1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Marcin Meller i Anna Dziewit-Meller: Seria małych wybuchów

Marcin Meller i Anna Dziewit-Meller: Seria małych wybuchów

Zdjęcia Radek Polak/harT warsaw
Zdjęcia Radek Polak/harT warsaw
Gdy zobaczyli się po raz pierwszy, on pomyślał, że spotkał zarozumiałą małolatę, ona, że niezłego buca. W pewnym sensie wyswatała ich literatura. W końcu pojechali razem do Gruzji, gdzie po roku wzięli ślub.  Anna Dziewit-Meller i Marcin Meller są małżeństwem już dziesięć lat, a ich życie wciąż toczy się wokół książek.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 3/2017)

Jak się żyje pesymistce z optymistą, a optymiście z pesymistką?

Marcin:
Talent Anki do znalezienia dziury w całym bądź negatywnej strony rzeczywistości jest niczym nieograniczony. Jeśli pojawi się dziesięć recenzji jej książki, w tym trzy entuzjastyczne, sześć pozytywnych i jedna negatywna, to Anka skupi się na tej ostatniej.

Anna:
Faktycznie wszystkim się przejmuję trochę za bardzo. Marcin zaś przed laty ujął mnie tym, że nie tylko nie widzi szklanki do połowy pustej, ona wciąż jest dla niego pełna w co najmniej trzech czwartych. Z takim podejściem życie jest pewnie przyjemniejsze, ale ja tak nie umiem. Funkcjonujemy jednak jako tandem, naczynia połączone i przez te różnice ostatecznie znajdujemy równowagę pomiędzy optymizmem a pesymizmem.

Jak na ciebie działają kolorowe koszule Marcina?

A:
Cóż, jedynym absolutnie nietrafionym prezentem, który dostałam od mojego męża, był kolorowy płaszcz.

Jak bardzo kolorowy?

M:
Totalnie. Mnóstwo pozszywanych materiałów, każdy w innym kolorze, zakochałem się w nim. I ten piękny płaszcz, nigdy nienoszony, wisi w szafie.

Pierwsze wrażenie, gdy się poznaliście?

A:
Pomyślałam, że jest niezłym bucem.

M:
A ja, że to zarozumiała małolata intelektualistka.

A:
Poznaliśmy się przez znajomych ponad 15 lat temu, ale muszę przyznać, że wówczas Marcin raczej działał mi na nerwy. Pamiętam zimę bodaj 2004 roku, jakieś towarzyskie spotkanie w kawiarni, wchodzi opalony, słynny dziennikarz.

M:
Przyleciałem z Brazylii. Widzę, że przy herbacie marzną dziewczyny, zaczęliśmy rozmawiać, w pewnym momencie zapytałem Ani, ile ma lat, wyznała, że 23. Dla żartu zacytowałem Franza Maurera, czyli Bogusława Lindę z „Psów”: „To ty stara dupa jesteś”. Co – jak się domyślasz – nie spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem.

A:
Zawsze byłam wyczulona na wszelkie objawy mizoginizmu, tym bardziej że wtedy śpiewałam w rockowym zespole Andy, który tworzyły same kobiety. Co chwilę ktoś chciał nam udowodnić, że jesteśmy gorsze, głupsze, że do prądu nie potrafimy się podłączyć. No, nie uwiódł mnie wtedy pan redaktor.

M:
A wiesz, że za trzy lata będę w wieku twojego taty, w którym on był, gdy zaczynaliśmy być razem?

Nie widać między wami różnicy wieku.

A:
Wyglądam tak staro?

M:
Nie, jesteś nad wyraz dojrzała, a ja opóźniony w rozwoju.

W tym roku minie dziesiąta rocznica waszego ślubu – jak to się stało, skoro początek nie rokował?

M:
Od tamtego spotkania w kawiarni widywaliśmy się raz na jakiś czas. W pewnym sensie wyswatał nas Jurij Andruchowycz. Pracowałem wtedy jako naczelny „Playboya”, Anka zadzwoniła do redakcji, że ma ciekawy wywiad z pisarzem. Przyszła i zauważyła ją moja pani prezes, która zapytała mnie później o modelkę, którą minęła na korytarzu redakcji. Wyjaśniłem jej, że to nie jest żadna modelka, lecz dziennikarka. Później, już na etapie podrywu, opowiedziałem historię Ani, przekonany, że jako feministka poczuje się urażona reakcją pani prezes, tymczasem ona sprawiała wrażenie urażonej moją odpowiedzią.

Dlaczego przeszkadzała ci rozpoznawalność Marcina?

A:
Bo długo byłam traktowana jak bezimienna żona Mellera. W ogóle uważam, że bycie rozpoznawalnym ma więcej wad niż zalet, jest rodzajem więzienia albo klatki.

Też tak myślisz?

M:
Popularność to raczej zaleta, w większości przypadków rozpoznawalność budzi pozytywną reakcję, czasami ułatwia szybsze załatwienie jakiejś sprawy, czasami przeciwnie, utrudnia życie – np. w kontaktach z policją.

A:
Być może miałam paranoję, ale przez pierwsze lata naszego związku unikałam kamer, wywiadów, spotkań. Ciągnęły się za mną te wszystkie wypowiedziane i niewypowiedziane opinie, że istnieję dzięki Marcinowi, a przecież ja już wtedy miałam na koncie dwie książki, wiele tras koncertowych, dziesiątki wywiadów, które robiłam. No, ale taka karma.

„Góra Tajget” – historia bestialskiego traktowania bezbronnych, chorych psychicznie – to przede wszystkim opowieść o lęku. Zajmowanie się strachem pomaga poradzić sobie z własnym?

A:
Nie, chociaż przez chwilę miałam naiwną nadzieję, że tak się stanie. Historia eksterminacji chorych psychicznie podczas II wojny światowej nie pomogła mi, raczej zaszkodziła, powołała do życia jeszcze więcej małych potworów, które gnieżdżą się w głowie. Wydaje mi się, że ta książka rezonuje z obawami wielu ludzi, szczególnie dzisiaj.

A ty, Marcin, czego się boisz?

A:
Mnie się boisz, co?

M:
No tak, boję się Anki, nawet idąc tutaj, długo żułem gumę, żeby nie poczuła, że paliłem papierosa. A poważnie, to nigdy nie miałem w sobie żadnych poważnych strachów. Jednak od kiedy mam dzieci, boję się, że coś się przydarzy im albo Ani, że pijany kierowca będzie pędził na czerwonym świetle. Do tego dochodzi sytuacja geopolityczna, ryzyko wojny, tego, co może się wydarzyć w Polsce, Europie, ale też na świecie. Budzą się demony, o których wspomniała Ania. Znajdujemy się w niebezpiecznym momencie. Czasami zastanawiam się, kiedy przychodzi chwila, w której robi się za późno. A może przetrwamy Trumpa, Kaczyńskiego, nacjonalistyczną wzbierającą falę i kiedyś będę śmiał się z moich strachów.

Napisałeś kiedyś, że skoro twoi rodzice w 1968 roku nie wyjechali z Polski, to już z tego powodu tobie również nie wolno. Wciąż tak myślisz?

M:
Miałem na myśli zagrożenie, które przychodzi z zewnątrz, sytuacja się zmienia, gdy zagrożenie pojawia się wewnątrz kraju. W 1968 to mama, która nie była Żydówką, chciała wyjechać, ale tata upierał się, by zostać. Prawdziwy niepokój budzą we mnie nie tyle agresywne, ksenofobiczne, faszyzujące ruchy, ile władza, która przyzwala na to, kokietuje ekstremistów albo wręcz podkręca takie nastroje, zamiast stabilizować sytuację w kraju.

A:
Blednę na myśl o wyjeździe i emigracji. Nigdy, nawet teraz, ta myśl, by opuścić Polskę, nie stała się realna.

Część waszej pracy to pisanie, można w ten sposób zmienić człowieka, świat?

A:
Nie wiem, ale wierzę, że tak. Książki są dla mnie ogromnie ważne, karmię się nimi, mają na mnie wielki wpływ. Gdy ludzie skaczą sobie do gardeł, zdaje się, że pisanie traci swój sens, ale przecież żyjemy opowieściami o świecie, człowieku, na opowieściach zbudowane są historie narodów. Każdym z nas rządzą opowieści, które w sobie nosimy.

Powiedziałaś kiedyś, że „mężczyźni nie czują się w obowiązku czytać książek autorstwa kobiet”.

A:
Do tego dochodzi ten zupełnie idiotyczny podział na literaturę dobrą i kobiecą. To moje nieustające źródło irytacji, szczególnie gdy słyszę z ust kolegi po fachu, że on książek autorstwa kobiet nie lubi czytać, bo takie doświadczenia go nie interesują. Takie, czyli jakie?

Marcin, a  ty czytasz książki autorstwa kobiet?

M:
Ostatnio przede wszystkim, m.in. czteropak Eleny Ferrante i dwupak, czyli „Ósme życie” Nino Haratischwili – razem ze trzy i pół tysiąca świetnych stron. O literaturę, tak zwaną kobiecą, zresztą się pokłóciliśmy.

Jak się kłócicie?

M:
Serią małych wybuchów.

A:
Nic mnie tak nie złości, jak ignorowanie mojej złości, bo generalnie lubię się kłócić.

M:
Czasami chcę mieć spokój, a czasami wiem, co powinienem zrobić, by rozzłościć Anię jeszcze bardziej, i z tego korzystam.

A:
Moja koleżanka nazwała mnie poetycko okurwieńcem. Szybko i mocno wybucham.

A godzenie się?

M:
Jest równie szybkie, bo nie lubimy być daleko.

Przed publikacją artykułu, książki – czytacie nawzajem swoje teksty?

A:
Marcin bardzo chętnie i szybko dzieli się tym, co napisał, czasami, jak nie jestem blisko, wysyła mi e-maila. Ja sama dzielę się napisanymi przeze mnie tekstami mniej chętnie. „Górę Tajget” dałam mu do przeczytania, gdy była praktycznie gotowa.

Dlaczego?

A:
Bo mi coś zasugeruje, skrytykuje. Mam tak jak w skeczach Manna i Materny o siostrze Irenie, gdy lekarz mówi: „Niech mi siostra nie patrzy na ręce!”.

M:
Były takie felietony, po których płynęła fala hejtu, zależało mi na tym, żeby Ania sprawdziła, czy w tym, co piszę, nie narażam siebie, nas jako rodziny.

Hejterzy określali wasz związek „parchoszwabskim”, „gestapowsko-żydowskim” – to cały czas boli?

A:
Pochodzę ze Śląska, a Marcin z typowo żydowskiej rodziny, zmiażdżonej Holokaustem, poza jego siostrą i bratem żyje tylko 104-letni wuj. Pewnie stąd te epitety, które coraz mniej mnie dotykają. Dziesięć lat zaprawy zrobiło swoje, a w przypadku Marcina jeszcze więcej.

M:
Zauważyłem taką różnicę w hejcie, że gdy napiszę coś złośliwego o stronie liberalno-lewicowej, to poczytam, że jestem idiotą, debilem i tyle. Ale jak pojadę sobie po PiS-ie czy narodowcach, to jestem zapraszany na szubienicę albo do gazu. Taka różnica. Cały czas sprawdzam, co piszą komentujący, kim są, czasami po to, by zabezpieczyć siebie, zrobić zdjęcia tekstom zawierającym mowę nienawiści. Ale mam w sobie naturalną skłonność do zapominania tego, co złe, resetowania nieprzyjemnych sytuacji.

Napisałeś, że wychowano cię „w poczuciu, że życie jest piękne i że chodzi o miłość, przyjaźń, lojalność, uczciwość i dobre chwile. I parę jeszcze rzeczy, ale wszystkie ze znakiem plus. To mi kładli do głowy mama Beata i tata Stefan”.

M:
Dostałem od rodziców coś bardzo cennego, wyposażenie, które zabrałem ze sobą, idąc w świat. Wartości, które przytoczyłeś, zwłaszcza miłość, są i zawsze były w moim życiu. Dodałbym jeszcze muzykę, dobre filmy i jedzenie. To nie tylko ratunek przed złem,lecz także spora część naszego życia.

A:
Marcin i jego rodzeństwo dostali od rodziców niezwykły przekaz, siłę, wiarę w siebie bez względu na to, co się dzieje na zewnątrz. Mam nadzieję, że przekażemy to naszym dzieciom.

Niedawno każde z was wydało książkę, ty prowadzisz stronę poświęconą czytaniu, Marcin pracuje w telewizji, jako szef wydawnictwa i felietonista, do tego dwójka małych dzieci – skąd macie na to czas?

A:
W ostatnich tygodniach pierwszej ciąży kończyłam pierwszą powieść. Było trudno, zwłaszcza fizycznie, ale motywację miałam silną – trzeba było skończyć przed porodem. Zadziwiające, ale od kiedy pojawiły się dzieci, jesteśmy bardziej zorganizowani. W domu są trzy kalendarze, mój, Marcina i wspólny, który wysyłamy również do naszych rodziców. Teraz, gdy rozmawiamy, naszą córką zajmuje się mój tata. Nieraz zastanawiamy się nad tym, co robiliśmy z czasem, gdy nie było dzieci.

M:
Więcej spaliśmy, to na pewno. Dzieciaki to absolutna niespodzianka, zabawa stulecia. Zwykłe czynności, takie jak poranne śniadanie, słuchanie monologów Gucia czy patrzenie na Baśkę, dają ogromny zastrzyk szczęścia i sensu, może przez to i łatwiej, i szybciej się pracuje. Każde z nich jest odrębną, bardzo wyraźną osobowością, niezwykle żywą. Niedawno poszedłem z Guciem pierwszy raz na mecz, oczywiście, że było to ważniejsze dla mnie niż dla syna, ale to jeden z tych symbolicznych, wzruszających i wielkich momentów, na które czeka wielu ojców.

Wspieracie się czy sobie zazdrościcie?

M:
Wspieramy, promujemy siebie nawzajem, radzimy, debatujemy, możemy na siebie liczyć, to dosyć niezwykłe. Nie jest to zazdrość, ale chciałbym kiedyś napisać powieść, tak jak Ania.

A:
Jesteśmy połączeni we czwórkę, co dobre dla jednego z nas, służy też pozostałym. Wiesz, to pojawia się naturalnie, dopinguję Marcina i czuję od niego to samo. To również nie jest zazdrość, ale myślę z dumą o czasach, w których mąż był reporterem wojennym, wykonywał niezwykle ważną i ciekawą pracę.

To na koniec powiedzcie, czym jest miłość.

A:
Dla mnie podstawą udanego związku jest miłość oparta na przyjaźni. Jestem zainteresowana jego życiem, ciekawi mnie, co robi, co myśli, dużo rozmawiamy. Moim zdaniem to właśnie lubienie się jest najważniejsze.

M:
Pamiętam ostatnio, jak wzruszałem się, patrząc na Anię, słuchając, co mówi na swoim wieczorze autorskim. To chyba miłość, nie?

Anna Dziewit-Meller ur. 1981, pisarka i dziennikarka. Wspólnie z mężem napisała reporterską książkę o Gruzji „Guamardżos! Opowieści z Gruzji”, w 2012 roku debiutowała powieścią „Disko”, a w 2016 wydała „Górę Tajget”. Jest felietonistką „Tygodnika Powszechnego”, prowadzi stronę o książkach www.bukbuk.pl

Marcin Meller ur. 1968, dziennikarz, reporter, historyk i felietonista. Autor książek „Między wariatami. Opowieści terenowo-przygodowe” (2013) i „Sprzedawca arbuzów” (2016), dyrektor wydawniczy Grupy Wydawniczej Foksal. Prowadzi programy telewizyjne „Drugie śniadanie mistrzów” i „Dzień Dobry TVN”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).