fbpx

Ojcostwo i macierzyństwo – kalejdoskop uczuć i emocji w książce „Lekcja miłości”

Ojcostwo i macierzyństwo - kalejdoskop uczuć i emocji w książce Lekcja miłości
zdjęcie z archiwum rodzinnego Jacka Olszewskiego

O samotnym ojcostwie opowiada Jacek Olszewski, mąż zmarłej siatkarki, Agaty Mróz.
Magda Łyczko w książce „Lekcja miłości” rozmawia z 12 znanymi rodzicami, o których rodzinach nie mówi się wiele, choć oni sami są powszechnie znani. Są to osoby z zupełnie innych światów: dziennikarka telewizyjna i generał, poeta i lekarka. Rodzicielstwo spełnione i radosne, obok trudnych przeżyć.

Trzeba dalej żyć

JACEK OLSZEWSKI

Na początku ustaliliśmy, że gdy zadam pytanie, które przekroczy granicę, kopnie mnie pod stołem w kostkę. Nie kopnął. Przez cały wywiad miałam przed oczami Agatę. W głowie kołowrót myśli, przypominałam sobie jej uśmiechnięte zdjęcia, newsy w telewizji oraz kadry z filmu „Nad życie”. Myślałam o Lilianie, która nie pamięta i nie będzie pamiętać swojej wspaniałej mamy. Po tej rozmowie nie miałam wątpliwości, że od taty dostaje podwójną dawkę miłości. Od Jacka Olszewskiego można się uczyć skromności, konsekwencji w działaniu i optymizmu. Byłam przygotowana na wyjątkowo smutną rozmowę, ale on cieszy się każdym dniem i powtarza, że najważniejsze jest zdrowie…

Magda Łyczko: Czy samotnemu tacie ciężko jest wychować córkę?

Jacek Olszewski: Nie, uważam, że nie jest ciężko. Jest na pewno sporo wyrzeczeń, ale żeby było ciężko… Nie. Jak człowiek jest zorganizowany, to obojętnie, czy jest z dzieckiem czy sam, potrafi zadbać o wszystko na czas. W takich miastach jak Warszawa żyje się „z korkami”, jednego dnia trasę przejeżdża się w 40 minut, a następnego dnia w półtorej godziny. Kiedy się wie, o której dziecko ma być w szkole, o której je odebrać, czy siedzi na świetlicy czy nie, to trzeba wziąć poprawkę, że czasami przyjedzie się później, i to jest niedogodność. Kiedy jest dwójka rodziców, to jedno odprowadzi, drugie odbierze, można łatwiej to ogarnąć. Ale tak naprawdę to jest mały problem. My mamy o tyle dobrze, że młoda praktycznie całą zimę nie chorowała. Wiadomo, rodzic musi iść do pracy, nawet kiedy jest dziecko chore, bo szefostwo źle patrzy na wszystkie nieobecności. To bywa ciężkie. Ale jeśli jest zdrowe, to wszystko jest do ogarnięcia.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Jak było na początku?

Ciężko. Dziecko trzeba karmić co trzy godziny, więc to jest rzeczywiście wyzwanie. Gdy tylko na chwilę w nocy przymknie się oko, zaraz trzeba wstawać, szykować jedzenie. Szczerze mówiąc, już zapomniałem, jak to było. Teraz ludzie chyba nie doceniają pewnych rzeczy, nie doceniają, jak ważne jest zdrowie. Kiedy ja byłem w szpitalach na onkologii dziecięcej, gdzie jest mnóstwo chorych dzieciaków, których rodzice spędzają życie przy łóżkach, to jest to coś strasznego. Kiedyś spotkałem matkę, której zmarł syn. Mówiła, że pierwsze, co poczuła, to ulga, bo on już nie cierpi, nie męczy się, jest już w lepszym świecie. Ludziom, którzy nie mają problemów, wydaje się to takie dziwne, ale w momencie kiedy codziennie widzi się cierpienie własnego dziecka, jego zmaganie z chorobą, czasami bezsensowną walkę, to jest to coś strasznego. I wtedy mówię – zdrowie… A to, że czasami nie ma pracy, że jest gorzej – można to jakoś przeżyć. Chore dzieci to coś najgorszego, co może nas spotkać.

Miał pan żal do Agaty, że może zbyt wcześnie się poddała, że dłużej nie powalczyła?

Nie, ale czemu?

Bo czasami przychodzi nieuzasadniona złość i człowiek jak z karabinu maszynowego wyrzuca z siebie pretensje i pytania: „dlaczego?”, „dlaczego tu i teraz?”. A dlaczego nie teraz?

W przypadku Agaty białaczkę zdiagnozowano siedem lat wcześniej. Z chorobą zdobyła mistrzostwo i urodziła dziecko – dlaczego nie spojrzeć w ten sposób, że dostała dodatkowe siedem lat i jeszcze coś osiągnęła. Są ludzie, którzy dowiadują się o białaczce i po dwóch–trzech miesiącach już nie żyją. Prawdę mówiąc, była we mnie taka złość, ale nie z powodu Agaty. Miesiąc po jej śmierci byłem na pogrzebie kolegi z klasy, który miał trzydzieści lat i się zapił. Z jednej strony byłem megawnerwiony tym, że zmarnował życie, a z drugiej poczułem ulgę, że on zabrał tylko siebie, a nie – jak to często bywa – że wsiadł za kierownicę i zabrał jeszcze „pasażera”…

Przypomniała mi się wtedy moja wizyta w klinice onkologii dziecięcej. Straszny widok. Kiedy tam byłem, zmarło dwoje dzieci. Chorowały od urodzenia, całe swoje krótkie życie spędziły w szpitalu i nie dostały szansy, by poczuć smak życia. Trzeba się cieszyć tym, że Agata miała pewne możliwości, z których skorzystała, urodziła dziecko, na czym jej bardzo zależało. Czy miałem na to wpływ? Czy mogłem ją zatrzymać? Nie. Walczyła do samego końca, o ciążę, o szpik, o przeszczep, o mistrzostwo. Przeszczep to jest szansa na normalne życie. Z drugiej strony chemia. Nie wiemy, gdybyśmy wiedzieli, kiedy spotka nas koniec, to moglibyśmy się przygotować. Ale kto z nas chciałby znać datę swojej śmierci?

Ja nie…

Podobnie jest z większością ludzi. Kiedy u mojego teścia stwierdzono nowotwór trzustki, lekarze rokowali – pół roku. Jeździłem z Lilką do dziadka, bo nie wiadomo było, ile czasu mu zostało. Żył jeszcze półtora roku. W międzyczasie zmarł mój tata, jeszcze tego samego dnia był w sklepie… A następnego o 5.00 rano dostałem telefon, że nie żyje. I można mieć do niego pretensje, że jakby się lepiej odżywiał, może dłużej by z nami był? Ale każdy żyje tak, jak mu się podoba, każdy żyje tak, jak chce, ponieważ chce być szczęśliwy. Ci, którzy zostają, zastanawiają się, mogą analizować, co by było gdyby, ale to nie zmieni sytuacji. Możemy się denerwować na kogoś, kto na własne życzenie marnuje sobie życie. Szkoda czasu i nerwów, bo życie jest tylko jedno.

Od razu zakochał się pan w Lilianie czy skradła pana serce wolno – dzień po dniu – a pan uczył się tej miłości i uczył się córki?

Podobno jest tak, że jeżeli żyjemy w jakiejś grupie, stadzie, to przejmujemy pewne cechy od osób, z którymi żyjemy. Gdyby faceta wsadzić w grupę kobiet, to w sumie może być tak, że będzie nimi rządził, jeśli będą uległe, ale może być tak, że jednak sporo cech czy zachowań przejmie od nich. Myślę, że podobnie jest, gdy facet zostaje sam z dzieckiem – siłą rzeczy staje się bardziej wrażliwy, bardziej docenia inne rzeczy, nie typowo męskie. Ja teraz mówię, że mam więcej estrogenu niż testosteronu, coś w tym jest. Może to jakieś zaburzenie hormonalne, jednak w sumie bardzo pozytywne. Ale spokojnie, zostaje dużo cech męskich. (śmiech) To jest tak, że zaczyna się zauważać inne rzeczy. Wydaje się, że facet bardziej potrafi wczuć się w rolę kobiety, ale pewnie podobnie jest w sytuacji, kiedy kobieta sama wychowuje dziecko, zwłaszcza syna. Z jednej strony musi być uległą matką, a z drugiej silnym ojcem. Myślę, że to działa w dwie strony.

Do kogo Lila jest podobna?

Wszyscy mówią, że do mnie, ale to tylko dlatego, że pierwszą rzeczą, na którą ludzie zwracają uwagę, są oczy. Ciemnobrązowe, zdecydowanie po mnie. Ja widzę w niej Agatę – usta, uśmiech, wyraz twarzy. Ale oczy ma moje. Podobno bym się nie wyparł.

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>