1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Ajahn Hubert, buddyjski nauczyciel: „Medytacja uczy powrotu do siebie”

Ajahn Hubert przez 10 lat był mnichem buddyjskim. Po wystąpieniu z klasztoru kontynuuje drogę świeckiego nauczyciela duchowego. (Fot. Archiwum prywatne)
Ajahn Hubert przez 10 lat był mnichem buddyjskim. Po wystąpieniu z klasztoru kontynuuje drogę świeckiego nauczyciela duchowego. (Fot. Archiwum prywatne)
Buddyjska praktyka nie uczy, po co żyć. Uczy, jak żyć szczęśliwiej. O sile medytacji, oddechu i o tym, dlaczego warto od czasu do czasu udać się na odosobnienie opowiada Ajahn Hubert, były buddyjski mnich, który dziesięć lat spędził w tajskim klasztorze leśnym, zaś obecnie jest świeckim nauczycielem medytacji.

Co, jako były buddyjski mnich, poradziłby Pan wszystkim, którym przyszło żyć w trudnych czasach: najpierw w trakcie pandemii, teraz wojny, z rosnącą inflacją, kolejnymi kryzysami?
Po pierwsze trzeba się zapytać: kiedy było lepiej? Kiedy było nietrudno? To wielka iluzja, że w przeszłości było lekko, zaś teraz jest ciężko. Nigdy nie było lekko! Nawet jeśli nie szalała inflacja, pojawiały się inne problemy, w relacji z mężem, sąsiadami, może w pracy. Myślę, że błąd, jaki popełnia mnóstwo ludzi, to czekanie, że jutro będzie lepszy dzień, że coś się poprawi. Zaczniemy od następnego miesiąca, zarobimy pieniądze i wszystko się zmieni, rozwiążemy problem i już będziemy mogli dobrze żyć. W końcu będzie lepiej. To wielkie złudzenie, że taka sytuacja jest możliwa.

Dlaczego?
Zawsze coś się wydarzy, jeśli nie na świecie, to w życiu osobistym, co pokazuje chociażby przykład z wojną, która wybuchła niedawno. Oczywiście, bywa trudniej i bywa lżej. Jednak to, że nasz dobrostan zależy od życia zewnętrznego, to jedna wielka iluzja. Do tego bardzo rozpowszechniona. Liczymy, że zmienimy zewnętrzne warunki i będzie lepiej. Oczywiście, one też są ważne: dobra praca, dom, sąsiedztwo, rodzina. Ale nie najważniejsze.

Co jest najważniejsze?
To, co wewnątrz nas. Tego właśnie uczy buddyjska medytacja. Czy przez nasz umysł przepływają pozytywne myśli i spokój czy może coś złego? Czy nasze serce czuje dobro i współczucie czy raczej złość i lęk? To ma największe znaczenie dla jakości naszego życia, a nie warunki, w których mieszkamy czy rosnąca inflacja. I dopiero zmiana tego, co wewnątrz, może spowodować zmiany w naszym życiu.

W jakim sensie?
Budda mówił, że to, co na zewnątrz, jest odzwierciedleniem tego, co wewnątrz. Nasze codzienne życie jest emanacją tego, co mamy w środku, np. jeśli gdzieś mieszkamy, to dlatego że chcemy tam mieszkać. Nawet jeśli niekoniecznie nam się to podoba, to nie jest tak, że ktoś nas do czegoś zmusza. To nasz wybór. Praktykujący bardzo często zauważają, że choć nic nie zmienili, od momentu, gdy zaczęli medytować, czują się inaczej. Trochę inaczej myślą, odpuszczają bezużyteczne uczucia i nie pogrążają się w nich. Wszystko zaczyna się w nich bardzo delikatnie przekształcać, niemal niezauważalnie, dzień po dniu. A potem nagle okazuje się, że nie zauważyli, gdy zmieniło się też życie wokół. To zewnętrzne! Ludzie, warunki materialne. Mimo że nie przyłożyli do tego ręki, nie było w tym celowego działania. Okazuje się, że wszystko, co zmienia się na zewnątrz, jest rezultatem naszej bardzo subtelnej, wewnętrznej przemiany.

Wszystko to bardzo ze mną rezonuje. Jeśli np, wstaję rano zła i zestresowana, czuję frustrację z powodu obowiązków, które mnie czekają, powinnam najpierw zmienić swoje podejście?
Bardzo często ludzie żyją nie swoim życiem. Dziwią się potem – dlaczego ja się tak męczę? Dzięki regularnej medytacji na początku zdobywamy spokój. On prowadzi nas do pewności. Gdy ją mamy, jesteśmy w stanie decydować o naszym życiu i to jest naprawdę coś. Bardzo dużo ludzi chciałoby coś zmienić, ale się boją, co powiedzą inni. Są niepewni swoich sił i możliwości. Tymczasem fundamentem medytacji jest spokój i pewność, że życie i tak w pewnym momencie się o nas zatroszczy. Że nasze życie wie, jak żyć. Ludzie się boją, nie mają do tego zaufania. A medytacja, poprzez spokój i pewność otwiera nas na to, co przychodzi.

Jak zacząć ją praktykować?
Po prostu zacząć. Jeśli chcemy zmienić pracę czy miejsce zamieszkania, nie da się tego zrobić z dnia na dzień. Jednak jeśli chodzi o życie wewnętrzne, można zacząć w każdym momencie, już teraz – wystarczy, że usiądziemy do medytacji. To nic nie kosztuje i nie wymaga wielkiego wysiłku. Jesteśmy w stanie zmieniać swoje myśli i uczucia, nie koncentrować się na trudnościach. To malutkie cegiełki, które dzień po dniu przebudowują nasz wewnętrzny dom.

Rozumiem też, że nie chodzi o to, by nam wyszło od razu? I że warto nauczyć się wybaczać samemu sobie, jeśli zdarzy nam się potknięcie, nie uda nam się przekierować myśli czy osiągnąć wewnętrznego spokoju?
Praktyka jest delikatna, ale nie jednorazowa. Dlatego przynosi wolność. Mamy mnóstwo okazji, by przekierowywać swoje myśli, zmieniać tor emocji. Oczywiście, że nie raz nam się nie uda, ale to nic strasznego. Zaraz dostaniemy od świata kolejną okazję do zmiany. Bardzo trudno jest podjąć decyzję, gdy ma być jednorazowa i wiele od niej zależy. Za to możliwość ciągłego wyboru, małych kroków, jest dużo łatwiejsza. Podobnie jest z naszym ciałem. Nie będzie zdrowe, jeśli raz dobrze zje. Może nawet raz nie zjeść. Może zjeść mniej i gorzej, bo dużo ważniejsza jest ciągłość tego jedzenia. Podobnie jest z praktyką medytacyjną.

Czy są jakieś techniki, które szczególnie nadają się dla początkujących?
Polecam medytację uważności oddechu. Oddech jest fundamentem naszego życia. Nie ma oddechu – nie ma życia. Oddech nie jest trudny. Jest lekki. A przy tym na tyle silny, że podtrzymuje wszystkie funkcje życiowe. Nie ma od niego urlopu ani świąt. Obserwując go, zaczynamy zauważać, że nasze życie może być takie jak on. Lekkie właśnie. Stopniowo, nie przez umysł, nie przez jakąś ideę, a przez oddech zaczynamy rozumieć, że życie przeżywa się samo. Odpuszczamy.

Kiedy do mojego nauczyciela przychodzili uczniowie z pytaniem „jak medytować” odpowiedź zawsze była ta sama „odpuśćcie ideę medytacji”. Gdy to pojmiemy, zaczynamy przyjmować życie takim, jakie jest. To bardzo duże osiągnięcie. W końcu gdy kogoś przyjmujemy takim, jaki jest, bardzo często zaczyna rozkwitać. Pokazuje swoje najlepsze ja. Gdy na tej samej zasadzie przyjmujemy siebie i swoje życie, okazuje się, jak wiele rzeczy możemy zrobić. I wszystko to udaje się naturalnie.

Jeśli chcemy spróbować medytacji, warto ją praktykować regularnie. Nie potrzeba dla niej rewolucji w życiu. Wystarczy dziesięć minut codziennie. To 60 godzin po roku. Taki czas na pewno zostawi ślad w naszej świadomości.

Mówi się, że problemy to dla nas szansa na rozwój. Czy rzeczywiście?
Gdy jest nam dobrze, niekoniecznie myślimy o zmianie. Szczęście potrafi zaślepić. Potem się kończy i okazuje się, jak złudne było, krótkotrwałe. Dlatego to dobrze, że przeżywamy w życiu trudności. Wielu ludziom one pomagają. Wstrząsają nimi, a tym samym pomagają się nad czymś zastanowić, coś zgłębić, przeformułować. Jeśli przeżywamy nasze problemy świadomie, pomagają nam one zmieniać nasze życie. Bo wiemy, że nie chcemy życia w takim kształcie.

Budda nauczał, że istnieją inne wymiary: piekło, niebo, czyściec. Ale nie warto patrzeć w ich kierunku. Musimy żyć w naszym umyśle i sercu. W nich też mogą być niebo lub piekło. Gdy medytujemy i rozwijamy uważność, zwracamy na to uwagę. Zaczynamy czuć niezgodę na to, że żyjemy w ciągłym lęku, że budzimy się ze złością, zmęczeni. Chcemy to zmienić. Chcemy wstawać w dobrym humorze, czuć lekkość w myślach i działaniu. I możemy to wybrać! Żyć z taką właśnie intencją. To w naszym zasięgu. Tylko od nas to zależy.

Jak pomaga w tym doświadczenie bycia mnichem?
Mnisi żyją bardzo ascetycznie. To zmusza ich do zauważenia, że życie decyduje się wewnątrz nas. Bardzo wielu ludzi ma złudne przekonanie, że jeśli kupią sobie mieszkanie, samochód, awansują to przyniesie im szczęście. Wciąż gonią więc za zmianą. Problem w tym, że ta zmiana dokonuje się tylko na zewnątrz, a nie w nich. Gdy jesteś mnichem, nie możesz zmienić pracy ani samochodu. Medytujesz i widzisz: na zewnątrz nic się nie zmieniło, a jednak wczoraj czułem się szczęśliwy, zaś dziś nieszczęśliwy. Wtedy zauważasz, jak wiele od ciebie zależy.

To, co spodobało mi się w buddyzmie, to fakt, że mnichem można tam być przez jakiś wycinek życia. To nie jest na zawsze. Spędziłem 10 lat w leśnym klasztorze w Tajlandii, ale później poczułem, że chcę wyjść do świata z tym, czego się nauczyłem. Mnisi maja ograniczone możliwości podróżowania, muszą być blisko klasztoru. W przeciwieństwie do osób świeckich. Na powrót się taką stałem. Jako Ajahn Hubert uczę medytacji i prowadzę odosobnienia. Po raz pierwszy w Polsce będzie można uczestniczyć w medytacji ze mną na Festiwalu Wibracje. Potem zapraszam do Oddechowa, nowego ośrodka pod Warszawą, założonego przez Michała Kicińskiego.

Co to znaczy, że klasztor jest leśny?
Tylko tyle, że położony jest w lesie, z dala od skupisk ludzkich. Dzięki temu mieszkający w nim mnisi mogą się w pełni skupić na medytacji, a nie posłudze innym.

Czy las jest miejscem, gdzie jesteśmy bliżej siebie?
Tak, w takim sensie, że to miejsce spokojne, w którym kontakt z innymi ludźmi jest ograniczony. Gdy szukamy odosobnienia, najpierw oddalamy się od cywilizacji. Przeprowadzamy się pod miasto. Potem na wieś, gdzie jest jeszcze spokojniej. Wszystko po to, by bodźców i rozpraszaczy było jak najmniej. Jesteśmy przekonani, że jak tylko pozbędziemy się hałaśliwego sąsiada albo mieszkania przy ruchliwej ulicy, będziemy szczęśliwsi. Idziemy w końcu do lasu i co się okazuje? Że tam też coś przeszkadza! A to wiewiórka, a to komary, a to mrówki. Najlepiej więc wybrać się od jaskini, bo tam naprawdę nie ma bodźców. Ale gdy spełnione są wszystkie idealne warunki do medytacji nagle okazuje się, że niezależnie od nich jednego dnia jesteś szczęśliwy, a drugiego nieszczęśliwy. Być może w lesie jest o tyle łatwiej, że trudniej zwalić winę na drzewo niż na sąsiada.

A czy obecność natury nie działa na nas kojąco?
Z tym też bywa różnie. Takie ptaki – pięknie śpiewają. Mieszkałem kiedyś w odosobnieniu w miejscu otoczonym drzewami. Zlatywały się tam wszystkie ptaki z okolicy. Hałas był większy niż w fabryce! I jak tu się skupić na medytacji?

Dlaczego więc warto wybrać się na odosobnienie?
To namiastka życia w klasztorze. Niektórzy sądzą, że wstępowanie do klasztoru to forma ucieczki przed życiem. Tymczasem jest dokładnie na odwrót. To powrót do siebie! Nigdzie indziej nie jest możliwe bycie tak blisko siebie. Nie każdy może jednak wstąpić do klasztoru, by całymi dniami oddawać się medytacji. Życie bywa intensywne. Odosobnienie na trzy czy siedem dni pomaga nam odzyskać kontakt ze sobą, z pragnieniami serca.

A czy osoba początkująca może na nie przyjechać?
Jak najbardziej. Natomiast warto przyjechać bez oczekiwania, że ma się na nim wydarzyć coś konkretnego. Oczekiwania często ukierunkowują nas, potem nie widzimy czegoś ważnego, co jest tuż obok. W życiu przydaje się więcej otwartości. Podczas odosobnienia czeka nas ta sama praktyka, co mnichów. Mogą z niej wziąć pożytek także początkujący.

Co się robi w trakcie takiego odosobnienia?
Milczy. Medytuje. Oddycha. Są też medytacje chodzone, które polegają na uważności podczas spaceru. Chodząc od jednego punktu do drugiego tam i z powrotem, zwracamy uwagę na to, jak chodzimy. Takie praktyki rozwijają bycie obecnym w swoim życiu. Bo niestety bardzo często nie jesteśmy w nim obecni. Ktoś nas pyta, jak się czujemy i nie umiemy na to szczerze odpowiedzieć. Nie mamy kontaktu z ciałem, z emocjam albo czujemy rozdźwięk pomiędzy sercem a umysłem. Umysł podpowiada, co należy zrobić, a serce mówi co innego. Dokładamy więc do tego jeszcze intuicję: od teraz to tylko jej słuchamy. Podjęcie decyzji staje się coraz bardziej zagmatwane.

Czego więc słuchać, umysłu, serca czy intuicji?
Siebie. Można słuchać tak głęboko, wnikliwie i świadomie, by usłyszeć swój prawdziwy głos, bez konfliktu, rozdwojenia czy rozdarcia. W tym właśnie pomaga regularne medytowanie i odosobnienia.

Często dostaję pytania o to, jak podejmować decyzje. Ludzie lubią np. rozważać plusy i minusy danego rozwiązania. To bez sensu. Za chwilę mogą wypłynąć nowe okoliczności, które zmienią sens takiej wyliczanki. Jeśli jednak prawdziwie słuchamy siebie, nie mamy w sobie miejsca na wybór. Decyzja jest w nas, jasna, określona, jednoznaczna.

Mam wrażenie, że miałam taki stan, gdy regularnie praktykowałam jogę.
Taki stan przychodzi poprzez poznanie siebie. A z drugiej strony – poprzez odpuszczenie. Budda mówił, że jednym z powodów, przez które cierpimy, jest chciwość. Mamy tyle marzeń, które są wciąż niezaspokojone. Do tego apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Jeśli idziemy w stronę zaspokojenia marzeń, to one wciąż pojawiają się nowe. Coraz większe i większe, zmieniają się coraz szybciej, a my jesteśmy coraz mniej usatysfakcjonowani. Gdy umiemy odpuścić, przychodzi satysfakcja i spokój. Widzimy nasz rdzeń i sedno. Nasz środek – to kim jesteśmy.

Czy naprawdę potrzebujemy nauczyciela, by zacząć medytować?
To proste – można się samodzielnie uczyć języka, a można z nauczycielem. Ryzyko jest takie, że robiąc to samodzielnie nauczymy się nieprawidłowej wymowy. W przypadku medytacji ważna jest nie tylko technika i wiedza, ale również przykład. A tego nie zdobywa się na YouTubie. Od mojego nauczyciela dużo więcej nauczyłem się przebywając koło niego niż go słuchając. Obserwując go, widząc, jak reaguje, jak postępuje, co mówi. Dlatego nauczyciel jest ważny, zwłaszcza na początku drogi.

A dlaczego w XXI wieku tak bardzo potrzebujemy medytacji?
Buddyzm to praktyka szczęśliwego serca. Choć ma 2600 lat, to jego wytyczne nadal pozostają aktualne. W dzisiejszych czasach ludzie bardzo oddalają się od siebie. Życie jest wygodniejsze, ale i bardziej sztuczne. Mamy dużo technologicznych ułatwień. Do tego ta chciwość – mój telefon za rok będzie już przestarzały. Ludzie wiedzą, który model jest najlepszy, jak instalować aplikacje, jak go zrestartować jeśli się popsuje. A jak zrestartować swój umysł? No właśnie. Zupełnie nie mamy dzisiaj tej wiedzy. Czas pandemii spędziłem w Tajlandii, raju na ziemi. Na odosobnienia przyjeżdżali młodzi ludzie, piękni, zdrowi, zamożni, wykształceni. Mówili: mam wszystko, a nie wiem, kim jestem. Nie wiem, czym chcę się zajmować. Wydaje mi się, że to czas na zadanie sobie tego najważniejszego pytania o sens życia.

Spróbujmy więc na nie odpowiedzieć. Jaki jest sens życia?
Prosto żyj. Bądź szczęśliwy. Dawaj szczęście innym. To nie oznacza, że zawsze będzie idealnie. Że przyjedziemy na odosobnienie i od razu staniemy się szczęśliwsi. Ale zrobimy pierwszy krok we właściwym kierunku.

Ajahn Hubert poprowadzi medytację na Festiwalu Wibracje. Później będzie można go spotkać w Ośrodku Oddechowo. (Fot. Archiwum Prywatne)

Ajahn Hubert, buddyjski nauczyciel, który po 25 latach nieobecności w kraju powraca by kontynuować swoją misję nauczania, którą rozpoczął w 2007 r. w Tajlandii w leśnym klasztorze Suan Mokkh, gdzie jako mnich spędził 10 lat. Od 2017 r. jako świecki nauczyciel podróżuje po krajach Europy Wschodniej, by przybliżać ludziom medytację i dzielić się buddyjską wiedzą.

Więcej informacji znajdziesz na stronie www.ajahnhubert.pl

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze