fbpx

On, ona i rak. Rozmowa z Joanną Górską i Robertem Szulcem

On, ona i rak. Rozmowa z Joanną Górską i Robertem Szulcem
Podczas wielomiesięcznego leczenia onkologicznego dziennikarka Joanna Górska i jej życiowy partner, podróżnik Robert Szulc, nauczyli się wiele o sobie samych, potędze myśli i sile miłości. O swoich doświadczeniach opowiadają w książce „Dziad! On silny, my silniejsi. O naszej walce z rakiem”. (Fot. Aneta Zamielska, materiały prasowe)

Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono – podczas wielomiesięcznego leczenia onkologicznego dziennikarka Joanna Górska i jej życiowy partner, podróżnik Robert Szulc, poznali do głębi przesłanie Wisławy Szymborskiej. Opowiadają, czego ten czas ich nauczył. O sobie samych, o potędze myśli i o sile miłości.

Mężczyźni często wymagają od kobiet tego, czego od siebie, czyli panowania nad uczuciami. Myślę, że trudno im, kiedy partnerka zachoruje, bo nie dają sobie rady z własnym cierpieniem i lękiem, a tu jeszcze ona płacze…
Robert Szulc: Zacznę może od początku, czyli od tego, jak trzy lata temu podczas urlopu na Gran Canarii Joasia wyczuła u siebie mały guzek na granicy pachy i piersi. Wynik biopsji zrobionej zaraz po powrocie do kraju był bardzo zły. Kolejna biopsja wykazała, że guz jest wyjątkowo agresywny i „ujemny”, czyli nie wiadomo, na jaki rodzaj terapii zareaguje. Jestem podróżnikiem i blogerem. Normalnie spędzam poza domem 200 dni w roku, ale wtedy wszystko to od razu zostawiłem, bo leczenie Joasi było najważniejsze. Wiedziałem, że to będzie wojna! I była.

Na pewno ma pani rację, że mężczyznom w takich sytuacjach jest trudnej, bo raczej nie okazują emocji. A przez 10 miesięcy leczenia było ich naprawdę dużo i musiałem sobie z nimi radzić. W trakcie tej walki z „dziadem”, jak nazwaliśmy raka, robiłem dużo marszobiegów, żeby odciążyć psychikę i zmęczyć się fizycznie. Kiedy czułem, że wszystkiego było za dużo, ruszałem przed siebie. A gdy docierałem w jakieś ustronne miejsce, gdzie nikogo nie było, krzyczałem, przeklinałem, wyrzucałem z siebie skumulowane emocje.

Znalazł pan męski sposób na poradzenie sobie z emocjami. A czy pani mogła się wypłakać?
Joanna Górska: Razem doszliśmy do wniosku, że o ile można wykrwawić się na śmierć, to nie można się na śmierć „wyłzawić”. A stawianie tamy emocjom prowadzi do tego, że prędzej czy później wybuchną ze zdwojoną siłą. Kiedy potrzebowałam się wypłakać, Robert w jakiś sposób to wyczuwał, przytulał mnie i głaskał po głowie. Czasem też razem płakaliśmy. Tak bezgłośnie, po prostu leciały nam łzy. Nazywaliśmy to „płaczem duszy”. Robert wiedział też, kiedy powiedzieć: „dość”, „opanuj się, cel jest tak blisko!”. A podczas wojny z „dziadem” przekonałam się, że myślenie wpływa na cały organizm! Na morfologię! Okazało się, że siłą myśli mogę wywołać nawet bóle przerzutowe. Pamiętam, jak strasznie zaczęła mnie boleć łopatka i nie mogłam ruszać ręką. Byłam pewna, że to przerzuty. Ból minął, gdy tylko zobaczyłam wyniki badań mówiące o tym, że tych przerzutów nie ma.

Skąd pan wiedział, kiedy przytulić, a kiedy powiedzieć: „weź się w garść!”?
R.S.: Prawdziwa miłość nie może być powierzchowna. Jeśli zna się tego, kogo się kocha, to po prostu wie się, kiedy podawać chusteczki, a kiedy powiedzieć: „dość”, żeby rozpacz nie zniszczyła chęci życia. Ponieważ myślenie Joasi stawało się negatywne, kiedy na przykład czytała internetowe fora o raku, pilnowałem, żeby tego nie robiła. Jest tam dużo bzdur i sporo złych wiadomości. Czasem wystarczyła sama statystyka, żeby pojawiły się złe myśli… Podczas tych miesięcy dowiedziałem się, jak bardzo Joasia potrzebuje, żebym okazywał jej uczucia, choć przecież jest dzielną kobietą. Taką moją siłaczką! Przez lata nieraz widziałem, jak podejmowała się trudnych zadań, szła do przodu i nie potrzebowała nikogo do pomocy. Ale kiedy zachorowała, okazało się, że jednocześnie jest bardzo krucha i potrzebuje czułości, miłości oraz empatii.

W państwa książce „Dziad! On silny, my silniejsi. O naszej walce z rakiem” przejmujące są opisy skutków ubocznych leczenia chemią: ból, mdłości, utrata czucia w kończynach… A potem była jeszcze operacja i radioterapia. Czy wcześniej zdawała sobie pani sprawę, że ma aż tyle siły?
J.G.: Jestem przekonana, że jesteśmy na tyle silni, na ile czujemy się kochani! A ja czułam się kochana i akceptowana. Nie poznawałam siebie w lustrze, przytyłam kilkanaście kilogramów, od sterydów byłam spuchnięta jak parówka, miałam kark kibola i cztery brody. W ustach zrobiły mi się koszmarne rany, odchodziły mi paznokcie, ale Robert całował mnie w łysą głowę i mówił, że pięknie wyglądam. Moja siła brała się także z tego, że jestem mamą. Kacper i Robert to moje fundamenty, trzymali mnie przy życiu. Pamiętam, jak w święta Bożego Narodzenia byłam pewna, że niebawem umrę. Miałam już dość cierpienia. Chciałam, aby to były najpiękniejsze święta w historii, przystroiłam dom i gotowałam jak szalona. Dwa razy tyle jedzenia co zazwyczaj, żeby chłopcy mieli co jeść na wypadek mojej śmierci. Robert od razu zorientował się, co się dzieje. Pozbierał mnie, kiedy się zupełnie rozsypałam.

Odkryła więc pani podczas walki z „dziadem”, że można oprzeć się na mężczyźnie. Współczesne kobiety cenią sobie samodzielność. Ona zdaje się być dla nas gwarantem wolności. Zakładam, że nie było to proste.
J.G.: Okazało się, że nie muszę wszystkiego robić sama, że mogę poprosić o pomoc i nie potrzebuję się tego wstydzić. Robert wziął na siebie właściwie wszystko, ja mogłam się skupić na zdrowieniu. To było dla mnie bardzo ważne! U lekarzy graliśmy w złego i dobrego policjanta, Robert się kłócił, ja przepraszałam… czasem inaczej się nie dało. Robert ogarniał też domowe życie, zawoził Kacpra do szkoły i na treningi. Wcześniej była ze mnie Zosia Samosia, myślałam, że sama najlepiej wszystko załatwię, sama dam sobie radę. Nikt nie musi mnie w niczym wyręczać. Nikogo nie potrzebuję. Choroba to był przełom, zobaczyłam, że sobie nie poradzę. Wiem, że jesteśmy silni, ale razem, silni sobą. I nawet gdyby „dziad” wrócił, to damy radę!

A czego dowiedział się pan o sobie podczas tej walki? Wielu mężczyzn w takiej sytuacji rejteruje, zostawia chorą kobietę.
R.S.: Mężczyźni często mają problem, jeśli czegoś nie rozumieją lub nie potrafią sobie z jakąś sytuacją poradzić. Nikt nas przecież nie uczy, jak zachowywać się w trudnych sytuacjach czy opiekować się ciężko chorą osobą… To nie jest łatwe, ale absolutnie do opanowania. Z pewnością pomaga wychowanie, doświadczenie w radzeniu sobie z trudnymi sytuacjami i prawdziwe uczucie do drugiej osoby. Kiedy Joasia zdecydowała się ujawnić publicznie, że jest chora, i napisała, że beze mnie nie dałaby sobie rady, skontaktowało się ze mną mnóstwo facetów. Pytali, jak postępować z kobietą chorą na nowotwór. Jak opiekować się kimś, kto ma tak zniszczony chorobą organizm, że nie jest w stanie nawet chodzić? A dodatkowo jej hormony szaleją, nie może zapanować nad emocjami, nad tym, co robi i co mówi. Odpisywałem im, że to wszystko minie. Powtarzałem, że trzeba to przeczekać i wspierać lub po prostu być, i jeśli się kocha, to można znieść bardzo dużo.

Wpisał pan we współczesny etos męskości opiekę nad chorą?
R.S.: Pisałem też, że przede wszystkim muszą zadbać o „silną głowę” partnerki. Bo jeśli choć na chwilę, się zachwieje, to wiara w skuteczność leczenia będzie słabła i może się to przekładać na przykład na gorszą morfologię, a tym samym na przerwę w leczeniu… Miałem swój sposób na budowanie silnej psychiki Joasi. Przygotowywałem dla niej program motywacyjny tak jak dla klientów biznesowych. Stosowałem strategię małych i dużych celów, które prowadzą do tego celu największego, czyli wyzdrowienia. Motywowałem ją na przykład tym, że jeśli będzie dzielna, to pojedziemy na Seszele. Na początku było to dla niej czystą abstrakcją. Bardzo cierpiała po każdej chemii, ale cały czas wrzucałem jej takie małe haczyki: „będziemy na tej plaży”, „popłyniemy do tamtej rafy”, „obejrzymy tamten wodospad”… I tak w kółko mówiłem o naszej wyprawie, aż w końcu uwierzyła w to, że tam polecimy. I zrobiliśmy to! Wylecieliśmy kilka dni po czternastej chemii, a po powrocie Joasia miała świetne wyniki krwi! To dowód na to, że podróże działają terapeutycznie. A ja „leczę podróżami” i pewnie dlatego znajomi nazywają mnie Doktor Szulc (śmiech).

No właśnie, nie protestował pan, kiedy zaraz po inwazyjnym i bolesnym zabiegu umieszczenia metalowej płytki w guzie pani Joanna chciała jechać do Świętej Lipki.
J.G.: Musiałam tam pojechać koniecznie jeszcze przed rozpoczęciem chemioterapii. Pierwszy wlew miał być następnego dnia. Jestem z Mazur i kiedy byłam dzieckiem, jeździliśmy z rodzicami do Świętej Lipki bardzo często. Pamiętałam, że to miejsce dawało mi bardzo dużo spokoju. Miałam właśnie założony znacznik w guza i byłam tak mocno owinięta bandażem, że aż bolały mnie żebra – uparłam się jednak, że musimy tam pojechać. Kiedy już po północy wróciliśmy do Warszawy, czułam, że jestem gotowa na chemię. Robert przez cały czas robił właściwie wszystko, o co go poprosiłam. Organizował, załatwiał i nie pytał, po co mi to. Miało to dla mnie ogromne znacznie.

Czy pan na tej wojnie coś dla siebie zyskał?
R.S.: Ciężko mówić o zyskach i stratach. Z pewnością wiem, że jestem w stanie poradzić sobie w trudnych sytuacjach. Wiem, jaka jest siła prawdziwych uczuć i że łączy nas naprawdę piękna więź. Razem przetrwamy wszystkie trudne chwile. I właśnie głównym przesłaniem naszej książki jest to, że razem łatwiej jest sobie poradzić z chorobą, że wsparcie drugiej osoby to podstawa skuteczności leczenia. Dlatego akcja społeczna, którą teraz organizujemy, ma hasło: „Silni sobą”. Myślimy dziś, że nasze chorowanie i piekielnie ciężkie leczenie było po to, żebyśmy mogli pomagać innym. Jeśli możemy kogoś zainspirować, komuś okazać wsparcie lub pomóc tą historią – to jesteśmy szczęśliwi.

On, ona i rak. Rozmowa z Joanną Górską i Robertem Szulcem
Polecamy: „Dziad! On silny, my silniejsi. O naszej walce z rakiem”, wyd. Burda

Joanna Górska karierę dziennikarską rozpoczynała w lokalnych mediach, od 2011 roku związana z telewizją Polsat News, w której jest wydawczynią i gospodynią „Informacji”, a także programu „Nowy dzień”.

Robert Szulc z zawodu politolog, z wyboru podróżnik. Realizuje pomysł okrążenia świata „na raty” – w ciągu pięciu lat zamierza odwiedzić 100 państw i poznać 100 osób, które kochają swoje miejsce na Ziemi.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze