„Jeśli tylko czegoś bardzo chcesz, to na pewno to osiągniesz”; „Ustaw siebie w centrum świata i nie oglądaj się na innych”; „Obudź w sobie wewnętrzne dziecko i idź po swoje”. Znasz te hasła? Roi się od nich wszędzie. Jak nie dać się im omamić? Czas dorosnąć! Tylko jak odnaleźć się we wszechobecnej kulturze zdziecinnienia?
Fragment książki „Dojrzałość. Jak odnaleźć się w kulturze zdziecinnienia” Tomasz Sobierajski i Eliza Michalik, wyd. Filia
Eliza: Przeczytałam ostatnio u Aliny Gutek w „Zwierciadle”, że Francesco M. Cataluccio, włoski literaturoznawca i filozof, który studiował także w Warszawie, w swoim znakomitym eseju Niedojrzałość. Choroba naszych czasów stawia ostrą diagnozę: „Nie ma już dorosłych, zniknęli jak przejściowe pory roku i świetliki nad polami. Wszędzie widać tylko dzieci i ludzi starszych”. I dalej: „Niedojrzałość chyba już wzięła górę nad dojrzałością, a powrót do dzieciństwa lub niewychodzenie poza ten okres to los, jaki jest pisany naszej cywilizacji. Pragnienie, by nie dorastać, rozlało się jak plama oleju na wodzie, zwłaszcza w społeczeństwach najbardziej rozwiniętych, i stało się prawdziwą chorobą duszy”.
Zdaniem Aliny Gutek „autor Niedojrzałości zdaje się trochę nas jednak usprawiedliwiać: »Człowiek tkwi w świecie pełnym cudów jak dziecko, wręcz jest dzieckiem z bajki: może latać samolotem, rozmawiać z drugą półkulą. Włącza przycisk i życie płynie mu na spotkanie. Czy ten rodzaj życia może go usamodzielnić? W żadnym razie. Życie zmienia się dla niego w zabawę. Czyż więc można się dziwić, że zachowuje się jak dziecko?«”.
Czytaj wspomniany artykuł Aliny Gutek: Coraz więcej Piotrusiów Panów i wiecznych dziewczynek. Dlaczego nie chcemy dorosnąć?
To prawda. Nigdy wcześniej w historii świata ludzie nie mieli tyle możliwości zabawy, także w dorosłym życiu, więc jacy mamy być, skoro żyjemy na jednym wielkim placu zabaw? Jaką atrakcją miałoby być na przykład wchodzenie w dojrzały związek? Ciekawe, prawda?
Tomasz: Albo na ile ponętne miałoby być wychodzenie z placu zabaw? Bo w myśl tego, co mówisz, to ewentualnie można by z niego wyjść tylko po to, żeby pójść na inny plac zabaw… Może na taki dla starszych dzieci albo taki bardziej urozmaicony, z większą liczbą atrakcji.
Eliza: Może więc będziemy musieli skasować tę książkę, bo tak – kupuję to! (śmiech). Skoro jest tyle możliwości zabawy, to po co być dojrzałą kobietą, która wchodzi w związek z dojrzałym mężczyzną? Co mi to da takiego, czego mi nie da ów plac zabaw?
Tomasz: O! I tu jest pewien haczyk związany z przywołaną przez ciebie książką Cataluccia. Otóż to nie jest książka o kobietach. Nawet jeśli autor mówi o „człowieku”, to ma na myśli niestety tylko „mężczyznę”. Sam zresztą podkreśla, że „niedojrzałość to choroba mężczyzn”. Potem robi szpagat pomiędzy „dziewczęcym wdziękiem” a tym, że kobiety prezentują dojrzałość i są „nadzieją rodzaju ludzkiego”. Bardzo to szarmanckie ze strony Cataluccia, ale nie tylko mężczyźni są niedojrzali. Niedojrzałe są również kobiety. To nie jest przypadłość płci, choć kuszące dla niektórych może być takie poprowadzenie narracji. To choroba, która dotyka po prostu ludzi, niezależnie od tego, kim i gdzie się urodzili. Zatem na naszym metaforycznym placu zabaw babki z piaski uklepują i chłopcy, i dziewczynki.
Odpowiadając na twoje pytanie: z placu zabaw warto wyjść po to, żeby mieć to, o czym wszyscy ludzie marzą najbardziej, czyli żeby kochać i być kochanym w bezpieczny sposób. Na placu zabaw możesz mieć przelotne romanse, drobne uniesienia. „Chodzenie” ze sobą, rozstania, obrażanie się, końskie zaloty, dramaty, łzawe wpisy do pamiętniczka, niezwykle męczący hormonalny haj, który odbiera ci energię do życia. Drobne rozkosze, dużo wstydu, niespełnienia, mnóstwo porzuceń, odtrąceń i zdrad. Ale jeśli chcesz miłości spełnionej, wyściełanej aksamitem bezpieczeństwa, bez zdrady, oszustw i kłamstw, jasnej, oczywistej, za którą tęsknisz lekko łaskoczącą tęsknotą, to musisz wyjść z placu zabaw. Tak kochają tylko dojrzali ludzie. Z dzieciakiem nie zbudujesz nic na zawsze.
Eliza: Myślę, że to prawda, tyle że plac zabaw bardzo skutecznie odwraca od tego uwagę.
Tomasz: Bezsprzecznie! Bo wydaje nam się, że tam się tyle dzieje. Jest głośno, wibrująco, kolorowo. Ale jest tam też mnóstwo niebezpieczeństw i niepokoju. Dla miłości to największa zbrodnia. Przy tej okazji przypomniała mi się anegdota z mojego dzieciństwa, z placu zabaw. W przedszkolu miałem swoje ukochane czerwone wiaderko z żółtą rączką. Dawało mi poczucie bezpieczeństwa, bo czułem, że trochę przynależy do mnie. Od dzieciństwa byłem też bardzo kochliwy. Kiedy chodziłem do trzylatków, to pomimo tego, że serce oddałem Joli, oprócz niej podobała mi się dużo starsza, jak mi się wtedy wydawało, Agnieszka z pięciolatków. Zasada na przedszkolnym placu zabaw była jedna: wejście na „górkę”, czyli nasyp, który pewnie miał jakieś dwa metry wysokości, było dozwolone tylko dla starszaków. Młodsze grupy pod żadnym pozorem nie mogły tam wejść. Agnieszce bardzo podobało się moje czerwone wiaderko. Wiedziała też, że czuję do niej jakiś afekt, i postanowiła to wykorzystać. Któregoś dnia podeszła do mnie ze swoją drugą koleżanką, piegowatą Pauliną, i zapytała mnie, czy może pożyczyć wiaderko. Obiecała, że zaraz mi je odda. Zauroczony nią i jej prośbą, pożyczyłem jej wiaderko. Ufałem jej bezgranicznie, jak to w miłości na placu zabaw bywa. Agnieszka uśmiechnęła się, podziękowała, odwróciła się i zaczęła uciekać z moim wiaderkiem, ciągnąc za rękę Paulinę, prosto na górkę! Przez chwilę stałem oszołomiony, aż dotarło do mnie, że mnie zdradziła! Tak naprawdę zabrała mi to wiaderko. Pobiegłem za nimi, ale one już zdążyły wbiec na górkę. Ja, zgodnie z zasadami przedszkola, nie mogłem na nią wejść. Stałem na dole, patrzyłem załzawionymi oczami w jej stronę. Nie umiem powiedzieć, co bardziej mnie bolało, strata wiaderka czy zdrada Agnieszki. Prosiłem, żeby zeszły do mnie, oddały mi wiaderko. A one stały na górce nade mną, niewzruszone. W pewnym momencie Agnieszka krzyknęła w moją stronę: „Kto daje i zabiera, ten się w piekle poniewiera!”. Byłem zdruzgotany.
Ta opowiastka jest metaforą miłości na placu zabaw. Może początkowo i jest fajnie, ale tak naprawdę nieustannie się boisz, że ktoś, kogo kochasz, cię oszuka.
Eliza: Otrząsnąłeś się z tego?
Tomasz: Tak, choć długo miałem zadrę w sercu (śmiech). Podsumowując, chodzi mi o to, że na placu zabaw nigdy nie będziesz w stanie przeżyć prawdziwej miłości. A jest to piękna sprawa, nie uważasz?
Eliza: Mogę powiedzieć z własnego doświadczenia, że jeśli czujesz miłość, to to jest bardzo głębokie uczucie, którego nie da się porównać z niczym innym. I w przyjaźni, i w relacji damsko-męskiej. To doświadczenie tak unikatowe, głębokie, transformujące, podnoszące jakość życia i dotykające istoty człowieczeństwa, że jeśli sobie na to nie pozwolisz, jeśli tego do siebie nie dopuścisz, okradniesz się z bardzo ważnej, być może najważniejszej w życiu rzeczy i najważniejszego doświadczenia.
Tu tkwi oczywiście pewien paradoks, że osoba, która nigdy nie doświadczyła miłości i nie wie, jak to jest naprawdę kochać i być kochaną, może nie odczuć tego braku i czuć się wspaniale na placu zabaw, do końca życia imprezować, jeździć na wycieczki, mieć dużo rozrywki – i niczego jej nie będzie brakować. Bo nie ma porównania z tym, jak by się czuła, kochając, nie wie, co traci, a nie sposób jej tego wytłumaczyć słowami.
Pamiętam, że kiedyś rozmawiałam z profesorem Bralczykiem, który powiedział mi, że są różne poziomy nieświadomości. Pierwszy jest taki, że nie wiesz, ale nie wiesz, że nie wiesz. Drugi, że już wiesz, że nie wiesz, ale nie wiesz, czego nie wiesz. Trzeci, że już wiesz, że nie wiesz i czego nie wiesz, ale nie wiesz, jak się dowiedzieć. I czwarty – dowiadujesz się i zaczynasz się zmieniać, żyć inaczej.
Tomasz: Zaczynasz wiedzieć i chcesz coś zrobić.
Eliza: Tak! I myślę, że podobnie jest z dojrzałą miłością i dojrzałym związkiem, że musisz zacząć od tego najniższego poziomu: zrozumieć, że nie wiesz. Czyli wygląda to tak, że najpierw się bawisz, jesteś powierzchowny, płytki i nawet nie wiesz, że czegoś ci brakuje, a później, gdy w końcu się wdrapiesz na ten drugi poziom, to wiesz, czujesz, że twoje życie jest niepełne. I wtedy zaczynasz się rozglądać, szukać, badać. Od wielu ludzi słyszałam, że największe zmiany w ich życiu zaczęły się właśnie od tego niejasnego, nieokreślonego poczucia braku. Na ogół boimy się poczuć pustkę, ale warto ją do siebie dopuścić, bo od niej zaczynają się poszukiwania.
To taki klasyczny obrazek: przychodzi pacjent do terapeuty i opowiada, że niby wszystko jest dobrze, fajnie, niby dobra praca, rodzina, podróże – ale czegoś mu w życiu brakuje; czegoś, bez czego to wszystko nie ma sensu. Oczywiście niełatwo jest dokopać się do tego uczucia w sobie, ale ja bym powiedziała: zróbcie to, za wszelką cenę, bo naprawdę warto. Bo jak już doświadczysz miłości, to jest jak lot w kosmos – jest wiele rozrywek, ale nic innego ci tego nie zastąpi. I uważam, że nawet jeśli człowiek miałby mieć miłość i ją stracić, bo na przykład partner umrze, odejdzie lub wydarzy się cokolwiek innego, to i tak warto jej doświadczyć, bo to jedno z wielkich, unikatowych przeżyć, które na zawsze zmieniają człowieka.
Tomasz: Miłość to gra dla dorosłych. Gra. Nie należy jej mylić z zabawą. Zabawa ludzkimi uczuciami to jedna z najgorszych rzeczy, jakie możemy zrobić drugiemu człowiekowi.
Eliza: Wydaje mi się, że właśnie to może być dobry test na dorosłość. Jeśli ktoś sobie teraz siedzi, czyta tę naszą książkę i myśli, że w sumie to nie wie, czy jest dorosły, czy nie, to może potraktować miłość jak papierek lakmusowy. Jeśli potrafisz kochać, czuć miłość i dawać miłość, to mimo swoich różnych niedoskonałości na pewno jesteś dorosły. I to jest takie genialnie proste – ten test. Jeśli czujesz, jesteś w stanie czuć miłość i się na nią zdobyć, świadomy trudów relacji, to nie możesz być w stosunku do tej drugiej osoby dziewczynką ani chłopcem.
Uważam, że mentalne dzieci nie poczują dojrzałej miłości, bo nie są po prostu do tego zdolne, tak jak ryba nie jest zdolna do wdrapania się na drzewo. Owszem, dziecko czuje miłość, ale nie taką, jaka jest między dorosłymi, bo to wymaga nie tylko kompetencji, ale też zdolności uczuciowych i tego, żeby mieć przepracowane pewne rzeczy, potrafić zaryzykować, otworzyć się, zdjąć maskę i pancerz, poczuć się bezbronnym. Jeżeli nigdy tego nie czułeś, emocjonalnie wciąż jesteś dzieckiem. Jeśli wiesz, że czujesz i jesteś zdolny do dawania mądrej, bezinteresownej miłości, to jesteś dorosły.
Tomasz: Może w aplikacjach randkowych powinny być nakładki, opcje albo innego rodzaju oznaczenia: „Jestem dziewczynką” i „Jestem chłopcem”. Informacja dla potencjalnych partnerów. Zmniejszenie szansy rozczarowania, zmniejszenie ryzyka.
Eliza: To teraz cię zaskoczę i powiem, co ja usłyszałam, kiedy to powiedziałeś – „chęć zagwarantowania sobie czegoś; zmniejszenia ryzyka”. Oczekiwać takiej nakładki to jak powiedzieć: „Wejdę z tobą w związek, ale tylko wtedy, gdy mi dasz gwarancję, że mnie nie oszukasz i nie zostanę zraniony, na przykład twoją niedojrzałością i płochością. Ja ci przynoszę siebie, dorosłego faceta, więc nie chcę, żebyś się okazała małą dziewczynką. Ja ci daję glejt na to, że jestem dorosły, i taki sam chcę dostać od ciebie”. Tymczasem, paradoksalnie, dla mnie jedną z cech dojrzałej miłości jest to, że nie ma w niej gwarancji bezpieczeństwa, dokładnie tak, jak w prawdziwym życiu – i trzeba się z tym po prostu pogodzić. Bo życie takie jest – nieprzewidywalne. Wszystko się może w nim zmienić, czasem z dnia na dzień, z godziny na godzinę, i nikt nic na to nie może poradzić. W naszej mocy leży tylko decydowanie, jak reagujemy na zmiany.
Wprawdzie osoba, która jest dziecinna, za rok może już taka nie być, ale nie ma tu żadnej gwarancji. I może to działać w obie strony. Niestety, to jest przerażające, ale takie jest życie i taka też jest miłość. Możesz bardzo kochać dorosłą dziewczynę, a i tak po jakimś czasie może z niej wyjść coś, czego się nie spodziewałeś, może umrzeć, może odejść, może się zmienić i po dziesięciu latach wspaniałego związku stać kimś innym, z kim już nie chcesz być. Sądzę, że to jest bardzo ważna cecha i życia, i miłości – zrozumienie, że nie ma poczucia bezpieczeństwa, nie ma niezmienności, na nic nie dostaniesz – no właśnie – gwarancji. Oczywiście nie znaczy to, że nie można próbować się zabezpieczyć przez kompletną klęską relacji miłosnej.
Dla mnie na przykład takim zabezpieczeniem jest długie poznawanie się, długi rozbieg. To pierwsza rzecz, od której zawsze rozpoczynam związek. Mam wiele koleżanek, które angażują się bardzo szybko, błyskawicznie przechodzą przez kolejne etapy znajomości – ja tak nigdy nie miałam. Wchodzę w związki zawsze bardzo powoli, niespiesznie i uważnie obserwując nie tylko kogoś, ale przede wszystkim siebie w tej relacji. Lubię spokojnie przechodzić przez jej kolejne etapy, odsłaniać kolejne zasłony, smakować i odkrywać bez pośpiechu kolejne rzeczy, cechy charakteru i temperamentu partnera. Postępując tak, zwiększam szansę, że mój system wczesnego ostrzegania wykryje ukryte wady człowieka, o którym myślę w kontekście stworzenia związku miłosnego, na przykład jego niedojrzałość, dziecinność.