1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Czy nadal podziwiasz i lubisz swojego partnera? - sprawdź

Czy nadal podziwiasz i lubisz swojego partnera? - sprawdź

Początkowo, kiedy zaczynamy ze sobą być, lubimy się. To dość oczywiste i wydaje się, że nie warte uwagi. Gdyby tak nie było, przecież nie zdecydowalibyśmy się na wspólne życie. Ale sympatia i podziw to kruche uczucia, nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę.

Jednocześnie ważne dla przyjaźni, która według profesora psychologii Johna M. Gottmana, współtwórcy Instytutu Małżeńskiego i Rodzinnego w Seattle, jest podstawą każdego udanego związku. Dlatego przypominanie sobie zalet partnera, nawet gdy zmagamy się z jego wadami, może pomóc nam wyjść z poważnego kryzysu. Recepta pozornie jest prosta, należy wyrażać swoją sympatię i podziw. Jeżeli pielęgnujemy również wzajemny szacunek, jest prawdopodobne, że w momencie nieporozumień nie poczujemy do siebie rujnującej miłość niechęci. Nie ma na czym budować związku, jeśli mamy przekonanie, że partner nie jest wart uznania. Natomiast podsycenie nawet resztek podziwu i sympatii potrafi uratować związek przed rozpadem.

Sympatia i podziw - ćwiczenie

Przeczytajcie poniższe zdania i odpowiedzcie TAK lub NIE

1. Z łatwością potrafię wymienić trzy rzeczy, które najbardziej podziwiam w moim partnerze. 2. Kiedy jesteśmy daleko od siebie, myślę z sympatią o moim partnerze. 3. Często znajduję jakiś sposób, by wyrazić moją miłość do partnera. 4. Często dotykam albo całuję partnera z miłością. 5. Mój partner naprawdę mnie szanuje. 6. Czuję, że w tym związku jestem kochana i że ktoś sie o mnie troszczy. 7. Czuję, że mój partner mnie akceptuje i lubi. 8. Jestem seksowna i atrakcyjna dla mojego partnera. 9. Mój partner mnie podnieca. 10. Nasz związek jest pełen ognia i namiętności. 11. Miłość jest nadal częścią naszego związku. 12. Jestem naprawdę dumna z partnera. 13. Mój partner cieszy się z moich sukcesów i osiągnięć. 14. Bez trudu potrafię powiedzieć, dlaczego poślubiłam swojego partnera. 15. Gdybym mogła cofnąć czas, również poślubiłabym go. 16. Rzadko kiedy zasypiamy, nie przekazując sobie w jakiś sposób dowodu sympatii lub miłości. 17. Kiedy wchodzę do pokoju, mój partner cieszy się na mój widok. 18. Mój partner docenia to, co robię w naszym związku. 19. Ogólnie rzecz biorąc, mój partner lubi mój charakter. 20. Nasze życie seksualne jest ogólnie zadowalające.

Punktacja. Każda odpowiedź TAK to jeden punkt.

10 punktów i więcej: Na tych obszarach tkwi siła waszego związku. Wzajemny szacunek to tarcza obronna, która może ochronić was przed zalewem negatywnych uczuć, które mogą się między wami pojawić. Choć może wam wydawać się oczywiste, że ludzie, którzy się kochają, szanują się wzajemnie, po drodze być może gubicie sympatię i podziw wobec partnera. A może zapominacie o ich wyrażaniu. Pamiętajcie, że warto je pielęgnować.

Poniżej 10 punktów: Nie jest to najmocniejsza strona waszego związku. Ten wynik nie powinien was jednak zniechęcać. Często uczucia sympatii i podziwu nie giną bezpowrotnie, ale są ukryte pod warstwami wrogości, urażonych uczuć poczucia nielojalności. Odrodzenie pozytywnych uczuć, które nadal w was są, może dobrze wpłynąć na waszą relację.

Więcej w książce „Siedem zasad udanego małżeństwa” autorstwa Johna M. Gottmana, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wątpliwości na początku związku - jak sobie poradzić z trudnymi początkami?

Pośpiech zwykle kiepsko nam służy, a już na pewno nie służy związkowi. (Fot. Getty Images)
Pośpiech zwykle kiepsko nam służy, a już na pewno nie służy związkowi. (Fot. Getty Images)
Kto z nas ma dziś cierpliwość, żeby rozwijać w sobie cnotę cierpliwości? Bo czy jest sens czekać i zwlekać, jeśli szczęście znajduje się w zasięgu ręki? Psycholożka Hanna Samson przekonuje, że tak, bo pośpiech zwykle kiepsko nam służy, a już na pewno nie służy związkowi.

Jasne, że od każdej reguły są wyjątki. Sama znam dwoje trzydziestoparolatków, którzy w wieczór poznania powiedziała sobie „tak” i są razem już ponad trzy lata. Ona co prawda znała go wcześniej z ekranu i od dawna jej się podobał, ale on zobaczył ją po raz pierwszy. Spotkali się na premierze jego filmu, na bankiecie ktoś ich sobie przedstawił, zaczęli rozmawiać i obydwoje poczuli, że są dla siebie stworzeni. A w dodatku nadal tak czują. To jednak historia jak z bajki i rzadko się zdarza. Zwłaszcza jeśli nie jesteśmy już nastolatkami i potrzebujemy czasu, żeby wiedzieć, czy na pewno chcemy razem przeżyć życie, a przynajmniej ileś tam lat.

Kiedyś narzeczeństwo trwało rok albo dłużej. Już po zaręczynach, czyli wstępnej deklaracji miłości, ludzie dawali sobie czas na poznawanie siebie nawzajem. Nie był to do końca ich wolny wybór, tylko powszechnie obowiązujący obyczaj społeczny, któremu się poddawali. Narzeczony mógł codziennie bywać w domu wybranki, mogli razem chodzić na spacery, do teatru, na zakupy czy do znajomych, czasem nawet zostawali sami, choć zwykle w warunkach niesprzyjających zbyt daleko idącej bliskości fizycznej. Przez ten rok odkrywali nawzajem swoje upodobania, poglądy, pragnienia, poznawali stosunek partnera do innych ludzi i wielu spraw, badali, co ich różni i w czym się uzupełniają, uczyli się kłócić i godzić, wypracowywali reguły gry, które miały obowiązywać w ich małżeństwie, gdyby do niego doszło. I zwykle dochodziło, ale ten rok był również po to, by można było zerwać zaręczyny – zapewne ku rozpaczy drugiej strony, ale bez wielkich konsekwencji w postaci rozwodu, podziału majątku, już nie mówiąc o dzieciach. Kilkadziesiąt lat temu pojęcie narzeczeństwa wyszło w zasadzie z użycia, zastąpione przez chodzenie ze sobą lub wspólne mieszkanie, które może prowadzić do ślubu albo nie. Wzajemne oczekiwania przestały być tak jasne i oczywiste, choć nie wszyscy się na to zgadzamy.

Każdy ma swoje tempo

Agata ma lat 40 i za sobą kilka związków, z których żaden nie zakończył się ślubem. Od dzieciństwa wiedziała, że chce mieć męża i dzieci, ale kolejni mężczyźni okazywali się nieodpowiedzialni i sami nie wiedzieli, czego chcą. Jeden z nich twierdził, że marzy o ślubie z Agatą, a potem okazało się, że ma żonę i dzieci. Inny mówił jej, że jest w trakcie rozwodu, ale po kilku latach przestała w to wierzyć. Aż w końcu spotkała Marka, on naprawdę był po rozwodzie i nie miał dzieci. Właśnie przez dzieci rozwiódł się z żoną, bo ona nie chciała ich mieć, a on, tak jak Agata, nie wyobrażał sobie bez nich życia.

Poznali się przez Internet, wszystko sobie opowiedzieli i kiedy spotkali się w realu, ich przekonanie, że pasują do siebie tylko wzrosło. Jedyny kłopot był w tym, że mieszkali w różnych miastach. Dla Agaty było oczywiste, że on się przeprowadzi, znajdzie pracę i będą żyli długo i szczęśliwie, ale najpierw muszą wziąć ślub. Obydwoje deklarowali na początku, że chcą założyć rodzinę, więc nie ma na co czekać, bo zegar biologiczny bije, a przecież chcą mieć dziecko. Jednak Marek zwlekał. Często przyjeżdżał na weekend do Agaty, ale nie mógł znaleźć pracy, więc w niedzielę wracał do siebie. Agatę coraz bardziej to złościło.

– To niemożliwe, żeby nie mógł znaleźć pracy w Warszawie! Może on mnie oszukuje? W dodatku ostatnio powiedział, żebyśmy poczekali ze ślubem, aż zajdę w ciążę, bo jeśli nie zajdę, to po co ten ślub? Jak to po co? Ślub to ślub! Marzyłam o nim przez całe życie, a Marek teraz nie widzi powodu, żeby się żenić! Moja siostra jest po rozwodzie, ma dwoje dzieci i znów wychodzi za mąż, a ja mam zostać starą panną? Oni już mają termin, mógłby być taki ślub podwójny, byłoby super, ale on twierdzi, że nie jest gotowy! – Agata wyrzuca z siebie słowa z wielkimi emocjami, jest wzburzona, oburzona, czuje się oszukana, skrzywdzona, chętnie mówiłaby dalej, ale wbijam się w jej monolog z pytaniem: a jeśli naprawdę nie jest gotowy? – Jak to nie jest gotowy? Przecież tak dobrze nam razem! I od początku mówił, że zależy mu na rodzinie. Czy to znaczy, że oszukiwał mnie cały czas? Że znów trafiłam na psychopatę, który się ze mną nie liczy? Nawet do zaręczyn musiałam go namawiać miesiącami, twierdził, że jeszcze za wcześnie, a to że nie ma pieniędzy, a to żebym przestała ciągle o tym mówić, bo mu się odechciewa. Dopiero gdy zagroziłam, że nie pojadę z nim na wakacje bez pierścionka, to się oświadczył, ale moim rodzicom nie złożył wizyty. Sama musiałam im powiedzieć, że się zaręczyłam. A teraz jak mam powiedzieć, że nie wiadomo, kiedy ślub i czy w ogóle będzie?! – Sporo ludzi żyje bez ślubu i jakoś mówią o tym rodzicom – wtrącam niepewnie, bo spodziewam się nowego wybuchu. – Ale nie ja! A poza tym nie znasz mojej matki! Ona by chyba umarła na zawał! Albo by się martwiła, że nikt nie chce się ze mną ożenić i rozmawiałaby o tym ze wszystkimi i wszyscy by się nade mną litowali! Wolę sobie tego nawet nie wyobrażać! A poza tym chcę mieć męża i od początku mówiłam o tym Markowi!

Ta historia brzmi może nieco groteskowo, ale jest prawdziwa i stoją za nią prawdziwe emocje. Wybrałam ją właśnie dlatego, że mocniej pokazuje to, co subtelniej tli się w wielu związkach i bywa czasem przyczyną ich rozpadu. Pośpiech. Pragnienie przejścia do następnej fazy relacji, gdy partner lub partnerka nie są jeszcze na to gotowi. Nie mają pewności, na ile chcą się bardziej angażować i zmieniać radykalnie swoje życie, bo każdy wchodzi w związek w innym tempie. Namiętność sprawia, że na początku ta różnica nie jest widoczna, obydwoje dążą do bliskości. Ale po jakimś czasie jedna ze stron jest rozczarowana, że wszystko idzie za wolno, a druga czuje się zmuszana do robienia czegoś wbrew sobie.

Agata chce, by wszystko odbyło się według scenariusza, który stworzyła sobie już w dzieciństwie. Nie patrzy na to, co dzieje się z Markiem, jest skupiona na własnych potrzebach. Podstawą żądań i nacisków wobec Marka jest jego deklaracja na portalu randkowym, że chce założyć rodzinę. A skoro nie zakłada, to oznacza, że ją oszukał. Agata wzbudza w nim poczucie winy, stawia warunki, sprawia, że ciągle się kłócą i chyba obydwoje zapomnieli już o tym, że niedawno byli w sobie zakochani.

Radość początku

Kamila skończyła 37 lat, rok temu się rozwiodła. Ma dwoje dzieci, dwa koty i dwa psy. Kilka miesięcy temu poznała Pawła, czterdziestolatka, który jest kawalerem. Zachwycili się sobą natychmiast i po miesiącu Paweł przyniósł swoją szczoteczkę do zębów i zaczął pomieszkiwać u niej. Nawiązał świetny kontakt z dziećmi, które go szybko zaakceptowały, bo dał im dużo spokoju i radości. Kamila czuła się przez niego kochana, razem jeździli na rowerach, puszczali z dziećmi latawce, gotowali obiady i wyjeżdżali z całym zwierzyńcem nad morze, bo Paweł nagle wynajął tam domek. Mężczyzna wniósł do jej życia lekkość, spontaniczność, poczucie bezpieczeństwa, spokój i radość. Po trudnych latach małżeństwa Kamila w końcu jest szczęśliwa. A właściwie byłaby szczęśliwa, gdyby nie to, że Paweł raz albo dwa razy w tygodniu wraca do siebie  i tam spędza wieczór i noc.

– Nie wiem, co on tam robi – niepokoi się Kamila. – Dlaczego znika, zamiast zostać z nami? Zachęcam go, żeby przyniósł do mnie więcej rzeczy, zrobiłam mu miejsce w szafie i na półkach, ale on poprzestaje na szczoteczce. Dłużej tak nie wytrzymam! Chcę wiedzieć, czy on jest ze mną, czy nie. – A jest z tobą? – pytam. – No chyba jest. Jest zawsze wtedy, kiedy go o to poproszę, zostaje z dziećmi, kiedy muszę gdzieś wyjść, naprawdę cudownie nam razem, ale nie mogę znieść tego znikania! On mówi, że u mnie jest zawsze straszny harmider, no ale tak wygląda moje życie, więc albo chce być ze mną, albo nie! – Kamila, a ty byś nie chciała czasem wyjść z domu i pobyć sama? Zostawić dzieci, psy, koty i mieć trochę ciszy wokół siebie? – Kto by nie chciał?! – w końcu się uśmiecha. – A pamiętasz, czym cię Paweł zachwycił na początku? – Pewnie! Wydał mi się taki niezależny, silny, zdecydowany. – A teraz chcesz, żeby się dostosował do twoich oczekiwań, spędzał z tobą cały czas, zapomniał o swoich potrzebach. To może ty się zastanów, czy chcesz być z nim, czy z kimś innym – proponuję.

Kamila zauważa, że to, co ją w Pawle pociągało, teraz budzi niepokój. Kiedy pytam na koniec, czy lepiej było jej bez niego czy teraz z nim, odpowiada, że oczywiście z nim! – Tyle rzeczy robimy razem i po raz pierwszy mam w kimś oparcie! – dodaje. – To spróbuj tego nie zepsuć...

Początek to zwykle najciekawszy etap związku i niechby trwał jak najdłużej. Jeśli naprawdę jest wam dobrze razem, to może warto być szczęśliwym już teraz zamiast odkładać to do ślubu albo nawet do wspólnego zamieszkania?

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

  1. Psychologia

Zakochani przez całe życie? To możliwe!

Tylko od nas zależy, by znane z bajek zakończenie miało miejsce także w prawdziwych związkach. (Fot. Getty Images)
Tylko od nas zależy, by znane z bajek zakończenie miało miejsce także w prawdziwych związkach. (Fot. Getty Images)
Żyli długo i szczęśliwie... Autor bestsellerowych książek, dr biologii rozwoju Bruce H. Lipton, przekonuje, że tylko od nas zależy, by znane z bajek zakończenie miało miejsce także w prawdziwych związkach.

Przypomnij sobie największe zauroczenie swojego życia, miłość, która wywróciła wszystko do góry nogami. Podczas miesiąca miodowego kochamy się bez pamięci, nie potrzebujemy jedzenia i nawet o samej wodzie cieszymy się niespożytą energią. Niestety, często te uczucia ustępują miejsca codziennym kłótniom, fascynacja zmienia się w zimną tolerancję, która czasem kończy się rozstaniem” – pisze dr Bruce H. Lipton, biolog rozwoju i epigenetyk, w książce „Efekt miesiąca miodowego”. Wszyscy znamy takie historie. Para zakochanych, którym kibicowaliśmy, teraz psuje wspólne wyjścia

bezustannymi kłótniami. Państwo młodzi, którym wszyscy wróżyli miłość aż po grób i gromadkę dzieci, nazajutrz po powrocie z podróży poślubnej wnoszą pozew rozwodowy. Albo małżeństwo z wieloletnim stażem rozstaje się w momencie, gdy ich dzieci idą na studia, a potem dowiadujemy się, że nie mogli siebie znieść już od wielu lat...

Dlaczego do tego dochodzi? Ludzie nie potrafią się dobrać czy może porozumieć? A może nie umieją utrzymać uczucia, które ich do siebie przyciągnęło? Lipton twierdzi jednak, że nie jesteśmy skazani na taki scenariusz. I choć miłość może wyparować w takim tempie, w jakim uderza w nas piorun zauroczenia, i mimo że niełatwo ją wzniecić na nowo – jest to możliwe. Wystarczy przeprogramować własny umysł.

Dobre wibracje

Autor „Efektu miesiąca miodowego” przyznaje, że gdyby ktoś lata temu powiedział mu, że napisze poradnik o zakochaniu i związkach, to uznałby go za niespełna rozumu. Nie dość, że doświadczył rozstania rodziców poprzedzonego latami awantur, to jeszcze sam bardzo młodo się ożenił i wkrótce rozwiódł. Choć ze względu na małe dzieci decyzja przyszła mu z trudnością, uznał, że nie wytrzyma tyle, ile jego rodzice. A potem przez wiele lat codziennie podczas golenia powtarzał do lustra: „Nigdy więcej małżeństwa”.

Jako biolog, dr Lipton opisując relacje, lubi je porównywać do energii, jaką emitują osoby, zwierzęta lub rośliny, czy do reakcji między komórkami, które wibrują, łączą się i rozdzielają. W prostych eksperymentach naukowych szuka wyjaśnienia, ale także słów na opisanie tego, co zachodzi między ludźmi. Na przykład takie wibracje – organizmy w naturze przyciągają się i odpychają. Podobnie my – jeśli nie czujemy z kimś tzw. energii albo jeśli ten ktoś z niezrozumiałych powodów wzbudza w nas dystans, obawy, sprawia, że się od niego odsuwamy, to nie dajmy się ponieść chwili czy hormonom, by sprawdzić, czy rzeczywiście mieliśmy dobrą intuicję. Ku przestrodze Lipton przytacza historię swojego romansu z sąsiadką, który zaczął się od tego, że kobieta zaproponowała mu seks po rozstaniu z poprzednim kochankiem. Niestety, dla niej związek z założenia opierał się na awanturach i słownej agresji, a ponieważ autor unikał kłótni jak ognia, romans szybko się skończył.

„Morał z tej historii jest prosty – pisze w książce – musimy zdawać sobie sprawę, czego pragniemy! Ja zaufałem hormonom, co przełożyło się na złą decyzję. Jeśli ludzie to biologiczne maszyny, pożądanie jest siłą napędową, która potrafi przejąć kontrolę. Jeżeli jednak dodamy element zwany świadomością, nagle okazuje się, że to my stajemy się operatorami maszyny i przestajemy być przewidywalni. (…) Zyskując świadomość, przestajemy automatycznie reagować na otaczające nas pole energetyczne i jesteśmy w stanie zmieniać nasze wibracje i reakcje na wibracje innych osób”.

Umysły to są dwa

– Osoby, które były zakochane, zawsze pytam o trzy rzeczy: czy w czasie swojego zauroczenia były zdrowe? Słyszę, że oczywiście, jak nigdy w życiu. Czy miały mnóstwo energii, choć mogły nie jeść i nie spać? Jasne, że tak. A czy wydawało im się, że wszystko nagle zaczęło się układać, a problemy same rozwiązywać? Tak właśnie było – opowiada dr Bruce H. Lipton w jednym z wykładów, które można znaleźć na YouTubie. – Mówię im wtedy, że to nie świat się zmienił dla nich, tylko zmienili się oni, ich energia, spojrzenie na świat i na ludzi – właśnie dzięki miłości. A potem przychodzi proza życia i wszystko zaczyna wracać do normy – dodaje i tłumaczy, że gdy zastanowimy się, jak doszło do tego, że się zakochaliśmy, w jaki sposób osiągnęliśmy ten stan, to zrozumiemy, dlaczego on się skończył. I gdybyśmy to zrozumieli trochę wcześniej, to moglibyśmy przeżywać zakochanie do końca życia. Bo człowiek jest stworzony do bycia w związku, a nie do samotności.

Wiemy już, że wiele rzeczy może pójść nie tak oraz że łatwo zakochać się i zacząć związek, ale niełatwo w nim wytrwać. Na początku wszystko nam sprzyja, bo z jednej strony silnie działa seksualne przyciąganie i energia, którą dwie strony emanują, z drugiej − mocno pomaga chemiczny koktajl, jaki tworzy się w naszym organizmie – zaczynając od dopaminy i oksytocyny po adrenalinę i serotoninę. Ale tak naprawdę cała miłosna rozgrywka toczy się między umysłem świadomym i podświadomym. Ten pierwszy odpowiada za nasze plany, pragnienia i życzenia. Pozwala na bycie aktywnym, buduje relację, tworzy uczucie, jest kreatywny. Dąży do realizacji celów. I to on kontroluje nasze zachowania i działania w pierwszym okresie relacji.

Z połączenia kreatywnych umysłów dwóch osób rodzi się piękna miłosna harmonia. Jednak po jakimś czasie życie upomina się o swoje. Trzeba iść do pracy, zająć się dziećmi z poprzedniego związku, naprawić zlew czy wybrać się do dentysty... Proza zajmuje miejsce poezji, a umysł świadomy przechodzi w stan, który Lipton nazywa trybem ustawień domyślnych, przechowywanych w podświadomości. Podświadomy umysł to przede wszystkim wpojone nam schematy działania, automatyczne reakcje na sytuacje, problemy, na zachowanie swoje i innych osób. Powstają w pierwszych siedmiu latach życia, gdy uczymy się być członkiem rodziny, społeczeństwa. A właśnie one w aż 95 proc. stanowią o naszym zachowaniu w dorosłym życiu.

– Jeśli mieliśmy szczęście do mądrych rodziców i dobrych ludzi wokół, to zostanie w nas pozytywny obraz świata, jaki nam przekazali, jak to, że jesteśmy dobrzy, mądrzy, upragnieni, kochani. Jednak, niestety, często dzieje się inaczej. Rodzice podchodzą do dzieci jak trener do zawodnika. I powtarzają im głównie: „Postaraj się, znowu ci nie wyszło, bądź taki, nie bądź taki, weź się w garść” – mówi Bruce H. Lipton we wspomnianym wykładzie. Nic więc dziwnego, że zdecydowana większość dorosłych przyznaje się do nielubienia siebie takimi, jakimi są. A jeśli nie akceptują siebie, to jak mogą stworzyć udany związek? – Chwilę po zakochaniu ich podświadomy umysł zacznie im mówić, że nie zasługują na partnera, bo nie są wystarczająco dobrzy – uprzedza autor książki.

Dla wielu par to moment, kiedy kończy się ich miesiąc miodowy. Ale zdaniem dr. Liptona wcale nie musi tak być. Skoro znamy zasady działania obu naszych umysłów, możemy przecież zainterweniować i przerwać zgubne myślenie. Sam służy za przykład – od kilkunastu lat żyje w szczęśliwym związku. Mówi, że to jego życiowy eksperyment, bo od pierwszego spotkania z Margaret udaje im się utrzymać poziom zakochania i uczucia, jakie ich ze sobą połączyło.

Jak oni to robią

Bruce H. Lipton proponuje zacząć od listy rzeczy, których naprawdę chcemy i poszukujemy w relacji. Im lista jest bardziej szczegółowa, tym lepiej, bo gdy spiszemy dokładnie to, czego chcemy, nasze zachowanie zacznie naturalnie przyciągać osoby, których szukamy. Ale to dopiero pierwszy krok. W kolejnym warto zastanowić się, jak bardzo ta wizja upragnionego partnera jest odmienna od wgranych nam schematów, lęków i doświadczeń: naszych i cudzych. Może się bowiem zdarzyć, że szukamy na przykład czułej partnerki, ale związek rodziców był oschły i zimny. Nasze życzenie będzie wtedy stało w sprzeczności z podświadomym umysłem. A może pamiętamy ciągły brak pieniędzy w rodzinie i marzymy o kimś, kto nie będzie miał kłopotów finansowych? Pragnienie zwykle stoi w opozycji do naszej podświadomości, gdyż zwykle brakuje nam tego, czego nie zaznaliśmy. Zatem, dowodzi autor  poradnika, trzeba popracować nad lękami, sprzecznościami, demonami. Oraz nad naszym stosunkiem do siebie, bo, jak pisze: „brak miłości własnej jest główną i ogromną przeszkodą dla większości osób chcących stworzyć efekt miesiąca miodowego”.

Zanim zaczniemy szukać miłości w związku, musimy więc na nowo pokochać siebie i nabrać do siebie zaufania. Kluczowa w tym procesie jest uważność, komunikacja i cierpliwość. Lipton radzi po pierwsze wsłuchać się w swoje wnętrze i uświadomić sobie, jak często rodzą się w nas negatywne myśli na temat siebie, świata, innych ludzi. Czy naprawdę mają racjonalne uzasadnienie? Kiedy się pojawiają, zauważmy je i pozwólmy im się oddalić, wracając do tu i teraz, nie dajmy im się ponieść.

Po drugie, postawmy na głęboką komunikację. Ważne jest, by wciąż starać się zrozumieć drugą osobę; pytać, co dokładnie miała na myśli, wypowiadając określone słowa; prosić, by je rozwinęła. Słuchajmy, dopytujmy, wyjaśniajmy, starajmy się zrozumieć, jakie potrzeby czy pragnienia stoją za tym, co nam mówi. Wreszcie, praktykujmy cierpliwość – do siebie i do partnera, zamiast reagować zniecierpliwieniem − szukajmy w sobie przestrzeni i czasu na bycie z drugą osobą oraz na uważne słuchanie tego, co chce nam powiedzieć.

– Miesiąc miodowy zaczyna się wtedy, gdy dwoje zakochanych ludzi działa na siebie i ze sobą z poziomu umysłu świadomego. A kończy się, gdy dwa niezaproszone do rozmowy umysły podświadome włączają się ze swoimi schematami, zachowaniami. Nagle musimy się z tym mierzyć, nie do końca wiedząc, co właściwie się dzieje. Gdy jednak uda nam się przeprogramować umysł podświadomy i pozwolimy działać umysłowi świadomemu, nasz miesiąc miodowy będzie trwał – przekonuje Lipton. – Gdy zrozumiemy naturę działania obu umysłów, to otrzymujemy prezent w postaci wolności do tworzenia takiego życia, jakie chcemy.

  1. Psychologia

Dobry związek - a gdyby tak zacząć współpracować?

Współpraca w związku uda się, gdy obie strony odzyskają szacunek do siebie samych i do siebie nawzajem. (Fot. iStock)
Współpraca w związku uda się, gdy obie strony odzyskają szacunek do siebie samych i do siebie nawzajem. (Fot. iStock)
Wiele mówi się o tym, jak kobiety i mężczyźni powinni razem pracować, o szklanych sufitach czy ruchomych schodach. Ale jak współpracować w domu, w parze? Nawet gdy wierzymy w idee równości, odrzucamy różnice między płciami, współdziałanie z życiowym partnerem jest trudne. Dlaczego? Jak to zrobić, by kobieta i mężczyzna mogli działać ramię w ramię, tak by dawało to satysfakcję im obojgu – rozważa Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Nie chciało mi się pomagać mężowi, wolałam poczytać, gdy on biedził się nad pralką. Kiedy mu się udało, był zachwycony: „Jak dobrze nam się współpracowało!”. A ja całkiem zgłupiałam: nie ruszyłam nawet palcem.
Może to był komentarz ironiczny: współpracowałaś, bo nie przeszkadzałaś? A może był wdzięczny za to, że zachęciłaś go do zajęcia się pralką, co słusznie odebrał jako wyraz twojej wiary w jego możliwości. Na ogół mężczyźni od kobiet potrzebują tego samego, czego nastolatki od rodziców: zaufania do ich możliwości i mądrości oraz szacunku. Zapewne też pochwaliłaś go za odwagę i determinację, gdy odniósł sukces? Pochwały mogłaś sobie darować. Nie ma powodu chwalić kogoś za to, że oddycha. Niestety, kobiety myślą, że mężczyźni są jak małe dzieci, którym można coś zlecić tylko po to, aby poprawić im nastrój w bezpiecznych warunkach, i chwalić nawet, gdy poniosą klęskę. Kobiety są zazwyczaj pewne, że bez nich mężczyźni sobie nie poradzą.

Czasem to prawda: wyrywamy mężczyznom z rąk to, co sami mogli zrobić, bo jesteśmy przekonane, że my zrobimy to lepiej, szybciej,
Wyrywanie mężczyznom z rąk tego, co powinni sami zrobić, jest ważną kwestią w rozważaniach o współpracy między kobietami a mężczyznami. Zaryzykowałbym hipotezę, że coraz więcej kobiet paternalizuje, a raczej maternalizuje mężczyzn, czyli traktuje jak dzieci, w sposób lekceważąco-opiekuńczy, który łatwo przekształca się w pobłażliwą pogardę. Nie sądzę, że to wynika ze złych kobiecych charakterów. Powszechne maternalizowanie Polaków przez Polki ma związek z trudnym historycznym dziedzictwem zapisanym w zbiorowej podświadomości polskich mężczyzn. Otóż polscy mężczyźni skrywają przed sobą i przed światem potężny kompleks ofiary i poczucie winy za to, że tyle razy w dziejach swoje kobiety, dzieci i dalszych potomnych zawiedli. W największym skrócie: ledwo państwo powstało, a synowie pierwszego króla już się pokłócili i podzielili kraj na dzielnice. Potem – poza wyjątkami – kiepsko i bez wizji rządziliśmy i zawieraliśmy fatalne sojusze. W efekcie straciliśmy niepodległość. Potem wszczęliśmy wiele źle przygotowanych, skazanych na klęskę powstań. Przelewaliśmy krew w złej lub nie swojej sprawie, masowo ginęliśmy i ciągle nie było nas w domach. Tak więc z punktu widzenia pokoleń osamotnionych kochanek, żon i córek, milionów wdów samotnie wychowujących dzieci polscy mężczyźni zasłużyli na opinię podpitych, kłótliwych, narcystycznych i niedojrzałych nieudaczników. W najlepszym wypadku – przegranych bohaterów ginących z honorem z wątpliwego powodu.

No tak! Kobieta inaczej wita w domu mężczyznę, który wraca z wojny (z pracy) z workiem skarbów i mówi: „Maleńka, teraz sobie odpoczniesz”, a inaczej tego, kto wraca chyłkiem poraniony i którym trzeba się opiekować…
...a wkrótce potem pochować. Z punktu widzenia kobiet zachowania i wybory polskich mężczyzn zbyt często były bezmyślnym poświęcaniem siebie, dzieci, rodziny i domu w imię kolejnych politycznych czy ideologicznych iluzji lub honorowej śmierci, która bywała ucieczką przed wstydem klęski i trudem zadośćuczynienia. Większość polskich kobiet w głębi duszy przeżywało te męskie decyzje jako przejaw braku odpowiedzialności za siebie i za bliskich. W zbiorowej podświadomości Polek musiało zapisać się przekonanie, że na mężczyznę nie można liczyć w sprawach dla kobiet najważniejszych: w tworzeniu poczucia bezpiecznego gniazda i bycia dobrym, realnym wzorcem dla wspólnych dzieci i wnuków. W głębi duszy wszyscy wiemy, jak było, i nic nie pomoże to, że chcielibyśmy, aby było inaczej. Od lat przyglądam się losom polskich rodzin i uderza mnie, jak niewielką rolę odgrywają w nich ojcowie, dziadowie i pradziadowie. A jeśli nie niewielką, to jedynie pośmiertno-symboliczno-heroiczną lub negatywną i demoniczną. Wysłuchałem setek rodzinnych sag, w których od pokoleń mężczyźni wkrótce po spłodzeniu potomstwa zapadali się w otchłań nałogów, chorób i umierali. Lub znikali pochłonięci kolejną wojenną awanturą albo ideą. Zaskakująco szybko, zanim zjedli z rodziną istotną ilość soli, znikali z domu. Przypuszczam, że to dziedzictwo przyczynia się do tego, że polskie kobiety tak często naruszają swoje granice i poczucie godności, by zapobiec znikaniu mężczyzn. Popularną strategią jest nadopiekuńczość, chwalenie i ogólna taryfa ulgowa. To wszystko jest wyrazem z góry założonego – choć często nieuświadamianego – braku szacunku i lekceważenia.

Chwalenie i taryfa ulgowa są wyrazem braku szacunku?
Tak, bo pod spodem jest założenie, że na więcej go nie stać, że niewiele umie i najpewniej wszystko schrzani. W takich rodzinach, gdy jakiś tata czy dziadek naprawił raz odkurzacz, to w rodzinnej sadze zapisano o tym opowieść złotymi zgłoskami. Lekceważący stosunek do polskich mężczyzn przejawia się też w sposobie traktowania tzw. fachowców. Większość z nich jest udręką dla klientów i inwestorów – nieudacznicy, spryciarze, kanciarze, pijacy. Ale jak się trafi taki, który coś potrafi i nie nawala, to wszyscy wychwalają go pod niebiosa, padają przed nim na kolana i podają sobie z ręki do ręki jak relikwię: „To niewiarygodne! Wie, co robi! Można na niego liczyć! Nie pije w robocie! Dotrzymuje umowy i terminu!”. I tak normalny, uczciwy fachowiec urasta do rangi narodowego skarbu. Może to już trochę przedawniony i niesprawiedliwy stereotyp. Spotykam ostatnio sporo dobrych fachowców. Może niedługo będzie u nas jak w Ameryce. Tam na budowę przyjeżdża mistrz kafelkarz i dwaj pomocnicy. Na biodrach pasy pełne profesjonalnego wyposażenia i takie przyspieszenie, że 100 metrów kwadratowych terakoty ułożyli idealnie w trzy godziny. W Stanach zauważyłem, że o atrakcyjności mężczyzny w oczach kobiety decydowała jego sprawność i rzetelność w pracy. Niefortunna dziejowa scheda nieudacznictwa i nawalanki ciążąca na polskich mężczyznach odbija się na polskich relacjach damsko-męskich. Czy ty jako kobieta to dostrzegasz?

Pewnie. Nie oczekuję, że mężczyźni zaopiekują się mną, to ja opiekuję się nimi, ale też czuję się do tego opiekowania prowokowana.
Czytałem list kobiety, która zauważyła, że polscy mężczyźni stosują różne wybiegi, by partnerki przestały im zlecać nie tylko tzw. męskie zadania, naprawy czy konserwacje, lecz szczególnie te należące do tzw. tradycyjnych obowiązków kobiety, np. gotowanie, opieka nad dzieckiem, sprzątanie, pranie, zakupy itp. Najczęstszą i najbardziej skuteczną taktyką jest totalnie spieprzyć to, czego się podjęli. I następnym razem kobiecie nie przyjdzie do głowy coś mężczyźnie zlecać, poszuka fachowca. A my na mecz albo na piwo. Z tego samego powodu w naszym kraju obowiązuje mit sprawnego fachowca, który wzbudził zachwyt żony do tego stopnia, że wspólnie przyprawili małżonkowi rogi. Nie wiadomo, ile w tym prawdy, ale niewątpliwie świadczy to o atrakcyjności wydolnych i sprawnych mężczyzn fachowców w oczach kobiet.

Moja przyjaciółka, która mieszkała długo na Zachodzie, mówi, że polscy mężczyźni nadużywają trzech terminów: „nie umiem”, „nie wiem”, „boję się”.
To nie znaczy, że polscy mężczyźni nie potrafią dobrze zrobić wszystkiego, co trzeba. Raczej uprawiają wyuczoną, półświadomą grę, która daje im korzyść w postaci usankcjonowanego lenistwa i większej ilości wolnego czasu. Przekaz o nieudacznictwie mężczyzn w wielu rodzinach jest tak oczywisty jak powietrze. Już prababka miała męża, który zrobił jej dzieci i zniknął albo wpadł w alkoholizm czy depresję. Pozbyła się więc go z domu i sama wychowywała dzieci – jak na prawdziwą matkę Polkę przystało. Potem jej córka zaangażowała się w podobny związek, bo nieświadomie powieliła wzór poznany w domu. Albo nie miała specjalnego wyboru, bo zbyt wielu zaradnych mężczyzn nie ma. Chyba nawet zaczyna ich ubywać, bo chłopcy wychowywani bez ojców w rodzinach od pokoleń pozbawionych szacunku dla męskiego pierwiastka ustawili są w roli egzotycznych ptaków, które trzeba chronić i chwalić. Mają więc małe szanse wyrosnąć na mężczyzn, którzy dają radę, wiedzą, nie boją się...

Ale skoro mamy nie stosować taryfy ulgowej, bo to wyraz braku szacunku wobec mężczyzn, to jak mamy od nich wymagać?
Trzeba zacząć od tego, by nie zakładać z góry, że oni nie wiedzą, nie potrafią, boją się. Wiele współczesnych kobiet wzorem swoich mam i babć pakuje swoim mężczyznom walizki przed podróżą. To błąd, rozpieszczanie partnera. Dorosły człowiek umie sam spakować swoją walizkę. A jak nie, to szybko się nauczy. Wiesz, że chodzą po świecie dorośli mężczyźni, którzy nie potrafią sami kupić sobie ubrania?

Pewnie, wiele moich koleżanek kupuje mężczyznom rzeczy. Oni je w domu przymierzają, a jeśli coś nie pasuje, one odnoszą do sklepu.
To dowód wyuczonej bezradności mężczyzn spowodowanej maternalizowaniem ich przez kobiety. To upokarzające dla mężczyzny być traktowanym przez partnerkę jak dziecko i pozwalać jej jak mamie decydować, w czym dobrze wygląda i jaki styl mu pasuje. Mężczyźni powinni zacząć pracować nad odzyskaniem poczucia wartości i tożsamości zdefiniowanych przez nich samych i ewentualnie innych mężczyzn – a nie przez kobiety. Wtedy dopiero przestaniemy czekać z utęsknieniem na kobiece pochwały i docenienie, a komentarz w stylu: „Co z ciebie za facet – nie potrafisz nawet pralki naprawić”, nie zdruzgocze nam życia. Pary, które przychodzą do mojego gabinetu, często zmagają się z problemami wynikającymi z zaburzonego poczucia wartości i autonomii mężczyzn uzależnionych od kobiet, które ich opiekuńczo lekceważą i nie zauważają tego, że w gruncie rzeczy ich obsługują.

I nie ma współpracy, jest kobiece: „Wszystko na mojej głowie!”.
To z jednej strony. Ale są też mężczyźni, którzy – obciążeni tym dziedzictwem – za wszelką cenę chcą udowodnić, że są wspaniałymi samcami i zapracowują się na śmierć, robiąc wszystko perfekcyjnie. Ich partnerki leżą i pachną. Trudno więc znaleźć obszar, gdzie mogłaby zaistnieć harmonijna współpraca. Mężczyźni mają wybór: albo pozostać rozpieszczanym dzieciakiem, który oczekuje zachwytów i obsługi, albo zostać herosem, który za wszelką cenę chce udowodnić, że zasługuje na miłość i zachwyt kobiety, którą on z kolei obsługuje. Jest jeszcze trzecia opcja – macho, czyli mężczyzna, który poprawia sobie samopoczucie, gardząc kobietami, bo tak kompensuje sobie dziedzictwo klęski i winy. Uprzedmiotawianie i dewaluowanie kobiet jest skuteczną ucieczką przed kompleksem niższości i brakiem szacunku dla siebie. Jest wielu takich w naszym kraju i chyba ich nie ubywa.

Co więc zrobić, żeby para ludzi mogła wspólnie budować swoje życie mimo historyczno-psychologicznych ograniczeń?
Recepta jest tylko z pozoru prosta: mężczyźni powinni zrozumieć i docenić swoje matki – wewnętrznie pokłonić się przed nimi. Zobaczyć, że pozostawione przez swoich mężczyzn radziły sobie najlepiej, jak mogły. Uznać, że kobiety od pokoleń porzucane przez partnerów i ojców musiały chcąc nie chcąc przelewać swoją gorycz i gniew na synów. Albo wprost, albo opakowane w nadopiekuńczość. Muszą uznać, że bardzo trudno jest kobiecie wychować syna bez udziału mężczyzny. Odzyskanie szacunku i zrozumienia dla matki skutkujące wyjściem z uzależnienia od niej jest dla mężczyzny warunkiem zbudowania szczęśliwego związku z kobietą. Z kolei kobiety muszą odzyskać szacunek dla postaci ojca, spojrzeć we wsteczne lusterko i pomyśleć o nim ze zrozumieniem, wyrazić wdzięczność i zaufanie do jego życiowych decyzji – pokłonić się. Wtedy zmienią stosunek do partnerów, uwolnią się od stereotypu polskiego mężczyzny. To ważne, bo emancypujące się kobiety są jeszcze bardziej narażone na niebezpieczeństwo utknięcia w negatywnym stereotypie ojca/faceta – nie mężczyzny – co obniża jakość ich miłości do partnerów i synów. Krótko mówiąc: obie strony muszą odzyskać szacunek do siebie samych i do siebie nawzajem.

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca  i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  1. Seks

Orgazm na emeryturze

Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci. (Fot. iStock)
Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci. (Fot. iStock)
Młodzi obsadzają cię w roli babci, a ty wciąż masz wielki apetyt na życie i seks? Nie musisz przechodzić na erotyczną emeryturę! Możesz mieć orgazm za orgazmem, bo dopiero teraz wiesz, jak go osiągnąć i poczuć jego prawdziwy smak.

Pamiętacie tę scenkę z serialu „Seks w wielkim mieście”, kiedy zrozpaczona Samantha oświadcza koleżankom, że straciła orgazm? Carrie próbuje ją pocieszyć, że czasami po prostu się nie udaje. „Mnie się zawsze udaje” – ucina Samantha i nawet nie chce słuchać zapewnień przyjaciółki, że pewnego dnia orgazm znów się pojawi. Tymczasem Charlotte dolewa oliwy do ognia: „Czytałam artykuł o kobiecie, która miała orgazm za każdym razem. I nagle… Przestała mieć. Na dobre. Po prostu zużyła cały swój zapas”.
Myślicie, że jest jakiś limit orgazmów, które przysługują nam na całe życie? Że w „pewnym” wieku zostają nam już tylko wspomnienia?

Rozkosz bez limitu

Kiedyś byłam w kinie na filmie „Lepiej późno niż później”. Podczas sceny, w której Jack Nicholson i Diane Keaton uprawiają seks, usłyszałam rozmowę pary siedzących obok 20-latków: „To w tym wieku jeszcze uprawia się seks?!”. No cóż…

– Młodzi często uważają, że w pewnym wieku seks trzeba odłożyć na półkę, a zająć się plewieniem ogródka lub opieką nad wnukami – uśmiecha się Violetta Nowacka, specjalistka od edukacji seksualnej, psycholożka prowadząca poradnię SELF Przyjazne Terapie w Poznaniu. I uspokaja: – Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci.

Na dowód przytacza dane: 41 proc. emerytów deklaruje, że regularnie uprawia seks, a 15 proc. robiłoby to, gdyby tylko miało partnera. Co czwarty mężczyzna po siedemdziesiątce jest sprawny seksualnie, a większość kobiet po pięćdziesiątce ma ochotę na seks. I choć Jacek Cygan pisał: „Za młodzi na sen, za starzy na grzech”, kobiety mają inne zdanie na ten temat. Przykłady?Jane Fonda: „Mam 74 lata i nigdy wcześniej moje życie seksualne nie było równie satysfakcjonujące. W młodości krępowało mnie tyle obaw – nie wiedziałam, czego pragnę”.
Nasze krajowe gwiazdy, kobiety energiczne i zachłanne na życie, tylko potwierdzają, że seks po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce czy siedemdziesiątce jest najlepszy w całym życiu. „Może być lepszy niż po dwudziestce, bo już nie trzeba się niczego bać, wstydzić. Daje tylko radość. Wreszcie kobieta nie musi się denerwować, że zajdzie w ciążę. Może też puścić wodze fantazji, bo nie uprawia seksu z obcym mężczyzną, tylko z tym, komu ufa i komu może wszystko powiedzieć. Nie należy opowiadać bzdur, że w pewnym wieku seks nie ma już znaczenia” – mówi Bożena Dykiel. Podobnego zdania jest Urszula Dudziak: „Myślę, że dla kobiety najlepszy czas zaczyna się po menopauzie. Nawet seks smakuje wtedy lepiej. Seks uzdrawia i utrzymuje nas w dobrej formie. Dzięki niemu jesteśmy młodzi, piękni i radośni. Jest on integralną częścią naszego szczęścia. My mamy fantastyczny seks i czuję, że to się chyba nigdy nie skończy”.

Ale po co nam ten orgazm?

„Bez męskich orgazmów nie byłoby dzieci” – zauważają Annika Sommerville i Lisa Williams, autorki książki „Dużo orgazmów proszę”. „Mężczyźni potrzebują ich do prokreacji; gdyby seks był dla nich nudny, doprowadziłoby to do spadku liczby narodzin, a w efekcie do wymarcia ludzkiego gatunku”. Może dlatego przez wieki utarło się, że mężczyźnie orgazm się po prostu należy. Sami panowie traktują zresztą swój orgazm jako coś oczywistego. W dodatku mogą zostać ojcami nawet w późnym wieku, kiedy bardziej przypominają dziadka niż ojca dziecka.

A po co kobiety doznają seksualnej rozkoszy? I to w dodatku w dekadzie życia, w której nie mamy ani szans, ani nawet ochoty na potomstwo, bo menopauza pozbawiła nas tej możliwości. Może po to, żebyśmy czuły się bardziej atrakcyjne? Bo przecież kobieta podczas szczytowania jest niezwykle podniecająca. „U kobiet orgazmy są seksowne – zarówno dla nich, jak i dla ich partnerów” – twierdzą autorki książki. Przekonują, że kobiety, które mają orgazmy, a zatem udane życie seksualne, lepiej śpią, mają wyższe poczucie własnej wartości, są bardziej zadowolone z siebie i swojego życia oraz mają więcej energii, która napędza je do działania. Naukowcy podkreślają, że kobieca satysfakcja seksualna to prawdziwa tabletka na szczęście. „Orgazm poprawia jakość snu, pomaga zachować młody wygląd, a jeśli osiągasz go podczas seksu z partnerem, to wzmacnia waszą więź” – piszą Sommerville i Williams. Radzą więc: „Kiedy się czujesz zestresowana, wyczerpana i potrzebujesz czasu dla siebie, może warto dać sobie orgazm, zamiast robić zakupy online, obsesyjnie przeglądać Internet albo przesiadywać na Pudelku”.

Violetta Nowacka przytacza badania przeprowadzone na Rutgers University w USA, z których wynika, że aktywność seksualna trzyma nas w dobrej formie do późnej starości. „Seks i orgazm sprawdzają się w leczeniu bólu – zastępują dwie tabletki aspiryny, łagodzą schorzenia reumatyczne, przewlekłe bóle artretyczne, wzmacniają mięśnie całego ciała, dzięki czemu stajemy się bardziej elastyczne i odporne na zmęczenie. Poza tym podczas seksu spalamy prawie tyle kalorii, ile podczas joggingu, co w pewnym wieku, kiedy spada metabolizm i łatwo o dodatkowe kilogramy, jest nie bez znaczenia” – czytamy w „Dużo orgazmów proszę”. Co więcej, charakterystyczna dla wieku pomenopauzalnego u kobiety atrofia ścianek macicy postępuje wolniej, gdy regularnie uprawia ona seks.

A co, gdy orgazmu nie ma?

Orgazmu na długie lata pozbawił kobiety Zygmunt Freud, który uważał, że orgazm łechtaczkowy jest mniej wartościowy. Kobiety, które tylko w ten sposób potrafiły osiągnąć przyjemność (a jest to znacząca grupa), uważały więc, że prawdziwego orgazmu osiągnąć nie potrafią. Teoria Freuda, jak wiele innych, została w końcu obalona, a orgazm łechtaczkowy zyskał pełnoprawną wartość. O przewadze łechtaczki nad penisem napisali też Sylwia Jędrzejewska i Andrzej Depko w najnowszej książce „Kobiety, które pragną bardziej”. Przekonują: „Kobiece ciało jest wyposażone w narząd służący wyłącznie do dostarczania przyjemności seksualnej. To łechtaczka. Mężczyźni takiego narządu nie posiadają. Penis niestety nie jest narządem, którego można zazdrościć. W pewnym momencie aktywności seksualnej staje się niewydolny, niejednokrotnie rozczarowuje partnerów, podczas gdy łechtaczka zawsze jest gotowa dostarczać właścicielce przyjemności i tak łatwo się nie męczy. To narząd posiadający osiem tysięcy połączeń włókien nerwowych – penis ma ich o połowę mniej”.

Dziś ocenia się, że tak naprawdę jedynie mniej niż 5 proc.kobiet nie jest w stanie osiągnąć orgazmu. Autorki książki „Dużo orgazmów proszę” zapytały kobiety o to, dlaczego nie miały w ostatnim roku orgazmu podczas seksu ze swoim partnerem. Aż 41 proc. wyznało, że podczas seksu myśli głównie o tym, że źle wygląda (jest za gruba, za duża, ma za małe piersi albo za duży brzuch). To sprawia, że – skupione na swoich deficytach i wadach – nie potrafimy czerpać satysfakcji z seksu. „Jako kobiety jesteśmy wychowane w przekonaniu, że nasza wartość seksualna, i nie tylko, jest oparta na wyglądzie” – argumentują autorki. Tymczasem dojrzałość przynosi większy luz. I choć nasze ciała nie wyglądają jak 30 lat temu, to już wiemy, że to nie ma znaczenia. „Stajemy się odważniejsze, bo co niby mamy do stracenia? Mam obwisłą skórę, no i co? On też” – twierdzi Jane Fonda.

Według tych samych badań 40 proc. kobiet nie osiągnęło orgazmu z powodu pośpiechu i ograniczenia czasowego, a 31 proc. dlatego, że nie potrafiło powiedzieć partnerowi, co tak naprawdę sprawia im w łóżku największą przyjemność. I tu też dojrzałość ma przewagę. „Starsi ludzie mogą być seksowni i świetnie się bawić w łóżku” – piszą Sommerville i Williams. „Teoretycznie, gdy osiągamy ten wiek, kiedy człowiek zaczyna wzdychać: »O, jak miło sobie posiedzieć«, i nie musi dłużej udawać, że lubi festiwale muzyczne, powinniśmy już znać swoje ciało na wylot. Wiemy, czego oczekujemy od partnera”. W młodości godziłyśmy się na kiepski seks, a nawet udawałyśmy orgazm, żeby nie zrobić mu przykrości, teraz możemy robić to, na co mamy ochotę. W dodatku znikają problemy młodości – dzieci za ścianą, rata kredytu do zapłacenia, szef, który w pracy wylał na nas swoje frustracje. Jest jeszcze jeden powód, dla którego seks po menopauzie daje nam już tylko radość – znika lęk, że zajdziemy w niepożądaną ciążę.

Czy można mieć za dużo orgazmów?

Podobno im więcej, tym lepiej. W dodatku kobiety mogą mieć orgazm wielokrotny, czyli podczas jednego stosunku potrafią szczytować kilka razy. To nasza przewaga nad mężczyznami – podczas gdy oni mają zwykle jeden, i na tym koniec (wyjątkowo dwa), my możemy mieć kaskadę orgazmów. I to aż do późnej starości. Kolejna różnica między nami – co zauważają Sommerville i Williams – mężczyźni z wiekiem coraz rzadziej miewają orgazmy, ale kobiety z roku na rok się rozkręcają. Na dowód przedstawiają badanie, w którym poddano wieloletniej obserwacji 800 pań. I co się okazało? Że połowa kobiet po osiemdziesiątce doświadcza satysfakcji seksualnej za każdym lub prawie każdym razem. Co więcej, okazuje się, że seks z biegiem lat może być lepszy, zgodnie ze starym porzekadłem „apetyt rośnie w miarę jedzenia”. U kobiet coś takiego jak erotyczna emerytura po prostu nie istnieje. Według statystyk seksuologa Zbigniewa Lwa-Starowicza większość kobiet po pięćdziesiątce ma ochotę na seks. Nie ma jednak dobrej odpowiedzi na pytanie: ile orgazmów miesięcznie powinnaś osiągać? „Seks to nie owoce i warzywa, żeby fundować sobie pięć zalecanych porcji dziennie. W życiu intymnym nie liczy się ilość, lecz jakość. Nie ma znaczenia, jak często uprawiasz seks i ile masz orgazmów” – czytamy w „Dużo orgazmów proszę”. Jeśli masz ochotę na orgazm, dobrze wiedzieć, jak go osiągnąć. Bez presji. Za to z przyjemnością.

A co, gdy zawodzi zdrowie?

Pamiętacie scenę z filmu „Lepiej późno niż później”, w której bohater grany przez Jacka Nicholsona podczas preludium do seksu z młodziutką kochanką dostaje ataku serca? No cóż… Starszy pan przesadził z viagrą i entuzjazmem, a niezdrowy tryb życia dał o sobie znać. Bo nawet w chorobach serca seks jest dobry i bezpieczny. Violetta Nowacka twierdzi, że sam stosunek nie jest wielkim wysiłkiem dla serca. Pod warunkiem że nie przerabiamy w łóżku wszystkich pozycji Kamasutry albo nie zabawiamy się w odgrywanie scen z „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. „Można go porównać z dość szybkim spacerem” – twierdzi specjalistka i dodaje, że nawet miesiąc po przebytym zawale nie trzeba rezygnować z seksu, a bezpieczna jest wtedy pozycja „na łyżeczkę”. Ma też radę dla panów na kłopoty z potencją: „Powinni kochać się regularnie i najlepiej nad ranem. Wtedy poziom męskich hormonów jest najwyższy i o wzwód najłatwiej”.
Violetta Nowacka podkreśla, że regularne współżycie pozwala łagodniej przejść przez trudny czas po menopauzie i pogodnie wkroczyć w starszy wiek: „Jeśli mamy związane z seksem pragnienia, nie dajmy się presji społecznej i uprawiajmy seks. Nie przestajemy być mężczyznami i kobietami tylko dlatego, że przekroczyliśmy sześćdziesiątkę. Kochaj się optymalnie raz, dwa razy w tygodniu, a jeśli nie masz z kim, możesz się zaspokajać sama. Kto powiedział, że masturbacja to przywilej wyłącznie młodych?”.

  1. Seks

Związki (zbyt) otwarte

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
„Moja droga, żyjemy sobie cudownie, jak dwa gołąbki. Raz jedno wyfruwa z gniazda, raz drugie”. Ten stary dowcip dotyka ważnego tematu: czy gościnność seksualna może być dobra dla związku?

Nie był to pomysł Grażyny. Zaproponował go Janek. Powiedział: „kochanie, chciałbym, żeby nasz związek był otwarty”. „Masz na myśli sypianie z innymi kobietami?” – zapytała. Tak, dokładnie to miał na myśli. Ale ta otwartość miała działać w obie strony – Grażynie też wolno mieć kochanków. „Dobrze, ale po co? – nie mogła zrozumieć – przecież kocham ciebie i to z tobą chcę uprawiać seks”. Janek wytłumaczył: „Nasza miłość pozostanie najważniejsza. Ale w ten sposób nasz związek będzie zawsze świeży, nigdy się sobą nie znudzimy. Nie będziemy też o siebie zazdrośni, bo każde będzie wiedziało, że to tylko seks”. Dała się przekonać. Matka natura stworzyła nas przecież bez takich konwenansów. Ewolucyjnie mężczyźni są zaprogramowani na rozsiewanie swego nasienia, a kobiety na poszukiwanie najlepszego dawcy genów dla potomstwa. Tak sobie chwilę pomyślała i powiedziała: „Czemu nie? Spróbujmy”. I spróbowali...

Brzmi nieźle

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. W praktyce takie związki często się różnią.

– Przede wszystkim wchodzimy w nie z różną motywacją – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Czasem partner nas przekonuje, że to będzie wspaniałe, otwierające i wzbogacające doświadczenie, dzięki któremu związek nie stanie się seksualnie klaustrofobiczny. Inni uważają, że nie ma sensu być wiernym na siłę, skoro hormony nas pchają do akcji. Jeszcze inni proponują partnerom takie rozwiązanie, żeby się nawzajem nie ograniczać. Po co hamować ekspresję seksualną, skoro można ją w pełni przeżyć? Tym bardziej, że wprowadzenie nowych bodźców może dodatkowo służyć przypomnieniu, jak bardzo zależy nam na partnerze.

Zdarza się, że taka propozycja wychodzi od partnera, który ma większy apetyt na seks. – Z problemem niedopasowania temperamentu seksualnego boryka się większość par – uważa Zaryczna. – Logiczna wydaje się więc propozycja: „kiedy tobie nie będzie się chciało, załatwię to poza związkiem i nie będziemy się kłócić z tak prozaicznego powodu”.

I jeszcze fantazje, jak wspaniałą wolność da nam otwartość w tym zakresie! Przy tym unikniemy pretensji, że stanęliśmy na drodze pragnieniom partnera. Całkiem rozsądne, prawda?

Nie tylko panowie

Druga strona czasem się zgadza, bo podziela poglądy partnera, ale nierzadko tylko przytakuje, bo czuje, że nie ma wyboru: od zgody może zależeć utrzymanie związku. Ma poczucie, że jeśli powie: „nie, to on/ona odejdzie”. Przystaje więc na propozycję, bo nie ma lepszego pomysłu na uratowanie relacji.

Kto częściej wpada na takie pomysły? Mężczyźni. Ale kobiety nie pozostają zbyt daleko w tyle.

Beata jest zapaloną podróżniczką. Kiedy tylko może, pakuje plecak i wyrusza w świat. Ostatnio trampingowała przez całą Amerykę Południową. A że do zwiedzenia miała sporo, jej nieobecność trwała ponad pół roku. W domu został Grzesiek, jej partner, z którym jest od 10 lat. Beata to kobieta nowoczesna i wyzwolona, więc zaproponowała mu kiedyś: „Jak wyjeżdżam na dłużej niż dwa miesiące, pozwólmy sobie na seksualne przygody. W ten sposób więź nie ucierpi, a my nie będziemy musieli żyć w nienaturalnym celibacie”. Grzesiek powiedział: „w porządku”.

– Często gdy partner lub partnerka mówi, że ma ochotę na otwarty związek, ma na myśli zgodę na niewierność, ale… własną – ostrzega Zaryczna. – I choć proponuje to samo drugiej stronie, może się przeliczyć, kiedy ta z zaoferowanej mu wolności skorzysta. Może dojść do wniosku, że to jednak nie był dobry pomysł…

Bo choć podnieceni nęcącą perspektywą spróbowania zakazanego owocu, myślimy, że będzie nam smakować, ale z konsekwencji tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy. A świadomość, że nasz partner uprawia seks z kimś trzecim, zwykle jednak mocno boli.

Próba siły więzi

– Dobrze, jeśli wiemy, że przemawia przez nas po prostu zazdrość o partnera – mówi seksuolożka.

– Gorzej, gdy to od siebie oddalamy, i w zamian wywołujemy kłótnie o wszystko i o nic, wprowadzając atmosferę napięcia.

Po dwóch miesiącach seksualnej otwartości Janek zaczął czepiać się Grażyny o byle głupotę. O wierności czy niewierności nie padło ani słowo, tylko w szybkim tempie zaczęły się mnożyć konflikty. Oboje nie udźwignęli emocjonalnego ciężaru otwartego związku: po pół roku całkiem się rozpadł.

– Jeśli wchodzimy w otwarty związek z takich pobudek, jak Janek i Grażyna, albo wierzymy, że otwartość zapewni nam seksualną świeżość, możemy już zacząć planować rozstanie, bo mamy gwarancję, że nasze oczekiwania się nie sprawdzą – uważa Zaryczna. – Związek partnerski ma bowiem dwa podstawowe składniki: więź emocjonalną i więź erotyczną. Kiedy do tej drugiej sfery wpuszczamy osoby trzecie, musimy się liczyć, że staną one między nami. A na poluzowaniu więzi seksualnej zawsze cierpi więź emocjonalna. Związek otwarty, długo- czy krótkoterminowy, niszczy bliskość uczuciową i wzajemne porozumienie.

Umawiając się na otwartość seksualną, chcemy przejść przez relację łatwo i przyjemnie, nie pracując nad nią i zwalniając się z odpowiedzialności. I skazujemy związek na porażkę. Czy zawsze?

Nie ucierpiała na otwartości więź Joli i Piotra, małżeństwa z 15-letnim stażem, wypalonego jako para. Mają 5-letnie dziecko. Jola nie kochała już męża, ale postanowiła trwać w związku. Wpadła więc na pomysł: „Kiedyś się rozwiedziemy, a teraz będziemy sypiać z innymi, ale mieszkać razem i wspólnie wychowywać dziecko”.

– Więź nie ucierpiała, bo jej tak naprawdę nie było – mówi Zaryczna. – Układ: „mieszkamy razem, ale nic nas nie łączy”, nie jest związkiem, tylko czymś w rodzaju administracyjnej wspólnoty. To luźna relacja seksualna, podobnie jak związek z podróżnikiem, którego wiecznie nie ma w domu. Taka hybryda związku służy wygodzie, ale dzielenie wyłącznie adresu to atrofia emocji. Łatwiej wtedy wejść w związek otwarty. I można tak przez lata w nim funkcjonować. Dopóki któraś ze stron się nie zakocha albo nie będzie miała dość.

– „Związek otwarty” to oksymoron – jak „ciepły śnieg” albo „sucha woda”. Związek dwojga ludzi opiera się na łączącej ich więzi, tworzy jedność. Nie może być otwarty – twierdzi seksuolożka. – To tylko ładny szyld dla zwykłej niewierności.

Wielomiłośnicy

Zza oceanu przywędrował do nas poliamoryzm. Po naszemu: wielomiłość. Poliamoryści kochają więcej niż jedną osobę i pozostają w więcej niż jednym związku. Mówią: „poliamoryzm to odpowiedzialna niemonogamia”. Nie chodzi im tylko o seks, dla nich najważniejsza jest więź, bliskość i miłość. Mogą na przykład być w czterech związkach jednocześnie – w dwóch z mężczyznami, a w dwóch z kobietami. Poliamoryści wchodzą też w związki „krzyżowe” – ot, jedna wielka kochająca się rodzina. Ale czy szczęśliwa?

– Jeśli ktoś wciąż poszukuje, nie może się zdecydować co do swojej orientacji albo pragnie przygody, to otwarty związek czy poliamoryzm jest dla niego rewelacyjny – uważa Małgorzata Zaryczna. – Ale to dobre na jakiś czas, jak mieszkanie w akademiku. Nie ma się co łudzić, że to sposób na całe życie. Bo kiedy się kogoś pokocha naprawdę, chce się go mieć tylko dla siebie. Wyłącznie.