fbpx

Czy wierzysz w przeznaczenie?

Czy wierzymy w przeznaczenie?
W chińskiej filozofii istnieje określenie, według którego do przeznaczenia odwołujemy się wtedy, kiedy nie rozumiemy, dlaczego jest tak jak jest. (Fot. iStock)

Wiara w przeznaczenie tłumaczy to, co niezrozumiałe, zwalnia z odpowiedzialności. Jest przeciwwagą dla racjonalizmu. A jednak się jej poddajemy. Dlaczego? Z Tomaszem Teodorczykiem rozmawia Agata Domańska.

Czy z punktu widzenia psychologii istnieje coś takiego, jak przeznaczenie?
Psychologia patrzy na wiarę w przeznaczenie inaczej: nie pyta „czy jest”, ale „czemu służy, jaką spełnia funkcję”. Z punktu widzenia psychologa, przekonanie: „przeznaczenie istnieje” – nie różni się od: „pod skórką jest najwięcej witamin”. Jedno i drugie jest próbą wyjaśnienia, jak działa świat. Większość ludzi tego potrzebuje. Należałoby jednak odróżnić odkrywanie ukrytego porządku zjawisk od wiary w przeznaczenie.

Jak?
Najbardziej podoba mi się określenie zaczerpnięte z chińskiej filozofii: do przeznaczenia odwołujemy się wtedy, kiedy nie rozumiemy, dlaczego jest tak jak jest. Bo kiedy człowiek styka się z czymś, czego nie rozumie, czuje się bardzo niekomfortowo. Takie pogubienie się w życiowych wydarzeniach i ich znaczeniu powoduje utratę nad nimi kontroli, a to z kolei zaburza poczucie bezpieczeństwa. I człowiek ląduje w chaosie. W takiej sytuacji jak tonący chwyta się brzytwy – szuka jakiegokolwiek wytłumaczenia. A najprostsze jest co prawda nieco magiczne i niewytłumaczalne, ale poprawia komfort psychiczny. I nieważne, czy ochrzcimy je Bogiem, ślepym losem, planem wszechświata, porządkiem rzeczy czy przeznaczeniem właśnie – odwołujemy się do siły wyższej, która mniej lub bardziej determinuje życie.

Czy to źle?
Nie, co więcej, czasem wiara w przeznaczenie jest psychologicznie bardziej korzystnym rozwiązaniem niż podejście: „jestem kowalem swojego losu”, które nierzadko pociąga za sobą myślenie typu: „jeżeli zachorowałem na raka, to moja wina, bo tak działają moje myśli”. To pozwala nam wprawdzie z powrotem umieścić kontrolę wewnątrz nas, tylko że do zagubienia i chaosu dokłada poczucie winy, równie destrukcyjne jak samo zagubienie.

Od czego zależy, czy wierzymy w przeznaczenie?
W dużej mierze od kultury, która nas ukształtowała. Kultura Zachodu uczy myślenia racjonalnego i dualistycznego, czyli według schematu „albo–albo”: albo coś jest dobre, albo złe. Inaczej reagują ludzie Wschodu, mniej hołdujący indywidualizmowi i uważający, że dobrych rozwiązań może być więcej niż jedno. Ich zdaniem istnieje jakiś porządek świata i człowiek może się do tego porządku dopasować lub nie, ale wtedy tylko się umęczy. Jednak niezależnie od „macierzystej” kultury, przeznaczenie jest jak wentyl bezpieczeństwa: dzięki wierze w jego interwencję uchodzi z nas napięcie – a przynajmniej jakaś jego ilość. Ten wentyl znakomicie się sprawdza, gdy osiągamy masę krytyczną, czyli przekraczamy poziom tolerancji na ilość chaosu i niewiedzy w życiu. Dla każdego ten poziom jest inny. Jedni długo są przekonani, że to, co się dzieje w ich życiu, jest sensowne. A przynajmniej wytłumaczalne. To typowe dla ludzi, którzy mają większe poczucie własnej wartości i lepszy obraz samego siebie. Innych znaki zapytania dopadają dużo częściej.

Wierzymy w przeznaczenie, kiedy nie mamy zaufania we własne siły?
Tak, ale też wtedy, kiedy nasze działania są mniej skuteczne, gdy mamy niższe poczucie tego, że coś od nas zależy. Dlatego też myślenie w kategoriach przeznaczenia będzie częściej występować u ludzi starszych. Są oni zazwyczaj fizycznie słabsi, mniej elastyczni i żywotni. Młodzi zwykle mają wyższe poczucie sprawstwa i mniejszą wyobraźnię, więc rzadziej odwołują się do sił magicznych.

Czyli im bliżej spraw ostatecznych, tym bardziej ufamy w interwencję sił wyższych?
Niewiedza i niepewność w naturalny sposób kierują nas ku aspektom magicznym, religijnym lub duchowym, które pomagają ukoić strach. Choć to tylko część obrazu. Ludzie, którzy zdążyli już niejedno przeżyć, mają świadomość, że nie na wszystkie rzeczy mieli wpływ. To otwiera ich na myśl, że być może życiem rządzi coś jeszcze, oprócz naszej woli.

W psychologii istnieje coś, co nazywamy myśleniem narracyjnym, sposobem polemiki z tym, co przeżyliśmy, metodą na „uporządkowanie materiału”. Oczywiście ktoś, kto przeżył 70 lat ma tego materiału więcej niż 20-latek. A patrząc wstecz zaczynamy dostrzegać, że pewne fakty z naszego życia miały logiczne i często znaczeniowe połączenie z innymi, że się nawzajem uzupełniały i z siebie wynikały. Jesteśmy więc skłonni przypisywać to przeznaczeniu – łączyć w jakiś ogólny plan: „boski”, „diabelski”, „naturalny”…

W jakich jeszcze sprawach zwykliśmy zwracać się ku temu boskiemu planowi?
Oczywiście w miłości. Chcielibyśmy, by miała wydźwięk nie tylko biologiczny, reprodukcyjny, ale znaczyła coś więcej niż tylko popęd płciowy czy lęk przed samotnością. Jeżeli dodamy do niej element przeznaczenia, staje się wtedy niemal święta, cudowna, magiczna. Nasza kultura bardzo dużo zainwestowała w mit miłości romantycznej, tym bardziej więc mamy skłonność zwiększać jej wagę – także odwołując się do przeznaczenia. Ma ono funkcję uprawomocniania decyzji trudnych, nietrafionych czy niepoprawnych politycznie. Jeżeli biorę sobie za partnera kogoś, kogo nie aprobuje moja rodzina i świadomie robię to wbrew jej woli, wolę nazwać to przeznaczeniem, by się usprawiedliwić, także przed samym sobą. Gdybym nazwał rzecz po imieniu, mówiąc np.: „robię na złość rodzinie” albo „chcę się wyrwać spod tyranii bliskich” – nie czułbym się już tak dobrze, musiałbym też pewnie skonfrontować się z niewygodną dla siebie rzeczywistością.

Joanne Rowling, autorka sagi o Harrym Potterze, powiedziała kiedyś: „przeznaczenie to określenie, nadawane przez nas w retrospekcji wyborom, które miały dramatyczne konsekwencje”.
Dużo w tym racji. Do wiary w przeznaczenie odwołujemy się, gdy doznajemy poważnych strat, nie tylko materialnych. Jeżeli na przykład zaniedbamy coś i ucierpi na tym nasze dziecko, powiemy sobie „to przeznaczenie” i zwolnimy się z poczucia winy, które inaczej zjadłoby nas w całości. Ta wiara bywa naszym plastrem na rany: sprawia, że przez chwilę mniej boli. Gdy mężczyzna porzuca kobietę, ona ma dwa wyjścia: może pogrążyć się w poczuciu winy („to przeze mnie zawalił się ten związek”) lub odwołać do przeznaczenia („tak było nam pisane”). Oczywiście drugie wyjście jest tu lepsze od depresji, ale na dłuższą metę nic nie rozwiąże. Nie jest nośnikiem postępu, nie jest rozwojowe, bo zraniona kobieta niczego w ten sposób się nie nauczy. To może pomóc na początku, złagodzić napięcie, poprawić samopoczucie – ale ważne, by się na tym nie zatrzymywać. Przeczekać pierwszy ból, a potem zacząć pracować z sytuacją. Zrozumieć, w jaki sposób służy naszemu dobru, co ważnego może wnieść w życie, dziś i w przyszłości. Dopiero wtedy odkryjemy, że każde zdarzenie ma sens i będziemy umieli je odkryć.

I przestaniemy unikać brania odpowiedzialności za własne wybory.
Często winnych szukamy na zewnątrz, mówiąc: „to mi się nie udało, bo on coś zrobił” lub „nie dałem sobie z tym rady, bo ona mi nie pomogła”… Nie chodzi o to, by obarczać się winą, ale wziąć odpowiedzialność za konsekwencje naszych decyzji czy zaniedbań. Bo może nie mamy wpływu na suszę w Etiopii, ale na jakość komunikacji w naszym związku – tak. Dobrze to zrozumieć, by samemu kształtować zdarzenia zamiast oddawać je we władanie przeznaczeniu.

Tomasz Teodorczyk psycholog i terapeuta. Jeden z założycieli Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze