Z głowy

fot. Łukasz Gawroński/MEGUSTA

Zbigniew Boniek mówi, że lata spędzone we Włoszech
to jedno, ale o całym jego życiu rozstrzygnęły czasy młodości w Bydgoszczy. To tam postanowił: „Muszę poderwać tę Rogowską”. Pocałował, poderwał i są małżeństwem
od 36 lat. Na bydgoskiej murawie też dostrzegł swoją przewagę nad innymi, gdy „szedł na bramkę”. To wtedy zadecydował,
że jego życie będzie się kręciło wokół piłki

Kiedy słyszę, że kariera sportowa to wyrzeczenia i stres, chce mi się śmiać. Ciężko to jest rano wstać do roboty i cały dzień harować, tym ludziom trzeba bić brawo. Piłkarzowi współczuć? Proszę pani! To jest najprzyjemniejszy zawód, jaki jestem w stanie sobie wyobrazić. Jako dziecko nigdy nie marzyłem o byciu milicjantem albo strażakiem. W ogóle nie robiłem takich planów. Lubiłem biegać po boisku. Mogłem grać w piłkę 24 godziny na dobę i tak by mi się nie znudziło.

OSIEDLE LEŚNE

Wychowałem się na Osiedlu Leśnym, w północnej części Bydgoszczy. Kiedy byłem mały, to osiedle należało do najmłodszych w mieście, dzisiaj jest jednym z najstarszych. Domy stoją, jak stały, także ten mój na Sułkowskiego, naprzeciwko zakładów z wielkim neonem. Neon też jest taki, jak go zapamiętałem z dzieciństwa. Niebieski, „Makrum”. To skrót od „maszyny krusząco-mielącej”. Kiedyś obok domów mieszkalnych można było uprawiać przemysł ciężki i nikogo to nie dziwiło.

PRZEWRACANIE RĘKAWIC

Z ojcem miałem fajny układ, do mamy zawsze podchodziłem z dużym szacunkiem, co nie znaczy, że była bardzo groźna. Ale jak coś zbroiłem, to ona decydowała: „za karę nie wyjdziesz na podwórko”, a dla mnie to była najcięższa kara. W domu nie byłem w stanie usiedzieć, więc uważałem, żeby tylko nie podpaść. Tata pracował w Miejskim Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej. Mama w domu. Przez to nigdy nie chodziłem do żłobka ani do przedszkola, nie biegałem też z kluczem na szyi. Mama szyła dla spółdzielni wojskowej rękawice. Ze skóry i drelichu, bardzo sztywne i grube. Jak były gotowe, trzeba je było wywracać na prawą stronę, a to kosztowało sporo wysiłku. Przewracałem ja. Wieczorami. Rozmawiałem z bratem albo patrzyłem w telewizor i jakoś szło. Miałem później taką wprawę, że potrafiłem w ciągu jednego wieczoru wywrócić nawet 200 sztuk.

RUDY

Na podwórku trochę mi dokuczali, że jestem rudy. Mówili, że rudy fałszywy, wredny, taki, siaki, ale mnie to w ogóle nie interesowało. Kompleksów na tym punkcie nie miałem, gorzej, że wśród kolegów byłem jednym z najmniejszych. Śmignąłem dopiero w wieku 14 lat, dosłownie w ciągu pół roku. Wcześniej płakałem, że trener mnie nie wystawia, nie chciałem słuchać pocieszania, żebym jeszcze poczekał na ławce rezerwowych, że muszę podrosnąć. Za to w składach podwórkowych byłem mocny. Chłopaki do drużyny zawsze wybierały mnie jako pierwszego, bo chociaż mały, dobrze kiwałem na boisku.

KAMIENIEM W ZWYCIĘZCĘ

Jak się grało blok kontra blok albo ulica przeciwko ulicy, wiadomo było, że po ostatnim gwizdku trzeba uciekać. Szczególnie jak się wygrało. Leciały kamienie albo zaczynała się regularna bijatyka. To dlatego dziewczyny z podwórka raczej nie pokazywały się, kiedy graliśmy w nogę. Za to przychodziły pograć w zbijaka, dwa ognie, szukanego, podchody. I w nauczyciela. Co to za gra? Była piłka, jedno z nas było nauczycielem, czworo innych uczniami. Jakoś tak. Niech się pani lepiej zapyta kogoś innego w moim wieku, wszystko pani dokładnie wytłumaczy, bo wtedy wszyscy to znali. W każdym razie dla mnie w tamtym czasie najważniejsze było wcale nie to, w co zagramy, tylko żeby się porządnie zmęczyć. Nabiegać tak, żeby tchu nie starczało. Kochałem być zmęczony. Do dziś lubię to uczucie, jak po wielkim wysiłku siadam w szatni w szlafroku. Siedzę i czuję każdy mięsień.

NA WABIKA

Nasze osiedle było idealnie położone. Miałem blisko do wszystkich miejsc ważnych dla mnie jako chłopaka. W Bydgoszczy liczyły się dwa sporty. Piłka i żużel, a tor żużlowy i kluby piłkarskie mieliśmy po sąsiedzku, mniej więcej w tej samej odległości. Na Zawiszę szło się jakieś półtora kilometra w prawo, na Polonię tyle samo w lewo. Do kościoła na wprost, w odwrotnym kierunku do szkoły. Nie mieliśmy pieniędzy, więc żeby pooglądać żużel, musieliśmy kombinować. Patent był taki: szło się w dwie grupy, jedna na wabika. Kiedy milicjant zatrzymywał jedną, żeby ją wylegitymować, druga 50 metrów dalej spokojnie przełaziła przez płot. Sami też udawaliśmy żużlowców. Jak tylko któryś z nas dostał rower, oczywiście nie górski, tylko taki zwyczajny z Rometu, to się go dostrajało. Błotniki wyrzucaliśmy od razu. Opony musiały być łyse, bo wtedy się można było dobrze rozpędzić. Urządzaliśmy sobie zawody wokół bloku.

TATA, MOGĘ?

Moi rodzice pierwsi z bloku mieli telewizor. Marki Tesla, w drewnianym pudle. Potem zresztą zamieniliśmy go na kolorowego radzieckiego neptuna (żeby go wnieść po schodach, trzeba było trzech silnych facetów). Pokój dzieliłem z bratem. Był ode mnie o dwa lata starszy, ale jak w telewizji miał lecieć mecz, trochę brata oszukiwałem. Kładliśmy się szybko, niby zasypialiśmy, ale ja tylko udawałem, że śpię. Kiedy tylko on pod kołdrą zaczynał chrapać, ja cichutko, na paluszkach, zakradałem się do pokoju rodziców. „Tata, mogę pooglądać? Chociaż pierwszą
połowę…”. Zawsze się udawało.

Z bratem nieraz ganialiśmy się wkoło stołu, jeden dopadał drugiego i ciągnął za włosy. Ale pewne zasady obowiązywały. W domu, jak byliśmy sami, mogliśmy się kotłować. Na podwórku wśród kolegów trzymaliśmy się razem. Jeden za drugim stał murem. Jakie zabawki mieliśmy w naszym pokoju? Jakieś układanki, piłkę. Szachy, chińczyka. Nie miałem ani jednego miśka, poważnie. No dobrze, przyznam się pani. Miałem poduszkę. Swój ukochany jasiek. Jak się dostałem w wieku 12 lat do klubu Zawisza, brałem go ze sobą na zgrupowania. Pachniał domem.

WARTBURG

Ojcowie kilku kolegów mieli samochody. A mnie mój tata woził WFM-ką, a potem czarną MZ-ką. MZ-ka była już bardziej szykowna. Wcale nie zazdrościłem innym aut, byłem dumny, że mamy motocykl. Tata zabierał mnie tą WFM-ką na ryby. Wstawało się o 4 rano, ale nigdy nie trzeba było mnie zwlekać z łóżka. Do tej pory, jeśli muszę gdzieś wyjechać, cokolwiek by się działo, otwieram oczy minutę przed tym, jak zadzwoni budzik. Choć zwykle mogę spać do południa. Jeździliśmy z ojcem głównie w okolice Nakła, nad jeziora. Dojeżdżał wujek Kazimierz z moimi dwoma kuzynami. Siedzieliśmy do południa, do pierwszej. Na haczyku robak na przynętę. Albo ziemniak. Gotowany w mundurku. Jak ryby nie brały, to z kuzynem Wiesławem te ziemniaki podjadaliśmy. Nagle okazywało się, że w wiadrze nie ma ani jednego. Jeśli udało się coś złowić, tata robił potem doskonałe ryby w occie. Z cebulką. Pamiętam też, jak w drodze powrotnej trzymam się jego pleców i jedziemy. Auto kupił dopiero, jak miałem 17 lat. Wartburga. Podwiózł mnie nim, jak jechałem do Łodzi podpisać kontrakt.

BUZIAK

(…)

Wiecej w Zwierciadle 07/2011