice mogą to zmienić?
Problem polega na tym, że rodzice są często ofiarami tego systemu i nieświadomie zachowują się tak, jak ludzie w pewnym eksperymencie socjologicznym. W wesołym miasteczku postawiono budkę z napisem: „Zapłać 5 złotych i wejdź! Nie będziesz żałować!”. Ludzie nie wiedzieli, co ich czeka, ale nieliczni, którzy się zdecydowali, po wyjściu z budki gorąco namawiali innych do skorzystania z tej oferty.

Co takiego tam dostali?
Niegroźnego kopa w tyłek kolanem, który wykopywał ich na zewnątrz przez tylne drzwi budki. Tak więc każdy, kto się nabrał, wychodził z założenia, że lżej mu będzie znieść swoją naiwność i upokorzenie, jeśli takich jak on będzie więcej. W ten sposób stawał się sprzedawcą i orędownikiem minisystemu manipulacji i przemocy. Na tej samej zasadzie, niestety, działają środowiskowe i międzypokoleniowe tak zwane fale i różnego rodzaju otrzęsiny, a zapewne także agitacja polityczna oraz uporczywość i trwałość preferencji wyborczych.

Wielu rodziców, wiedząc, że nie wygrają z systemem, sabotuje go: odrabiają za dzieci lekcje, uczą je ściągać, oszukiwać, co szczególnie ujawniło się w pandemii.
Chcą pomóc dzieciom przetrwać we wrogim otoczeniu. To jeszcze jeden argument za tym, że ten system jest patologiczny i trzeba go zaorać, a potem zbudować od nowa, bowiem jest w zbyt wielu wymiarach szkodliwy psychologicznie i społecznie.

I co zbudować w to miejsce?
Jest mnóstwo szkół alternatywnych, od których można się uczyć. Szkoły już teraz stoją wobec konieczności gruntownej przemiany. Bo jedną z korzystnych konsekwencji pandemii jest to, że wielu uczniów i rodziców uznało, iż szkoła nie jest im do niczego potrzebna. Jedyne, czego dzieciom zabrakło, to więzi z rówieśnikami. Okazało się więc, że cały edukacyjny wymiar szkoły stanowił dla dzieci przede wszystkim zbędne utrapienie i stres. W rezultacie aż ponad 30 proc. uczniów nie chciało po pandemii wracać do szkoły. Widać z tego, że szkoła musi zostać jakoś przynajmniej zmodyfikowana. Pomaga w tym także współczesny rynek pracy, który w coraz większym stopniu przestaje cenić i uznawać dyplomy różnych szkół za wystarczające świadectwo kwalifikacji starających się o pracę.

Szkoła powinna bardziej teraz stawiać na odkrywanie w dzieciach pasji, możliwości, a nie na zakuwanie?
To powinna być podstawa współczesnej filozofii wychowania i edukacji. Młodzi, podążając za swoimi pasjami i zainteresowaniami, które odkrywają dzięki podróżom po sieci, chcą się coraz wcześniej specjalizować. Uczenie się o pantofelku i przerabianie całego materiału obowiązkowego w tej sytuacji jest dla nich stratą czasu. Oni uczą się szybko i solidnie tylko tego, co jest im potrzebne, co popycha do przodu ich pasję i ich rozwój. Widać gołym okiem, że coraz więcej młodych ludzi ujawnia nieprawdopodobne zdolności, gdy korzystają z bardziej liberalnych, otwartych i elastycznych systemów i placówek edukacyjnych.

Co możemy zrobić my, rodzice, my, społeczeństwo, żeby zmienić polską szkołę? Skoro nie mamy wpływu na system, to może trzeba apelować do nauczycieli?
O nauczycieli też trzeba zadbać. Nie można liczyć, że najlepsi ludzie, z otwartymi sercami, będą pracować niemal jak przy taśmie w zabytkowej fabryce i za marne wynagrodzenie, zorganizowani na zasadzie armii dowodzonej przez jakiegoś oszalałego generała, który upokarza ich inteligencję i sumienie. Jeżeli chcemy zmienić system szkolny, to trzeba przywrócić nauczycielom poczucie godności, a to także znaczy, że trzeba im dużo więcej płacić. Przyciągnie to też do szkół tych, którzy chcą i potrafią pracować z dziećmi, ale ich nie stać na tak niskie pensje. Jedno na pewno możemy robić sami – za wszelką cenę wzmacniać wolnościowe i autonomiczne aspiracje swoich dzieci, nie solidaryzować się z systemem, a w sporach z nim stawać zawsze po stronie dziecka.

System edukacyjny raczej wzmacnia konformizm i posłuszeństwo.
A powinien uczyć ciekawości świata, niezależnego myślenia i mądrości. Innymi słowy – odwagi wątpienia, stawiania ważnych pytań, pasji, kreatywności, determinacji w rozwiązywaniu problemów, szacunku dla różnorodności oraz zaufania i zdolności do współpracy. Niewątpliwie mamy do czynienia z głębokim konfliktem między naturalnymi potrzebami dzieci, ich intelektualnymi i emocjonalnymi możliwościami i aspiracjami a tym, co proponuje powszechny system szkolny. Szkolnictwo przechodzi głęboki filozoficzny, koncepcyjny i strukturalny kryzys. Najwyższy czas coś z tym zrobić.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze