1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Czego mężczyzna oczekuje od kobiety? Zastanawia się Katarzyna Miller

Czego mężczyzna oczekuje od kobiety? Zastanawia się Katarzyna Miller

- Mężczyzna chce być kochany, ważny i niezbędny. Kiedyś był ważny z samego faktu bycia mężczyzną. Teraz złości się, że kobieta staje się ważniejsza niż on - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Mężczyzna chce być kochany, ważny i niezbędny. Kiedyś był ważny z samego faktu bycia mężczyzną. Teraz złości się, że kobieta staje się ważniejsza niż on - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Znajomy mężczyzna mówi, że pragnie tylko, żeby jego partnerka była i go akceptowała. Kobiety jednak nie potrafią po prostu być. Wolą dawać i jednocześnie pouczać, jak się im odwdzięczać. Czy tak jest naprawdę? Trzeba pisać o tym, jak kobiety powinny kochać swoich mężczyzn? – Trzeba, i to bardzo – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Jesteśmy przekonane, że co jak co, ale kochać swoich mężczyzn to my potrafimy. Na początek westchnę ciężko jako doświadczona terapeutka małżeńska. Przede wszystkim nie umiemy bawić się, czerpać satysfakcji z miłości. Nikt nas tego nie nauczył. A jeśli ktoś, tak jak kiedyś Michalina Wisłocka, proponuje nam obrzucanie się poduszkami w łóżku, dziwimy się: „jak to, dorośli mają się zachowywać jak dzieci?!”. Oczywiście, że tak. W każdym z nas jest dziecko i im częściej może się powygłupiać, ujawnić swoje marzenia, tym lepiej dorosłemu. Kiedy w relacji intymnej spotkają się nasze dziecięce aspekty, możemy całkiem skupić się na przyjemności i zabawie.

Ale w tym, żeby w łóżku skupić się na zabawie, często przeszkadzają nam nasze realnie istniejące dzieci. Kiedy stajemy naprzeciw siebie i w oczach zapala się nam: „pragnę cię”, dzieciom mówimy: „idźcie do cioci” albo „idźcie do swojego pokoju”. Nie martwimy się, że coś usłyszą. Dobrze, żeby wiedziały, że rodzice się kochają. Można zrobić kartkę: „Proszę nie przeszkadzać”, bo seks to rzecz ważna, a nawet święta dla pary.

Szanujmy nasze pożądanie. A my co? W sypialni pilnujemy tylko, co wypada, a czego nie. Na dodatek, o zgrozo, mówimy czasem do niego „tatusiu”, a on do nas „mamusiu”. A jak nazywamy jego penisa? Ptaszek, Wacuś, siusiak, Jaś, bo Jaś i Małgosia. Już nawet „chuj”, choć wulgarny, byłby lepszy, bo jest przynajmniej męski. A dla mężczyzny to nader ważne, żeby w naszych oczach jego członek był męski. Ja lubię: tygrys. To piękny zwierz. Nie można go oswoić. Robi, co chce. Jak jest głodny, to głodny, i już. Ciekawe, ile kobiet kocha penisa swojego mężczyzny, jak go nazywa, czy utożsamia go z nim, czy oddziela?

Zapytajmy czytelniczki, może do nas napiszą. Byłoby cudnie! Prosimy… Stosunek kobiety do penisa wpływa na jakość związku. Bo tak jak kobieta potrzebuje zachwytu mężczyzny nad swoją waginą, tak mężczyzna potrzebuje zachwytu kobiety nad swoim penisem. On jest jego integralną częścią, i to do zadań specjalnych.

Zajmując się nim, kobieta zajmuje się mężczyzną, bo on często utożsamia się ze swoim penisem. Kobiety z waginą utożsamiają się niestety rzadziej, częściej z piersiami czy z brzuchem. Mężczyzna odczuwa seks przede wszystkim genitalnie, jeśli więc kobieta kocha jego członek, traktuje jako coś, co do niej pasuje, a seks jako zespolenie – to mężczyzna czuje się kochany.

Ale to chyba nie znaczy, że jest tylko jeden sposób na okazywanie mężczyźnie miłości? Masz na myśli tzw. robienie laski? Nie stworzyliśmy jeszcze innych, fajnych określeń na opisanie czynności, o której można powiedzieć: kochanie jego członka, a nawet kochanie jego samego. Kobietom jest trudno o równowagę między wstydem i bezwstydem. Pytają: „Co to znaczy, że mam go kusić? Czy zakładać ciuchy erotyczne?”.

Dla jednego mężczyzny tak, dla innego nie. Ale tak naprawdę kusić to znaczy samej mieć ochotę. Jeśli ona jest w kontakcie ze swoją seksualnością, nie musi przybierać wyzywających póz. Przeżyli razem superseks w lesie? Wystarczy, że następnym razem powie: „mam ochotę na spacer do lasu”. Mężczyzna potrzebuje poczuć się przez kobietę przyjęty. Dla niego to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu – być w kobiecie, w tym bezpiecznym i ekscytującym miejscu.

 
Czyli znów mówimy o seksie. Na terapii par mężowie często pytają żony: „Dlaczego mnie odpychasz? Czemu mówisz, że mężczyźni chcą tylko tego?”. Staram się wtedy pokazać kobietom, ile tracą, odrzucając męskie pożądanie. W nim jest wiele uczuć, których mężczyźni inaczej nie umieją okazać. Kobiety słuchają mnie, a potem mówią: „to co, ja mam się zmuszać?”. Nie, pogadaj z przyjaciółką, z psychoterapeutką, dlaczego nie chcesz seksu. Kobieta, która czuje się obrażona męską seksualnością, zwykle jest zagubiona w swojej kobiecości. Nie akceptując jej, nie czuje się istotą seksualną. Może dlatego, że jej matka uznawała seks za coś brudnego. Nie sypiała z jej ojcem, a kiedy w filmie były „sceny”, zasłaniała córce oczy? Jeśli tak, to trzeba o tym otwarcie powiedzieć mężowi. Wtedy można przez jakiś czas tylko pieścić się, bez seksu. Nauczyć się też sprawiać sobie inne przyjemności. On zabierze ją do kina, ona pójdzie z nim na mecz, on jej coś pysznego ugotuje, ona pomasuje mu stopy.

Właśnie, my nie wiemy, co sprawia przyjemność naszym mężczyznom. Ja dopiero po 14 latach małżeństwa dowiedziałam się, że mój mąż interesuje się boksem. Tego wieczoru, kiedy Gołota miał się bić z Adamkiem, byliśmy zaproszeni na przyjęcie. „Ja nie pójdę” – powiedział mój partner. „Ale tam wszyscy będą oglądać walkę” – stwierdziłam. „Skoro tak, to idę”. Szanujmy upodobania swoje i partnera, dajmy sobie i jemu prawo do przyjemności. Jeśli chce grać w piłkę, niech gra. Oczywiście nie kosztem bycia mężem czy ojcem. Ale gdy pozwolimy mu być sobą, zaakceptujemy to, że on nie ogląda naszych seriali, i nie będziemy śmiać się z jego zainteresowań samochodami, poczuje się kochany. To, co nas różni, będzie nas do siebie przyciągać.

Zapytałam znajomego 38-latka, kiedy czuje się kochany. Odpowiedział, że dla niego najważniejsza jest czułość, to, że ona całuje go na dzień dobry, przytula. 20-latek, który ma wzwód jak skała i jedyne, o czym marzy, to seks, może nie zdawać sobie sprawy, że jego pragnienie fizycznej bliskości z kobietą to także pragnienie czułości. Ale im mężczyzna starszy, tym lepiej o tym wie. Niestety i tu pojawiają się problemy. Kobieta chce być przytulana, ale wścieka się, że on to robi tylko, kiedy idą do łóżka. Złości się, że gdy sama go przytula, on odbiera to jako zaproszenie do seksu. Ja postawiłabym ważne pytanie: ile twój mężczyzna ma w waszym związku czułości? Jeżeli mało, przytulanie wywoła w nim łańcuch emocji i reakcji, na końcu których jest wzwód. Jeśli wiele, częściej będzie bezinteresownie czuły. Seks nie jest już wtedy jedyną drogą do bliskości.

Przyjaciel mówi, że chce od kobiety tylko tyle, żeby była i akceptowała go. Ale właśnie to okazuje się nieosiągalne. Moja kuzynka wyrzeka, że jej mąż wciąż coś robi w domu, nawet schody sam zrobił. Ja jej na to, że takiego mężczyznę ozłociłabym. Donosiłabym mu jedzenie i mówiła: „cudnie to robisz, kochany”. W międzyczasie zaciągnęłabym go do łóżka, wychwaliła i wycałowała. Ale jeśli ktoś potrzebuje pretekstu, by mieć pretensje, to go znajdzie. Nasze matki miały o wszystko pretensje, więc i my mamy. Jeśli w dzieciństwie nie dostałyśmy bezwarunkowej miłości i nadal jej pragniemy, wciąż rozliczamy za to partnera. Mówię swoim klientkom: mamy złe nawyki, ale mamy też rozum. Używajmy go więc nie tylko w pracy, lecz także i w domu. Ale tu zamieniamy się w dzidzie, które marzą, by mężczyzna odgadywał i spełniał ich oczekiwania, lub ksantypy.

Na wakacjach widziałam, jak młoda kobieta przyniosła swojemu mężczyźnie słoik z robakami. Nakopała ich, żeby miał jak wędkować. Jakoś mnie to zasmuciło. Bo czy ona lubi szukać w ziemi robaków? Ja nie lubię. Każdy musi mieć swój świat, inaczej stajemy się dla partnera nudni. Ale są kobiety, które zaprzedają mężczyźnie duszę. Mówią: „wszystko mu dałam i dlaczego on mnie nie kocha?”. Na co panowie odpowiadają: „Ale ja nic od ciebie nie chciałem. Tylko żebyś była ze mną szczęśliwa”.

Bo oni chcą od kobiet właśnie tego, żeby były z nimi szczęśliwe. To cała tajemnica. Nie można być dla partnera mamuśką, bo przestanie nas pożądać. Żadnych takich: „najedz się, ubierz ciepło, usiądź sobie wygodnie”. To ty masz usiąść wygodnie, a on niech postoi. Jeśli kobieta wciąż daje, a nie umie brać, mężczyzna przestaje czuć się ważny. Nie może uszczęśliwić swojej kobiety, nie może poczuć się przy niej prawdziwym mężczyzną.

Jak okazywać miłość komuś, kto nam jej nie okazuje? Jeśli chcesz nauczyć go, by okazywał więcej uczuć, sama to rób. Tak jak lubisz. Bo mężczyźni bardziej się wstydzą niż my. Potrafią dużo, kiedy zaleją ich hormony. Ale potem, gdy ona już jest jego, i wciąż narzeka, czują się bezradni. Są nauczeni, że mają coś robić. No to on fuknie: „co ty taka chodzisz zła?!”, i wydaje mu się, że już coś zrobił, powiedział, że widzi coś niedobrego.

Ona – obrażona – nie odpowie mu, bo uważa, że powinien się domyślić: „kiedyś zabierał mnie na romantyczne spacery, to i teraz powinien”. Ale on nie będzie tego robił sam z siebie. On już sobie ciebie wychodził. To nie znaczy, że masz ze spacerów zrezygnować. W miły i otwarty sposób powiedz mu, że ci na nich zależy. Uciesz się, gdy na ten spacer pójdziecie. Całuj go, przytulaj, głaszcz i chwal. Ale nie udawaj. Kobieta daje mężczyźnie poczucie ugruntowania w ziemi, w świecie. I to jest prawda, że oni wszystko robią dla nas. Tylko my tego nie umiemy odczytać.

A gdybyśmy umiały, to czego mężczyzna oczekuje od kobiety? Miłości, domu? Chce być kochany, ważny i niezbędny. Kiedyś był ważny z samego faktu bycia mężczyzną. Teraz złości się, że kobieta staje się ważniejsza niż on. A tak nie może być. Obie płcie muszą być równie ważne. Moja wersja jest taka: ty masz tron wyższy, a ja szerszy. Ty jesteś chudy i wysoki, a ja niska i gruba. Takie trony są na naszą miarę. Kiedy sobie to uzmysłowiłam, przestałam walczyć z nim o władzę i zaczęłam go naprawdę kochać.

Weszłam kiedyś do sali, w której było pełno gości, a ponieważ mój mężczyzna przyszedł pierwszy, rozejrzałam się za nim. I nagle, tak jakby ktoś włączył reflektor, zobaczyłam go, tam gdzie stał, było jaśniej. Poczułam: to tego właśnie człowieka kocham. Po co mi pretensje, że kładzie na stole kluczyki od samochodu? Czy to takie istotne? On jest ważny. Jest mój. Mój osobisty.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Bez wolności nie ma bliskości

Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości. (Fot. iStock)
Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości. (Fot. iStock)
Wolność jest dla człowieka jak powietrze, musi ją mieć, by żyć, tak jesteśmy skonstruowani. Ale jednocześnie jesteśmy też tak skonstruowani, że musimy wyznaczać jakieś ramy tej pierwotnej potrzebie. O tym, gdzie leżą granice wolności w relacji, mówi psychoterapeutka Iza Falkowska-Tyliszczak.

Mogłoby się wydawać, że dobra relacja poszerza nasze horyzonty, a nie je zawęża – zyskujemy, a nie tracimy. Tymczasem utarło się na przykład, że wieczór panieński czy kawalerski, które poprzedzają wejście w związek, są ostatnim oddechem wolności.
Wchodząc w związek, robimy miejsce w naszej codzienności dla drugiego człowieka, udostępniamy fragment swojej przestrzeni. Wydaje mi się, że słowo „udostępniamy” jest tu bardziej właściwe niż słowo „oddajemy”. „Udostępnić” znaczy dobrowolnie umożliwić komuś podejście blisko do siebie. Dlaczego więc utarło się, że wejście w relację to wyrzeczenie się wolności? Mam wrażenie, że bardzo wybiórczo myślimy o wolności, że interpretacja tego pojęcia jest okrojona. Generalnie emocjonalny rozwój człowieka możemy podzielić na trzy zasadnicze fazy. Pierwsza to zależność, kiedy po prostu w pełni zależymy od naszych opiekunów, druga faza to przeciwzależność, kiedy „wyodrębniamy siebie” – do tego konieczny jest bunt, aż w końcu „dopływamy” do wolności, czyli trzeciej fazy. Ta dojrzała wolność oznacza możliwość wyboru, decydowania o sobie. Dość często tę trzecią fazę mylimy z drugą – uważamy, że wolność to bunt, to wyrwanie się z jakiegoś uwięzienia, to powiedzenie „nie”, a najlepiej wykrzyczenie tego „nie”. Tymczasem właściwie pojmowana wolność dokładnie w tym samym stopniu dotyczy sprzeciwu co aprobaty. Wolność to przecież także możliwość powiedzenia „tak”. Więc równie dobrze można powiedzieć, że wieczór panieński czy kawalerski, a potem sam ślub to pochwała, świętowanie wolności. I ta wolność w związku jest bardzo potrzebna.

Czemu ona służy?
Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości.

Na pierwszy rzut ucha mogłoby się wydawać, że jest odwrotnie…
Przytoczę fragment pewnego wiersza Wisławy Szymborskiej pt. „Jestem za blisko, żeby mu się śnić”. Brzmi tak:

„Jestem za blisko, żeby mu się śnić. Nie fruwam nad nim, nie uciekam mu/pod korzeniami drzew. Jestem za blisko. [...] Za blisko, żebym mogła wejść jak gość,/przed którym rozsuwają się ściany./[...] Ja jestem za blisko, żeby mu z nieba spaść”.

Chodzi o to, że bliskość prawdziwie rozumiana wiąże się z zachowaniem części wolności. Inaczej nie mamy do czynienia z bliskością, tylko z symbiozą, która tak naprawdę w dorosłym życiu, z wyjątkiem krótkich chwil intymności seksualnej, jest powrotem do dziecięcego sposobu przeżywania, a to nie służy ani żadnemu z partnerów, ani samej relacji. Dystans jest potrzebny, a nawet konieczny. Konieczny jest jakiś rodzaj zaskoczenia. To, co ludzie często uważają za ogromną zaletę, zdobycz, mówią z dumą: „Znam go/ją na wylot”, jest w gruncie rzeczy kłodą dla związku, bo to już jest za blisko, by… mu się śnić. Każdy z partnerów musi mieć swoją przestrzeń, swoją wolność właśnie, swój świat. Powiedziałyśmy na samym początku, że wchodząc w relację, jakiś fragment swojej przestrzeni udostępniamy drugiemu człowiekowi, to bardzo ważne, ale równie ważne wydaje mi się dbanie o to, by mieć taki fragment, którego mu nie udostępnimy.

Jednak ta wolność musi mieć jakieś ramy, granice. Można je ustalić? A może wręcz należy je ustalić?
Jeśli pytasz o spisanie tych granic w punktach, myślę, że to ma sens jedynie w sytuacjach kryzysowych, to znaczy wtedy, kiedy już jedna ze stron wyraźnie zasygnalizowała, że poczucie wolności tej drugiej strony przekracza jej próg, że w jakiś sposób została zraniona. Jednak takie wytyczanie granic a priori wydaje mi się niemożliwe, sztuczne, bez sensu. Życie zawsze nas zaskoczy. Tu raczej konieczne jest rozeznanie na bieżąco, przy każdej kolejnej „okazji”, tu konieczna jest możliwość dialogu. Wyobrażam sobie na przykład sytuację, kiedy partner ma od dzieciństwa przyjaciółkę. Głupim byłoby oczekiwanie czy wymaganie, że teraz, gdy ma żonę, z tej przyjaźni zupełnie zrezygnuje. Ale istotne jest, w jaki sposób będzie tę przyjaźń teraz „realizował”. Czy na przykład będzie nadal, tak jak kiedyś, gdy był singlem, zwierzał jej się z intymnych spraw, czy będzie wciąż spędzał z nią tyle samo czasu co wcześniej, czy będzie chciał spotykać się zawsze z nią sam, bez obecności swojej żony itd. Wyobrażam sobie związek, są takie, w którym każde z partnerów ma swoje grono znajomych i spotykają się z nimi w pojedynkę. Ale… nikt nie czuje się nieważny czy mniej ważny od przyjaciółki, kumpla. I może to poczucie jest jedną z takich granic wolności w relacji.

Wolność jest dla człowieka jak powietrze. Ale jednocześnie musimy wyznaczać jej jakieś ramy. (Ilustracja: Malwina Kuna-Mieczkowska) Wolność jest dla człowieka jak powietrze. Ale jednocześnie musimy wyznaczać jej jakieś ramy. (Ilustracja: Malwina Kuna-Mieczkowska)

Mówimy często, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.
No właśnie, a ja dodałabym jeszcze, że nasza wolność w związku kończy się tam, gdzie zaczyna się dobrostan partnera. Tę granicę wyznaczać może zatem właśnie poczucie ważności. Jeśli żona zaczyna czuć się drugoplanowa, nieważna czy mniej ważna od znajomej, koleżanki z pracy albo przyjaciółki, to może oznaczać, że przekroczona jest granica wolności. Tu może mieć znaczenie także jakiś rodzaj symetrii, to znaczy, czy to tylko jedna ze stron „żyje swoim życiem”, a druga w tym czasie zawsze czeka w domu, czy obie strony „rozchodzą się” raz na jakiś czas, by potem do siebie wrócić. Myślę, że granicą wolności jest też poczucie lojalności w relacji. Czyli jeśli moja partnerka czuje, że nie byłem wobec niej lojalny, bo właśnie na przykład zwierzyłem się z jakichś ważnych rozterek przyjaciółce, a nie jej, to może być to także przekroczeniem granicy wolności w tej relacji. Jednak to są trudne sytuacje, bo to poczucie przekroczenia granicy wolności bywa subiektywne.

Ale rozumiem, że poczucie bycia zranioną jest jednak takim wyznacznikiem.
Przy założeniu, że to dojrzała relacja, a raczej że to dwoje względnie dojrzałych osób ją tworzy, wtedy zdecydowanie tak.

Są wyznaczniki przekroczenia tych granic wolności „wewnętrzne”, tak jak wspomniane poczucie nieważności czy zranienia. A czy są – i jeśli tak, to jakie – wyznaczniki „zewnętrzne”?
Myślę, że są takie kategorie „zewnętrzne” niejako ponad ustaleniami konkretnej pary. I taką kategorią wydaje się na przykład nasza tożsamość kulturowa. To znaczy, niezależnie od naszego stosunku do religii, wyrastamy z korzenia tradycji judeochrześcijańskiej, w związku z tym siedem z dziesięciu przykazań to jest coś, co stanowi granice wolności, także w relacjach osobistych. Kolejna kategoria to prawo. Oczywiście, zdrada w związku nie jest karana, ale jest ona argumentem, który może przesądzić podczas rozwodu o zawyrokowaniu winy jednej ze stron. Czyli, pośrednio, te granice wolności odnoszące się do relacji osobistych warunkuje także prawo.

A jaki wpływ na nasze granice wolności czy w ogóle interpretację pojęcia „wolność” ma nasz dom rodzinny, to, w czym wyrastaliśmy?
Z pewnością istnieje jakiś rodzaj przekazu generacyjnego, istotnie „nosimy” w sobie różne wzory.

Myślę na przykład o mężczyźnie, który wychował się w domu, w którym zupełnie normalne, naturalne było, że ojciec spędzał wieczory z kumplami, a matka odgórnie „przydzielona” była do opieki nad dziećmi. Dla niego taki schemat mieści się w granicach wolności mężczyzny.
Może być tak, że się w tych granicach mieści i on będzie robił dokładnie to samo, sądząc, że ma do tego pełne prawo, ale może być też tak, że jeśli patrzył na cierpienie matki, nie powieli tego schematu i jej cierpienie uzna właśnie za wyznacznik przekroczenia granicy wolności. Pytanie tylko, czy ta matka pokaże, że cierpi, albo wręcz w ogóle będzie sama wiedziała, że cierpi. Bo czasem jest tak, że ktoś nasze granice dalece przekracza, ale my, z różnych powodów, nie zdajemy sobie z tego sprawy, nie dopuszczamy tego do siebie. Przytoczę tu film „Zawieście czerwone latarnie”. Obserwujemy harem pewnego chińskiego możnowładcy. Norma kulturowa dopuszcza, że mężczyzna może mieć wiele żon, czyli mamy tu naszą „zewnętrzną” granicę wolności formalnie nieprzekroczoną. Kobiety teoretycznie pogodzone są z sytuacją, bo ta jest „normalna”. Tymczasem ten film jest opisem potwornej walki, rywalizacji między kobietami, u której źródła leży straszliwe cierpienie większości z nich z powodu tego, że jest ich więcej niż jedna. Choć nie zdają sobie sprawy z tego, dlaczego walczą… Czyli tu istnieje kolejna trudność, kultura mówi ci, że nie powinnaś cierpieć, a ty czujesz coś innego i szukasz dla tego ujścia. Chodzi mi o to, że te granice nie zawsze są uchwytne. Nie zawsze czujesz, że twój mąż przekracza twoje granice wolności, czasem zaczyna cię po prostu na przykład coraz częściej boleć głowa. Nie wiesz, co ci jest, chcesz zrobić tomografię, a tam nic nie znajdziesz, bo chodzi o to, że czujesz się mniej ważna od koleżanki męża, z którą on od miesiąca prawie codziennie zjada lunch i rozmawia o czymś więcej niż pogoda.

Wolność jest dla człowieka jak powietrze, musi ją mieć, by żyć, tak zostaliśmy skonstruowani. Ale jednocześnie jesteśmy też tak skonstruowani, że musimy wyznaczać jakieś ramy tej naszej pierwotnej potrzebie.

  1. Seks

Żeby dwoje chciało naraz, czyli jak osiągnąć seksualne porozumienie

Mówi się, że mężczyzna potrzebuje seksu, żeby się dobrze czuć, a kobieta musi się dobrze czuć, żeby potrzebować seksu. Konflikty na tym tle wpływają na stan związku i odwrotnie – wszelkie problemy małżeńskie od razu psują seks. Są jednak sposoby, które pozwalają osiągnąć na tym polu porozumienie. (Fot. iStock)
Mówi się, że mężczyzna potrzebuje seksu, żeby się dobrze czuć, a kobieta musi się dobrze czuć, żeby potrzebować seksu. Konflikty na tym tle wpływają na stan związku i odwrotnie – wszelkie problemy małżeńskie od razu psują seks. Są jednak sposoby, które pozwalają osiągnąć na tym polu porozumienie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mężczyzna potrzebuje seksu, żeby się dobrze czuć, a kobieta musi się dobrze czuć, żeby potrzebować seksu. Ile razy trzeba się zakręcić na tej karuzeli wzajemnych oczekiwań i rozczarowań? Ale za to jaka to ekscytująca jazda! Te emocje, dreszcz oczekiwania, słodkie spełnienia, gorzkie zawody… romantyczny thriller – mówi terapeutka Olga Haller.

„Bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz”, pisał Boy. Dwoje to nie tak wiele, ale czasami okazuje się, że za wiele na seksualne porozumienie. Często ktoś kogoś nie chce, i już! Czasami tak jest po wielu latach, co łatwiej zrozumieć: znudzenie, monotonia. Ale bywa, że całkiem szybko seks jest rzadko albo go nie ma, i koniec. Ogłośmy wszem i wobec, że może nam się nie chcieć seksu! Że nasze reakcje seksualne mogą być słabsze, a zanik pożądania może się zdarzyć. Przyzwyczailiśmy się do seksu na pierwszych stronach czasopism, do warsztatów seksualnych i do prawa cieszenia się seksualnością. Jak w tej sytuacji pozwolić sobie na brak ochoty na zbliżenie? A tymczasem jest ta druga strona: czasami nie mamy ochoty i już, niezależnie od wyzwolenia seksualnego i szczęśliwego związku.

No pięknie, ale jak to się utrwali? Narząd nieużywany rzeczywiście czasami obumiera. Dla wielu np. kilkumiesięczna abstynencja jest bardzo dolegliwa. A to może być niebezpieczne, gdyż grozi zanikiem bliskości, otwiera drzwi do zdrady. I jak znieść tak trudne przedsięwzięcie, jakim jest małżeństwo, bez zmiękczającej i ocieplającej wszystko kołderki seksu? To prawda, ja zwracam tylko uwagę, że nasza seksualność to proces. A to oznacza, że potrzeby seksualne, możliwości, wybory, upodobania i umiejętności zmieniają się zależnie od wielu czynników. Nic nie jest stałe, niezmienne, dane raz na zawsze. Na początek trzeba to zaakceptować, choć wolelibyśmy nieraz przyjąć jakiś wizerunek siebie, np. spełnionej w seksie kobiety albo superkochanka, i by tak już zostało.

Kiedy pogodzimy się z tą niestałością, odkrywamy, że nasza aktywność seksualna zmienia się, co wpływa na nasze wzloty i upadki. A to pozwala nam poznać siebie i pewniej się poczuć w relacji. Możemy spojrzeć na te zmienności z różnych stron i rozpoznać, co na nie wpływa. Jest kilka czynników oczywistych i choć wiemy, że dotyczą wszystkich, zdaje nam się, że nas jednak nie dotyczą. Wiek wpływa na nasze potrzeby i seksualny wigor, choć często go przeceniamy. To duża sztuka nauczyć się uznawać ten aspekt i nie ulegać stereotypom. A wcześniej cieszyć się z młodzieńczego napędu, ale go umieć okiełznać. Potem przyjąć to, co daje dojrzałość, aby korzystać z niej do końca życia.

Im dłuższy staż związku, tym bardziej oczywiste wydaje się, że obowiązki i rutyna codziennego życia, przysłowiowe kapcie i papiloty, powodują spadek wzajemnej atrakcyjności i obniżają seksualne zainteresowanie. Jeśli konflikty w związku – np. brak porozumienia, różnice charakterów, potrzeb seksualnych – są nierozwiązane, to między partnerami powstaje obojętność, a nawet wrogość. Życie seksualne zanika albo staje się kolejnym terenem walki, przemocy i udawania.

Stereotypowo to zwykle kobieta nie ma ochoty na seks. Znam z własnej praktyki liczne relacje kobiet, które z różnych powodów przez dłuższy czas nie były spełnione seksualnie w związku, gdyż to mężczyzna unikał współżycia. Odmawiał wprost albo zwodził, lub stawiał szczególne warunki. Kobiety zawsze reagowały w ten sam sposób: lękiem, obawą, że z nimi coś jest nie tak, skoro mężczyzna nie chce seksu! Brały na siebie odpowiedzialność, starały się, a jak nic się nie zmieniało, to miały poczucie winy. Taka reakcja na długo blokowała możliwość rozwiązania i odkrycia, o co chodzi. I tak np. przez lata mąż ukrywał swój homoseksualizm albo problemy psychiczne. A przejawiało się to tym, że nie chciał seksu, a jeśli już, to bardzo rzadko albo tylko w szczególny, perwersyjny sposób. Ona zdezorientowana przez miesiące, lata czekała, myślała, że ma być wyrozumiała, powinna bardziej się starać, czuła się niepewna, szukała winy głównie w sobie.

Z mężczyznami bywa chyba raczej odwrotnie? Tak, skoro on chce seksu, a ona nie, to ona jest nie w porządku. Wściekły mężczyzna jest skłonny szukać innej, łatwo daje sobie to prawo, a otoczenie go usprawiedliwia. Mężczyźni traktują swoją sprawność seksualną i sukcesy w znajdowaniu partnerek jako sprawdzian wartości. Być może ich nadwrażliwość w tym obszarze powoduje, że wolą przeskoczyć etap refleksji i nie pytać: co takiego się dzieje między nami, co ze mną, jaki mogę mieć na to wpływ? Kobieta zwykle jest pewna, że to jej wina. Tak dzieje się od wieków. To wygodne, choć to jawna nierówność, mało twórcza, mało rozwojowa dla niego i dla relacji. Gdyby mężczyźni zdjęli z siebie ten ciężar bycia supersprawnym samcem, to ukazałyby się nowe możliwości w kontakcie z ukochaną kobietą. Kobiety zaś wzięłyby odpowiedzialność – nie za mężczyznę, tylko za swój seks, za swe uczucia i zadowolenie. Mogłyby wtedy właściwie oceniać sytuację i nie czekać, tylko pytać, wyrażać swoje uczucia, dopuścić myśl, że po jego stronie może coś być nie tak. Dzielenie się odpowiedzialnością daje szanse na rozwiązanie problemów.

Nieporozumienia w seksie wpływają na stan związku i odwrotnie, wszelkie inne konflikty małżeńskie od razu psują seks. Szczególnie mocno reagują kobiety, u których seks jest bardziej powiązany z uczuciami i z nastrojem. Powstaje tu czasami błędne koło – nie ma seksu, gdyż jest źle między nami, a jest źle, gdyż nie ma seksu... Seks może nie zawsze jest, ale bywa uniwersalnym lekarstwem na rozmaite dolegliwości małżeństwa, jeśli tylko wytwarza czułość i bliskość. Mówi się, że mężczyzna potrzebuje seksu, żeby się dobrze czuć, a kobieta musi się dobrze czuć, żeby potrzebować seksu. Ile razy trzeba się zakręcić na tej karuzeli wzajemnych oczekiwań i rozczarowań! Ale za to jaka to ekscytująca jazda! Te emocje, dreszcz oczekiwania, słodkie spełnienia, gorzkie zawody… romantyczny thriller. Na początku idealizujemy partnera, sami staramy się, jak możemy, w nadziei, że dostaniemy to, co nam potrzebne do szczęścia. A po jakimś czasie chcemy po prostu dostać to, co uważamy, że nam się należy!

On myśli: „Ona powinna się ze mną kochać. Jestem normalnym facetem, potrzebuję tego!”. Ona myśli: „Jak mogę się z nim kochać, skoro on mnie tak zawiódł?”. On odbiera jej niechęć jako karę i nie chce zasługiwać na seks, który przecież mu się należy. Ona nie chce zmuszać się do seksu dla niego, czuje się zraniona i smutna.

Jeśli przestaniemy upatrywać tylko w partnerze źródła naszego nieszczęścia lub nawet szczęścia, a zajmiemy się sobą i weźmiemy odpowiedzialność za nasze uczucia, to jest szansa, że wybrniemy z kłopotów.

Wiemy, że powodów unikania seksu mogą być setki. Zajmijmy się tymi, które trapią nas najczęściej i na które można coś poradzić. Wymienię dwa, które wcześniej czy później większość z nas dotykają. Spadek libido związany ze stanem fizycznym organizmu – choroba doraźna lub dłuższa. Oraz wysiłek i stres, gdy trwa walka o utrzymanie rodziny, wychowanie dzieci...

To ostatnie wydaje mi się interesujące i zaskakująco powszechne. Szczęśliwi ojcowie wszystkiego się spodziewają, tylko nie tego. Dziecko przecież powinno wzmocnić więź, a bywa odwrotnie. Kobieta nie ma sił na cokolwiek poza opieką nad dzieckiem, no i ma nowego, małego „kochanka”. Pojawienie się dziecka intensyfikuje problemy – to duże wyzwanie! Jak być tym wystarczająco dobrym rodzicem? Kobieta i mężczyzna bardzo potrzebują siebie nawzajem, by sprostać potrzebom tej małej, zależnej od nich osoby. To nie dziecko wzmacnia więź, ale to jak rodzice współdziałają ze sobą w tej nowej sytuacji. Potrzeby dziecka, szczególnie na początku, są najważniejsze. Seks odpływa na dalszy plan, to naturalne. Mężczyzna czuje się odtrącany i zaniedbany. Dziecko rośnie, rodzice się wspierają, przechodzą kolejne trudy, uczą się siebie w nowych rolach. Stając się rodzicami, nie muszą tracić swojej intymnej więzi. Tylko trzeba uwzględnić, że sytuacja naprawdę się zmieniła: płacz dziecka przerwie im dochodzenie do szczytu albo kolka rozłoży plany na romantyczny wieczór. Nic już nie będzie takie jak przedtem, na dobre i na złe.

Ale często nie ma seksu lub jest bardzo rzadko. To zwykle ona nie ma sił i ochoty. Ostrzegałbym przed nicnierobieniem. Na pewno należy rozmawiać, zawsze trzeba rozmawiać... Tak, rozmawiać, ale nie tylko z partnerem, także z przyjaciółmi. W naszych czasach przyznać się, że w związku nie ma seksu od dłuższego czasu albo że kochamy się raz na trzy miesiące, to wstyd! Wstydzimy się za siebie, że nie przeżywamy już tak intensywnych uczuć seksualnych, jak myślimy, że przeżywają wszyscy dokoła. I za naszych partnerów, że nie budzimy w nich namiętności. Boimy się, że nie nadążamy i czegoś nam brakuje.

Podobnie jest z monotonią i nudą. A kto powiedział, że seks nie może nas nudzić? Nuda to niedoceniany stan, wkładamy dużo wysiłku, by jej uniknąć albo udawać, że jej nie ma. A przecież to uczucie może być przedsmakiem zmiany, uświadomienia sobie prawdziwych potrzeb. Pozwólmy więc sobie doświadczyć tego, co naprawdę czujemy, z zaciekawieniem. To najlepsza droga do zmiany.

  1. Psychologia

Przygaszeni. Dlaczego mężczyźni tracą pasję życia?

Z porzuceniem pragnień serca przychodzi smutek, który mężczyźni topią w alkoholu, pracoholizmie, miłosnych przygodach, tanich rozrywkach. (fot. iStock)
Z porzuceniem pragnień serca przychodzi smutek, który mężczyźni topią w alkoholu, pracoholizmie, miłosnych przygodach, tanich rozrywkach. (fot. iStock)
Niezależnie od tego, jak wcześnie nauczyliśmy się rezygnować ze swoich pasji, ogień stale w nas jest. Żar może być ukryty pod popiołem, jednak – dopóki żyjemy – nie gaśnie. Możemy go rozniecić na nowo – mówi Benedykt Peczko.

Obserwuję mężczyzn – gdy spacerują w parku z dziećmi, robią zakupy, czekają na pociąg, kupują bilety do kina. Na ogół są zgaszeni, smutni albo znudzeni, zmartwieni. John Eldredge, autor książek o mężczyznach (m.in. „Dzikie serce”), pisze: „Jesteśmy jak drewniane kołki!”. Gdzie się podział błysk w oku mężczyzny, gdy patrzy na dziecko, na kobietę, gdy całym sobą angażuje się w to, co robi? Mężczyźni są odcięci od swojego serca i brzucha, a tam właśnie znajduje się źródło pasji życia, radości i twórczości. W książce „Radość” Alexandra Lowena opisany jest mechanizm odcięcia. Współczesny mężczyzna żyje w swojej głowie – analizuje, przewiduje przyszłość, kontroluje, układa strategie. Całe życie jest do tego trenowany. Jego smutek ma często charakter nieświadomy. Gdy idzie na spacer, w myślach roztrząsa, co się wydarzyło, zastanawia się, co zrobi. Nawet jeśli planuje wakacje z rodziną, traktuje to jak zadanie do wykonania. Tak naprawdę nie ma go na tym spacerze.

Często słyszę od mężczyzn: „kiedyś marzyłem o…”. Ale przyszło „prawdziwe życie”, marzenia zderzyły się z „twardymi realiami”. Z porzuceniem pragnień serca przychodzi smutek, który mężczyźni topią w alkoholu, pracoholizmie, miłosnych przygodach, tanich rozrywkach.

Aż któregoś dnia odkrywają, że muszą jechać w Himalaje, do Meksyku albo do aśramy na trzy miesiące. Zostawiają kobietę z trójką dzieci, bo przecież trzeba wreszcie zrealizować jakąś pasję albo duchowo się rozwinąć. Jest dramatyczne pęknięcie między szarzyzną codzienności a zrywem pasji. No właśnie, co rozumiemy przez pasję? To nie jest coś odrębnego od codziennych zajęć. Pasja życia jest otwarciem na świat, na ludzi, radością z tego, w czym się uczestniczy. Grek Zorba był takim mężczyzną – żył, jadł i tańczył z pasją, grał z pasją na swoim santuri, kochał kobiety, przyjaciół, swoją pracę. Wkładał serce w to, co robił, niezależnie od tego, co to było.

Grek Zorba od dziesięcioleci jest wcieleniem archetypu dzikiego, zmysłowego mężczyzny. Współczesne kobiety marzą o Zorbie, wypatrują go, przywołują. Czasy nie sprzyjają Zorbom? Wyobraźmy sobie mężczyznę, który z pasją płaci rachunki przez Internet. Dlaczego nie? Zbyt często szukamy wymówek: „w tych warunkach mam się cieszyć?!”. Łatwo znajdujemy powody do narzekania, gorzknienia, co zatruwa życie nam, naszym bliskim i otoczeniu.

Eldredge pisze, że mężczyzna przygaszony, bierny budzi niepokój wszystkich, którzy mają z nim do czynienia. Taka energia działa przygnębiająco, ponieważ jest wbrew męskiej naturze – aktywnej i twórczej. Kiedy to się zaczyna? Kiedy mężczyzna zostaje odcięty od energii życia? Może się zacząć bardzo wcześnie. Dziecko potrzebuje przyzwolenia na to, by poznawać świat wokół siebie; dotyka, smakuje, aktywnie poszukuje. Dla rodziców to kłopotliwe, bo są zmęczeni, martwią się, żeby sobie nie zrobiło krzywdy. Jeśli dziecko konsekwentnie jest bite po rękach, gdy sięga po przedmioty, uczy się, że nie można tego robić. Bo to boli, jest przykre, a w dodatku zagraża utratą miłości rodziców. Dorosły człowiek pamięta to doświadczenie i mimo że już nikt nie bije go po rękach, pozostaje smutny i przygaszony, rezygnuje z radości płynącej z poznawania. Nawet jeśli dziecko w pierwszych latach życia doświadcza dreszczu emocji, gdy zdarza mu się odkrywać tajemnice świata, w którym żyje, to potem idzie do szkoły. Szkoła narzuca styl poznawania – naukę. To, co wcześniej było pasją, w szkole jest konsekwentnie niszczone, tłumione. Dziecko uczy się, że poznawanie polega na wykonywaniu zadań, są sprawdziany, oceny.

W szkole podstawowej odkryłem, że nie mogę uczyć się tego, co mnie interesuje, a to, czego mam się uczyć, jest strasznie nudne. Zapomniałem o dziecięcych pasjach. Okropna strata. Dopiero po studiach to się zmieniło. Pracowałem jako asystent na uczelni, wykładałem „metodykę pracy umysłowej”. I wtedy trafiłem na kurs „Rusz głową” według metody Tony’ego Buzana. Uczyliśmy się, jak się uczyć, jak zapamiętywać w sposób niekonwencjonalny, angażujący emocje, wyobraźnię, seksualność. Odzyskałem wszystko! Swoje ukryte, zapomniane pasje, dziecięcą otwartość i radość poznawania. Studiując podręcznik, nie muszę być biernym odbiorcą, mogę go współtworzyć, robiąc na przykład zabawne notatki pełne rysunków, symboli.

Zacząłem być świadomy, że nauka jest wspaniałą przygodą, że każda dziedzina życia, także obowiązki – praca, sprzątanie, gotowanie – mogą być wypełnione radością i zabawą. Gdy jestem przeciążony obowiązkami, zdarza mi się o tym zapominać.

My, mężczyźni, jesteśmy bardzo poważni, w pracy mamy zadania, zakres obowiązków, cele, określone procedury. Jednak praca to poważna sprawa, którą można się świetnie bawić. Co robi sześciolatek, gdy znajdzie się w miejscu, gdzie nie ma jego ulubionych zabawek? Wielokrotnie obserwowałem dzieci w poczekalniach u lekarzy, w sklepach, w urzędach, gdy rodzice załatwiają sprawy. Dziecko się nudzi, ale tylko przez chwilę. Natychmiast coś pochłania jego uwagę. Świat dookoła wydaje się taki fascynujący! Obserwowałem chłopca, który jechał z mamą autobusem, wyjrzał przez okno i z błyskiem w oku wykrzyknął: „mamo, patrz, jedzie śmieciarka!”. Mama poczerwieniała, zaczęła uciszać synka, bo przecież śmieciarka to nieładny samochód. Dzieci zauważają rzeczy dla nas niewidoczne. Mają tę świeżość spojrzenia, którą my zatraciliśmy. Odzyskać można ją tylko, będąc zanurzonym w chwili, która właśnie trwa.

Jak odzyskać ogień w brzuchu? Kobiety z trudem znoszą wewnętrzną martwotę mężczyzn. Jedna z nich wyraziła to w ten sposób: „Ja trzy razy oblecę kulę ziemską, a on się nie ruszy!”. Niech się wreszcie ruszy. Trzeba by to potraktować dosłownie. Wstać z kanapy i zacząć się ruszać. Ciało jest tak skonstruowane, że potrzebuje ruchu, ruch jest naszym przeznaczeniem. Brak fizycznego zmęczenia zaczyna powodować atrofię – mięśni, energii, twórczości. To z naszego ciała czerpiemy wszystko, co pozwala otwierać się na pełnię życia. Spróbujmy się martwić, analizować czy robić biznesplan w trakcie dużego wysiłku fizycznego – nie da rady. Mówimy tu o sprawach trywialnych, że ruch, sport to zdrowie, ale okazuje się, że wielu mężczyzn ciągle nie zdaje sobie z tego sprawy.

Kolejny krok to powrót do marzeń. Cokolwiek by to było – podróże, modelarstwo, paralotnia, koncerty – ważne, żeby mężczyzna wrócił do pragnień, przypomniał sobie emocje z nimi związane; powiedział sobie: „właśnie tego chciałem, ale zaniedbałem, teraz spróbuję”. W realizowanych marzeniach jest energia, która ożywia wszystkie sfery życia. Miałem klienta, który przechodził kryzys, był zrezygnowany, wypalony, samotny. Zaczęło się od odkrycia, że jako młody mężczyzna miał dwa marzenia: nauczyć się latać na lotni i poznać język japoński. Ale skąd wziąć na to czas i pieniądze? Odkrywaliśmy, jak przeorganizować życie, aby znalazło się w nim miejsce dla pasji. Podjął konkretne działania, pojawiło się więcej ognia w jego życiu w ogóle, zmienił pracę, ustąpiły objawy psychosomatyczne – silne bóle żołądka.

Trzeci krok to trenowanie się w byciu tu i teraz. Jak spacer to spacer. Na początku mogą pojawiać się nawykowe myśli o problemach, o wizycie w szkole u syna w przyszłym tygodniu, o naprawie samochodu, rozmowie z szefem; cały ten Disneyland w naszej głowie – jak mawia jeden z nauczycieli. Nie trzeba walczyć ze strumieniem myśli, powstrzymywać go na siłę, wystarczy dostrzec: „znowu jest”. Wyszedłem na spacer, dookoła jest przyjemnie, a mnie się przewala w głowie Disneyland, ciekawe. Trenować zauważanie – to już duże osiągnięcie. W głowie przelatują myśli, a my czujemy słońce na twarzy, słyszymy, jak śpiewa ptak, widzimy rozkwitającą gałąź. I dzieci obok. „Moje dzieci! Jesteście!” Chwila obecna, spacer pochłania tak bardzo, że staje się przyjemnością. I zaczynamy tęsknić za takimi doznaniami.

[newsletterbox]

  1. Psychologia

Zazdrość – kiedy jest zagrożeniem dla związku?

Jeśli partner nie ma swobody wyboru, aby być z tobą, tak naprawdę nie masz partnera (fot. iStock)
Jeśli partner nie ma swobody wyboru, aby być z tobą, tak naprawdę nie masz partnera (fot. iStock)
Helen Fisher, znana psycholożka i antropologożka, autorka książek, uważa, że zazdrość to połączenie zaborczości i podejrzliwości. Zazdrość zawsze oznacza lęk, a ten zwykle zaprasza do życia to, czego się boimy. I wtedy związek przeżywa kryzys.

Badania przeprowadzone przez Helen Fisher pokazują, że kobiety i mężczyźni są zazdrośni w podobnym stopniu, tylko inaczej okazują tą emocję. Kobiety jawnie ją wyrażają albo robią to, będąc obojętnymi. U mężczyzn zazdrość bywa powodem zachowań agresywnych lub odejścia ze związku.

Zazdrość jest problemem jednej trzeciej par, które poddają się terapii małżeńskiej. Badania pokazują też, że często nie jesteśmy świadomi swoich uczuć, w tym lęku, który doprowadza nas do zazdrości. Nie zdajemy sobie też sprawy z tego, jak nasze stłumione uczucia wpływają na zachowanie partnera i na związek.

Kiedy zazdrość zagraża związkowi? Oto kilka punktów, które można potraktować jako światełko ostrzegawcze:

Nierealistyczne obawy

Czy jesteś zaniepokojona, gdy partner zmienia plany, kiedy mieliście zrobić coś razem? Czy jesteś zdenerwowana, kiedy on mówi pozytywnie o jakiejś innej osobie, zwłaszcza o kobiecie? Czy rozmyślasz o tym, że partner może przestać cię kochać i to budzi twój lęk? Czy nie jest tak, że bardziej koncentrujesz się na obiekcie swojej miłości niż na własnej zdolności kochania? I dlatego żaden szczegół w jego zachowaniu ci nie umknie? Jeśli tak to w następstwie twoje lęki zwykle skłonią cię do tego, żebyś interpretowała zachowania partnera na swoją niekorzyść.

Czy twoim doświadczeniem w dzieciństwie były: porzucenie fizyczne, emocjonalne, szantaż emocjonalny, dominacja, manipulacja? I teraz z tego powodu boisz się, że zostaniesz znowu porzucona i skrzywdzona? Dawne wzorce często odtwarzamy potem w dorosłym życiu (głównie w związkach).

Niska samoocena

Niska samoocena odgrywa kluczową rolę w destrukcyjnej zazdrości. Czy zakładasz, że partner jest od ciebie lepszy w jakichś dziedzinach, inteligentniejszy, zaradniejszy, atrakcyjniejszy? Czy poprzez pochwały i uwielbienie pragniesz być bliżej partnera, bo boisz się, że zostaniesz porzucona? Jeśli tak, w ten sposób nieświadomie chcesz na niego wpłynąć, żeby cię nie zostawił.

Destrukcyjna zaborczość

Jeśli partner nie ma swobody wyboru, aby być z tobą, tak naprawdę nie masz partnera (nie jest to związek partnerski). Czy wydaje ci się, że powinnaś wiedzieć wszystko na temat tego, jak on spędził dzień? Czy miałabyś ochotę być przy nim przez cały czas? Czy masz tendencję do sprawdzania jego kieszeni, e-maili, telefonu? Takie zachowania świadczą o destrukcyjnej zaborczości. Relacja wówczas jest budowana na lęku przed utratą partnera. Tam gdzie jest lęk, nie ma już miejsca na miłość - jej bliżej jest do zaufania i wolności.

Helen Fisher: amerykańska antropolog i psycholog, profesor i badaczka ludzkich zachowań na Rutgers University. Prowadzi badania nad miłością romantyczną i atrakcyjnością interpersonalną.

  1. Psychologia

Relacje są jak lustra – w drugiej osobie możemy zobaczyć nieznane aspekty siebie

Z relacjami często wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. (Fot. iStock)
Z relacjami często wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. (Fot. iStock)
Relacje mają sens. Są wyrazem podjętych kiedyś decyzji, naszych nieświadomych, zapomnianych wyborów, mają rozwiązać problemy z dzieciństwa. Rozmowa z psychoterapeutą Michałem Dudą.

Czy można podać definicję relacji między kobietą a mężczyzną?
Pojęcie relacji jest tak bogate, że ujęcie jej w jedną definicję nie wydaje mi się możliwe. Na relację można się patrzeć w sferze funkcjonowania społecznego, osiągania jakichś celów. Można też spojrzeć na nią jak na konsekwencję różnych doświadczeń życiowych, które przeżyliśmy w przeszłości.

Po co są relacje?
Odpowiadając na to pytanie, warto wykroczyć poza romantyczny stereotyp, który pokazuje relację i miłość jako przypadkowe, tajemnicze spotkanie, które nie wiadomo skąd się bierze i jest niezwykłe. Im dłużej zajmuję się relacjami, tym wyraźniej widzę, że pełnią one funkcję, są po coś. Na ogół z relacjami wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. Relacja zwykle ma rozwiązać problemy, uratować, otworzyć jakieś nowe szanse, uchronić od trudności. Relacje są jak lustra – w drugiej osobie widzimy nieznane aspekty siebie, przy niej możemy z nimi przebywać i przez to czujemy się pewniejsi. To jest pesymistyczna wizja...

Wynika z niej, że jesteśmy razem z powodu psychicznych deficytów.
Z perspektywy gabinetu psychoterapeutycznego tak się rysuje ten obraz. Oczywiście, związki mogą się też zmieniać, mogą się przeformułować pod względem ról, w jakie się wchodzi. Ale to zwykle jest wyzwaniem i wiele osób decyduje się na łatwiejszą wersję, czyli na zmianę obiektu uczuć. Kiedy relacja przestaje spełniać swoje funkcje dla danej osoby, szuka się już kogoś innego. Kogoś, kto będzie pasował do nowego mnie. Dlatego trzeba uważać – jak się człowiek chce zmienić, potencjalnie zagraża to związkowi, w którym jest.

Relacje odzwierciedlają nasze wnętrze, miejsce, w którym jesteśmy.
Tak. Ukształtowani jesteśmy przez to, co przeżyliśmy w dzieciństwie i jak reagowaliśmy na otoczenie, w którym wyrośliśmy. Trzeba było jakoś się z tym uporać, jakoś na to odpowiedzieć. Sposób poradzenia sobie z rzeczywistością w tym wczesnym okresie życia przekłada się na to, jak funkcjonujemy w relacjach. Ludzie żyją jakąś historią ze swojej przeszłości i to, co robią w związkach – z kim się wiążą, jakich jakości szukają – czasami wydaje się kompletnie nielogiczne. Ale staje się bardzo logiczne i zrozumiałe w kontekście właśnie tej historii.

Na przykład?
Powiedzmy, że mamy kobietę, którą wychowała matka agresywna, zabierająca dużo przestrzeni, podporządkowująca sobie ojca i niespecjalnie licząca się z granicami innych. Córka, ta dziewczynka, musi coś z tym zrobić. Są dwa najczęstsze style radzenia sobie z taką sytuacją. W pierwszym dziewczynka się buntuje, kontestuje, walczy, próbuje jakoś matkę spacyfikować, obronić swoją godność. Jej partner najprawdopodobniej też będzie buntownikiem. Drugi styl radzenia sobie to wycofanie do wewnątrz, do jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Taka dziewczynka będzie w ogóle unikała relacji albo będzie szukała symbiotycznych związków ze starszymi facetami, którzy mają znaczącą pozycję w świecie i którzy dają obietnicę, że ją obronią przed matką i rzeczywistością. To jest duże uproszczenie, ale mówię to po to, żeby zrozumieć wybory partnerów w kontekście radzenia sobie z przeszłością. Dziewczynka numer jeden raczej nie będzie z ustawionym mężczyzną w uzależnieniowym związku. Przeciwnie – będzie z mężczyznami walczyć, a jak będą czegoś od niej chcieli, raczej im się nie powiedzie. Dziewczynka numer dwa nie zwiąże się natomiast na stałe z jakimś kontestatorem, bo będzie szukała bezpieczeństwa jako alternatywy relacji z matką. Nie ma jednej definicji relacji, ale relacje mają sens. Są wyrazem podjętych kiedyś decyzji, naszych nieświadomych, zapomnianych wyborów. Mają rozwiązać problemy z dzieciństwa. Kiedy to już się stanie, sens wiązania się z określonym typem mężczyzny czy kobiety znika. Po co są relacje? Myślę, że w dużym stopniu właśnie po to.

Od pesymistycznej wizji przeszliśmy do optymistycznej. Takiej, w której dziewczynka numer jeden lub dziewczynka numer dwa rozwiąże swój problem.
Dziewczynka numer jeden i dziewczynka numer dwa są czymś więcej niż ta sytuacja z dzieciństwa. To prędzej czy później dochodzi do głosu, siłą rzeczy domaga się, żeby się urzeczywistnić, żeby to się mogło jakoś wydarzyć. One mają taką potrzebę...

Żeby już przestać być dziewczynką.
Albo chłopcem. Mężczyzn też to dotyczy. Ale to nie jest takie proste, bo wymaga spojrzenia na siebie z innej perspektywy.

Kiedy dziewczynki lub chłopcy są w swoich starych historiach, chyba nie są w prawdziwej relacji?
Mam poważną wątpliwość na temat tego, co jest prawdziwe, a co nieprawdziwe w relacji. Jak ktoś naprawdę czuje uczucia, to jest prawdziwe? Jak jest realne, uświęcone związkiem małżeńskim, wspólnym mieszkaniem, to jest prawdziwe?

A może jest prawdziwe, kiedy już nie szukamy w drugim dorosłym człowieku taty ani mamy?
I wtedy relacja jest już taka dorosła? Myślę, że prawdziwa jest taka, jaka jest na dany moment. Jeśli ktoś jest w miejscu, w którym szuka mamy czy taty, prawdziwe jest szukanie mamy i taty. Czy to jest dorosłe? Nie jest. Czy prawdziwe? Wydaje mi się, że na ten moment jedyne możliwe do urzeczywistnienia. Oczekiwanie, że ktoś nie będzie w tym miejscu, jest krytykowaniem tej osoby w sposób mało konstruktywny, bo ona nie jest w stanie tego tak „na pstryk” przeskoczyć. Teraz jest tak. Czy ten związek jest prawdziwy? Tak, chociaż oparty na braku świadomości uwarunkowań, które do niego doprowadziły. Ale nadal nie powiedziałbym, że to jest nieprawdziwe. Dla tych osób to jest prawdziwe. Kiedy taka osoba mówi, że kocha, to można powiedzieć, że się myli. Ale ona naprawdę coś czuje, ten ktoś jest dla niej ważny, tak to przeżywa. W pewnym sensie z zewnątrz można powiedzieć, że nie jest to do końca prawda, ale od wewnątrz, w doświadczeniu tej osoby, jest to stuprocentowa prawda.

Może chodzi o świadomość, że w relacji odgrywamy starą historię?
I jeszcze raz odgrywamy i jeszcze raz.

Może chodzi o to, żeby jednak nie za często?
Raz można, a nawet jest to nieuniknione. W końcu ludzie jednak się orientują, że to się powtarza. Kobiety często mówią – dlaczego ciągle spotykam takiego samego faceta. Mimo wszystko jednak, nie potępiałbym tych zbudowanych na starych historiach relacji.

Dlaczego?
Nie wydaje mi się, żeby one były tylko złudzeniem. Tam są zaangażowane realne uczucia i tworzą się realne więzi, te osoby są ważne dla siebie jakoś, na jakimś etapie. Łatwo jest je potępić tak intelektualnie, ale jak się na nie popatrzy z perspektywy czasu, to okazuje się, że były one głębokie, istotne. Każda relacja, nawet ta już następna, też daje się opisać w tych kategoriach.

Jak to?
Kogo wybiorę, gdy już jestem kimś, kto jest świadomy historii z przeszłości, które mną kierowały? To nie jest dowolny wybór. Raczej wybiorę kogoś, kto będzie pasował do tego miejsca w życiu, w którym jestem. Kogoś, kto będzie w stanie nawiązać ze mną kontakt adekwatny do języka, którym się posługuję, do sposobu myślenia, którego używam, do mojego rodzaju odczuwania rzeczywistości w tym momencie. I chociaż nie zwiążę się z kimś takim, jak poprzednio, to wybór nie jest przypadkowy.

Taka relacja czymś będzie się różniła od poprzedniej?
Dawna historia nie zagra już głównej roli, spotkamy się na innych płaszczyznach. Ale trzeba mieć świadomość, że każdy z nas ma historię, która nas wikła i że od czasu do czasu odradza się sen o tym, że spotkam kogoś, kto rozwiąże wszystkie moje problemy przez sam fakt bycia z nim w związku.

Taki sen mamy na stałe?
Tak. To się nie kończy, bo ma swoją energię. Ale można za tym iść, albo za tym nie iść. Albo temu uwierzyć, albo za czwartym razem się nauczyć, że to jednak nie do końca tak jest. Część osób radzi sobie z tym, przejawiając pewien rodzaj cynizmu i wpada na pomysł, że można tak żyć na zimno, racjonalnie, tak trochę osobno.

To chyba nie jest dobry pomysł.
To jest fatalny pomysł. Z drugiej strony myślę, że obsesja szukania idealnego związku prowadzi do problemów.

Jakie jest rozwiązanie?
Dobrze wiedzieć, że mam w sobie jakąś historię i że czasami ją w sobie rozpoznaję, a czasami nie. Czasami się zapędzam, czasami komuś zrobię awanturę albo się popłaczę nie wiadomo dlaczego. Ale to jest normalne, zwykłe, w jakiś sposób prawdziwe. Jest trend, żeby się z tego tak całkowicie wyleczyć, ale nie wydaje mi się, żeby to było możliwe. Trzeba sobie pozwolić to mieć, nie karcić się za to, nie krytykować, nie mówić sobie, że jest się niedoskonałym. Jak się trochę zaakceptuje tę historię i swoją na nią reakcję, wtedy nie próbuje się poprzez relację jej rozwiązywać.

Rozwiązanie jest poza relacją?
Wydaje mi się, że tak. Wtedy nie ma już oczekiwań, że relacja rozwiąże moje osobiste problemy, bo pozwalam sobie je mieć. W codziennym życiu istotne jest, żeby w którymś momencie, będąc sobą zainteresowanym i znając siebie, zrezygnować z wizji, że wszystko będzie takie piękne.

I dorosłe, i dojrzałe.
Lepiej przyjąć, że czasem jesteśmy słabi, że można nas oszukać, że można nas zdradzić. To jest ludzkie, normalne. Oczywiście, mamy różne reakcje na to i czasami są one zbyt uciążliwe, żeby z nimi żyć i potrzebujemy pomocy. Ale wyczyszczenie tego do końca nie jest, moim zdaniem, możliwe. To jest tak, jakbyśmy mieli w ogóle wymazać tę część historii. Wtedy jakaś część naszego życia musiałaby zniknąć. Tak jakbyśmy sobie zrobili lobotomię serca (jeśli coś takiego istnieje).

To boli.
No właśnie. Lepiej pogodzić się z tym, że nigdy do końca nie będziemy tacy całkiem normalni. Takie podejście wydaje mi się bardziej akceptujące, kochające siebie i tę drugą osobę.