1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jak cieszyć się seksem podczas starań o dziecko?

Jak cieszyć się seksem podczas starań o dziecko?

Wasze życie seksualne jest waszym zasobem, darem na całe życie i nawet tak ważna czynność jak powołanie na świat nowego człowieka nie powinna go uszczuplać. (fot. iStock)
Wasze życie seksualne jest waszym zasobem, darem na całe życie i nawet tak ważna czynność jak powołanie na świat nowego człowieka nie powinna go uszczuplać. (fot. iStock)
Na pytanie - co robić, żeby nie stracić przyjemności, starając się o dziecko, odpowiedź brzmi: nic. I tak się nie da. Najlepiej przestać się wysilać i przyjąć z otwartością nieuniknioną konsekwencję wprowadzenia w życie seksualne celu, jakim jest prokreacja. Nie ma się co oszukiwać - zadaniowość seksowi nie służy.

Jeśli naszą seksualność podporządkujemy prokreacji, co czasem jest konieczne, żeby zajść w ciążę, to seks stanie się realizacją zadania, podporządkowaną określonym wymogom czasowym, rytmowi hormonalnemu kobiety, wreszcie Wielkiemu Zadaniu. Do tego dla części osób staranie o dziecko wiąże się z dużymi trudnościami, a to zwiększa ciśnienie na stosunek, który zakończy się zapłodnieniem. Jeżeli doda się do tego presję czasu, oczekiwań, emocji, a często dramat kobiet i mężczyzn, naprawdę trudno sobie wyobrazić radosny, lekki seks w ich sypialniach.

Jak wobec tego zrealizować marzenie o posiadaniu dziecka i nie obrzydzić sobie do końca czynności, jaka do tego prowadzi? To jest dobrze zadane pytanie. Seks jest jedyną ludzką aktywnością, która spełnia wymogi prawdziwej zabawy: jest podejmowany spontanicznie, emocjonalnie, w celu osiągnięcia przyjemności; działania - nawet jeżeli jest jakiś plan - służą wyłącznie wzmocnieniu przyjemności. Zabawa dorosłych jest niecelowa, bo nawet uznanie za cel każdorazowego osiągnięcia orgazmu, samopotwierdzenia się jako kochanek/kochanka, w końcu zabije radość z seksu.

Poczucie humoru oraz maksymalny możliwy dystans, na jaki zdobędzie się para, stanowią jedyną skuteczną broń przeciwko wpadnięciu w rutynę, sprowadzeniu seksu do zadania oraz zniechęceniu do intymności w ogóle. Zdaję sobie sprawę, że to nie takie łatwe - nie traktować maksymalnie poważnie czegoś, co jest tak ważne dla przyszłości związku. Jednak jestem pewna, że właśnie poczucie humoru stanowi skuteczne narzędzie sprostania równie wielkiemu wyzwaniu. Jak to zazwyczaj bywa w życiu, im poważniejsze mamy przed sobą tematy - tym łatwiej je znieść, wprowadzając do rozmów, działań, myślenia ożywczy dystans. Kochacie się w celu poczęcia dziecka? Trzeba to planować, robić we właściwym momencie, we właściwy sposób? Wymyślcie wokół tego zabawę, która zaprzęgnie wasze fantazje seksualne, pozwoli z planu zrobić pikantny scenariusz, da szansę się przebrać, odegrać kogoś innego.

Traktowanie prokreacji jak świątyni, do której wchodzi się tylko po oczyszczeniu, na bosaka i w pokornym ukłonie stanowi zagrożenie także dla waszego życia seksualnego w ciąży i po porodzie. Za serio jest niedobrze. Co nie oznacza, że lekceważymy uczucia kobiety, która nie może zajść w ciążę, czy mężczyzny, który ma trudności z zostaniem ojcem. To oznacza tylko to, że seks ma swoje prawa. I jeżeli chcecie, żeby długo was cieszył, to warto je zrozumieć i szanować. I że warto widzieć różnicę miedzy seksem a prokreacją, bo tym pierwszym chcecie się cieszyć długie lata. Poczęcie dziecka jest czymś, do czego dążycie i co osiągniecie, realizując wytyczne. Wasze życie seksualne jest waszym zasobem, darem na całe życie i nawet tak ważna czynność jak powołanie na świat nowego człowieka nie powinna go uszczuplać.

Znalezienie własnych dróg radzenia sobie ze zmianami w życiu seksualnym będzie miało dla pary wielką wartość. Jedno, że pozwoli przejść z godnością i bez uszczerbków przez okres starania się o dziecko. Drugie, że gdy dziecko/dzieci już się na świecie pojawią, wspólnie wypracowane metody komunikacji, radzenia sobie ze stresem i obciążeniem sprawią, że wcale nieprosty okres pourodzeniowy ma szansę przebiec łatwiej i z mniejszymi stratami.

Marta Niedźwiecka: pierwsza w Polsce certyfikowana sex coach – pracująca z seksualnością, ciałem, emocjami i relacjami intymnymi.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Rodzimy - dziecko to wspólna sprawa

Towarzyszenie kobiecie przy porodzie ma sens i pozytywne skutki tylko wtedy, gdy partnerów łączy prawdziwie silna więź. Szczególnie ta budowana w okresie ciąży,pełna troski i czułości.  (Fot.iStock)
Towarzyszenie kobiecie przy porodzie ma sens i pozytywne skutki tylko wtedy, gdy partnerów łączy prawdziwie silna więź. Szczególnie ta budowana w okresie ciąży,pełna troski i czułości. (Fot.iStock)
Poród, tak jak ciąża, to nie choroba. A co obserwujemy? Z jednej strony medykalizację narodzin, a z drugiej – powrót do myślenia, że wszelkie ułatwienia dla rodzących to niewłaściwy kierunek. Obydwie tendencje są niebywale groźne. Bo kobieta powinna mieć całkowite prawo wyboru co do tego, czy, gdzie, jak i z kim chce rodzić – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Młodzi są świadomi tego, co to znaczy narodziny dziecka, bo się do tego przygotowują: uczestniczą w szkołach rodzenia, robią badania, czytają. To wszystko sprawia, że ten akt jest mniej niż kiedyś obarczony niepewnością, bardziej radosny. Niesamowita zmiana!
Ale mamy nową okoliczność historyczną, czyli opresyjne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. I jeśli ono zostanie zachowane, to kobiety będą bały się rodzić. Bo w takiej sytuacji zagrożone stają się też badania prenatalne. Po co je robić, skoro nie będzie można podejmować wyboru, co dalej z ciążą? To jest powrót do średniowiecza. A fakty są takie, że diagnozuje się dzisiaj coraz więcej uszkodzonych płodów, co najprawdopodobniej wiąże się z zatruciem środowiska…

Pewnie też z późnym rodzicielstwem.
Moją hipotezą jest uszkadzający wpływ zatrucia środowiska na rozwój płodu i kondycję komórek rozrodczych. Lekarze alarmują, że kłopot z płodnością już w ponad 50 proc. leży po stronie mężczyzn, a niedawno w 80 proc. diagnozowano go po stronie kobiet. Nasila się fala różnego rodzaju uczuleń wśród noworodków, co prawdopodobnie jest skutkiem nadmiernego obciążenia toksynami organizmów matek. Tak więc jeśli zabronione zostaną badania prenatalne, to tysiące kobiet będzie narażonych na ponurą grę z losem: czy urodzi mi się zdrowe dziecko, czy poważnie lub nawet letalnie uszkodzone, które umrze jeszcze przed porodem albo tuż po nim? W takiej rzeczywistości perspektywa rodzicielstwa przestaje być źródłem radosnej nadziei.

A ciąża przeżyta w lęku to dodatkowe obciążenie dla płodu?
Zdecydowanie tak. Epigenetyka wyraźnie mówi o prenatalnych zmianach DNA płodu, jeśli matka żyje w długotrwałym stresie. Okazuje się, że stres matki wpływa na rozwój tyłomózgowia kosztem płatów czołowych i skroniowych płodu, co oznacza, że w jej łonie rośnie człowiek z silną skłonnością do agresji, bezwzględny wojownik, może nawet ktoś ze skłonnością do psychopatii. Wiele wskazuje na to, że liczba niemowląt wymagających stałego podtrzymywania ich zdolności do życia będzie wzrastać w miarę postępującej katastrofy ekologicznej, a także pod wpływem stresu kobiet pozbawionych w ciąży dostępu do badań prenatalnych.

Badania prenatalne przyczyniają się do uratowania wielu dzieci, które można leczyć już w łonie matki. Ta szansa zostanie wraz z nowym prawem odebrana?
Można się tego obawiać. Współczesna medycyna rozwinęła trafną diagnostykę genetyczną oraz technikę operacji endoskopowych usuwających często bardzo niebezpieczne wady płodu jeszcze w łonie matki. Jeśli ustawodawstwo dotyczące prokreacyjnych praw kobiet będzie nadal te prawa ograniczać, to korzystanie z tych zdobyczy i dalszy rozwój tej dziedziny wiedzy i praktyki zostanie zahamowany. Lekarze, straszeni karami więzienia, mogą odmawiać badań albo ukrywać prawdziwą diagnozę, by spełnić marzenia religijnych fundamentalistów i zmusić kobiety do rodzenia, niezależnie od kondycji płodu. Nie zapominajmy o jeszcze jednej – potwierdzonej przez statystyki – konsekwencji, czyli o tym, że niewielu ojców jest w stanie sprostać tak wymagającemu rodzicielstwu i odchodzi, zostawiając matki same z ciężko uszkodzonymi dziećmi. Nie trzeba być prorokiem, by spodziewać się w przyszłości znacznie większej liczby rozwodów, rozkwitu podziemia aborcyjnego i diagnostycznego, wielu samobójstw przerażonych i przeciążonych matek, a także wielu rozpaczliwych prób pozbycia się najciężej uszkodzonych, żyjących wyłącznie dzięki uporczywej terapii dzieci. Ta ustawa to zaiste pomysł z piekła rodem, podjęty w dogmatycznym zapale, a w praktyce obracający wniwecz być może nawet szlachetne intencje pomysłodawców i ustawodawców.

Dlaczego nie zmusza się mężczyzn do heroizmu, tylko kobiety?
No właśnie. Dlatego aby naprawić tę jawną dyskryminację mężczyzn, chcę zaproponować naszym prawodawcom ustawę zobowiązującą ojców dzieci urodzonych z ciężkimi niepełnosprawnościami do czynnej, osobistej opieki nad swoim potomstwem aż do ich naturalnej śmierci. Pod sankcją kary w postaci wieloletniej, przymusowej pracy w zakładzie opiekuńczym dla takich dzieci. Myślę, że to uzmysłowiłoby zdominowanym przez mężczyzn instytucjom stanowiącym antykobiece prawo – przebrane za troskę o zbawienie narodu – rozmiary ich hipokryzji i okrucieństwa wobec kobiet.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Jednak bądźmy sprawiedliwi – młodzi ojcowie coraz częściej wspierają matki swoich dzieci. Wspólne porody to nowe pokoleniowe zjawisko, według mnie absolutnie pozytywne dla wszystkich stron. A według ciebie?
Za towarzyszenie przy porodzie i opiekę nad zdrowym dzieckiem mężczyzn nie wypada chwalić. Schody zaczynają się, gdy dziecko urodzi się z poważną wadą. Co do asystowania przy porodach, to oczywiście płynie z tego wiele korzyści. Nie znam jednak badań, które odpowiedziałyby na pytanie, czy wszystkie rodzące naprawdę cieszy to, że ich partnerzy patrzą na ich porodową mękę i fizjologię z tym związaną. Poza tym nie wiemy, jakie pożytki ze swojego uczestnictwa w porodzie widzą mężczyźni.

Badania z 2007 roku przeprowadzone na Wydziale Nauk o Zdrowiu Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach pokazują, że ponad 91 proc. mężczyzn uczestniczących w porodzie zdecydowałoby się na to ponownie. Kobiety potrzebują ich wsparcia: trzymania za rękę, rozmów. Moje pokolenie nie mogło na to liczyć.
To naprawdę dobra wiadomość. Ale docierają do mnie także głosy, choćby z grona moich pacjentek, które urodziły w obecności partnerów, że to nie do końca było dla nich komfortowe. Głównie z powodów estetycznych. Bo „jak ja wtedy wyglądam z tym rozwartym i nadciętym kroczem! Jak krzyczę! Ile jest w tym potu, krwi, łez”. Na takie przeżycie trzeba być gotowym i nie decydować się na nie tylko dlatego, że wielu innych tak robi. Nawet w bliskich natury, pierwotnych społecznościach mężczyźni nie byli dopuszczani bezpośrednio do porodu. Bodajże w afrykańskich szczepach ojciec towarzyszył w porodzie, leżąc za przepierzeniem i w pozycji rodzącej kobiety. Razem z nią doświadczał jej bólu, krzycząc i jęcząc głośniej od niej.

Taki trochę teatr?
Żaden teatr! To nie było małpowanie, tylko wyraz głębokiej empatycznej więzi, inaczej współodczuwania. W ten sposób brał na siebie część jej bólu. Nie widział jednak tego, co się działo po drugiej stronie przepierzenia zarezerwowanej tylko dla kobiet. Wiele wskazuje na to, że współczesny udział mężczyzn w narodzinach dziecka to coś zupełnie nowego.

I korzystnego. Znajomi mężczyźni mówią o pięknym doświadczeniu. Z moich rozmów z młodymi ojcami wynika, że wspólny poród to dla nich powód do dumy, człowiecze doświadczenie. W cytowanych badaniach 78 proc. mężczyzn deklaruje, że ich relacje z partnerkami się nie zmieniły, a 11 proc. – że się pogłębiły. Widzę, że ty masz wątpliwości.
Spotkałem się zaledwie z kilkoma męskimi negatywnymi relacjami i opiniami na ten temat. To ci, którzy odrywają się na chwilę od katorżniczej, korporacyjnej pracy i biegną na poród zupełnie nieprzygotowani. Także w aspekcie siły więzi ze swoją partnerką. Bo towarzyszenie kobiecie w porodzie ma sens i pozytywne skutki tylko wtedy, gdy partnerów łączy prawdziwie silna więź. Szczególnie ta budowana w okresie ciąży, pełna troski, wsparcia dla ciężarnej i okraszona rytuałami, na przykład dotykaniem brzucha, obserwowaniem ruchów dziecka czy zwracaniem się do niego. Niestety, nie wszyscy mężczyźni to potrafią. Jeśli towarzyszenie w porodzie jest dla obu stron doświadczeniem pozytywnym, to jest to niewątpliwie zaliczony przez nich sprawdzian siły związku.

Może warto zaapelować do ojców, żeby o tę więź zawalczyli?
Oczywiście. Doradzam więc ojcom, żeby przełamali opory przed wspólnym porodem, jeśli takie mają, ale przede wszystkim żeby się do niego solidnie przygotowali, nie tracąc z oczu tego wszystkiego, co może stanowić o bezpieczeństwie i dobrym stanie emocjonalnym przyszłej matki. No i oczywiście trzeba pamiętać o tym, że do tanga trzeba dwojga i nie można nikogo zmuszać do tego trudnego wspólnego tańca.

Podobno u ojca uczestniczącego w porodzie wzrasta – tak jak u matki – poziom oksytocyny, sprzyjający budowaniu więzi z dzieckiem.
Niewątpliwie jest taka szansa. Ale uważajmy, by znów nie zgrzeszyć idealizowaniem. Tak jak w poprzedniej rozmowie protestowaliśmy przeciw lukrowaniu macierzyństwa, tak tutaj nie możemy lukrować ojcostwa i budzić powszechnej, nieuzasadnionej nadziei, że każdy ojciec obecny przy porodzie uszczęśliwi swoją partnerkę, zacieśni z nią więź i z automatu pokocha swojego potomka. Może być różnie. Szczególnie ojciec, na którego z jakichś powodów spada cały ciężar wychowania i opieki nad małym dzieckiem, ma prawo mieć trudne momenty i wcale nie przeżywać swojego ojcostwa jako niekończącego się radosnego święta.

Są głosy, że dzięki uczestnictwu mężczyzn w porodach i opiece ojców nad niemowlętami będzie w świecie mniej agresji, przemocy, wojen. Wszystko za sprawą tej oksytocyny. Co o tym myślisz?
Podpisuję się pod tą nadzieją. Oby taka zmiana nastąpiła. Myślę nawet, że w pewnej mierze już może się tak dziać. Bo moje doświadczenie pokazało mi wielość harmonijnie współdziałających czynników prowadzących do narodzin nowego życia, a także ogrom bólu i wysiłku z tym związanego. To uczy szacunku do życia, do ludzkiego ciała i do cudu narodzin. Skoro więc mężczyźni masowo garną się do tego szczególnego doświadczenia, to można mieć nadzieję, że nie będzie im łatwo pozbawić kogoś życia. Ale to pewnie płonne nadzieje, zważywszy na to, że już dzisiaj wojny są prowadzone za pomocą joysticka, drona czy innego robota siejącego spustoszenie czasami kilka tysięcy kilometrów od tego, kto przyciska spust.

Narodziny dziecka oznaczają dla rodziców totalną zmianę. Jesper Juul, duński terapeuta, postulował nawet, żeby na miesiąc przed porodem usiedli i powiedzieli sobie: „Żegnaj, stare życie!”. Bo tylko wtedy, gdy pożegnają stare, mogą powitać to nowe. Odtąd życie tych dwojga będzie kompletnie inne. Nie tylko dlatego, że przybywa im obowiązków, ale także z tego powodu, że stają się rodzicami. To ważne, żeby uświadomić sobie tę zmianę?
Jak najbardziej. Na rodzicach spoczywa ogromna odpowiedzialność, najpierw za przetrwanie dziecka, potem za proces jego wychowania. A także za siebie nawzajem, za swój związek i za każdego z osobna.

Wróćmy do porodów: warto przywrócić do łask te domowe?
Popieram. Niestety, w cywilizowanym świecie – odwrotnie niż w społecznościach pierwotnych – czyni się z ciąży i porodu coś na kształt choroby wymagającej szpitalnego wsparcia. Dlatego dobrze by nam wszystkim zrobiło, gdyby ciąża i poród przestały być sprawą medyczną, publiczną i polityczną. I żeby mogły przebiegać w rodzinnej atmosferze intymności i spokoju. Jeżeli oczywiście nie ma ku temu medycznych przeciwwskazań. Jednak w świetle wspomnianych wcześniej nieludzkich, antykobiecych ustaw perspektywa porodów domowych jeszcze bardziej się oddala. Bo przecież kobiety będą coraz bardziej bały się rodzić w domach.

Już teraz głównie rodzą w szpitalach.
To prawda, choć po akcji „Rodzić po ludzku” rozwinęły się bardzo szkolenia akuszerek i położnych. Chodziło o to, żeby zmniejszyć psychiczne traumy okołoporodowe, do których dochodzi często w szpitalach. Rodzące wprawdzie coraz częściej mogą liczyć na przyjazne szpitalne warunki, ale kłopot w tym, że to raczej kosztowna opcja tylko dla bogatych. W konsekwencji większość matek nadal rodzi na zbiorowych salach za przepierzeniami. W dodatku w ślad za antykobiecymi ustawami z pewnością nasili się presja religijnych fundamentalistów na zakaz antykoncepcji, znieczulenia, cesarskiego cięcia, in vitro. Z jednej strony widzimy więc nasilającą się medykalizację ciąży i narodzin, a z drugiej – wprowadzanie zasady, że wszelkie ułatwienia dla rodzących, mające zmniejszać ich cierpienie, są niezgodne z naturą i wolą bożą. To jest groźna antykobieca ideologia, a nie medycyna. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że kobiety jako nieocenione dawczynie życia powinny mieć całkowite prawo wyboru dotyczące tego, czy, gdzie, jak i z kim chcą rodzić.

Jest nadzieja, że trwająca kobieca rewolucja sprawi, iż sprawy zaczną się toczyć w korzystnym dla kobiet kierunku.
Niech tak się stanie! Stójmy murem za kobietami. 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Zdrowie

Wizyta u seksuologa - kiedy zwrócić się po pomoc?

Do seksuologa warto zapisać się wtedy, kiedy mamy poczucie, że we własnym zakresie zrobiliśmy już wszystko, aby rozwikłać dręczący nas problem. (Fot. iStock)
Do seksuologa warto zapisać się wtedy, kiedy mamy poczucie, że we własnym zakresie zrobiliśmy już wszystko, aby rozwikłać dręczący nas problem. (Fot. iStock)
Na początku możesz czuć się niezręcznie. Wprawdzie przedmiot rozmów bywa wstydliwy, ale ich efekt może odmienić twoje życie. Nie tylko seksualne. O tym, że nie warto bać się „lekarza od seksu”, mówi psychoseksuolog Bianca-Beata Kotoro.

Kiedy warto zwrócić się o pomoc do seksuologa?
Daleka jestem od tego, by radzić komukolwiek, by szedł do specjalisty natychmiast, kiedy stwierdzi, że dzieje się coś niepokojącego w obrębie jego seksualności. Ale kiedy mamy poczucie, że we własnym zakresie zrobiłyśmy już wszystko, aby rozwikłać dręczący nas problem: porozmawiałyśmy z partnerem, skorzystałyśmy z fachowej literatury, a jednak nie pomogło, to zamiast odcinać się od problemu czy przenosić frustrację na inne obszary życia – warto skorzystać z pomocy fachowca.

Do jakiego specjalisty najlepiej się wybrać?
Jeśli mamy problem związany z fizjologicznym wymiarem seksu, najlepiej udać się do lekarza seksuologa. Zbada nas i ewentualnie przepisze leki. Jeżeli natomiast potrzebujemy pomocy terapeutycznej, możemy wybrać się do seksuologa klinicznego, psychoseksuologa, terapeuty lub coacha seksuologicznego oraz edukatora seksualnego. Wszyscy oni są przygotowani do edukacji seksualnej, ale do prowadzenia terapii potrzebują dodatkowej specjalizacji. Nie stosują leczenia farmakologicznego, ale muszą być też uwrażliwieni na kwestie fizjologiczne.

Przeciętna osoba nie rozróżnia tych wszystkich niuansów…
Tak, to prawda. Pacjenci są bardzo zdziwieni, kiedy dzwonią z prośbą o umówienie wizyty i słyszą pytanie: „Czy potrzebuje pan/pani konsultacji lekarza, czy chce się zapisać do terapeuty?”. Często pacjent sam tego nie wie, więc umawiamy go wtedy na konsultację-wywiad.

Czego możemy się spodziewać u seksuologa?
Na początku pacjent zostanie zapytany, z jakim problemem przyszedł, jak długo dany problem trwa i jak sobie z nim radził do tej pory. Pojawi się też pytanie o podejście do spraw intymnych oraz o to, jakie wyobrażenie na ich temat wyniosła z domu rodzinnego. Czy miała w nim miejsce szeroko pojęta edukacja seksualna? A jeśli tak, to jaka? Czy adekwatna do wieku? Czy oparta o aktualną wiedzę medyczną, czy ideologię? Dzięki temu terapeuta może ocenić, czy problem nie zaczął się już dawno temu. Padną też pytania o kwestie medyczne, a także o to, co się dzieje w obecnym życiu pacjenta pod kątem stresu, satysfakcji z pracy, relacji z otoczeniem… Informacje te pokazują, jaką ktoś ma aktywność psychiczną i fizyczną. Pozwalają poznać pacjenta, jego nastawienie do innych ludzi, do problemów, do siebie, jego sposoby radzenia sobie i reagowania. Dzięki temu można podjąć decyzję dotyczącą konieczności i rodzaju terapii.

Czy jeśli partner ma jakiś problem seksuologiczny, ale kategorycznie odmawia pójścia do specjalisty, jest sens wybierać się bez niego?
Oczywiście, warto wtedy przyjść na konsultację. Często osoba mająca problem słyszy od partnera nieprzyjemny i oceniający komunikat: „Coś jest z tobą nie w porządku! Musisz się leczyć! To, że nam się nie układa, to twoja wina!”. Nic dziwnego, że stawia wtedy opór. Zdarza się, że kobiety przychodzą do seksuologa i mówią: „Przyszłam sama, bo on nie chce”. Można poradzić im wtedy, żeby powiedziały partnerowi: „Proszę, chodź ze mną, żeby mi było łatwiej uporać się z tym, co dla mnie jest problemem”. Takie postawienie sprawy na ogół pomaga i partner godzi się na wizytę. Jedna z naczelnych zasad terapii dotyczy tego, że musi ona być podjęta dobrowolnie, inaczej nie zadziała. Mówimy tu o partnerach, ale trzeba dodać, że kobiety też odczuwają opór przed wizytą.

Chyba nawet przed sobą ciężko się przyznać do problemów w obrębie tej sfery?
Może zabrzmi to jak paradoks, ale łatwiej nam przyznać się do problemów w zakresie seksualności niż w innych obszarach życia. Jako psychoseksuolog obserwuję, że pacjenci, a w szczególności mężczyźni, nie mają problemów, żeby powiedzieć, co sprawia im techniczne kłopoty – ale oczekują skutecznej, szybkiej pomocy, po prostu recepty, do zastosowania od zaraz. Trudniej przychodzi im analizowanie swoich stanów emocjonalnych, zwłaszcza związanych z przygnębieniem, frustracją czy stresem.

Wizyta u seksuologa wiąże się z pokonaniem bariery wstydu. Czy płeć ma znaczenie przy wyborze specjalisty? Może lepiej, żeby kobieta wybrała się do kobiety, a mężczyzna do mężczyzny?
Każdy z nas ma inne bariery związane ze skrępowaniem czy wstydem. Z założenia płeć ginekologa czy seksuologa powinna być obojętna. Nie idziemy do kobiety czy mężczyzny, ale do osoby kompetentnej w danej dziedzinie. Jeśli jednak mamy silne uprzedzenia w tym względzie, nie ma co ich zwalczać. Trzeba iść tam, gdzie najmniej czujemy się spięci. Im bardziej będziemy w zgodzie ze sobą, tym większe szanse na powodzenie terapii.

Jak długo trwa zazwyczaj taka terapia?
Czasami to jedno czy dwa spotkania, bo okazuje się, że wystarczyło się „odczarować” z jakichś przekonań, dalekich od realnego życia. Przykładem może być wyobrażenie wielu kobiet dotyczące tego, że mężczyzna codziennie potrzebuje seksu, inaczej zdradza. Nie jest to prawda, a na dodatek wielu mężczyzn cierpi, bo przypisuje im się takie wymagania, którym bezskutecznie próbują sprostać. Długość terapii zależy też od tego, w jakim nurcie i jakimi sposobami pracuje dany terapeuta. Przy głębszych problemach związanych z intymnością, fizyczną bliskością na tle nadużyć seksualnych trzeba się liczyć z tym, że może potrwać dłużej. Znaczącą rolę odgrywają tu też możliwości finansowe pacjenta, wizyty kosztują przeciętnie od 130 do 250 zł.

Jak przebiega badanie seksuologiczne?
Zacznę od seksuologów zajmujących się terapią – absolutnie nie mają prawa dotykać pacjenta! Ani prosić go o rozebranie się czy pokazanie ciała, narządów. Nawet jeśli ma miejsce instrukcja czy szkolenie pod kątem technik seksualnych, zawsze odbywa się ono na fantomach, modelach, ilustracjach. W przypadku lekarzy seksuologów sprawa wygląda inaczej, ponieważ są oni uprawnieni do badania ciała, dotykania go i oglądania. Ale zawsze powinni poinformować, co zamierzają zrobić i jak przebiega badanie. I pamiętajmy, wybierając seksuologa – dobrze jest skorzystać z porad takiego, który poddaje się ciągłej superwizji. Co oznacza, że spotyka się z certyfikowanym superwizorem, aby omówić swoją pracę z pacjentami. To da nam gwarancję, że dany specjalista dba o jak najwyższy standard pracy, a jego umiejętności oprócz szkoleń, sympozjów, konferencji są pod nadzorem.

Bianca-Beata Kotoro psycholog, psychoseksuolog, terapeuta, psychoonkolog.

  1. Zdrowie

Prekoncepcja, czyli jak zwiększyć szanse na zajście w ciążę

Prekoncepcja to wspomaganie płodność, ale też dbanie o zdrowie i prawidłowy rozwój przyszłej ciąży. (Fot. Adobe Stock/ materiały prasowe Centrum Medycznym Superior)
Prekoncepcja to wspomaganie płodność, ale też dbanie o zdrowie i prawidłowy rozwój przyszłej ciąży. (Fot. Adobe Stock/ materiały prasowe Centrum Medycznym Superior)
Przyszli rodzice mają ogromny wpływ na poczęcie oraz prawidłowy przebieg ciąży. Co robić, aby zwiększyć szanse na zapłodnienie? Odpowiedź brzmi: stosować prekoncepcję. Nawet jeśli ciąża to jeszcze odległe plany, pewne nawyki i działania warto wdrożyć odpowiednio wcześniej. O metodach sprzyjających kobiecej oraz męskiej płodności opowiada ginekolog, lek. Anna Horbaczewska z krakowskiego Centrum Medycznego Superior.

Mądre rodzicielstwo coraz częściej zaczyna się jeszcze przed poczęciem. Mamy obecnie do czynienia ze zdecydowanym wzrostem świadomości wśród par starających się o dziecko – mówi lek. Anna Horbaczewska. Coraz częściej metodycznie i według planu podchodzi się także do prekoncepcji polegającej na jak najlepszym przygotowaniu do poczęcia. W ten sposób wspomagamy nie tylko płodność, ale też dbamy o zdrowie i prawidłowy rozwój przyszłej ciąży – tłumaczy ekspertka.

Czas upływa nie tylko kobietom

Czynników wpływających na zdolności prokreacyjne jest bardzo wiele. Na niektóre, jak choćby jakość powietrza czy przebyte infekcje, niestety nie ma się wpływu. Wiadomo też, że fundamentalne znaczenie dla płodności ma wiek przyszłych rodziców. Warto przy tym podkreślić, że optymalny okres rozrodczy dotyczy nie tylko kobiet, ale również mężczyzn.

Zegar biologiczny tyka także dla panów – wyjaśnia lek. Anna Horbaczewska. Powszechnie wiadomo, że najlepszą płodnością cieszą się kobiety przed 30-tym rokiem życia. Rzadziej mówi się jednak o tym, że pewne ograniczenia w tym zakresie wiek narzuca również mężczyznom. W ich przypadku czas optymalnej płodności występuje do 35-tego roku życia. Potem, wraz z upływem lat, maleje liczba plemników o prawidłowej budowie, zmniejsza się ich koncentracja w nasieniu i częściej dochodzi w nich do fragmentacji DNA. To z kolei obniża szansę na ciążę, ale też zwiększa ryzyko poważnych chorób u dzieci, takich jak: schizofrenia, autyzm czy choroba dwubiegunowa – tłumaczy lekarka Centrum Medycznego Superior.

Na co mamy wpływ?

Co więc kobieta i mężczyzna mogą zrobić sami, by wspomóc matkę naturę i lepiej przygotować się do poczęcia? Sposobów na wspomaganie płodności jest wiele. Właściwa dieta, styl życia, prawidłowa waga i odpowiednie nawyki wydatnie zwiększają szanse. Najlepiej, gdy idą ze sobą w parze. I to u obojga przyszłych rodziców. Na czym zatem polega prekoncepcja i co dokładnie możemy zrobić, by spotęgować swoje możliwości prokreacyjne?

Właściwa dieta to podstawa

Zgodnie z badaniami, istotny wpływ zarówno na męską, jak i kobiecą płodność, ma prawidłowa dieta. Panom chcącym poprawić swoje możliwości w tym zakresie, zaleca się przede wszystkim, aby podstawą ich diety były węglowodany. Ograniczyć należy z kolei produkty bogatobiałkowe, a także związki mogące naśladować działanie fitoestrogenów, obecne np. w soi. Warto też włączyć do diety orzechy i błonnik, a także zadbać o odpowiedni poziom mikroelementów, witamin E, C i D oraz koenzymu Q10. Działają one korzystnie na metabolizm, a przez to na gospodarkę hormonalną. Chodzi przede wszystkim o związki cechujące się właściwościami antyoksydacyjnymi. Niwelują one wolne rodniki, co przekłada się na poprawę jakości nasienia, zmniejszając ilość uszkodzeń DNA plemnika. Należą do nich np. obecny w pomidorach likopen, a także selen, który możemy znaleźć w łososiu i tuńczyku oraz cynk, który z kolei występuje m.in. w kakao, wątrobie, jajkach, pestkach dyni czy słonecznika. Można też rozważyć suplementacje N-Acetylocysteiną. To aminokwas, który daje bardzo dobre wyniki,  jeśli chodzi o jakość nasienia – mówi lek. Anna Horbaczewska.

Co do pań, w ich przypadku również wykazana jest korzyść ze stosowania diety bogatej w węglowodany. Jeśli spożywamy duże ilości białka, to powinny być one pochodzenia roślinnego, białek odzwierzęcych starajmy się unikać. Ważna jest też podaż nienasyconych kwasów tłuszczowych, czyli pochodzących z roślin. Jeśli chodzi o nabiał, to zaleca się taki o wysokiej zawartości tłuszczu. Z kolei z diety wykluczamy produkty o wysokim indeksie glikemicznym – mówi krakowska ginekolog. I dodaje: dodatkowo warto też ustalić, czy nie ma konieczności suplementacji multiwitaminowej oraz preparatami o zawartości żelaza. Wyrównanie tych niedoborów również korzystnie wpływa na aspekt płodności.

Właściwa masa ciała

W parze z płodnością nie idą zaburzenia wagi. Mowa tu zarówno o nadwadze, jak i niedowadze. Idealne BMI powinno mieścić się w przedziale 20-25. W przypadku wyższego BMI u panów może dochodzić do zaburzenia gospodarki hormonalnej przez zwiększoną konwersję hormonów w tkance tłuszczowej i wyższy poziom pojawiających się w związku z tym estrogenów. U pań otyłość może zaburzać proces owulacji, a z kolei zbyt niska masa ciała może tę owulację hamować całkowicie.

Aktywność fizyczna – byle nienadmierna

Regularna aktywność sprzyja naszej płodności. Co jednak niezwykle ważne, to by była ona umiarkowana tak pod względem intensywności, jak i częstotliwości. Zawodowe uprawianie sportu najpewniej tymczasowo obniży lub odbierze nam płodność. Trenujące zawodowo kobiety, często mają bezowulacyjne cykle, co uniemożliwia im zajście w ciążę. Istnieje takie zjawisko jak triada sportsmanek – mówi specjalistka Centrum Medycznego Superior.  Polega ono współistnieniu u zawodowych sportsmenek trzech zjawisk: zaburzenia odżywiania, braku miesiączki (wiążącego się z brakiem owulacji) oraz zaburzeń mineralizacji kości. W przypadku mężczyzn jest podobnie. Podczas badania zawodowych wioślarzy zauważono, że paradoksalnie mieli oni obniżony poziom testosteronu w porównaniu z mężczyznami, których cechowała umiarkowana aktywność fizyczna – tłumaczy lek. Anna Horbaczewska. Warto zatem, aby podejmowaną aktywność fizyczną ograniczyć do 4 godzin ćwiczeń o nienadmiernej intensywności tygodniowo – dodaje krakowska ginekolog.

Odpoczynek i przeciwdziałanie stresowi

U par starających się o potomstwo nie do przecenienia jest też rola odpoczynku i relaksu. Przewlekły stres powoduje podwyższenie poziomu kortyzolu we krwi, co zaburza pracę na osi podwzgórze-przysadka-jajnik, upośledzając tym samym płodność kobiet. Podobny skutek wywołuje u mężczyzn, u których dochodzi wówczas do pogorszenia parametrów nasienia. To zjawisko doskonale widać na przykładzie pacjentów leczących się z powodu niepłodności, kiedy to obciążenie psychiczne często powoduje systematyczne pogarszanie jakości nasienia.

Paradoksalnie, im większe napięcie psychiczne związane z chęcią zajścia w ciążę, tym bardziej spadają szanse na powodzenie – mówi ginekolog z krakowskiego Centrum Medycznego Superior. Mając to na uwadze, warto zatem zadbać o regularny odpoczynek, a także zapewnić sobie „odskocznię” od codziennych stresów.

Regularne współżycie

Okazuje się, że regularne współżycie sprzyja płodności także w sposób długofalowy. Jak mówi lek. Anna Horbaczewska: żeby zapewnić odpowiednią jakość plemników, zaleca się, aby do stosunku dochodziło najlepiej 3-4 razy w tygodniu. Współżycie powinno się prowadzić przez cały okres cyklu, przy czym para nie powinna skupiać się na tym, kiedy wypadają dni płodne, bo może to powodować napięcie i stres związany  z nadmiarem oczekiwaniem – tłumaczy specjalistka.

Odpowiednia temperatura i… bielizna

Infekcje i choroby podnoszące temperaturę, mogą powodować przejściowe problemy z płodnością. Dzieje się tak m.in. dlatego, że do prawidłowej produkcji plemników potrzebna jest odpowiednia temperatura. Optymalna to ta niższa od temperatury naszego ciała. Dlatego też panowie powinni unikać przegrzewania jąder – regularne korzystanie z sauny czy jacuzzi, a nawet nawyk trzymania laptopa na kolanach niekiedy powodują obniżone parametry nasienia – tłumaczy lekarka. Równie niekorzystny wpływ na jakość nasienia może mieć też noszenie zbyt obcisłej bielizny.

Złe nawyki. Czego należy unikać?

Mimo, że marihuana to w większości krajów środek nielegalny, to jednak jest on w przestrzeni społecznej obecny. Tymczasem, jak pokazują badania, palenie marihuany może mieć negatywny wpływ na potencję. U panów obniża poziom testosteronu, co zmniejsza ilość i ruchliwość plemników – mówi lek. Anna Horbaczewska. Z kolei u pań może rzutować na gospodarkę hormonalną, obniżając poziom hormonu luteinizującego. To z kolei prowadzi do rozregulowania cyklu. Marihuana może także  zaburzać  ruchomość rzęsek w jajowodzie, odpowiadających za transport komórki jajowej po owulacji, żeby mogło dojść do zapłodnienia – tłumaczy ginekolog.

Inną używką, której spożycie warto ograniczyć, jest kofeina. Tyczy się to zwłaszcza regularnego spożywania napojów energetyzujących, które mogą obniżać koncentrację i całkowitą ilość plemników w nasieniu.

Jednym z czynników najsilniej pogarszających jakość nasienia jest dym nikotynowy. Unikajmy nie tylko palenia papierosów, ale i ekspozycji na dym. Do produkcji plemników potrzebne jest duże stężenia tlenu, a papierosy z uwagi na substancje smoliste, mogą powodować dużą ilość uszkodzeń w DNA plemnika – wyjaśnia lek. Anna Horbaczewska. Lekarka dodaje również, że innym środkiem, który niekoniecznie współpracuje z naszą potencją, są lubrykanty. Jak wynika z badań, niektóre z nich powodują zmniejszenie ruchliwości plemników.

Im wcześniej, tym lepiej

Im wcześniej zaczniemy kreować właściwe warunki prokreacyjne, tym lepiej – podsumowuje ginekolog Centrum Medycznego Superior. Nawet, jeśli ciąża pozostaje jeszcze odległym planem, to pewne nawyki i działania warto wdrożyć odpowiednio wcześniej. Każdej parze w wieku prokreacyjnym, która nie ma jeszcze planów, ale nie wyklucza w przyszłości chęci posiadania potomstwa, polecam wdrożenie prekoncepcji do swojej codziennej rutyny. Poza tym, że wspiera naszą potencję, to również daje długoletnie korzyści dla zdrowia.

Lek. Anna Horbaczewska, absolwentka Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum w Krakowie, aktualnie w trakcie studiów doktoranckich. Jej zainteresowania oraz praca zawodowa skupiają się głównie wokół diagnostyki i leczenia niepłodności oraz diagnostyki ultrasonograficznej. Pracuje w Centrum Medycznym Superior - krakowskiej klinice dysponującą nowoczesnym sprzętem z działu ginekologii i położnictwa.  (Fot. materiały prasowe Centrum Medycznym Superior) Lek. Anna Horbaczewska, absolwentka Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum w Krakowie, aktualnie w trakcie studiów doktoranckich. Jej zainteresowania oraz praca zawodowa skupiają się głównie wokół diagnostyki i leczenia niepłodności oraz diagnostyki ultrasonograficznej. Pracuje w Centrum Medycznym Superior - krakowskiej klinice dysponującą nowoczesnym sprzętem z działu ginekologii i położnictwa.  (Fot. materiały prasowe Centrum Medycznym Superior)

  1. Seks

Seks z byłym partnerem - tak czy nie?

Zanim zdecydujemy się na seks z byłym partnerem, miejmy na uwadze to, że przedłużanie fazy fascynacji erotycznej wiąże się z ryzykiem uzależnienia. (Fot. iStock)
Zanim zdecydujemy się na seks z byłym partnerem, miejmy na uwadze to, że przedłużanie fazy fascynacji erotycznej wiąże się z ryzykiem uzależnienia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Seks z byłym partnerem jest dość powszechnym zjawiskiem. Z jednej strony nie chcemy już mieć nic wspólnego z tą osobą, mamy wrażenie, że się przy niej dusimy, ale z drugiej strony trudno jest zakończyć relację z dnia na dzień i odciąć od siebie wszystko, co się z nią wiązało. Dodatkową przeszkodą może być fakt, że seks w związku był całkiem niezły.

Seks po rozstaniu z byłym partnerem jest dość powszechnym zjawiskiem. Z jednej strony nie chcemy już mieć nic wspólnego z tą osobą, mamy wrażenie, że się przy niej dusimy, ale z drugiej strony trudno jest zakończyć relację z dnia na dzień i odciąć od siebie wszystko, co się z nią wiązało. Dodatkową przeszkodą może być fakt, że seks w związku był całkiem niezły. Dlaczego najczęściej decydujemy się na seks z ex?

Jeśli tak było, to seks po rozstaniu z partnerem wiąże się z masą zniewalających wspomnień. Znaliśmy swoje ciała, potrzeby, reakcje. Poruszanie się w obszarze cielesnej fascynacji było jak utarta ścieżka bezbłędnie prowadząca do celu. W tym przypadku do orgazmu. Daje to gwarancję, że każde kolejne zbliżenie będzie równie satysfakcjonujące. Niewielki pretekst, sprzyjające okoliczności, chwila słabości popychają nas do seksu z byłą partnerką lub byłym partnerem, nawet po rozstaniu, choć ustaliliśmy, że to koniec. Paradoksalnie, koniec bycia razem nie jest jednoznaczny z zakończeniem relacji seksualnej. Wyczerpaliśmy wspólne tematy, zaczęliśmy odczuwać nudę w swoim towarzystwie, niektóre cechy partnera okazały się być nie do przeskoczenia w codziennym życiu, rozminęliśmy się emocjonalnie i duchowo, ale seks zawsze był dobry i nadal może być. Taki układ jest możliwy wtedy, jeśli rozstajemy się z wyżej wymienionych powodów, a nie ze względu na związanie się z nową osobą.

Często chęć podtrzymania relacji seksualnej wynika z trudności radzenia sobie z rozstaniem. Pojawia się obawa przed samotnością. Do głowy przychodzą myśli, czy w ogóle jeszcze kogoś poznam, czy komuś się spodobam, czy uda nam się dogadać? Lęk przed samotną przyszłością często jest na tyle silny, iż powoduje, że wracamy do byłego partnera. Próbujemy na nowo lub spotykamy się na seks po zerwaniu. Decydując się na to drugie rozwiązanie często czujemy, że rozstanie jest mniej dramatyczne i nie jest definitywnym końcem. Samotność nie doskwiera tak bardzo, choć jednocześnie jesteśmy wolni. Seks po rozstaniu z partnerem nie wiąże się z angażowaniem emocjonalnym, bo wiemy, że z tą osobą już nie jesteśmy. Czujemy swobodę psychiczną, bo zbliżenie fizyczne nie umacnia dalej związku, który nie do końca nam pasował. Jednocześnie znamy dobrze partnera, więc czujemy się pewnie i bezpiecznie.

Jednak taki układ ma też wady. Spotykając się na seks po rozstaniu z partnerem, najczęściej doświadczamy tylko pozytywnych wrażeń. Dodatkowo uruchamia to wspomnienia przyjemnych chwil razem spędzonych, co powoduje, że zapominamy dlaczego się rozstaliśmy. Dlatego podtrzymywanie relacji seksualnej po rozstaniu często prowadzi do powrotu do siebie. Niestety po pewnym czasie seks z ex może prowadzić do tego, że euforia wynikająca z faktu ponownego bycia razem znika i wracają problemy, które nas od siebie oddaliły. Znowu się rozstajemy.

Kolejną słabością seksu z byłym partnerem jest nadzieja, jaką podświadomie, bądź świadomie, wiążemy z sytuacją podtrzymywania kontaktu. Często osoba, która nie była inicjatorem rozstania wierzy, że to tylko okres przejściowy, chwila słabości związku, i że za chwilę wszystko wróci do normy. Tym większe jest rozczarowanie, kiedy druga strona oznajmia, że zaczęła się spotykać z kimś nowym i ostatecznie chce zakończyć aktualny układ.

Zdarza się, że kobiety inaczej niż mężczyźni podchodzą do seksu po rozstaniu z byłym partnerem. Jeśli mężczyzna był stroną kończącą relację, a kobieta nadal z nikim się nie spotyka, to często romans z byłym może wzmocnić jej osłabione poczucie kobiecości. Kobietom zdarza się myśleć w ten sposób, że skoro partner nadal ich pożąda, decydując się na seks po zerwaniu, to jednocześnie zależy mu na tym, jakimi są osobami. Tymczasem mężczyznę dalej kręcą nasze fizyczne walory, ale wcale nie zamierza wracać i kontynuować związku. Po porzuceniu przez partnera samoocena spada i jesteśmy rozbici emocjonalnie. Kobiety decydując się na seks po rozstaniu z byłym partnerem czasami kierują się tym, że świetny seks spowoduje, że będzie chciał do nich wrócić. Pojawia się też myślenie, że skoro nie mogę go mieć całego, to chociaż mam go fizycznie. Trzymamy się tej namiastki bliskości, która tylko pogłębia coraz niższe poczucie własnej wartości. Seks z byłym bądź byłą działa również znieczulająco na ból wywołany  myślą o rozstaniu i pozornie taki układ może nieco ułatwić pogodzenie się z sytuacją.

Mężczyźni podtrzymują intymną relację m.in. z poczucia winy, że spowodowali cierpienie. Pojawia się wtedy chęć zadośćuczynienia i odpowiedzialność za bliską niegdyś osobę, co może przełożyć się na tymczasowe zainteresowanie seksualne i decyzję o seksie po zerwaniu. Istotną rolę odgrywa też popęd seksualny – szczególnie jeśli on nie może sobie znaleźć nowej partnerki, a nie chce ryzykować seksu z przypadkową osobą, prędzej czy później wraca na seks do byłej. Kolejny powód to potrzeba podbudowania męskiego ego. W przypadku seksu z byłą partnerką nie trzeba dowodzić umiejętności Casanovy i można sobie pozwolić na bycie sobą. W nowym związku trzeba wykazać się w roli kochanka, co może wiązać się ze stresem przed porównaniem z innymi czy niespełnieniem oczekiwań.

Podsumowując – zanim zdecydujemy się na seks po rozstaniu z partnerem, miejmy na uwadze to, że przedłużanie fazy fascynacji erotycznej z byłym wiąże się z ryzykiem uzależnienia. Obsesja na punkcie straty i zadowalanie się namiastkami związku w postaci seksu z byłym sprawia, że nie jesteśmy w stanie „odciąć pępowiny”, a tym samym zakończyć danego etapu w naszym życiu. A dopóki to się nie stanie, dopóty nie uda się nawiązać nowej, satysfakcjonującej znajomości.

  1. Psychologia

Jesteśmy gotowi na dziecko - planowanie ciąży, przygotowanie do rodzicielstwa

Jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. (Fot. iStock)
Jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. (Fot. iStock)
Lukrowanie rodzicielstwa sprawia, że każdy potem czuje się zobowiązany, żeby przekazywać taką wizję dalej. A ona jest nieprawdziwa. Wychowanie to ciężka robota, do której trzeba się dobrze przygotować – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Młodzi skrupulatnie planują dzisiaj, kiedy zostać rodzicami. To chyba dobrze, prawda?
Na szczęście ponad 30 proc. dzieci rodzi się w sposób niekontrolowany i nieplanowany. Gdybyśmy zdali się tylko na planowanie, to prawdopodobnie przyrost naturalny na świecie by ustał, co byłoby w gruncie rzeczy niezłym pomysłem, zważywszy na przeludnienie, z którym chyba zaczynamy się zmagać. Można więc powiedzieć, że 30 proc. ludzi nie podejmuje żadnych decyzji, one są podejmowane za nich. Ale od tego, w jaki sposób zaskoczeni rodzice ustosunkują się do tego faktu, będzie zależała przyszłość dziecka.

Planowanie dziecka, nawet za cenę odwlekania decyzji, jest moim zdaniem lepsze niż podejmowanie jej pod presją: bo kobiecie bije zegar biologiczny, bo rodzina pyta, kiedy wreszcie, bo znajomi już mają, bo a nuż dziecko uratuje rozpadający się związek… Ważne, żeby przyszli rodzice byli przygotowani do tego, co ich czeka. Kiedy tak naprawdę to nastąpi?
Kiedy zaczniemy uczyć w szkołach psychologii relacji i psychologii klinicznej. Bo bez tego młodzi będą w 90 proc. przypadków powielać wzorce wychowania, w jakich wzrastali – albo wprost, albo à rebours, czyli przez zaprzeczenie.

Ale psychologii w szkole nie ma. Może przyszli rodzice powinni czytać książki psychologiczne?
Książki to już coś. Jeśli potencjalni rodzice chcą dobrze przygotować się do wychowania dzieci, to niech przynajmniej poznają różne koncepcje psychologiczne na ten temat, jak one się ścierały, do czego doprowadzały, niech poczytają o tym, jak można budować relacje z dziećmi, o prawidłowościach rozwojowych dziecka itd. Najlepiej by było, gdyby jeszcze przed decyzją o dziecku nie tylko naczytać się na te tematy, ale też przejść jakąś formę psychoterapii, a przynajmniej kilka treningów i warsztatów rozwojowych, by mieć okazję odbić się w umysłach innych i dowiedzieć się czegoś o swoich uwarunkowaniach.

Młodzi, przygotowując się do rodzicielstwa, perfekcyjnie wykorzystują dzisiaj technikę: kamery, czujniki, elektroniczne nianie. Co o tym myślisz?
To pokazuje, jak wielki jest lęk współczesnych rodziców i brak zaufania do możliwości własnych i dziecka, a także do losu, i jak bardzo próbują zredukować te lęki za pomocą obsesyjnej kontroli. A rzeczywistości nigdy do końca nie da się skontrolować. Trzeba iść w drugą stronę i uczyć się ufać sobie, innym ludziom i życiu, zamiast instalować coraz więcej czujników i kamer.

Ale świat bezpieczny nie jest, więc nic dziwnego, że rodzice myślą o bezpieczeństwie dzieci.
Jeśli wychowaliśmy się w rodzinie, w której dominowała kontrola, to z automatu tę niefortunną tradycję przeniesiemy na relacje ze wszystkimi w swojej nowej rodzinie. Albo pójdziemy w drugą skrajność i kontrolę całkowicie odpuścimy. Czas się zreflektować i zrozumieć, że obsesja bezpieczeństwa, która jest marketingowo nakręcana, zwłaszcza teraz, w czasie pandemii, nie zapewnia nam prawdziwego bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie, zwiększy nasz niepokój i napięcie. Łatwo sobie wyobrazić, w jaki sposób zostanie ukształtowana psychika dziecka rodziców ogarniętych obsesją kontroli.

Ono też będzie pełne napięcia i lęku. Może więc zanim zostaniemy rodzicami, warto przypomnieć sobie swoje dzieciństwo i siebie jako dziecko?
To niezbędna refleksja przygotowująca nas do rodzicielstwa: Przypomnij sobie swoje dzieciństwo, siebie jako dziecko. Co cię bolało, drażniło, szkodziło ci, a co cieszyło, co było dla ciebie ciekawe i korzystne. To pomaga nam zrozumieć, jakiej tradycji formatowania byliśmy poddani, a potem pomoże podjąć świadomą decyzję co do sposobu wychowywania własnych dzieci. Pamiętajmy, że rodzice są po to, żeby dziecko jak najprędzej stało się osobą od nich niezależną.

I samodzielną...
Czyli wolną i ufającą sobie. Ja taką wolność i zaufanie dostawałem bardzo wcześnie od matki. A było to tym bardziej cenne, że matka, by mi to okazać, musiała panować nad swoim niepokojem. Mając 12 lat, w czasie wakacji nad morzem, z grupą starszych kolegów codziennie płynęliśmy na drugi brzeg dużej zatoki, a matka wydawała się przyjmować te ryzykowne wyczyny z całkowitym spokojem. Ale pewnego dnia już po wypłynięciu okazało się, że woda jest za zimna, więc szybko dopłynęliśmy do brzegu niedaleko miejsca startu i zobaczyłem wtedy matkę brodzącą przy brzegu i z niepokojem wypatrującą nas w głębi zatoki. Gdy mnie spostrzegła, chcąc ukryć zmieszanie, zwróciła się do całej naszej grupy: „O, już jesteście? A ja właśnie weszłam do wody trochę zamoczyć nogi”. „Jaka dzielna i fajna ta mama” – pomyślałem. Dodam, że mama kilka lat wcześniej oczywiście zadbała o to, żeby nauczyć mnie dobrze pływać.

Na tym powinno polegać przygotowanie do roli rodzica, żeby uporać się ze swoimi lękami?
Strach o dziecko to coś normalnego. Ale nadmierne, nieadekwatne lęki są dla niego bardzo obciążające. Kiedy słyszę na przykład, że malec, który uczy się chodzić, powinien mieć ochraniacze na kolanach i kask, to z żalem myślę, że rodzice, którzy dadzą się na to namówić, bardzo skrzywdzą swoje dzieci. Bo ból jest wielkim nauczycielem życia, a to prawdziwe nie obędzie się bez bólu. Dziecko też musi poczuć ból, aby nauczyć się go w miarę możliwości unikać, a także korzystać z jego podpowiedzi i ostrzeżeń. Ostatnio byłem w Islandii. Przekonałem się jeszcze raz, że narody Północy mądrzej niż inne wychowują swoje nowe pokolenia.

Surowiej?
Z naszego punktu widzenia surowiej, ale w istocie mądrze, adekwatnie i współczująco, bo przygotowują organizmy i umysły dzieci na trudne sytuacje. W Rejkiawiku obserwowałem taką scenę: młodzi ludzie z dwójką małych dzieci idą deptakiem. Młodszy chłopiec, około drugiego roku życia, biegnąc przed nimi, potyka się i wywraca na kamienny chodnik. Leży i płacze, bo ten upadek z pewnością był bolesny. Ale jego rodzice nie pędzą w panice, by go podnieść. Idą dalej spokojnie i z odległości starają się ocenić powagę sytuacji. Widząc, że nic groźnego się nie stało, zatrzymują się przy płaczącym synku i mówią do niego: „Wstawaj, kochanie, przecież wiesz, jak to się robi”. Słysząc to, chłopiec przestaje płakać, po czym wstaje i z satysfakcją uśmiecha się do rodziców. Pomyślałem: „Ile w nich prawdziwego współczucia i spokoju, jak mądrze uczą dziecko radzić sobie samemu z bólem i z upadkiem”. Przeciętny polski rodzic w takiej sytuacji swoim lękiem i lamentem przestraszyłby swoje dziecko, rozkręcił jego płacz, a potem gniewnie zakazał mu biegać. I to, co byłoby dla dziecka krótkotrwałym cierpieniem, stałoby się wielkim problemem, z którym nie ma szans sobie poradzić bez interwencji rodziców.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Wróćmy do ćwiczenia w przypominaniu sobie siebie jako dziecka. Często, niestety, pamiętamy krytykę rodziców. Co z nią zrobić teraz, gdy sami przygotowujemy się do rodzicielstwa?
W okresie dorastania i dorosłości bezkrytycznie kopiujemy negatywny stosunek rodziców do nas z dzieciństwa, a w wewnętrznych dialogach używamy wobec siebie zapożyczonych od rodziców zdań i poniżających zwrotów. Trzeba je zidentyfikować, określić ich pochodzenie, a potem zweryfikować i urealnić w oparciu o wiarygodne i aktualne opinie bliskich nam ludzi. Jeśli nic z tym nie zrobimy, to niechybnie przekażemy dzieciom negatywny i autoagresywny stosunek do nich samych. Dlatego jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. Pomaga w tym napisanie listu do siebie z czasów dzieciństwa, złożonego z co najmniej dwóch rozdziałów: pierwszy to „przepraszam”, a drugi „dziękuję”. Ewentualny trzeci to „proszę”.

Przepraszam w imieniu rodziców?
Nie, we własnym. Za to, że siebie z czasów dzieciństwa nie doceniam, że się siebie wstydzę, że pogardliwie myślę o sobie z tamtego okresu życia i obraźliwie się do siebie zwracam.

A dziękuję za co?
Choćby za to, że tamto dziecko mimo wszystko wytrwało, przeżyło, że dzięki niemu nie wylądowałem w psychiatryku albo w więzieniu czy na ulicy i teraz mogę się wysilać, by przezwyciężyć przeszłość i piszę ten list. Przeprosiny i podziękowania skierowane do siebie z czasów dzieciństwa to elementarne przygotowanie do bycia rodzicem. Dla wielu to bardzo trudne zadanie, tym trudniejsze, im trudniej było w dzieciństwie.

Ktoś powiedział, że przygotowanie do rodzicielstwa tak naprawdę polega na znalezieniu odpowiedniego partnera. Zgadzasz się z tym?
To oczywiste. Ale aby znaleźć odpowiedniego partnera, musimy wcześniej rozpoznać dobrze nasze kompleksy i deficyty, zacząć nad nimi pracować i pokochać to dzielne wewnętrzne dziecko w nas. W sumie chodzi o to, żeby zbudować w sobie realistyczną samoocenę. Bo jeśli tego nie uczynimy, to będziemy szukać partnera, który będzie nam służył do kompensowania naszych osobowościowych deficytów i kompleksów, co sprawi, że obie strony nie znajdą powodów, aby brać odpowiedzialność za swoje wady i albo utkną na długo w swoich neurotycznych pozach, albo szybko poczują się wykorzystywane i będą miały siebie dość.

Taki związek nie rokuje także jako rodzicielski?
Słabo rokuje. Bo to nie jest związek oparty na miłości, tylko na transakcji: mam coś, czego ty potrzebujesz, a ty masz coś, czego ja potrzebuję, więc będzie nam lżej iść przez życie.

Myślę, że w ramach przygotowań do rodzicielstwa dobrze jest także zadbać o wspólnotę, pomocną wioskę. Bo teraz nasze życie się zatomizowało, rodzice zdani są na siebie samych. Czy to według ciebie nie ma znaczenia?
Ma bardzo duże znaczenie. Pod warunkiem że wioska jest choć trochę zróżnicowana. Niestety, obecnie rodziny kontaktują się prawie wyłącznie z podobnymi do siebie i uważają, że to, co mają do zaoferowania swoim dzieciom, jest najlepsze na świecie. Nasila się lęk przed konfrontacją z innymi tradycjami wychowawczymi, z innymi postawami rodzicielskimi, z innymi systemami wartości. Dlatego coraz bardziej się izolujemy i zamykamy w homogenicznych środowiskowych bańkach. Warto zdać sobie sprawę z tego, jak ograniczoną wizję świata i jak niewielką zdolność przeżycia w coraz bardziej zróżnicowanym świecie będzie miało dziecko wychowane w takiej bańce.

Przygotowując się do roli rodziców, powinniśmy wiedzieć, że czeka nas niełatwe zadanie? Bo na ogół ten okres życia obficie się lukruje.
Lukrowanie i idealizowanie rodzicielstwa ma niedobre skutki. Zdecydowana większość rodziców nie jest w stanie zrealizować tak bardzo wyidealizowanej wizji. Żyją więc z nieadekwatnym poczuciem winy i przynależności do patologicznego marginesu. A potem, aby zapewnić sobie przynależność do stada pseudozachwyconych, przekazują taką wizję swoim dzieciom. Tak więc powiedzmy sobie tutaj szczerze: rodzicielstwo to co najmniej 20 lat ciężkiej i odpowiedzialnej pracy, przeplatanej oczywiście bezcennymi, dłuższymi lub krótszymi chwilami szczęścia i satysfakcji. Ale pracy.

Jak przygotować się do tego, że będzie ciężko?
Przygotowanie do rodzicielstwa powinniśmy zacząć już na etapie wychowywania młodego człowieka. Trzeba uczyć przyszłych rodziców, czyli już dzieci, radzenia sobie z trudnymi sytuacjami, z niedostatkiem, zimnem, bólem, zagrożeniem, wysiłkiem itd. Bo to ich w przyszłości czeka.

Większość rodziców zapomina, że oni i dziecko to naczynia połączone. Że nie można inwestować tylko w pociechę, trzeba też zadbać o siebie.
Po raz kolejny kłania się instrukcja z samolotu: najpierw załóż maskę sobie, a potem dziecku. Najpierw samemu trzeba uznać za prawdziwą, zweryfikowaną wartość to, czego chcemy nauczyć dziecko. Zadać sobie pytanie, jakim człowiekiem chciałbym, żeby moje dziecko się stało, na czym mi zależy, jakie cechy charakteru chcę pomóc mu wykształcić. Spiszmy na kartce 10–12 takich cech. Tam na pewno znajdą się takie, jak: kochający, dobry, odważny, kreatywny, pracowity, wytrwały, mądry, dojrzały. Przyjrzyjmy się tym cechom i zastanówmy, jakie oddziaływania, doświadczenia są dziecku potrzebne, żeby takie cechy mogło wykształcić. Potem zadajmy sobie trudne pytanie: Czy na pewno sami reprezentujemy te cechy w wystarczającym stopniu? Jeśli nie, to najpierw musimy zająć się sobą. I, po pierwsze, nie zarażać dziecka tym, co w nas szkodliwe albo deficytowe (np. nadmiernym lękiem, agresją, zazdrością, chciwością). A po drugie, popracować nad tym, co chcemy przekazać dziecku. Inaczej będziemy niewiarygodni.

Na ogół rodzice chcą dla swoich dzieci tego, czego oni nie mają. To niewykonalne? Niewykonalne. Rodzice myślą, że są w stanie coś przekazać, zupełnie nie pracując nad sobą, że wystarczy tylko chcieć i wypowiadać dużo pustych słów i zdań, karać, nagradzać i zakazywać. Niestety, prawda jest taka, że aby dziecko nauczyć tego, co mu naprawdę w życiu się przyda, nie obejdzie się bez rodzicielskiej pokory i solidnej pracy nad sobą. Dzieci czerpią z żywych przykładów, jakimi są ważni dla nich ludzie, a szczególnie ci, którzy powołali je na świat.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórcai dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).