1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Maria Seweryn: Od początku

Maria Seweryn: Od początku

fot. BewPhoto
fot. BewPhoto
Aktorka poszukująca. Przez sześć ostatnich lat wspólnie z mamą Krystyną Jandą prowadziła założony przez nią Och-Teatr, a przez 12 lat związana była z teatrem Polonia. Ostatni rok zmienił w jej życiu wszystko.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 07/2017)

Kiedy zadzwoniłeś, proponując rozmowę, nie byłam pewna...

Dlaczego?

Jestem na życiowym i zawodowym zakręcie, nie po raz pierwszy. Mój syn ma już rok, więc czas, abym powoli zaczęła wychodzić z domu. Zastanawiałam się, do kogo zadzwonić, aby powiedzieć: „Jestem gotowa do pracy”. Pomyślałam o Maćku Kowalewskim, bo grałam w jego sztukach. Szykowałam się do rozmowy, takiej po latach. Obydwoje wyszliśmy z niezależnego teatru, Maciej został dyrektorem teatru Na Woli, ja prowadziłam Och-Teatr. Maciek nie jest już dyrektorem i ja nie jestem już w Ochu… Wyprzedził mnie, proponując rolę w spektaklu „Casa Valentina” Harveya Fiersteina w fantastycznej obsadzie, i do tego w… Och-Teatrze. Z Rafałem Mohrem zagramy parę gospodarzy małego hotelu, w którym w latach 60. heteroseksualni mężczyźni przebierali się za kobiety. Jestem szczęśliwa, że znowu będę pracować z Maciejem, z Rafałem…

Czym jest ten zakręt, o którym mówisz?

Gdyby to nie była sytuacja rodzinna, pewnie nie musiałabym się z tego tłumaczyć. Jestem w dosyć trudnym momencie. Mało ludzi jest wokół mnie. Muszę otworzyć się na coś nowego. W jakimś sensie wrócić do siebie samej albo raczej spotkać siebie starszą. Chciałabym mniej od siebie wymagać, być dla siebie łagodniejsza. W Och-Teatrze pracowałam po 12 godzin dziennie, byłam świetnym wykonawcą wszystkich pomysłów, świetnym pracownikiem… Spektakl był częścią dnia. Dopiero grając, odpoczywałam. Wszyscy byli zadowoleni, wszystko tam działało. Och-Teatr jest fantastycznym miejscem, pięknym, to też moja zasługa. Ale widać mam taką tendencję, że jak już jest dobrze, jak idę po prostej i nie muszę się martwić, to podkładam pod tym bombę.

Pytanie, czy podłożyłaś bombę.

No, podłożyłam.

Kiedy byłam zdenerwowana albo miałam zbyt dużo pracy, to pieliłam w ogródku Och-Teatru. Boże, jak kochałam ten ogród. Mogę ci opowiedzieć o każdym krzaku. Zamiast wyrywać chwasty, musiałam to wszystko zostawić, a to jakby dziecko zostawić. Kocham Och-Teatr. Gdybym nagle tam weszła, to wszystko o nim wiem. Przechodzę ulicą, patrzę: „O, robią to, czego nie zdążyłam – układają kostkę przed wejściem, z prawej strony”. Lubiłam remonty.

To jest twój teatr?

To bardzo trudne pytanie. Nie wiem... Wrócę do grania tam. Czy inaczej? Na razie myślę, że nie. Dałam temu dziecku, ile mogłam, i dalej już może zostać samo. Może dobrze, że tak się dzieje? Czasami lepiej wyskoczyć z jadącego pociągu. Przecież są inne kierunki. Więc układam sobie życie. Zadzwoniłam do Krzysztofa Pluskoty, dyrektora Teatru Stu w Krakowie. Powiedziałam: „Słuchaj, jestem wolna”. Mówi: „Żartujesz?”. Zaproponował mi rolę Dobrójskiej w „Ślubach panieńskich” Fredry. Czytam tę Dobrójską i myślę: „Za chuda jestem”. Napisane jest, że ona nie nadąża za innymi, ma zadyszkę. Będę musiała coś wymyślić, żeby zagrać ociężałą.

To odwaga zadzwonić do dyrektora teatru i powiedzieć: „Jestem wolna”?

Moim zdaniem tak. Ale uczę aktorstwa i widzę w młodym pokoleniu różnicę. Jest gotowe. Dla mnie nie do pomyślenia byłoby polecieć do Londynu, Berlina, zapukać do drzwi wszystkich agencji, mówiąc: „Jestem, angażujcie mnie”. A moi młodsi koledzy tak robią. I są skuteczni. Grają za granicą. Chcą zaistnieć. Dla młodszego pokolenia to normalne.

Kiedykolwiek myślałaś: „Chcę zaistnieć”?

Nie. Kiedy słyszę, że ktoś chce być popularny albo sławny, to kompletnie tego nie rozumiem. Rozumiem, że chce mieć nazwisko. Tyle że ja mam nazwisko. Ale jest i druga strona, nazwisko Seweryn zobowiązuje. Więc wracam do pracy, choć to wyzwanie jeździć z małym dzieckiem do Krakowa na próby, na spektakle…

Przed laty miałaś małe dziecko i jeździłaś do Bielska-Białej…

Do Szczecina, do Gdyni… Byłam młodsza. Ale mam dużo siły, coraz więcej, zwłaszcza jak zaczynam coś robić. Jestem jak samochody hybrydowe, napędzam się sama energią. Wierzę, że to nowe poszukiwanie sprawi mi radość, doda energii, a nawet mnie odmłodzi. I że będę miała na to siłę, bo syn jest mały.

Wyobrażałaś sobie, że zostaniesz bez teatru?

Bez wszystkiego. Nie. Ale mam potrzebę poradzenia sobie z tym. Robię to małymi krokami. I mam nadzieję, że jestem postrzegana jako otwarta, poszukująca aktorka, bo znam świat poszukiwań, teatr ryzyka.

Kiedy zaczynałaś pracę w zawodzie, związałaś się z teatrem niezależnym, brutalistami. To był twój wybór?

Nieuczciwie byłoby mówić, że z buntu odmówiłam teatrowi tradycyjnemu i poszłam do „piwnic”. Niewiele osób z tzw. mainstreamu było zainteresowanych pracą ze mną. Po szkole teatralnej poszłam do paru dyrektorów i nie dostałam możliwości.

Byłaś rozczarowana?

Byłam przestraszona, bo urodziłam już pierwsze dziecko, Lenę. Całemu mojemu życiu towarzyszy macierzyństwo. Lena ma 19 lat, wchodziła ze mną w zawód. Cokolwiek się dzieje, dzieci biegają między moimi nogami. Więc odpowiadając na twoje pytanie, nie wiedziałam, czy w ogóle mam szansę, żeby być w zawodzie. Pamiętam, że przez pierwszych dziewięć miesięcy po skończeniu szkoły teatralnej nie dostawałam żadnych propozycji poza Teatrem Polskiego Radia. Do końca życia będę za to wdzięczna. Nagrywałam słuchowiska, czasami wpadałam na dwa, trzy zdania, spotykałam wspaniałych aktorów. W końcu Krzysztof Rudziński zaangażował mnie do Teatru Powszechnego. Na końcu dodał: „I naprawdę nie dlatego, że jesteś córką Krystyny Jandy”. Pomyślałam: „Skoro pan tak mówi, to chyba nie do końca tak jest”. Nie czułam się tam najlepiej. Czułam presję. Na szczęście, przez mojego przyjaciela Rafała Mohra, odezwali się Paweł Łysak z Pawłem Wodzińskim i powiedzieli, że robią sztukę „Shopping and Fucking” Marka Ravenhilla.

Nie grano u nas brutalistów. Byłaś gotowa?

No, widać byłam. Skończyłam francuską szkołę, która dała mi poczucie wolności, dlatego nie postrzegałam tekstu jako aż tak szokującego, skandalicznego, jakim okazał się tu w Warszawie.

Pamiętasz reakcje widzów?

Ludzie nie spodziewali się tego, co zobaczą. W pierwszych dziesięciu minutach było wymiotowanie na scenie, zresztą wszystko najgorsze, co można sobie wyobrazić u brutalistów w naturalistycznej reżyserii Łysaka. Część widzów wychodziła. Któregoś razu wbiegałam z widowni i jakiś facet zaczął strasznie na mnie krzyczeć, powtarzał, że gramy gówno. Ktoś mnie rozpoznał, kiedy stałam na pasach, i krzyczał na mnie przez otwarte okno samochodu. Markowi Żerańskiemu, który z nami grał, szkoła teatralna postawiła ultimatum, przestanie albo zostanie wyrzucony ze szkoły. Musieliśmy zrobić zastępstwo. Arek Janiczek powiedział, że w Łodzi jest zdolny chłopak. Zobaczyliśmy go w przedstawieniu dyplomowym i oszaleliśmy. To był Tomek Tyndyk. Od razu go ściągnęliśmy. Łysak ściągnął też Roberta Więckiewicza z Teatru Polskiego w Poznaniu, gdzie podobno grał z gitarą „Ballady i romanse”. To magiczna historia.

Bo zmieniła wasze życie?

Zmieniła nas wszystkich. Jeden z moich profesorów przyszedł na spektakl i powiedział poruszony, że zmusiliśmy go, aby przez godzinę obcował ze światem, do którego nie ma dostępu i gdzie nie chciałby wejść. A dzięki temu dużo się dowiedział. Pamiętam, że pewna aktorka starszego pokolenia powiedziała dla miesięcznika „Teatr”, że rodzice powinni mi zwrócić uwagę, w czym biorę udział, a ja powinnam się zastanowić nad wyborami, jakich dokonuję. Bardzo to przeżyłam. Po 15 latach podeszła do mnie i przeprosiła.

Kiedy skończyło się przypominanie ci, żeby rodzice byli dla ciebie punktem odniesienia?

To się nigdy nie skończy. Jestem córką ikon. Tylko ja muszę sobie z tym poradzić.

Nie buntowałaś się? Pamiętam, że kiedy Maria Peszek kończyła pracę w teatrze, a grała wtedy z ojcem, mówiła, że nie może być dwóch gwiazd na jednej scenie.

Dużo z Marią rozmawiamy. Różnica między nami jest charakterologiczna. Maria mówi jasno: „ja!”. Nie znam tego, bo zawsze wolę być częścią grupy, zespołu, wspólnoty. Lubię proces twórczy, wymianę myśli. Nie muszę siebie eksponować. Mogę być z boku. Pewnie dlatego moja droga tak wygląda.

Bywało, że po premierach inni mówili, że przy mamie jesteś zbyt nieśmiała, że się chowasz.

To bardzo trudna rozmowa. Jak z tego wybrnąć? Edward [Kłosiński] zawsze powtarzał, że to, jak się dochodzi do czegoś w sztuce, nikogo nie interesuje, ważny jest efekt. Wierzyłam zawsze, że robimy razem dobre przedstawienia, dobry teatr, że efekty są dobre, że praca jest dobra. Jasne było dla wszystkich, że nie zawiodę, jestem lojalna i zajmuję się nie sobą, ale sprawą, ideą… Trudno jest mi o tym mówić. Sama muszę to do końca przeanalizować.

Edward Kłosiński był dla ciebie punktem odniesienia?

Edward wciąż jest. Nie umiem o tym mówić. Zawsze brakuje mi słów, kiedy… [długa cisza] Bardzo go brak! Brakuje go w tej rodzinie, brakuje go w tych teatrach, w tym kraju. Edward mnie wychował. Spędziłam z nim więcej czasu niż z kimkolwiek. Tyle.

Podobnym człowiekiem był Piotr Łazarkiewicz, z którym robiłaś odważne spektakle. Maria Peszek, mówiąc o Łazarkiewiczu, tłumaczyła, że nie zagrałaby w „Martwej królewnie” tak bez hamulców, gdyby nie czuła bezpieczeństwa, jakie dawał. Obaj zostawili w ludziach ważny ślad. Dawał ci poczucie bezpieczeństwa?

Absolutnie. Piotrek nienawidził schematów, tego, że jesteśmy uczeni, jak mówić, siadać, jakie wykonywać gesty. Korporacje opanowały to do granic absurdu. Naszą ostatnią pracą był spektakl „Metoda”, właśnie o tym. Piotrek uwielbiał to obnażać w ludziach, bywał okrutny, cyniczny, ale tylko wobec tych, którzy coś udawali. Zawsze stawał po stronie jednego, a nie wielu. Jeśli komuś uwierzył, a ten człowiek był sam i miał przeciwko sobie tysiąc osób, to Piotrek przy nim stał. Edward zmarł w styczniu 2008, Piotrek w czerwcu. W pół roku straciłam dwa punkty odniesienia, bo zawsze kiedy nie wiedziałam, co zrobić, dzwoniłam do nich.

Teraz masz do kogo zadzwonić?

Muszę sobie radzić sama. Mam bardzo mądrą, dorosłą córkę. Lena jest fajnym i bezpośrednim człowiekiem. Mówi, co myśli. Czasami jest okrutna, co cenię.

Znów mierzysz się z macierzyństwem. Jest inaczej?

Zaszłam w ciążę w momencie, w którym pomyślałam: „Już nie będę marzyć o synu, już mi się to nie przytrafi”. Marzenie się spełniło. Zawsze się śmiałam, a co to za różnica, czy urodzi się syn, czy córka. No, więc jest różnica. Ciągle sobie powtarzam, że muszę być dobrą matką, żeby nie „zjeść” syna, nie zdominować go. Obserwuję mężczyzn tak strasznie związanych z matkami, że nie radzą sobie w życiu. Zawiedzie cię to, co powiem, ale mogłabym mieć dużą rodzinę, i tym tylko się zajmować. No, i może po drodze zrobić jakieś przedstawienie. Najszczęśliwsza jestem, będąc z dziećmi.

Syn ma charakter?

O, tak. Ale ma też duży spokój. Nie jest taki jak ja. Muszę się przy nim uspokoić. W dwa ostatnie dni miałam dużo zajęć, wychodziłam z domu i to było dla niego nienormalne. Dzisiaj rano, jak tylko wzięłam do ręki telefon, zrobił mi awanturę. Pomyślałam: „Dobrze, wyciszam, jestem z tobą”. Zobaczyłam, że jest zadowolony. Uczy mnie czegoś.

Bywało, że sobie nie radziłaś?

Przeszłam poważny kryzys, ale krótki i szybko z niego wyskoczyłam.

Co się stało?

Miałam takie momenty w życiu, kiedy nie chciało mi się wstać z łóżka. Wiedziałam, że jeszcze jeden gest, a kompletnie się zapadnę, nakryję kołdrą głowę i będzie mi wszystko jedno, koniec. I w tym momencie się podnosiłam, bo musiałam zrobić dzieciom śniadanie do szkoły.

Córki widziały, co się dzieje?

Starałam się zawsze to ukrywać, ale to niemożliwe. Przed dziećmi nie można ukryć.

A teraz jesteś szczęśliwa? Happy now? – że użyję deklaracji z tytułu sztuki, w jakiej grasz.

Szczęśliwa, ale niepewna.

Szczęśliwi nie stoją na zakręcie.

Ta rozmowa uświadamia mi, że może już tam nie stoję, że wybrałam kierunek. Cieszę się drobiazgami. Cieszę się, że jestem zdrowa, że właściwie nie mam problemów z dziećmi.

Wcześniej tak nie było?

Nie. Nie doceniałam tego. Powtarzałam, że można pogodzić zawód z rodziną. To kłamstwo. Czas, który stracisz w zawodzie, możesz nadrobić. Czasu z dziećmi nie. A tu ucieka dzień, dzień za dniem.

Co mówisz córkom?

[Śmieje się]. Ostatnio weszłam do domu i powiedziałam: „Oświadczam, że wycofuję wszystkie moje słowa o tym, że macie być grzeczne, dostosowywać się. Macie iść po swoje i niczym się nie przejmować, bo świat jest straszny! Nie bądźcie grzecznymi dziewczynkami!”.

Co jest przed tobą?

Staram się nie myśleć za daleko. Pojadę z dziećmi na dwa tygodnie nad polskie morze. Bardzo się cieszę, bo nie byłam tam lata. Przede mną jest życie. Już nie jestem debiutantką.

Maria Seweryn- aktorka, reżyserka, pedagożka. Debiutowała w kinie w 1993 r. filmem „Kolejność uczuć”, a w 1998 r. rolą Arycji w „Fedrze” na scenie Teatru Powszechnego. Obecnie gra w Polonii i Och-Teatrze w Warszawie. Nagrodzona za rolę Nadii w „Polaroidach” na Festiwalu Dramaturgii Współczesnej „Rzeczywistość Przedstawiona” i za rolę Justyny w „Lamencie na placu Konstytucji” w Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej; wyróżniona za rolę Lisy Morrison w „Opowiadaniach zebranych” na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych i za rolę Iriny w spektaklu „Miss HIV” w Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Mama Leny, Jadwigi i Aarona.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).