1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Siedem etapów miłości według Deepaka Chopry - etap siódmy: ekstaza

Siedem etapów miłości według Deepaka Chopry - etap siódmy: ekstaza

fot.123rf
fot.123rf
Prawo EKSTAZY głosi, że jest ona naszym stanem naturalnym. Entuzjazm, radość, zachwyt czy zaspokojenie to tylko cienie prawdziwej ekstazy. Jest czymś więcej. W jaki sposób jej można doświadczyć?

Gdy świadomie przejdziemy sześć pierwszych etapów miłości, czyli: przyciąganie, zadurzenie, wspólnotę, intymność, poddanie i namiętność czeka na nas ekstaza. Deepak Chopra o tym etapie miłości pisze, że jest to mistyczne przeżycie. Wówczas wyzwalamy się już spod wpływu ego i mamy dostęp do pierwotnego stanu energii. Czujemy, że nasza miłość staje się czysta, bezwarunkowa i prosta. Mamy pewność, że kochamy całą sobą i jesteśmy kochani. Bez oczekiwań i jakichkolwiek ograniczeń. Jeżeli chcemy jej doświadczyć, musimy zaspokoić nasze potrzeby fizyczne, zmysłowe, mityczne, duchowe. Ów boski stan, według nauczycieli duchowych ze Wschodu,  zbudowany jest z trzech składników:

1. Ekstaza fizyczna. Powstaje, gdy mamy świadomość nastawioną na przeżywanie chwili obecnej. Umiemy się w niej zatrzymać i nią cieszyć. Wiąże się ze stanem uważności. Wtedy nasze zmysły podczas seksu otwarte są na najdrobniejszy odcień dotyku, dźwięku, widzenia, smaku i zapachu. Mamy wrażenie, że doświadczamy siebie i partnera każdą komórką ciała. Te przeżycia są wzniosłe, ale paradoksalnie, czujemy wówczas, że wypełnia nas błogi, wewnętrzny spokój.

2. Mit i archetyp. Deepak Chopra pisze o tym, że wewnątrz nas mieszkają mityczni bogowie i boginie. Trudno nam w to uwierzyć, gdy żyjemy w zabieganej codzienności. Można to jednak wytłumaczyć bardziej na sposób zachodni. Według Carla Gustawa Junga, szwajcarskiego psychiatry i psychologa, twórcy psychologii głębi, wnętrze psychiczne człowieka składa się z obszarów świadomych i nieświadomych. Świadomość to między innymi nasze poglądy, które lubimy, nasz obraz do którego się przyznajemy i do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Nieświadomość, związana z treściami nieznanymi, zawiera między innymi sporą część naszej historii osobistej. Są tu zapomniane często trudne, odrzucone przeżycia czy rodzinne wzorce. I tu dochodzimy do mitów, bo sfera nieświadoma każdego z nas, ta indywidualna, zanurzona jest w nieświadomości zbiorowej. Zawierają się w niej przekonania, wzory, archetypy, które należą do wszystkich ludzi. Stąd nasze połączenie z Ateną, Dionizosem, ale też z Królową Śniegu czy Szamanką. Inne dla każdego z nas, jedyne w swoim rodzaju. Przebłyski tego zjawiska odbieramy często w snach. Z tego poziomu okazuje się, że mity i nasze życie mają wspólne elementy. Na etapie miłości, zwanym ekstazą, sięgamy do tego, co tkwi głęboko wewnątrz nas i nie jest odkryte, gdy żyjemy powierzchownie, bez kontaktu z naszymi uczuciami, z naszą autentycznością. Jak można rozpoznać ten boski stan? Czujemy, że w naszym życiu tkwi jakaś tajemnica, doświadczamy przygód, cudów, żyjemy wyobraźnią, widzimy przed nami wciąż nowe wyzwania.

3. Ekstaza duchowa. To już spotkanie twarzą w twarz z Duchem, Bogiem, Siłą Wyższą, nazewnictwo nie jest tu istotne. Tego rodzaju ekstazy doświadczamy, jeśli mamy otwarte zmysły i czujemy się połączeni ze sferą nieświadomości zbiorowej. Wypełnia nas wtedy uczucie uwielbienia.

Więcej w książce „Kamasutra i siedem duchowych praw według Deepaka Chopry”, wydawnictwo Septem

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Miłość i ryzyko. Co ryzykujemy wchodząc w związek?

Marina Abramović i Ulay w performensie
Marina Abramović i Ulay w performensie "Rest Energy", 1980. (Fot. BEW PHOTO)
- Miłość i lęk są udziałem nas wszystkich. I żadne z nich nie da się ocenić jako dobre czy złe, raczej chodzi o konsekwencje bycia w tych stanach. To się przekłada na związki - o czym innym są relacje w stanie lęku, o czym innym w stanie miłości - mówi psychoterapeuta Michał Duda.

Wchodząc w związek, zbliżając się do innej osoby, ryzykujemy. Czym?
Poczucie takiego ryzyka może być rozpatrywane na wielu poziomach. Najczęściej rozumiane jest w taki sposób, że ryzykuję odrzucenie, ryzykuję to, że nie będę mógł być sobą, że nie będzie tak, jak chcę. Ludzie łączą się ze sobą na różnych płaszczyznach, w zależności od tego, czego pragną w związkach. Część z nich ma silną potrzebę bezpieczeństwa i dla nich związek jest głównie o tym. W relacji szukają tego, co stabilne, poukładane, gwarantujące bezpieczeństwo. Będą raczej kreować domową rzeczywistość i dbać, żeby miała ona trwałe podstawy. Dążenie to bierze się wtedy z dziecięcych potrzeb, które kiedyś były zagrożone i wcale nie jest to takie dorosłe, jakby się wydawało.

Chociaż z zewnątrz wygląda to dość odpowiedzialnie.
Tak, to niby jest o dorosłości i odpowiedzialności, ale tak naprawdę chodzi o to, żeby stworzyć kontrolowaną bezpieczną przestrzeń, w której nie wydarzy się na przykład porzucenie. Ludzie często boją się odrzucenia, bo przeżyli je w dzieciństwie - realnie stracili rodziców albo mieli takich, którzy nie byli nimi zainteresowani lub byli uzależnieni od czegoś. Na emocjonalnym poziomie stracili poczucie oparcia, stabilności. I szukają tego w związku, znowu ryzykując utratę bezpieczeństwa.

Nie każdy szuka bezpiecznej przystani w związku.
Są też ludzie, którzy szukają przyjaciela z dzieciństwa, czyli osoby, z którą można uciekać z domu. On na przykład jest outsiderem, ona jest z przemocowego, alkoholowego domu, spotykają się i razem łażą po drzewach, biegają po łąkach. Ale to też jest cały czas dziecięce. Każde z nich rozumie to zranione dziecko w drugim. Ono jest wreszcie widziane, ma przyjaciela, z którym jest blisko. Związki oparte na takim uczuciu często są bardzo silne, lecz niekoniecznie zawsze łatwe. Osoby, które tęsknią za takim alternatywnym światem w stosunku do własnego niefajnego domu, mają romanse i wdają się w różne tego typu historie. Potrzeba połączenia się z „przyjacielem z dzieciństwa” jest silna. Takie spotkanie redukuje lęk i zmniejsza poczucie osamotnienia. Te relacje są o bezpieczeństwie, o byciu dziećmi, nie mają w sobie nic z realnego funkcjonowania związku. Kiedy pojawia się rzeczywistość, pojawiają się kłopoty. A ryzyko utraty takiego uczucia często jest rozpatrywane w kategoriach życia albo śmierci. Dziecięca płaszczyzna, na której ta historia się rozgrywa, oznacza wysoki poziom lęku i pustki w życiu, kiedy się traci takiego przyjaciela. Ludzie wpadają wtedy w depresje, tną się, mają próby samobójcze...

Reagują jak dziecko.
Jak zagrożone dziecko, które zostaje samo na świecie. Przyglądając się parom, można się zastanowić kto to jest - dzieci czy dorośli. Po drodze są jeszcze nastolatki, czyli związki, które mają charakter przygodowy, kiedy się razem zwiedza świat i łamie reguły. Taki związek różni się od poprzedniego tym, że jest trochę bardziej osobny. Tutaj głównie chodzi o wolność i robienie czegoś szalonego. Są zmienne nastroje, stawianie na swoim, jakaś funkcja przeżywania samotności. Ryzyko polega w tym przypadku wcale nie na szaleństwie, tylko „nieszaleństwie”. Związki nastolatków rozpadają się, kiedy przychodzi moment na rodzinę, dzieci, bo to dla nich mało atrakcyjny wzorzec.

Jeśli ktoś nie przeżył miłości w wieku nastoletnim, będzie szukał kogoś, kto się z nim zgra w tym klimacie. Na moment poczuje się głęboko zrozumiany w tej potrzebie i będzie miał wrażenie, że nikt go tak nie rozumie, że z nikim nie jest tak świetnie, i że wreszcie się odnalazł, i że to jest miłość jego życia. I rzuci wszystko, kupi motor, albo przyczepę kempingową, albo cokolwiek. Albo będzie włóczył się po pracy i ją zaniedba. Będzie robił rzeczy, które należą do tego czasu.

Jednak na tej płaszczyźnie jest mało przestrzeni na mówienie o swoich uczuciach, tu jest niebezpiecznie otwierać się za bardzo. Można mówić o swojej frustracji, złości, o tym jak inni są „niefajni” - słowem odreagowywać. Można mieć swoje światy, swoje tajemnice, podzielać ekscytacje, zachwyty. Poza tym wszystkim związki te są dużym źródłem konfliktów, bo każdy ciągnie w swoją stronę. Tak długo, jak długo ta wspólna ucieczka od życia jest realizowana, tak długo relacja się kręci. Ale kiedy tylko te potrzeby się rozchodzą, trudno jest rozwiązywać konflikty, które eskalują. Często jedna ze stron próbuje tak zmanipulować sytuację, żeby osiągnąć jakiś rodzaj kontroli czy przewagi i uzyskać to, czego chce. Jest to jakiś rodzaj uczuć, ale z perspektywy dorosłych ludzi, którzy się kochają, trudno to nazwać miłością. Nastolatka, która jest z nastolatkiem, niekoniecznie jest kobietą, która kocha mężczyznę. A ten nastolatek niekoniecznie jest mężczyzną, który kocha kobietę. Mówimy tu o związkach heteroseksualnych, ale te same mechanizmy dotyczą też związków tej samej płci.

Na czym polega różnica między nastolatkami a kobietą i mężczyzną, którzy kochają?
Z miejsca miłości zupełnie inaczej patrzy się na potrzebę, którą ktoś zgłasza. Staje się ona przedmiotem zainteresowania a nie kwestionowania. Poza tym, jeżeli ma się dostęp do tej pozycji, kiedy jest się dorosłą kobietą czy dorosłym mężczyzną, doskonale się wie, czy ta druga strona nas kocha czy nie. Z tego miejsca nie ma w ogóle zawahania - kobieta wie i mężczyzna wie. Nastolatki niekoniecznie - mogą się czarować, ściemniać, robić różne rzeczy. Jeżeli para kłóci się z miejsca nastolatków i jeżeli poprosi się te osoby, żeby na chwilę poczuły się kobietą i mężczyzną, którzy się kochają, ten konflikt radykalnie zmienia się w ciągu kilku minut. To jest zupełnie inne spojrzenie, zupełnie inna perspektywa.

Inne jest też ryzyko?
Jak mówimy o ryzyku, wszystko zależy, z jakiego miejsca doświadcza się relacji. Kiedy jestem dzieckiem, boję się, że stracę podstawę bezpieczeństwa albo jedyną przyjazną duszę i mój świat się rozpadnie. Gdy jestem nastolatkiem, ryzyko wiąże się z tym, że nie będzie tak, jak ja chcę. Chodzi o spełnianie pewnego wizerunku idealnej osoby czy związku. Kiedy potrzeby nie są zaspokajane, z miejsca nastolatków czuje się głównie złość i frustrację, a z perspektywy związku dzieci wywołuje to strach. Ludzie płaczą, cierpią, bo nie wydarza się to, czego by pragnęli i wtedy wydaje im się, że kochali tego kogoś. To jest bardzo łatwo pomylić - komuś, kto potrafi płakać, wydaje się, że potrafi kochać. Tymczasem jak się patrzy z perspektywy dorosłej osoby, która kocha, nie jest aż tak istotne, że nie dzieje się to, czego ja chcę. Mogę nawet nie być z tym kimś i tak go mogę kochać. Miłość nie przekłada się na to, czy ktoś robi to, co ja chcę czy też nie, czy ktoś jest wierny, czy nie.

To są raczej oczekiwania.
Tak. Choć to nie jest tak, że w tym nie ma też uczucia. Związki nastoletnie, wynikające z kompensacji braku, często są oparte na dominacji i uległości - w tej przestrzeni pojawia się zazdrość, chęć kształtowania partnera, żeby on jakiś był, dominowanie ekonomiczne, emocjonalne, seksualne. Można grać w pewien rodzaj gry, która sprawia, że ta druga osoba jest jakoś zależna. To jest zwykła polityka zapanowania nad partnerem po to, żeby robił tak, jak chcę.

Kiedy to się nie udaje, ludzie narzekają na siebie nawzajem, ale związek trwa. Nie są samotni, ktoś się plącze po domu. Natomiast jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek przeżył miłość, to wie, że to jest trochę co innego. Myślę, że ryzykiem jest popadnięcie w niedorosły rodzaj związku. Czyli jest to ryzyko niebycia w związku opartym na miłości. On nie jest już o podporządkowaniu, tam rangi nie grają tak dużej roli. To są zupełnie inne światy. Z perspektywy miłości ryzykiem jest utrata miłości a nie kontroli.

Jak dotrzeć do takiego dorosłego miejsca?
Mam wrażenie, że na każdym z etapów życia istnieje głęboka potrzeba przeżycia miłości - dziecko potrzebuje być kochane przez rodziców i potrzebuje kochać rodziców, musi też mieć kogoś, z kim jest blisko, coś w rodzaju miłości przedszkolnej i nastolatek także potrzebuje przeżyć swoją miłość. To są różne sposoby kochania. Gdy to się wydarzy, zwykle miłość transformuje się na wyższy poziom, bo poprzednie już się wypełniły i przestały być atrakcyjne. Pojawia się potrzeba miłości dorosłej na innej płaszczyźnie.

Jakiej?
Potrzeba bezpieczeństwa ustępuje wtedy potrzebie przynależności, czyli relacji. Jeśli nie potrzebuję już być w związku z potrzeby bezpieczeństwa, nie muszę kontrolować, manipulować, kłamać. Kiedy ludzie tego wszystkiego pilnują, nie ma już w nich przestrzeni, żeby otworzyć się na relację. Najczęściej z zewnątrz to wygląda tak, że osoby są razem, mają dzieci, robią razem różne rzeczy, jednak w fundamencie, na którym jest to zbudowane, jest wszystko, tylko nie miłość. Zazwyczaj ktoś funkcjonujący w tym paradygmacie dominacji i uległości będzie miał dwa rodzaje związków. Na przykład mężczyzna, którzy kontroluje i deprecjonuje swoją żonę, będzie miał kochankę lub kolejny związek z kobietą, która jest dominująca i będzie się do niej „modlić”.

Ta opozycja dominacji i uległości jest wewnątrz konkretnej osoby.
Tak, dotyczy psychiki i obie te wewnętrzne osoby potrzebują zewnętrznej relacji. To się rozgrywa też w sferze seksualności. Część osób uzależnia seksualnie drugą stronę lub działa na granicy przemocy seksualnej. Są też osoby, które szukają silnych w tym względzie partnerów i które chcą być uległe. Są różne gry seksualne, czarowanie, niedopuszczanie, uwodzenie. I warto mieć świadomość, że to właśnie słabi często mają dużą władzę nad silnymi. Jak się w to gra, ryzyko polega na stracie kontroli, co wywołuje poczucie lęku. Gdy się to dzieje, człowiek kontaktuje się z tym bazowym lękiem, na który relacja miała pomóc. Pytanie, na czym oparty jest taki związek. Kiedy w relacji nie jestem tylko ja, ale pojawia się też „my”, jest ona przeżywana zupełnie inaczej.

Trudno wyjść z polaryzacji, będąc w tych niedojrzałych relacjach. Może potrzebne jest bycie przez jakiś czas samemu?
Takie relacje podtrzymują wzorzec i bycie w płaszczyźnie lęku i realizowania potrzeby bezpieczeństwa. Osoby, które odnajdują tę potrzebę w sobie, nie muszą już szukać jej na zewnątrz. Bycie jakiś czas ze sobą jest jak najbardziej wskazane.

Ale wtedy robi się strasznie.
Strasznie się robi, jeśli nie ma się poczucia bezpieczeństwa w sobie. Jeśli zrezygnuje się z takiej relacji, która oparta jest na wzorcu dominacji i uległości, to niestety traci się to, że jest się cały czas czymś zajętym i nie ma się czasu myśleć, że się człowiek boi. Jak się to zostawi, pozostaje samo uczucie lęku i robi się strasznie. Jak się jest z tym strasznym czymś, trzeba zaakceptować to w sobie - że jest się słabym, śmiertelnym, podatnym na różnego rodzaju zranienia, choroby, trudności i w jakimś sensie też samotnym. To jest ludzkie. Rozwiązaniem tej sytuacji jest znalezienie w sobie tego miejsca, które jest delikatne. Dotknięcie tego najsłabszego elementu.

To też może być straszne, zwłaszcza na początku.
Ludzie się boją, jak się zaczynają do tego zbliżać. Ale jak poczują kontakt z tym, to ich to uspokaja. Pogodzenie się ze swoją słabością uwalnia z potrzeby kontrolowania. Bardzo dużo cierpienia bierze się z zaprzeczania temu delikatnemu, słabemu, wrażliwemu miejscu. Ale bez kontaktu z nim, nie jest możliwe poczucie szczęścia. Ci, którzy bronią się przed lękiem, mogą przeżywać zadowolenie, satysfakcję z odniesionego sukcesu. Różne rzeczy, ale uczucie szczęścia to nie jest. Ono jest specyficzne, wszechogarniające i jakoś pełne. Nie pojawia się z tego powodu, że coś się udało albo coś się zrobiło. Jeśli ktoś jest naprawdę szczęśliwy, przeżywa to również w kontakcie z tą wrażliwą częścią siebie. Trzeba ją przyjąć, pomieścić ją w sobie, nie bać się jej. Poczucie jej uwalnia z polaryzacji dominacji i uległości. Lęk bierze się z braku kontaktu z tym miejscem.

Jeśli się jest w stanie poczuć uczucia, które tam są, w jakimś stopniu przenosi to na inny poziom. Można przestać już różnymi postawami kontrolować swój mały wycinek rzeczywistości, czy to z miejsca z dziecka, czy nastolatka. Wtedy można wyjść z tego. Wtedy otwiera się przestrzeń, w której można poczuć, że się kogoś kocha, że się z kimś jest, że on istnieje, że on jest jakiś, że się go nie boi, że się jest go ciekawym, że można przeżywać bycie z tą osobą, a nie bycie obok niej i zastanawianie się, żeby ona tylko szła nam na rękę. Ona nie musi iść nam na rękę, nie chodzi też o to, żeby być grzecznym. Dorosłe relacje nie na tym polegają. Kiedy już się nie chroni tego delikatnego miejsca tak bardzo, wtedy czuje się wreszcie kontakt ze sobą i przestaje się czuć samotnym.

Najpierw trzeba samemu poczuć to miękkie miejsce, tak?
Zgodzić się z nim samemu, ale poczuć trzeba przy kimś. Z płaszczyzny lękowej wydaje się, że to jest najbardziej ryzykowna rzecz, jaką można zrobić. A z płaszczyzny relacyjnej jest to rzecz najbardziej bezpieczna. Jeśli jestem ze swoją wrażliwością i widać ją gołym okiem, nie muszę ściemniać. Nie muszę udawać, że tego nie ma ani przed sobą, ani przed kimś i wtedy mogę normalnie przy nim usiąść. Wtedy czuje się tę obecność, że się jest. Nie jest już tak, że część moich działań służy temu, żeby odwrócić uwagę od tego miejsca. Wtedy można być ze sobą. To otwiera zupełnie inne przestrzenie, jeśli chodzi o życie w relacji, o bycie w kontakcie. Pojawia się też dostęp do wszystkich innych uczuć - można się złościć, chcieć czegoś, ale chce się już inaczej. Wtedy złość nie jest już frustracją nastolatka, jest uczuciem samym w sobie. Paradoksalnie, otwierając to miejsce w sobie, człowiek czuje się dużo bardziej bezpieczny w relacjach niż w momencie, kiedy tego nie dopuszcza. To miejsce, wokół którego cała sprawa się kręci, niby jest najbardziej ryzykowne, ale tak naprawdę uwalnia od poczucia ryzykowania w relacjach.

I wtedy jesteśmy już w miejscu kobiety i mężczyzny?
Tak mi się wydaje. Zmienia się jakość, jest już inaczej. Wtedy, kiedy na przykład z kimś się nie zgadzamy, nie ma tego ciągnięcia w swoją stronę za wszelką cenę. Bardziej się widzi też tę drugą osobę, czego ona potrzebuje, dlaczego ona tego tak bardzo chce. To mnie zastanawia, ciekawi dlaczego jest to dla niej takie ważne. Z perspektywy miłości widzę i to, czego ja chcę i widzę to, czego ten ktoś chce. Ale nie ma już znaczenia kto wygra, ważne jest to, jak wspólnie rozwiążemy tą sprawę. Jak się kogoś kocha, nie ma innej opcji. Robi się to realna żywa potrzeba obydwu osób. Nie chodzi już o to, kto komu ulegnie, bardziej kto komu da się przekonać i nie wydarza się to na poziomie argumentów, tylko czucia, w którą stronę podążyć. W tym modelu nie bardzo można mówić o ryzyku, bo nawet jak się ludzie rozstają, to rozstają się, bo chcą się rozstać, a nie dlatego że ktoś kogoś oszukał, czy zdradził. To, co się dzieje w dorosłych relacjach, jest już dużo mniej sterowane przez stereotyp.

A takie ryzyko, że się przeżyje ból? Ono jest zawsze?
Zawsze. Ból jest. Kropka. On wiąże się z tym delikatnym miejscem, które najłatwiej jest zranić. Jednak, mimo najgorszych traum, które ludzie przechodzą w życiu, ono nigdy nie ginie. I tak gdzieś tam na dnie jest. Niezależnie z czym przychodzą ludzie do gabinetu psychoterapeutycznego, to miejsce zawsze daje się znaleźć. Zdolność do miłości nie zamiera. Myślę, że ta część w nas, choć wydaje się najsłabsza, jest jakoś niezniszczalna. Kiedy dotykamy tego wrażliwego miejsca, lęk już nie zarządza naszymi wyborami i percepcją.

Jest miłość albo lęk?
Trochę na to wychodzi. Oba te uczucia są udziałem nas wszystkich. I żadne z nich nie da się ocenić jako dobre czy złe, raczej chodzi o konsekwencje bycia w tych stanach. To się przekłada na związki - o czym innym są relacje w stanie lęku, o czym innym w stanie miłości. Ważna jest świadomość obu tych opcji, kiedy wiemy, że one są i wiemy, że można być w jednej, ale i drugiej. Z lękowej perspektywy zapomina się, że istnieje miłość.

Kwestia wyboru?
Dostęp do miejsca kochającej kobiety i kochającego mężczyzny poszerza perspektywę. Nie jesteśmy już przestraszonym dzieckiem czy nastolatkiem, jesteśmy w miejscu miłości, kiedy otwiera się więcej opcji, niż się nam wydawało wcześniej. Robi się ciekawiej, wychodzi się poza stare ramy, w których tak naprawdę było tylko kilka ruchów.

Z miejsca miłości rzeczywistość nie jest już tak przewidywalna.
To prawda, ale przez to bogatsza, piękniejsza. Poza tym można się dużo więcej dowiedzieć o sobie. Znajdujemy wtedy rozwiązania niemożliwe z miejsca lękowego.

Jak już wyjdziemy poza lękowe bieguny, okazuje się, że niewiele wiemy o sobie.
To jest bardzo ciekawe miejsce. Możemy stanąć naprzeciwko jakiejś osoby i zacząć iść w jej stronę. Co teraz? Teraz dzieje się to, co teraz jest. To, co czuję. Boję się? To się boję. Mogę być z tym lękiem, nie muszę udawać, że go nie mam, nie muszę się z niego tłumaczyć. I co ty na to?

No właśnie - co?
Ludzie boją się pokazać uczucia, ale druga osoba zazwyczaj reaguje bardzo dobrze. Jeśli ktoś naprawdę komunikuje to, co w tym momencie się z nim dzieje, nie chcąc osiągnąć żadnego rezultatu, to przemienia też partnera. Bo jak on teraz zacznie robić jakieś sztuczki, będzie zgrzyt.

Michał Duda psycholog, psychoterapeuta. Nauczyciel i superwizor w Instytucie Psychologii Procesu. 

  1. Seks

Brak seksu – jakie korzyści można czerpać z abstynencji seksualnej? Do czego kiedyś służyła?

Abstynencja seksualna, wstrzemięźliwość, tobiaszowe noce - temat znany od starożytności. Do czego służyły ludziom wyrzeczenia seksualne? Jak można ukierunkować tę potężną energię? (fot. iStock)
Abstynencja seksualna, wstrzemięźliwość, tobiaszowe noce - temat znany od starożytności. Do czego służyły ludziom wyrzeczenia seksualne? Jak można ukierunkować tę potężną energię? (fot. iStock)
W świecie przepełnionym seksem zwyczaje, które każą z niego rezygnować, wydają się dziwactwem, bawią, budzą lęk. Okazuje się jednak, że abstynencja seksualna ma swój sens!

Bawi nas dziś stary zwyczaj tobiaszowych nocy związany z wiarą w demony. Inny, wcale nieprzebrzmiały, syndrom dziwki i madonny budzi protest lub zdziwienie. Trudno zrozumieć współczesnemu człowiekowi celibat, bo uważamy, że rezygnacja z seksu niczemu nie służy. Tymczasem okazuje się, że to, co postrzegamy jako naiwne, mogło przynosić korzyści, to, od czego się odżegnujemy, dotyczy często i nas, a to, co uważamy za zbędne, może mieć głęboki sens.

Tobiaszowe noce - brak seksu, który przynosi korzyści

Biblijny Tobiasz umknął gniewowi demona Asmodeusza, powstrzymując się od seksu ze swą żoną Sarą przez kilka nocy po ślubie (Asmodeusz uśmiercił wcześniej jej siedmiu mężów, którzy powstrzymać się nie zdołali). Tobiaszowe noce oznaczają seksualną wstrzemięźliwość praktykowaną przez młodych małżonków podczas nocy poślubnej lub przez kolejne noce – różnie w różnych kulturach. Chrześcijaństwo wysoko ceni erotyczną ascezę.

Synod w Kartaginie w 398 r. jako okres wstrzemięźliwości ustalił noc poślubną, lecz z czasem obyczaj objął trzy noce – przy czym każda z nich była poświęcona kolejnej postaci z religijnego panteonu: Chrystusowi, Matce Boskiej i św. Józefowi. Na przykład w mitologii germańskiej spotyka się przekonanie, że prawo do dziewictwa kobiety ma bóstwo i to ono powinno podczas poślubnej nocy posiąść ją i zapłodnić, a zatem mąż musi poczekać przynajmniej przez tę jedną noc.

W Estonii i Persji wierzono z kolei, że podczas kilku pierwszych nocy po ślubie mężczyzna jest zagrożony – zazdrosne demony mogą go zabić, ponieważ kobiecość wiązana była ze złymi siłami, które nie chciały dobrowolnie oddać swej własności. Zdarzało się więc, że małżeństwo zaczynało uprawiać seks sporo czasu po ślubie. Zwyczaj „opóźnionego seksu” znany był także w Indiach i innych krajach Dalekiego Wschodu, lecz tu nie łączono go z lękiem, ale raczej z możliwością oswojenia się małżonków ze sobą.

– To był doskonały pomysł – uważa Katarzyna Platowska, psycholog i terapeuta. – Tym bardziej że małżeństwa były aranżowane i ślub zawierali ludzie, którzy nie mieli szans na wcześniejsze poznanie się. A kiedy dodatkowo kochankowie nie dysponują żadnym doświadczeniem, stosunek z reguły ma przebieg nieudany i jest dla obu stron rozczarowujący. Stopniowe oswajanie się partnerów ze sobą sprawia, że pojawia się między nimi więź, która złagodzi i osłodzi to rozczarowanie. Obcowanie bez seksu służyło stopniowemu budowaniu intymności, bliskości i zaufania, które sprawiało, że kobieta mniej bała się swego pierwszego razu.

W innych kulturach obyczaj nakazywał małżonkom leżeć obok siebie bez dotykania się i pieszczot. Czasem musieli kłaść między sobą coś, co ich rozdzielało, np. obnażony miecz. Ale nawet tak wstrzemięźliwa forma tobiaszowych nocy miała zdaniem psychologów swój sens. Służyła kumulacji napięcia seksualnego. Jeśli partnerzy muszą czekać, a potrzeba seksualna nie jest rozładowywana przez kolejne noce – rośnie. W efekcie, gdy już dojdzie do zbliżenia, będzie ono gwałtownym i niezapomnianym przeżyciem, nawet jeśli technicznie nie było majstersztykiem.

– Satysfakcja z seksu płynie nie tylko z faktu złapania króliczka, ale też pogoni za nim – mówi Platowska. – Tobiaszowe noce były rodzajem gonienia króliczka, dlatego gratyfikacja była potem większa.

Szacunek dla bóstwa, które ma prawo do dziewictwa kobiety czy poświęcanie kolejnych nocy świętym, nadawał małżeńskiemu seksowi specjalnego znaczenia.

– To połączenie ziemi z niebem, pierwiastka cielesnego z duchowym – tłumaczy psycholog. – Ofiara dla bóstw nadawała innego wymiaru współżyciu małżeńskiemu – zmieniała je ze zwykłej kopulacji w wydarzenie o duchowym wymiarze.

Abstynencja seksualna - triumf woli nad biologią

Celibat? Przed oczyma jawi się wizerunek kapłana w sutannie. Asceza – wyobraźnia przywołuje postać półnagiego jogina poskręcanego w dziwnej pozycji. I słusznie. Celibat, czyli bezżeństwo, rezygnacja z życia seksualnego, rzeczywiście jest częstym wymogiem stawianym wobec duchownych różnych formacji religijnych. Dotyczy księży katolickich, ale zobowiązani do niego byli też kapłani wielu innych wiar, np. wyżsi rangą mnisi i mniszki buddyjskie, westalki w starożytnym Rzymie, kapłani bogini Demeter, wróżbitki z Delf itp. Decyzję o życiu w czystości świadomie podejmowali też ludzie świeccy – w XIX w. prawie jedna trzecia ludności buddyjskiej żyła w celibacie – bardziej skupiona na życiu duchowym niż ziemskim poszukiwaniu przyjemności.

W wielu kulturach szamani i czarownicy decydowali się na czasową abstynencję seksualną, by wzmocnić dar przewidywania przyszłości albo wejść w lepszy kontakt ze światem duchowym; także w konfucjonizmie z okazji ważnych świąt zachowuje się do dziś wstrzemięźliwość płciową.

– Z życia płciowego rezygnowali przedstawiciele kultur, które większą wagę przykładały do spraw ducha niż spraw ciała – uważa Platowska. – Nie chcieli zaprzątać sobie głowy sprawami przyziemnymi, energię kierowali ku wyższym rejonom. Człowiek uprawiający seks jest rozbudzony i myśli o seksie, postrzega rzeczywistość pod kątem seksu: widzi miejsca, które mogłyby służyć uprawianiu seksu, jego wzrok przyciągają ozdabiające ciało detale. To, co nam chodzi po głowie, manifestuje się częściej w świecie zewnętrznym. Celibat i seksualna asceza to triumf woli nad biologią.

Nie zawsze abstynencja seksualna musi mieć związek z religią. Są takie chwile, kiedy rezygnacja z seksu wydaje się czymś naturalnym. Doświadczają tego ludzie, którzy są w coś zaangażowani całą duszą: tworzą, piszą, malują albo okrążają świat na jachcie. Kiedy ogarnia ich pasja, liczy się tylko ona, seks wypada poza krąg zainteresowań, znika reszta świata. Także wielu sportowców zachowuje wstrzemięźliwość płciową przed ważnymi rozgrywkami, by utrzymać koncentrację na tym, co w danym momencie najważniejsze.

– Ważna jest dobrowolność rezygnacji z seksu i świadomość tej decyzji – tłumaczy Platowska. – Jeśli seks jest tłumiony, może „wypłynąć” w najmniej odpowiednich monetach. Ale ktoś dobrowolnie wybierający celibat i świadomy, jakie są tego konsekwencje, może wykorzystać ascezę do swojego rozwoju. W kontekście religijnym można ją porównać z postem: wyrzeczenia czemuś służą, otwierają nasze wewnętrzne oko na sposób funkcjonowania świata i nas samych, pozwalając sięgać do głębi różnych zjawisk.

Ekonomia sprawiła, że w Polsce okresowo celibat praktykuje dziś wielu! Statystyki podają, że kilkaset tysięcy Polaków wyjechało za granicę w poszukiwaniu pracy. Większość z nich zostawiła w kraju rodziny. Zarówno osoba, która wyjechała, jak i ta, która pozostała, decyduje się na życie w celibacie (oczywiście przy tym, że zakładamy wierność małżeńską).

Syndrom dziwki i madonny, a brak seksu w małżeństwie

Idealizowanie ukochanej osoby jest romantyczne i piękne, ale... do pewnych granic. Człowiek dotknięty syndromem dziwki i madonny przekracza te granice, idealizuje ukochaną do tego stopnia, że ją całkowicie odrealnia. Stawia na piedestale, wynosi na ołtarz, kocha, podziwia, wielbi i... nigdy jej nie dotknie. Mężczyzna nie chce i nie może podejść do niej na tyle blisko, by zobaczyć, że jest zwykłą śmiertelniczką.

– Syndrom dziwki i madonny sprawia, że człowiek dzieli kobiety na dwie kontrastowe kategorie: święte i ladacznice, madonny i dziwki – tłumaczy Platowska. – Z tymi pierwszymi seksu uprawiał nie będzie, bo są na to za czyste, idealne, święte. Co więcej, może się okazać, że bardzo kocha swoją wybrankę, ale w intymnej sytuacji nie będzie mieć erekcji. Z tymi drugimi będzie mógł się kochać, ale nie będzie ich szanował, nie będzie chciał takiej kobiety za stałą partnerkę.

Psychologowie uważają, że syndrom ten ma funkcję obronną: wymuszają go nieuświadomione lęki spowodowane przeżyciami z wczesnego dzieciństwa; przeżyciami, które otarły się o molestowanie seksualne lub inne emocjonalne nadużycia. Dotknięte nim osoby nie chcą łączyć bliskości emocjonalnej i seksualnej, unikają kontaktu z bolesnymi wspomnieniami.

– Taki człowiek deklaruje, że bardzo kocha żonę, ale rzadko lub bardzo rzadko z nią współżyje (czasem wcale), natomiast korzysta z usług prostytutek. Dla dotkniętego syndromem dziwki i madonny jest to jak najbardziej logiczne: nie potrafi postrzegać seksualnie osoby, z którą łączy go więź emocjonalna, ale bez większego trudu wchodzi w niezobowiązujące, oparte tylko na seksie przygody – tłumaczy psycholog.

Uważa, że seks jest czymś brudnym, raniącym i złym, nic więc dziwnego, że wierzy, że nie można uprawiać go z kimś kochanym, bo to go kala, obraża. Do seksu nadaje się tylko ktoś, kogo się nie ceni, nie szanuje i kim można gardzić. To klasyczny przypadek dotyczący pewnej grupy ludzi dotkniętych bolesnymi doświadczeniami. Ale cząstka syndromu dziwki i madonny, wyrażana w łagodniejszej formie, ujawnia się w wielu związkach. Nie dotyczy seksu w ogóle, lecz na przykład pewnych jego obszarów. Znakomitym przykładem jest postać grana przez Roberta De Niro w „Depresji gangstera”. W pewnym momencie wyznaje swojemu terapeucie, że wybiera się do burdelu, bo ma ochotę na seks oralny. Terapeuta pyta, dlaczego nie zrobi tego ze swoją żoną, na co De Niro z oburzeniem odpowiada: „Zwariowałeś? Przecież ona potem całuje moje dzieci!”.

– Wielu mężczyzn uważa, że pewnych rzeczy nie robi się z własną żoną – dodaje Platowska. – Nie dlatego, że ona odmawia np. seksu analnego czy oralnego. On jej tego nawet nie proponuje, bo takie zachowania seksualne z kobietą „szanowaną” nie mieszczą się w jego systemie wartości.

Izolowaniu się od kobiety, z którą się uprawia seks, sprzyja jeszcze jedno zjawisko: lęk kastracyjny. Taki pierwotny lęk od tysięcy lat budzi w mężczyźnie partnerka seksualnie wyzwolona i żyjąca w zgodzie ze swoimi potrzebami. Mężczyźni boją się, że przy takiej kobiecie stracą swoją męskość. Erotycznie wyzwolona kobieta budzi w nich niepewność, uosabia pierwotny mit o pochwie pochłaniającej członek. Nieskrępowana kobieca seksualność zagraża męskiej, zwłaszcza gdy facet ma niskie poczucie własnej wartości albo nie jest tak wyzwolony. A w naszych czasach – obyczajowych i społecznych przemian – o niepewnych swej roli i pozycji mężczyzn nietrudno…

  1. Seks

Problemy seksualne kobiet – skąd się biorą?

Seksualność jest na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. (Fot. iStock)
Seksualność jest na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. (Fot. iStock)
Do niedawna seksualność kobieca w społeczeństwie była tematem tabu. Kobietom nie przysługiwało prawo do czerpania radości i satysfakcji z seksu, do osiągania orgazmów czy zmiany partnerów seksualnych. Seks był tematem, o którym porządna, szanująca się kobieta nie powinna mówić. Dziś słowo seks pojawia się na większości okładek prasy dla kobiet. Wraz z wyzwoleniem kobiecej seksualności, zaczęto mówić o trudnościach, jakie w tej sferze się pojawiają. Trudnościach po części wynikających z wpływu przeszłości negatywnie traktującej seksualność kobiety, po części związanych z innymi czynnikami.

Wyzwolone kobiety pragną czerpać radość z seksu, okazuje się jednak, że przyzwolenie na przyjemność nie zawsze wystarcza do tego, by prowadzić satysfakcjonujące życie seksualne. Z tego powodu do gabinetu seksuologa zgłasza się wiele kobiet, cierpiących z powodu różnych dysfunkcji seksualnych, pragnących zmienić swoją sytuację.

Najczęstsza dysfunkcja seksualna, którą zgłaszają kobiety to brak lub utrata potrzeb seksualnych. Kobieta cierpiąca na to zaburzenie nie odczuwa chęci odbywania stosunków seksualnych, często pomimo tego, iż ma partnera, którego kocha i z którym chciałaby współżyć. Niektóre kobiety twierdzą, iż nigdy nie czuły potrzeb seksualnych. Są też takie, u których utrata libido pojawiła się nagle na pewnym etapie życia. Ta sytuacja często powoduje u nich cierpienie i obawy o to, że niezaspokojony seksualnie partner opuści je i znajdzie kobietę, która spełni jego oczekiwania.

Bolesność narządów płciowych podczas współżycia, zwana dyspareunią, to kolejna trudność, z którą borykają się kobiety. Ból bywa tak silny, że uniemożliwia odbycie stosunku, pomimo ochoty na seks i pojawiającego się podniecenia. Dyspareunii często towarzyszy pochwica, polegająca na silnym zaciśnięciu mięśni okołopochwowych, uniemożliwiającym wprowadzenie penisa, a czasem nawet palca do pochwy.

Problemy seksualne zgłaszają również kobiety, które mają ochotę na seks, czują podniecenie i nie odczuwają bólu podczas współżycia. Pomimo tego z jakichś przyczyn nie potrafią czerpać przyjemności z seksu oraz nie są wstanie osiągnąć orgazmu.

Skomplikowana i zawiła seksualność kobieca powoduje, iż odkrycie przyczyny ich trudności bywa bardzo trudne. Z tego też powodu seksuolog nierzadko musi przeprowadzić bardzo dogłębną analizę problemu. Wiele pacjentek, udających się do gabinetu seksuologa idzie tam z nadzieją, że dostanie cudowną pigułkę, która je wyleczy. Niestety nie jest to takie proste. Zaburzenia seksualne u kobiet zdecydowanie częściej pojawiają się na tle psychologicznym niż biologicznym. Te drugie mogą wiązać się z niektórymi chorobami, takimi, jak cukrzyca, nadciśnienie, zaburzenia hormonalne czy choroby neurologiczne oraz przyjmowaniem niektórych leków. Czynniki psychologiczne natomiast mogą dotyczyć bardzo wielu obszarów. Brak ochoty na seks często spowodowany jest problemami w relacji z partnerem. Na kłótnie i nieporozumienia z mężczyzną kobieta bardzo często reaguje utratą zainteresowań seksualnych. Jeżeli nieporozumienia są przejściowe, zostają w odpowiedni sposób rozwiązane i nie pozostawiają urazy, ochota na seks z partnerem powraca. Jeśli jednak partnerzy nie mogą się porozumieć i nie potrafią ze sobą rozmawiać, żal i pretensje do partnera mogą stale obniżać zainteresowanie seksem. Jeśli dodatkowo kobieta w takiej sytuacji będzie kochać się z mężczyzną „na siłę”, co nie przyniesie jej przyjemności, niechęć może się utrwalić.

Szalenie istotne jest również postrzeganie swojego ciała przez kobietę. Jeżeli ma niską samoocenę, nie akceptuje swojego wyglądu i nie lubi siebie, prawdopodobnie trudno będzie jej czerpać przyjemność z życia seksualnego. Seksualność jest natomiast na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. Dlatego nie bójmy się mówić otwarcie o tak ważnym elemencie życia i w razie potrzeby prośmy o pomoc.

  1. Seks

Fantazje seksualne – czego o sobie nie wiemy?

Wszyscy fantazjujemy o seksie. Często nie wiemy jednak jak odczytać te fantazje. Co znaczą? O jakich potrzebach informują? (Fot. iStock)
Wszyscy fantazjujemy o seksie. Często nie wiemy jednak jak odczytać te fantazje. Co znaczą? O jakich potrzebach informują? (Fot. iStock)
Fantazjujemy o seksie. Wszyscy. To już nie jest tabu. Dziś zastanawiamy się raczej, czy wszystkie fantazje należy wcielać w życie. – A może niektóre lepiej pozostawić tylko w sferze marzeń, ale spróbować odczytać ich rzeczywisty przekaz – zastanawia się seksuolog i psychoterapeuta Andrzej Gryżewski.

Czy trzeba realizować seksualne fantazje, by poczuć się spełnioną jako kobieta?
Powiem zdecydowanie – na pewno nie wszystkie fantazje warto realizować, a już z pewnością nie należy robić tego dosłownie. I dotyczy to nawet tych marzeń, które wydają się całkiem niewinne. Jeden z moich klientów od dziesięciu lat fantazjował o… fryzjerkach. Wyobrażał sobie, że przychodzi do salonu, a tam miła pani ciepło się do niego uśmiecha, zaczyna go dotykać, masować – najpierw głowę, potem całe ciało. To była jego superfantazja, przy której onanizował się przez lata, kiedy był sam. Ale od trzech lat jest w stałym związku i kryzys w nim pojawił się właśnie z powodu owej fryzjerki. Partnerka wypytywała go bowiem tak długo, aż opowiedział, co mu chodzi po głowie. No i trafili do mnie, bo ona postanowiła urzeczywistnić jego fantazję! Pewnego dnia pojawiła się w drzwiach w kusym fryzjerskim fartuszku z nożyczkami w ręku. Jednak to kompletnie nie zadziałało, jej partner nie był ani trochę bardziej podniecony. Próbowała więc kolejny raz i kolejny…

Domyślam się, że nadal nic z tego?
Dokładnie tak. Zraniona uznała więc, że nie jest dla swojego partnera tak atrakcyjna i pociągająca jak fryzjerka z jego fantazji, choć nie miała do wyciągnięcia takiego wniosku żadnych podstaw, bo ich seks był udany. Bez fajerwerków, ale udany. Jednak to jej nie wystarczało. Próba realizowania jego fantazji doprowadziła do kłótni.

I zapewne ten mężczyzna wcale nie rozumiał dlaczego.
Nic nie rozumiał. Przecież wcześniej wszystko było między nimi w porządku. Czuł się więc zagubiony i oszukany, był zły, bo za szczerość spotkała go kara. Na kolejną sesję zaprosiłem więc tylko jego. I co się okazało? Przypomniał sobie, że przed dziesięcioma laty, kiedy był tuż po rozwodzie i czuł się bardzo samotny, trafił do salonu fryzjerskiego, w którym natknął się na wyjątkowo ciepłą, delikatną i bardzo czułą fryzjerkę. Przez 40 minut z pietyzmem przycinała jego włosy. Zrobiła mu też wspaniały masaż głowy. A on bardzo potrzebował czułego dotyku.

Czyli o ciepło, a nie o seks mu w tych fantazjach chodziło?
No właśnie! Fryzjerka była dla niego symbolem czułości, zainteresowania. Ale jego partnerka nie odkryła tego, co skrywała w sobie ta fantazja. Poszła za własną wizją tego, kim może być kobieta z salonu fryzjerskiego: kusicielką, wyuzdaną kochanką…

Zupełnie się ich fantazje rozminęły…
Fantazje partnera warto traktować jak tajemnicze wagony – nigdy nie wiadomo, co jest w nich ukryte. W wagonie do przewozu węgla można odnaleźć porcelanę. W cysternie, w której my przewozilibyśmy mleko, ktoś może przewozić zielony groszek. Tu bardzo łatwo o pomyłkę, błędną interpretację. Jak choćby w przypadku mojego innego klienta, który był przekonany, że skoro jego partnerka przyznała się do fantazji o Afrykaninie, to zapewne chodzi jej o wyjątkowo bogate męskie wyposażenie i supersprawność. Pomyślał nawet, że wie, skąd u jego partnerki taka fantazja. Pamiętał bowiem, że podczas wycieczki do Kenii zdarzyło jej się zapatrzyć na jednego z miejscowych mężczyzn. Dlatego przez kilka miesięcy wsmarowywał jakieś maści kupione w Internecie, które rzekomo miały wydłużyć jego członek. Kolejny pomysł, na jaki wpadł, to kupienie prezerwatyw w kolorze czarnym i specjalnych nakładek powiększających obwód członka. Jego żona zareagowała frustracją, bo za jej fantazjami kryło się tylko pragnienie, by ich seks był mniej przewidywalny. Afrykanin był dla niej symbolem zaskoczenia, różnorodności, dla niego – ogromnego męskiego przyrodzenia.

Kompleksy kazały mu w ten sposób zinterpretować fantazję partnerki?
Zapewne tak. Zdarza się też, że fantazje prowadzą do manipulowania partnerem. Miałem klienta, który chciał zdradzić żonę, ale nie potrafił się przełamać – tak po prostu zdecydować się na skok w bok – bo w gruncie rzeczy był monogamistą. Wymyślił więc, że podzieli się z partnerką swoją fantazją o swingowaniu. Potem namówił ją, by razem z nim poszła do klubu dla swingersów, a w końcu żeby to ona pierwsza zdradziła jego. To da mu prawo, by także dopuścić się zdrady! Długo przekonywał żonę, aż w końcu stało się! Kilka tygodni później trafił do mnie… z objawami stresu pourazowego. Za każdym razem, kiedy zamykał oczy, widział swoją partnerkę z tamtym mężczyzną. Realizowanie takiej fantazji jest jak wrzucenie granatu do pomieszczenia – nie wiadomo, kto przeżyje. Trzeba bardzo uważać.

Chyba podobnie trzeba uważać, kiedy mowa o fantazjach związanych z gwałtem. Czy kobiety opowiadają o nich swoim partnerom?
Czasem tak, co też zazwyczaj kończy się nieporozumieniem. Scenariusz po takim wyznaniu zazwyczaj wygląda mniej więcej tak: ona akurat gotuje obiad i nie jest w humorze, bo miała ciężki dzień w pracy. On zakrada się i zadziera jej sukienkę, by nagle uprawiać z nią seks. Penetrować. Ona jest wściekła, ma pretensje, bo czuła się zgwałcona. A on nic nie rozumie, przecież o to jej właśnie chodziło, tymczasem słyszy od partnerki, że wcale nie o to.

To czego ona chciała?!
Gwałt to tylko symbol. Ona chce, żeby on przejął inicjatywę, ale kiedy trafią do łóżka, do sypialni! Chce, żeby był męski, czyli stanowczy, dynamiczny, żeby wziął odpowiedzialność za seks, za klimat, za technikę, żeby ona mogła się poczuć swobodnie. A więc żeby działał z większą pewnością siebie, ale brał jednocześnie pod uwagę jej uczucia.

Są kobiety, które decydują się na operację powiększania piersi, gdy partner przyzna, że fantazjuje o kobietach z dużym biustem. Czy ich wysiłek ma jakiś sens?
Mężczyźni fantazjują o kobietach z wielkimi piersiami, bo te kojarzą im się z obfitością. Ale nie obfitością ciała, a obfitością czułości, zrozumienia. Czyli o kobietach, które są kochankami, ale też – jak mawia profesor Zbigniew Lew-Starowicz – mamami bis. Znowu więc nieporozumienie. Mam klientkę, która poszła tą błędną drogą interpretacji. Powiększyła sobie piersi, i to dwukrotnie, bo po pierwszej operacji on przyznał, że dalej fantazjuje o kobietach z jeszcze większym biustem. Jednak i to nie ożywiło ich związku. Tragizm tej sytuacji polega na tym, że zgłosiła się do mnie, kiedy wykonała już serię innych zabiegów. Pomyślała, że skoro jej partner ogląda pornografię, a tam kobiety mają wycięte wargi sromowe, żeby ich narządy wyglądały jak te u 16-latek, to ona także musi mieć takie. Ale i to nie zwiększyło częstotliwości uprawiania przez nich seksu. Więc znowu – jak aktorki w filmach porno – wybieliła sobie odbyt. Potem jeszcze zdecydowała się na ostrzyknięcie łechtaczki i punktu G kwasem hialuronowym.

Szaleństwo!
A problem leży zupełnie w innym miejscu. Ona jest jak lodowiec, ma charakter zadaniowy. A on potrzebuje kobiety ciepłej, czułej, opiekuńczej. On chciałby, żeby żona kokietowała – kusiła wzrokiem, gestem, słowem. A ona? Wbiega do mieszkania w stukających szpilkach i wydaje polecenia: „Seks o 21, wcześniej kolacja przy świecach, a teraz opowiedz, co się dziś działo!”. Tymczasem bliskość to ciepła i uważna rozmowa, a nie suche raportowanie, warto o tym pamiętać. Ono jest bardzo skuteczne w biznesie, ale w związku dla niektórych to katastrofa.

Czyli pod każdą fantazją, nawet tą o biuście, skrywa się jakiś „podspód”?
Tak. I ten „podspód” zwykle bardzo różni się u niej i u niego. I stąd ten ciągły zgrzyt, gdy decydują się dosłownie realizować swoje fantazje... Opowiem jeszcze o klientce, która powiedziała partnerowi, że fantazjuje o mężczyźnie, który potrafi uczynić seks bardziej lekkim i frywolnym. A on, jak to facet, naoglądał się komedii i komików klasy B i zaczął ją traktować jak młodszą siostrę. Wygłupiał się: wysypał ryż pod prześcieradło po jej stronie łóżka, innym razem pod jej jasiek podłożył prukającą poduszkę… Co ona na to? No, nie nabrała ochoty na seks! Chciała w łóżku lekkości i uśmiechu, a nie partnera z gimnazjum! Dlatego kiedy już decydujemy się opowiadać o swoich fantazjach, nie zostawiajmy partnerowi miejsca na domysły. Opatrzmy je solidnym komentarzem, bo tylko właściwie odczytane fantazje doprowadzą do spełnienia i radosnego przeżywania seksu, a nie do gabinetu seksuologa.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Orgazm na emeryturze

Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci. (Fot. iStock)
Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci. (Fot. iStock)
Młodzi obsadzają cię w roli babci, a ty wciąż masz wielki apetyt na życie i seks? Nie musisz przechodzić na erotyczną emeryturę! Możesz mieć orgazm za orgazmem, bo dopiero teraz wiesz, jak go osiągnąć i poczuć jego prawdziwy smak.

Pamiętacie tę scenkę z serialu „Seks w wielkim mieście”, kiedy zrozpaczona Samantha oświadcza koleżankom, że straciła orgazm? Carrie próbuje ją pocieszyć, że czasami po prostu się nie udaje. „Mnie się zawsze udaje” – ucina Samantha i nawet nie chce słuchać zapewnień przyjaciółki, że pewnego dnia orgazm znów się pojawi. Tymczasem Charlotte dolewa oliwy do ognia: „Czytałam artykuł o kobiecie, która miała orgazm za każdym razem. I nagle… Przestała mieć. Na dobre. Po prostu zużyła cały swój zapas”.
Myślicie, że jest jakiś limit orgazmów, które przysługują nam na całe życie? Że w „pewnym” wieku zostają nam już tylko wspomnienia?

Rozkosz bez limitu

Kiedyś byłam w kinie na filmie „Lepiej późno niż później”. Podczas sceny, w której Jack Nicholson i Diane Keaton uprawiają seks, usłyszałam rozmowę pary siedzących obok 20-latków: „To w tym wieku jeszcze uprawia się seks?!”. No cóż…

– Młodzi często uważają, że w pewnym wieku seks trzeba odłożyć na półkę, a zająć się plewieniem ogródka lub opieką nad wnukami – uśmiecha się Violetta Nowacka, specjalistka od edukacji seksualnej, psycholożka prowadząca poradnię SELF Przyjazne Terapie w Poznaniu. I uspokaja: – Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci.

Na dowód przytacza dane: 41 proc. emerytów deklaruje, że regularnie uprawia seks, a 15 proc. robiłoby to, gdyby tylko miało partnera. Co czwarty mężczyzna po siedemdziesiątce jest sprawny seksualnie, a większość kobiet po pięćdziesiątce ma ochotę na seks. I choć Jacek Cygan pisał: „Za młodzi na sen, za starzy na grzech”, kobiety mają inne zdanie na ten temat. Przykłady?Jane Fonda: „Mam 74 lata i nigdy wcześniej moje życie seksualne nie było równie satysfakcjonujące. W młodości krępowało mnie tyle obaw – nie wiedziałam, czego pragnę”.
Nasze krajowe gwiazdy, kobiety energiczne i zachłanne na życie, tylko potwierdzają, że seks po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce czy siedemdziesiątce jest najlepszy w całym życiu. „Może być lepszy niż po dwudziestce, bo już nie trzeba się niczego bać, wstydzić. Daje tylko radość. Wreszcie kobieta nie musi się denerwować, że zajdzie w ciążę. Może też puścić wodze fantazji, bo nie uprawia seksu z obcym mężczyzną, tylko z tym, komu ufa i komu może wszystko powiedzieć. Nie należy opowiadać bzdur, że w pewnym wieku seks nie ma już znaczenia” – mówi Bożena Dykiel. Podobnego zdania jest Urszula Dudziak: „Myślę, że dla kobiety najlepszy czas zaczyna się po menopauzie. Nawet seks smakuje wtedy lepiej. Seks uzdrawia i utrzymuje nas w dobrej formie. Dzięki niemu jesteśmy młodzi, piękni i radośni. Jest on integralną częścią naszego szczęścia. My mamy fantastyczny seks i czuję, że to się chyba nigdy nie skończy”.

Ale po co nam ten orgazm?

„Bez męskich orgazmów nie byłoby dzieci” – zauważają Annika Sommerville i Lisa Williams, autorki książki „Dużo orgazmów proszę”. „Mężczyźni potrzebują ich do prokreacji; gdyby seks był dla nich nudny, doprowadziłoby to do spadku liczby narodzin, a w efekcie do wymarcia ludzkiego gatunku”. Może dlatego przez wieki utarło się, że mężczyźnie orgazm się po prostu należy. Sami panowie traktują zresztą swój orgazm jako coś oczywistego. W dodatku mogą zostać ojcami nawet w późnym wieku, kiedy bardziej przypominają dziadka niż ojca dziecka.

A po co kobiety doznają seksualnej rozkoszy? I to w dodatku w dekadzie życia, w której nie mamy ani szans, ani nawet ochoty na potomstwo, bo menopauza pozbawiła nas tej możliwości. Może po to, żebyśmy czuły się bardziej atrakcyjne? Bo przecież kobieta podczas szczytowania jest niezwykle podniecająca. „U kobiet orgazmy są seksowne – zarówno dla nich, jak i dla ich partnerów” – twierdzą autorki książki. Przekonują, że kobiety, które mają orgazmy, a zatem udane życie seksualne, lepiej śpią, mają wyższe poczucie własnej wartości, są bardziej zadowolone z siebie i swojego życia oraz mają więcej energii, która napędza je do działania. Naukowcy podkreślają, że kobieca satysfakcja seksualna to prawdziwa tabletka na szczęście. „Orgazm poprawia jakość snu, pomaga zachować młody wygląd, a jeśli osiągasz go podczas seksu z partnerem, to wzmacnia waszą więź” – piszą Sommerville i Williams. Radzą więc: „Kiedy się czujesz zestresowana, wyczerpana i potrzebujesz czasu dla siebie, może warto dać sobie orgazm, zamiast robić zakupy online, obsesyjnie przeglądać Internet albo przesiadywać na Pudelku”.

Violetta Nowacka przytacza badania przeprowadzone na Rutgers University w USA, z których wynika, że aktywność seksualna trzyma nas w dobrej formie do późnej starości. „Seks i orgazm sprawdzają się w leczeniu bólu – zastępują dwie tabletki aspiryny, łagodzą schorzenia reumatyczne, przewlekłe bóle artretyczne, wzmacniają mięśnie całego ciała, dzięki czemu stajemy się bardziej elastyczne i odporne na zmęczenie. Poza tym podczas seksu spalamy prawie tyle kalorii, ile podczas joggingu, co w pewnym wieku, kiedy spada metabolizm i łatwo o dodatkowe kilogramy, jest nie bez znaczenia” – czytamy w „Dużo orgazmów proszę”. Co więcej, charakterystyczna dla wieku pomenopauzalnego u kobiety atrofia ścianek macicy postępuje wolniej, gdy regularnie uprawia ona seks.

A co, gdy orgazmu nie ma?

Orgazmu na długie lata pozbawił kobiety Zygmunt Freud, który uważał, że orgazm łechtaczkowy jest mniej wartościowy. Kobiety, które tylko w ten sposób potrafiły osiągnąć przyjemność (a jest to znacząca grupa), uważały więc, że prawdziwego orgazmu osiągnąć nie potrafią. Teoria Freuda, jak wiele innych, została w końcu obalona, a orgazm łechtaczkowy zyskał pełnoprawną wartość. O przewadze łechtaczki nad penisem napisali też Sylwia Jędrzejewska i Andrzej Depko w najnowszej książce „Kobiety, które pragną bardziej”. Przekonują: „Kobiece ciało jest wyposażone w narząd służący wyłącznie do dostarczania przyjemności seksualnej. To łechtaczka. Mężczyźni takiego narządu nie posiadają. Penis niestety nie jest narządem, którego można zazdrościć. W pewnym momencie aktywności seksualnej staje się niewydolny, niejednokrotnie rozczarowuje partnerów, podczas gdy łechtaczka zawsze jest gotowa dostarczać właścicielce przyjemności i tak łatwo się nie męczy. To narząd posiadający osiem tysięcy połączeń włókien nerwowych – penis ma ich o połowę mniej”.

Dziś ocenia się, że tak naprawdę jedynie mniej niż 5 proc.kobiet nie jest w stanie osiągnąć orgazmu. Autorki książki „Dużo orgazmów proszę” zapytały kobiety o to, dlaczego nie miały w ostatnim roku orgazmu podczas seksu ze swoim partnerem. Aż 41 proc. wyznało, że podczas seksu myśli głównie o tym, że źle wygląda (jest za gruba, za duża, ma za małe piersi albo za duży brzuch). To sprawia, że – skupione na swoich deficytach i wadach – nie potrafimy czerpać satysfakcji z seksu. „Jako kobiety jesteśmy wychowane w przekonaniu, że nasza wartość seksualna, i nie tylko, jest oparta na wyglądzie” – argumentują autorki. Tymczasem dojrzałość przynosi większy luz. I choć nasze ciała nie wyglądają jak 30 lat temu, to już wiemy, że to nie ma znaczenia. „Stajemy się odważniejsze, bo co niby mamy do stracenia? Mam obwisłą skórę, no i co? On też” – twierdzi Jane Fonda.

Według tych samych badań 40 proc. kobiet nie osiągnęło orgazmu z powodu pośpiechu i ograniczenia czasowego, a 31 proc. dlatego, że nie potrafiło powiedzieć partnerowi, co tak naprawdę sprawia im w łóżku największą przyjemność. I tu też dojrzałość ma przewagę. „Starsi ludzie mogą być seksowni i świetnie się bawić w łóżku” – piszą Sommerville i Williams. „Teoretycznie, gdy osiągamy ten wiek, kiedy człowiek zaczyna wzdychać: »O, jak miło sobie posiedzieć«, i nie musi dłużej udawać, że lubi festiwale muzyczne, powinniśmy już znać swoje ciało na wylot. Wiemy, czego oczekujemy od partnera”. W młodości godziłyśmy się na kiepski seks, a nawet udawałyśmy orgazm, żeby nie zrobić mu przykrości, teraz możemy robić to, na co mamy ochotę. W dodatku znikają problemy młodości – dzieci za ścianą, rata kredytu do zapłacenia, szef, który w pracy wylał na nas swoje frustracje. Jest jeszcze jeden powód, dla którego seks po menopauzie daje nam już tylko radość – znika lęk, że zajdziemy w niepożądaną ciążę.

Czy można mieć za dużo orgazmów?

Podobno im więcej, tym lepiej. W dodatku kobiety mogą mieć orgazm wielokrotny, czyli podczas jednego stosunku potrafią szczytować kilka razy. To nasza przewaga nad mężczyznami – podczas gdy oni mają zwykle jeden, i na tym koniec (wyjątkowo dwa), my możemy mieć kaskadę orgazmów. I to aż do późnej starości. Kolejna różnica między nami – co zauważają Sommerville i Williams – mężczyźni z wiekiem coraz rzadziej miewają orgazmy, ale kobiety z roku na rok się rozkręcają. Na dowód przedstawiają badanie, w którym poddano wieloletniej obserwacji 800 pań. I co się okazało? Że połowa kobiet po osiemdziesiątce doświadcza satysfakcji seksualnej za każdym lub prawie każdym razem. Co więcej, okazuje się, że seks z biegiem lat może być lepszy, zgodnie ze starym porzekadłem „apetyt rośnie w miarę jedzenia”. U kobiet coś takiego jak erotyczna emerytura po prostu nie istnieje. Według statystyk seksuologa Zbigniewa Lwa-Starowicza większość kobiet po pięćdziesiątce ma ochotę na seks. Nie ma jednak dobrej odpowiedzi na pytanie: ile orgazmów miesięcznie powinnaś osiągać? „Seks to nie owoce i warzywa, żeby fundować sobie pięć zalecanych porcji dziennie. W życiu intymnym nie liczy się ilość, lecz jakość. Nie ma znaczenia, jak często uprawiasz seks i ile masz orgazmów” – czytamy w „Dużo orgazmów proszę”. Jeśli masz ochotę na orgazm, dobrze wiedzieć, jak go osiągnąć. Bez presji. Za to z przyjemnością.

A co, gdy zawodzi zdrowie?

Pamiętacie scenę z filmu „Lepiej późno niż później”, w której bohater grany przez Jacka Nicholsona podczas preludium do seksu z młodziutką kochanką dostaje ataku serca? No cóż… Starszy pan przesadził z viagrą i entuzjazmem, a niezdrowy tryb życia dał o sobie znać. Bo nawet w chorobach serca seks jest dobry i bezpieczny. Violetta Nowacka twierdzi, że sam stosunek nie jest wielkim wysiłkiem dla serca. Pod warunkiem że nie przerabiamy w łóżku wszystkich pozycji Kamasutry albo nie zabawiamy się w odgrywanie scen z „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. „Można go porównać z dość szybkim spacerem” – twierdzi specjalistka i dodaje, że nawet miesiąc po przebytym zawale nie trzeba rezygnować z seksu, a bezpieczna jest wtedy pozycja „na łyżeczkę”. Ma też radę dla panów na kłopoty z potencją: „Powinni kochać się regularnie i najlepiej nad ranem. Wtedy poziom męskich hormonów jest najwyższy i o wzwód najłatwiej”.
Violetta Nowacka podkreśla, że regularne współżycie pozwala łagodniej przejść przez trudny czas po menopauzie i pogodnie wkroczyć w starszy wiek: „Jeśli mamy związane z seksem pragnienia, nie dajmy się presji społecznej i uprawiajmy seks. Nie przestajemy być mężczyznami i kobietami tylko dlatego, że przekroczyliśmy sześćdziesiątkę. Kochaj się optymalnie raz, dwa razy w tygodniu, a jeśli nie masz z kim, możesz się zaspokajać sama. Kto powiedział, że masturbacja to przywilej wyłącznie młodych?”.