1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Vincent Cassel: rzecznik męskiego rodzaju

Vincent Cassel: rzecznik męskiego rodzaju

fot. BewPhoto
fot. BewPhoto
Kameleon. Zmienia się z każdą rolą. Vincent Cassel zagrał króla rozpustnika, zaś w filmie „Moja miłość” gra obsesyjnie zaborczego macho. Czy sam jest którymś z tych typów?

Kameleon. Zmienia się z każdą rolą. Vincent Cassel ostatnio zagrał króla rozpustnika, teraz w filmie „Moja miłość” gra obsesyjnie zaborczego macho. Czy sam jest którymś z tych typów? I jak jego życie wygląda po – obwieszczonym przez media na całym świecie – rozstaniu z Monicą Bellucci?

Powiedział pan kiedyś, że kocha wolność. Czy to jej szukał pan w zawodzie aktora?

Zawsze chciałem grać, być częścią trupy. Scena, plan filmowy to zawsze był mój świat. Ale mam za sobą także epizod z cyrkiem. I dobrze pamiętam zalewające mnie uczucie wolności, kiedy z kolegami organizowaliśmy spektakle na ulicach. To dawało mi ten sam rodzaj poczucia swobody co teatr. Kino przyszło do mnie później.

Wolność to także przekraczanie granic. Niektóre filmy z pana udziałem stały się obiektem ataków – myślę o „Nieodwracalnym” Gaspara Noégo ze wstrząsającą sceną gwałtu. Nie ma pan oporów, żeby być częścią takich projektów? Nie zadaje pan sobie czasem pytania, czy jest sens robić takie kino?

Jestem aktorem, nie reżyserem czy producentem, nie do mnie należy więc decyzja, czy film ma powstać, czy też nie. Poza tym jeśli zadawalibyśmy sobie takie pytania, wiele wielkich dzieł nigdy nie ujrzałoby światła dziennego. Oczywiście, nie oznacza to, że należy się z pewnymi postawami i czynami utożsamiać w prawdziwym życiu, za to w kinie zawsze zachodzi proces identyfikacji.

Pan dość często gra postacie złych chłopców. Jak udaje się panu nadać swoim bohaterom ludzkie cechy, dzięki którym jesteśmy w stanie zrozumieć motywy nawet największych drani. To sprawa własnego doświadczenia, zmysłu obserwacji, empatii?

Kiedy byłem początkującym aktorem, moimi idolami byli Gian Maria Volonté i Robert De Niro. Oni także nie grywali statecznych ojców rodzin. Ale tak naprawdę przecież nikt nie jest jednowymiarowy. I nawet największa kanalia może kochać swoją córkę czy ojca. W życiu nic nie jest czarno-białe, a mnie interesują przede wszystkim postaci noszące w sobie wewnętrzną ranę.

Gra pan takich bohaterów bez żadnych konsekwencji dla własnego życia?

Żeby od tego uciec, po pracy wracam jak najszybciej do Brazylii, gdzie od jakiegoś czasu mieszkam. Często dołączają do mnie moje córki. Dzięki słońcu i ludziom, którzy mnie otaczają, udaje mi się w miarę szybko zapomnieć o skomplikowanej kondycji człowieka.

We „Wrogu publicznym numer jeden, cz. 1. Instynkcie śmierci” doskonale wypadł pan obok Gérarda Depardieu. Bardzo jestem ciekawa, jak się z nim pracowało? Depardieu jest znany ze swoich ekscesów.

Wszystko, co opowiada się o Gérardzie, jest... absolutną prawdą. On jest tym wszystkim naraz – może być wielki albo wręcz okropny. Jeśli zadecyduje, że film mu się podoba, daje z siebie wszystko. Jeśli jednak nie szanuje reżysera czy aktorów – oznacza to wyrok śmierci, oczywiście, pod względem artystycznym...

Pan podobno też bywa trudny.

Na pewno nie szaleję na planie, nie znoszę konfliktów. Przy wyborze roli decydującym czynnikiem jest dla mnie zawsze osobowość reżysera – z moich doświadczeń wynika, że dobry realizator może nakręcić wartościowy film nawet na podstawie słabego scenariusza. Odwrotnie bywa różnie. Kilka razy zdarzyło mi się pomylić, ale teraz wiem, komu mogę ufać.

Komu?

Tym reżyserom, którzy są w stanie ofiarować mi wolną przestrzeń, a ja natychmiast ją wypełniam. Jeśli nie pozwalają mi rozwinąć skrzydeł – ograniczam się do „serwisu” minimum.

Pana była żona mieszka z córkami we Francji, pan w Ameryce Południowej, oboje macie napięte terminy. Monica Bellucci potwierdziła pogłoski o państwa rozstaniu. Jak w tym układzie godzić pracę z normalnym życiem i życiem rodzinnym w szczególności?

Ponieważ moje życie to nieprzerwany maraton, staram się zadaniowo podchodzić do kolejnych etapów. Moja dewiza brzmi: nigdy nie myśl o jutrze. Staram się skupiać wyłącznie na czasie teraźniejszym. Koncentruję się na zadaniu, jakie czeka mnie określonego dnia, później na następnym i następnym. Nie zawsze się to udaje, ale bardzo mi pomaga, jestem w stanie wywiązać się ze swoich zawodowych zobowiązań. Także udane życie rodzinne jest według mnie kwestią dobrej organizacji. Przede wszystkim nie pracuję bez przerwy, nie jestem maszyną do grania. Kiedy dzieci były małe, staraliśmy się nie wybierać filmów powstających w tych samych terminach, dużo też podróżowaliśmy razem z dziećmi. Także teraz wszystko sprawnie funkcjonuje.

Często gra pan u zagranicznych reżyserów, w tym w Hollywood. Uważa się pan za aktora międzynarodowego czy też pana artystyczne korzenie są wciąż nad Sekwaną?

Język określa wrażliwość – mówię po francusku, jestem sobą. W obcym języku nie można oddać niuansów, zaczyna nas więc ograniczać. Moje role u Aronofsky’ego czy Cronenberga były wyjątkami od reguły – to wielcy artyści, eksplorujący ciemne strony ludzkiej psychiki. Uosabiają wszystko, co kocham w sztuce filmowej. U nich mógłbym grać nawet po chińsku.

Na festiwalu w Cannes pojawił się pan w obrazach „Pentameron” Mattea Garronego i „Moja miłość” w reżyserii Maïwenn, filmie, który 15 stycznia wejdzie do kin w Polsce. W pierwszym z tych obrazów gra pan rozpustnego władcę...

Choć mój bohater jest libertynem, a akcja filmu toczy się w XVII wieku, uważam, że to portret współczesnego mężczyzny. Ma mnóstwo wad, ale przecież postać księcia z bajki jest nieodłącznie związana z uczuciem rozczarowania. My, mężczyźni, jesteśmy pełni przeciwieństw i każdemu zdarzyło się po suto zakrapianym wieczorze znaleźć w ekstrawaganckich sytuacjach. Król z „Pentamerona” jest egoistyczny, okrutny i chciwy, ale też straszliwie samotny. Wie pani, ilu z nas przeżywa to samo?

A co z filmem Maïwenn? Tu wciela się pan w postać narcystycznego macho, który pragnie panować nad życiem swojej żony. To studium toksycznej relacji, która nie wyklucza jednak miłości.

U ludzi najbardziej interesują mnie maski – to, że kłamiemy, że udajemy, również sami przed sobą. Fascynuje mnie zjawisko manipulacji. Uciekamy się do niej wszyscy, na szczęście niekoniecznie po to, żeby komuś zaszkodzić. Mój bohater to typowy narcyz, zapatrzony w siebie i niezdolny do uczucia. Chociaż na swój sposób jest przywiązany do rodziny, nie potrafi się zmienić.

Myśli pan, że można stać się zupełnie innym człowiekiem? Że taka zmiana w ogóle jest możliwa?

Nie sądzę. To iluzja, że możemy zmienić siebie – można nad sobą pracować, ale nie można stać się kimś innym. Mój bohater wydawał mi się łajdakiem, powiedziałem więc sobie, że nie będę walczył o niego konkretnie, za to stanę się rzecznikiem całego rodzaju męskiego. Nurtowało mnie też pytanie, czy toksyczna miłość jest wciąż miłością, czy uzależnieniem graniczącym z patologią.

Zna już pan odpowiedź?

Moim zdaniem jest jednocześnie jednym i drugim. Dlatego ludzie zostają ze sobą przez całe lata, niszcząc i kochając się zarazem. Na szczęście nigdy nie pociągały mnie tego typu relacje.

Pan potrafi – jak rozumiem – w porę się opamiętać.

Tak, kiedy tylko wyczuwam takie niebezpieczeństwo, natychmiast się usuwam.

 

Vincent Cassel ur. 23 listopada 1966 r. Kształcił się w szkole cyrkowej, studiował też w słynnym nowojorskim Actors Studio. Sławę i uznanie krytyki przyniosły mu obrazy Mathieu Kassovitza: „Metyska”, „Nienawiść” i „Purpurowe rzeki”. Grał m.in. w hollywoodzkich superprodukcjach: „Ocean’s Twelve” i „Ocean’s Thirteen”, filmach Davida Cronenberga, „Czarnym łabędziu” Darrena Aronofsky’ego. Z Monicą Bellucci ma dwie córki.

 

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru Zwierciadło 1/2016

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Hipnotyzujący, magiczny, iskrzący dowcipem – „Śniegu już nigdy nie będzie” w kinach od 4 czerwca

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Śniegu już nigdy nie będzie". Na zdjęciu Alec Utgoff. (Fot. materiały prasowe)
„Śniegu już nigdy nie będzie” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to jeden z najbardziej wyczekiwanych tytułów roku. Prezentowany na międzynarodowych festiwalach film zdążył zachwycić już polskie i międzynarodowe media. Satyryczna opowieść na pograniczu magii i realizmu zabiera widza w wyjątkową podróż w głąb samego siebie.

„Tytułowy śnieg może się wieloznacznie kojarzyć – chociażby ze śmiertelnym żywiołem albo poczuciem bezpieczeństwa, baśniowym powrotem do krainy dzieciństwa. Choć dziś zapewne najbardziej kojarzy się ze zniszczeniem, jakie człowiek wywołał w eko klimacie ziemi, doprowadzając do zmian, przez które śnieg widuje się coraz rzadziej. Bohaterowie naszego filmu, w większości skupieni na własnym, małym, wygodnym świecie, zbyt dużo o tym nie rozmyślają, jednak nie wiedząc czemu zmagają się z poczuciem jakiejś wewnętrznej, duchowej pustki i niezrozumiała tęsknotą za czymś nieokreślonym. Są to różne tęsknoty, za bliskością, dotykiem, seksem, zrozumieniem, wolnością. Są bogaci, syci od strony materialnej, ale głodni duchowo, choć w sposób zupełnie nieuświadomiony. Ich fantazje ogniskują się w jednym – obcym przybyszu, w którym przeglądają się jak w lustrze. On przynosi im wytchnienie. Trudno powiedzieć czy to iluzoryczne, czy prawdziwe doświadczenie, tak jak trudno czasem odróżnić nam własną projekcję od rzeczywistości. Czy magiczny las, do którego przenosi ich przybysz, jest tylko wytworem ich lęków i pragnień, czy istnieje naprawdę. Film nasz, mamy nadzieję, skrywa jakąś tajemnicę, chcieliśmy pobudzić widzów do głębszej refleksji na temat kondycji współczesnego Europejczyka. Zagrać na indywidualnych skojarzeniach, nienachalnie zadać parę pytań, bez tezy i z humorem” – mówią twórcy filmu Małgorzata Szumowska i Michał Englert.

Pewnego mglistego poranka w mieście pojawia się ON – atrakcyjny mężczyzna z prawdziwego, egzotycznego wschodu. Żenia, bo tak brzmi jego imię, ma dar. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Mężczyzna zatrudnia się jako masażysta na bogatym osiedlu pod miastem. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od „gorszego” świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty. Wkrótce niezwykłe zdolności Żeni odmienią życie każdego z nich.

W obsadzie obok Aleca Utgoffa, ukraińsko-angielskiej gwiazdy netflixowego hitu „Stranger Things” i filmu „Mission: Impossible – Rogue Nation”, wystąpiło znakomite grono cenionych polskich aktorek i aktorów: Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura, Andrzej Chyra, Łukasz Simlat i Krzysztof Czeczot.

  1. Psychologia

Echoizm – przeciwieństwo narcyzmu. Kim są echoiści? 

Echoista u boku narcyza ignoruje swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń. (Fot. iStock)
Echoista u boku narcyza ignoruje swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń. (Fot. iStock)
Zapewne prawie wszyscy wiemy, kim jest narcyz. Wiemy to z różnych publikacji, bo dużo mówi się i pisze o tym typie człowieka. Wiemy to także z codziennego doświadczenia, z życia po prostu, bo dość często spotykamy na swojej drodze ludzi bezgranicznie zapatrzonych w siebie. Ale zdecydowanie mniej wiemy o człowieku, który jest przeciwieństwem narcyza. Chodzi o echoistę.

Echoista - bez głosu

Narcyza kojarzymy również z greckiej mitologii, jednak znowu niekoniecznie kojarzymy już postać dalszego planu, nimfę Echo. Pozbawioną głosu, skoncentrowaną na narcyzie, bez skutku próbującą zdobyć jego miłość. Otóż, ta postać także znalazła swoje miejsce w psychologii. Postawę tę charakteryzują przede wszystkim totalna uległość oraz rezygnacja z własnych potrzeb.

Jednym z pierwszych, który pisał o echoizmie był psycholog kliniczny i wykładowca Harvard Medical School, Craig Malkin. W swojej książce „Rethinking Narcissism” wyjaśnia, że echoizm to także strach przed uczuciem wyjątkowości czy wyróżnianiem się w jakikolwiek dziedzinie. To obawa przed byciem zauważonym, a przez to potencjalnie oskarżonym o… narcyzm! Określenie „echoizm” używane jest głównie w kontekście związku z narcyzem.

Echoista to człowiek, który pasuje do narcyza jak puzzel, gotowy do rezygnacji z siebie, własnych potrzeb, chętny do koncentrowania się w stu procentach na oczekiwaniach drugiego człowieka, jest „idealnym” partnerem dla narcyza. Nietrudno się domyślić, że spotkanie tych dwóch „pasujących do siebie” połówek jest bardzo niebezpieczne.

„Mit o Narcyzie i Echo bardzo dużo mówi o relacjach dwojga ludzi”, pisze Craig Malkin. „Kiedy myślałem o tym, jak Echo reagowała na potrzeby i uczucia ukochanego, przeżyłem tzw. moment „aha!”. Zdałem sobie sprawę, że ludzie, którzy utrzymują bliskie relacje z osobami narcystycznymi, w pewnym momencie rezygnują ze swoich potrzeb na rzecz i dla „dobra” związku, koncentrują się tym, jak czuje się druga strona.”, dodaje psycholog. Ale bez wątpienia, by w taką rolę wejść trzeba mieć w sobie odpowiedni potencjał…


Z domu echoista

„Większość ludzi, którzy zmagają się z echoizmem, nienawidzi własnych potrzeb. Nie czuje się z nimi dobrze, ponieważ z ich dotychczasowych doświadczeń wynika, że gdy za bardzo skupili na sobie uwagę, tracili kontakt z ludźmi, na których im zależało.”, tłumaczy Malkin. Zresztą on sam ma za sobą takie doświadczenie. Jak wspomina był wrażliwym dzieckiem wychowywanym przez matkę, która skupiała na sobie całą uwagę. Mały Malkin chcąc nawiązać z nią jakąkolwiek relację, sam musiał zejść na daleki plan. Zrobił to i niczym echo powtarzał jej potrzeby oraz pragnienia. Nauczył się rezygnować z własnej przestrzeni, potrzeb, zwłaszcza potrzeby uwagi, bycia dostrzeżonym. Nauczył się, że to, co w nim, jest nieistotne. Jeśli zyskuje cokolwiek, to tylko wtedy, kiedy wsłuchuje się w to, co czuje i czego potrzebuje matka. Tylko w ten sposób może „ugrać” okruch uczucia, zainteresowania. Do takiego przekazu dziecko bardzo szybko się adaptuje, to pozwala mu „żyć”. Ale jedynie tu i teraz. Bo w dorosłym życiu ta sama broń go niszczy. Zatem Malkin znalazł sposób na to, by poczuć bliskość z matką, ale stało się to dużym kosztem. Wykształcił w sobie mechanizmy, które w dorosłym życiu są dla człowieka krzywdzące.

Innym potencjalnym źródłem wykształcenia się w człowieku echoizmu jest sytuacja, w której rodzice czy rodzic powtarzają swoim dzieciom, że nie wolno koncentrować się w życiu na sobie. Ten niepozorny komunikat powtarzany często i regularnie potrafi skutecznie zabić w dziecku poczucie wyjątkowości.

Dorosły echoista działa wedle silnego wewnętrznego schematu, który zna. Zakładając, że mamy skłonność do odtwarzania nie tylko swoich zachowań, ale także rodzaju relacji, które znamy, echoista szybko odnajdzie się na przykład, kiedy u jego boku pojawi się narcyz. On to zna, więc wie, jak narcyza „obłaskawić”. I wszystko gra. Jest komplementarnie, pozornie bezpiecznie. Echoista u boku narcyza może nadal ignorować swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń.

Przełamać schemat

Co mogłoby sprawić, żeby echoista dostrzeże siebie? Pierwszy krok, to zauważyć swój wdrukowany schemat, że bycie z drugim człowiekiem jest jednoznaczne z zaprzedaniem samego siebie. Bo przecież nie jest! Prawdziwa relacja oznacza być z kimś, przy kimś, ale jednocześnie być przy sobie. Bycie empatycznym, a echoista ma w sobie tony empatii, nie oznacza absolutnie całkowitego porzucenia samego siebie. I to dotyczy nie tylko związków partnerskich, miłości, ale także choćby przyjaźni. Mogłoby się wydawać, że echoista jest doskonałym materiałem na świetnego przyjaciela – potrafi słuchać, poradzić, pomóc, pobyć blisko, itd. Otóż, psychologowie twierdzą zgodnie, że to absolutnie nie jest rys dobrego przyjaciela, bo przyjaźń, jak każda interakcja z drugim człowiekiem, wymaga od nas jednocześnie umiejętności dawania, ale i brania. Trzeba umieć jedno i drugie. Inaczej każdy związek staje się sztuczny, a wtedy nie ma mowy o bliskości. By być naprawdę blisko z drugim człowiekiem trzeba umieć być elastycznym, dopasowywać swoje reakcje do zewnętrznych okoliczności, i tego musi nauczyć się echoista.

  1. Kultura

Polskie kino dokumentalne na 14. Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” w Moskwie

W programie 14. edycji Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” znalazły się dwie sekcje poświęcone filmom dokumentalnym.
W programie 14. edycji Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” znalazły się dwie sekcje poświęcone filmom dokumentalnym.
Już 20 maja w Rosji rozpoczyna się święto polskiego kina. W programie 14. edycji Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” znalazły się dwie sekcje poświęcone filmom dokumentalnym – „Spojrzenie na świat” i „Spojrzenie na kobietę”.

Sekcja „Spojrzenie na świat”

Sekcja „Spojrzenie na świat” to produkcje polskich reżyserów, których historie, dziejących się w innych krajach. W jej ramach wybierzemy się m.in. na... Syberię. Maciej Cuske w filmie „Wieloryb z Lorino” dotarł do osady w tytułowym Lorino na Półwyspie Czukockim. Mieszkańcy, czyli Czukcze, Inuici i Rosjanie trudnią się polowaniem na wieloryby. Zbiorowy rytuał połowu dostarcza im pożywienia i pozwala przeżyć w trudnych warunkach, jest nadzieją na przetrwanie kolejnej zimy. To opowieść trudnej relacji człowieka z naturą. Film kontempluje wpisaną w porządek natury codzienność Półwyspu Czukockiego i odsłania najbardziej brutalne strony życia w miejscu zapomnianym przez Boga i ludzi. Zdobywca Nagrody za Najlepszy Film Polski Millenium Docs Against Gravity 2020 i Nagrody Specjalnej KFF za najlepszy montaż na 14. Festiwalu Filmów Polskich „Wisła".

Bohaterami filmu Macieja Cuske „Wieloryb z Lorino” są mieszkańcy osady na Półwyspie Czukockim, którzy zajmują się polowaniem na wieloryby. To opowieść trudnej relacji człowieka z naturą. (Fot. materiały prasowe)Bohaterami filmu Macieja Cuske „Wieloryb z Lorino” są mieszkańcy osady na Półwyspie Czukockim, którzy zajmują się polowaniem na wieloryby. To opowieść trudnej relacji człowieka z naturą. (Fot. materiały prasowe)

Jeśli macie ochotę na wyprawę, z nami nie trzeba daleko jechać! Ściana cieni” Elizy Kubarskiej to zapis wyprawy alpinistów (Polak Marcin Tomaszewski oraz Rosjanie Dmitrij Gołowczenko i Sergiej Nilow) na szczyt góry Kumbhakarny w nepalskich Himalajach, liczącej niemal osiem tysięcy metrów. Góra Kumbhakarna to jedna z ostatnich świętych gór Szerpów, nazwana na cześć mitycznego giganta. Dokument jest opowieścią o zderzeniu dwóch kultur. Zachodni alpiniści uznają szczyt za jeden z najtrudniejszych na świecie, a dla nepalskich Szerpów to miejsce zamieszkane przez bogów i ludzie nie mogą wchodzić na jej teren. Do zespołu dołącza miejscowy Nada, który łamie lokalne prawo, by zarobić na edukację swojego syna. Zdjęcia do filmu powstawały w warunkach himalajskiej zimy na wysokościach do 7400 metrów. Reżyser Eliza Kubarska oraz realizatorka dźwięku Zofia Moruś wraz z ekipą spędzili trzy tygodnie na lodowcu u podnóża góry, a Nepal odwiedzili trzykrotnie.

Któż piękniej nie opowiadał o zagranicznych przygodach niż Tony Halik? Podróżnik, dziennikarz, filmowiec jest bohaterem filmu Marcina Borchardta. Prywatny pilot Evity Peron, dziennikarz NBC, laureat Pulitzera. Mieszkaniec komunistycznej Polski, w której ludzie nie posiadali paszportów. „Tu byłem – Tony Halik” - każdy zna ten tekst, nawet jeśli nie pamięta jego programów w telewizji. Poza Polską praktycznie nieznany, w latach 60-80-tych w jakiś dziwny sposób pojawiał się wszędzie tam na świecie, gdzie działo się coś ważnego. Film zawiera niepublikowane filmowe materiały archiwalne, nakręcone przez Halika podczas niezliczonych podróży po całym świecie oraz wywiad z synem podróżnika.

Na Festiwalu przypomniana zostanie filmowa ballada „Happy Olo – pogodna ballada o Olku Dobie” w reżyserii Krzysztofa Pawła Bogocza i Marcina Macuka, utrzymaną w konwencji kina drogi o jednym z najwybitniejszych polskich podróżników - Aleksandrze Dobie, który zmarł 22 lutego tego roku na Kilimandżaro w Tanzanii. Film kręcony jest w trakcie podróży, której celem jest transport kajaka przez pełne uroku polskie krajobrazy, a tytułowy Olo w niebanalny i charakterystyczny dla siebie sposób opowiada swoje historie. Opowieściom tym towarzyszą szalone fragmenty filmów z jego wypraw transatlantyckich, a przygody ilustrują animacje przeplatane piosenkami.

Sekcja „Spojrzenie na kobietę”

W sekcji filmów dokumentalnych „Spojrzenie na kobietę” w centrum opowieści znajduje się płeć piękna. Bohaterką filmu Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei pt. „Lekcja miłości” jest nieco ekscentryczna 70-letnia Jola (aktorka i śpiewaczka Jolanta Janus), matka sześciorga dzieci i żona porywczego mężczyzny. Przez całe życie robiła to, czego oczekiwali od niej inni i udawała, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pewnego dnia coś w niej pękło. Uciekając od nieudanego małżeństwa, z Włoch przeprowadza się do rodzinnego Szczecina, gdzie wreszcie żyje tak, jak zawsze chciała. Marząc o pięknej miłości, której – jak uważa – nigdy nie doświadczyła, poznaje starszego od siebie Wojtka. Czy będzie miała odwagę otworzyć się na nowe uczucie?

Bohaterką filmu Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei „Lekcja miłości” jest 70-letnia Jola, która pewnego dnia postanowiła uciec od nieudanego małżeństwa. Z Włoch przeprowadziła się do rodzinnego Szczecina, gdzie wreszcie żyje tak, jak zawsze chciała. (Fot. materiały prasowe)Bohaterką filmu Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei „Lekcja miłości” jest 70-letnia Jola, która pewnego dnia postanowiła uciec od nieudanego małżeństwa. Z Włoch przeprowadziła się do rodzinnego Szczecina, gdzie wreszcie żyje tak, jak zawsze chciała. (Fot. materiały prasowe)

Film Położna” w reżyserii Marii Stachurskiej jest opowieścią o Stanisławie Leszczyńskiej – położnej w byłym niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Leszczyńska – nazywana mamą – przyjęła w obozie ponad 3 tys. porodów. Podczas jej, często całodobowych, dyżurów nie umarła ani jedna rodząca kobieta oraz ani jedno dziecko, które przyszło na świat. Bohaterka ratowała życie nowonarodzonych dzieci pomimo rozkazu doktora Mengele, który brzmiał, by zabijać wszystkie noworodki. Narratorem opowieści jest Elżbieta Wiatrowska, wnuczka Stanisławy Leszczyńskiej. Dla reżyserki bohaterka filmu była cioteczną babcią. W filmie przedstawione zostały relacje ludzi, którzy przeżyli obóz koncentracyjny dzięki Leszczyńskiej oraz archiwalne materiały, ilustrowane muzyką Michała Lorenca.

Film „Położna” w reżyserii Marii Stachurskiej jest opowieścią o Stanisławie Leszczyńskiej, położnej w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. (Fot. materiały prasowe)Film „Położna” w reżyserii Marii Stachurskiej jest opowieścią o Stanisławie Leszczyńskiej, położnej w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. (Fot. materiały prasowe)

Moskiewska edycja Festiwalu „Wisła” odbędzie się w trybie stacjonarnym od 20 do 30 maja w kinach: "5 gwiazd na Pawieleckiej", "Moskino Kosmos" i "Moskino Bieriozka". Następnie Festiwal wyruszy w podróż do 20 rosyjskich miast m.in. do Soczi i Kazania.

  1. Kultura

Kina otwarte – polecamy filmy, które warto zobaczyć na dużym ekranie

"Ojciec" z oscarową rolą Anthony'ego Hopkinsa to jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku. U boku aktora podziwiać możemy również znaną z serialu "The Crown" Olivię Colman. (Fot. materiały prasowe)
Mamy dobre wieści dla wszystkich kinomaniaków. Od 21 maja będziemy mogli ponownie odwiedzić kinowe sale. Na spragnionych filmowych doznań widzów czeka masa wyśmienitych premier. Na dużym ekranie pojawią się m.in. nagrodzony trzema Oscarami dramat "Nomadland", disneyowska "Cruella" z Emmą Stone oraz reżyserski debiut Floriana Zellera "Ojciec". Podpowiadamy, na które filmy warto zwrócić szczególną uwagę.

”Nomadland”

Powstały na podstawie głośnego reportażu Jessiki Bruder "Nomadland" to opowieść o 60-letniej kobiecie, która z powodu pogarszającej się sytuacji finansowej zmuszona jest spakować cały dobytek do starego kampera i ruszyć w trasę po Stanach Zjednoczonych w poszukiwaniu sezonowych prac. Dramat w reżyserii Chloé Zhao z fenomenalną rolą Frances McDormand nagrodzono w tym roku trzema Oscarami, w tym za najlepszy film.

W kinach od 29 maja.

„Ojciec”

Wyśmienite recenzje krytyków, znakomite nazwiska twórców i doskonała obsada aktorska to główne powody, dla których warto zobaczyć reżyserski debiut Floriana Zellera. Film „Ojciec” opowiada o utracie tożsamości w wyniku choroby oraz nieustannej walce o siebie. W rolach głównych nagrodzony Oscarem Anthony Hopkins ("Milczenie owiec") oraz Olivia Colman ("Faworyta", "The Crown"). To historia, który zapada w pamięć i zostaje z widzem na długo po seansie.

W kinach od 21 maja.

„Minari”

Zaskakująca i zawadiacka, a jednocześnie pełna czułości opowieść o sztuce zapuszczania nowych korzeni. Jakob, którego marzeniem jest posiadanie własnej farmy, przeprowadza swoją koreańską rodzinę do Arkansas. Bliscy nie są zadowoleni ze zmiany, zwłaszcza, gdy okazuje się, że ich nowy dom ma kółka i jest tak wątły, że może sobie nie poradzić z tornadami. Do rodziny dołącza też nieco szelmowska babcia z Korei, która uczy bliskich jak tworzyć nową więź z Ameryką, pielęgnując równocześnie własną tradycję.

W kinach od 18 czerwca.

„Na rauszu”

Kolejny laureat Oscara, tym razem w kategorii „najlepszy film międzynarodowy”. Istnieje teoria, że skromna dawka alkoholu podtrzymywana w organizmie otwiera umysł na otaczający nas świat. Kilku nauczycieli z duńskiej szkoły średniej postanawia sprawdzić, jak owa teoria ma się w praktyce. Film "Na rauszu" ukazuje nie tylko negatywne, ale też pozytywne skutki spożywania napojów wysokoprocentowych. Prosty w przekazie, ale jakże poruszający obraz uzupełnia rewelacyjna kreacja Madsa Mikkelsena.

W kinach od 11 czerwca.

„Cruella”

Pamiętacie demoniczną projektantkę z filmów o dalmatyńczykach? Cruella De Mon od początku stanowiła niezły materiał na niezależną produkcję. Aż w końcu stało się. Najnowsze dzieło wytwórni Walta Disneya wyjaśni widzom, dlaczego Cruella tak naprawdę stała się zła. W rolach głównych zobaczymy Emmę Stone, Emmę Thompson oraz Marka Stronga. Obraz wyreżyserował natomiast Craig Gillespie, twórca "Miłości Larsa" z Ryanem Goslingiem oraz "Jestem najlepsza. Ja, Tonya" z Margot Robbie.

W kinach od 29 maja.

„Proste rzeczy”

Błażej i Magda spełniają marzenie o spokojnym życiu poza miastem. Samodzielnie remontują dom w malowniczej wiosce, korzystając raczej ze swojego sprytu i dobrych pomysłów niż z dużych zasobów finansowych. Pewnego dnia w ich domu pojawia się wuj Błażeja. Między bohaterami rozpoczyna się emocjonalna gra, w której obaj próbują zbliżyć się do prawdy o bliskich osobach. Nagła obecność krewnego wytrąca chłopaka z realizacji powziętych celów i zmusza go do zmierzenia się z bolesną przeszłością.

W kinach od 4 czerwca.

„Śniegu już nigdy nie będzie”

Najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to historia pochodzącego ze wschodu Żeni, który zatrudnia się jako masażysta na bogatym podmiejskim osiedlu. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od "gorszego" świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty, aby wkrótce odmienić życie każdego z nich. W roli głównej zobaczymy znanego z serialu "Stranger Things" Aleca Utgoffa, któremu towarzyszyć będą m.in. Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura i Andrzej Chyra.

W kinach od 4 czerwca.

„Niepamięć”

Absurdalny humor i melancholia - tak można podsumować komediodramat „Niepamięć”, którego fabuła przenosi nas do opanowanej przez wirus amnezji Grecji, gdzie ludzie masową chorują na nagły zanik pamięci. Mieszkający w Atenach Aris zostaje objęty programem leczenia, który ma pomóc mu zbudować nowe życie. Terapia polega na wykonywaniu czynności przepisanych przez lekarzy na kasecie magnetofonowej i uchwycenie nowych wspomnień za pomocą polaroidu. Zapowiada się arcyciekawy seans.

W kinach od 25 czerwca.

  1. Kultura

Melissa MacCarthy: "Bez moralizowania proszę!"

Melissa Ann McCarthy, aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.(Fot. Getty Images)
Melissa Ann McCarthy, aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.(Fot. Getty Images)
„Nie masz szans na Hollywood z takimi krągłościami”, usłyszała kiedyś od pewnego menedżera. I paradoksalnie właśnie dlatego doszła do momentu, w którym jest teraz. Trudno zapomnieć jej role, a według licznego grona fanów równie trudno Melissy McCarthy nie pokochać.

Jesteś uwielbiana za role w filmach „Złodziej tożsamości”, „Gorący towar”, „Ghostbusters. Pogromcy duchów” czy ostatnio „Królowe zbrodni”. Grasz w nich kobiety pozbawione kompleksów na punkcie własnej figury. Czujesz, że tym samym robisz w Hollywood rewolucję?
Jeśli już, to czuję się częścią większej zmiany. A ona bierze się z nowego podejścia scenarzystów do postaci kobiet. Nawet nie wiesz, jaka to ulga, kiedy czytasz kwestię swojej bohaterki i lektury nie przerywa ci irytująca myśl: „Że co?! Rany! Która babka by tak powiedziała?!”. Nie chodzi przecież tylko o to, żeby zapełnić ekran kobietami. Ważne jest, żeby ekranowe bohaterki reprezentowały nas naprawdę. Mówiły tak jak my, były wiarygodne psychologicznie, podejmowały określone decyzje i ponosiły ich konsekwencje. Tak, jak robimy my w prawdziwym życiu. No i wreszcie – żeby wyglądały tak jak my.

Uważasz, że to, co dzieje się w branży filmowej, rzeczywiście można nazwać rewolucją czy może to za mocne słowo?
Prawda jest taka, że ja i moje koleżanki i moi koledzy z ekipy możemy wyczyniać nie wiadomo jaką gimnastykę na planie, ale to nie musi przekładać się na uznanie producentów. Głos krytyków też tego nie zmieni – dziennikarze mogą piać z zachwytu, ale dopóki siedzący w biurze wytwórni księgowi nie powiedzą, że film przyniósł zadowalające wpływy, dopóty nie będzie rozmowy o kolejnych takich projektach. Tutaj sędziami są wyłącznie widzowie. Albo nasz film przyjmą i polecą innym, albo odrzucą. Czekam na ich osąd w pokorze, nie panikuję. A musisz wiedzieć, że jestem dość emocjonalną osobą. Kiedy podczas promocji filmu spotkałam się z dziewczynami, z którymi robiłyśmy „Królowe zbrodni” – aktorkami Elisabeth Moss i Tiffany Haddish oraz reżyserką Andreą Berloff – popłakałam się.

Dlaczego?
Było coś wzruszającego w tym, że nad tym projektem pracowały niemal same kobiety. Ja bardzo łatwo się wzruszam, a wtedy spotkałam się z nimi pierwszy raz, odkąd zeszłyśmy z planu. Powróciły wspaniałe wspomnienia z pracy. Nie wiem jak dla nich, ale dla mnie plan filmowy to zawsze w pewien sposób są wakacje. Chociaż muszę uczyć się kwestii i wstawać codziennie bladym świtem, w zamian dostaję coś niezwykle cennego.

Co takiego?
Chociażby komfort korzystania z toalety w pojedynkę [śmiech]. Czegoś takiego nie zaznałam u siebie w domu od 13 lat, czyli odkąd urodziłam pierwsze dziecko i zaadoptowałam psa. Patrząc na dziewczyny, przypomniałam sobie, jak cudowne były miesiące naszej pracy, kiedy mogłyśmy w pełni zaangażować się w swoją robotę, a dodatkowo miałam prywatność, nie musiałam mieć oczu dookoła głowy i zastanawiać się, co zdemolowały moje córki, a co wziął do pyska mój pies.

Zaraz, zaraz… Przecież pracujesz nie tylko jako aktorka. Masz własną kolekcję ubrań, sama szyjesz dla siebie kreacje na gale wręczania nagród. Kiedy się tym zajmujesz?
W ciągu dnia nie mam na to szans. Panuje za duży rozgardiasz. Zazwyczaj szyję po nocach, kiedy dzieciaki i pies śpią, a ja nie muszę się uczyć tekstu. Wtedy siadam do maszyny, co działa na mnie niezwykle odprężająco.

Granie w komediach też cię odpręża? Pytam, bo wielu aktorów twierdzi, że wbrew pozorom właśnie rozśmieszanie widzów to najcięższa robota i że atmosfera na planie komedii potrafi być napięta.
Gatunek nie ma znaczenia, zawsze staram się wycisnąć z tego, co mam do zagrania, wszystko, co się da.

Masz swoje ulubione role? Postaci, które zapamiętasz na zawsze?
Wszystkie po równo obdarowałam swoim ciałem i uwagą. Więc tak jak ważni są dla mnie wszyscy ludzie, bez względu na rasę, płeć i seksualność, tak i wszystkie postaci traktuję tak samo. Co więcej, kocham te moje bohaterki, są dla mnie jak dzieci.

Z Tiffany Haddish i Elisabeth Moss w „Królowych zbrodni” - film dostępny na HBO Go.(Fot. materiały prasowe)Z Tiffany Haddish i Elisabeth Moss w „Królowych zbrodni” - film dostępny na HBO Go.(Fot. materiały prasowe)

Liczyłem, że wskażesz jednak „Królowe zbrodni”, bo to film dobrze oddający ducha naszych czasów: trzy kobiety całkowicie podległe facetom mają dość i buntują się przeciwko patriarchalnym układom. Piękna metafora tego, co dzieje się poza ekranem.
Doceniłam scenariusz „Królowych…” za tę właśnie metaforę. Opowiadamy o kobietach zmęczonych układami. Niby przenosimy się do końcówki lat 70., ale tak naprawdę mówimy o mechanizmach, które obowiązują we współczesnych korporacjach, w ogóle w życiu społecznym. Nie wiem, jak to możliwe, by w XXI wieku na stanowiska menedżerów wciąż byli zatrudniani faceci, którzy krzykiem i presją próbują zarządzać zespołem! Przecież taki nieustannie ponaglany, zestresowany człowiek nie będzie potrafił dać z siebie tego, co ma najlepsze.
W „Królowych…” pokazaliśmy kobiety, które nie tyle buntują się przeciwko takiemu porządkowi, co po prostu znajdują dla niego alternatywę. Nie urządzają sobie polowania na mężczyzn, nie mszczą się na nich, tylko zaczynają działać po swojemu, wypracowują nowy model bez odnoszenia się do bzdurnych męskich reguł. Moja bohaterka nie jest kobietą działającą w gniewie, pragnącą dać każdemu napotkanemu facetowi w twarz. To nie tak. Kobiety u władzy muszą znaleźć własny sposób na zarządzanie, a nie kopiować modelu, który wypracowali mężczyźni. Nasz film opowiada także o tym.

Ty też musiałaś się buntować przeciwko władzy mężczyzn?
Jestem szczęściarą, bo urodziłam się w domu, w którym figura ojca nigdy nie kojarzyła się z siłą. Przez lata nie wyobrażałam sobie, że mama mogłaby bać się taty. Albo że jako dziewczynka miałabym czuć się gorsza od chłopca. Tworzyliśmy naprawdę fajną paczkę przyjaciół, w której każdy liczył się ze zdaniem drugiego, choć moi bliscy nie byli ani hipernowocześni, ani specjalnie wykształceni. Dorastałam w małej mieścinie na farmie, w bardzo katolickim domu. A kiedy mówiłam, że zostanę projektantką, słyszałam: „Świetny pomysł!”, „Dasz radę!”, „Idź za tą myślą!”. Kibicowano moim pomysłom.

McCarthy: 'Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom'.(Fot. Getty Images)McCarthy: "Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom".(Fot. Getty Images)

Dzięki temu wierzyłaś, że możesz wszystko?
Przez długi czas tak. Kiedy przeniosłam się do Nowego Jorku, nie miałam grosza przy duszy, amimo to nie zniechęcałam się. Myślałam, że ciężką pracą i cierpliwością zdobędę to, o czym marzę. W pewnym momencie los postanowił dać mi prztyczka w nos.

Co się stało?
Byłam już dość rozpoznawalna jako standuperka, kiedy dowiedziałam się o pewnym castingu. Poszłam na niego i przeżyłam szok. Dookoła mnie czekały same szczupłe, śliczne dziewczyny, a pośród nich ja – która mogłam uchodzić za dwie osoby w przebraniu. Bardzo przytyłam, bo z braku kasy jadłam wyłącznie tanie, niezdrowe jedzenie: makarony, sosy z konserwantami, parówki. Czułam się na tamtym castingu jak bohaterka „Truman Show”, jakby świat przez całe moje życie mnie oszukiwał. Zaczęłam mieć paranoję, że zarówno moja rodzina, jak i przyjaciele po prostu bali się powiedzieć mi, że jestem nieatrakcyjna i że z takim wyglądem niczego w tej branży nie osiągnę. Po tamtej przygodzie stałam się chodzącym kompleksem. Apogeum nadeszło, kiedy spotkałam się z pewnym menedżerem, który powiedział mi, że nie rozumie, jak taka osoba jak ja – zabawna i bystra – może sobie pozwolić na taką figurę. „Nie masz szans na Hollywood z takimi krągłościami”, rzucił mi prosto w twarz.

I…
I wtedy miarka się przebrała. Bunt wziął górę nad użalaniem się. Miałam już serdecznie dość pytania innych o to, co mi wolno i na co zasługuję. Doświadczyłam oświecenia [śmiech]. Uświadomiłam sobie, że o tym, czego pragnę i potrzebuję, próbuje decydować stojący przede mną facet, który nie ma pojęcia, co potrafię, widzi tylko moją tuszę. Dotarł do mnie absurd całej sytuacji i po prostu zaczęłam się śmiać. Nagle poczułam rosnącą pewność, że to nie on, ale ja sama rozstrzygnę, czy zrobię karierę w Hollywood, czy nie. Świat nie składa się przecież z samych szczupłych, długonogich piękności. I nie trzeba mieć doktoratu z socjologii, żeby to zauważyć.

Jak to doświadczenie przełożyło się na twoje granie?
Nauczyłam się jednego: nie mam prawa oceniać moich bohaterek.

McCarthy w duecie z Richardem E. Grantem w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” (Fot. materiały prasowe)McCarthy w duecie z Richardem E. Grantem w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” (Fot. materiały prasowe)

Nawet kiedy grasz tak kontrowersyjne postaci jak Lee Israel? Oszustkę, która fałszowała listy sławnych pisarzy, a potem sprzedawała je antykwariatom, za co została aresztowana przez FBI w latach 90.? Za rolę w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” dostałaś nominacje do Oscara i Złotego Globu.
Przyczyn sukcesu tego projektu upatruję właśnie w niemożności wybronienia Lee. Takie niejednoznaczne, trudne postaci to moim zdaniem przyszłość amerykańskiego kina. Zauważ, że Hollywood niemal nie pokazuje negatywnych głównych bohaterek. One są najczęściej heroinami w opałach albo czekającymi na księcia z bajki nieszczęśliwymi kurami domowymi. Albo bohaterkami przez duże B. Widz ma zawsze z nimi sympatyzować. Mam tego dość, bo kobiety nie są dobre i fajne tylko dlatego, że są kobietami. Mamy różne historie i różne motywacje. Tak samo Kathy z „Królowych zbrodni”. Nie mogłam jej oceniać, bo ona jest w sytuacji, kiedy zostaje sama z małymi dziećmi. A co robić, kiedy wiesz, że twoim dzieciom grozi spanie na ulicy? Ja nie mam wątpliwości, do czego byłabym w takiej sytuacji zdolna.
Lubimy mówić: „Ja na jej miejscu zachowałabym się inaczej”, „Nie pozwoliłabym sobie na coś takiego”, „Na pewno dałoby się tę sytuację rozwiązać w inny sposób”. Niezwykle łatwo przychodzi nam pouczanie i mówienie innym, jak mają żyć.

McCarthy z Octavią Spencer w „Thunder Force” (Netflix, premiera 9 kwietnia).McCarthy z Octavią Spencer w „Thunder Force” (Netflix, premiera 9 kwietnia).

I to mi się bardzo podoba – grasz w filmach, w których nie moralizowania ani litowania się nad kobietami. To daje moc. A czasem nawet supermoc, jak w najnowszym filmie „Thunder Force” – grasz w nim superbohaterkę w kostiumie plus size.
Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom. Pokazać, że nie mamy prawa oceniać innych, jeśli nie jesteśmy na ich miejscu. Sporo filmów z mojej filmografii pozwala spokojnie przyjrzeć się pokazywanym w nich bohaterkom. Przyjrzeć i łaskawie zamilknąć, darując sobie wszelkie niepochlebne komentarze. 

Melissa Ann McCarthy rocznik 1970. Aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. Karierę rozpoczynała jako standuperka. Studiowała na wydziale ubioru w Southern Illinois University, stworzyła linię ubrań dla kobiet plus size. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.