1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Kim są single w Polsce?

Kim są single w Polsce?

fot. iStock
fot. iStock
Singiel to dzisiaj nie tylko imprezujący dwudziestoparolatek. Życie w pojedynkę zdarza nam się coraz częściej w różnym wieku. Ale, jak się okazuje, nie rezygnujemy wtedy z seksu ani z dążenia do satysfakcjonującego życia.

Życie bez pary jest skutkiem osłabienia więzi rodzinnych, postawienia na indywidualność i niezależność, która jest możliwa dzięki dobrobytowi. W poszukiwaniu komfortowego życia rezygnujemy z trudności związanych z budowaniem relacji, wychowania dzieci, pracy nad związkami. Nasze relacje się rozpadają, a że żyjemy dłużej, angażujemy się w więcej związków. Między kolejnymi bywamy sami. Czasem krócej, czasem dłużej, bywa, że już na zawsze. Takich osób jest dzisiaj w Polsce 29 proc., a socjologowie przewidują, że będzie ich więcej. Seksuolog prof. Zbigniew Izdebski i socjolożka Emilia Paprzycka przyjrzeli się życiu osób bez partnera w wieku od 18 do 49 lat. Badania zebrali w najnowszej książce „Single i singielki. Intymność i seksualność osób żyjących w pojedynkę”.

Kim są w Polsce single?

Z badań Zbigniewa Izdebskiego i Emilii Paprzyckiej wynika, że najczęściej żyjemy w pojedynkę jako ludzie młodzi – taką sytuację osobistą deklaruje prawie połowa osób do 24. roku życia. Nie spieszy nam się wtedy ani do stałych relacji, ani do małżeństw. – To efekt dość powszechnego w dzisiejszych czasach odkładania na później dorosłości, obowiązków i odpowiedzialności – twierdzi prof. Izdebski.

Zaraz potem sytuacja zaczyna się zmieniać. Najczęściej i najszybciej decydujemy się na związek po 24. roku życia. Dlatego wśród osób od 25. do 29. roku życia jest najmniej singli. – Czasem mówię moim 20-letnim studentom, że może im się zdarzyć pozostać w związku z jedną osobą przez 50 czy 60 lat. Patrzą na mnie ze zdumieniem, bo pewnie nie umieją sobie tego wyobrazić. Mówiąc im o tej perspektywie, zwracam uwagę na odpowiedzialność związaną z decyzją o wejściu w związek. Ludzie wiążą się dzisiaj bez zastanowienia. Zbytnio ulegają emocjom, fascynacji, która jest naturalna, ale niekoniecznie oznacza, że natychmiast trzeba wychodzić za mąż czy się żenić – mówi Izdebski.

Wyniki badań dowodzą, że ma rację – po 30. roku życia wielu z nas znowu zasila grono singli. Co oznacza, że duża część tych, którzy zdecydowali się ślub czy stały związek, szybko się nimi rozczarowała. Po takim doświadczeniu przez chwilę się rozglądamy za właściwym partnerem i po czterdziestce próbujemy po raz kolejny. W efekcie singli jest znowu mniej i to mężczyźni łatwiej znajdują nowe partnerki. Do tego młodsze, więc singielek po czterdziestce jest więcej niż singli. A kobiet bez partnera po 45. roku życia już dwa razy więcej niż mężczyzn.

Poza tym osoby bez partnera mieszkają zazwyczaj w miastach i są to w większości kobiety (więcej singli mężczyzn żyje na wsi). Duża ich liczba nie ma doświadczeń małżeńskich i nie ma dzieci (wśród tych, którzy je mają, przeważają kobiety). Co ciekawe, w Polsce osoby bez pary bardzo rzadko mieszkają samodzielnie. Jest ich jedna piąta i najczęściej dzielą mieszkanie z rodzicami: częściej z matką niż z ojcem. Mieszkają też z rodzeństwem, własnymi dziećmi, z dziadkami lub z innymi krewnymi. Nie przyjął się u nas model znany z serialu „Przyjaciele” – tylko niewielka liczba singli (1,5 proc.) mieszka z osobami, które nie są ich rodziną.

Lista życzeń

Ci, którzy żyją sami, uznają, że znaleźli się w takiej sytuacji na skutek zbiegu okoliczności. Ale są też tacy, którzy decyzję o niezależności podejmują świadomie. Wśród nich przeważają mężczyźni. Większość singli jest też przekonana, że brak partnera to w ich życiu chwilowa sytuacja. Chociaż z wiekiem i kiedy pozostają sami dość długo, akceptują ją jako stan ostateczny. Pytani o przyczyny życia w pojedynkę podobna liczba kobiet i mężczyzn (prawie 60 proc.) przyznaje, że nie może znaleźć odpowiedniego partnera. A kiedy wymieniają cechy osoby, z którą chcieliby się związać, na liście życzeń znajdują się: dbałość o wygląd zewnętrzny, opiekuńczość, czułość, troskliwość i łagodność. Twierdzą też, że powinna to być osoba, która dba o kondycję i zdrowie oraz ma uregulowaną sytuację poprzednich związków. Często ważnym warunkiem jest – szczególnie dla mężczyzn – atrakcyjność fizyczna i szczupła sylwetka. A także pewność siebie, chęć założenia rodziny i bezdzietność. Co oznaczałoby, że szukają ideału niemal pozbawionego wad. – W niektórych wypadkach rzeczywiście chodzi o nadmierne oczekiwania. Ale problemem są także trudności związane z brakiem umiejętności komunikowania się. Albo z cechami osobowościowymi, do czego już tak łatwo się nie przyznajemy – twierdzi Zbigniew Izdebski.

Trudności w znalezieniu właściwego partnera wynikają nie tylko z naszych cech czy wyobrażeń o doskonałym partnerze, lecz także z przyczyn obiektywnych. – Zazwyczaj szukamy osób podobnych do nas, a kobiety preferują partnerów o wyższym statusie niż ich własny. Skoro mamy więcej lepiej wykształconych kobiet, jest naturalne, że nie ma dla nich partnerów spełniających te warunki – mówi Emilia Paprzycka. Tak jak kobiety szukają partnerów o wyższym niż ich własny statusie, tak mężczyźni wolą partnerki o niższym od swojego. A tymczasem połowa kobiet żyjących bez partnera ma wykształcenie średnie lub pomaturalne, a duża część – wyższe. Pracują na stanowiskach kierowniczych. Co drugi mężczyzna bez partnerki ma wykształcenie zawodowe i gimnazjalne. I tak koło samotnych, którzy nie mają szansy na spotkanie, się zamyka.

Okazuje się też, że stereotypowe przekonanie, iż kobietom żyjącym w pojedynkę zależy na znalezieniu męża, nie jest całkiem nieprawdziwe. Zainteresowane małżeństwem są raczej młodsze kobiety. Już po trzydziestce singielki wolą związki nieformalne. A kiedy kończą 40 lat, ich zainteresowanie ślubem spada znacząco. Niechętni małżeństwu są także samotni mężczyźni po czterdziestce. Mimo to większość singli nie wyklucza związania się z kimś, gdyby pojawiła się taka możliwość. Z badań wyłania się też obraz przeczący mniemaniu, że osoby żyjące w pojedynkę są zazwyczaj zgorzkniałe, niezadowolone z życia czy zakompleksione. – Single są przyzwyczajeni do udowadniania sobie, że bycie samemu nie jest takie złe. Częściej zadowolone są osoby młodsze, co może oznaczać, iż mają większą nadzieję na to, że ich życie jeszcze się zmieni – twierdzi Emilia Paprzycka.

Single i seks

Brak stałego partnera nie musi dzisiaj oznaczać braku seksu. Ponad połowa osób żyjących w pojedynkę twierdzi, że seks uprawia regularnie. Na pewno nie są szczęśliwi, że ich życie seksualne jest nadal postrzegane przez pryzmat stereotypów. Mężczyzna samotny, ale prowadzący bujne życie erotyczne, jest z jednej strony oceniany jako playboy (negatywnie), z drugiej – jako osoba przebojowa i interesująca (pozytywnie). Kobiety w podobnej sytuacji oceniane są tylko negatywnie – jako niechciane i nieatrakcyjne lub jako rozwiązłe. Ilu partnerów mają polscy single? Z badań wynika, że w większości nie są specjalnie rozwiąźli ani skłonni do ryzykownych zachowań. Pytani o kontakty seksualne w ostatnim roku 20-latkowie najczęściej deklarują jednego partnera (więcej niż pięciu – 4,4 proc.). 30-latkowie przyznają się do dwóch partnerów (1,6 proc. miało ich więcej niż pięciu). Po czterdziestce single znowu sypiają tylko z jedną osobą (3 proc. z więcej niż pięcioma). I zazwyczaj są to osoby znane im wcześniej. Seks z przypadkowym, dopiero co poznanym parterem zdarza się co czwartej osobie. A 16 proc. sypia ze stałym partnerem seksualnym. Choć taka sytuacja dotyczy najczęściej kobiet i im wydaje się bardziej komfortowa.

Single przyznają, że seks jest w ich życiu ważny, i prawie połowa jest z niego zadowolona. Nieco mniej, bo 35 proc., uznaje, że ich potrzeby związane z życiem erotycznym są zaspokojone. – Myślę, że powinniśmy przyjąć do wiadomości, iż intymność i sfera seksualności nie muszą wcale być związane z miłością – mówi prof. Izdebski. Mimo to większość singli twierdzi jednocześnie, że warunkiem udanego życia seksualnego jest miłość. – To, że ktoś tak twierdzi, nie znaczy jeszcze, że uda mu się ją znaleźć. Jestem fanem miłości – przyglądam się jej, badam ją, rozmawiam o niej, ale zdaję sobie sprawę, że mówienie o miłości to tylko wskazywanie kierunku. Miłość jako istotna wartość w naszym życiu to drogowskaz. Dążąc do tego celu, można przeżywać różne etapy – dodaje prof. Izdebski.

Ponad połowa żyjących w pojedynkę przyznaje, że jedną z ich form aktywności seksualnej jest masturbacja (więcej mężczyzn niż kobiet) oraz że jest uzasadniona i potrzebna, kiedy brakuje nam partnera. – Z punktu widzenia zdrowia seksualnego masturbacja jest ważna. Podobnie jak pozytywny stosunek do swojej seksualności. Dzisiaj pacjentki mówią: „Nie mam partnera, nie mam kłopotów, ale orgazmy przeżywam jak nigdy przedtem”. Oczywiście, są osoby, dla których korzystanie z wibratora czy przyznanie się do tego jest nie do zaakceptowania – mówi Izdebski.

Wiele osób żyjących w pojedynkę jest zdania, że związek przez całe życie nie jest możliwy oraz że tylko wielu partnerów daje możliwość poznania bogactwa doznań seksualnych. – Jeśli ktoś jest w stanie zaakceptować wejście w relację seksualną bez miłości i to jest zgodne z jego systemem wartości, bo sam seks jest dla niego ważny, to dlaczego nie. Celem seksu może być sam seks – przyznaje prof. Izdebski. Stąd popularność współczesnych metod znajdowania partnerów seksualnych, takich jak internetowe portale randkowe. To właśnie w sieci ponad połowa singli poznaje nowych znajomych. A część z tych znajomości kończy się seksem.

Osamotnieni

– Na życie w pojedynkę świadomie decydują się często osoby zabezpieczone finansowo, które dają sobie radę same. Mają krąg przyjaciół czy znajomych. Ale prędzej czy później pojawia się samotność – mówi prof. Izdebski.

Poczucie braku towarzystwa bliskiej osoby oraz życia intymnego silniej zaczyna się odzywać po czterdziestce. – Pamiętajmy, że jak pokazują badania życia osób w związkach, ich dotyka dokładnie to samo. Moim zdaniem sytuacja, kiedy jesteśmy w parze, a druga osoba traktuje nas tak, jakby nas nie było, jest jeszcze gorsza. Zazwyczaj ta druga osoba albo ma kogoś w związku równoległym, albo po prostu nie odczuwa potrzeby bliskości. Osoby żyjące w pojedynkę są na takie sytuacje bardziej przygotowane. – Oni świadomie zdecydowali się na takie życie. Nie są rozczarowani. Większość z nich wiedziała, czego się spodziewać. Rozumieją, że muszą liczyć na siebie. A ich znajomi z rodzinami przeżywają głębokie rozczarowania i odkrywają tę samą prawdę. Bo okazało się, że dzieci mają własne problemy, wnuki wyjechały z Polski. Mają poczucie, że tyle zainwestowali w rodzinę, a dzisiaj to wszystko nie daje im poczucia wsparcia, bliskości – twierdzi prof. Izdebski.

Osamotnienie nie jest więc uczuciem, które dotyka tylko osoby żyjące w pojedynkę. – Zapewne czeka nas sytuacja, w której będzie spadała liczba związków sakramentalnych. Częściej będziemy budować związki nieformalne. Także takie, w których mimo deklarowanego bycia razem partnerzy nie mieszkają ze sobą. A czasem żyją nawet w innych miastach. Zdarza się, że osoby funkcjonujące w takich relacjach mają zaburzone poczucie tożsamości – są w związku, ale przez cały tydzień, poza weekendem czy tygodniem w miesiącu, mają poczucie, że żyją samotnie – mówi prof. Izdebski.

Tych zmian w obyczajowości nie da się już zatrzymać. – Ale zapewne jeszcze długo tradycyjna rodzina pozostanie w Polsce wysoko w hierarchii wartości. Myślę też, że przez jakiś czas religia wciąż będzie odgrywała w naszym życiu społecznym jakąś rolę. Kiedy teraz mówię „jakiś” czas i „jakąś” rolę, to sam się zastanawiam, jak to się stało, że w społeczeństwie o tak długich religijnych tradycjach zmiany zachodzą tak szybko i są tak wielkie – dodaje seksuolog.

Jednak choć w badaniach często mówimy, że jesteśmy wierzący czy religijni, kiedy wchodzimy do łóżka, to już nie ma większego znaczenia i nie decyduje o naszych wyborach – przyznaje prof. Izdebski.

Single w Polsce: statystyki

Kogo, czego szukamy i jakie mamy preferencje?

Wiek singli
  • 45,4 proc. 18–24 lata
  • 15,6 proc. 25–29 lat
  • 21,8 proc. 30–39 lat
  • 17,2 proc. 40–49 lat
Przyczyny życia bez partnera:
  • 59,6 proc. brak odpowiedniej osoby
  • 29,2 proc. w tej chwili wolę być sam
  • 11,9 proc. trudność w utrzymaniu związku
  • 11,5 proc. potrzeba swobody i niezależności
  • 11,1 proc. negatywne doświadczenia z poprzednich związków
  • 10,3 proc. brak czasu, kariera zawodowa
  • 9,3 proc. zniechęcenie wynikające z rozpadania się związków innych ludzi
  • 9 proc. poczucie bycia nieatrakcyjnym
  • 7,7 proc. obawa przed związkiem
  • 4,4 proc. nieudany związek rodziców
Preferencje seksualne singli:
  • 91 proc. heteroseksualność
  • 3,8 proc. biseksualność
  • 1,4 proc. homoseksualność
  • 1 proc. aseksualność
  • 2,8 proc. trudno określić
Kogo szukają?
  • Singielki – partnera opiekuńczego i troskliwego (88 proc.).
  • Single – partnerki o właściwym wyglądzie zewnętrznym (81,8 proc.).
Przeczytaj więcej w artykule: Jak kochają Szwedzi: Szwedzka teoria miłości

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jestem singielką i dobrze mi z tym

Życie bez partnera może być spełnione. Ważne jednak, żeby za tą decyzją nie kryły się nieuświadomione lęki i przekonania. (fot. iStock)
Życie bez partnera może być spełnione. Ważne jednak, żeby za tą decyzją nie kryły się nieuświadomione lęki i przekonania. (fot. iStock)
Młoda, atrakcyjna, sama. Nie poszukuje miłego partnera o ciemnych oczach. Oto trzy historie kobiet, które wybrały model życia w pojedynkę. Ich decyzję komentuje psycholożka.

Miłość nie istnieje

Beata, 27 lat: Gdy dorastałam, tęskniłam za bliskością, ale nie wierzyłam w miłość. To, czego doświadczałam w rodzinnym domu, nijak nie pasowało do tego, co czytałam w książkach. Awantury były na porządku dziennym. Awantury lub złowrogie milczenie. W sumie nie wiem, co gorsze. Starałam się rodziców rozśmieszyć, poprawić im nastrój, byłam wzorową uczennicą, byle tylko nie przysparzać im powodów do niezadowolenia. Stałam się mistrzynią w zadowalaniu innych – ojcu prasowałam koszule, bo uważał, że robię to lepiej niż matka. Mamie pomagałam w zakupach i gotowaniu, żeby odciążyć ją w codziennych czynnościach. Zastanawiałam się, po co oni ze sobą są, marzyłam, by się rozwiedli, by wreszcie był spokój, przysięgałam sobie co noc, że nigdy nie wyjdę za mąż. Miłości nie ma – myślałam. To tylko przyzwyczajenie każe ludziom tkwić w związkach. Na pierwszym roku studiów trafiła mnie jednak strzała Amora. Andrzej był ode mnie starszy o 20 lat, przyjechał na spotkanie autorskie do studenckiego klubu filmowego. Zostaliśmy parą, choć dojazdową. Zgrzyty zaczęły się pod koniec moich studiów, gdy nabyłam większej świadomości siebie – z czasem wchodziliśmy w ostre dyskusje, a nawet spory. Robiło się niemiło, Andrzejowi zdarzało się podnosić na mnie głos. Nie mogłam w to uwierzyć… Mój Andrzej? Trochę się przestraszyłam… Zaczęłam go unikać – wymawiałam się przygotowaniami do sesji, egzaminami, obroną pracy… Tęskniłam za nim, ale jednocześnie się bałam – jego cierpki ton przyprawiał mnie o skurcze żołądka, tak dobrze znane z dzieciństwa. W końcu przestał dzwonić… Od tamtego czasu jestem sama. Nie, żebym nie miała adoratorów – jestem młoda, atrakcyjna, mam dobrą pracę i świetnie sobie radzę. Ale żaden z nich nie dorównuje Andrzejowi intelektem, wiedzą… Niezobowiązujący seks? Owszem, czasem tak. Ale o stałym związku nie ma mowy. Na szczęście mam jeszcze czas, więc nie panikuję. Czasem tylko zastanawiam się, czy szczęśliwa rodzina i związek to nie jakaś gigantyczna ułuda.

Komentarz psycholożki i coach'a Ingrid Dahl-Głodowskiej: Beata jako dziecko pragnęła, żeby rodzice się rozwiedli, z drugiej strony robiła wszystko, aby w domu panowała równowaga. To naturalne zachowanie dla dziecka, które w głębi duszy chce, aby rodzice byli zawsze razem. Kobieta także w dorosłym życiu w pewnym sensie powtarza to rozdarcie. Wiążąc się z mężczyzną, który z racji wieku i miejsca zamieszkania nie był w pełni „dostępny”, otrzymała namiastkę bliskości, jednocześnie związek na odległość pozwolił zachować niezbędny dla niej dystans. Być może w relacji ze starszym partnerem szukała też czegoś, czego nie otrzymała w dzieciństwie – bezwarunkowej miłości, poczucia bezpieczeństwa. Na zakończenie relacji zdecydowała się po pierwszych nieporozumieniach. Wystraszyły ją, bo z jednej strony przypomniały scenariusz znany już z dzieciństwa, a z drugiej dały sygnał, że związek dojrzewa, staje się bardziej partnerski. Dodatkowo koniec studiów skłaniał do podjęcia poważniejszej decyzji, np. o wspólnym zamieszkaniu. Być może to tego kroku obawiała się Beata. Kobieta wyniosła z domu wzorzec, w którym różnica zdań oznacza chłód i obojętność. Warto jednak uświadomić sobie, że sytuacje konfliktowe nie zawsze są złe. Oznaczają tylko, że w pewnej kwestii mamy odmienne poglądy. Nic więcej.

Proponowałabym Beacie, aby spróbowała doświadczyć tego, że w bliskim związku można się różnić, a mimo to kochać. Związek nie musi być idealny jak w serialu, wystarczy, że będzie dobry. Beata musi też popracować nad samooceną. Żeby zadowolić rodziców, obrała strategię polegającą na perfekcjonizmie. Dobrym pomysłem byłby warsztat uczący asertywności. Zapobiegnie sytuacji, w której dla ratowania dobrego nastroju w kolejnym związku kobieta zdecyduje się na ustępstwa, na które tak naprawdę nie będzie miała ochoty. Musi nauczyć się, że ma prawo do swojego zdania, i takie samo prawo posiada jej partner.

Czułam, że się duszę

Wanda, 35 lat: Próbowałam być w związkach, ale za każdym razem, gdy mężczyzna chce spędzać ze mną coraz więcej czasu, albo, nie daj Boże, zamieszkać razem – czuję, że zaczynam się dusić. Duża część mojego życia zawodowego toczy się w domu – przygotowywanie się do zajęć, pisanie publikacji, raportów badawczych. Kiedy jestem pochłonięta jakimś projektem, szkoda mi każdej minuty. Nie mam wówczas czasu dla nikogo, jem, co akurat znajdę w lodówce, towarzystwo zapewniają mi książki. Z mężczyznami jest zawsze tak samo – na początku nie zniechęca ich mój tytuł doktorski, podziwiają mnie za pasję, dopingują w zdobywaniu kolejnych stypendiów naukowych, ale po kilku miesiącach każdy z nich woli, bym czekała z talerzem zupy w przedpokoju i prała jego bieliznę. Nawet jeśli sam też ma doktorat! I ja nawet próbuję to robić, by ocalić relację, ale później czuję, że ten związek zabiera mi przestrzeń i czas, że się zwyczajnie duszę. Scenariusz jest zawsze ten sam – nagle, nie wiem nawet, czy jest to związane z jakimś konkretnym zdarzeniem, zaczyna mnie irytować, że brakuje mi czasu na spokojne przeczytanie książki czy dokończenie pisania artykułu, bo do domu wraca Paweł, Maciej czy Cezary z oczekiwaniem, że się nim zajmę. Gdy proszę, by poczekał godzinę czy dwie, początkowo nie ma nic przeciwko temu, ale po kilku miesiącach okazuje się, że inna koleżanka jest bardziej dostępna czasowo… No i tak to się zazwyczaj kończy.

Jestem singielką nie dlatego, że zawsze o tym marzyłam, ale też nie chcę niczego na ołtarzu związku poświęcać. A doświadczenie nauczyło mnie, że w małżeństwie to kobieta rezygnuje z siebie dla dobra rodziny. Moja matka porzuciła swoje ambicje, by wychować mnie i brata – ale to były inne czasy, a ona, jak myślę, w końcu się z tym pogodziła. Może dlatego, że macierzyństwo dało jej dużo satysfakcji – poświęcała nam mnóstwo czasu, wspierała pasje, zapisywała na kursy. Nigdy nas nie zbywała. Może moim powołaniem nie jest posiadanie rodziny, a praca naukowa? Albo nie trafiłam jeszcze na odpowiedniego faceta.

Komentarz psycholożki: Wanda obawia się, że związek oznacza rezygnację z własnych planów i marzeń. Boi się, że partner zabierze jej przestrzeń niezbędną do twórczej pracy. Dla niej bycie razem jest jednoznaczne z poświęceniem się, zrezygnowaniem z siebie. Taki wzorzec wyniosła z domu, mama zajęła się rodziną i – jak opowiada Wanda – satysfakcję czerpała z opieki nad dziećmi. Być może sygnalizowała jednak dzieciom, że się poświęca, że robi to kosztem siebie. Taki przekaz mógł mieć wpływ na przekonania córki. Wanda ma prawdopodobnie silny, dominujący charakter, dlatego rola uległej żony nie wchodzi w jej wypadku w grę. Najwyraźniej interesują ją też dominujący mężczyźni. Stąd trudność z wejściem w dłuższy związek.

Radziłabym jej, aby przyjrzała się innym małżeństwom. Nie wszystkie opierają się na typowym, patriarchalnym wzorcu, gdzie to mężczyzna jest jedynym żywicielem rodziny. Coraz więcej jest takich, w których on odnajduje się świetnie w roli gospodarza domu. Może Wanda spotka mężczyznę, który będzie podzielał jej pasję i nie będzie dla nich problemem brak obiadu o 16.00. Poza tym posiadanie rodziny to nie jedyny sposób na życie. Nie każdy musi realizować się w roli matki i żony. Być może Wanda na liście priorytetów w pierwszej linii umieszcza rozwój zawodowy. Jeśli tak, to najważniejsze, aby pozostała wierna swoim odczuciom.

Samotność też jest dobra

Grażyna, 43 lata: Byliśmy z Piotrem typową licealną parą – pierwsza miłość, pierwszy seks. Tuż przed maturą zaszłam w ciążę – potrzebna była zgoda sądu, byśmy mogli się pobrać. Ale wariowaliśmy ze szczęścia, że zostaniemy rodzicami. Na początku mieszkaliśmy kątem u rodziców Piotra, ja zajęłam się dzieckiem, Piotr pomagał ojcu w warsztacie samochodowym i zaocznie studiował ekonomię. Później dostał pracę w banku, szybko awansował. Wzięliśmy kredyt na mieszkanie i w tej euforii, że tacy jesteśmy szczęśliwi, zapragnęliśmy powiększyć rodzinę. Siedem lat po urodzeniu pierwszej córki na świat przyszedł Bartek. Rok później, już nieoczekiwanie, urodziła się Basia. Nic nie mąciło rodzinnej sielanki – uważałam się za najszczęśliwszą kobietę na świecie. Wiadomość o tym, że Piotr ma romans, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Zupełnie się tego nie spodziewałam. Piotr? Mój ukochany Piotr? To niemożliwe, wszyscy, tylko nie on. Łączyła nas przecież szczególna więź, a zdrada jest czymś tak banalnym, że nas to w ogóle nie może dotyczyć. To było trzy lata temu… Po pierwszym szoku i próbach ratowania małżeństwa i rodziny dotarło do mnie, że racjonalne argumenty zupełnie do męża nie trafiają. Jest tak zakochany w koleżance z pracy, że dotychczasowe życie nie ma dla niego większego znaczenia, choć, oczywiście, martwi się o to, jak to przyjmą, duże już, dzieci. Powiedział tylko, że to nie moja wina, bo byłam dobrą żoną. Dobrą żoną!!! Więc z ukochanej stałam się żoną, instytucją, a dzięki tamtej miał motyle w brzuchu.

Samotność z początku była dla mnie koszmarem. Długimi dniami i nocami bez końca, przepłakanymi, rozpaczliwymi. Nie jadłam, nie spałam. Gdyby nie dzieci… Nie wiem, jak bym to przetrwała. Jednak stanęłam na nogi. Na razie nie chcę się z nikim wiązać, choć nienawiść do mężczyzn ustąpiła już miejsca ciekawości, jakie są motywy ich działań. Sporo czytam – także o tym, że samotność może być dobra, bo wtedy można poznać siebie i odpowiedzieć na pytanie: „kim jestem bez drugiej osoby?”. Już wiem, że muszę realizować swoje marzenia. Dlatego m.in. wróciłam do swojej dawnej pasji – zawsze miałam zacięcie plastyczne, w liceum marzyłam o Akademii Sztuk Pięknych. Wzięłam się za projektowanie i szycie filcowych toreb, robię też ręcznie biżuterię. Jest mi dobrze, tak jak jest. Myślę o założeniu własnej firmy dekoratorskiej. Na razie nie wyobrażam sobie kolejnego mężczyzny w moim życiu, zresztą na rynku matrymonialnym kobiety po czterdziestce nie mają dużych szans… Ja już nie chcę, by moim centrum świata znów był jakiś facet.

Komentarz psycholożki: Grażyna przeżyła stratę, a jest to doświadczenie, po którym warto pobyć przez pewien czas samemu ze sobą. Dobrze, że nie rzuciła się w kolejny związek czy romans i próbuje uporządkować swoje życie w pojedynkę. Rozczarowanie na pewno nie ułatwia wejścia w następną relację, ale jest to możliwe, gdy Grażyna nauczy się na nowo ufać. Rozstanie po wielu latach spędzonych razem jest na pewno trudne. Trzeba pozwolić sobie na przeżycie bólu i złości. Ważne jednak, aby na tych uczuciach się nie skupiać, pozwolić im przeminąć. Widać, ze Grażyna dobrze poradziła sobie ze zmianami w życiu. Teraz pora na otwarcie się na innych.

Radziłabym, aby poszukała w swojej okolicy np. warsztatów z rękodzieła, pozwoli to na poznanie osób, które mają – tak jak ona – artystyczne pasje. Dobrym wyjściem byłyby też warsztaty czy spotkania dla kobiet, które mają podobne doświadczenia: rozwiodły się lub w inny sposób utraciły partnera. Możliwość opowiedzenia komuś o swojej historii zwykle bardzo pomaga. Dobrze wiedzieć, że po przeżyciu straty i powrocie do siebie życie może przynieść jeszcze wiele dobrego. Niezależnie od tego, czy będziemy sami, czy znów z kimś.

  1. Psychologia

Samotni i zamknięci w sobie – dlaczego wielu mężczyzn nie potrafi otworzyć się na bliskie relacje?

Życie jako walka to jest piękna metafora, która mówi o przechodzeniu przez kolejne etapy wewnętrznego rozwoju. Niestety, my, mężczyźni, zbyt często traktujemy ją dosłownie, jako walkę z ludźmi i ze światem, co skazuje na samotność i cierpienie. (fot. iStock)
Życie jako walka to jest piękna metafora, która mówi o przechodzeniu przez kolejne etapy wewnętrznego rozwoju. Niestety, my, mężczyźni, zbyt często traktujemy ją dosłownie, jako walkę z ludźmi i ze światem, co skazuje na samotność i cierpienie. (fot. iStock)
Chłopcy, a później mężczyźni są tresowani do rywalizacji, walki i samotności. Chcą za wszelką cenę pokazać, co potrafią, jacy są wspaniali i twardzi. Rywalizują z innymi mężczyznami o kobiety, o karierę, o stan posiadania. A przecież głęboką potrzebą każdego człowieka jest bliskość z innymi, otwartość, wzajemne zrozumienie – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

„Dłużej nie mogę tak żyć – mówi kobieta do mężczyzny. – Nie rozmawiamy ze sobą. Nie słuchasz. Nie patrzysz mi w oczy. Nie wiem, co czujesz. Gdzie jesteś? Przy mnie cię nie ma”.
On jest zaskoczony, zraniony: „O co ci chodzi?!”. Nie może pojąć tak jawnej niesprawiedliwości. Przecież się stara, tyle robi dla niej i dla dzieci. Kobieta nie powiedziała jeszcze „odchodzę”. Jeszcze nie jest za późno. Ten kryzys może być ratunkiem dla mężczyzny.

On jest samotny. Nie nawiązuje bliskich więzi. Nie ma przyjaciół. Nie potrafi opowiedzieć o tym, co przeżywa. Surfuje po Internecie. Ogląda telewizję. Czyta gazety. Reperuje samochód. Pracuje. Tak kobiety widzą swoich mężczyzn. Większość mężczyzn cierpi i przedwcześnie umiera na wielkie S, czyli na samotność – tak opisują kondycję mężczyzn psychologowie i socjologowie. Steve Biddulph, autor „Męskości”, posuwa się najdalej: „Bałagan w rodzinach, narodach i na całym świecie jest wynikiem długotrwałego kryzysu mężczyzn, osamotnienia, lęku, tego, że nie znają siebie. Problemy mężczyzn wynikają z izolacji. Mężczyźni muszą się wydostać z więzienia samotności”. Przedłużająca się samotność staje się w końcu nie do wytrzymania: mężczyźni i chłopcy trzy razy częściej popełniają samobójstwo niż kobiety. Męska samotność budzi nasze kobiece współczucie. Ale i wściekłość. Czy mężczyźni chcą się wydostać z tego więzienia?
Wolność wydaje się bardziej przerażająca niż więzienie.

Wolność to bycie z ludźmi, słuchanie ich i rozumienie bez osądzania. Tymczasem mężczyzna walczy. Drugi człowiek jest po to, by się z nim zmierzyć. I wygrać. Pokonać przeciwnika.
Tak właśnie wychowujemy chłopców. Chłopcy, a później mężczyźni są tresowani do rywalizacji, walki i samotności. Chcą za wszelką cenę pokazać, co potrafią, jacy są wspaniali i twardzi. Jak wypadam w oczach innych? Czy się sprawdziłem?

Chłopiec często słyszy: „bądź mężczyzną”, w sytuacji, gdy na przykład ma zostać sam w domu i pokazuje, że się boi, albo płacze, bo mu się coś nie udało. Nikt mu nie mówi wprost, co to znaczy „być mężczyzną”. Ale uczy się z kontekstu. Widzi, że ważne dla niego osoby oczekują, iż będzie sobie radził, to znaczy nie ulegał, wygrywał. Uczy się, że być mężczyzną to nie czuć. Zatrzaskuje swoje wewnętrzne, emocjonalne drzwi. Zostaje zamknięty w środku siebie, zaczyna żyć oddzielony od świata. Kontaktuje się z ludźmi, ale to są relacje płytkie, zadaniowe. Rywalizuje z innymi mężczyznami o kobiety, o karierę, o stan posiadania. Mówienie o tym, co porusza, co powoduje cierpienie, a co zachwyt, wydaje się niestosowne i niemożliwe. Nie ma miejsca na otwartość, ciepło i serdeczność. Trzeba się bić o pozycję, o wizerunek. Trzeba się bić, żeby nie zostać pobitym. Najlepszą obroną jest atak. Muszę być silny, wytrzymały, muszę mieć samochód z największą mocą silnika…

…dopiero wtedy będę najlepszy i odetchnę z ulgą? Ale mężczyźni się bronią, mówiąc, że tak urządzony jest ten świat; taki jest los wszystkich samców w świecie przyrody.
Problem w tym, że rywalizując z innymi mężczyznami, nie mogę poczuć się dobrze, ponieważ zawsze znajdzie się ktoś lepszy, wyższy, bardziej wysportowany, przystojniejszy, bogatszy, młodszy. W byciu lepszym tak naprawdę chodzi o wewnętrzny komfort, poczucie szczęścia. Walka i rywalizacja opierają się na przekonaniu, że będę szczęśliwy dopiero wtedy, gdy będę lepszy od innych. To się nigdy nie udaje.

W okresie dojrzewania chłopcy walczą o swoją pozycję i wizerunek, aby odpowiednio zaprezentować się wobec dziewczyn. Tak też jest w świecie zwierząt: moje poroże ma najwięcej rozgałęzień, mój ryk jest najdonioślejszy, a ja mam najwięcej kolorowych piór i wybieram najlepsze samiczki. W okresie dojrzewania takie zachowania są jak najbardziej w porządku. Jednak w dorosłym życiu są nieporozumieniem, prowadzą do samotności. Świat zwierząt rządzi się innymi prawami niż świat ludzi. Głęboką potrzebą każdego człowieka jest bliskość z innymi. Potrzebujemy głębokich, bezpiecznych relacji, otwartości, wzajemnego zrozumienia. Potrzebujemy być akceptowani w pełni takimi, jakimi jesteśmy. Jeśli muszę cały czas maskować słabe strony, a podkreślać mocne, prezentuję nie siebie prawdziwego, ale swój idealny wizerunek.

To jest właśnie to pęknięcie, o którym mówią kobiety: „Inni się nim zachwycają, bo taki silny i ambitny, tylko ja widzę go z bliska. Dotykam jego samotności, wewnętrznego smutku”.
Mężczyzna nie czuje się dobrze – nawet wtedy, gdy zewsząd słyszy zachwyty: „O tak, jesteś super, świetny! Chciałbym być taki jak ty!”. To oczywiście daje mu satysfakcję, ale głęboka tęsknota nie zostaje zaspokojona, ponieważ wie, że to nie on został przyjęty, tylko miraż, który tworzy na swój temat. Spotykałem mężczyzn, którzy tak zrośli się ze swoim wizerunkiem, że twardą żelazną zbroję uważali za swoją delikatną skórę.

Wojownik, rycerz ubrany w zbroję, gotowy do walki – ten męski wizerunek ma długą tradycję. Mężczyzna walczy, także o kobietę, pokonuje przeszkody, zwycięża smoka. Życie to walka – to jest piękna metafora, która mówi o przechodzeniu przez kolejne etapy wewnętrznego rozwoju. Niestety, mężczyźni traktują ją dosłownie, jako walkę z ludźmi i ze światem. Z takiej metafory możemy mieć pożytek tylko wtedy, gdy znajdziemy w sobie dostęp do wszystkich postaci tego mitu, legendy czy baśni, a więc do rycerza, smoka i wybranki, ponieważ wszystkie są częściami nas samych.

Mam wrażenie, że mężczyźni zastygli w jednej pozie – siedzą na pancernym koniu, z kopią w ręku.
Z czasów, gdy prowadziłem tygodniowe treningi terapeutyczne, pamiętam mężczyzn, którzy przyjeżdżali na nie wielokrotnie. Gdy pytałem po co, mówili, że fundują sobie takie wczasy, mają regularne posiłki, mogą pobiegać po lesie. Ale przecież jedzenie i bieganie można mieć wszędzie. Na treningach dostawali o wiele więcej. Mogli pobyć w miejscu, w którym nie musieli udawać, grać, mogli mówić o swoich słabościach, emocjach, zranieniach, lękach, obawach, zawiedzionych nadziejach, przerażeniu i trwodze. Mogli zdjąć maski, pokazać prawdziwą twarz innym mężczyznom i kobietom. Nikt ich za to nie potępiał, nie wyśmiewał ich z tego powodu, ponieważ wszyscy przyjechali z tym samym i po to samo. Przyjechali, aby normalnie pobyć z ludźmi. Na koniec mówili: „Szkoda, że trzeba wracać do rzeczywistości”. A więc z normą kojarzyło się to, co na zewnątrz, walka, maska, rywalizacja, zamknięcie, samotność. Mówili, że trudno im będzie przenieść do swojego życia nowe doświadczenia i umiejętności. Obawiali się, że ich otwartość i bezpośredniość zostaną wykorzystane przeciwko nim, i to przez najbliższe, kochane osoby.

Wiele kobiet tęskni za chwilą, gdy mężczyzna zdejmie zbroję i wreszcie się odpręży. Niechby ta zbroja zaczęła się choć trochę kruszyć.
Tak się zwykle dzieje w momentach życiowych kryzysów. Mężczyzna zaczyna co nieco czuć, zbroja się luzuje. Przerażające doświadczenie. Przypomina mi się opowieść o japońskich samurajach, którzy spędzali tyle czasu na polach bitew, że przez długie okresy nie schodzili z konia. Gdy kończyła się wojna, nie byli w stanie zdjąć zbroi, ponieważ w tych miejscach, w których zostali zranieni, zbroja przywierała im do ciała. W końcu ją zdejmowali, bo inaczej nie mogliby żyć, ale odbywało się to w mękach, w ogromnym bólu.

Oczywiście, zbroja czasem się przydaje. Pożądana byłaby tu elastyczność – możemy ją zakładać, ale nie musimy, to zależy od kontekstu, okoliczności.

Z jakim bólem potrzebuje zmierzyć się mężczyzna?
Nierzadko z bólem zmarnowanego czasu, życia. To może być kryzys wieku średniego, czterdziestka, pięćdziesiątka. Mężczyzna pracuje ciągle na najwyższych obrotach, ale już czają się pytania: Po co? Jaki to ma sens?

Jak pytał Robert Bly, autor kultowej książki o mężczyznach „Żelazny Jan”: „Czy jesteś już wystarczająco przygnębiony?”
Zauważyłem, że wystarczająco przygnębieni bywają już 35-latkowie. To znak naszych czasów. Tempo życia, które jest wynikiem wolnego rynku napędzającego rywalizację, i samotność sprawiają, że już młodzi ludzie czują niepokój. Szczególnie gdy pojawiają się trudności. To może być kryzys w relacji z partnerką, załamanie zdrowia, krach w pracy, plajta firmy, zwolnienie, śmierć znajomej osoby, a w skali społecznej na przykład atak na World Trade Center 11 września 2001 roku. Domek z kart, który tak mozolnie budowaliśmy, rozsypuje się.

Może być też tak, że mężczyzna nie zauważa kryzysu, broni się przed konfrontacją, na przykład w relacji z kobietą. Może nawet widzieć, że partnerka wycofała się z relacji, że już nie ma do niej dostępu, ale podejrzewa, że to raczej z nią jest coś nie tak. Dociera do niego, jak daleko sprawy zaszły, gdy kobieta ogłasza: „rozstajemy się”. „Co ci się stało?” – pyta wstrząśnięty. „Masz kogoś? Jest jakiś mężczyzna?”. To jest dramatyczny moment, bo jeśli partnerka mówi: „odchodzę”, to znaczy, że kryzys przybrał postać finalną i jest już za późno na negocjacje. Przychodzi załamanie, odpada kawałek zbroi. Mężczyzna czuje się zraniony, cierpi. Jeśli przypisywać wartość cierpieniu, to stwarza ono szansę na dokonanie zmiany. Ale nie wszyscy mężczyźni skorzystają z tej szansy. Wielu ucieknie w racjonalizację: „nie była mnie warta”, „kobiety takie są”. Wielu dojdzie do wniosku, że miłości nie ma. Ale są koledzy, jest walka, są inne kobiety gotowe na przelotne związki, da się żyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Mówię „tak”, myślę „nie” – dlaczego robimy dobrą minę do złej gry?

Pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. (Fot. iStock)
Pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. (Fot. iStock)
Dlaczego wiele kobiet, mówiąc np. „Wszystko w porządku”, „Jasne, możesz iść do pubu”, nie zawsze właśnie to ma na myśli? Dlaczego nie mówi prawdy?
  • Nie mówi wprost, gdyż w młodości nikt ich nie uczył, że może bezpiecznie pokazywać swoje emocje – te negatywne również.
  • Dziewczynki są wychowywane na to, żeby były grzeczne i żeby wczuwały się w emocje innych.
  • Kobieta nie chce wprowadzić negatywnych emocji, więc ukrywa je.
  • Z drugiej strony bardzo się męczy, więc „po fakcie” robi awanturę lub wybucha, czasem żałując tego i winiąc się.
  • Kobieta może odczuwać niepokój związany z tym, że mężczyzna wychodzi, podoba mu się ktoś inny itp. To są normalne emocje, ale nie dla kobiety, która czuje się bezsilna.
  • Poczucie bezsilności wynika z tego, że nikt nie liczył się z nią jak była mała, nie było ważne, czy chce czy nie chce, żeby mama wyszła czy została. Nie miała wpływu na to, czego chciała lub czego nie chciała.
  • Bezsilność też ma dużo wspólnego z poczuciem wartości. Kobieta cały czas może bać się o swojego mężczyznę, o to, że coś go porwie i już do niej nie wróci. Chce, żeby on się domyślił, czego ona naprawdę chcą. Już sama taka propozycja, że on chce iść gdzieś sam czy np. do klubu, obraża ją. Bo przecież ona zawsze z nim! Co ona mówi naprawdę? „Nie idź! Nie chciej iść, zostań ze mną lub weź mnie ze sobą”. Kobieta mówi też „A ja?”, „A ja co mam ze sobą zrobić?”, „Jak ty wybierasz inne rzeczy, to ja nie mam wartości”.
  • Globalnie kobiet nie zachęca się do rozwoju i samodzielności, więc w takich sytuacjach czują się niechciane.Dlatego tak ważne są dla kobiet warsztaty i szkolenia, które mają je wyciągnąć ze stereotypów.
  • Kobiety myślą, że są po coś, dla niego, muszą mieć wartość serwisową, więc jak facet ma swoje plany, to czują się niepotrzebne.
  • Kobieta pracująca nad sobą ucieszy się, że facet wychodzi i ma czas dla siebie... ma przecież tyle do zrobienia.
  • Jeżeli facet za często mówi o innej kobiecie i jest nią zachwycony, to zdrowa kobieta powie: „Słuchaj, mówisz o tej Ewce, że ona taka fajna, a mnie się przykro robi. To ja jestem twoją kobitką, pamiętasz? - oczywiście szczerym i miłym tonem.

Długo miałam kłopot z takim przekazem i przykładem, jaki płynął od mojej mamy pt. trzeba robić dobrą minę do złej gry. Znaczy – kobieto, nie pokazuj prawdy o sobie, bo znajdziesz się na straconej pozycji. Wobec kogo? Ano oczywiście, przede wszystkim wobec faceta, ale też właściwie wobec wszystkich. Bo wyjdziesz na tę głupią co to się przejmuje, odsłania się, słowem – nie radzi sobie.

Długie lata pokutowało i ciągle w wielu kręgach pokutuje przekonanie, że radzić sobie to albo nie czuć przykrych uczuć, albo ich nie pokazywać. Jestem przekonana, że ludzie w to głęboko wierzyli i niektórzy wciąż wierzą, że tak jest dla nich lepiej. Myślę, że moja mama też. Już jej darowałam i ogromnie się cieszę, że sama mogę żyć inaczej. Że żyję w czasach, w których o człowieku dowiadujemy się coraz więcej. Że sama też się mogę ludźmi i sobą w taki nowy, autentyczniejszy sposób zajmować.

Dwie nowożytne wojny światowe, a szczególnie ta druga, przeorały świat. W owym słynnym czasie „przed wojną” świat szczycił się uporządkowaniem, postępem, rozwojem. Ludzie mieli dość wyraźnie przypisane sobie miejsca w hierarchii społecznej i dość jasne role do odegrania. Jeśli sprawdzali się w rolach i akceptowali swoje miejsce, mieli poczucie sensu życia. Mogli się oczywiście przemieszczać między poziomami społecznymi, to nawet mogło być „coś”. Przemieszczanie do góry związane było z uznaniem, do dołu z politowaniem. Ale było dość rzadkie, wyraziste, wybijające się z tła.

Tło obowiązywało. I było jasne, gdzie góra, gdzie dół. Po wojnie już nic nigdy nie było takie samo.

Może się wam wydaje, że uderzyłam w zbyt wysoki ton, no bo gdzie damski fałsz do wojny. Zawsze „się wiedziało”, że kobitki umieją prowadzić grę. Tak, i ta gra była częścią tego porządku przedwojennego. Te flirty, minki, uwodzenia to był program do odegrania przed ślubem lub romansem. Panowie byli od zdobywania, panie od ulegania, po uprzednim wykonaniu odpowiednich kroków.

Wojna pokazała ludzkie masowe okrucieństwo, zło i obojętność na taką skalę i tak w środku naszego uporządkowanego świata, że ten porządek stałości społecznej runął.

Okazało się, że na nic nie ma gwarancji. Nastąpił chaos. Ale ludzie zaczęli powoli odbudowywać poczucie bezpieczeństwa, przenosząc je coraz bardziej do środka. Do swego wnętrza. Człowiek zaczął także sensu życia szukać bardziej w sobie niż na zewnątrz. Przywróciliśmy wartość jednostce. Skoro państwa, przywódcy, idee nas nie ratują – musimy ratować się sami. Wydaje mi się, że to pomogło kobietom wzmóc falę równouprawnienia. Kobieta jest jednostką ludzką, człowiekiem, osobowością, obywatelką, twórczynią. Jednak tam gdzie fala się wznosi – inna opada. Kiedy coś tak bardzo się zmienia, następuje też opór starego. Kobiety patriarchalne chcą zachować stary porządek. Miały w nim może poślednią rolę, ale miały zapewnienie bytu przez mężczyzn. Nie musiały być za siebie odpowiedzialne. Poza tym ktoś inny wtedy jest winien jeśli coś z życiem, ze światem się psuje. Nie one.

Żyjemy w naszych czasach, wpływa na nas cała sytuacja ogólnoświatowa, krajowa, regionalna, a rodzinna i osobista jest tego wszystkiego wypadkową. Część kobiet walczy o prawa do odpowiedzialności za siebie, widzą w tym ogromną wartość dla swego prawdziwego ludzkiego wzrostu, a nie dla odgrywania ról, część się od tego uchyla, bo niesie to ze sobą ryzyko osobiste i lęk.

Pojawiła się też po wojnie psychoterapia. Niegdyś nie przyszłoby ludziom do głowy chodzić do obcych świeckich po wysłuchanie, pomoc, poradę. Chodziło się ewentualnie do księdza. Teraz rośnie wiedza o ważności dzieciństwa, wychowania, traum życiowych, molestowania seksualnego, ale także o siłach człowieka, jego wspaniałym wyposażeniu i narzędziach, dzięki którym może sobie radzić z bólem i cierpieniem. I teraz już wiemy, że pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. Uczymy się, choć powoli (ale to dobrze, że powoli) tego jak być sobą, tego co to znaczy, tego aby dbać o swoje prawa, szanując też prawa innego. Kobiety są w niezwykłej, wspaniałej i jednocześnie bardzo trudnej sytuacji, budzą się do nowego stylu życia i bycia z radością i naturalnie, ale i z obawą i świadomością, że patriarchat nie chce ustąpić. Wewnątrz jednostek też odbywa się podobny proces. Znamy najlepiej to, co już było. Stare i zasiedziałe, co broni się przed zmianą, podczas gdy zmiana już otworzyła nowe drzwi. W sprzyjających warunkach łatwiej być sobą, w trudnych wracamy do starych sposobów. Pojawia się fałsz, uniki; wewnętrzna obrona, żeby za bardzo nie kosztowało lub nie bolało.

Jeśli chcemy prawdy, sami ją stosujmy, pamiętając o asertywności: dbam o swoje prawa, nie przestając pamiętać i o twoich. Jeśli obie strony to egzekwują – budujemy porozumienie oparte o solidne podstawy. Solidne, bo prawdziwe.

  1. Psychologia

Co w życiu jest dla ciebie najważniejsze? - 10 inspiracji Bartona Goldsmith'a

W codziennym biegu łatwo zapomnieć o naprawdę ważnych sprawach. (Fot. iStock)
W codziennym biegu łatwo zapomnieć o naprawdę ważnych sprawach. (Fot. iStock)
Zastanawiasz się czasem, co w życiu jest naprawdę istotne? Co ma dla ciebie największą wartość? Dr Barton Goldsmith napisał listę 10 najważniejszych spraw, które zawsze warto mieć na uwadze. Czy zgadzasz się z nim?

Dr Barton Goldsmith jest znanym, wielokrotnie nagradzanym amerykańskim psychoterapeutą, pisarzem i publicystą. Regularne pojawia się w: CNN, Good Morning America, CBS News, NBC News, The Greg Behrendt Show. Od ponad 30 lat pracuje jako psychoterapeuta specjalizujący się w psychologii życia, miłości i dążeniu do szczęścia. Na podstawie swojego zawodowego i życiowego doświadczenia napisał listę 10 najważniejszych spraw, o których warto w życiu pamiętać i realizować je. Oto one:

1. Najważniejsze, co rodzice mogą zrobić dla swoich dzieci, to mieć dobre relacje z innymi. W ten sposób dzieci otrzymują lekcję, jak z kimś być.

2. Najważniejszą rzeczą, jaką człowiek może zrobić dla drugiego człowieka, to kochać. Jeśli twój partner czuje się kochany, powstaje silny fundament związku.

3. Najważniejsze, co kobieta może zrobić dla swojego partnera, to być jego cheerleaderką. Bądźcie gwiazdami w swoich oczach.

4. Najważniejsze, co możesz zrobić dla siebie, to czuć, że jesteś wystarczająco dobra. Nie musisz być najlepsza we wszystkim, aby mieć wspaniałe życie. Nie pozwól nikomu krytykować czegoś, co zrobiłaś, by czuć się dobrze.

5. Najważniejsze w życiu jest to, żeby czuć się kochanym. Naprawdę uważam, że bycie w związku to jedyny sposób, żeby naprawdę poczuć życie w pełni.

6. Najważniejszą rzeczą do zrobienia w życiu jest przyczynienie się do dobrobytu ludzkości. Wiedza o tym, iż będąc tu, sprawiłeś, że świat stał się choć trochę lepszy, powoduje, że życie ma głębszy sens.

7. Najważniejszą rzeczą do zapamiętania jest to, że jakaś szczególna osoba była dla ciebie dobra. Na przykład nauczyciel w szkole średniej pomógł odkryć ci talent pisarski albo babcia obdarzyła cię bezwarunkową miłością.

8. Najważniejsze jest, aby nie marnować czasu na ranienie siebie takimi emocjami jak: złość, gniew, żal, poczucie krzywdy, chęć odwetu. Praca wewnętrzna nad negatywnymi emocjami pozwoli ci nie tracić cennych minut życia.

9. Najważniejszą rzeczą na świecie są ludzie. Jeśli byłabyś tu sama, jak wyglądałaby ta planeta? Ceń swoje życie i dziel się nim z innymi.

10. Najważniejszą rzeczą w życiu jest poczucie, że żyje się najlepiej, jak się potrafi.

  1. Psychologia

Jak budować zdrową niezależność? - 7 kroków

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
Obniżona samoocena powoduje, że opinie z zewnątrz stają się ważniejsze niż nasze odczucia. Jak sprawić, aby nasze poczucie własnej wartości zaczęło rosnąć, a wpływ otoczenia nabrał właściwych proporcji?

1. Weź za siebie odpowiedzialność

To jeden z 6 filarów poczucia własnej wartości, teorii stworzonej i rozpropagowanej przez Nathaniela Brandena. Co to oznacza w praktyce? Zrozumienie, że mamy jedno życie i że od nas zależy, jak je przeżyjemy. I że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy i co robimy. Jeśli za swoje pomyłki, nieudane związki czy niesatysfakcjonującą pracę obwiniasz innych, stawiasz się w roli ofiary. A przecież ostatecznie to ty i tylko ty dokonujesz wyboru. Rodzice naciskali, żebyś poszła na medycynę, a teraz żałujesz, że nie wybrałaś dziennikarstwa? Cóż, dokonałaś wyboru między własną satysfakcją a zadowoleniem rodziców. Pragnienie funkcjonowania w grupie nie zwalnia cię od wzięcia odpowiedzialności za swoje myśli, dążenia i działania. Nie będąc zależna od innych, poczujesz się nie tylko bardziej kompetentna, ale też staniesz się bardziej wiarygodna dla innych. Zamiast sprawnym, ale przeciętnym lekarzem będziesz doskonałym dziennikarzem.

2. Ćwicz asertywność

Wielu osobom kojarzy się z nawykiem mówienia „nie”, ale to tylko połowa prawdy. Inni uważają, że asertywność to ładna nazwa na szorstkie zachowanie lub egoizm. W istocie asertywność jest jedynie wyrażonym szacunkiem dla własnych potrzeb, uczuć i opinii. Brak asertywności jest lękiem przed zademonstrowaniem swojej odrębności. Jeśli masz z tym problem, zacznij od wyrażania swoich potrzeb w mniej drażliwych kwestiach, np. wyboru filmu w kinie czy dania w restauracji. Gdy dasz sobie prawo do wyrażania siebie, łatwiej będzie ci przyjmować odmienne zdanie, a także odmowę. Zrozumiesz, że nie musisz brać ich do siebie. A jeśli nie jesteś pewna swojego zdania w istotnej sprawie – zamiast przytakiwać od razu – zacznij mówić: „Daj mi chwilę, muszę to sobie przemyśleć”.

3. Twórz instrukcję obsługi siebie

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś, stanowi cenny wkład w jakość grupy, którą tworzysz z innymi. Ale aby wiedzieć, co do niej wnosisz, musisz poznać siebie i swoje poglądy. Dlatego jak najczęściej pytaj samą siebie:
  • Co najbardziej lubię (jakie smaki, zapachy, kolory itd.)?
  • Co o tym sądzę?
  • Co zrobiłabym na jego czy jej miejscu?
  • Czego najbardziej się boję?
To może być świetna zabawa, niejedna własna reakcja może cię zaskoczyć. Najważniejsze, że w ten sposób tworzysz instrukcję obsługi siebie – przydatną innym, ale głównie tobie.

4. Praktykuj świadome życie

Może ci w tym pomóc Praktyka Obecności na bazie koncepcji Colina P. Sissona, medytacja, joga lub technika mindfulness – wszystkie one wyczulają na odbieranie sygnałów z własnego ciała oraz rewidowanie pojawiających się w głowie myśli. Kiedy twoje podejście do życiowych wyzwań opiera się na fabrykowaniu teorii spiskowych („na pewno wszyscy się dowiedzą o mojej pomyłce”, „jestem beznadziejna, nic mi się nie udaje”), twoja samoocena staje się krucha, a cudza opinia, szczególnie gdy dotyczy wrażliwych punktów, bywa niszcząca. Kiedy decydujesz się, by karmić się tylko pozytywnymi myślami i w bezpieczny sposób dawać ujście swoim emocjom (na przykład zadając sobie kluczowe pytania: Dlaczego mnie to tak zdenerwowało? Co mogę zrobić następnym razem, by bardziej nad sobą panować?) – spirala znowu idzie w górę i coraz mocniej ufasz sobie.

5. Określ swój życiowy cel

To nie oznacza, że masz podporządkować życie realizacji planu, który stanie się wypełniającą je ideą, usuwającą wszystko inne w cień. Chodzi raczej o zmianę myślenia z: „oby mi się udało nie popełnić błędu” na: „zrobię wszystko, by to, czego pragnę, stało się realne”. Pomyśl… Czy patrząc z perspektywy, widzisz, że zmiany w twoim życiu wyznaczyły decyzje, które podjęłaś, czy też sploty okoliczności? Gdy mamy skłonność do dryfowania, znacznie mniej zaufania pokładamy w sobie. Często więc czyjaś ocena sprawia, że zaczynamy wątpić, czy kierunek jest słuszny. Świadomość celu to pozytywna energia. Jeśli wiesz, że dla ciebie ważna jest rodzina i przyjaźń, albo chcesz tańczyć ponad wszystko, to nawet gdy ktoś mówi, że postępujesz głupio lub naiwnie – ty odpowiadasz mu, że gdyby nie marzyciele, Ziemia nadal byłaby płaska.

6. Zaakceptuj siebie

Jak powiedział Nathaniel Branden, „akceptacja jest odmową bycia swoim wrogiem”. Bo kiedy negujemy swoje myśli i zachowania, których nie lubimy, zazwyczaj nie przyznajemy się do nich. Gdy uważamy, że czegoś nie potrafimy – wycofujemy się lub udajemy, że jest inaczej. Kiedy nie podoba nam się nasze odbicie w lustrze, za małe oczy, za duży nos, za gruba lub za chuda sylwetka – staramy się to maskować ubraniem, makijażem. Choć próbujemy w taki sposób chronić siebie, robimy rzecz odwrotną – odrzucamy siebie. Przy takim nastawieniu każda krytyka, a nawet żart, stają się naprawdę raniące. Nie jest możliwe, aby mieć dobrą samoocenę i jednocześnie nie akceptować siebie.

7. Bądź wierna swoim zasadom

Jeśli twój wewnętrzny kodeks nie przyzwala na kłamstwa, a sama mijasz się z prawdą, by nie narazić się otoczeniu, to ma tu miejsce spory dysonans. W ten sposób znowu rezygnujesz z części siebie, by zyskać akceptację. Ale tracisz szacunek do siebie – ważny filar samooceny. Pamiętaj, że przestrzegając swoich zasad, uniezależniasz się od tego, co myślą o tobie inni.

Joanna Godecka: life coach, praktyk Integracji Oddechem i Integrującej Obecności.