1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Kochankowie jutra: jaka jest przyszłość seksu?

Kochankowie jutra: jaka jest przyszłość seksu?

fot. iStock
fot. iStock
W przyszłości to nie seks się zmieni, ale nasze myślenie o nim – mówi Emily Witt, autorka bestsellerowej książki „Future Sex” (Seks przyszłości).

„Byłam heteroseksualną singielką” – tak Emily Witt zaczyna swoją książkę, o której mówi dziś cały anglojęzyczny świat.  30-letnia dziennikarka mieszkająca w Nowym Jorku zapytała siebie: Skoro małżeństwo zdaje się jedynym happy endem, na który czekają heteroseksualne kobiety, to dlaczego coraz więcej wśród nich jest singielek lub rozwodniczek? Zrozumiała też, że choć technologicznie jesteśmy w przyszłości, a randkowanie internetowe kwitnie, to nie wiemy, jak zbliżyć się do drugiego człowieka i pozwolić sobie na nieskrępowaną otwartość. Dlatego postanowiła dowiedzieć się, jak może wyglądać związek w postromantycznej, postmałżeńskiej erze.

Jednym z powodów, dla których napisałam tę książkę, były artykuły, w których ubolewano nad coraz większą liczbą singli, jakby ich życie było ślepą uliczką. Opisywały sytuację, nie podając drogi wyjścia – mówi Emily. Sama przyznaje, że jako singielka nieustannie czuła się zakładniczką kolejnych systemów komunikacji z drugą osobą – od telefonu i mejla po FB, aplikacje randkowe i Twitter. Z drugiej strony – rozumiała, że wolność, jaką przyniosły rewolucja seksualna i kapitalizm, wymusza nieustanne podejmowanie decyzji i dokonywanie wyborów. A tego miała już dość. Nie chciała przypadkowych kontaktów seksualnych, nie chciała ryzyka. „Kiedy odkryłam, że mam dostęp do całkowitej wolności seksualnej, byłam nieszczęśliwa” – pisze w książce. – Właściwie dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo się martwiłam, kiedy byłam sama, że nigdy się już nie zakocham, jak bardzo mnie to myślenie załamywało – mówi w rozmowie ze „Zwierciadłem”. Uważała, że najlepszym wyborem, a właściwie przeznaczeniem, jest monogamiczne małżeństwo, a najlepszym seksem – seks z jednym, ukochanym mężczyzną. A co, jeśli już nigdy się nie zakocha? Jak wtedy będzie wyglądało jej życie? Z tymi pytaniami zaczęła na nowo odkrywać sferę seksu i ludzkich relacji.

Emily w krainie seksu

Na pole badań wybrała San Francisco. Raz, że to miasto zawsze uchodziło za bardziej liberalne, także seksualnie, a dwa, że to matecznik wszystkich komputerowych geeków pracujących dla Google’a czy Facebooka, gdzie kreuje się najnowsze trendy i najnowsze potrzeby. A pisząc o seksie przyszłości, nie można pominąć wpływu technologii na nasze życie.

W trakcie swojej kilkuletniej podróży po świecie seksu Emily wzięła udział w warsztatach grupy praktykującej medytację orgazmiczną, była statystką podczas kręcenia feministycznego hard porno, randkowała przez Internet i oglądała masturbujących się mężczyzn i kobiety na kanale Chaturbate. Zaprzyjaźniła się też ze środowiskiem poliamorystów. Dziennikarka nie ukrywa, że każde kolejne doświadczenie pozwoliło jej odkrywać własną seksualność. Nieśmiała dziewczyna, która przed eksperymentem uważała porno za uwłaczające kobiecie, dziś mówi, że oswoiła się z filmami pornograficznymi. – Nauczyłam się też wrzucać swoje fantazje w wyszukiwarkę, sprawdzać, co tam znajdę. To ważne, żeby dokładnie poznać to, czego się boisz albo czym się brzydzisz, by zrozumieć, czemu tak reagujesz, by umieć nazwać swoje uczucia – mówi.

Po odwiedzinach na Chaturbate (nazwa to połączenie słów chat i masturbate) – stronie, na której można oglądać seks zwykłych ludzi – Emily doszła do wniosku, że zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał uprawiać z nią seks. – Stałam się seksualnie bardziej świadoma i pewna siebie, co pozwoliło mi otwierać się na inne osoby, także te, z którymi byłam krótko w związkach. Nie bałam się, że zbytnio się do nich zbliżę – opowiada.

Orgazm w lateksie

Podróż Emily zaczyna się jeszcze w Nowym Jorku. Loguje się na kilka portali randkowych, z OkCupid na czele, by zobaczyć, czy można trafić na bratnią duszę za pomocą internetowej swatki. I choć zawęziła pole poszukiwań do mężczyzn o podobnych zainteresowaniach, preferencjach i światopoglądzie, każde spotkanie było nietrafione. – Nie chciałam marnować czasu i spędzić życia, szukając szczęścia w Internecie czy na Tinderze – śmieje się.

Idąc drogą kobiecej przyjemności, trafia na OneTase, organizację, która prowadzi warsztaty z medytacji orgazmicznej. Jej założycielka Nicole Daedone, kierując się ideą slow sex, koncentruje się na budowaniu głębokich relacji emocjonalnych poprzez szukanie rozkoszy.– Bardzo przydały mi się te warsztaty, bo uświadomiłam sobie, że nie dopuszczałam do siebie własnej seksualności poza sytuacjami łóżkowymi. Na co dzień tłumiłam wszelkie jej przejawy, jakbym sama przed sobą udawała, że nie jestem istotą seksualną. Peszyły mnie nawet pieprzne dowcipy! – śmieje się Emily.

Podczas warsztatów uczestnicy uczą się rozmawiać o sobie i swoich potrzebach oraz wchodzić w relacje, także seksualne. Ukoronowaniem jest medytacja orgazmiczna, która ma przede wszystkim zaspokoić kobietę. Chętna kładzie się na plecach, a zaopatrzony w rękawice lateksowe i lubrykant trener lub trenerka układa sobie jej nogi, poświęca chwilę na poetycki opis jej sromu, po czym nastawia stoper i dokładnie przez 15 minut masuje delikatnym ruchem w górę i w dół jej łechtaczkę. Nie orgazm jest tu celem, ale uwolnienie energii poprzez prostą, przyjemną czynność. Witt – uczestniczka warsztatów – decyduje się na sesję z trenerem. I choć teatralność i sztuczność całego „aktu” budzą w niej sceptycyzm, docenia intencję.

Ich metody były dziwne, ale przynajmniej wierzyli w możliwość doświadczenia seksualnej otwartości – podsumowuje w książce.

Twarzą w twarz z porno

Gdy pojawia się możliwość wzięcia udziału w zdjęciach do filmu pornograficznego reżyserki feministki Princess Donny, Witt od razu się zgłasza. Film powstaje w ramach cyklu o nazwie „Public Disgrace”, czyli Publiczne Zhańbienie. W tego typu obrazach kobietę – aktorkę – poddaje się licznym przykrościom, od lżenia,  po plucie, bicie, kneblowanie, brutalny seks. Gdy po zakończeniu wyczerpujących zdjęć Witt pyta aktorkę porno – 20-latkę o scenicznym imieniu Penny Pax – co jej się podobało, ta odpowiada z autentycznym zdziwieniem: „Wszystko!”.

Na Chaturbate, portalu z kamerkami wideo, to kobiety rządzą fantazjami oglądających je internautów. Jak Edith, 19-latka, która mówi o sobie, że jest „internetowo seksualna”, ale w prawdziwym życiu zostaje przy celibacie.

Kiedy czytałam o seksualności kobiet i o kulturze przygodnego, jednorazowego seksu, wychodziło na to, że taki seks nie cieszy kobiet, że go nie lubią – mówi Emily.

Tymczasem na Chaturbate odkrywa, że jest dokładnie odwrotnie. – Porzucenie tych konceptów, wyjście ze strefy komfortu pozwoliło mi doświadczyć radości i dać się zaskoczyć temu, co czyni mnie szczęśliwą – dodaje Emily.

Bliskość oddzielona iPhone’em

Witt w swojej opowieści o seksie dotyka dwóch bardzo ważnych kwestii. Jedna z nich to bezpieczeństwo kobiet. Obserwujemy gwałtowny rozwój technologii niemal w każdej dziedzinie życia, a najbardziej zaawansowana antykoncepcja, jaką wymyśliła medycyna, to wciąż pigułka hormonalna, która nadal jest niedoskonała, ma skutki uboczne i nie chroni przed chorobami. A jedyną odpowiedzią, niezmiennie od dekad, na bezpieczną aktywność seksualną pozostaje prezerwatywa, która z kolei nie gwarantuje niezajścia w ciążę. „Jak to możliwe, że w tak ważnej, jeśli nie najważniejszej sferze życia, jaką jest seks, nie mamy stuprocentowej pewności i poczucia bezpieczeństwa? Jak ma nas to czynić otwartymi?” – pyta w książce Witt. Druga kwestia jest równie ważna, bo to sprawa emocji. „Technologia przybliżyła nam ludzi, ale nie powiedziała, co mamy z nimi robić” – pisze Witt.

Widzę, że tracimy zdolność bliskiego komunikowania się ze sobą w sytuacjach przypadkowego seksu ze znajomymi czy ludźmi dopiero poznanymi. Jakbyśmy bali się wyrażać nasze emocje i obawy, bo chcemy tylko sprostać oczekiwaniom drugiej osoby – tłumaczy Emily. – Jeśli z kimś SMS-ujesz, potem nagle idziecie do łóżka i znowu do siebie piszecie, zamiast porozmawiać, nie ma miejsca na intymność – dodaje. Technologiczne społeczeństwo bez bliskości to wizja przyszłości, która dzieje się już na ekranach naszego komputera.

Zawsze chodzi o seks

Dziś Emily ma 35 lat i sukces na zawodowym koncie. Ona sama mówi, że zupełnie inaczej odczuwa swoją seksualność, potrafi się nią wreszcie cieszyć, nie postrzega już wolności seksualnej jako zagrożenia. Stała się ona dla niej sposobem na doświadczanie życia. Dziennikarka przyznaje, że w swojej wolności seksualnej bała się znaleźć poza nawiasem tego, co społeczeństwo uważa za normalne, stąd jej naiwna wiara w małżeński happy end jako przeznaczenie, a nie jedną z opcji wyboru. Zapytana w jednym z wywiadów, czy widzi różnice między seksem, randkowaniem a miłością, odpowiedziała:

Myślę, że to wszystko jest seksem, tylko różnego rodzaju. Organizujemy społeczeństwo wokół tego, w jaki sposób definiujemy nasze związki seksualne. A kiedy udajesz, że chodzi o inne rzeczy, o małżeństwo albo o to, że lubicie te same książki, a seks jest na drugim miejscu, to ryzykujesz bycie naprawdę nieszczęśliwą. Jak twierdzi Witt, w przyszłości to nie seks się zmieni, jedynie nasze myślenie o nim. Ona sama zaczęła postrzegać seks jako „czystą energię seksualnego pragnienia”. I mówi, że chciałaby żyć w świecie, gdzie jest większe spektrum seksualnych tożsamości, a tożsamość nie wiąże się z płcią, ale z tym, co robimy w seksie. Dziś Emily pozostaje sceptyczna wobec małżeństwa i nie planuje dzieci. W dodatku zakochała się i jest w związku. Otwartym związku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Bilans związku – czy ty i twój partner podążacie w tym samym kierunku?

Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Decyzja o wspólnym życiu to ryzykowny krok w nieznane. Ty i on wsiadacie do łódki – maleńkiej łupinki kołyszącej się na wodach groźnego oceanu. Dzielnie wiosłujecie przed siebie. Ale czy na pewno do tego samego brzegu?

On mi się w ogóle nie podobał, nawet go nie lubiłam… – tak zaczyna swoją opowieść Danka, jedna z moich pacjentek. Roberta poznała na imprezie u znajomych. Ona brylowała w towarzystwie, a on wodził za nią zachwyconym wzrokiem.

– Opłakiwałam wtedy swoją ostatnią miłość – opowiada. – To był facet, który odchodził i wracał do mnie jak bumerang. Właśnie po raz kolejny zniknął z mojego życia. Przyjaciółki radziły mi: „Danka, klin klinem”, a Robert akurat był pod ręką. Starał się, zabiegał, uwodził, no i… wpadłam jak śliwka w kompot. Zaczęłam odpowiadać na jego adorację, dawać do zrozumienia, że mi także zależy, a wtedy on zwolnił tempo. Kiedy proponowałam spotkanie sam na sam, on mówił, że może następnym razem, bo dzisiaj nasza paczka wybiera się do kina. Parę razy próbowałam się do niego przytulić, pocałować, ale on robił uniki. Poklepywał mnie po plecach jak dobrego kumpla, przytulał jak brat siostrę, całował w policzek. W towarzystwie nadal sprawiał wrażenie, że jest mną zainteresowany. Wszyscy byli pewni, że między nami coś się szykuje. Byłam wściekła, czułam, że robi ze mnie idiotkę. Koleżanka doradziła mi, żebym się zdystansowała, nie dawała po sobie poznać, że mi na nim zależy. Tłumaczyła, że każdy facet to myśliwy, sam chce zdobywać. Kiedy robiłam krok do tyłu, on zbliżał się; dzwonił, pisał SMS-y, nazywał mnie „kotkiem”, „misiaczkiem”. Takie akcje dodawały mi odwagi, zaczynałam wierzyć, że jemu także na mnie zależy. Pewnego dnia zapytał, czy zostanę u niego na noc. Pomyślałam, że wreszcie podjął decyzję, że się zdeklaruje. Zostałam, poszliśmy do łóżka, było cudownie, ale kiedy rano zapytałam, co robimy dalej, odpowiedział, że umówił się z kumplami na piwo i że wieczorem zadzwoni. Mam już tego dosyć, nie rozumiem, o co mu chodzi. Zależy mu na mnie, czy chodzi tylko o seks?

– A czego ty chcesz? – pytam w odpowiedzi. Danka jest zdziwiona. Jak większość kobiet, na początku relacji miała dokładnie zaplanowany scenariusz, ale nie swój, tylko partnera. Wiedziała, czego od niego oczekuje, jaki krok on powinien zrobić, jak się powinien zachować. O swoich uczuciach nie wiedziała nic. Czuła się zaproszona (nie wiadomo, na jakiej podstawie) do wspólnej łódki i zgadywała, jaki kurs chce obrać Robert.

Świadomość swoich intencji

– Czy myśli pani, że jemu na mnie zależy? – dopytuje Danka. – Przecież tak się nie zachowuje facet, któremu kobieta się nie podoba.

Próbuję jej tłumaczyć, że tu nie chodzi o jakąś kobietę, tylko o nią. O to, co ona czuje, czy zachowanie Roberta uszczęśliwia ją, czy rani. Nie chcę słuchać opowieści o tym, co on zrobił, a co powinien zrobić. Nie mam zamiaru interpretować jego zachowania, doradzać jej, co powinna zrobić, żeby on był bardziej zaangażowany. Tłumaczę, że wspólne życie ma szansę tylko wtedy, kiedy obydwie strony mają świadomość swoich intencji, bo na intencje partnera nie mamy żadnego wpływu. Że wszelkie intelektualne strategie, gry, manipulacje to mało efektywne zabiegi. Odwodzę od pokusy „poważnej” rozmowy z Robertem, dopóki ona sama nie będzie pewna, czego chce od tego mężczyzny, co pragnie mu dać. Wreszcie na jednej z sesji Danka zdecydowała: – Tak naprawdę nie chodzi mi o niego. Po prostu nie chcę być w ten sposób traktowana przez żadnego faceta.

Przypomniałam jej wtedy to, co powiedziała mi na pierwszej sesji, że on jej się nawet nie podobał. Zaczarowała się faktem, że zainteresował się nią jakiś mężczyzna, na dodatek w tym czasie, kiedy czuła się zraniona przez innego. Zalała Roberta mnóstwem uczuć: rozczarowaniem, tęsknotą za miłością, lękiem przed odrzuceniem, chęcią bycia w związku.

Pamiętaj: Jeśli decydujesz się wsiąść z kimś do wspólnej łodzi z zamiarem popłynięcia na Hawaje, powiedz mu, że właśnie tam chcesz dotrzeć i zmiana kursu nie wchodzi w grę.

Miłość nie znosi poświęceń

– Zainteresowałam się nim, bo był inny niż mężczyźni, których spotykałam do tej pory – tak zaczęła swoją opowieść Magda. Nie wiedziała, czy chce ratować związek, czy rozstać się z Michałem. Od roku czuła, że ją i Michała niewiele już łączy. Żyją obok siebie, coraz rzadziej się kochają. Magda ma swoją firmę, która przynosi coraz większe dochody. Michał nie pracuje, kolejny raz wznowił studia. Kiedy Magda sugeruje, żeby dołożył się do rachunków, on pożycza od rodziców.

– Znajomi zwracają mi uwagę, że się zmieniłam – mówiła Magda. – Unikam wspólnych wyjazdów, bo Michał nie ma pieniędzy, a ja jestem zmęczona sponsorowaniem. Na knajpy też mu szkoda kasy. Ma ulubioną siłownię, filmy i książki.

Kiedy zapytałam, czego ode mnie potrzebuje, powiedziała: – Czuję, że powinnam zakończyć ten związek, ale nie mam odwagi, bo Michał to w gruncie rzeczy taki dobry człowiek.

Gdy zaczęłyśmy zgłębiać pojęcie „dobrego człowieka”, okazało się, że Magda, jak wiele z nas, pielęgnuje w swojej głowie mnóstwo powszechnych mitów w stylu: „To najlepszy kandydat na męża”, „Zegar biologiczny tyka”, „Najpierw kariera, potem pora na męża, dziecko, rodzinę”. Magda ma 30 lat. Powiedziała mi, że jej ojciec w dniu jej osiemnastych urodzin zrobił listę gości weselnych, którą co rok uaktualnia.

Na kolejną sesję postanowiłam zaprosić ją razem z Michałem. Oczami wyobraźni widziałam go jako nieudacznika, który zarabia mniej od swojej partnerki i jeszcze pożycza pieniądze od rodziców, a tymczasem siedział przede mną zadbany, zadowolony z siebie mężczyzna, a obok niego drobniutka, skulona kobieta z poczuciem winy na twarzy. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej chudła, miała problemy ze snem, bolał ją kręgosłup i często się przeziębiała. Nikła w oczach. Czułam, że jeśli nie przestanie poświęcać samej siebie w imię związku, może stać się coś bardzo złego. Tłumaczyłam jej, że Michał lubi swoje życie i wcale nie chce niczego zmieniać. Żył podobnie jak jego rodzina; rodzice byli artystami, nie mieli stałych źródeł dochodu. – Może właśnie to mi się podobało w Michale, że żyje tak na luzie, nie martwi się o jutro – tłumaczyła mi. Ale sama chciała żyć inaczej. W jej rodzinie stała praca, oszczędności, planowanie wszystkiego – to były podstawowe wartości.

Różnice nas przyciągają, kuszą, są obietnicą ciekawego życia, ale z czasem stają się kością niezgody. Trudno jest rozstać się z tzw. dobrym człowiekiem, rozum podpowiada: „Nie spotkasz nikogo lepszego”, poza tym żal odejść, kiedy tyle zainwestowało się w związek. To wszystko prawda, jednak kiedy „w imię miłości” poświęcasz siebie, ważne wartości, rezygnujesz z marzeń i potrzeb – twoje serce i ciało cierpią.

Pamiętaj: Nie masz mocy, by zmienić partnera, zwłaszcza jeśli jemu odpowiada tryb życia, jaki prowadzi. Kiedy wsiadasz do łodzi i jesteś gotowa płynąć gdziekolwiek tylko po to, by nie być sama, albo zaspokoić oczekiwania rodziców, bądź tego w pełni świadoma. I zadaj sobie pytanie: „Czy właśnie tego chcesz?”.

Najpierw miłość, potem ślub

Iwona, kolejna moja pacjentka, jest w związku z mężczyzną, który „boi się zobowiązań”. Jak twierdzi, nie ma wystarczająco ustabilizowanej pozycji zawodowo-materialnej, żeby zdecydować się na ślub, nie jest gotowy na dziecko, na wspólne mieszkanie ma jeszcze czas. Podoba mu się życie beztroskiego nastolatka (choć ma już trzydziestkę), który zarobione pieniądze wydaje na własne przyjemności. Tymczasem Iwona marzy o stabilizacji, białej sukni, deklaracji przed ołtarzem i coraz poważniej – o dziecku. –  Jak mam go do tego przekonać? – pyta.

Kiedy tłumaczę, że nie jest w stanie tego zrobić, czuje się rozczarowana. – A może on mnie nie kocha? – dalej drąży temat.

Niestety, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Historia związku Iwony podobna jest do poprzedniej. Jednak jest o wiele poważniejsza, bo dotyczy ważnych kwestii wspólnego życia.

Kiedy jesteśmy zakochane, patrzymy na partnera i związek przez różowe okulary, wierzymy, że nasze pomysły na życie, plany i marzenia dotyczą nas obydwojga, bo „przecież skoro się kochamy…”. Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo?

Dlatego powiedziałam Iwonie: – Nie wierz w te bzdury, że skoro on cię kocha, to myśli i czuje identycznie jak ty. Ty chcesz ślubu, dziecka, odkładania pieniędzy na mieszkanie, spędzania czasu w określony sposób, a tymczasem on myśli inaczej. I ma do tego prawo. Każde z was wyniosło z domu rodzinnego określone pomysły na związek, rodzinę, wyznawane wartości, priorytety. I każde wierzy, że jego pomysł jest najlepszy. Kiedy minie czas pierwszych zauroczeń, faza zakochania dojrzewa do decyzji przekształcenia się w zaangażowaną miłość, albo w… walkę, pełną rozczarowań i cierpienia. Zamiast liczyć, że uda ci się zmienić partnera, dobrocią bądź szantażem przekonać do własnej wizji, przygotuj się do poważnej rozmowy.

W ważnych sprawach nie warto improwizować

Satysfakcjonujący związek, tak samo jak satysfakcjonująca podróż, wymaga konkretnego planu. Dokąd chcecie razem dopłynąć? Jaki macie pomysł na wspólne życie? Co z waszą pracą? Czy (i ile) chcecie mieć dzieci? Jak lubicie spędzać wolny czas, jakie macie priorytety jako para? Te ustalenia to fundament związku i choć rozmowa może nie być łatwa, bez tego ani rusz. Tłumaczenie w stylu: „nie stać nas na ślub” czy: „jak wpadniemy to OK, ale póki co dobrze się bawmy” to z reguły ucieczka od problemu, chęć odwleczenia decyzji w czasie. Zamiast zastanawiać się, czy on cię kocha, zapytaj wprost, czy małżeństwo jest dla niego wartością, czy chce mieć dzieci. Jeśli o tym porozmawiacie, oszczędzicie sobie rozczarowań i cierpienia. W tak poważnych sprawach nie warto improwizować. Fajny seks czy wspólne pasje to za mało, by zbudować na tym stabilny związek. Z twoich i jego marzeń, oczekiwań, wartości i pomysłów na życie musicie zbudować część wspólną, w której obydwoje będziecie czuli się spełnieni i autentyczni.

Pamiętaj: Przynajmniej raz na pół roku warto zrobić bilans związku, by sprawdzić, czy wasza łódź dalej płynie w kierunku, który obojgu wam pasuje.

 

  1. Zdrowie

Intymny fitness dla zdrowia i satysfakcji seksualnej - ćwiczenia na mięśnie dna miednicy

Wystarczy kilka minut treningu mięśni Kegla dziennie, aby odzyskać ładną postawę, zapanować nad pęcherzem oraz odczuwać większą przyjemność w seksie. (Fot. iStock)
Wystarczy kilka minut treningu mięśni Kegla dziennie, aby odzyskać ładną postawę, zapanować nad pęcherzem oraz odczuwać większą przyjemność w seksie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kiedy są zdrowe i silne, rzadko o nich myślimy. Wiotkie lub uszkodzone mięśnie dna miednicy obniżają komfort życia. Ich skutkiem jest m.in. nietrzymanie moczu i zmniejszenie satysfakcji z seksu. Jak ćwiczyć mięśnie Kegla?

Ćwiczenia Kegla – tak bowiem zwany jest trening mięśni dna miednicy – to wynalazek lat 50. ubiegłego wieku. Ich twórcą jest amerykański urolog, Arnold Kegel, który opiekując się kobietami po porodzie, zauważył, że związane z ciążą i porodem zmiany powodują u wielu z nich problem z nietrzymaniem moczu. Chcąc pomóc młodym matkom, opracował specjalny trening. Jego celem było wzmocnienie mięśni, ustytuowanych między kością łonową a ogonową. Tworzą one rodzaj hamaka, którego zadaniem jest utrzymanie na właściwej wysokości macicy, pęcherza moczowego, odbytu i cewki moczowej. Kiedy mięśnie te są elastyczne i gibkie, układy rozrodczy i moczowy działają sprawnie. Kiedy jednak dochodzi do ich zwiotczenia, zaczynają się kłopoty. Obniżają się w jamie ciała macica i pęcherz, a cewka moczowa jest słabiej umocowana. Jej ruchomość może prowadzić to tzw. wysiłkowego nietrzymania moczu – czyli popuszczania odrobiny wilgoci podczas kichnięcia, kaszlu, śmiechu czy podnoszenia czegoś ciężkiego. Mogą się także pojawić bóle pleców i problemy z postawą, ponieważ mięśnie dna miednicy regulują ułożenie dolnego odcinka kręgosłupa.

Problem ten dotyczy także kobiet, które nie mają dzieci, ale zmagają się z nadwagą, ciężko pracują fizycznie, palą papierosy czy piją dużo kawy. Także tych z nas, które mają niski poziom estrogenów ze względu np. na zaburzenia hormonalne czy menopauzę. Wszystkie te czynniki sprawiają, że mięśnie dna miednicy stają się mniej elastyczne. Ich kondycji nie sprzyja także wiek i siedzący tryb życia.

Ćwiczenie na orgazm

Wystarczy kilku-, a następnie kilkunastominutowy trening dziennie, by odzyskać ładną postawę i zapanować nad pęcherzem. Jest jeszcze dodatkowy bonus, którego początkowo dr Kegel nie brał pod uwagę: trening powoduje, że zaczynasz odczuwać większą przyjemność w seksie! Zdaniem austriackiego seksuologa Karla Stiftera, u kobiet, które perfekcyjnie wyćwiczą mięśnie dna miednicy, prawdopodobieństwo przeżycia intensywnego orgazmu podczas penetracji rośnie aż trzykrotnie! Co więcej, dzięki zdolności partnerki do zaciskania mięśni podczas stosunku mężczyzna przeżywa większą i bardziej różnorodną rozkosz.

A zatem: ćwiczmy mięśnie dna miednicy! Najpierw jednak trzeba je zlokalizować. Można zrobić to na dwa sposoby. Pierwszy: podczas oddawania moczu zaciśnij wewnętrzne mięśnie tak, by zatrzymać jego strumień. To są właśnie mięśnie Kegla. Sposób drugi, proponowany przez trenerkę fitness i pilates Katarzynę Popławską: usiądź na krawędzi krzesła, nogi ustaw w lekkim rozkroku i spróbuj napiąć mięśnie w okolicy cewki moczowej i odbytu. Wyobraź sobie, że chcesz wciągnąć nimi małą piłeczkę. Mięśnie, które napinasz, to właśnie mięśnie dna miednicy. Jak je ćwiczyć? Napinając i na zmianę rozluźniając.

Na początku kilka powtórzeń, z czasem zwiększ ich ilość do 20–30 i więcej – ale każdego dnia! Niech to się stanie twoim codziennym nawykiem; tym bardziej że ćwiczyć możesz, oglądając telewizję, stojąc w ogonku na poczcie czy jadąc autobusem. Istnieje też specjalna technika ćwiczeń, opracowana przez profesor Kari Bo z Norwegii. Nazywa się Pelvicore i łączy ćwiczenia mięśni dna miednicy, kręgosłupa i brzucha.

  1. Seks

Inteligencja seksualna – na ile jesteśmy świadomi swoich potrzeb?

Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Wbrew pozorom nie po to, by bez zająknięcia wymienić nazwy stu łóżkowych pozycji czy świetnie się orientować w ofercie sex shopów. Raczej po to, by nasze życie erotyczne było udane i naprawdę zgodne z tym, co nam w duszy – a także w zmysłach – gra. 

Znajomość siebie, swoich potrzeb i zahamowań oraz warunków, w których możemy je przekraczać. Odwaga, żeby prosić o to, co nam naprawdę sprawia przyjemność, i gotowość, żeby dawać partnerowi to, czego potrzebuje. Wiedza o tym, co różni mężczyznę i kobietę. Umiejętność odmawiania i otwartej komunikacji w sprawach seksu, także rozumienia drugiej osoby, ale i własnych reakcji. Wszystko to właśnie zawiera w sobie inteligencja seksualna – termin, który robi ostatnio furorę.

– Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. To niezwykle ważne, bo poziom inteligencji seksualnej decyduje o tym, czy jesteśmy zadowoleni z życia erotycznego – uważa Małgorzata Zaryczna, seksuolożka i psycholożka z Centrum Psychoterapii MAGO w Warszawie. – Im więcej wiemy o seksualności, relacji, bliskości i człowieku, z którym tworzymy parę, tym więcej mamy frajdy w sypialni.

Dobra wiadomość: z inteligencją seksualną jest nieco inaczej niż z poziomem IQ. Ten ostatni jest wrodzony, pierwszy – można skutecznie podnosić. I co ważniejsze – da się go w prosty sposób określić. Poprzez stopień zadowolenia z tego, co robimy w łóżku.

Tylko ty!

Zwolennicy i zwolenniczki wielu przygód i podbojów nie ucieszą się zapewne, ale według fachowców osoby naprawdę inteligentne seksualnie stawiają na jednego partnera. Wierność jest afrodyzjakiem!

– Dla satysfakcji w łóżku ważniejsza od ilości jest jakość – podkreśla Zaryczna. – Chcemy, żeby nasze życie seksualne naprawdę było na wysokim poziomie? Inwestujmy w budowanie dialogu z jedną osobą.

Jednak pogłębianie więzi, dbałość o potrzeby drugiej strony i komunikowanie swoich odczuć, zbyt często przerastają zdolność, motywację i chęć przeciętnych polskich kochanków. Oto typowy obraz współczesnego życia seksualnego: kilka minut stosunku, w tej samej co zwykle pozycji, rozładowanie i… koniec. Nie celebrujemy bliskości.

– Mądrze jest traktować seks nie tylko jako akt fizyczny służący rozładowaniu napięcia czy podreperowaniu poczucia własnej wartości, lecz jako zbliżenie, najgłębszy rodzaj kontaktu pomiędzy dwojgiem ludzi – uważa Zaryczna. – Inteligencja seksualna pomaga nam zrozumieć, że nie możemy stworzyć dającej prawdziwe zadowolenie więzi erotycznej bez emocjonalnej. Potrzeba seksualna leży bowiem blisko potrzeby bezpieczeństwa. A tego nie da nam kontakt z przypadkową osobą.

Potwierdzają to dobitnie badania dr Sharon Hinchcliffe z University of Sheffield, która przeprowadziła 46 wywiadów z kobietami w wieku od 23 do 83 lat. Okazało się, że tylko 10 proc. z nich odczuwało satysfakcję z przygodnego seksu.

Z kolei z badań dr. Michaela Milburna z University of Massachusetts w Bostonie, autora książki „Sexual Intelligence”, wynika, że najniższy poziom inteligencji seksualnej wykazują osoby często zmieniające partnerów. Mimo przemian obyczajowych dla większości ludzi wciąż najważniejsza jest stabilność i przywiązanie.

Jeśli wizja uprawiania seksu z jednym partnerem do końca życia przeraża nas, to dla sypialnianego dobra powinniśmy przynajmniej w kontaktach miłosnych stawiać na coś więcej niż wakacyjne, krótkotrwałe romanse.

Nie za daleko i nie za blisko

Kolejnym bardzo ważnym składnikiem erotycznej inteligencji jest umiejętne zarządzanie dystansem w związku, a właściwie wypośrodkowanie między wolnością a zażyłością. Powinniśmy się nauczyć dawać sobie przestrzeń bez oddalania się od siebie. Jeśli kontakt będzie zbyt intensywny, nasza erotyka tego nie zniesie: stłamsimy ją.

– Wiele osób chce być z partnerem tak blisko, by stanowić niemal jedno ciało – mówi Zaryczna. – To kiepski pomysł, bo przecież własne ciało raczej nas nie podnieca… Erotyka to obok bliskości także zaskakiwanie siebie nawzajem, nuta niedopowiedzenia, trochę odświeżającego dystansu.

Żeby między nami iskrzyło, nie możemy być ze sobą non stop. Kiedy kobieta idzie z mężczyzną na imprezę i obserwuje, jak on tańczy z innymi kobietami, i wie w dodatku, że one uważają go za atrakcyjnego – sama zaczyna go bardziej pragnąć. Podobnie mężczyzna, który zauważa, że jego partnerka się czymś żywo interesuje, że potrafi zatracić się w swojej pasji tak, że nawet o nim zapomina i trzeba ją „gonić” – widzi ją jako wartą starań, bardziej pociągającą.

Bądźmy inteligentni – nie traktujmy każdej niezależnej inicjatywy ukochanej osoby jako ataku na więź i bliskość. Pozwólmy jej zdobywać doświadczenia poza związkiem – żeby mogła je potem „przynieść” i w ten sposób wzbogacić to, co już mamy.

– Cała sztuka polega na tym, żeby być na tyle blisko, by tworzyć związek, lecz na tyle daleko, by nie wygasło napięcie seksualne – uważa seksuolożka. – Zmęczeni pracą, obowiązkami domowymi i dyskusjami o rachunkach, zapominamy, jak to było nosić podniecającą bieliznę i zawsze mieć ochotę na gorący seks. Warto kilka razy w tygodniu starać się odnaleźć w sobie echo tej kochanki czy kochanka, jakimi kiedyś byliśmy i nadal chcielibyśmy być.

Erotyczna mądrość to także rozmawianie o seksie, umiejętność komunikowania się, zadawania pytań, wsłuchania się w potrzeby partnera. My jednak mamy raczej tendencję do zabawy w jasnowidzenie: jeśli znamy partnera od lat, to uważamy, że nie musimy go o nic pytać, bo doskonale wiemy, co czuje i czego chce, a co mu się nie spodoba. W ten sposób zamykamy się w kręgu własnych wyobrażeń i okradamy z wymiany i możliwości wspólnego odkrywania nowych obszarów.

– Trudno się rozmawia o seksie, a chyba najtrudniej powiedzieć drugiej osobie, czego się chce – mówi Zaryczna. – Nie umiemy prosić o to, czego pragniemy, bo boimy się urazić partnera lub przed nim odsłonić. Poza tym wydaje nam się, że dobra komunikacja polega na tym, by skutecznie przekonać drugą stronę do tego, czego my chcemy. Nic z tych rzeczy! Chodzi raczej o przekazanie w nieofensywny sposób swoich pragnień – z gotowością i otwartością na czyjąś reakcję, nawet jeśli nie będzie po naszej myśli. Gdy ukochana osoba będzie robić dokładnie to, czego chcemy – szybko się tym znudzimy.

Tyle, ile trzeba

Mamy tendencję do myślenia, że udane życie erotyczne można zmierzyć częstotliwością uprawianego seksu. Im więcej, tym lepiej. Ale jeśli sprowadza się ono do kilku minut stosunku – to czy naprawdę warto przyznawać za to laury? Prędzej czy później odczujemy, że kochamy się wprawdzie często, ale dość mechanicznie…

– W wielu związkach przyjmuje to postać pościgu – uważa seksuolożka. – Jeśli nie mamy ochoty na seks, trudno odmówić partnerowi. Boimy się, że to postawi naszą relację nad przepaścią. Wysilamy się, by życie erotyczne nie zamarło, próbujemy nowych pozycji, eksperymentujemy. Tak jakby nasze życie miało stać się jakąś pustynią po tygodniu czy dwóch bez seksu!

A przecież „źródło” seksualności istnieje tak długo, jak długo tworzymy parę i chcemy ze sobą być. Nie staniemy się osobami aseksualnymi – no, chyba, że się znienawidzimy i nie będziemy chcieli mieć ze sobą kontaktu albo gdy tak się zbliżymy, że staniemy niemalże jednym ciałem i zdusimy erotykę. Jeśli nie wpadniemy w żadną z tych skrajności, seksualna pustynia nam nie grozi.

– Zmysłowe IQ to między innymi świadomość, że seksualność podlega naturalnym rytmom i wahaniom – podkreśla dr Zaryczna. – I na szczęście jest tak, że kochankowie, którzy są wrażliwi na potrzeby partnera, także te dotyczące częstotliwości uprawianego seksu, po jakimś czasie potrafią dopasować je do siebie nawzajem.

To, że jedna ze stron ma ochotę na zbliżenie, nie jest ani lepsze, ani gorsze od tego, że druga jej akurat nie ma. Tym bardziej, że brak chęci na seks nie jest jednoznaczny z brakiem miłości. Ważne, żeby szanować odmienne potrzeby seksualne. Interpretowanie ich braku jako ataku lub wycofania jest mało rozsądne. Równie dobrze moglibyśmy mieć do partnera pretensję, że jest głodny albo że nie chce mu się jeść. Niezrozumienie i zarzuty w tej kwestii budują czasem między ludźmi bardzo wysoki mur, bo to bardzo delikatna materia. Dlatego tak ważne jest, żeby je dobrze rozumieć. Odmawiając partnerowi, nie mówmy: „to źle, że mnie pragniesz, bo ja ciebie nie”. Powiedzmy raczej: „ja ciebie kocham, lecz w tej chwili naprawdę nie mam ochoty na seks”.

Inteligencja seksualna zawsze bowiem przyjmuje założenie dobrych intencji z drugiej strony.

  1. Styl Życia

W kobiecym kręgu - o seksie w krajach arabskich

Arabki o seksie potrafią mówić. Co wcale nie jest takie oczywiste wśród kobiet w Polsce. (Fot. iStock)
Arabki o seksie potrafią mówić. Co wcale nie jest takie oczywiste wśród kobiet w Polsce. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Na pierwszy rzut oka łączy je tylko to, że są seksuolożkami. Ale szybko okazuje się, że obie mają doświadczenie zderzenia z kulturą arabską. Jak wpłynęło to na psycholożkę, która regularnie bywa w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a jak na ginekolożkę, która pracowała w Arabii Saudyjskiej?

Ameera Anna Ibrahim: Dlaczego Arabka postanowiła zostać seksuologiem? – zapytano mnie na egzaminie. Nie zdążyłam nawet pomyśleć, że to faux pas, natychmiast odpowiedziałam, że to właśnie w krajach arabskich zobaczyłam, jak ważna jest seksualność. I że to Arabowie traktują ją jak integralną część życia, a nie oddzielną wyspę, która powinna być tabu. Owszem, jest tam dużo pruderii, ale na nią też można spojrzeć z innej perspektywy – może całe to zakrywanie ciała jest afrodyzjakiem?

Lekcja otwartości

Arabki pod hidżabem często mają piękną bieliznę, wspaniałe makijaże. A zakrycie ciała podtrzymuje pożądanie. W końcu jak długo może podniecać coś, co zawsze jest na wierzchu? Niestety, stereotyp na temat Arabów jest taki, że to bardzo zamknięta społeczność. Więc Arabka mówiąca o seksie, nawet dla seksuologa egzaminującego przyszłych studentów, to lekko dziwaczna sprawa.

Wychowałam się w Warszawie, w domu dwukulturowym: mama Polka, tata Palestyńczyk. Rodzice z dwóch różnych światów, kultur, religii, ale nigdy nie wydawało mi się to schizofreniczne. Wręcz przeciwnie, dorastałam w przekonaniu, że to, co skrajne, można łączyć. I że ludzie, którzy są zupełnie inni, mogą ze sobą żyć. Mama psycholożka – na pierwszy rzut oka delikatna i efemeryczna, ale wiele razy widziałam ją w sytuacji, w której stawiała na swoim. Ojciec – lekarz. Romantyczny i jednocześnie stanowczy. Pewność siebie i zdecydowanie mam bardziej po nim. Miał siedem lat, kiedy z rodziną uciekał z Palestyny – najpierw do Arabii Saudyjskiej i Kuwejtu, w końcu osiedli w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Kiedy byłam mała, zamiast bajek opowiadał mi swoje wspomnienia – podkoloryzowane, ale urocze. To przez nie bardzo chciałam poznać Palestynę. Kiedy miał 18 lat, przyjechał na studia do Polski, a kiedy ja wydoroślałam, poleciałam do Palestyny. Sama. Nie była to dla mnie łatwa podróż, ale utwierdziła mnie w przekonaniu, że tam jestem u siebie. Od pierwszych zapachów: rozgrzanego powietrza, ciężkich przypraw, kardamonu i cynamonu, do widoku muru dzielącego ją od Izraela. Szok i jednocześnie poczucie bliskości z ojcem. I zakorzenienia.

Do Emiratów zaczęłam latać znacznie wcześniej – bywałam u dziadków i ciotek, odkąd skończyłam dwa lata. Pamiętam Dubaj bardziej pustynny niż nowoczesny. Do tej pory Emiraty to dla mnie kraj tradycji: targów, pustyni i poławiaczy pereł, a nie wieżowców i najdroższych domów handlowych. Teraz mieszkają tam nie tylko wszystkie moje ciotki, ale też dwie starsze siostry. Ja nie myślałam o tym, żeby zamieszkać tam na stałe, zawsze po wakacjach lubiłam wracać do Polski. Poza tym w kulturze arabskiej psycholog jest postrzegany trochę jak szarlatan. A seksuolog w ogóle nie istnieje. Ludzi tam bardzo ciekawi, czym się zajmuję, ale jednocześnie nie do końca mają jasność, co ten zawód znaczy. Pamiętam, jak podczas rodzinnego obiadu opowiadałam kuzynce, że zaczynam nową specjalizację, studia seksuologiczne. Po angielsku, bo nie mówię płynnie po arabsku. Widziałam, jak z każdą minutą zmienia jej się twarz – wzbierała w niej złość, ponieważ wiedziała, że to, co opowiadam z takim entuzjazmem, za chwilę będzie musiała tłumaczyć! I faktycznie, zainteresowała się nami babcia. Kuzynka spojrzała na mnie, potem na nią i wypaliła jednym tchem: „Ameera zajmuje się tym, co zawsze, tylko teraz to pogłębia!”. To było podczas studiów, potem babcia dokładnie wiedziała, jak wygląda moja praca. I nie miała z tym problemu.

Ciotki zresztą też nie. To dzięki nim jestem tak otwarta w kontekście ciała, nagości, kobiecości, seksu. U nich przeżyłam pierwszą miesiączkę – nigdy nie zapomnę, jak się z tego cieszyły, nie tworząc jednocześnie atmosfery sztucznego święta. Pamiętam, że wszystkie wieczorem wpadły do babci – pośmiałyśmy się, pogadałyśmy, one opowiedziały mi swoje historie. Jasno dały mi do zrozumienia: teraz jesteś jedną z nas. Dzięki nim naturalnie i swobodnie weszłam w krąg kobiet. Może ich otwartość wynika z tego, że w Emiratach, które są dość nowoczesne, ale jednocześnie jednak tradycyjne, seksualność też jest dwutorowa: na zewnątrz zamknięcie, zakrycie każdego kawałka ciała, ale w domu kobiety są niesamowicie postępowe. One rządzą.

Oczywiście nie wszystkie aspekty podejścia do seksualności w kulturze arabskiej pochwalam – zakaz pornografii, który paradoksalnie skutkuje uzależnieniem od niej, czy zakaz bliskości fizycznej przed ślubem – to może się kończyć różnymi trudnościami. Ale! Wiem na pewno, że Arabki o seksie potrafią mówić. Co wcale nie jest takie oczywiste wśród kobiet w Polsce. Z drugiej strony kobiety w Emiratach dużo o seksie mówią, ale nie zawsze w kontekście, który mi się podoba, bo zwykle to jest jednak troska o przyjemność partnera, zadowolenie kobiety nie jest tak istotne. Seks bywa tam kartą, narzędziem manipulacji, elementem gry, a nie sytuacją, z której radość mają czerpać obie strony. Dlatego najchętniej połączyłabym umiejętność mówienia o seksie Arabów z otwartością seksualną Europejczyków. Może dlatego zostałam seksuolożką?

Ameera Anna Ibrahim, psycholożka, seksuolożka, terapeutka. Zdobywała doświadczenie w Ośrodku Rehabilitacji Socjopsychiatrycznej w Zagórzu, Mazowieckim Specjalistycznym Centrum Zdrowia w Pruszkowie, na oddziale terapii uzależnień w areszcie śledczym, w Poradni Seksuologicznej i Patologii Współżycia Centrum Psychoterapii SWZPZPOZ w Warszawie. Współpracowała przy tworzeniu opinii sądowo-seksuologicznych. Pracuje w gabinecie prywatnym, mieszka w Warszawie. Prowadzi profil strefa (bez)wstydu. (Fot. Michał Borecki) Ameera Anna Ibrahim, psycholożka, seksuolożka, terapeutka. Zdobywała doświadczenie w Ośrodku Rehabilitacji Socjopsychiatrycznej w Zagórzu, Mazowieckim Specjalistycznym Centrum Zdrowia w Pruszkowie, na oddziale terapii uzależnień w areszcie śledczym, w Poradni Seksuologicznej i Patologii Współżycia Centrum Psychoterapii SWZPZPOZ w Warszawie. Współpracowała przy tworzeniu opinii sądowo-seksuologicznych. Pracuje w gabinecie prywatnym, mieszka w Warszawie. Prowadzi profil strefa (bez)wstydu. (Fot. Michał Borecki)

Walka z bólem

Ewa Baszak-Radomańska: Pierwsze, co usłyszałam od mojej szefowej, kiedy tylko przyleciałam do Arabii Saudyjskiej: „Każdej kobiecie mów po zabiegu, kiedy może wrócić do współżycia. Jeśli nie będzie tego wiedziała, po operacji wróci do domu i będzie uprawiać seks. A to może powodować powikłania”. Drugie: „Nie wolno ci reperować błony dziewiczej. Bo nie wyjdziesz z więzienia!”. Pomyślałam wtedy, że właściwie nie trzeba mnie przed tym ostrzegać, bo i tak niespecjalnie chciałabym to robić. A potem zdarzało się, że przychodziła matka z córką, która była na wydaniu i właśnie na stół wpadła! Trzeba było jej zszywać błonę. Matki myślały, że lekarze z Europy czy Stanów mają inne standardy. Odmawiałam, bo taki zabieg to grzech, haram, czyli przestępstwo w ich kulturze.

Dwadzieścia lat temu, właściwie przypadkiem, trafiłam na propozycję pracy w Arabii Saudyjskiej. Byłam w dziwnym okresie swojego życia, na zakręcie – musiałam coś zmienić, a mój kolega akurat dostał ofertę. Miał na imię Marian. Ale coś się komuś pomyliło i dostał ofertę dla kobiety – Mariam, czyli Marii. Przeczytałam ją i stwierdziłam, że jest dla mnie idealna.

Ruszyłam dość beztrosko – niby się przygotowałam, ale nie doczytałam, że trzeba mieć ze sobą abaję, czarną pelerynę sięgającą do kostek, i włożyć ją już na lotnisku. Więc pierwsze zderzenie – strój. Potem okazało się, że na zewnątrz trzeba mieć też szal na głowie. Jeśli się zsunął, natychmiast pojawiał się muttawa – policjant religijny – i przywoływał do porządku, krzycząc: „Kobieto, zakryj głowę!”. Pamiętam żonę japońskiego ambasadora, która zapomniała zabrać ze sobą szal, więc abają zakryła głowę, jednocześnie odsłaniając kostki, więc policjant zaczął ją po tych kostkach okładać kijem!

Ale to był dopiero początek listy moich zdziwień. Szybko okazało się, że w poradniach nie ma foteli ginekologicznych, bo samo wejście na fotel i rozchylenie nóg przekracza normy obyczajowe – musiałam badać pacjentkę na leżance. Poza tym kobiety często przychodziły z mężem. Zdarzało się, że tylko on mówił po angielsku, więc nigdy nie miałam pewności, czy on tłumaczy dokładnie to, co ona mówi. I co jej przekazuje ode mnie. No i miałam mnóstwo pacjentek z bólem. To wynika z ich kultury, bo narzeczeni się nie widzą, nie rozbudzają przed ślubem. Są sobie przydzieleni. Mężczyzna, który do tej pory oglądał wyłącznie pornografię – choć to oczywiście zabronione – nie widział nagiej kobiety na żywo, tylko te dziury na oczy, i nagle widzi gołą żonę! Ona się spina, a on przyspiesza, bo nareszcie może zaspokoić potrzebę seksualną w sposób, który do tej pory był niedostępny. Kolega opowiadał mi o pacjentce Saudyjce, którą bolało tak strasznie, że jak tylko ten mężczyzna się do niej zbliżał, to ona drapała i kopała. Sprowadzał więc anestezjologa, który ją znieczulał od pasa w dół, żeby w ogóle mogło dojść do stosunku. Byli u wszystkich możliwych lekarzy. I nic. Nie było mowy, żeby ten stosunek odbył się normalnie.

Przychodziły też do mnie kobiety, 45, 50 plus, które miały już po kilkoro dzieci, przestawały miesiączkować, więc były przekonane, że znów są w ciąży. Kiedy mówiłam, że to menopauza, to był dla nich niewyobrażalny dramat. Koniec świata. Bo przekaz tam jest taki, że kobieta za wszelką cenę musi zatrzymać mężczyznę, więc musi też rozumieć, że dla niego najważniejszy jest seks. I powinna się tak ułożyć, żeby móc rozdawać karty. Pamiętam kobiety, które były w stanie wyegzekwować od swoich mężów wszystko, ponieważ miały to, czego on potrzebował.

Tak więc z jednej strony instrumentalne traktowanie seksu, patriarchat, zero praw. A z drugiej – to właśnie tam przekonałam się, jak wielka jest siła kobiet. One się niesamowicie wspierają, najlepiej to widać w szpitalu. Kiedy jedna leży po zabiegu albo rodzi dziecko, cała reszta – siostry, matki, babki, przyjaciółki, po prostu przy niej koczują. Zabawiają, karmią, pielęgnują. Spełniają każdą jej zachciankę. Kapitalne baby! Kiedy któraś z nich nie ma wsparcia od innych kobiet, dzieją się straszne rzeczy. Raz byłam świadkiem dramatycznej sytuacji: kobieta spała znieczulona po zabiegu, a jej mąż przyprowadził dzieci i sobie poszedł. Dzieci po niej skakały, a jedno zakrztusiło się piłeczką pingpongową. Do tego stopnia mężczyźni tam nie są w stanie zająć się rodziną.

Kiedy wróciłam do Polski, do Lublina, wiedziałam już, że odejdę z uniwersytetu – zamiast robić habilitację, w wieku 42 lat urodziłam trzecie dziecko w nowym związku, i zaczęłam pracować z pacjentkami z bólem. Wiedziałam, że u nas też są takie kobiety i tutaj też nikt nie wie, jak im pomóc. Młode pacjentki nie mówią lekarzom, że czują ból przy stosunkach, bo, po pierwsze, nie chcą krępować lekarza – co samo w sobie jest kuriozalne – a po drugie, myślą, że lekarz nie ma wystarczającej wiedzy na ten temat. I niestety, często mają rację.

To właśnie mi dało zderzenie z kulturą arabską: pomysł na Terpę. Wymyśliłam tam wszystko, począwszy od nazwy. Terpa, czyli terapia par – chciałam, żeby o parach, które do mnie przychodzą, można było powiedzieć, że są partnerami, a nie oderwanymi od siebie jednostkami. I ten zachwyt, zachłyśnięcie się energią kobiet. Ja w ogóle lubię kobiety, lubię je wspierać, obserwować, jak się rozwijają. I zdrowieją. Patrzę na nie podczas ostatniej wizyty po terapii bólu sromu i widzę, że mają światło w oczach, nadzieję. To mi daje siłę, inaczej dawno straciłabym skrzydła.

Ewa Baszak-Radomańska ginekolożka, seksuolożka, założycielka gabinetów Terpa w Lublinie. Zajmuje się chorobami sromu, diagnostyką i leczeniem dyspareunii i wulwodynii. Laureatka nagrody National Vulvodynia Association za koncepcję stworzenia ośrodka leczenia bólu sromu w Polsce. Autorka wielu publikacji na ten temat, wykładowczyni, organizatorka warsztatów medycznych. Ma trzech synów, troje wnuków. Mieszka w Lublinie. (Fot. Michał Borecki) Ewa Baszak-Radomańska ginekolożka, seksuolożka, założycielka gabinetów Terpa w Lublinie. Zajmuje się chorobami sromu, diagnostyką i leczeniem dyspareunii i wulwodynii. Laureatka nagrody National Vulvodynia Association za koncepcję stworzenia ośrodka leczenia bólu sromu w Polsce. Autorka wielu publikacji na ten temat, wykładowczyni, organizatorka warsztatów medycznych. Ma trzech synów, troje wnuków. Mieszka w Lublinie. (Fot. Michał Borecki)

  1. Seks

Do czego jest nam potrzebna inteligencja seksualna? Pytamy Kasię Miller

Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (Fot. iStock)
Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (Fot. iStock)
Pojęcie „inteligencja seksualna” stworzyli dr Sheree Conrad i dr Michael Milburn, badając, dlaczego mimo rewolucji seksualnej nadal brak nam w łóżku szczęścia. Z kolei autorką pojęcia „inteligencja erotyczna” jest Esther Perel, która w książce o tym samym tytule zastanawia się, jak dziś, w czasach „dyktatury równości”, mamy zaakceptować, że właśnie seksualna nierówność gwarantuje udany seks? Czy naprawdę inteligencja jest nam potrzebna, gdy nie mamy na sobie ubrań – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Seks w naturalny sposób łączymy z instynktami, podnietami, chemią, czyli siłami niezależnymi od naszej woli czy rozumu. Tymczasem pisze się i mówi o inteligencji kochanków. Czy więc to, co myślimy, ma znaczenie w łóżku? Przecież nie zakładamy firmy, tylko mamy się kochać. A może ta inteligencja to tylko taki amerykański modny wymysł?
Ma znaczenie nie tylko, jak myślimy, ale i jak działamy, co wybieramy. Na początek opowiem dwie anegdoty z życia. Pierwsza to tragifarsa miłosna o obdarzonej inteligencją erotyczną młodej kobiecie, która umówiła się w hotelu na seks z atrakcyjnym, onieśmielającym ją starszym mężczyzną. Była tą randką tak przejęta, że jak tylko trafili do pokoju, chciała koniecznie umyć zęby i zrobiła to z takim zaangażowaniem, że wypadła jej koronka i utknęła w kolanku umywalki. Biedulka załamała się, była już i tak speszona, a tu jeszcze – szczerbata! Cała ochota na seks jej odeszła, chciała już tylko wrócić do domu. Ale jak?! Bez koronki? Sama jej jednak nie mogła wyjąć...

Zadzwoniła do seksownego polskiego hydraulika – a jej seks-inteligencja polegała na tym, że miała pod ręką jego numer!?
To dobry pomysł mieć taki telefon zanotowany, ale akurat zrobiła coś innego, co też potwierdziło jej inteligencję erotyczną, a nawet seksualną mimo małego doświadczenia. Czekającemu na nią mężczyźnie powiedziała, choć bardzo się wstydziła, że nie dość, że brak jej wprawy w takich hotelowych schadzkach, to jeszcze nie ma zęba z przodu, bo koronka jej wpadła do kolanka umywalki. Na co on podskoczył uradowany. Jemu też niedawno przydarzyła się podobna przygoda, a więc więcej ich łączy, niż myślał. I zamiast spojrzeć na zegarek, mówiąc, że zapomniał o ważnym spotkaniu, lub też zająć się owym kolankiem umywalki, z ogniem w oczach zajął się jej kolankami. Jej bezradność, szczerość i otwartość plus urocze kobiece skrępowanie go urzekły. No i mieli udany seks, bo on wspiął się na wyżyny swojej sztuki, widząc w niej prawdziwą dziewczynę bez grama pozy, gry czy manipulacji… I, oczywiście, sam wykazał się wysokim poziomem inteligencji erotyczno-seksualno-emocjonalnej.

Jeśli więc stracimy ząb, nie musimy tracić okazji do superseksu i być skazani na randkę z dentystą?
Na tym polega inteligencja seksualna, by coś, co mogło być brakiem, przekuć w atut. A teraz druga anegdota z życia, ale tym razem o braku inteligencji seksualnej i erotycznej u pewnej atrakcyjnej i doświadczonej damy, która miała całe mieszkanie wytapetowane swoimi zdjęciami w różnych gorsetach i innych peniuarach, by przypadkiem ktoś z gości nie przegapił, jaka to jest piękna. Owa dama zawsze przechwalała się przed przyjaciółkami, że w łóżku potrafi przybrać najbardziej korzystną pozę, a więc też każdego mężczyznę owinie sobie wokół małego palca. No i pewnego dnia poznała atrakcyjnego pana. Ów obciął ją od stóp do głów i powiedział, że wchodzi w to, ale tylko na rok. Nie jest bowiem jego zdaniem kobietą na całe życie, ale na udany romans, owszem. Nasza bohaterka co prawda myślała o czymś na stałe, ale była tak pewna swojej erotycznej siły, że już widziała, jak po roku ów mężczyzna traci na jej punkcie głowę i to ona zadecyduje, co z nim będzie dalej.

Rozumiem, że się przeliczyła?
Całkowicie, bo choć żyli jak para, a nawet pomieszkiwali u siebie, to po roku on rzekł: „Dziękuję ci” (bo był dobrze wychowany), i zniknął. Odchorowała to. Nic dziwnego, trafiła na wyjątkowo zimnego i egotycznego faceta. Ale dostała nauczkę za swoją głupotę i prztyczka w nos za pychę. Zlekceważyła jego słowa, myśląc, że on nie wie, co gada. Ale wiedział. No ale jej brak inteligencji seksualnej widać było już w tym przedmiotowym traktowaniu swojego ciała, a potem i tego mężczyzny. Te jej pozy w łóżku, z których była tak dumna, to sygnał, że nie ma pojęcia, na czym seks i erotyzm polegają. Dowód na to, że nigdy nie traci kontroli, nie pozwala się unieść fali pożądania ani rozkoszy. Nie pozwalała sobie na to, by podążyć za swoimi potrzebami ani za mężczyzną, a to oznaki braku mądrości i seksualnej, i erotycznej.

Zgodnie z definicją inteligencja seksualna to wiedza o tym, co jest nam potrzebne do udanego seksu, empatia na potrzeby partnera i sygnały płynące z naszego ciała. Umiejętność rozmowy, kreatywność – o tym nieraz już pisaliśmy. Ale też dowodem na nią ma być, jak wynika z badań (m.in. prof. Johna Gottmana), bycie w stałym związku. Ci, którzy w nich są – osiągali w testach wysoką IS, a w łóżku poznali rozkosz. Głupcami okazali się za to podrywacze i „puszczalskie”.
Bo nie idą w głąb, nie rozwijają się, powtarzają ciągle tylko początek – zakochanie, fascynację itd. A to dopiero pierwszy krok! Jednak wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. Nikt nam nie powie, że trzeba szukać i znajdować, odkrywać swoje pragnienia zwłaszcza w seksie. Seksualność ludzka, a szczególnie kobiet, jest nadal poddawana obróbce, jeśli już nie przez tabu, to przez kompleksy, a od czasu, gdy uzyskaliśmy „wolność” – przez modę i pornografię. I jeśli już dziś czegoś powszechnie poszukujemy w seksie, to poklasku, uznania, połechtania próżności czy pogłaskania kompleksów. Nawet nasi kochankowie nie pytają, czego chcemy. Sami musimy to odkryć i jeszcze nauczyć się, jak to sobie dać, a to naprawdę ciężka praca. No i często jej nie wykonujemy i dlatego – sfrustrowani – wciąż zmieniamy partnerów.

Zamiast jakości ilość.
Tymczasem to, co nas łączy z drugim człowiekiem, może się rozwijać w nieskończoność i w nieskończoność dostarczać nam coraz więcej, a nie coraz mniej, także rozkoszy. Drugim człowiekiem nie można się znudzić. Szaleństwo zakochania mija i dobrze, bo byśmy kręcili się w kółko naćpani hormonami, a seksualność może i nawet powinna się rozwijać, a wówczas obejmuje nie tylko nasze ciało, ale też umysł, serce, aż sięga po duchowość i dalej jeszcze po wszechświat. I gdy jesteśmy sobie bliscy na tych wszystkich poziomach, w tych wszystkich wymiarach bytu, możemy osiągnąć najwyższą, absolutną rozkosz.

Tak to czuję i tak sobie wyobrażam. Myślę też, że taki jest sens seksu tantrycznego, który stanowi jedną z dróg ku pełnej ekstazie. A mówiąc po europejsku: im więcej między kochankami intymności, bliskości, zrozumienia i zgody na siebie nawzajem, zachwytu, fascynacji, tym więcej doświadczą rozkoszy. Za byciem z jednym partnerem przemawia też sama fizjologia mózgu, bo jak się okazuje, im częściej ćwiczymy jakieś zachowania, tym silniejsze powstają w naszym mózgu tzw. ścieżki neuronowe. I wyobrażam sobie, że dwoje bliskich sobie ludzi może mieć orgazm, patrząc sobie w oczy z dwóch stron wypełnionej ludźmi sali.

Seksuolodzy jednak ostrzegają, że nadmierna bliskość to koniec pożądania. Perel pisze, że pożądanie rodzi się w szczelinie między kochankami, w tym, co ich różni, ciekawi, ku sobie ciągnie. I że ci inteligentni erotycznie nie pozwalają sobie na całkowite odsłonięcie.
Zgadza się, nie można stopić się w jedno, zrezygnować z siebie. To nie jest intymność i bliskość. Nie wolno zostawiać siebie, zawieszać się na drugim człowieku, bo wtedy nie jesteśmy blisko nawet ze sobą, a co dopiero z kimś innym. By tworzyć intymność, dwoje ludzi ma mieć odrębne tożsamości, sprawy i tajemnice. Ale też intymność buduje to, że oni szepczą sobie na ucho, że nie opowiadają innym o tym, co razem przeżyli, że mają swoje wspólne sekrety, tajemnice, marzenia. Kobieta jest dla mężczyzny pociągająca, bo jest inna niż on. A mężczyzna jest dla kobiety sexy, bo nie jest jej lustrzanym odbiciem.

Właśnie! A polityczna poprawność w stylu amerykańskim, czyli równość niwelująca różnice, prowadzi do nudy w sypialni. Perel głosi genderową herezję, że seks demokratyczny, na równych prawach, to nuda, bo pożądanie to nie dziecko demokracji.
Kobieta i mężczyzna, jeśli są wolni i spontaniczni, mogą być w sypialni panem i niewolnicą lub panią i niewolnikiem, a w salonie, kuchni i w pracy – partnerami. To wyraz prawdziwej wolności, inteligencji seksualnej i erotycznej. Możliwość zmiany, wybierania schematów zachowań w zależności od sytuacji i potrzeb, celów, do których się dąży, to prawdziwa mądrość sypialniana.

Perel pisze, że dla kobiet sukcesu, które kontrolują, kierują, planują i realizują, oddechem jest latynoski kochanek, który dominuje i napastuje, bo w jego świecie mogą odpuścić, oddać się, ulec. Opisuje właśnie taką parę: Amerykankę i Włocha. Kobieta przyznaje, że w sypialni zapomina o politycznej poprawności, stawia na rozkosz.
Seks jest przygodą, dlatego nie może w nim być planów i nie może być demokracji. Jest jak przeprawa przez rzekę. Może nas porwać prąd, możemy z nim popłynąć cudnie bez wysiłku na drugi brzeg lub wpaść w wir, który nieźle nas wyobraca, tak że nie będziemy mogły złapać oddechu. Możemy też przedostać się na drugi brzeg, łapiąc jakiś konar... Nie da się nie zamoczyć i nie da się uniknąć szybszego bicia serca. Oczywiście, można cały czas być po tej samej stronie rzeki, ale to naprawdę nudne. Zamiast więc składać – wszędzie, a więc i w sypialni – deklarację bycia nowoczesną, genderową czy jakąś tam, lepiej być uczciwszą wobec siebie. Odkryć, gdzie i jak same siebie okłamujemy, i przestać to robić. Zignorować naszego wewnętrznego rodzica, czyli nadzorcę tego, co nie wypada – i zapytać wewnętrzne dziecko, czego ono pragnie od seksu, co lubi, czego by chciało. I tak idąc za swoim wewnętrznym głosem, takim płynącym z brzucha, krok po kroku rozwinąć własną erotyczną inteligencję. Jak zwykle gdy chodzi o coś ważnego i trudnego – małymi krokami, ale wytrwale. Zrobić więcej miejsca dla wewnętrznego dziecka, czyli naszych uczuć, potrzeb i energii. Sprawdzać, sprawdzać i jeszcze raz sprawdzać. Co nam odpowiada, sprawia przyjemność, daje rozkosz, a czego się wstydziłyśmy tak, że dotąd sobie na to nie pozwalałyśmy? Jeśli mamy ochotę, zacznijmy sobie na to pozwalać. Wrócić do przeszłości i przypomnieć sobie, czego nie zrobiliśmy, choć nas korciło, ale nie pozwolił nam na to lęk, wstyd. Jest wysoce prawdopodobne, że dotrzemy do zakazów z domu rodzinnego, i trzeba będzie wybierać, czy nadal być grzeczną, czy wreszcie szczęśliwą. Warto też czytać lektury pełne seksu o bohaterach przekraczających granice, oglądać takie filmy, rozmawiać o swoich zahamowaniach, dzielić się z zaufanymi osobami, najlepiej wzajemnie. Pisać do siebie listy z nowymi scenariuszami i potem je w realu urzeczywistniać.

A czy Katarzyna Miller ma inteligencję seksualną i jest erotycznie mądrą kobietą?
Mam nadzieję, że tak, choć początki były nieudane. Ale dałam radę nie zrazić się całkiem i poczekać, aż trafię na mężczyznę, który mnie otworzy seksualnie. A wtedy przeżyłam niezwykłą wizję, że oto mam dłuuuugie srebrne włosy, które przeciągają mnie na drugą stronę kosmosu. Dziękuję mu za to! Bo też znalazłam się naprawdę po drugiej stronie, stałam się kimś innym. Już byle czym nie można było mnie zadowolić i wiedziałam, czego chcę od seksu, co on mi może dać i co ja mogę dać.