1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. 3 błędy zakochanej kobiety

3 błędy zakochanej kobiety

fot. 123rf
fot. 123rf
Gdy się zakochamy, często trudno nam oprzeć się pokusie bycia naj, najbardziej superkobietą. Za bardzo się staramy, ułatwiamy mężczyźnie życie, ulegamy złudzeniom. Jak kochać i być przytomną?

1. Zaniedbanie równowagi w dawaniu i braniu

Jest to niebezpieczny błąd zwłaszcza w fazie zalotów. Pamiętaj - mężczyzna jest praktyczny i dość wygodny. Jeśli przyzwyczaisz go do pysznych kolacji, częstego seksu, rozmaitych przysług, weźmie i przestanie się starać. Dla mężczyzny ważna jest realizacja poprzez działanie, jeśli ciągle go będziesz wyręczać, przeniesie swoją aktywność na pracę, pasję bądź bardziej wymagającą kobietę. Nie dawaj zatem więcej czasu, energii lub uwagi niż tyle, ile wraca do ciebie od niego. Gdy ta równowaga zostanie zaburzona, pozbawisz mężczyznę tego, by mógł zdobyć ciebie i terytorium dla was. Jeśli zawsze będziesz o krok przed nim, on poczuje się niepotrzebny, niedoceniony a nawet niemęski. Nie bądź więc taka dzielna i dobrotliwa. Nie ulegaj podszeptom wewnętrznego głosu, który być może szepcze ci, że nie jesteś wystarczająco dobra i musisz coś zrobić. Przestań zachowywać się jak św. Mikołaj w mini. Oczekuj, że on zabierze cię na kolację, napompuje koła w rowerze i pomasuje plecy. A ty mów: „Tak, tak, trochę bardziej w lewo. Dziękuję!”

2. Obwinianie i inne manipulacje

Mężczyzna chce być postrzegany jako bohater, ktoś ważny i podziwiany. Tymczasem, nieświadomie powielając wzorce rodzinne, kobiety często starają się go usidlić manipulacyjnymi sztuczkami. Wydaje im się, że jak skrytykują, poniżą, wytkną, on będzie mniej niebezpieczny, będzie bliżej, bo pod kontrolą. Zwykle nie zdajemy sobie sprawy, jak boleśnie potrafimy obwinić tzw. podwójnymi komunikatami, na przykład: „Ależ masz sztywny styl ubierania, nowocześni faceci noszą się bardziej na luzie, kochanie!”. Albo: „Byłam smutna po naszym wczorajszym spotkaniu, nie wyłączyłeś telefonu”. I już mężczyzna czuje, że jest ramolem i brak mu manier. Jeśli rzeczywiście tak uważasz, odejdź albo powiedz spokojnie i wprost, co ci nie pasuje. Podwójne komunikaty sprawiają, że on się źle czuje w twoim towarzystwie i nie jest to dobra prognoza na przyszłość. 3. Uleganie iluzjom

Zakochana kobieta, zwłaszcza ta, której bardzo zależy na relacji z mężczyzną, może stracić poczucie rzeczywistości. Dzieje się tak, jeśli kobieta całą swoją uwagę przenosi na relację, zapomina o swoich przyjaciołach, pasjach i tym, kim jest. Dlatego bądź czujna, patrz przytomnie, co się dzieje. Czy on też jest zakochany? Czy on też ma wobec ciebie plany podobne, jakie ty masz wobec niego? Uważaj, by nie ulec romantycznym złudzeniom. Bo może on chciał tylko porandkować? A może już przestraszył się twojej lekkiej obsesji na jego punkcie?

Kobieta skuteczna - jak zatrzymać przy sobie mężczyznę? - TUTAJ

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Upewnij się, że wasz związek funkcjonuje w równowadze

Wiele osób, dla rzekomego
Wiele osób, dla rzekomego "wspólnego dobra", rezygnuje w związku z dbania o własną przestrzeń i własne granice. (fot. iStock)
Czy masz wrażenie, że twoje potrzeby i plany są spychane na dalszy plan? Czy towarzyszy ci poczucie winy w sytuacji, kiedy chcesz zrobić coś dla siebie? Jak często zdarza ci się usprawiedliwiać swojego partnera, choć masz poczucie, że nie zachował się w porządku? 

Jeśli masz nieodparte wrażenie, że na każde z tych pytań odpowiedź brzmi twierdząco, to istnieje duże ryzyko, że znajdujesz się w "matni" usprawiedliwiania swojego partnera kosztem realizacji własnych pomysłów i planów.

On na pewno tego nie chciał, miał gorszy dzień... Na pewno nie chciał mnie zranić… Z pewnością miał dobre intencje…

Spójrz uczciwie na swoją relację i zrób bilans zysków i strat. Brzmi dość przedmiotowo? Związek to nie firma? Nikt nie wymaga żadnych bilansów, wzajemnych rozrachunków?

Z pewnością związek to relacja z założenia oparta na równości, miłości, wzajemnym szacunku i zaufaniu, w której partnerzy wspierają siebie nawzajem w rozwoju każdego z nich, jednocześnie realizując cele wspólne. Warto więc czasem sprawdzić, czy ten nasz trzeci żywy organizm, jakim nie jestem ani ja, ani on, tylko "my", funkcjonuje prawidłowo. Kontynuując ten sposób myślenia: czy wyobrażacie sobie robić wszystko jedną ręką, gdy obydwie są tak samo sprawne? Co się będzie działo z prawą, jeśli zacznę jeść, pisać, czesać się tylko lewą…? Mówi się kolokwialnie, że nieużywany organ zanika.

Wracając na grunt związku: druga osoba - ta, którą się ciągle usprawiedliwia, której się ustępuje, dla której rezygnuje się ze swoich granic - może się szybko przyzwyczaić do takiej sytuacji. Człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja… Rozleniwia, traci poczucie wspólnoty. Gubi w swej wygodzie odpowiedzialność za wspólne dobro… Gdy partner jednak obudzi się i dokona bilansu emocjonalnego, oceni swój fizyczny wkład w związek - jest w stanie szybko zareagować, aby przerwać ten niezdrowy układ i na nowo przedyskutować role w związku i wzajemne obowiązki. Ważnym elementem przywrócenia równowagi w związku będzie rozmowa: o tym co było, co jest i co będzie, jeśli nic się nie zmieni, a także o tym, co zrobić, aby na nowo przywrócić stan pożądany. Uzdrawiającą moc ma poruszenie tematu wzajemnych potrzeb. Zanim zatem podejmiesz próbę rozmowy, zadaj sobie pytania:

  • Czego potrzebuję, aby czuć się w tym związku dobrze?
  • Kiedy czuję, że mam podcinane skrzydła?
  • Jakie słowa lub zachowanie partnera wpływają na obniżenie mojego nastroju?
  • Jakie obowiązki mogłabym dzielić z partnerem?
  • Ile jest mnie samej w tym jak żyję?
To bardzo ważne pytanie, które można mnożyć, by zdiagnozować wasze potrzeby i te, które będą służyły wspólnemu dobru.

Otwartość i przekonanie, że obydwoje chcecie oddychać pełną piersią i być blisko siebie jest założeniem niezbędnym do tego, aby rozpocząć oczyszczanie atmosfery i wyrównywania gruntu, po którym wspólnie stąpacie. Obydwoje odpowiadacie za atmosferę w związku. Uważność na to, czy tej atmosfery nic nie zatruwa jest waszą wspólną odpowiedzialnością. Nie bój się rozmawiać i wyjaśniać na bieżąco. Nie musisz wszystkiego brać na siebie i usprawiedliwiać, bo to tylko pogorszy twoją kondycję psychiczną rosnącym poczuciem winy.

Niech będzie 100 % Ciebie w Tobie! Nie rezygnuj z siebie, bo finalnie zaszkodzisz Wam.

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Matematyka miłości - czy można obliczyć szansę na udany związek?

To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wydaje się, że nie ma dwóch bardziej odmiennych dziedzin. Jedna jest królową nauk, druga – serc, a przecież każdy powie, że emocje nie mają nic wspólnego z logiką. Okazuje się jednak, że miłość może zadziwiająco wiele zawdzięczać matematyce.

Matematyka otacza nas niewidzialnym kokonem. Pewnie o tym nie wiesz, ale gdy patrzysz na Drogę Mleczną, liście paproci albo muszlę ślimaka czy własne odbicie w lustrze, widzisz proporcje liczbowe, wyrażone odkrytą już przez starożytnych Greków złotą liczbą – fi (1,618). A jeśli matematyczny porządek można odkryć zarówno w budowie płatków śniegu, jak i gigantycznych galaktyk, dlaczego nie miałby istnieć także w naszych uczuciach?

Ciekawość, pierwszy stopień do wiedzy

Matematyka to wspaniała dziedzina, ale nawet gdy ją kochasz, po sześciu godzinach wykładu możesz mieć serdecznie dosyć. Jak więc zainteresować studentów równaniami różniczkowymi? Kazać im policzyć, jakie szanse na przetrwanie miłosnych zmagań mieli Romeo i Julia! Na ten genialny pomysł wpadł w latach 80. XX wieku amerykański matematyk Steven Strogatz. Zachwyceni studenci zaprzęgli do opisu relacji między najsłynniejszymi kochankami świata układy dynamiczne (struktury matematyczne pozwalające przewidzieć stan układu w przyszłości, jeśli znamy jego stan w bieżącej chwili, oraz jego – chwilowe – tendencje zmian). Badali, jak na trwałość związku wpływają nastroje partnerów. – Romeo kocha Julię, ale Julia jest kapryśna. Im bardziej on okazuje miłość, tym bardziej ona usiłuje od niego uciec. Wtedy zniechęcony Romeo wycofuje się, a Julia zaczyna dostrzegać jego atrakcyjność. Romeo działa jak echo Julii: pozytywne emocje rosną, gdy Julia go kocha, a kiedy nienawidzi, narastają negatywne – wyjaśnia model tego układu dynamicznego dr Urszula Foryś z Instytutu Matematyki Stosowanej i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Miłosnomatematyczne zmagania tak spodobały się studentom, że zaczęli liczyć szanse przetrwania związków kolejnych ikonicznych par, od Pięknej i Bestii po Cyrana de Bergerac i jego umiłowaną kuzynkę. Do zabawy dołączyli wkrótce kolejni naukowcy (m.in. profesor teorii systemów Sergio Rinaldi, który pisał o równaniach miłosnej dynamiki u Petrarki, i fizyk Clint Sprott, zajmujący się matematycznymi modelami miłości i szczęścia). Bo choć nie da się wyczuć, kogo, gdzie i kiedy porazi strzałą ten mały drań Amor, skutki jego działań są już dużo łatwiejsze do przewidzenia. Zakochanie, miłość, ślub, rodzicielstwo – to jeden z kilku schematów, według których przebiega nasze miłosne życie. A matematycy kochają schematy. I potrafią zrobić z nimi prawdziwe cuda.

Mózg elektronowy

– Matematyka może zaproponować nowy sposób spojrzenia na niemal wszystko – przekonywała uczestników konferencji TED na Binghamton University w Nowym Jorku Hannah Fry. Płomiennie rudowłosa i uroczo zaróżowiona przypominała bardziej irlandzkiego elfa z ciętym poczuciem humoru niż poważną brytyjską matematyczkę: – Chyba wszyscy się zgodzimy, że matematycy są znani z trafnego doboru partnerów. Nie tylko dzięki naszym wspaniałym osobowościom, wyjątkowym umiejętnościom konwersacji oraz schludnym piórnikom. Zawdzięczamy to również ogromnej ilości obliczeń wykonanych w poszukiwaniu sposobu na znalezienie idealnego partnera. W brawurowym wykładzie (ponad 5 mln wyświetleń) Fry zaprezentowała matematyczne wskazówki mogące ułatwić XXI-wieczne poszukiwania drugiej połówki, statystycznie najczęściej odbywające się przez Internet. Bazowała m.in. na badaniach twórców kultowego portalu randkowego OkCupid (założonego przez… matematyków, którzy przez blisko dekadę szukali schematów, według jakich działali randkowicze w sieci). Fry przekonywała, że szansę na wymarzoną miłosną interakcję ma każdy, bo najbardziej popularni nie są wcale ci superatrakcyjni (co udowodniła stosownym działaniem). Wyjaśniła też, że z matematycznego punktu widzenia nie powinniśmy wiązać się z pierwszą osobą, która się nami zainteresuje, ale też lepiej nie zwlekać zbyt długo z wyborem partnera. Posługując się metodą optymalnego punktowania: jeśli zaczynamy randkować w wieku 15 lat i chcemy wziąć ślub około 35. roku życia, przez pierwszy okres (stanowiący 37 proc. czasu randkowania) powinniśmy odrzucić wszystkich kandydatów, a potem wybrać pierwszą osobę, która wydaje się lepsza od poprzedników. – Matematyka udowadnia, że takie postępowanie maksymalizuje szanse na znalezienie idealnego partnera – twierdzi Hannah Fry. I zaraz dodaje, że całe wyliczenie bierze w łeb, jeśli trafimy na Pana Idealnego podczas pierwszych 37 proc. czasu. Nie jest to więc stuprocentowo pewna, ale za to statystycznie dająca najlepsze rezultaty metoda. Najważniejsze jednak, że stosujemy się do niej nieświadomie, randkując ostro koło dwudziestki, a szukając życiowego partnera, gdy zbliżamy się do trzydziestki. To według Fry, która jest również autorką książki „Matematyka miłości”, potwierdza zasadność użycia równań i algorytmów w służbie uczuć. – To dowód, że nasze mózgi są zawczasu skonstruowane tak, by działać według matematycznych schematów.

https://www.ted.com/talks/hannah_fry_the_mathematics_of_love?utm_campaign=tedspread&utm_medium=referral&utm_source=tedcomshare

Komputerowy model miłości

Dr Urszula Foryś zajmuje się głównie zastosowaniami matematyki w biologii i medycynie. I podobnie jak Hannah Fry uważa, że matematyka to wszechstronne narzędzie, które może pomóc nam niemal w każdej dziedzinie życia. Od leczenia nowotworów po miłość. – Nauki przyrodnicze i społeczne są wciąż empiryczne. Jeśli czegoś nie zobaczymy w doświadczeniu, to nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy może się zdarzyć. Gdy pracujemy nad modelowaniem dynamiki terapii nowotworów, sprawdzamy m.in., jak łączyć terapie, kiedy i jak wprowadzać leczenie niestandardowe. Eksperymentalista nie jest w stanie sprawdzić wszystkich możliwych kombinacji, a co dopiero zbadać ich w praktyce, bo przecież musiałby eksperymentować na ludziach. My robimy to w komputerach – tłumaczy.  Kilka lat temu, zainspirowana m.in. pracami Stevena Strogatza, postanowiła również swoim studentom zadać miłosne równania. Wybór padł na stworzenie matematycznego modelu związku romantycznego, który pozwoli prognozować, czy dana relacja przetrwa, czy się rozpadnie – z uwzględnieniem tego, jak rzutują przeżycia jednego z partnerów na reakcje drugiego, czyli tzw. zjawisko opóźnienia. Okazało się, że może mieć ono spore znaczenie dla przyszłości kochanków. – Poprzez modelowanie matematyczne możemy opisać każdy proces, który nas interesuje. Na przykład relację między dwojgiem ludzi i jej możliwe wyniki – tłumaczy dr Foryś. – W modelu możemy jednemu partnerowi zmienić jakąś cechę – uznając, że popracuje z psychologiem nad jej zmianą – i zobaczyć, jaki będzie miało to wpływ na cały związek. Wyliczymy, czy warto pracować nad zmianą tej cechy, bo co, jeśli lepiej skupić się na innej? Możemy zbadać efekty wszystkich możliwych zmian i wybrać najlepszą strategię. Polskim matematykom przyszło do głowy stworzenie serwisu internetowego, w którym na podstawie badania zachowań partnerów można oszacować, jakie reakcje będą dla związku optymalne: – Moglibyśmy informować partnerów, które z nich powinno być bardziej refleksyjne, a które musi reagować szybciej. Serwis miałby służyć tym związkom, którym grozi rozpad. Niestety, pozostaje tylko bytem teoretycznym, bo nie udało się zdobyć grantu na dalsze prace. Na razie polscy zakochani nie będą więc mieli osobistego pożytku z prac matematyków. – Jeśli chcemy przekładać wyniki modelowania matematycznego na rzeczywistość konkretnej pary, zmienne używane w równaniach muszą być zmierzone. I tu matematyk potrzebuje psychologa, który pomoże mu zmierzyć i usystematyzować ludzkie reakcje – mówi dr Foryś.

Równania przeciw rozwodom

Jak dotąd jedynym psychologiem, który przeprowadził badania ilościowe i we współpracy z matematykiem przełożył równania na konkretne porady dla par, jest amerykański terapeuta John Gottman. Od ponad 30 lat prowadzi Instytut Badania Związków, instytucję, która zaprzęgła matematykę do walki z plagą rozwodów (w USA rozstaje się co drugie małżeństwo). Jak wspomina w książce „Principia Amoris. The New Science of Love”, opisującej matematyczne reguły życia uczuciowego, Gottman w młodości sam nie miał szczęścia w miłości. Zaczął więc badać małżeństwa w nadziei, że znajdzie w ich zachowaniach złoty wzór na to, jak żyć długo i szczęśliwie (chyba mu się udało, bo dr Julie Schwartz Gottman, którą poślubił ponad 30 lat temu, nazywa „swoim klejnotem, genialną i przepiękną żoną”. Trzecią, jeśli mamy być skrupulatni). Wraz z Robertem Levensonem, najlepszym przyjacielem i podobnym miłosnym nieudacznikiem, przebadał setki par, nie tylko przysłuchując się ich rozmowom, lecz także nagrywając je, monitorując badanym tętno, ciśnienie krwi, przewodnictwo skóry, mimikę. Odkryli, że najważniejszym wskaźnikiem rozwodu jest nastawienie partnerów w rozmowie: negatywne – zwiększało ryzyko rozstania aż o 90 proc. Ale w odkryciu, jak i dlaczego pary wpadają w spiralę negatywnej energii, pomógł im dopiero matematyk James Murray. Stworzył równania rozpisujące szanse na to, jakie nastawienie w następnej rozmowie będą mieli małżonkowie, biorąc pod uwagę takie zmienne, jak ich nastrój (gdy są sami i kiedy przebywają z partnerem) i to, jak wpływa na nich osoba współmałżonka.

Dziś pary stojące na krawędzi są w instytucie Gottmana badane jak kosmonauci przed startem. Ich emocje, kodowane za pomocą systemu liczb, są przepuszczane przez skomplikowany wzór matematyczny, w wyniku czego powstaje unikalny wzorzec interakcji pary, „DNA małżeństwa”. Wystawiana na jego podstawie prognoza trwałości związku sprawdza się z dokładnością do 94 procent! Gottman chwali się oszałamiającymi wynikami – aż 70 procent par, które wprowadziły w życie otrzymane w jego instytucie zalecenia, zawraca znad rozwodowej przepaści i żyje dalej długo i szczęśliwie. Okazuje się więc, że matematyka może naprawdę pomóc miłości. Jak mówiła Hannah Fry: – Równania i symbole mają głos, który wyraża ogromny urodzaj natury i oszałamiającą prostotę w schematach, które kręcą się, zaginają i ewoluują wokół nas. I opisują wszystko, od sposobu, w jaki działa świat, po nasze zachowanie. Już Galileusz uważał matematykę za alfabet, za pomocą którego Bóg opisał wszechświat. Być może, by miłość trwała, nie wystarczy kochać, ale trzeba też jasno i logicznie myśleć. I dostrzegać schematy i równania nie tylko w książkach, lecz także we wszystkim, co nas otacza. Zwłaszcza w naszych związkach.

  1. Psychologia

Prezenty - co mówią o nas i naszych relacjach? Czym się kierować przy ich wyborze?

To, jak podchodzimy do kupowania prezentów - wiele o nas mówi. (fot. iStock)
To, jak podchodzimy do kupowania prezentów - wiele o nas mówi. (fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Pomysły na świąteczne prezenty? Futro z norek (lub ekologiczne), dobra książka, kluczyki do samochodu (o, tak!), a może wiersz napisany na zwykłej kartce? To, co dostaniesz i co dasz bliskim w te święta, jest o tyle istotne, że może powiedzieć wiele o tobie i o nich. Z dr. Tomaszem Srebnickim rozmawia Joanna Olekszyk.

Wielu z nas przed świętami szuka idealnego prezentu. Czym się kierować przy jego wyborze? Ceną, jakością, gustem obdarowywanego?
Najlepiej kierować się tym, co ten prezent ma symbolizować. Kiedy odwołujemy się do warstwy dosłownej, czyli ceny, zwykle chcemy coś komuś pokazać, na zasadzie: im droższy prezent, tym ktoś jest ważniejszy, ale niekoniecznie tak musi być. Równie dobrze może się okazać, że za powiedzmy 1000 zł kupimy rzecz, która obdarowywanemu się nie podoba albo która nic nie mówi o naszej relacji. A to moim zdaniem jest podstawą dobrego prezentu. Ma świadczyć o relacji, a jego cena, uroda czy praktyczność są sprawami drugorzędnymi. Prezent powinien mówić: „Myślę o tobie”.

Myślę, czyli kupuję ci coś, o czym kiedyś wspomniałeś mimochodem, że marzysz…?
Tak, to jeden ze sposobów, ale tych, powiedziałbym, komercyjno-materialnych. Żona przechodzi obok wystawy i zachwyca się „Boże, jakie piękne futro”, więc mąż kupuje jej potem to futro pod choinkę – proszę bardzo, czemu nie? Jeśli futro jest podkreśleniem ich bliskości. Ale równie dobrze jej wyrazem może być ręcznie napisany na karteczce typu Post-it wiersz – własny lub przepisany. Oczywiście, jeśli mamy do czynienia z dzieckiem, to danie mu wiersza nie byłoby dobrym pomysłem. W przypadku dzieci pokazanie ich ważności polega na uznaniu ich potrzeb, które opisują np. w listach do Świętego Mikołaja. W przypadku osób dorosłych też dobrze kierować się tym, co mówią, czyli nie kupujemy najnowszej płyty Rolling Stonesów, bo jest dobra, tylko płytę zespołu Akcent, bo ktoś nam kiedyś powiedział, że go lubi. Takie wsłuchiwanie się w potrzeby drugiej osoby powinno dotyczyć kręgu ludzi nam bliskich, niekoniecznie warto wkładać tak duży wysiłek w prezent dla koleżanki z pracy. Wtedy lepiej sprawdzi się jakiś drobiazg, upominek. Dowód naszej uprzejmości czy serdeczności – kwiaty, rękawiczki, kalendarz, raczej nic osobistego.

A co z takim podejściem: kupuję prezent, kierując się tym, co ostatnio dostałam od danej osoby?
No wie pani, jeżeli ktoś mi kupuje samochód na urodziny, a może się tak zdarzyć, i jeżeli ja się czuję zobowiązany, żeby ten samochód w prezentach mu „oddać”, to może trzeba się zastanowić, czy prezent, który wiąże się z takim dyskomfortem, warto było przyjmować.

Czy to znaczy, że każdy prezent, za który chcemy się zrewanżować, jest przesadą?
Nie, dlaczego? Niektórzy dostaną jabłko i chcą się od razu odwdzięczyć…

I o czym to świadczy?
Na przykład o tym, że mają problem z przyjmowaniem sygnałów od innych, że są dla nich ważni. Od razu zastanawiają się, co może oznaczać fakt, że coś od kogoś dostali. Aby więc szybko pozbyć się tego dziwnego, niemiłego uczucia, od razu chcą zrewanżować się, oddać, nie być dłużnymi.

Z drugiej strony bywają takie prezenty, które świadomie mają wywołać takie poczucie.
Owszem, podarunki mogą być zobowiązujące. Niektórzy używają ich do tego, aby podkreślić, że to oni coś znaczą. Prezent może być też przekroczeniem pewnych granic. I myślę, że wtedy po prostu nie należy go przyjmować.

Zrobi się niemiło…
No ale twórcą tej niemiłej atmosfery jest prezentodawca, nie prezentobiorca. Myślę, że jeśli jesteśmy w dobrej relacji z kimś, kto daje nam prezent, odmowy jego przyjęcia nie powinien odebrać jako odrzucenia czy unieważnienia relacji. Tylko jako komunikat o tym, że dar jest niestosowny.

Dawanie i przyjmowanie prezentów mówi wiele o nas samych. Na przykład o gotowości do zaciągnięcia emocjonalnego długu u drugiej osoby…
Ale dlaczego pani sądzi, że prezent zaciąga jakikolwiek dług? Czy mogę dać pani kwiaty, bo bardzo panią lubię?

No, może pan…
A czy mogę dać pani na urodziny pierścionek, bo pomyślałem, że ładnie będzie pani w nim wyglądała?

Może pan, ale wtedy będę się zastanawiała, czy to czegoś nie oznacza…
No właśnie, otrzymanie prezentu jest sytuacją, w której warto sobie zadać pewne pytania. Dlaczego czuję dyskomfort? Dlaczego mam problem z przyjęciem podarunku? Dlaczego myślę, że na niego nie zasługuję? Może się też zdarzyć, że jesteśmy niezadowoleni z czyjegoś prezentu i myślimy: „Jak on mógł mi coś takiego kupić? Wcale o mnie nie myśli”. Tak jak mąż, który kupuje swojej żonie, finansistce, zafascynowanej ekonomią, książkę o motylach. I ona się obraża. Bo czuje się tym prezentem unieważniona.

Świąteczne prezenty wiele mówią o naszych relacjach. (fot. iStock) Świąteczne prezenty wiele mówią o naszych relacjach. (fot. iStock)

Nie da się ukryć, że w stosunku do osób najbliższych mamy największe oczekiwania w kwestii prezentów.
A kiedy są oczekiwania, wtedy zawsze pojawia się problem.

Ale czy można nie mieć oczekiwań?
Można, zapewniam. Kiedy mamy oczekiwania w stosunku do tego, jaki powinien być otrzymany prezent lub CZYM powinien być, jest o wiele gorzej. Lepiej uznać, że prezent jest konsekwencją, wynikiem pewnej sytuacji, jej końcem, a nie początkiem.

Czy dobrym pomysłem jest powiedzieć komuś, co chcemy dostać?
W dobrej relacji jest to nawet wskazane. W niektórych związkach panuje jednak przekonanie, że prezent ma być niespodzianką, dowodem na czyjeś uczucia i pomysłowość. Pada wtedy komunikat pod tytułem: „Domyśl się, postaraj”. A to bywa problematyczne. Mówienie sobie otwarcie o tym, co chcielibyśmy dostać, jest pewną zgodą na rezygnację z „uważniania” poprzez prezent. Dobre związki tego nie potrzebują. Myślę, że wielu czytelników, a także pani i ja, mamy takie doświadczenia, kiedy nie dostawaliśmy tego, czego chcieliśmy. Czyli mówiliśmy babci czy rodzicom, że chcemy dokładnie taki a taki samochodzik, a dostawaliśmy skarpetki w paski żółto-zielone, bo ktoś uznał, że tak dla nas będzie lepiej. Dlatego uważam, że nie ma nic złego w mówieniu, co chcielibyśmy dostać, natomiast zdrożne bywa żądanie: „jak mnie kochasz, to wiesz”.

Zgodziłby się pan z takim stwierdzeniem: jeżeli czegoś nie dostajesz, daj to sobie sam”?
Powiem tak, prawidłowo funkcjonujący człowiek jest w stanie prosić o to, co chce dostać, i poradzić sobie, kiedy tego nie dostaje, bo czasami jest tak, że ludzie nie chcą dać nam tego, czego chcemy. Stwierdzenie, które pani przytacza, jest przejawem pewnej desperacji, polegającej na tym, że zanim ktoś ukuł tę maksymę, wiele razy zapewne próbował coś od innych uzyskać, ale jakoś tego nie dostawał, co zinterpretował w taki sposób, że „ludzie są źli, nie można na nich polegać, polegaj więc na sobie”.

A co z tzw. trzymaniem się w szachu. Czyli najpierw dajemy i dajemy, ale kiedy nie dostajemy nic w zamian, włączamy blokadę. I proszę, teraz piłka jest po drugiej stronie.
W takiej sytuacji tak naprawdę nie dawaliśmy komuś, tylko sobie. I nie ma sensu mówić wtedy o bliskiej relacji.

Ale czy nie jest to – dość pokraczna wprawdzie – próba zachowania bilansu w relacji?
Dla mnie bilans w relacji to bzdura, bo opiera się na założeniu, że jej podstawą jest wymiana. A miłość to nie ekonomia.

Tymczasem książki o ekonomii miłości robią obecnie furorę…
To właśnie odzwierciedlenie choroby naszych czasów – choroby kosztów. Jestem przekonany, że ekonomiczne podchodzenie do relacji jest odzwierciedleniem jej problemów, a nie potwierdzeniem, że ona dobrze funkcjonuje. Dla mnie dowodem na dobre funkcjonowanie jest stan, gdy kocham siebie samego w relacji z drugą osobą. I jest absolutnie nieistotne, czy ten ktoś kupuje mi prezenty, czy sypia z kimś innym…

Nie jest istotne, czy zdradza?
Nie, istotne jest, czy ja jestem w tej relacji szczęśliwy. Znam wiele udanych par, dla których pójście z kimś innym do łóżka nie oznacza zdrady związku. Ale to zupełnie odrębny temat, może na inną rozmowę.

No dobrze, czyli wracając do tematu: ekonomia w miłości się nie sprawdza.
Widzi pani, ja mam problem z tą ekonomią, bo jak tu to wszystko obliczyć? Wprowadzić do tabelki w Excelu? Że ona sprząta, gotuje i zajmuje się dziećmi, a on nie. I o czym to świadczy?

Że ona daje, a on nie.
Ale daje jemu czy sobie? Dla mnie to jakiś obłęd.

Niektóre relacje kończą się właśnie z tego powodu, że jedna osoba ma poczucie, że daje za dużo, nic nie dostając.
No i oczywiście ta, która daje i się wycofuje z relacji, jest ofiarą. A ta, która nie daje, jest tą złą. Tylko czy osoba, która tak daje i daje, zastanowi się w ogóle, czy swoim dawaniem nie krzywdzi tego drugiego człowieka? Bo to, że już w połogu robi mężowi obiad i odbiera starsze dziecko ze szkoły, a potem mówi, że tak o niego dbała – to nie jest dawanie, tylko przejaw kłopotu z samą sobą.

No właśnie, dlaczego branie ma być gorsze od dawania?
To ja też może spytam: dlaczego dawca nie jest też biorcą?

Moim zdaniem jest.
Absolutnie. Dawca jest biorcą, a biorca jest dawcą. Podział na dawców i biorców jest uproszczonym sposobem radzenia sobie z problemem. Kiedy dajemy, zawsze coś z tego mamy: satysfakcję, że jesteśmy dobrymi ludźmi, potwierdzenie, że nas na to stać, albo powód do tego, żeby opowiedzieć o tym innym. Mam wpływ na to, że komuś dam 100 zł czy że upiorę mężowi majtki, natomiast nie mam wpływu na to, ile ten ktoś czy mąż sobie z tego wezmą i co mi z tego dadzą. W dobrej relacji nie myślę o tym, co ktoś mi da. Piorę mężowi majtki, bo chcę mu uprać majtki, a nie dlatego, by w zamian za to włożył naczynia do zmywarki. Używam takich przyziemnych przykładów, bo może bulwersują, ale skłaniają do myślenia.

Ale można wziąć za dużo?
Można i jest to przejaw wykorzystywania. Istnieją tacy, którzy głównie czerpią z innych i są wtedy – być może nieświadomie – sprawcami cierpienia drugich osób.

Ale nie zawsze jest to łatwe do zauważenia.
Bo to czasem bardzo subtelne przejawy. Kiedy daję biednym na ulicy pieniądze i zawsze pożyczam kolegom, ale jednocześnie wszystkim o tym opowiadam, to raczej biorę niż daję. Albo kiedy wypominam innym, ile im to kiedyś przysług zrobiłem. Granicą brania za dużo jest dyskomfort drugiej osoby. Dawać powinniśmy komuś, nie sobie, najlepiej dlatego, że ktoś po prostu jest.

Czego by pan życzył naszym czytelnikom w kontekście świątecznych prezentów?
Życzyłbym, żeby to, co znajdą pod choinką, było dla nich źródłem przede wszystkim wzruszenia. Cokolwiek to będzie.

Dr n. med. Tomasz Srebnicki: certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, asystent na WUM, dyrektor dydaktyczny, wykładowca w Centrum Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej www.cbt.pl

  1. Psychologia

Pierwsza, przedszkolna miłość

Pierwsze miłości mają miejsce już w przedszkolu. (Fot. Getty Images)
Pierwsze miłości mają miejsce już w przedszkolu. (Fot. Getty Images)
Kiedy mówimy o miłości młodego człowieka, staje nam przed oczami najczęściej nastolatek. Wiek 12-14 lat uważamy zwyczajowo za czas pierwszych miłości. Niesłusznie, ponieważ to czas drugich miłości.

Pierwsze zauroczenia mają bowiem miejsce już w przedszkolu. Okres przedszkolny to czas częstego zafascynowania płcią przeciwną. Większość z nas, mimo szeroko promowanej edukacji seksualnej, nadal ma ogromne kłopoty ze swoją i cudzą seksualnością, nie mówiąc już o seksualności własnego dziecka, na którą zazwyczaj nie jesteśmy w ogóle przygotowani. Tymczasem twoje dziecko właśnie w przedszkolu, mając zaledwie kilka lat, odkrywa, że dzieci innej płci są inaczej zbudowane.

Wzorowa manifestacja uczuć

Czy kilkuletnie dziecko może być zakochane? Nawet jeśli jego stan uczuć nie mieści się w twojej definicji tego uczucia –  może. Kilkuletnie zakochane dziecko kocha inaczej niż człowiek dorosły. Gdyby przyjrzeć się takiemu uczuciu z bliska, to dziecko kocha idealnie – mocnej i szlachetniej niż młodzież i dorośli:
  • chce cały czas spędzać ze swoją sympatią (nie walczy o zachowanie własnej przestrzeni w związku);
  • jest załamane, rozbite, rozdrażnione, nie może sobie znaleźć miejsca, gdy sympatia nie przyszła do przedszkola (nie ma potrzeby odpoczynku od ukochanej osoby);
  • chce jej ofiarować cały świat, wszystko, co ma: swoją kanapkę, scyzoryk zabrany tacie, ładny kamyk i wszystkie pieniądze, jakie posiada;
  • chce siedzieć zawsze z nią, stać w parze, występować razem (wierzy, że ta druga osoba to naprawdę jego druga połówka);
  • nazywa rzeczy po imieniu, nie kręci i nie zwodzi („To moja narzeczona”; nie uważa, że relacje z sympatią są skomplikowane);
  • planuje przyszłość jednoznacznie, jest ufne i wierzy, że chcieć to móc – „ożenimy się i będziemy razem” (nie zakłada nigdy innej możliwości);
  • nie wstydzi się swoich uczuć, nie utajnia ich; wręcz przeciwnie – wszystkim z miejsca opowiada o swojej narzeczonej czy narzeczonym, chce żeby cały świat wiedział o ich szczęściu;
  • wchodzi w „nowy związek” bez obciążeń i zaszłości. Zamyka za sobą drzwi poprzedniego uczucia, zanim zakocha się ponownie (nikt nie musi go pocieszać po poprzednim związku).
  • nie buduje swojego uczucia na biologicznej fascynacji fizycznej ani nie odkłada bliskości fizycznej na później – ale buduje ją zdrowo, bo jednocześnie z bliskością psychiczną.
Jeśli uda ci się pokonać strach, poczucie winy i przyjrzysz się miłości swojego dziecka, zobaczysz, że jest ona idealna. Możemy się uczyć od małych dzieci, jak wzorowo kochać.

Aspekty fizyczny

Miłość dzieci nas śmieszy, czasem wzrusza. Potrafimy nawet wznieść się na wyżyny tolerancji i przyznać dziecku prawo do posiadania sympatii w przedszkolu, ale tylko tyle. Dotyk już nas przeraża. A przecież jeśli ktoś jest dla nas szczególnie bliski, dotyk jest wyrazem naszej sympatii, elementem budowania więzi, symptomem bycia kimś szczególnym, wręcz uwiarygodnieniem miłości. Zakochany kilkulatek w spectrum zachowań związanych z wyrażaniem miłości do przedszkolnej narzeczonej czy narzeczonego, ma kontakt fizyczny. Dzieci lubią się dotykać, trzymać za ręce, przytulać, całować (to jeszcze od biedy jesteśmy w stanie znieść); przedszkolaki dotykają również się w miejscach intymnych oraz pokazują je sobie. Jeśli masz z w historii swojego życia epizod „pokazywania” innym dzieciom swoich części intymnych, będzie ci łatwiej zmierzyć się z tym tematem. Doświadczenie osobiste – „ja też to robiłam, ale wyrosłam i teraz jestem normalna” – pomoże. Gorzej mają mamy, które nigdy nie brały udziału w zabawie w „pokazywanego”. One bardziej boją się jej i demonizują zarówno przyczyny, jak i skutki.

Pokazywanie

Małe dzieci, czy nam się to podoba czy nie, pokazują sobie swoje intymne części ciała. Pokazywanie budzi przerażenie dorosłych – kojarzy nam się bowiem z przemocą seksualną, z wykorzystywaniem i molestowaniem. Niesłusznie.

Jeśli to się zdarzy

Każda mama może „nakryć” swoje dziecko na pokazywaniu. Ty również. Zabawa w pokazywanego nie jest charakterystyczna tylko dla dzieci z rodzin patologicznych, zaburzonych czy niewydolnych wychowawczo. Jeśli jesteś kochającą, mądrą mamą:

  • Zareaguj spokojnie. Chociaż to trudne do akceptacji, to normalna faza rozwoju. Dziecko poznaje świat, a jednym z elementów wiedzy jest obejrzenie sobie płci przeciwnej (a czasem też własnej) „na żywo”.
  • Porozmawiaj o tym z dzieckiem. Przede wszystkim zapobiegnij kłopotom. Powiedz, że części intymne są bardzo wrażliwe. Nie wolno ich szarpać, wykręcać, dotykać brudnymi rękami ani niczego, absolutnie niczego do nich wkładać. Dzieci dość często, wiedzione ciekawością i naturalną chęcią eksperymentowania, próbują wetknąć w swoje intymne części ciała kredki, żywność, a nawet zabawki, patyki czy piasek. Robią to zawsze z jednego powodu: z ciekawości.
  • Nie denerwuj się. Twoje dziecko nie zaczęło uprawiać seksu. Nie jest zaburzone ani zboczone. Nie myśl w ten sposób.
  • Nic złego się nie stało. Twoja reakcja może wyrządzić większe szkody. Nie wolno dziecka zawstydzać („To było obrzydliwe, wstrętne”), karać („Za to, co zrobiłaś, nie dostaniesz prezentu, nie pojedziesz do cioci” itp.), odrzucać („Nie chcę takiego synka), zastraszać („Od tego się umiera. to straszny grzech”). Przesadzona i nadmiernie emocjonalna rekcja mamy sprawi, że dziecko zrozumie, że pokazywanie to doniosłe wydarzenie, a zyskasz tylko tyle, że następnym razem starannie zadba, żebyś nigdy się o tym nie dowiedziała.
  • Nie wypytuj, nie przenoś dziecka do innego przedszkola. Etap „pokazywania” i dziecięcych narzeczonych trwa bardzo krótko i kończy się wraz z rozpoczęciem edukacji szkolnej. Dzieci zajęte nauką porzucają zainteresowanie płcią przeciwną i własnym ciałem na rzecz zabaw w środowisku własnej płci rówieśniczej.
Kiedy się martwić

Przedszkolna miłość – pokazywanie, fascynacja i chęć bycia nieustannie razem – nie jest groźna, chyba że działa destrukcyjnie na inne sfery rozwoju. Dopóki twoje dziecko rozwija się normalnie, jest wesołe, lubi być aktywne, chętnie podejmuje wyzwania i czyni postępy w rozwoju, nic złego się nie dzieje. Dopiero gdy pokazywanie staje się dziecięcą obsesją, warto zabrać dziecko do dziecięcego psychologa i zobaczyć, czy nie potrzebuje ono wsparcia w rozwiązaniu problemu.

  1. Psychologia

Chcesz stworzyć dobry związek? Uporządkuj rodzinną przeszłość!

Pamiętaj, bilans związku musi być dodatki! Żeby tego dokonać uporządkuj emocje z przeszłości. (fot. iStock)
Pamiętaj, bilans związku musi być dodatki! Żeby tego dokonać uporządkuj emocje z przeszłości. (fot. iStock)
Pierwszym warunkiem udanego związku nie jest miłość, lecz… porządek. Kiedy wyczyścisz wszystkie kąty, miłość będzie miała gdzie zamieszkać.

Odchodzisz z rodzinnego domu ,,na swoje”, z głową nabitą ideałami i postanowieniami. Obiecujesz sobie, że nigdy nie będziesz taka jak twoja matka albo że nie dasz się traktować jak ciotka. Kochasz, a miłość pokona wszystko. Jest gwarancją szczęścia… Nieprawda! Podstawową zasadą udanego związku jest określony porządek. Bowiem dobry związek jest jak idealnie posprzątany pokój. Wszystko i wszyscy mają swoje miejsce, a bilans relacji musi być dodatni. Dostajesz od partnera przynajmniej tyle samo, ile mu dajesz.

Tęsknota za idealną miłością

Kobieta spotyka mężczyznę swojego życia, wierzy, że to na pewno ten jeden jedyny, a ich miłość jest wyjątkowa. Stan zakochania zakłada im na oczy różowe okulary. Mijają lata. Pojawiają się pierwsze wątpliwości. Ona patrzy na partnera i zadaje sobie pytanie: „Jak mogłam być taka ślepa?”, „Gdyby mnie naprawdę kochał, dałby mi to, czego potrzebuję”. On czuje podobnie. Zaczyna się poszukiwanie winnego. Bywa, że jedno z nich z bezradności szuka pociechy poza związkiem. Rodzą się kłótnie, pojawia się widmo rozwodu. Symptomatyczne zdania: „bo ty nigdy”, „bo ty zawsze”. Każde za wszelką cenę próbuje walczyć o swoje szczęście i prawo do miłości. Zamieniają się we wrogów.

Kto zawinił? Pierwotna tęsknota za idealną, bezwarunkową miłością. Taką, jaką dać mogą jedynie rodzice. Ale oni też nie są idealni, choć starają się z całych sił. Kochają dziecko, jak potrafią, ale pewnych rzeczy dać mu nie mogą, bo pewnie też nie dostali ich od swoich rodziców. Dlatego wyruszamy w świat z emocjonalnymi dziurami w sercach i to nie miłość, ale owe deficyty sprawiają, że z tysiąca innych ludzi wybieramy właśnie danego partnera czy partnerkę. Z wiarą, że otrzymamy to, czego nie dostaliśmy od rodziców. Ale ten pociąg już odjechał. W dorosłym życiu możemy otrzymać wiele wspaniałych darów, ale tego, czego zabrakło w dzieciństwie, nie dostaniemy już nigdy. Jak sobie z tym poradzić? Przeprowadzić stosowne porządki.

Półka z rodzicami

Musisz uznać pierwszy i najważniejszy porządek miłości – więź z rodziną, z której pochodzisz. – Chodzi o przyjęcie rodziców, wewnętrzną zgodę na nich, takimi, jacy są, ze wszystkimi zaletami, ale także wadami – mówi Elżbieta Sanigórska, psycholog, psychoterapeutka. – To, kim jesteśmy, wynika w pewnym sensie  z tego, kim są nasi rodzice. Tego, że od nich pochodzimy, nie możemy się wyprzeć. Przyjęcie ich, uszanowanie i akceptacja nie tylko uwolnią od, czasami bolesnej, przeszłości, od wszystkich trudnych spraw, jakie przeżywaliśmy w relacji z nimi, ale też pozwolą zaakceptować siebie i partnera.

Jeśli w twoim związku coś się psuje, przyjrzyj się emocjom, które przeżywasz. Czy są adekwatne do tego, co się dzieje? Czy reagujesz jak osoba dorosła, czy może jak dziecko – nadmiernie intensywnie, nie panując nad emocjami? Lęki i obawy, które ujawniają się w relacji z partnerem, pretensje, oczekiwania, złość czy chęć zranienia go do żywego, to uczucia mające zwykle źródło w relacjach z rodzicami.

Ocalić miłość, to móc powiedzieć: „Szanuję ciebie jako mężczyznę”, „…a ja ciebie jako kobietę, ze wszystkim, co twoje”. Żeby tak się stało, musisz zaakceptować swoich rodziców, a tym samym siebie, swój los, swoje życie.

– Powiedzieć: „Kochana mamo/kochany tato, uznaję ciebie jako moją matkę/mojego ojca i biorę od ciebie życie, jakie mi dałaś/dałeś” – to pierwszy, najważniejszy krok na drodze do udanego związku – tłumaczy Elżbieta Sanigórka. – Musisz przeboleć, odżałować i rozstać się z tym wszystkim, co było trudne w twoich relacjach z rodzicami. A także dostrzec i uznać to, co twoi rodzice ci dali, to, że cię wychowali. Ten krok konfrontuje cię też z własną niedoskonałością. Pozwala zaakceptować w sobie zarówno jasne, jak i ciemne strony.

Inwestycja w prawdziwą relację

Jeśli już zaakceptowałaś swoich rodziców takimi, jacy są, masz teraz szansę na to, by zobaczyć partnera – również takim, jaki jest naprawdę. Nie patrzeć na niego przez pryzmat własnych dziecięcych potrzeb, tęsknot, deficytów. Zaakceptować jego słabości, denerwujące nawyki i przede wszystkim to, że nie może ci dać tego, czego nie ma, nie potrafi lub sam nie dostał. Jesteś w stanie podjąć decyzję, czy ty z tym człowiekiem naprawdę chcesz i możesz być. Co więcej: ustalić porządek w waszej rodzinie, zgodnie z którym relacja twoja i partnera jest najważniejsza, ważniejsza niż ta z rodzicami czy z waszymi dziećmi. Energia partnerów powinna być inwestowana przede wszystkim w związek. To daje siłę do budowania wspólnego życia, do bycia rodzicami, do znoszenia codziennych trudów i do czerpania z tego radości.

Jeśli nie będziecie inwestować w waszą relację partnerską, na przykład staniecie się bardziej rodzicami niż partnerami, spowoduje to zaburzenie równowagi. Ty będziesz żyć w poczuciu rozgoryczenia, że mąż nie zajmuje się dziećmi, on będzie zazdrosny o waszego syna, może zacznie odpowiadać na adorację koleżanki z pracy, a wasza więź się rozluźni. Z lęku przed utratą miłości wzajemne rozczarowania i urazy będziecie zamiatać pod dywan i kłócić się o drobiazgi: porozrzucane po domu skarpetki, okruszki na pościeli czy o to, kto ma wyrzucić śmieci. Być może wtedy zaczniesz snuć spiskową teorię o tym, że to teściowa miesza w waszym związku – nigdy cię nie lubiła i stale wtrąca się w wychowywanie dzieci.

Równanie rodzin

Czyja rodzina lepsza – moja czy twoja? To najczęstszy powód kłótni, zwłaszcza na początku związku. – Ty i twój partner pochodzicie z dwóch różnych światów – tłumaczy Elżbieta Sanigórska. – Tradycje w waszych rodzinach mogą być odmienne i to w każdej kwestii: potraw na wigilijnym stole, wychowywania dzieci, gospodarowania rodzinnym budżetem, spędzania czasu wolnego… I wojna o to, czyje lepsze, się rozkręca.

Co będziemy jeść w naszym domu w Wigilię: barszczyk czy grzybową? – odpowiedź na to pytanie, poszukanie kompromisu, a może stworzenie swojego własnego rytuału – to podstawa udanego związku, szansa na stworzenie autentycznego ,,my”. Walka o przeforsowanie zwyczajów rodziny, którą w sprawach domowych często wygrywa kobieta, niszczy wzajemny szacunek i zagraża więzi pomiędzy partnerami. Zamiast zastanawiać się, jak to pogodzić w taki sposób, by uszanować obydwie rodziny, zamiast dążyć do wspólnych rozwiązań – często szukamy pocieszenia u… mamy i taty.

– Radzenie się rodziców jest OK – mówi Elżbieta Sanigórska. – Jednak związkowi nie służy szukanie poparcia rodziców przeciwko partnerowi. Zatem wysłuchaj rady mamy, ale to ty i partner musicie się dogadać.

Ingerencja babć w wychowywanie wnuków, obowiązek cotygodniowych obiadków u teściowej, wakacje na działce u twoich rodziców? OK. Pod warunkiem, że ty i partner naprawdę tego chcecie, a nie stracie się zaspokoić oczekiwania rodziców. Wigilia przed kominkiem we własnym domu zamiast świątecznej gonitwy od rodziny do rodziny? Czemu nie, jeśli marzycie o tym obydwoje. Zdrowy rozsądek w spełnianiu rodzinnych zobowiązań to podstawa udanego związku. Szczere i wspólnie uzgodnione stanowisko w kwestii, czy i na ile włączamy rodziców w sprawy naszej rodziny, to kolejny punkt na liście spraw do załatwienia.

Rachunki krzywd

Dawanie i branie – kolejne prawo miłości, to baza, która podtrzymuje więź i warunkuje zadowolenie ze związku. – Im więcej dobrego dajemy sobie nawzajem, tym bardziej rośnie bliskość i przywiązanie – mówi Elżbieta Sanigórska. – Bilans zawsze powinien być dodatni – i ty, i partner musicie mieć poczucie, że dostajecie przynajmniej tyle, ile sami dajecie.

I nie chodzi wcale o spektakularne czyny czy drogie prezenty, ale o zwykłą codzienność: czas, uważność, domowe rytuały, czułe gesty i bliskość. W ramach wymiany mieści się także wyrównywanie krzywd, na przykład zdrady.

– Przed wybaczeniem musi nastąpić zadośćuczynienie – mówi psychoterapeutka. – Jeśli to ty czujesz się pokrzywdzona, partner musi uznać twoją krzywdę i wyrazić chęć jej naprawienia. Wtedy ty możesz zażądać czegoś, co będzie wystarczającym zadośćuczynieniem. Tylko wtedy, gdy krzywdy zostaną wyrównane, możecie zacząć odbudowywać związek.

Możesz zażyczyć sobie, żeby partner zrobił albo podarował ci coś, o czym zawsze marzyłaś: wspólny wyjazd, każdy weekend z tobą i dziećmi albo że ma chodzić teraz na wywiadówki i pomagać synowi w lekcjach, żeby ciebie odciążyć.

Wyrównanie krzywdy musi dotyczyć także emocjonalnej strony. Jeśli czujesz się zraniona na przykład jako żona, powiedz partnerowi: „Zraniłeś mnie, to teraz ja się będę starać mniej, a ty musisz starać się bardziej. Przez najbliższe sześć miesięcy nie będę robiła tego wszystkiego, co robiłam jako dobra żona. Od ciebie oczekuję, że będziesz….”. Trzeba powiedzieć to jasno, konkretnie, rzeczowo. I to osoba skrzywdzona ustala, jaka ma być kara, jakie zadośćuczynienie i jak długo to ma trwać. Winny nie może z tym dyskutować.

A kiedy wyznaczony czas minie, a ty poczujesz, że jesteś gotowa mu wybaczyć, oddzielcie przeszłość grubą kreską i nie wracajcie już do tego, co było raniące. Rozmawiajcie o tym, jaki ma być wasz związek, byście nadal chcieli w nim pozostać.