1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Im szybciej, tym lepiej? Jak wyjść z błędnego koła pośpiechu? Rozmowa z antropologiem prof. Waldemarem Kuligowskim

Waldemar Kuligowski antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych na UAM w Poznaniu (Fot. Grzegorz Dembiński)
Waldemar Kuligowski antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych na UAM w Poznaniu (Fot. Grzegorz Dembiński)
Spróbujmy wyznaczać sobie priorytety, wykonujmy zadania po kolei, najpierw te kluczowe, a potem inne. A wtedy może się okazać, że tych innych nie trzeba wcale robić, bo straciły ważność – radzi antropolog prof. Waldemar Kuligowski.

Mieliśmy nadzieję, że pandemia czegoś nas nauczy, że zwolnimy tempo, tak się jednak nie stało.
Rzeczywiście łudziliśmy się, że zamknięcie na kilka miesięcy w domach nauczy nas wolniejszego życia. Dużo osób wróciło wtedy do lektury książek, do medytacji, robienia zakwasów i pieczenia chleba czy sprzątania w szufladach. Proszę zauważyć, że musiało się wydarzyć coś takiego, co dziś możemy nazwać globalną katastrofą, żebyśmy w ogóle na moment zmienili tryb życia, zatrzymali się. Kiedy jednak reżimy sanitarne zostały odwołane, bardzo szybko wróciliśmy do tego, co było wcześniej.

Nawet chyba przyśpieszyliśmy.
Na to wygląda. Jak mówią ostatnie badania dotyczące Polek i Polaków, dwie trzecie z nas odczuwa po pandemii przyspieszenie tempa życia, a co czwarty przyznaje, że czuje się z tym bardzo źle, że jest przytłoczony nadmiarem informacji i nie wie, jak sobie z tym poradzić. Ludzie boją się, że coś ich ominie, co ma swoją nazwę, czyli FOMO, od angielskiego fear of missing out. Czują przymus podłączenia się do świata, który na nowo się rozpędził. Ale paradoksalnie aż 43 procent tych samych badanych mówi, że używa Internetu i mediów społecznościowych, żeby oszczędzać czas. Z jednej strony czujemy, że świat wiruje, że kręci nam się w głowie, że jesteśmy zmęczeni, odczuwamy nieprawdopodobny deficyt czasu, a z drugiej strony – używamy narzędzi, które ten deficyt wywołują.

Błędne koło. Ma pan pomysł, jak z niego wyjść?
Może zacznę mało naukowo, czyli od siebie. Pandemia sprawiła, że jak tylko jestem w domu, to gotuję obiad. Wcześniej robiłem to o wiele rzadziej i traktowałem jako mniej chciany obowiązek. W pewnym momencie przestałem podchodzić do tego jako do czegoś dokuczliwego – no bo codziennie trzeba robić zakupy, obierać warzywa, zmywać – i zacząłem traktować gotowanie jako czas wysokiej jakości, czas tylko dla mnie. W trakcie robienia obiadu nie da się niczego czytać ani pisać, nie mogę też wtedy pomagać w rozwijaniu karier studentom ani doktorantom, niespecjalnie też udaje mi się słuchać muzyki, bo jak pokrywka podskakuje, to nie da się dosłyszeć.

Ale da się wtedy myśleć.
Właśnie. Mogę skupić się na pewnych rzeczach, przemyśleć je. Żartuję nawet, że obieranie ziemniaków to dla mnie coś w rodzaju medytacji, to czynność niewymagająca skupienia się na niej, można robić ją automatycznie, jednocześnie pozwala myśleć spontanicznie, analizować, szukać inspiracji. Mam wrażenie, że wiele osób znajduje swoje sposoby na wyciszenie, potrzebuje ich, bo pandemia pokazała, jak nam było z tym dobrze. Być może nie jest więc tak źle, jakby mogło wydawać się na podstawie badań statystycznych.

Gdy w pandemii musieliśmy się zatrzymać, świat się nie zawalił, a planeta radziła sobie wtedy nawet lepiej. Ten obraz ciszy powinien być dla nas punktem odniesienia, gdy wpadamy w kierat. A większość z nas zachowuje się tak, jakbyśmy chcieli nadrobić stracony czas. Linie lotnicze po pandemii podwoiły obroty.
Dość łatwo to wytłumaczyć. Bo nietrudno sobie wyobrazić, że jak się ma 17 czy 18 lat i w zasadzie na dwa lata wszystko zostaje odwołane, nagle nie można pojechać na wakacje, na koncert, to teraz chce się te straty nadrobić. To jest taka próba odzyskania szans, możliwości, które zostały tym ludziom odebrane. Nie zapominajmy też o tym, że ekonomia nie lubiła czasu zatrzymania, bo mniej konsumowaliśmy, nie chodziliśmy na zakupy, choć bujnie rozwijała się wtedy sprzedaż internetowa. Te pokusy, które są nam dziś podtykane, nie wynikają tylko z naszej chęci odrabiania strat, ale przede wszystkim z twardych mechanizmów kapitalizmu – PKB musi stale rosnąć.

Niejako równolegle do modelu życia w pośpiechu, rośnie w siłę ruch slow, świadome życie, zgodne z naturą. Co w przyszłości zwycięży: nieśpieszny rytm czy wyścig?
Myślę, że będziemy mieli do czynienia z dwoma rzeczywistościami, jedna będzie dominować, a druga nie, ale będzie stale rosnąć. Ta, która dominuje, jest oczywiście związana z tym, co już w latach 60. zostało nazwane społeczeństwem metronomicznym. Jesteśmy uzależnieni od czasu, zegary są wszędzie, odmierzają wszystko – pracę, przyjemność. Każdą czynność wykonujemy na czas. Myśląc o naszej rozmowie, uświadomiłem sobie, że już nie posługujemy się czasem, tylko żyjemy w slotach. Slot, angielskie słowo, to w pierwotnym znaczeniu szczelina, mały otwór, do którego wrzuca się monetę. Dzisiaj slotem jest na przykład moment, kiedy samolot uzyskuje zgodę na start albo lądowanie. Sloty to też ważne narzędzia do planowania zadań, są w agendach spotkań, konferencji, wszyscy muszą się ich trzymać. Byłem ostatnio na dużej konferencji naukowej w Brazylii, w cudownie położonym nad oceanem kampusie uniwersytetu Fluminense, gdzie oczywiście przygotowano ściśle uslotowiony program konferencji, tyle że nic nie zaczynało się o czasie. Ale na końcu dnia wszystkie zaplanowane punkty zostały zrealizowane, wszyscy byli zadowoleni, co pokazuje, że można trochę inaczej traktować sloty, ale to wynika z różnic kulturowych. Chyba już doszliśmy do momentu, że nie myślimy o czasie w dużych jednostkach, tylko w coraz mniejszych.

Różne wynalazki pomagają nam w oszczędzaniu czasu, więc powinniśmy mieć go więcej.
Ale ostatecznie ten czas nam zabrały, właśnie go uslotowiły. Mamy oferty szybkich randek, których walorem jest to, że w krótkim czasie możemy porozmawiać z wieloma osobami. Ale czy to przekłada się na głębokość rozmów i zawiązanych w ten sposób relacji? Jest joga w pięć minut, angielski w miesiąc, turystyka typu „Antyczna Grecja w tydzień”. Ale czy to wiąże się z jakością tych działań? Niebywałą popularnością cieszy się urządzenie pomagające w kuchni, zwane termomiksem, które doczekało się swojej subkultury. To są wynalazki służące temu, że mamy myśleć o jakości różnych rzeczy poprzez to, że działają szybko. Im szybciej, tym lepiej, taki kurs obrała kultura, w której żyjemy.

Nie tylko „szybciej” jest pożądane, ale i „równocześnie”.
Tymczasem badania psychologiczne z Uniwersytetu Stanforda pokazują, że wielozadaniowość jest tak naprawdę mirażem. Bo w istocie nie robimy tych zadań jednocześnie, tylko bez przerwy przełączamy się z jednego na drugie. Ale to wcale nie znaczy, że summa summarum wykonujemy je szybciej. Każde przełączenie wymaga czasu. Na przykład, gdy porzucam na chwilę pisanie raportu i odpisuję na maila, nie robię tego bezkarnie, muszę poświęcić chwilę, żeby przypomnieć sobie, w którym momencie skończyłem, co mam dalej zrobić, a to wcale nie oszczędza czasu. A specjaliści od badań neuronalnych mówią, że to jest też wyniszczające dla mózgu. To trochę tak, jakbyśmy bez przerwy próbowali zmieniać bieg w samochodzie, skrzynia biegów jakiś czas wytrzyma, ale w końcu zacznie się psuć.

Czasem nie ma wyjścia i trzeba się przełączać z jednej czynności na drugą.
Oczywiście, ale dobrze jest robić to płynnie. Przeprowadzono badania ludzi, którzy pracują w tak zwanych pit stopach przy wyścigach Formuły 1, gdzie startują najszybsze samochody świata. I jak podjeżdża do tego pit stopu bolid, to pracownicy muszą w maksymalnie krótkim czasie wymienić opony, żeby kierowca mógł ścigać się dalej. Okazało się, że jeśli myślą o tym, żeby jak najszybciej to zrobić, to wcale tak się nie dzieje. Potrzeba czegoś innego – myślenia w kategorii płynności zadań, czyli żeby pracownik skupiał się na tym, co po czym ma zrobić i żeby przekazywał płynnie czynność koledze. Okazało się, że kiedy jesteśmy uważni na siebie nawzajem, praca przebiega szybciej niż wtedy, gdy w głowie tyka nam sekundnik.

À propos wielozadaniowości – znam osoby, które czytają po kilka książek jednocześnie.
Mam podobnie. Ale są to książki z różnych porządków, jedna stricte akademicka, druga eseistyczna, trzecia to zbiór wierszy, czwarta – antologia humoru węgierskiego. Te lektury są spontanicznie, a w jakiś niezwykły sposób rymują się ze sobą. Okazuje się, że bardzo różne konteksty przynoszą zaskakujące skojarzenia, więc ja to traktuję trochę jak ekstrawagancki sposób myślenia o świecie. Znam profesorów filologii w USA i w Polsce, którzy przyznają się do tego, że 30 lat temu czytali 100 książek rocznie, a teraz 20, choć cały czas coś czytają. Dlaczego? Bo czytają wiele krótszych tekstów, postów, komentarzy w mediach społecznościowych. Mówią o tym z żalem, bo to, co absorbuje ich uwagę, w istocie przynosi bardzo niewiele sensu, to są sprawy, o których zapominamy po kilku dniach.

Wracamy do podstawowego pytania, czy to, co nas otacza, nie jest tylko szumem, który wypełnia nam uszy i oczy. Robimy mnóstwo rzeczy niepotrzebnych, zabierających nam czas, którego już nigdy nie odzyskamy, jeśli założymy, że tylko raz będziemy żyć tu i teraz. Kapitalizm zmonetaryzował czas. Coś najbardziej abstrakcyjnego zamienił na pieniądze. A o czasie warto myśleć inaczej – jako o naszym kapitale, potencjale, paliwie, które mamy wlane do baku naszego życia, i jak je zużyjemy, to nie będzie drugiego tankowania.

W pewnych kręgach w modzie jest nie mieć czasu, podkreślać zajętość, wypełniony po brzegi kalendarz.
Ale ma to też swój rewers – jak po raz enty słyszymy, że ktoś nie ma czasu, to zaczynamy o nim myśleć jak o człowieku, który nie jest nami zainteresowany, a nie o naszym koledze. Postrzegamy go jako ofiarę braku czasu, a nie kogoś, kto umie nim zarządzać.

Ratunkiem jest mniejszościowy nurt pojmowania czasu?
Pojawiają się coraz to nowe pomysły, które skłaniają nas do tego, żeby traktować czas inaczej. Przykładem jest choćby przedpandemiczna kampania Fundacji ABCXXI pod hasłem: „Czytaj dziecku 20 minut dziennie, codziennie”. Chodziło o to, żeby odłączyć się od wszystkiego i poświęcić czas wyłącznie dziecku.

Coraz więcej osób uczestniczy w zajęciach jogi, która pojawia się jako punkt programu na konferencjach i festiwalach. Uczestniczyłem w festiwalu muzycznym, który zaczynał się od jogi, ale nie na zasadzie przymusu, tylko propozycji. Bardzo dużą popularnością cieszą się urlopy w domku w lesie bez dostępu do Internetu. Jest cały ruch slow, który zaczął się od myślenia w kategoriach slow foodu. Powstało wiele małych piekarni, cukierni, które budują swoją popularność i prestiż na tym, że coś jest robione powoli. I nowy wielki trend w kulturze, który polega na tym, że zyskują na wartości wytwory robione ręcznie, a projektanci i rzemieślnicy – tak jak wieki temu – robią dziś unikatowe rzeczy ze skóry, gliny i innych materiałów.

Poświęcają na to dużo czasu, więc wytwarzają mniej.
Z góry zakładają, że niektóre rzeczy wymagają powolnego działania. Kiedy kupujemy towary robione w taki sposób, to mamy przekonanie, że rzeczywiście dotykamy przedmiotów z duszą. I tej duszy, aury niepowtarzalności teraz poszukujemy.

Zmiana dotyczy też stylu pracy. Już nie dajemy się wkręcać w spiralę zadań wykonywanych do późnych godzin, w weekendy i święta. To superzmiana!
Tak, to kolejny nowy trend. Ludzie w dużych zespołach, w korporacjach wolą pracować w taki sposób, żeby być przez pół tygodnia w domu lub gdzie tam sobie zaplanują, bo praca zdalna pozwala podróżować nie tylko na Podlasie, ale i na Wyspy Kanaryjskie. To oznacza też, że nie chcemy wrócić do tego sposobu pracy, który wymaga wielozadaniowości: z tym rozmawiamy, tu odbieramy telefon, tu coś piszemy.

Odwołam się znów do badań Uniwersytetu Stanforda dotyczących wielozadaniowości. Jednym z wniosków płynących z tych badań było to, że wielozadaniowość tylko pozornie powoduje, że pracujemy szybciej i efektywniej, że być może sprawniej odhaczamy kolejne zadania, ale większość z nich wykonujemy przeciętnie. Rekomendacja na podstawie tych badań jest następująca: spróbujmy wyznaczać sobie priorytety, wykonujmy zadania pojedynczo i po kolei, najpierw te niezwłoczne, kluczowe, bez których cała reszta nie może funkcjonować, a potem inne. Może się okazać, że tych innych nie trzeba wykonywać, bo straciły ważność. Ja bym tę rekomendację potraktował jak wskazówkę na życie – żeby wyznaczać sobie priorytety i na nich się skupiać. Nie muszę każdego roku odbywać 20 podróży i być na 15 premierach filmowych. Jak robimy bardzo dużo, to nie mamy możliwości, żeby dobrze to przeżyć i zintegrować z resztą naszego doświadczenia. Trochę to po nas spływa, ten mechanizm już dawno rozpoznano. Im więcej informacji, tym większa wobec nich obojętność, to nie jest tak, że wciąż się otwieramy. Nasza wyporność sięga kresu i całej reszty już nie przyjmujemy, więc przeżywamy życie trochę w trybie standby, jakby kierował nami automatyczny pilot.

Chyba najtrudniejsze jest nauczenie się wybierania spośród tego, co nam się dookoła oferuje.
Wybieranie to dzisiaj istotnie coś bardzo trudnego. Bo żyjemy w czasach, jakich nie było, 24 godziny na dobę siedem dni w tygodniu jesteśmy kuszeni przez media społecznościowe i portale. Możemy tam coś kupić, sprzedać, zabawić się, znaleźć kogoś. Warto więc robić sobie detoks – mamy już Światowy Dzień bez Telefonu Komórkowego, obchodzony 15 lipca. Takie odłączenie jest zdrowe, poinformujmy tylko wcześniej znajomych, żeby nie wpadli w panikę. To dzieje się zresztą na rozmaite sposoby. Dziesięć lat temu nie miałem żadnego problemu z tym, żeby zajrzeć w sobotę do swojej uniwersyteckiej skrzynki pocztowej. I jeśli dostałem maila od studenta lub osoby, z którą pracuję, to odpowiadałem. Dzisiaj odbieranie lub wysyłanie maila w weekendy traktowane jest jako zamach na czas wolny. Nie regulują tego żadne przepisy, myśmy nawet o tym nie rozmawiali głośno, ale tak mówi dobry obyczaj: w soboty i niedziele nie wysyłamy zawodowych maili, to czas odpoczynku.

Zmieniło się też myślenie o czasie wolnym.
Zdecydowanie. Odpoczynek nie jest już traktowany jak kradzież czasu, przejaw egoizmu, tylko jak coś istotnego i bardzo nam potrzebnego. Jesteśmy świadkami wojny kulturowej, bo ludzie w średnim wieku i starsi zostali wychowani w przekonaniu, że praca nas definiuje, wyznacza naszą wartość, więc czas wolny znajduje się na drugim planie. A dla pokolenia Z jest zupełnie odwrotnie. Ono żyje w czasie wolnym, a czas pracy traktuje jak dodatek do całej reszty. Myślę, że dobrze usytuować się gdzieś pośrodku.

Waldemar Kuligowski antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych na UAM w Poznaniu, eseista, redaktor.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze