1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Matka, żona, …kierowca

Matka, żona, …kierowca

O stereotypach na temat kobiety i o tym, jak z nimi walczyć, z trenerką medialną dr Jagodą Bloch, rozmawia Joanna Olekszyk.

- W naszych głowach pełno stereotypów, także tych na temat kobiet. Skąd się one biorą?

- W większości sytuacji nie mamy czasu na wgląd w tożsamość ludzi, których spotykamy. Dlatego dość szybko musimy sobie stworzyć ich określony wizerunek, by wiedzieć, jak z nimi postępować. Ów obraz tworzymy z dość przypadkowych elementów zaobserwowanych w pierwszej fazie kontaktu, czyli wyglądu zewnętrznego, zachowania oraz na podstawie tego, czym się dana osoba zajmuje: czy jest pisarką, nauczycielką, czy gospodynią domową. Stereotypy ułatwiają orientację.

- Podobno kobieta kieruje się emocjami i dużo mówi…

- Wśród wielu stereotypów na temat kobiet znajdziemy określenia dwubiegunowe, czyli skrajne, np. kobieta kobiecie wilkiem, ale i solidarność jajników. Szuka partnera z pieniędzmi, ale też jest opiekuńcza. Feministka – uległa, strojnisia – szara myszka, zakupoholiczka – gospodarna.

- Stereotypy chętnie wykorzystuje reklama.

- Reklama najchętniej posługuje się stereotypami „kur domowych” i pań nieumiejących prowadzić samochodu. W jednym z ostatnich spotów widać auta, które same wyjeżdżają z salonu w poszukiwaniu swoich nowych właścicieli. W pewnym momencie jedno zatrzymuje się przy mężczyźnie, ten zadowolony siada za kierownicą i odjeżdża. Kolejne zatrzymuje się przy kobiecie, która wsiada, ale… po stronie pasażera, bo w środku przecież jest już kierowca-mężczyzna. To stereotyp: panie gorzej prowadzą.

- Kobiety w sferze publicznej ciągle muszą coś udowadniać: że nie są głupie, że potrafią jeździć samochodem, że mogą być profesjonalistkami...

- Weźmy taki fakt, że kobiety uśmiechają się częściej od mężczyzn. Jest to zwykle odczytywane jako przejaw ich słabości, uległości, braku pewności siebie. A jak kobieta się nie uśmiecha, określana jest jako… zimna suka. W  tej samej sytuacji mężczyzna nieuśmiechający się uchodzi za stanowczego i zdecydowanego. Poza tym mamy głos o wyższej niż mężczyźni skali. Jeśli natura obdarzy kobietę niskim, mocnym głosem, to bywa mylona z mężczyzną. Spotkało to pewną dziennikarkę, gdy rozmawiała z gościem, który jej nie widział, a jedynie słyszał. Niemal przez cały czas zwracał się do niej: „panie redaktorze”. To tak, jakby kobieta o niskim głosie nie mogła być kobietą... (chodzi o Anitę Werner i jej rozmowę z Jackiem Karnowskim, prezydentem Sopotu – przyp. red.).

- Jak w takim razie walczyć ze stereotypami?

- Przede wszystkim obracać je na swoją korzyść. Nawet wspomniany stereotyp kobiety, która jest złym kierowcą, bywa pomocny – policjant łatwiej kobiecie niż mężczyźnie wybaczy przewinienie i nie wypisze mandatu. W warsztacie samochodowym słaba, pozornie niezaradna kobieta uzyskuje szybszą pomoc. Stereotyp da się też „rozbroić”, kiedy przywołamy go w rozmowie jako argument, ośmieszając tym samym jego zasadność. Łatwiej wtedy uniknąć odpowiedzi na niepożądane dla nas pytanie. Niedawno jedna z osób publicznych na uszczypliwy komentarz dziennikarki o drogim samochodzie, jakim przyjechała do studia, odrzekła: „To o samochodach będziemy rozmawiać? Kobiety się nie znają na samochodach”. Brawo! Stereotyp rozbrojony!

dr Jagoda Bloch, trenerka medialna, prowadzi zajęcia m.in. na Uniwersytecie Warszawskim

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego tak bardzo chcemy zatrzymać młodość?

Czasami mamy problem z przekroczeniem granicznego progu 30, 40 czy 50 lat i traktujemy ten fakt jako coś trudnego, wstydliwego. (Fot. Getty Images)
Czasami mamy problem z przekroczeniem granicznego progu 30, 40 czy 50 lat i traktujemy ten fakt jako coś trudnego, wstydliwego. (Fot. Getty Images)
Lata lecą, czas ucieka, życie pędzi – konstatujemy z żalem. I desperacko próbujemy bronić się przed upływem czasu, odejmując sobie lat, wygładzając zmarszczki, poddając się wszechogarniającemu kultowi bycia młodym. A z drugiej strony – dość łatwo wpadamy w sieć stereotypów mówiących, że czegoś z wiekiem nie wypada albo coś koniecznie trzeba robić, mieć, sądzić. Dużo w tym niekonsekwencji, mało – zdrowego rozsądku.

Kto przyznaje się do swojego wieku, no kto? Zauważyłam, że im starsi ludzie, tym mniej mają z tym problemu. Większość z nas jednak niechętnie przyznaje się do tego, ile ma lat, a nawet pytana sprytnie je sobie odejmuje, co wyszło przy okazji badań socjologicznych na całkiem inne tematy.

Socjolog Tomasz Sobierajski: – Każde badanie zawiera tak zwaną metryczkę, w której ankietowani są proszeni o podanie swoich danych, między innymi wieku. Jakiś czas temu, nie tylko w Polsce, także na świecie, postanowiono powiedzieć: sprawdzam, czyli dowiedzieć się, czy wiek deklarowany przez badanych zgadza się z tym prawdziwym. I co się okazało? Że zdecydowana większość badanych odejmowała sobie lat. Co ciekawe, robiły to nie tylko kobiety, jak stereotypowo się uważa, lecz również mężczyźni. Miało to wpływ na wyniki badań, bo ludzie odejmowali sobie pięć, siedem, a nawet więcej lat. Zdaniem badanych bezpośrednie pytanie o wiek było dla nich niewygodne i zbyt inwigilujące. Teraz już zazwyczaj nie zostawia się pustego miejsca na podanie wieku, tylko umieszcza przedziały lat, do których badani mają się przypisać, na przykład: 20–30, 30–35 itd.

W pełni życia

Dlaczego ukrywamy prawdę o swoim wieku? Co sprawia, że nagle granica młodości stała się elastyczna? Tomasz Sobierajski uważa, że przyczyn jest wiele. Po pierwsze, czasami mamy problem z przekroczeniem granicznego progu 30, 40 czy 50 lat, traktujemy ten fakt jako coś trudnego, wstydliwego. I tak z każdą kolejną dekadą w metryce. A przy tym myślimy z politowaniem o ludziach mających problem z przechodzeniem przez niższy próg. „To śmieszne – myślimy sobie – że ona rozdziera szaty z powodu trzydziestki. Jak skończy pięćdziesiątkę, to dopiero zobaczy, jak to jest”. Jakoś nie przychodzi nam do głowy, żeby pomyśleć: „Mam dopiero 40 lat, za dziesięć będę wspominała ten moment jako fantastyczny”. Raczej utyskujemy na upływ czasu, postanawiamy na przykład, że po czterdziestce będziemy obchodzić tylko imieniny, a nie urodziny. I co? Urodzin rzeczywiście nie obchodzimy, ale dalej czujemy się młodzi. Bo granica, która wyznacza subiektywny koniec młodości, przesuwa się coraz dalej, choć – jak mówi socjolog – wydawało się, że apogeum kultu młodości miało miejsce dziesięć lat temu.

Druga przyczyna przesuwania granicy młodości upatrywana jest w baby boomie lat 50. i 60., kiedy to rodziło się dużo dzieci. I właśnie to pokolenie, zwane pokoleniem powojennym, ochoczo się dzisiaj odmładza.

– Socjologowie na całym świecie opisują to pokolenie jako buntowników, którzy całe życie byli czemuś przeciwni – mówi Tomasz Sobierajski. – Protestowali przeciw kolejnym rządom, reżimom, dyktaturom, wojnom. Buntowali się bardzo mocno przeciwko rodzicom, obyczajom, konwenansom, tradycji. Żadne inne pokolenie nie eksplodowało takim buntem młodości, jak pokolenie dzieci kwiatów. Nigdy potem ten sprzeciw nie był tak silnie zaznaczony pokoleniowo. Bo to, że dzieci buntują się przeciwko rodzicom, jest czymś normalnym. Ale tamten bunt był totalny, przeciwko wszystkiemu, w każdym kraju. W Polsce przeciw komunie, w Hiszpanii przeciw Franco, w Stanach przeciwko wojnie w Wietnamie i Nixonowi. No i kiedy przyszedł moment, że to pokolenie przekroczyło pięćdziesiątkę, zaczęło buntować się przeciwko starości. Zauważmy, że ludzie 50+ rządzą obecnie światem, zajmują najbardziej liczące się stanowiska, ale też decydują o produkcji wszelkich odmładzaczy, począwszy od kremów, poprzez witaminy, a na produktach bio skończywszy.

Kolejny powód przesuwania granicy młodości jest bardzo prozaiczny, a zarazem optymistyczny – żyjemy dłużej niż nasi rodzice i dziadkowie. W Polsce ta granica w przypadku kobiet przekracza 80 lat, a mężczyzn – 72 lata, a to oznacza, że dużo ludzi dożywa do setki. Jeszcze 30 lat temu ktoś, kto skończył 50 lat, był uważany za staruszka, który przekroczył smugę cienia. W czasach komunistycznych granica młodości wyznaczana była administracyjnie i determinowała określone prawa, na przykład do młodzieżowych organizacji można było należeć tylko do 35. roku życia. A dzisiaj? 50-latkowie czują się w pełni sił, intensywnie pracują, dbają o siebie. Zważywszy na postęp medycyny, zdrowe odżywianie, uprawianie sportów, ci ludzie znajdują się tak naprawdę w środku życia. Socjolog zwraca uwagę jeszcze na jeden powód przesunięcia granicy młodości dojrzałych ludzi. Jako rodzice dorosłych dzieci – rozkojarzonych, niesamodzielnych – tak naprawdę nie mają wyjścia, muszą czuć się młodo, bo ciągle mają się kim opiekować.

Czas płynie, potem pędzi

Z przeprowadzonych badań koordynowanych przez Tomasza Sobierajskiego wynika, że 56 procent Polaków czuje się młodziej, niż świadczyłaby o tym metryka, a zaledwie dziesięć procent ocenia swój wiek na więcej lat, niż ma obecnie. Zdaniem ankietowanych najlepszym okresem w życiu jest wiek 30 lat, przy czym według osób od 18 do 34 lat na koniec młodości przypadają lata 33–35, natomiast ankietowani powyżej 35. roku życia skłaniają się ku okresowi „po czterdziestce”. W badaniach granica młodości kobiet przypada na 43 lata, a mężczyzn – 37 lat. Co ciekawe, okazuje się, że wraz z wiekiem zmieniamy stosunek do upływającego czasu. Jako młodzi ludzie uważamy, że czas płynie, jako starsi oceniamy, że „biegnie”, a nawet „pędzi”. Zdaniem Tomasza Sobierajskiego takie postrzeganie czasu może być związane ze zwiększającą się liczbą obowiązków i zakresu odpowiedzialności.

Douwe Draaisma (rocznik 1955), profesor psychologii Uniwersytetu w Groningen w Holandii, uważa, że ocena wieku i upływu czasu zależą od naszego zegara biologicznego. Gdy jesteśmy starsi, czyli gdy nasze funkcje życiowe ulegają spowolnieniu, mamy poczucie przyspieszenia świata. Po prostu dlatego, że za nim nie nadążamy. Draaisma, stawiając w tytule książki pytanie: „Dlaczego życie płynie szybciej, gdy się starzejemy”, odpowiada obrazowo, porównując obiektywny, odmierzany zegarem czas do rzeki płynącej w równym tempie przez nizinę, a nasze życie do pór dnia. Na początku dnia (życia) człowiek biegnie jeszcze raźno wzdłuż brzegu, szybciej od nurtu rzeki. Koło południa jego prędkość się nieco zmniejsza i jest równa prędkości, z jaką płynie rzeka. Pod wieczór, gdy człowiek zaczyna odczuwać zmęczenie, wydaje mu się, że nurt przyspiesza, a on zostaje z tyłu. W końcu idący zatrzymuje się i kładzie obok rzeki, która nadal płynie w takim samym, niezakłóconym tempie, w jakim płynęła przez cały dzień.

Postrzeganie upływu lat zależy od wieku postrzegającego. Siostrzeniec Tomasza Sobierajskiego (11 lat) na pytanie, ile lat ma jego wychowawczyni, odpowiada: „Jest stara”. Dopytywany, co to znaczy, uściśla, że pani ma 35 lat. – Z jego punktu widzenia trzydziestka to wiek mocno dojrzały, i to normalne – ocenia socjolog. – Przyznam, że niezmiernie cieszy mnie to, że ludzie coraz dłużej czują się młodzi, czyli że – jak wyszło w badaniach – kobiety uważają się młode do 43. roku życia, a mężczyźni do 37.

Skąd ta różnica w wyznaczaniu granicy przez kobiety i mężczyzn? Zdaniem socjologa stąd, że kobiety prowadzą bardziej higieniczny tryb życia, mimo że mają dużo więcej obowiązków, bo pracują, zajmują się domem, wychowaniem dzieci, a często przejmują także część obowiązków zarezerwowanych dotychczas dla mężczyzn, jak budowa domu. Przywiązują jednak dużo większą wagę do tego, jak się odżywiają, bardziej dbają o siebie. Mężczyźni natomiast prowadzą się dużo gorzej, pozwalają sobie na dużo więcej wykroczeń, czyli palą, piją, tyją, a jednocześnie dużo rzadziej zgłaszają się do lekarza, a dbanie o swoje zdrowie uważają za niemęskie.

Nie odbiło im, oni chcą żyć!

To, że Polacy po pięćdziesiątce czują się świetnie, chcą pracować, to bardzo dobra wiadomość. Jako społeczeństwo starzejemy się i kto, jak nie ludzie w sile wieku, ma pracować na swoją emeryturę.

Tomasz Sobierajski uważa, że pora zweryfikować pojęcie seniora. Pamięta, jak kilka lat temu na rynku w Krakowie zobaczył wielki baner informujący o szkoleniu dla seniorów, czyli osób 50+. Pomyślał, że chyba ten, kto to pisał, nie wie, o kim mowa. Bo gdyby ludzi po pięćdziesiątce uznać za seniorów, to trzeba by odesłać na emeryturę niemal wszystkich rządzących tego świata, a także szefów koncernów, którzy decydują, jak wygląda nasze życie, kształtują nasze gusta.

– Nieliczenie się z tymi ludźmi, z ich odczuciami, wiedzą, umiejętnościami, doświadczeniem, wywieranie na nich presji, żeby się odsunęli i zrobili miejsce młodym, to ogromna pomyłka. Po pierwsze, dlatego że nie pozwala na to sytuacja demograficzna. Nie ma tylu młodych wykształconych ludzi, którzy by zajęli miejsce 50-latków czy 60-latków. A po drugie, cieszę się, że zwracamy uwagę nie tylko na młodość, ale także na doświadczenie. Zresztą coraz częściej postrzegamy doświadczenie, dojrzałą energię jako inny odcień młodości. Mówiąc „młodzi”, nie myślimy już tylko o 18-latkach, ale o 20-latkach, 30-latkach, a nawet o ludziach powyżej czterdziestki. Moim zdaniem bardzo dobrze, że granice młodości się wydłużyły. Także dlatego, że ten fakt na pewno wpłynie na nasze samopoczucie.

– Psycholog powiedziałby, że należy akceptować upływający czas – prowokuję.

– Wiem, do czego pani zmierza. To pułapka myślowa, której do końca nie rozumiem.

– Według mnie chodzi o to, żeby akceptować swój wiek, ale nie zgadzać się na stereotypy, w które się nas wpędza.

– Podpisuję się pod tym stwierdzeniem. Tymczasem dość łatwo wrzuca się ludzi w wiekowe stereotypy. Gdy 50-letnia kobieta zaczyna przygodę z tenisem, skacze ze spadochronem albo przygotowuje się do maratonu, mówi się: „Odbiło jej, przechodzi kryzys związany z wiekiem”. A dlaczego nie spojrzy się na to w ten sposób, że odchowała dzieci, ma więcej czasu, pieniędzy, możliwości, żeby realizować się w upragnionych dziedzinach życia? To nie psychologiczna wywrotka, tylko fakt, że wreszcie może sobie pozwolić na coś, na co dotychczas nie mogła. Jestem przeciwny temu, jaką rolę przypisuje się współcześnie babciom. Zarówno kulturowo, jak i rodzinnie wywiera się presję na 50-letnie kobiety, że mają wszystko rzucać, rezygnować z pracy, którą kochają, żeby opiekować się wnukami, bo ich dzieci muszą pracować i się realizować. Pytam: Za jakie grzechy?

Rzeczywiście, jesteśmy mocno zdeterminowani przez stereotypowe postrzeganie wieku. Kiedy przyznajemy się do czterdziestki czy pięćdziesiątki, od razu zostajemy włożeni do odpowiedniej szufladki: tego nie wolno, tego nie wypada, to wstyd. Wiele osób, przekraczając określony wiek, poddaje się tej presji i rezygnuje z wielu czynności, bo ludzie nie mają siły i odwagi, żeby z tym walczyć.

– Stereotypy dotyczące wieku uważam za szczególnie krzywdzące, bo niesamowicie podcinają ludziom skrzydła – konstatuje Tomasz Sobierajski. – Oczywiście, informacje o człowieku, takie jak wiek, pomagają nam, bo wiemy, jak się do niego zwracać. Ale często zapominamy, że za tym obrazem, który sobie tworzymy, gdzieś w środku jest człowiek, który ma inne marzenia, inne pragnienia, niekoniecznie przystające do tego kulturowego kanonu. Mój ojciec ma 77 lat i właśnie się zakochał. Nie uległ stereotypowi, że po siedemdziesiątce nie wypada przeżyć miłości, dał sobie do niej prawo.

Wyciśnij z mózgu, co się da

Nauka przytacza coraz więcej dowodów na to, że starzenie się nie musi równać się tylko utracie (zdrowia, kondycji, siły). Może oznaczać także ze wszech miar pozytywne zmiany. Elkhonon Goldberg, neuropsycholog, badacz mózgu, dowodzi, że wraz z wiekiem, owszem, kurczy się prawa półkula mózgu (nazywana półkulą nowości, siedzibą negatywnych emocji), ale za to rośnie znaczenie półkuli lewej (magazynu dobrze wykształconych wzorców, powiązanego z dobrymi emocjami). Goldberg przekonuje, że nasz mózg przez całe życie wykazuje dużą plastyczność. Okazało się – wbrew temu, co sądzili do niedawna naukowcy – że neurony tworzą się do końca naszej aktywności. Im bardziej wykorzystujemy nasz mózg, tym więcej powstaje w nim nowych neuronów, które trafiają do najintensywniej używanych części mózgu, a więc wraz z wiekiem do półkuli lewej. Wszystko to prowadzi do fascynującego wniosku, jeszcze kilka lat temu uznawanego za fantastykę: można zwiększyć żywotność mózgu, ćwicząc go! Zatem wyciśnijmy z mózgu, co się da – zachęca Goldberg.

Jego zdaniem starzenie się nie musi być więc takie straszne. Właściwie może być nawet czymś, czego powinniśmy z niecierpliwością wyglądać i z czego możemy czerpać radość. Bo lata w metryce przekładają się na życiową mądrość i dobre emocje dla ludzi i świata. Pod jednym wszakże warunkiem – że będziemy dbać o nasz mózg. Podobnie jak o ciało, psychikę. Zatem bicie na alarm, że świat zwariował, bo ludzie zatracają się w staraniach o zatrzymanie czasu, wydaje się grubo przesadzone. Z jednym zastrzeżeniem: trzeba rozróżnić kult młodości polegający na dbaniu o zdrowie, rozwój i wygląd od kultu młodości lansowanego przez marketingowców. Spece od marketingu wmawiają nam bowiem, że niektóre ubrania, samochody, wycieczki są tylko dla młodych. Na telewizyjnej wizji pojawiają się też młodzi czasem w niewiarygodnej roli, na przykład autora relacji z wojennego frontu.

– Tego rodzaju kult młodości jest dość niebezpieczny – ocenia socjolog – ponieważ prowadzi do zafałszowania rzeczywistości, wykluczenia dojrzałych ludzi, którzy są motorem napędowym gospodarki, kultury. Ale i to powoli się zmienia. Marketingowcy zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że starsze pokolenie ma więcej pieniędzy, i zaczynają do tych ludzi adresować swoje działania. Nie widzę żadnego powodu do oburzenia tym, że ktoś próbuje zatrzymać swój wiek. Najczęściej jako przykład podaje się piosenkarkę Cher, która jest po siedemdziesiątce, a wygląda znakomicie, bo robi sobie operacje plastyczne. Jeśli dobrze się z tym czuje, niech robi! Jeśli ktoś chce uprawiać sporty ekstremalne w zaawansowanym wieku, niech uprawia! Nie osądzajmy, nie ferujmy wyroków zbyt łatwo. Większość z nas płynie z nurtem rzeki, to typowe społeczne zachowanie, więc jeśli ktoś postanawia wyjść z tej rzeki i pójść pieszo brzegiem, wywołuje naszą irytację. A może zamiast się irytować i próbować wciągnąć go z powrotem w główny nurt, warto wziąć z niego przykład i odważniej zawalczyć o siebie.

  1. Psychologia

Jakich mężczyzn potrzebują współczesne kobiety? Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Czy w czasach równych praw, liberalizmu i demokracji sami podejmujemy decyzje, jak chcemy żyć, czy coś lub ktoś decyduje za nas? Czy kobiety i mężczyźni mogą w takim samym stopniu decydować o swoim losie, wyborze drogi życiowej, o byciu lub niebyciu singlem, założeniu rodziny, posiadaniu dzieci? Czy to naprawdę efekt naszych świadomych wyborów, że jest tak dużo singli i samotnych matek – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Stereotyp jest taki, że podejmując decyzje, kobiety kierują się emocjami, poświęceniem, a mężczyźni – karierą, realizacją siebie.
Teraz to się zmieniło, młode kobiety stają przed zupełnie nową perspektywą życiową. A ponieważ jest ona nowa, nie mają wzorców, z których mogłyby skorzystać, by wybierać świadomie i mądrze szacować ryzyko. Obowiązująca w tej chwili instrukcja dla kobiet rozpoczynających życie to: nie ma co liczyć na mężczyzn, trzeba liczyć tylko na siebie, zdobyć wykształcenie i pracę, żeby być niezależną ekonomicznie i życiowo. Koniec z marzeniami o księciu, rycerzu czy misiu, który ci w tym pomoże. I większość młodych kobiet nie uznaje już tej do niedawna rozpowszechnionej strategii: Wykształcę się trochę, żeby być kulturalną panią domu, a potem spotkam odpowiedzialnego mężczyznę, założymy rodzinę, będziemy mieli dzieci. On będzie pracował, ja zajmę się domem i jakoś to życie nam przeleci.

Mainstreamowa obyczajowość postuluje nowy model życia kobiety i ostatecznie odbiera nadzieję na to, że stary jest coś wart. Dlatego kobiety są tak zdeterminowane, by za wszelką cenę – nawet nadużywając siebie – zrealizować ten nowy autonomiczny model.

W jaki sposób młode kobiety, decydując o swoim życiu, nadużywają siebie?
Na przykład sponsoring to forma nadużywania siebie w imię realizacji nowej strategii. Nadużyciem są też nałogi, bo trzeba się jakoś znieczulić, dopieścić, mieć pod ręką dopalacz, kiedy już brakuje siły, wiary, nadziei i wsparcia. Byle sięgnąć ideału, którym są praca, kredyt, samochód, mieszkanie. Dopiero wtedy z pozycji samodzielnej singielki kobieta może się rozglądać za stałym partnerem, który – jeśli wszystko dobrze pójdzie, a ona dalej pozostanie w pełni niezależna – będzie nadawał się na ojca jej dzieci. Do niedawna młode kobiety mogły jakoś realizować taki scenariusz. Ale na skutek kryzysu coraz częściej zderzają się z bezrobociem. I to jest tragedia, bo choć tak wiele pracy, wyrzeczeń i nadużyć zainwestowały w batalię o autonomię, bez pracy nieuchronnie wpadają we wtórne uzależnienie od lepiej urządzonych mężczyzn – często z pokolenia ich ojców – albo od własnych rodziców.

Nie jest łatwo być kobietą, która wybrała aspiracje do miejskiego dobrobytu i autonomii.
Nie dość, że brakuje drogowskazów, to na dodatek wsparcie systemowe jest w powijakach. Rzesze zdeterminowanych kobiet uciekają z małych miejscowości do dużych miast (mężczyźni wykazują w tej sprawie mniej inicjatywy) i przystosowując się do środowiska miejskiego, odcinają się od rodzinnych korzeni i ich kulturowego przekazu. Mało tego – potrzeba im wręcz entuzjazmu neofity w asymilowaniu nowych wartości i obyczajów. Bo gdy porzuca się wszystko, co znane, można tylko brawurowo i bezrefleksyjnie łykać nowe. Być gotowym na wszystko bardziej niż dzieci z zasiedziałych wielkomiejskich rodzin. Wtedy wybiera się tylko to, co korzystne z punktu widzenia upragnionego celu. Wokół złamane serca, zawiedzione przyjaźnie, rozbite rodziny. A na końcu drogi czyha samotność – niechciana cena za poświęcenie wszystkiego i wszystkich.

Samotność? A gdzie są mężczyźni dla autonomicznych kobiet?
No właśnie, tak wypracowany sukces wyklucza zgodę na jakiegokolwiek „miśka”. Wymagania są duże. To musi być wojownik, który budzi szacunek, który się rozwija i ma aspiracje, jest odpowiedzialny, ma podobne zainteresowania – a takich jest coraz mniej albo już założyli rodziny. Na pewno nie ogłaszają się na portalach randkowych. Więc rozczarowane i roszczeniowe neofitki pytają: „Dlaczego rynek nie oferuje facetów w lepszym gatunku?”. Kilka fakultetów i języków, dobra praca, mieszkanie, pieniądze, sylwetka – a w męskim supermarkecie półki puste albo badziewie. Zanika świadomość, że relacje buduje się długo i cierpliwie, gotowych nie dają i gdy kalendarz przypomni, że czas na dzieci, zaczynają się nieprzemyślane wybory, np. angażowanie w trójkąty, bo mężczyźni z wyższej półki są już w związkach i nie chcą z nich rezygnować. A jeśli zrezygnują, to życie w patchworkowej rodzinie bywa trudne. Heroiczna decyzja o samodzielnym macierzyństwie też nie daje pełni satysfakcji, bo w głębi serca kobiety ciągle potrzebują ciepłego, bezpiecznego związku i partnera w domu.

Jak więc wybierać, by mimo woli nie wybrać samotności?
Gdybym miał wychowywać córkę, prawdopodobnie – zważywszy na dominujący kulturowy kontekst – na wszelki wypadek przygotowywałbym ją do samodzielności. W nadziei, że samodzielność nie musi oznaczać samotności, bo ta nigdy nie jest naturalnym wyborem. Jest klęską na różne sposoby oswajaną: Bo faceci są beznadziejni; A po co mi facet? Nawiasem mówiąc, zanika w słownictwie kobiecym termin „mężczyzna” (nawet mężczyźni wstydzą się tego słowa). A gdy myśli się „facet”, to spotyka się facetów, a nie mężczyzn. Nasze słowa i przekonania tworzą świat, w którym żyjemy. Aby więc znajdować partnerów i unikać pułapki samotności, kobiety powinny uważać na słowa i myśli, których używają i które pielęgnują w kontekście mężczyzn i związków z nimi. Inaczej nie da się w etos autonomii kobiety włączyć bliskiej, trwałej i opartej na szacunku i partnerstwie więzi z mężczyzną. I to jest krytyczny dylemat w etosie współczesnej kobiety: Jak zachować autonomię i jednocześnie zdolność wchodzenia w bliskie, partnerskie relacje?

Kobiety, które miały siłę, żeby się usamodzielnić, w obawie przed tradycyjnym związkiem wybierają na partnerów słabych mężczyzn.
Kulawy i gorzki związek z mężczyzną, którego kobieta sobie podporządkuje i którego nie szanuje, to mierna alternatywa dla singielstwa. Wybranie słabszego mężczyzny pozwala jednak mieć nadzieję na zachowanie autonomii. Dlatego też wielu mężczyzn nadal poszukuje słabych i niemądrych kobiet. Rozkapryszonej kizi-mizi, która czasem pokrzyczy, potupie, strzeli focha, której nie trzeba traktować poważnie i nadal można się cieszyć wygodną wolnością. Ci mężczyźni nie zdają sobie sprawy, że to, co próbują uchronić, to nie wolność, lecz niedojrzałość. Czasy i obyczaje jednak się zmieniają i teraz kobiety mają ten problem, zastanawiają się, czy nie stracą po ślubie swojej z trudem wywalczonej wolności – niedojrzałości.

A mężczyźni – jaki jest ich główny problem z decydowaniem o sobie?
Mężczyznom wydaje się często, że samo bycie mężczyzną czyni ich autonomicznymi i nie muszą nic w tej sprawie robić. A skoro kobiety się usamodzielniają, to coraz więcej mężczyzn zwalnia się z odpowiedzialności za materialne bezpieczeństwo nie tylko rodziny, lecz nawet własne. Mężczyzna może sobie wyobrazić coś, co do niedawna nie mieściło się w męskiej głowie: „Skoro nie mam szansy na dobrą pracę, to znajdę sobie dobrze zarabiającą kobietę, zaakceptuję słabszą pozycję, przyjmę rolę gospodarza domu, którego żona utrzymuje – i święty spokój”. Przeciw staremu etosowi męskości działa też system ekonomiczno-społeczny. Piramida sukcesu robi się coraz bardziej stroma, rozwarstwienie – absurdalne. Coraz trudniej być samcem alfa.

Czy to znaczy, że mężczyzna nie ma wyboru, nie decyduje, czy dalej mieszkać z babcią, czy założyć rodzinę?
Przy kurczącym się rynku pracy mężczyznom zostaje coraz mniej możliwości – a oczekiwania kobiet i wymagania męskiego etosu pozostają na tym samym, wyśrubowanym poziomie. Systemowe ograniczenia są wielkie, bo dotykają etosowych potrzeb mężczyzn – jak, nie mając pracy, zakładać rodzinę? Co gorsza, nie ma się gdzie wykazać męstwem, stąd ta potrzeba tworzenia mitów o czyhających wewnętrznych i zewnętrznych wrogach. Stąd potrzeba wyżywania się w zastępczych wojnach na piłkarskich stadionach.

Ilu jest nowoczesnych mężczyzn?
Ciągle jeszcze niewielu mężczyzn gotowych jest na wersję: Razem będziemy klepać naszą małą biedę, mamy siebie, wynajęty pokój, dwa rowery i barterową wymianę w środowisku, w którym żyjemy. Jeśli to świadomy wybór, a nie upokarzająca konieczność – to super. Ale nawet wtedy, przy tak anemicznym wsparciu państwa posiadanie dziecka staje się ryzykownym przedsięwzięciem. Przerzucanie przez państwo odpowiedzialności za młodych na dziadków emerytów świadczy o systemowej niewydolności. I niebawem przyniesie katastrofalne demograficzne skutki. Dlatego trzeba zacząć inaczej myśleć o roli państwa, o możliwościach, które rynek stwarza mężczyznom. Mężczyźni muszą pracować nad zmianą etosu i realnie dzielić się z kobietami władzą, wolnością i odpowiedzialnością. Trzeba mieć nadzieję, że unikniemy tragicznej powtórki z matriarchatu, że mężczyźni nie zaakceptują wersji: Wyjdę za bogatą albo zapiszę się do jej haremu.

No, ale mężczyzna może wnieść wiele do związku, nawet jeśli nie ma kasy.
Może, jeśli nie jest sfrustrowany, nie ma depresji, nie czuje się upokorzony zależnością od kobiety. Na razie nie ma takiej możliwości, by statystyczny mężczyzna mógł poczuć męskość w związku z kobietą, od której całkowicie zależy ekonomicznie. Nie może przypisać sobie zasługi urodzenia i wykarmienia dzieci, by czując się godnie, pobierać od partnerki dożywotnie dowody wdzięczności. Mężczyźni niechętnie – jakby nie porzucili nadziei na powrót dawnych reguł – rozpoczynają dopiero pracę nad zmianą etosu. Nadal dla zdecydowanej większości płeć nie jest genderowa, definiowana społecznie i obyczajowo, lecz jest biologiczna, raz na zawsze ustalona. Potrzeba pokoleń, by mogli na innej zasadzie wchodzić w związki z kobietami. Jeszcze długo mężczyzna będzie się czuł upokorzony, gdy mu zabraknie na kawę dla adorowanej kobiety. Jeszcze długo kobiety będą oceniać mężczyzn, patrząc na ich zawodową i ekonomiczną pozycję, ambicje i dążenia. Kobiet, które odniosły sukces i wybierają mężczyznę ze względu na inne niż ekonomiczne zalety, jest bardzo mało. Najczęściej są samotne i biorą na utrzymanie młodszych od siebie mężczyzn. Nierzadko ma to charakter sponsoringu, choć zdarza się, że i takie związki są szczęśliwe.

Czyli dla kobiet kasa liczy się najbardziej w ocenie partnera?
Przede wszystkim liczy się partnerstwo. Ale to wydolność finansowa mężczyzny jest jednym z istotnych wskaźników zdolności do niego. Nawet gdy ją najbardziej cieszy wspólna jazda na rowerach, to ważne jest, aby on miał rower tej samej klasy i mógł za nią nadążyć. Rowery tandemy już się nie przyjmą – niezależnie od tego, kto miałby trzymać kierownicę.

Współczesne związki muszą się opierać na partnerstwie finansowym, gwarantującym obu stronom wolność podejmowania decyzji o wyjściu ze związku, gdy inne atrybuty – te najważniejsze – zawodzą. Ekonomiczne partnerstwo zaczyna w dużym stopniu decydować o szacunku. Także dla kobiet urodzenie dziecka jest coraz rzadziej wystarczającym argumentem do rezygnacji z własnych dochodów i kariery.

Niezależność ekonomiczna nowym fundamentem związków?
Na to wygląda. Bo co ma począć 30-latka, która odniosła sukces zawodowy, a zakochała się ze wzajemnością w równolatku, który nie ma pracy i mieszka z mamą? Prawie nieuchronnie po wielkiej eksplozji ich uczucie przejdzie w fazę implozji. On nie może znieść upokorzenia, że go nie stać na jej poziom życia. Ona, nie chcąc rezygnować ze słodkich owoców sukcesu, płaci za niego i pokazuje mu świat, do którego on beznadziejnie aspiruje – co frustruje go jeszcze bardziej. On czuje się jak Kopciuszek macho, który żąda od ukochanej księżniczki, by nie zabierała go do pałacu, lecz na dowód ich miłości zamieszkała z nim w komórce. W czasach narastającego rozwarstwienia i usamodzielniania się kobiet partnerstwo ekonomiczne staje się równie ważne jak intelektualne. Dlatego rozwiązaniem, które pojawia się teraz na masową skalę, jest singlowanie. Ufajmy, że to tylko faza przejściowa.

Jak mimo wszystko uratować miłość i budować trwałe związki?
Wiele zależy od tego, czy kobietom sukces nie przewróci w głowie: Skoro zrobiłam taki wysiłek, to teraz należy mi się królewicz, rycerz albo choć śliczny paź. Królewiczów i rycerzy jest coraz mniej, a paziowie boją się kobiet. Ale też odpowiedzialni mężczyźni nie wyrywają się do zakładania rodzin, bo męskie superego szepcze im nadal do ucha: „Albo cię stać na kobietę i rodzinę, albo nie. A jeśli nie, możesz zostać tylko kłusownikiem”.

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca  i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  1. Psychologia

Energia z kamienia – na czym polega litoterapia?

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Śpiewając, że brylanty są najlepszymi przyjaciółkami kobiety, Marilyn Monroe myślała prawdopodobnie o ich pięknie. Średniowieczna mniszka Hildegarda z Bingen przypisywała im jednak także działanie lecznicze.

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. Najbardziej znana jest dziś praca Hildegardy z Bingen, w której średniowieczna mniszka polecała m.in. szmaragd na atak padaczki czy silne bóle głowy. Historycy przywołują również zapiski Pliniusza Starszego, powstałe w I wieku naszej ery.

Litoterapia, czyli leczenie kamieniami (od lithos – kamień i therapeuo – leczenie, pielęgnacja) opiera się na zasadzie przepływu energii. Kamienie pochodzenia mineralnego zawierają te same pierwiastki co ciało człowieka i mogą uregulować biochemiczny niedobór albo nadmiar w organizmie.

Terapeutyczne działanie kamieni, odrzucane przez medycynę akademicką jako naukowo niepotwierdzone, ma jednak wielu zwolenników. „Dlaczego na przykład korale bledną, gdy osoba je nosząca choruje na niedokrwistość, a odzyskują barwę, gdy wraca do zdrowia?” – pyta prezes polskiej filii światowej federacji medycyny alternatywnej Zbyszko Patyk i zwraca uwagę, że z przeprowadzonych kiedyś badań wynikło, że ułożone wokół głowy kryształy zmieniają zapis encefalogramu.

Mimo niechęci naukowców do litoterapii (która być może wzięła się po części stąd, że sama nazwa powstała w kręgach newage'owskich w latach 70. XX wieku) ma ona jednak wielu praktyków, którzy rozwijają ją jako uzupełnienie medycyny zachodniej.

Jak stosować litoterapię?

Zwolennicy metody radzą, żeby wybrać kamień, który do nas przemówi, i stworzyć własne rytuały z jego udziałem: przytrzymać co rano przez kilka chwil w dłoni czy przykładać do punktów energetycznych na ciele.

Ważna jest również odpowiednia pielęgnacja kamienia, trzeba go czyścić zgodnie ze wskazówkami, czasem w czystej wodzie, w innych przypadkach np. w roztworze soli.

Terapeutyczne znaczenie będzie miało ponadto noszenie biżuterii z wybranym kamieniem czy nawet postawienie go w swoim pokoju.

O kilka wskazówek poprosiliśmy prowadzącą sesję terapii kryształami Alicję Radej (@alicja_radej). Oto, co poleciła na nękające nas często schorzenia fizyczne i psychosomatyczne:

  • na bezsenność: ametyst, celestyn, czaroit, howlit, hematyt, lapis lazuli, sodalit, malachit;
  • na otyłość: czarny onyks, turmalin, kamień księżycowy, cytryn;
  • na wzmacnianie odporności: heliotrop, ametyst, czarny turmalin, zielony kalcyt, karneol, kwarc;
  • na bóle miesiączkowe: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menstruacją: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menopauzą: cytryn, granat, lapis lazuli, perła, kwarc różowy, rubin, heliotrop.

Wszystkie te kamienie są do kupienia w Polsce.

Kamienie lecznicze wg Hildegardy z Bingen

  • szmaragd
  • hiacynt
  • onyks
  • beryl
  • sardoniks
  • szafir
  • sard
  • topaz
  • chryzolit
  • jaspis
  • praz
  • chalcedon
  • chryzopraz
  • karbunkuł
  • ametyst
  • agat
  • diament
  • magnetyt
  • liguriusz
  • kryształ
  • perła rzeczna
  • karneol
  • alabaster
  • wapień
  1. Psychologia

Przyszłość małżeństwa – monogamia symetryczna

Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Pisze się o zdradach, rozwodach, poliamorii itp. Czy jest więc sens zastanawiać się nad monogamią i wiernością albo nad spełniającym te kryteria małżeństwem? Tak, Helen Fisher, amerykańska antropolożka i badaczka miłości, przepowiada im wielką przyszłość. Nowy rodzaj związku nazywa symetrycznym.

Gdyby kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej miała opowiedzieć o swojej seksualności, to co by powiedziała? Jak brzmiałoby jej wyznanie? Zainspirowane przez Helen Fisher, amerykańską antropolożkę, napisałyśmy z Izabelą Jąderek, warszawską seksuolożką i psychoterapeutką, wyznanie takiej kobiety: Naga? Jestem otwarta i naturalna w miłości. Nie wstydzę się swojego ciała. Lubię je. Piersi za małe, pupa za duża? Akceptuję swój wygląd, niedoskonałości nie spędzają mi snu z powiek. Jestem taka, jaka jestem. A jeśli coś mi przeszkadza, czuję zawstydzenie czy zakłopotanie, to przyglądam się temu. Zastanawiam się: „Czy tego nie chcę, czy może uważam, że nie powinnam chcieć, bo tak mnie wychowano?”. Naga w seksie, ale też naga w emocjach, w marzeniach, w fantazjach, w pragnieniach: uległości czy dominacji nad tobą. Nie czuję się zmuszona do bierności! Inicjuję seks bez obawy, że powiesz: „Jesteś zbytnio wyzwolona”, albo nawet: „wyuzdana!”. Oddaję ci się też bez wstydu, jeśli tylko mam takie pragnienie. W łóżku mogę śmiać się, krzyczeć albo śpiewać. To zależy, co czuję i jak przeżywam miłość. Mam oczekiwania i chcę, byś je spełnił. Spotkałam cię po kilku bardziej lub mniej nieudanych związkach i nareszcie mogę być sobą, będąc z mężczyzną. Ufam ci. Dajesz mi poczucie bezpieczeństwa.

Cudne? Ba! Ale czy takie pogodzenie ze swoją cielesnością i seksualnością to dla wielu kobiet nie utopia? Czy każda z nas, jeśli tylko zachce, może stać się kimś takim?

Poznaj samą siebie

Myślimy, że serce i miłość to synonimy, mówimy: „Oddałam mu serce”; „Złamał mi serce”. Izabela Jąderek przekonuje, że najważniejsze jest zbudowanie relacji z samą sobą. Poznając siebie, kobieta odkrywa, jak chce się kochać, i znajduje w sobie śmiałość, by właśnie tak to robić. Czy jednak każda z nas może zacząć kochać i żyć w zgodzie ze swoją zmysłowością, seksualnością? I czy jest to aż tak ważne? – W moim osobistym przekonaniu każda może i ma do tego potencjał – stwierdza Izabela Jąderek. – Oczywiście, napotka na tej drodze mnóstwo wybojów, ale kluczem jest słowo „chcieć”: przyglądać się sobie po to, by zrozumieć siebie i swoje potrzeby również w tym aspekcie, jakim jest seksualność. Potem można ją przyjąć albo coś w niej zmienić.

A czy to ważne? Tak, jeśli marzy nam się symetria we dwoje, a nawet małżeństwo symetryczne. Zakłada ono równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. Żeby być równą mężczyźnie w realizacji swoich pragnień, kobieta musi wiedzieć, jakie one są, czego chce od kochanka. A to wcale nie jest takie oczywiste, nawet dla niej samej. Dlaczego? Związek monogamiczny dziś oznacza często tradycyjny podział ról i zależności. Wynika to z wychowania, a często i ekonomii. – Kobieta ekonomicznie zależna bywa też zależna mentalnie – wyjaśnia Jąderek. Powściąga się w łóżku i dostosowuje do partnera, i to w sposób całkiem bezwiedny.

Nie zawsze tak jest, ale jeśli mamy wątpliwości, czy realizujemy swoją seksualność, warto się zastanowić, jak nas wychowano. Czy moi rodzice okazywali sobie nawzajem czułość? Czy ja lubię swoje ciało? Czy potrafię wskazać, gdzie pojawiają się w nim uczucia? A może chcę się upodobnić do modelek, aby poczuć się atrakcyjna? A seks? Czy kojarzy mi się z przyjemnością, czy ze skrępowaniem? To pomoże nam odnaleźć drogę do zrozumienia swojej seksualności i do ewentualnej erotycznej zmiany siebie.

Szczęśliwi we dwoje

Równość ekonomiczna jest ważna, bo zdaniem badaczy monogamia symetryczna to powrót do archaicznego związku, w którym panowało partnerstwo! W czasach łowców i zbieraczy, a więc przed wynalezieniem pługu, kobieta i mężczyzna wnosili tyle samo do wspólnej spiżarni. Czyli byli ekonomicznie równi i dlatego mieli równe prawa erotyczne. Małżeństwo symetryczne wraca, bo kobiety stają się na powrót równe swym partnerom. Ale też mężczyźni mają dziś do wykonania wewnętrzną pracę. Do gabinetu seksuologów trafiają ci, którym przeszkadza, że żona zarabia więcej lub po prostu dużo. Mężczyzna chce czuć się potrzebny, mieć co dać kobiecie. Nie muszą to jednak być pieniądze. A co? Warto nad tym pomyśleć.

Dziś ludzie są ze sobą z różnych powodów i na różnych zasadach. Ale jeśli łączy ich miłość romantyczna (prawie 90 proc. par), czują się sobie równi także w seksie i są wierni, taki rodzaj związku to właśnie monogamia symetryczna. Sposób na szczęście we dwoje. Trwałe szczęście.

To zachęcające! Gdyby więc chcieć stworzyć taki związek, to od czego zacząć? Od udanego seksu? A co jeśli do tej pory seks nie był naszą mocną stroną? Nie wszystkie kobiety nawet go lubią. Można odblokować ukrytą, nawet przed samą sobą, energię seksualną.

– Pomagają w tym rytuały niemające wiele wspólnego z seksem – mówi Izabela Jąderek. – Bo też radość w łóżku znajdziemy, jeśli wejdziemy do niego prowadzeni intymnością i uczuciem. Miłością. Staroświeckie? Może, ale skuteczne – dodaje seksuolożka. Czerpanie radości z seksu opiera się na intymności. Udany seks nie wydarzy się bez udanej relacji, dlatego to, co wzmacnia bliskość, uwalnia także seksualną energię. Kobieta i mężczyzna czasem jej nie odczuwają tylko dlatego, że nie łączy ich intymność.

Miłosne rytuały

Siadamy naprzeciw siebie na łóżku czy dywanie. Dłonie kładziemy w okolicach serca partnera. Próbujemy dostosować oddech do jego oddechu: z jego wydechem bierzemy wdech, tworząc oddechowe koło. Patrzymy sobie w oczy.

– Jedno i drugie z dużą dozą prawdopodobieństwa może się rozpłakać, bo też rzadko kiedy ludzie okazują sobie czułe zainteresowanie przez kilka minut, bez przerwy patrząc na siebie – mówi psychoterapeutka. Po tym czasie, jeśli poczują taką potrzebę, mogą się przytulać, całować, ale nie kochać. Chodzi o odczucie bycia razem blisko, ale bez seksu. To doświadczenie intymne. Czułe bycie razem zbliża bardziej niż seks i przygotowuje do seksu, który buduje intymność. Bo też często brakuje nam właśnie tej czułości. Dlatego taki rytuał czasem wystarczy, by kobieta, która uważała, że nie ma libido, odczuła nagle ochotę na seks. Uważność mężczyzny jako afrodyzjak? Ochota na seks maleje wskutek jej braku. Odwrotnie działa poczucie bycia widzianą. Samo jednak ćwiczenie nie wystarczy.

– Potrzeba uważności w codziennym życiu – dodaje Jąderek. – Ale i na to jest sposób: nauka uważnej komunikacji. Ona lub on mówią przez trzy do pięciu minut. Drugie słucha bez przerywania, a potem powtarza to, co usłyszało, własnymi słowami. „Czy o to chodziło?” Następnie zamieniają się rolami.

– Para dodatkowo może skorzystać z rytuałów, które oparte są już na kontakcie cielesnym, ale nie seksualnym. Dzięki nim można doświadczyć tego, że w seksie nie chodzi o sam mechaniczny akt – dodaje Jąderek.

Kobieta opiera nogi na biodrach partnera, on wprowadza członek do jej pochwy. I tu podobieństwa do stosunku seksualnego się kończą. Bo oboje są tak spleceni przez pięć do dziesięciu minut. Patrzą sobie w oczy. Dłonie trzymają na klatce piersiowej, oddychają w podobnym tempie. A potem on wychodzi z niej i ją przytula. Mówią, co czują. Z seksu lepiej na tę chwilę zrezygnować, a zyska się coś, co będzie pomagało i w nim, i w byciu razem, i w miłości… Genitalia nie służą tylko do seksu, ale też byśmy poczuli, co to znaczy być Jednym. To już jest bardziej emocjonalny czy duchowy wymiar seksu. Przekroczenie jednostkowego bytu.

Mężczyzna w monogamii

– I tu jest sedno sprawy – mówi Izabela Jąderek. – Kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej może tak się zachowywać, ponieważ spotkała właściwego mężczyznę – takiego, przy którym czuje się bezpiecznie i do którego ma zaufanie. Tworzą związek partnerski, począwszy od podziału obowiązków domowych, poprzez opiekę nad dziećmi, jeśli je mają, a skończywszy na seksie. To, jacy jesteśmy, ma związek z relacjami, jakie tworzymy.

A gdyby tak dla odmiany miał się nam zwierzyć mężczyzna żyjący w monogamii symetrycznej, to jak brzmiałoby jego wyznanie? Puśćmy znów wodze wyobraźni: Pożądam cię, kiedy masz ogień w oczach. Jesteś pełna energii. A więc kiedy zajmujesz się tym, co cię pasjonuje. Pożądam cię, gdy robimy razem coś nowego, niecodziennego. Jedziemy do jaskiń obejrzeć nietoperze, gotujemy mule na ognisku, a nigdy tego nie robiliśmy. Pragnę cię, kiedy czuję, że mogę się przy tobie swobodnie zachowywać. Chcę cię zdobywać. Zgadywać, kim jesteś. Chcę, byś ciągle wzbudzała moją ciekawość.

Gdy pokochamy i poczujemy się kochane – nie rezygnujmy więc ze swoich pasji. Z siebie. A często tak robimy. Bardziej zajmują nas nowe rolety niż to, co pasjonowało przed ślubem, na przykład taniec współczesny. – Pożądanie karmi się innymi emocjami niż stabilność – dodaje Izabela Jąderek.

Pozwalajmy więc sobie na świeżość, ekscytację, tajemniczość – tam mieszka pożądanie. Pożądanie związane jest z poziomem dopaminy, a ta wydziela się, gdy robimy rzeczy nierutynowe. Dopamina zaś odpowiada za doświadczanie orgazmu, a ten stymuluje przepływ oksytocyny i wazopresyny, budzących uczucie przywiązania. Dlatego udany seks jest elementem szczęśliwej i trwałej miłości. Utrwala on wierność, która wydaje się nieoceniona w związku symetrycznej pary.

Wierność otwiera ciało

Kobieta, która wierzy, że jej partner jest wierny, mogłaby powiedzieć coś takiego: Jesteś dla mnie najważniejszy, ja dla ciebie – jedyna. To pozwala mi przeżywać naszą bliskość wyjątkowo. Moje ciało przed nikim tak się nie otwiera jak przed tobą. Kiedy się kochamy, jesteśmy jednym ciałem i duchem… A tu nagle: trzask! W twoim telefonie zdjęcie nagiej kobiety i SMS: „Będę jutro w porze lunchu”. Zdradziłeś mnie?! A więc nie jestem jedyną, na którą tak patrzysz? Jest jeszcze ktoś, kto stał się ode mnie atrakcyjniejszy, ważniejszy. Ciało się zamyka. Serce się zamyka. Czuję wstyd, lęk przed oceną, porównywaniem. Już nie patrzę na ciebie z miłością. Patrzę z lękiem i złością. Zastanawiam się, kim ty jesteś, kim ja jestem.

Zdaniem belgijskiej psychoterapeutki i badaczki Esther Perel, kiedy kochamy romantycznie, symetrycznie, zdrada bywa ostateczna właśnie dlatego, że sięga naszej tożsamości, poczucia tego, kim jesteśmy. Kiedy kochamy, wierność jest konieczna. Kiedy jesteśmy z kimś dla złotej karty, nie ma ona takiego znaczenia. Ale też trudniej wtedy o to upragnione szczęście we dwoje. Symetryczna miłość daje głębsze możliwości realizowania siebie we dwoje, ale więcej też wymaga.

Przyszłość małżeństwa

Dla wielu to żart. Wzrasta akceptacja dla rozwodów, ba, pojawił się nawet nowy rodzaj wstydu – związany z tym, że nie odchodzimy od kogoś, kto jest nie taki, jak powinien. Nie sprzyja monogamii także stawianie na siebie.

– Mimo to, a może właśnie z tego powodu, monogamia jako swoista przeciwwaga powraca – stwierdza seksuolożka. Kultura konsumpcyjna, oderwanie seksu od miłości nawet jeśli dają przyjemność, to także nużą. Coraz częściej widać chęć powrotu do takich wartości, jak miłość, partnerstwo, czułość. Zmianie ulega tylko definicja związku i potrzeb z nim związanych. Nie rezygnujemy ze ślubu. Mamy po prostu inną strategię szukania partnera czy partnerki – czekamy, aż będziemy pewni. A pewni bywamy zazwyczaj po kilku związkach. Bliżej 40. niż 20. urodzin. Nadal jednak chcemy kochać i być kochani.

  1. Psychologia

Władza a podległość – jak zmieniają ludzi?

Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
W jaki sposób miejsce w hierarchii służbowej wpływa na kreatywność? O decyzyjności, zarządzaniu i ich oddziaływaniu na pełnienie ról społecznych w organizacji mówi dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholożka społeczna z Uniwersytetu SWPS, ekspertka od zagadnień związanych z władzą i przywództwem.

Zrób prosty eksperyment. Narysuj kredką literę „E” na własnym czole. Wykonaj tę czynność i dopiero wtedy zacznij dalej czytać ten tekst. Już? Jeśli na co dzień sprawujesz władzę, to prawdopodobnie narysowałeś literę „E” z kreskami poziomymi skierowanymi w lewo.

No cóż, nie ułatwiłeś zadania obserwatorom. Nic dziwnego. Osoby zarządzające innymi koncentrują się na sobie i swojej perspektywie. Gdy w laboratorium badacze poprosili o narysowanie „E” uczestników, u których za pomocą wspomnień aktywizowano władzę lub podwładność, to aż trzy razy więcej osób kierujących personelem rysowało ją z własnego punktu widzenia. Badacze pod przewodnictwem Adama Galinsky’ego z Columbia Business School udowodnili, że sprawowanie funkcji kierowniczej znacząco podwyższa egocentryzm i zniechęca do patrzenia na rzeczywistość z innej perspektywy niż własna. Osoby uprawnione do kontroli podwładnych (nawet przez chwilę wzbudzoną w badaniach) automatycznie przyjmują założenie, że inni mają taką samą wiedzę, jak oni i taki sam dostęp do informacji. Gdyby przeanalizować sytuację osób pełniących role związane z władzą to często efekt „czołówki E” występuje w codziennej pracy i może prowadzić do uprzedmiotowienia podległych pracowników, niezauważania potrzeb innych oraz realizowania osobistych celów. Władza nie tylko obniża empatię. Prowadzi do wzrostu pewności własnych opinii i ogranicza skłonność do uwzględniania rad innych. Kierując innymi tracimy motywację do tego, aby ich rozumieć. Jak wykazały amerykańskie badaczki Jennifer Overbeck i Bernadette Park, staramy się zrozumieć inne osoby dopiero wówczas, gdy uświadamiamy sobie, że bez ich pomocy nie osiągniemy założonych celów zawodowych.

Podwładność zabija kreatywność

Władza to jednak nie tylko duże ego. Jedną z najbardziej poszukiwanych i najważniejszych kompetencji szefa jest umiejętność wprowadzania zmian i innowacji w firmie. Do tego również potrzebne jest poczucie mocy i wpływu, a przy tym takie postępowanie, by inni nie czuli się podwładnymi. Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. Pozwala widzieć świat czy cele z lotu ptaka, z pominięciem nieważnych szczegółów. Jak z kolei wykazali Keltner, Gruenfeld i Anderson psychologowie społeczni z Uniwersytetu Stanforda przyjmowanie roli podwładnego uruchamia system hamowania, który prowadzi do skupienia na analizie detali, blokuje kreatywne myślenie i utrudnia działania, a tym samym wprowadzanie zmian w swoim otoczeniu.

Dobry kierownik

Aby rozwijać ludzi trzeba znać ich potrzeby i dobrze rozpoznać potencjał. Wiedzieć, do czego ten proces ma doprowadzić w dłuższej perspektywie szefa i jego pracowników. Wtedy pojawia się prawdziwa współzależność celów. Władza jest dobra i warto ją mieć, by skutecznie zarządzać zespołem. Przywództwo też jest ważne, by inni widzieli, że wiesz dokąd i po co razem zmierzacie. Warto pamiętać o słowach Monteskiusza, który mawiał, że „By dokonać wielkich rzeczy, nie trzeba być wielkim geniuszem, nie trzeba być ponad ludźmi, trzeba być z nimi", Najważniejsze jest zarządzanie, które sprawia, że jesteś blisko ludzi, ich problemów.

Jak to osiągnąć w praktyce? Oto kilka rad wynikających z wielu badań. Przede wszystkim nie przestawaj zarządzać, czyli planować, delegować, egzekwować. Bądź blisko ludzi, pamiętaj o ich zawodowej codzienności i ich potrzebach. Nie jesteś sam. Masz zespół. Gdy go budujesz nie rób tego tylko dla siebie, ale też dla jego członków. Przywództwo uwodzi, bo szef lub kierownik czuje, że staje ponad innymi, czuje się lepszy i ważniejszy, co powoduje, że zaczyna myśleć, że może pozwolić sobie na więcej. Uważa, że ma większe prawa, co może prowadzić do łamania norm lub działań niezgodnych z zasadami. To zasługa systemu dążenia, który włącza się w sytuacji sprawowania władzy. Dlatego, gdy pojawi się poczucie wyższości, dla dobra zatrudnionych ludzi warto natychmiast wyjść z gabinetu i pójść do stołówki dwa piętra niżej, by posłuchać jakie problemy mają członkowie zespołu, co ich trapi, co interesuje. Warto dać się wypowiedzieć swoim ludziom i posłuchać o tym jakie mają pomysły. Wziąć pod uwagę perspektywę innych i szukać rozwiązań, które naprawdę wychodzą naprzeciw zgłaszanym przez nich potrzebom. Poddawać się ocenie i reagować konstruktywnie na otrzymywane komunikaty zwrotne. To ochroni szefa przed egocentryzmem, efektem „czołówki E”, przed upadkiem i wreszcie przed samą utratą władzy. Badania pokazują, że zespoły działają najlepiej – to oznacza także efektywność w realizacji zadań - gdy energia, którą daje zwierzchnictwo, połączona jest z treningiem przyjmowania perspektywy – u szefów, nie u podwładnych.

Gdy zatem słyszę, że menedżer zarządzający zespołem twierdzi, że nie chce sprawować władzy, to zaczynam się martwić o jego ludzi. Pozycja w firmie, która umożliwia kierowanie pracą ludzi, daje możliwość wywierania wpływu, a bez tego nie ma skutecznego zarządzania. Władza sprawowana z odpowiedzialnością za innych ma sens.

Dr Dorota Wiśniewska-Juszczak w pracy naukowej koncentruje się na zagadnieniach związanych z władzą i przywództwem. Prowadzi badania nad konsekwencjami stosowania różnych strategii wpływu w relacji z osobami poddanymi władzy. Jako praktyk – trener i konsultant – specjalizuje się w budowaniu efektywnych zespołów i komunikacji w ich obrębie. Jest autorką innowacyjnej metody pomiaru potencjału przywódczego menedżerów, akredytowanym trenerem Insights Discovery oraz trenerem najwyższego stopnia terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach.

Materiały prasowe SWPS