1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Wydaje się, że wraz ze śmiercią partnera kończy się życie, tymczasem ono nadal się toczy. Wdowy i ich życie po życiu

Vilhelm HammershØi , „Pokój w domu artysty przy Strandgade w Kopenhadze, z żoną artysty” (1902). (Fot. BEW)
Vilhelm HammershØi , „Pokój w domu artysty przy Strandgade w Kopenhadze, z żoną artysty” (1902). (Fot. BEW)
Wdowieństwo osadza kobiety gdzieś między światem a zaświatami, ciąży, mrozi, wywołuje strach, zmieszanie, czasem konsternację. Kojarzy się z nieszczęściem, starością, mrokiem. Sprawia, że jedni uciekają, a drudzy pozwalają sobie na więcej, niż wypada. Może gdybyśmy nauczyli się inaczej traktować wdowy, nie balibyśmy się tak bardzo samej śmierci?

W języku polskim zazwyczaj rzeczowniki żeńskie pochodzą od męskich, a nie odwrotnie. Nauczyciel – nauczycielka, krawiec – krawcowa, mąż – mężatka. Wyjątkiem jest wdowa. Słowo notowane już w XIV wieku, o rodowodzie sięgającym epoki indoeuropejskiej, miało zawsze to samo znaczenie: „kobieta, której mąż umarł”. Długo natomiast w naszym języku nie było określenia dla mężczyzny, który stracił żonę, jakby nie potrzebował on specjalnej etykiety, a po tragicznie zakończonym związku dalej mógł być po prostu sobą.
Ta etymologia jest niezwykle wymowna, bo w XXI wieku wdowieństwo wciąż stygmatyzuje kobiety, radykalnie zmienia ich życie, zamiast empatii wywołuje niechęć. Kulturowo na całym świecie kobieta, która zetknęła się ze śmiercią, jest przez bardzo długi czas nią skalana, doświadcza ostracyzmu i dyskryminacji.

Nie umarłam razem z mężem

Tak, to mocne słowa, ale poparte reasearchem Violetty Rymszewicz, psycholożki, autorki książki „Ile kosztuje żona. Mroczne sekrety rynku małżeńskiego”, w której jeden rozdział zatytuowała „Wdowy – kobiety niewidzialne”. Obecnie pracuje nad artykułem na temat sytuacji społecznej wdów w Polsce. Nasz stosunek do nich tłumaczy lękiem przed własną przyszłością. I przywołuje analizę danych statystycznych, z której wynika, że kobiety przeżywają mężczyzn o około 15 do 20 lat, a więc wdowieństwo wcześniej czy później stanie się doświadczeniem większości z nas. Potwierdzają to choćby dane ze spisu powszechnego. W 2021 roku odnotowano w nim 430 tysięcy wdowców i aż 2,5 miliona owdowiałych kobiet, czyli więcej niż wszystkich mieszkańców Warszawy, największego miasta w naszym kraju. Nie jest to więc problem marginalny, ale wciąż udajemy, że go nie ma, choć to krótkowzroczna taktyka, bo życie oszczędza nas zazwyczaj tylko do pewnego momentu. Kiedy postanawia pokazać swoje drugie oblicze, na refleksję jest już za późno, bo jesteśmy na nią kompletnie niegotowe emocjonalnie.

– Zrobiliśmy ze śmierci takie tabu, że nikt nie wie, jak się zachować w jej obliczu. Kiedy rozmawiałam z owdowiałymi kobietami, nawet te, które miały wokół siebie krąg wsparcia społecznego, przyznawały, że po pogrzebie partnera w większości zostawały zupełnie same. Na wysokości zadania często nie stają najbliżsi, przyjaciele, rodzeństwo, a nawet rodzice – mówi Violetta Rymszewicz. Dlaczego? Nikt oczywiście nie podaje przyczyny, ale zdaniem badaczki brakuje edukacji i umiejętności przebywania z człowiekiem, który jest smutny w sposób dla innych niezrozumiały. Żałoba to pusty wzrok, nieobecność, zamyślenie, apatia, dużo łez. – To, że nie chcemy się z tym konfrontować, może wynikać również z egoizmu – mówi. – Bardzo ważne jest, aby podkreślić, że każdy z nas ma prawo nie okazywać wsparcia i nie chcieć konfrontować się ze śmiercią. Chociaż ja sama uważam, że warto – każda taka sytuacja uczy nas doświadczania trudnych emocji. Kiedy wdowieństwo dopada młode kobiety, nawet ich matki bardzo często nie potrafią sprostać sytuacji, bo w rozpaczy córki widzą swoją nieodległą przyszłość i to napawa je ogromnym lękiem. Dla wdowy oznacza to jeszcze wyższy poziom stresu, który już w momencie śmierci partnera (licząc go według skali, którą opracowali w latach 60. Holmes i Rahe) osiąga swoje maksimum.

Oczywiście zachodniemu światu daleko jest do bezwzględności hinduskiej ceremonii sati, czyli śmierci w płomieniach razem z mężem na żałobnym stosie, ale wciąż wiele wdów w Polsce i w innych krajach Europy po śmierci męża czuje się wśród najbliższych tak, jakby jednak płonęły żywcem. Nawet w Europie, w centrum cywilizowanego świata, wciąż jeszcze oskarża się wdowy o przyczynienie się do śmierci męża! Takie oskarżenia mogą się wydawać działaniem pod wpływem chwili, ale dla owdowiałych kobiet ich skutki emocjonalne i psychologiczne są porażające! – podkreśla Violetta Rymszewicz. Jej zdaniem za obwinianiem dotkniętych bólem wdów kryje się właśnie to, że nie umiemy konfrontować się z najtrudniejszymi emocjami. Łatwiej nam zinternalizować gniew niż uświadomić sobie własny strach, ból i niepewność, bo są to emocje bardzo trudne do przepracowania. Czasem wręcz nie potrafimy ich nazwać. Taka agresja może być więc działaniem ucieczkowym. Odwrócę wzrok, zamknę oczy, znajdę winnego i wtedy problem pozornie znika. Co ciekawe, z reguły najokrutniejsze plotki, posądzenia i oskarżenia wobec owdowiałych kobiet padają z ust innych kobiet! Dlaczego tak jest? Kulturowo, niezależnie od kręgu religijnego, uznaje się nas, kobiety, za strażniczki domowego ogniska, więc to naszym obowiązkiem jest troska o dobrostan partnera. My wszystkie jesteśmy tak nakarmione tymi przekonaniami, że całkiem nieświadomie same wchodzimy w narzucone role. Często czujemy tak wielką odpowiedzialność za życie i zdrowie bliskich, że nawet po śmierci męża innej kobiety czujemy się w obowiązku sprawdzić, czy ona w roli żony wywiązała się ze wszystkich zasad, norm i obowiązków.

– Kobiety, które w najgorszym momencie życia doświadczyły takiego okrucieństwa, agresji i odrzucenia, bardzo często chowają żal do innych kobiet i świata, idą przez resztę życia z bagażem negatywnych emocji. Jeżeli jednak przy odpowiednim wsparciu uda im się przejść przez proces wybaczenia, wyjść ze stanu żalu i pretensji, to nagle pojawia się wokół nich nowy krąg przyjaciół i wsparcia społecznego. Pozytywnym efektem odrzucenia jest także porzucenie nierealistycznych oczekiwań wobec ludzi. Po doświadczeniu śmierci i samotności wiele kobiet uczy się, jak dbać o własną niezależność emocjonalną, społeczną i finansową oraz jak budować relacje z innymi bez oczekiwań, że zaspokoją nasze potrzeby w zakresie emocji. Z opowieści wielu wdów wiem, że jako swój sukces po odbytej żałobie traktują nowo nabytą umiejętność nieprzywiązywania się do innych, z wyjątkiem dzieci i najbliższej rodziny. Co zaskakujące, na końcu trudnej podróży przez żałobę czeka nas więc wiele dobrego: nowy krąg znajomych, większa świadomość siebie, dzięki której nie budujemy już dalszego życia na oczekiwaniach wobec innych. Żałoba pozbawia nas złudzeń w zakresie relacji międzyludzkich i wiele kobiet uważa, że jest to ważny etap dochodzenia do pełnej dojrzałości emocjonalnej – mówi Violetta Rymszewicz.

Koniec czasu przyszłego

Dziennikarka, pisarka i nauczycielka jogi Agnieszka Passendorfer cztery miesiące po ślubie miała polecieć z mężem do Tel Awiwu. Zamierzali stanąć razem pod Ścianą Płaczu, dotrzeć na Golgotę, zobaczyć Betlejem, zanurzyć dłonie i stopy w Morzu, nomen omen, Martwym. – Robert kąpał się w nim półtora roku wcześniej, ale od strony Jordanii. Podobno upominał wielbłądy, żeby nie zjadły wszystkich krzewów, bo zamierza tu jeszcze przyjechać z żoną. Znaliśmy się wtedy ledwo, ledwo i nie wiem, czy miał mnie na myśli – wspomina Agnieszka. W podróż ostatecznie wyruszyła z córką, ale na lotnisku podczas last call uparcie wywoływano Roberta. Nikt z obsługi nie wiedział, że dwa tygodnie przed zaplanowanym wylotem zmarł. Miał 44 lata, Aga – 48 lat. Po jego śmierci pojawiło się coś dojmującego, co nie było rozpaczą ani nawet smutkiem. Agnieszka czuła się spełniona, a że blisko jej do filozofii buddyzmu, uznała, że jej misja w obecnej inkarnacji się zakończyła. Dzieci z pierwszego małżeństwa były już odchowane, przeżyła wielką miłość i po iluś jego niefajnych związkach przeprowadziła Roberta miękko przez chorobę i śmierć. Wszystko, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło.

Dlatego w czasie pandemii, która wybuchła miesiąc po śmierci męża, nie robiła zapasów żywności, nie nosiła maseczki, nie szczepiła się, w żaden sposób nie unikała choroby. Była gotowa umrzeć na COVID-19. Dziś nie ma wątpliwości, że to była depresja. Brała leki, ale ten bezsens trwał ponad dwa lata, znacznie dłużej niż jej znajomość z Robertem.

Renata, autorka superpopularnych podcastów kryminalnych i twórczyni Worka Kości, jednego z najbardziej oryginalnych warszawskich koktajlbarów, mówi: – Przyszłość przestała dla mnie istnieć wraz z mężem. Miałam wtedy 39 lat. Kilka miesięcy przed jego śmiercią zaczęłam nową pracę, byłam niesamowicie szczęśliwa, miałam wspaniałych współpracowników, ciekawe projekty wydawnicze, wolną rękę. Kiedy odszedł Andrzej [Kuryłowicz, założyciel, właściciel i redaktor naczelny wydawnictwa Albatros – przyp. red.] musiałam z tego wszystkiego zrezygnować i wejść w jego rolę, choć wiedziałam, że w tym świecie zawsze będę tylko wdową po nim, nikim więcej. Wszystkie moje, nasze plany legły w gruzach. Na tym właśnie polega różnica między stratą męża a śmiercią kogoś, z kim łączą nas więzy krwi. Partnera wybieramy sobie sami, decydując, że to właśnie z tym człowiekiem chcemy spędzić resztę życia. Dlatego razem z nim znika także przyszłość.

Zamiast „tak mi przykro”

Większość kobiet przyznaje, że sama wiadomość o śmierci, choć szokująca, nie jest jeszcze momentem, w którym kończy się świat. Na tym etapie otrzymują zazwyczaj dużo wsparcia, działają jeszcze w dobrze znanych trybach codzienności. Trzeba się zatroszczyć o dzieci, zamknąć pilne sprawy służbowe, nakarmić psa, wyczyścić kotom kuwety. – Domek z kart sypie się dopiero później, powoli, przy drobnych rzeczach: znajdujesz dokumenty, pamiątki, czasem odkrywasz głęboko skrywane tajemnice, stajesz w obliczu spraw spadkowych, spotkań z urzędami. To jest najtrudniejszy moment – tłumaczy Violetta Rymszewicz. To wtedy dotychczasowi przyjaciele znikają, bo smutek na dłuższą metę jest dość nieatrakcyjny towarzysko. Często dochodzi więc do paradoksalnej sytuacji, w której to wdowa musi pocieszać innych, dbać o ich komfort psychiczny, zapewniać, że nic jej nie jest i instruować, jak mają się zachować.

„»Jeżeli chcecie mi pomóc, dajcie mi to, czego potrzebuję, a nie to, czego wy potrzebujecie« – powiedział mój mąż dzień przed śmiercią. Miał na myśli to, żebyśmy nie robili sobie dobrze jego kosztem. Żebyśmy nie spełniali swoich potrzeb, udając/uważając, że spełniamy jego. Żebyśmy nie traktowali jego złego samopoczucia jako pretekstu, by samemu poczuć się lepiej. By nadać sobie tytuł osoby dobrej, empatycznej, szlachetnej, poświęcającej się etc.” – napisała Agnieszka na swoim blogu AgaPe Joga kilka dni po tym, jak została wdową. I trudno o lepszą instrukcję pierwszej pomocy. Sama najbardziej doceniła gest 26-letniego wówczas syna, który po śmierci Roberta przyjechał do niej z dziewczyną, mimo że prosiła, aby tego nie robił. Siedzieli przed ekranem i oglądali filmy Disneya. – Nikt nie rozmawiał ze mną o stracie, nie patrzył na mnie z litością, nie klepał mnie po plecach. Po prostu byliśmy razem. Nie potrzebowałam przegadywać tego wszystkiego, ale być może dla kogoś innego byłoby to lepsze rozwiązanie – mówi.

Z dziesiątek rozmów przeprowadzonych z wdowami przez Violettę Rymszewicz wynika, że kobiety po stracie partnera bardzo potrzebują czyjejś obecności. – Nie trzeba robić nic wielkiego, wystarczy posiedzieć, wypić herbatę, zaprosić na działkę, pójść na spacer, wyciągnąć do kina. Chodzi o proste dowody na to, że owdowiała kobieta jest dla kogoś ważna, że ktoś o niej pamięta. Czasami, kiedy przytrafia się tak zwana żałoba powikłana, kobiety wpadają w niemoc, nie są w stanie wykonywać najprostszych czynności, zrobić zakupów, posprzątać, nakarmić dzieci, zapłacić rachunków. A przecież wtedy tyle na nie spada. Sprawy formalne, spadkowe, urzędowe, rodzinne. Dlatego przyjście, posprzątanie mieszkania, wyprowadzenie psa, ugotowanie obiadu ratuje, w sensie metaforycznym, takiej kobiecie życie – mówi Rymszewicz. To ważne, tym bardziej że wsparcie w zakresie zdrowia psychicznego dla wdów w naszym kraju praktycznie nie istnieje. Trudno znaleźć psychoterapeutę, który przeprowadziłby kobietę przez żałobę.

– Z tymi naprawdę skrajnymi sytuacjami, z najtrudniejszymi emocjami, ciągle jeszcze w Polsce zostajemy same. Często kończy się to więc leczeniem farmakologicznym, nawet w przypadkach, gdzie nie musiałoby zostać ono włączone. Rozumiem jednak kobiety, które decydują się na takie leczenie, bo ból, z którym trzeba się skonfrontować, jest czasami nie do udźwignięcia – mówi Violetta Rymszewicz. Niedawno opracowała program autoterapii online, który nazwała Samopisanie®. – Moduły terapeutyczne obejmują między innymi: radzenie sobie z żałobą i żalem po stracie bliskiej osoby. Na podstawie wielu badań naukowych wiadomo, że pisanie o swoich przeżyciach może pomóc przepracować najtrudniejsze, najcięższe emocje, takie jak żałoba, lęk przed zmianą, toksyczne poczucie winy – dodaje. Właśnie tą drogą całkiem intuicyjnie poszła Agnieszka Passendorfer. – Usiłowałam korzystać z terapii, ale okazała się zupełną porażką. Za to bardzo dużo mi dało napisanie książki „13 lekcji miłości”. O nas, mojej tęsknocie i dziurze, która powstała po tym, jak Robert wypadł z naszej misternie ułożonej układanki – mówi.

Trudna stabilizacja

Choć wydaje się, że wraz z odejściem partnera w jakimś sensie kończy się życie, ono toczy się tak jak zawsze, ze wszystkimi swymi przyziemnymi sprawami. Są wydatki, rachunki, opłaty, tylko stan konta radykalnie się zmienia. Dlatego wdowy potrzebują systemowego wsparcia. – Tymczasem w naszym społeczeństwie pokutuje przekonanie, że małżeństwo zwalnia kobietę z troski o własne bezpieczeństwo finansowe – mówi Rymszewicz. – Jest to również pogląd i wizja małżeństwa, którą promują partie polityczne o prawicowym zabarwieniu. To sprawia, że nasze państwo promuje pomysły, które krzywdzą osoby prowadzące w pojedynkę gospodarstwo domowe. Wsparcie płynie głównie w kierunku małżeństw. Nikt nie mówi otwarcie o skutkach i niebezpieczeństwach zależności materialnej żon od mężów. Nadal nie ma edukacji ekonomicznej dla dziewczynek, która nauczyłaby je pełnej samodzielności finansowej. Wolimy opiewać romantyczne mity o miłości po grób, powinowactwie dusz, a przecież sama miłość to za mało, żeby budować szczęśliwy związek! Niestety, kobiety, które nie mają świadomości długofalowych skutków zależności finansowej, rzadko budują swój własny kapitał, nie zawsze mają własne konto w banku. W efekcie po śmierci męża często zostają bezbronne finansowo. Poznałam kobietę, która przez lata mieszkała w domu prawnie należącym do rodziny męża, a kiedy ten zmarł, została bez domu. Właśnie dlatego nawet w najbardziej szczęśliwym małżeństwie należy zachować margines niezależności, zadbać o własne dobro finansowe, o własność domu czy mieszkania, dostęp do kont i oszczędności. Niestety o tym Polki nie zawsze myślą i pamiętają – mówi Violetta Rymszewicz. W efekcie starsze wdowy zostają często z głodową emeryturą, a młode kobiety, które za życia męża zajmowały się domem i dziećmi – bez żadnych środków do życia. Wiele kobiet po śmierci męża przeprowadza się więc do rodziny. Córki wracają do rodziców, a matki do dzieci.

Z badań przeprowadzonych przez Alinę Gardyłę wynika, że wdowy mieszkające z rodziną przede wszystkim świadczą usługi na jej rzecz: gotują, opiekują się dziećmi, sprzątają, piorą, nie mają na nic czasu. Są przemęczone i znerwicowane, ale wiele z nich nie ma alternatywy ze względów finansowych. Dlatego od kilku lat w krajach Europy Zachodniej, w Stanach Zjednoczonych, ale też w Indiach, organizacje prokobiece bardzo intensywnie pracują nad Kartą Praw Wdów. W jej pierwszym projekcie znalazł się zapis, że obowiązkiem państw, zarówno tych rozwiniętych, jak i dopiero rozwijających się, jest zapewnienie wdowom stabilności finansowej. Na jej wprowadzenie trzeba będzie jeszcze chwilę poczekać. Na razie ONZ ustanowił Międzynarodowy Dzień Wdów, który wypada 23 czerwca. Po co właściwie takie święto? Po to, by co roku przypominać nam, że na świecie jest 245 milionów wdów, a prawie połowa z nich żyje w skrajnej biedzie, bo w niektórych społecznościach wraz ze śmiercią męża kobiety tracą spadek, pracę, a nawet dzieci, ponieważ państwa nie chronią ich praw.

W poszukiwaniu siebie

– Po śmierci partnera zmienia się również tożsamość kobiety, bo wszyscy budujemy ją na podstawie ról społecznych. Wdowy, których nie definiuje już ani macierzyństwo, ani status żony, często przyznają, że od śmierci mężczyzny nie wiedzą, kim są. Jeśli przez lata budowałyśmy tożsamość żony, to trudno nagle o tym zapomnieć. Dlatego psychologowie zalecają wdowom, by kiedy tylko będą gotowe, możliwie szybko zdjęły z palca obrączkę. Im dłużej na nim pozostanie, tym trudniej w przyszłości będzie ją odłożyć. Są kobiety, które nigdy nie przechodzą tego etapu, nie są w stanie stanąć przed lustrem i powiedzieć: „A więc to jestem ja. Nie żona, nie matka, tylko JA” – zauważa Violetta Rymszewicz.

Na Węgrzech są jeszcze stare groby, na których żony nie mają wyrytego imienia, są jedynie nazwiskiem męża. Dlatego Renata Kuryłowicz stała się Renatą z Worka Kości. – Moi fani pewnie nie mają pojęcia, jak się nazywam, nie mam nazwiska, bo po śmierci męża coraz trudniej było mi się nim posługiwać. Mogłam je, co prawda, zmienić, ale nie zrobiłam tego ze względu na synów – wyjaśnia.
Przepoczwarzanie się z roli żony w osobę, która ma prawo znowu samostanowić o sobie w pełni, czasami trwa wiele, wiele lat, bo aby przejść do kolejnego etapu, trzeba definitywnie zamknąć poprzedni. – Wciąż nie rozumiem, dlaczego odkrywanie samej siebie jest tak bolesnym procesem, ale ta niezależność, która czeka na nas na końcu drogi, jest jednak bardzo przyjemna. Wdowy, z którymi pracuję, mówią, że po latach „muszę dla bliskich” i „trzeba dla rodziny” nagle mają poczucie, że odzyskały wolność, a wraz z nią prawdziwą siebie – mówi Violetta Rymszewicz. To wyjaśnia, co miała na myśli pewna starsza kobieta, mówiąc badaczce Alinie Gardyle, że każda mężatka ma prawo na trzy lata przed swoją śmiercią zostać wdową.

Niedokończona miłość

Wdowcy średnio kilka miesięcy po śmierci żony wracają na rynek matrymonialny. Ci starsi publikują konkretne anonse, w których jasno określają swoje wymagania. Nowa partnerka musi umieć gotować, sprzątać, uprasować, „zająć się swoim mężczyzną”. Koledzy nie widzą w nich konkurentów. W świecie kobiet wygląda to zupełnie inaczej.

– Po śmierci Andrzeja w grę wchodziły wyłącznie spotkania w kobiecym gronie. Z mieszanego towarzystwa zostałam wykluczona, bo jako bezmężna stanowiłam zagrożenie dla jakiegoś wewnętrznego układu – wspomina Renata. Tymczasem z badań wynika, że kobiety po śmierci partnera wcale nie są chętne do ponownego wychodzenia za mąż. W niektórych rejonach świata, jak Indie, Bangladesz, Pakistan czy część Chin, wdowom oficjalnie się tego zakazuje, ale Polki dokonują takiego wyboru świadomie. Jeżeli w ogóle myślą o ponownym związku, to dopiero po ładnych paru latach i rzadko szukają aktywnie. Długo czują przywiązanie i lojalność w stosunku do nieobecnego mężczyzny.

„Czy na pewno chcę wypróbować nową wersję mojego życia? Nie chciałam, ale nikt mnie nie słuchał. Czy muszę to zrobić? Obawiam się, że tak. Mam nadzieję, że tak jak informację o tym, że Ziemia nie jest płaska, nie wszystkie niedziele są handlowe i nie ma już foliowych torebek za darmo w supermarkecie – także tę zmianę da się udomowić. Atak zmianofobii minie i… jeszcze będzie przepięknie” – zastanawiała się na swoim blogu Agnieszka Passendorfer. A dziennikarka i instagramerka Olivia Jordan Cornelius, która straciła życiowego partnera jako 32-latka, w artykule dla brytyjskiego „Vogue’a” napisała: „Gdy kochasz swojego zmarłego męża i zakochujesz się w kimś innym, możesz czuć się, jakbyś miała romans”. Dlatego, gdy w końcu zaczęła randkować, nie chodziła w miejsca publiczne, ukrywała nowego partnera przed znajomymi albo przedstawiała go jako przyjaciela.

Obraz chętnej do ponownego zamążpójścia wesołej wdówki obala też kontynuacja kultowego „Seksu w wielkim mieście”. Kiedy w pierwszym odcinku „I tak po prostu” umiera Big, Carrie Bradshaw wyznaje Mirandzie, że na samą myśl o seksie z kimś innym niż mąż robi jej się niedobrze. I wbrew konwencji tego serialu wcale nie wpada w wir randkowania. Scenarzyści pozwolili jej przepracować żałobę z całym spektrum towarzyszących jej emocji. I choć zdaniem niektórych recenzentów zaburzyło to stosunek humoru do dramatyczności, kobiety, które doświadczyły straty partnera, piszą w komentarzach pod kolejnymi odcinkami: „Jakbym widziała siebie!”. Pierwszym mężczyzną, z którym umawia się Carrie, jest wdowiec. I bardziej niż uczucie łączy ich doświadczenie straty.

Agnieszka Passendorfer po śmierci męża także szukała zrozumienia wśród tych, którzy przeszli to samo. Zalogowała się na facebookowej grupie „Wdowy i wdowcy”. – Chciałam się dowiedzieć, jak ta żałoba przebiega, zorientować się, jak po czymś takim wraca się do życia i czy w ogóle się wraca. Potrzebowałam oswojenia tematu śmierci, zobaczenia na innym przykładzie niż mój, jak to jest, kiedy ktoś był, a teraz go nie ma – przyznaje. Pierwsza myśl o tym, by związać się z kimś ponownie, pojawiła się u niej, zanim minął rok od pogrzebu Roberta, choć miała świadomość, że ich wspólna historia w pewnym sensie trwa nadal. – Długo szukałam jej zamknięcia, ale w pewnym momencie zrozumiałam, że to jest bardzo złudne. Nie ma w tym przypadku żadnego rytuału przejścia, to wraca i będzie ze mną do końca życia. Cały czas jestem narażona na to, że pojawią się złość, smutek czy poczucie krzywdy. I choć mówi się, że stratę trzeba przepracować, moim zdaniem w tym przypadku to niemożliwe. Dla kolejnego partnera to duże wyzwanie, bo musi zaakceptować tę niedokończoną miłość, niegojące się rany i fakt, że człowiek z krwi i kości czasami gorzej wypada przy wspomnieniu, bo łatwo idealizować tego, kogo już nie ma – mówi.

Renata długo miała poczucie, że nie ma prawa od nikogo wymagać, by wziął na siebie ciężar jej straty, a do tego traumę jej dwóch synów i skomplikowaną sytuację rodziną. Poza tym miała poczucie, że odkąd została wdową, wszyscy traktują ją jako kobietę na chwilę. Koledzy męża dali jej rok, po tym czasie zaczęły pojawiać się pierwsze propozycje, telefony w środku nocy i zdjęcia. – Wychodzili z założenia, że skoro tyle czasu jestem sama, to na pewno nie odmówię. I nikomu nic nie powiem, bo i bez tego moje życie jest już mocno skomplikowane. Czułam się paskudnie, jakby to była moja wina – wspomina. Na to, że weszła w kolejny związek, wpłynęła presja środowiska. Dla nowych znajomych, którzy znali ją jako Renatę z Worka Kości, a nie wdowę po Andrzeju, naturalne było, że wcześniej czy później kogoś sobie znajdzie. I faktycznie po czterech latach ponownie się zakochała. Nowy związek trwał dwa i pół roku, ale jak twierdzi Renata, to nie było to. Teraz jest na etapie „nigdy więcej żadnych związków”. – Uwielbiam to, że się starzeję, bo nikt mi już nie zawraca głowy z powodu mojego wyglądu. Jestem po prostu kobietą w średnim wieku, mam zmarszczki i po niemal dziesięciu latach po śmierci męża wiem już wreszcie, czego chcę w życiu – mówi. 

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze