1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Seksualność to siła – przekonuje Marta Niedźwiecka, sex coachka i psycholożka

Marta Niedźwicka, sex coach i psycholożka (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films, stylizacja: Katarzyna Łaszcz)
Marta Niedźwicka, sex coach i psycholożka (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films, stylizacja: Katarzyna Łaszcz)
Ból pierwszego razu, niechciana ciąża, łatka „puszczalskiej” – kobiety długo seksem głównie straszono. Tymczasem emancypacja w tym obszarze przekłada się pozytywnie na wszystkie inne sfery życia – przekonuje psycholożka i sex coach Marta Niedźwiecka. Ale trzeba ją zacząć od wyniesienia gruzu po tym, w czym nas wcześniej zabetonowano.

Ostatnio za sprawą nowej, malarskiej ekranizacji „Chłopów” Władysława Reymonta wróciłam do samej książki. Ponownie uderzyła mnie jej przenikliwość i aktualność. Zwłaszcza w postaci Jagny, kobiety, której pożądali wszyscy. Jagna była niczym natura, kierowały nią instynkty, a ona się im poddawała. Niestety, pamiętamy, co zrobili jej za to mieszkańcy Lipiec. Dla mnie wciąż jest symbolem tego, co spotyka kobietę w społeczeństwie za nieskrępowane korzystanie ze swojej seksualności.
Seksualność jest naturalną siłą w nas, ale też siłą, która nas w tę naturę wpisuje, łączy z nią. Tylko oprócz natury mamy też kulturę, a w niej wciąż obowiązują podwójne standardy. W „Chłopach” widzimy dokładnie, jak żeńska seksualność jest tłamszona i niszczona poprzez bardzo patriarchalne mechanizmy.

A jednocześnie jest obiektem kultu…
To jest właśnie ta ambiwalencja. Z jednej strony jest uwznioślana, podnoszona do naszej głównej właściwości, dzięki której mamy być takie wyjątkowe i pożądane, z drugiej są na nią nakładane różne nakazy i zakazy. Te obostrzenia wprowadzają mężczyźni z władzą – czy to w przemyśle filmowym, czy to w miejscu pracy, czy to w domu, czy w szkole – ale równie aktywne są kobiety, które stają się strażniczkami cnót i prowadzenia się innych kobiet. W świecie, w którym żyjemy, nasza seksualność tak naprawdę do nas nie należy – jesteśmy w jej obrębie albo eksploatowane i nadużywane, albo wynoszone do statusu seksbomby, ale nie możemy o niej decydować na swoich zasadach.

Jak wiesz, ja wywodzę się z nurtu pozytywnej seksualności i kiedyś wierzyłam, że wystarczy kobietom opowiadać afirmacyjnie o seksie, żeby one chciały go uprawiać. Czyli wierzyłam, że wystarczyłoby powiedzieć tym chłopom, którzy wieźli Jagnę na kupie gnoju: „Przecież ona ma prawo do swojego ciała i dysponowania nim”, a jej: „Jagna, ciesz się swoim temperamentem i nie przejmuj tym, co myślą inni”, a wszystko zajaśnieje jak knajpa w dniu wypłaty… To było dawno, byłam wtedy młoda i idealistyczna. Dziś już wiem, że to nie jest takie proste. Mamy skomplikowaną relację z naszą seksualnością, bo jest ona uwikłana w te wszystkie dynamiki, o których rozmawiamy w naszym cyklu, a przede wszystkim jest uwikłana w stosunek władzy. Ten, kto ma władzę nad seksualnością, ma władzę nad ludźmi.

Dlatego my wszyscy – zarówno mężczyźni, jak i kobiety – musimy ją odzyskać od kultury dla siebie, przy okazji transformując samą kulturę. To poważne zadanie, na pewno rozpisane na wiele generacji.
Taka Jagna musiałaby się najpierw dowiedzieć, po co jej seks. Czy po to, by Antek ją kochał? A może po to, by mieć swoje miejsce w społeczności jako kobieta zamężna? Jak ona chce tę swoją seksualność wyrażać? Może wcale nie chce rodzić dzieci, choć wszyscy mówią, że powinna. Musiałaby sprawdzić, na ile kultura zmodyfikowała jej myślenie o ciele, o stosunku seksualnym, o doborze partnera. Jagna tego oczywiście nie zrobi, ale nasze czytelniczki już mogłyby. Seksualność to bardzo prywatna własność, której czasem nie dostrzegamy i nie rozumiemy, bo tak bardzo obrosła przekonaniami i postawami, które zostały nam zaszczepione.

Czyli najpierw trzeba się przeciwko nim zbuntować?
To właśnie dziś kobiety standardowo robią. Myślą, że skoro do tej pory zabraniano im wolnej ekspresji seksualnej, to odpowiedzią na to będzie taka trochę postawa nastolatki, czyli: uprawiam dużo seksu, także przygodnego, angażuję się w niestandardowe praktyki seksualne. Nie chodzi o to, że jest w tym coś złego, tylko że samo robienie na przekór wystarcza jedynie do tego, żeby zakwestionować zasady. Potem trzeba jeszcze wymyślić własne.

Bunt jest cenny jako pełna gniewu odpowiedź na ucisk, trzeba przez niego przejść, trochę poeksperymentować, poobijać się na Tinderze, ale potem ochłonąć i zadać sobie podstawowe pytania: „O co mi chodzi? Czego potrzebuję? W jakich sytuacjach czuję się dobrze? Kto mnie podnieca? Co mnie podnieca? Jak wygląda moje życie zmysłowe?”. Bardzo wiele osób obu płci korzysta z seksu po to, by się dowartościować, uzyskać jakiś rodzaj aprobaty…

To źle?
Wyobraź sobie, że twoja seksualność jest czymś takim jak talent do języków. Jeżeli używasz tego talentu, by inni cię lubili, to podejmujesz się wielu zadań, nawet tych, które nie do końca cię interesują. Tłumaczysz książki z obcych ci dziedzin, niekiedy nawet za niewspółmierne do wysiłku pieniądze, ale za to ktoś cię klepie po ramieniu i mówi: Good job. Po jakimś czasie okazuje się, że jako osoba władająca dobrze wieloma językami gubisz to, co ci się w nich najbardziej podoba. Niewykluczone, że nie masz też okazji, by lepiej je poznawać i się w nich rozwijać, bo nikt tego od ciebie nie oczekuje. I to samo można zrobić ze swoją seksualnością – czyli tak ją oddać na zewnątrz na usługi jakichś osób albo dla osiągnięcia jakichś celów, że nie zostaje nam ani za dużo decyzyjności, ani za dużo doświadczania samych siebie.

W procesie dorastania do seksualności wcale nie chodzi o to, by jak najszybciej zacząć z kimś sypiać, co jest jednak nadal powszechnym przekonaniem. Za dużo jest parcia do tego, by wreszcie zacząć to robić, a za mało zrozumienia tego, po cholerę chcemy to robić. Po latach pracy z ludźmi, słuchania ich, obserwowania ich zachowań i mechanizmów odkryłam na przykład, że seks może być genialną ochroną przed bliskością. Wydawałoby się, że to jest najbardziej intymna czynność, jaką możemy podejmować z drugą osobą, tymczasem można własnej seksualności używać do tego, by przed intymnością się obronić.

Czyli być taką Samanthą z „Seksu w wielkim mieście”?
Trochę Samanthą, a trochę wyzwoloną osobą, która nie odrobiła pracy domowej. Jeśli nie rozumiemy emocjonalnej, więziotwórczej, osobistej warstwy seksualności, to bardzo łatwo jest nam wylądować w takim miejscu, w którym te skądinąd przyjemne działania podejmujemy bezrefleksyjnie, no bo jest gratyfikacja w postaci orgazmu i jest też pewien rodzaj akceptacji. Czyli jest fajnie, nikt mnie nie porzuca, nie oszukuje ani nie rani, może nawet ktoś się we mnie zakocha, ale jednocześnie nie wchodzę w swoim rozwoju psychoseksualnym w obszar realnej bliskości z drugim człowiekiem.

Ostatnio zaskakująco wzruszył i chwycił mnie za serce serial „Heartstopper”. Formująca się tożsamość dwóch chłopaków, z których jeden jest homoseksualny, a drugi biseksualny, jest tu pokazana w nietypowy sposób. Otóż oni bardzo dużo się dotykają, całują i przytulają, ale nie są jeszcze gotowi na to, by pójść ze sobą do łóżka – otwarcie sobie to mówią. Z odcinka na odcinek widzimy, jak są coraz bliżej siebie, jak się na siebie otwierają. Widzimy, jak niesamowita może być intymność dwóch osób, kiedy seks nie pojawia się od razu w momencie, gdy pojawia się wzajemne zainteresowanie. Ja nawet się łapałam na myśli: „Jak oni dali radę z tym buzującym testosteronem?”. Ale gdy jako widz przestajesz czekać, aż w końcu to zrobią, zauważasz, że ten serial przestaje być rozrywką, ociera się niemal o sztukę – widoczną choćby w gestach, spojrzeniach. A w ponowoczesności, w której zarabianie na seksie doprowadziliśmy już do granic absurdu, intymność bardzo trudno pokazać bez kiczu i kalek.

Nie masz wrażenia, że dziś seks przestał być po prostu przejawem naszej seksualności czy emocjonalności, a zaczął być sposobem na rozładowanie napięcia czy podniecenia seksualnego?
Nie ma nic złego w tym, że my sobie czasem seksem rozładowujemy napięcie. Wszystko zależy od kontekstu. Jeśli jesteś zestresowaną osobą, która codziennie, wracając z pracy czy szkoły, musi obejrzeć film pornograficzny i do niego się masturbować, by sobie spuścić to ciśnienie – to nie jest to dobre przeżywanie swojej seksualności. Mnie chodzi o to, że obok patriarchalnych nakazów i zakazów oraz obok liberalnej opowieści, która mówi: „emancypuj się seksualnie”, mamy też opowieść merkantylno-handlową, która zarabia na wmawianiu nam, że aby coś osiągnąć, mamy być wiecznie gotowe i sexy. W byciu sexy też nie ma nic złego, o ile tego chcemy, a nie czujemy, że musimy chcieć. Czyli znów wracamy do pytania: „Po co mi to? Gdzie w tym jestem ja sama?”.
Seksualność to jeden z najbardziej indywidualnych obszarów naszej ekspresji. My jako ludzie wyrażamy się przez seks.

Masz na myśli sam akt seksualny?
Mam na myśli całą naszą naturalną zmysłowość – to, co nam się podoba, co nas pociąga, co kieruje naszymi wyborami i działaniami. Każda z czytelniczek całowała się w swoim życiu pewnie nie raz. Wiemy więc, że nie da się pomylić, z kim się całowałyśmy, prawda? Bo w tym pocałunku jesteśmy cali my – to jest jak odcisk palca. W nim zamykają się i osobowość, i temperament, i zapach, i smak – cała nasza ekspresja. A my to oddajemy różnym reżyserom czy inkwizytorom do zarządzania...

Kiedy pozwalamy, by inni blokowali naszą naturalną seksualną ekspresję, pozwalamy, by blokowali to, kim naprawdę jesteśmy.
Tym bardziej że wokół kobiecej seksualności nadal funkcjonuje mnóstwo mitów, podwójnych standardów i regulacji bardziej związanych z biopolityką niż z przyjemnością. Z jednej strony mamy być atrakcyjne, zadbane i dostępne seksualnie. Z drugiej, jeśli chcemy, by traktowano nas poważnie, nie możemy wyglądać za dobrze ani pokazywać ciała. Nadal oceniamy kobiety bardziej z perspektywy ich wyglądu niż kompetencji. Kiedy mężczyzna ma wiele kochanek, to jest ogierem, podczas gdy kobieta, która ma wielu kochanków, jest zdzirą… Te przykłady można mnożyć.

Dlatego uważam, że Reymontowi świetnie udała się postać Jagny. W polskim społeczeństwie jest ona wręcz ikoniczna. Zwłaszcza w końcowej scenie, kiedy jest więziona na gnojowniku, także przez kobiety, ale głównie przez mężczyzn, którzy chcieli się z nią przespać albo już się z nią przespali.
Zgadzam się, to bardzo polski obraz. Niestety, nadal jest wiele kobiet, które czerpią indywidualne zyski z grania w męską grę uprzedmiotowiania, oceniania i pozbawiania godności innych kobiet. To mogą być nawet kobiety z naszej rodziny czy najbliższego otoczenia. Czasem są bardziej zajadłe niż mężczyźni. A mogłyby być naszymi sojuszniczkami. W końcu w przeszłości one też przechodziły przez to samo... Tymczasem odtwarzają opresję, żeby „wychować nas” na tak zwane przyzwoite kobiety. To jest taki rodzaj nielojalności, który boli najbardziej.

Wiele dziewczyn nadal jest wychowywana w obrzydzeniu do własnego ciała, do seksu i w ogóle do kobiecości. Co innego pokazywać zagrożenia i dbać o instynkt samozachowawczy młodej osoby, a co innego ją zastraszać, pozbawiać dostępu do edukacji, a czasem też dostępu do samej siebie. Zamiast czułości, uważności, świadomości, a może nawet i zachwytu są nam wydrukowywane kontrola oraz wstyd. I bardzo trudno się ich pozbyć w dorosłym życiu. Słyszę od wielu kobiet, że w trakcie aktu seksualnego nie koncentrują się na tym, co się z nimi dzieje, tylko na tym, jak się prezentują.

Do niedawna młode dziewczyny seksem się głównie straszyło. Seks to był ból pierwszego razu, niechciana ciąża, łatka „puszczalskiej”, „łatwej”.
Zastraszanie dziewcząt i kobiet wokół ich seksualności i cielesności to najskuteczniejsza metoda kontrolowania ich we wszystkich witalnych obszarach.

Jednocześnie trzeba uświadamiać zagrożenia. Tylko jak robić to bez zaszczepiania obaw i nieuzasadnionego lęku?
Edukacja seksualna to tak naprawdę nauka bezpiecznego bycia ze swoim ciałem i innymi ciałami w przestrzeni kultury, dostosowana do wieku dziecka i jego etapu rozwoju. To się zaczyna już w dniu porodu, bo my się rodzimy istotami seksualnymi. Libido rozumiane jako popęd ma już niemowlę.
Zmysłowość to nie jest tylko stosunek seksualny. To jest też to, co jesz na śniadanie, jakie filmy oglądasz – na których płaczesz, a które cię podniecają (nie tylko seksualnie) – jaką sztukę lubisz, jakiej muzyki słuchasz, czy wolisz góry czy morze.

Myślę, że akurat film może być dobrym początkiem zgłębiania swojej seksualności. Trudniej jest wyprowadzić ten link od tego, co jemy na śniadanie…
Ale jeśli jesz to śniadanie uważnie, jeśli wiesz, co ci smakuje, jeśli w ogóle interesuje cię zmysłowe jedzenie albo jeśli wprawdzie lubisz tylko lody waniliowe, ale czasem skusisz się w ramach eksperymentu na nowy smak – to też zgłębiasz swoją seksualność. Jej przejawami mogą być: spontaniczny taniec, aromatyczna kąpiel, wieczorny spacer, zapalenie świeczki czy po prostu masturbacja, czyli samomiłość, ale nie uprawiana dlatego, że nie masz akurat partnera czy partnerki, tylko po to, by poznać siebie i swoje ciało.
Biologicznie wszyscy jesteśmy skonstruowani tak, by uprawiać seks, ale już jak chcemy to robić, zależy od naszej indywidualnej charakterystyki. Że wrócę do metafory języków: możesz znać język portugalski, ale nigdy do Portugalii nie pojechać. Nadal będziesz mówić po portugalsku, ale ominie cię wszystko to, co jest też zawarte w tym języku: Portugalczycy, sama Portugalia, portugalska kuchnia, muzyka, kultura i historia…

Seksualność to także coś, co można rozwijać. Tymczasem my żyjemy wciąż w przekonaniu, że ktoś jest albo dobry w łóżku, albo średni, albo zły.
Konia z rzędem temu, kto będzie dobry w łóżku dla wszystkich. Dla pięciu będzie dobry, a trafi na szóstą i okaże się, że nie do końca. To tak jakby myśleć, że wszystkie atrakcyjne zewnętrznie osoby są też atrakcyjne seksualnie. To nieprawda. Niektórzy bardzo piękni ludzie w łóżku zajmują się tylko sobą.

No właśnie, dużo mówimy o zagłębianiu się w siebie, ale w seksie trzeba też pamiętać o tej drugiej osobie.
Oczywiście, bo nasza seksualność istnieje w przestrzeni kontaktu z innymi ludźmi. Ona będzie dostarczała nam do końca życia niesamowitych wrażeń, ale też wyzwań, bo my na tej płaszczyźnie będziemy spotykać różnych partnerów i partnerki: jedni mogą nas krzywdzić, inni – otwierać na dobre. Nie ma żadnej reguły, nie ma żadnego katechizmu dobrego seksu i dobrej seksualności. Musimy ustanawiać swoje zasady i ciągle się uczyć. To bardzo indywidualny proces, który musi zapoczątkować rekonkwista od kultury, a potem dogadanie się z drugim człowiekiem. My mówimy teraz głównie o problemach, ale pamiętajmy, że tam jest też gigantyczny zasób.

Seksualność jest jak elektrownia atomowa zasilająca nasze życie, naszą emocjonalność, kreatywność, relacyjność. Poczujemy to dopiero wtedy, kiedy ten gruz przewalimy i odzyskamy ją dla siebie.

Poza tym musimy przemyśliwać i sprawdzać naszą seksualność przez całe życie. Nie iść w automat. Ostatnio kobiety w wieku 40 czy pięćdziesięciu paru lat, po spełnieniu wszystkich obowiązków, jakie nakładała na nie kultura, czyli urodzeniu i wychowaniu dzieci, zrobieniu kariery – zaczynają dochodzić do różnych, czasem zaskakujących wniosków. Niektóre dowiadują się, że chcą żyć same, inne, że wcale nie są tak heteroseksualne, jak im się wcześniej wydawało. To nie znaczy, że teraz kobiety powariowały albo że wcześniej nie miały takich potrzeb czy relacji, one po prostu o tym nie opowiadały. Poza tym dziś już wiemy, że seksualność to continuum, czysta heteroseksualność oraz czysta homoseksualność to zjawiska z jego skraju, a pośrodku jest wiele odcieni, które często stają się naszym doświadczeniem.

W jednym z odcinków podcastu „O zmierzchu” mówisz o tym, że każde doświadczenie seksualne jest też przeżyciem emocjonalnym, nawet to przypadkowe, na jedną noc, przelotne.
Bo każde przeżycie seksualne jest też przeżyciem hormonalnym, a hormony wywołują określone emocje. Oczywiście można się od nich odciąć, ale to jest coś zupełnie innego. Mężczyźni socjalizowani do odcinania emocji od seksu potrafią być w tym bardzo dobrzy, ale to nie znaczy, że tych emocji nie czują. Oni tak zagryzają zęby, że nawet nie wiedzą, że coś odczuwają.
Nie ma co fantazjować o pracy nad własną seksualnością, dopóki nie zepniemy seksu z emocjami i z ciałem. To też oznacza, że jakiekolwiek zajęcie się swoją seksualnością uruchomi w nas emocje.

Jako psycholożka i sex coach masz takie doświadczenia z pracy z pacjentkami czy klientkami, w których pozytywna zmiana w obszarze seksualności przenosi się też na inne?
Ależ oczywiście. Stary żart branżowy mówi wręcz, że orgazmy to najlepsza droga do podwyżki czy awansu. Bo jak ktoś przychodzi z blokadami w sferze seksualnej, nad którymi pracujemy, to najpierw odzyskuje kontakt ze swoimi emocjami, najczęściej ze złością, a nie można przeżywać swojej energii seksualnej bez kontaktu ze złością. Potem łapie kontakt ze swoimi granicami. Ostatecznie zmienia się i… zaczyna doświadczać orgazmów – z partnerem, partnerką, ze sobą, z nowym kochankiem czy kochanką. Przede wszystkim jednak zaczyna inaczej doświadczać siebie. To już pewien rodzaj reguły: kobiety, które są na drodze odzyskiwania swojej seksualności, zaczynają inaczej żyć. Robią się pewniejsze siebie, nie dają sobie wchodzić na głowę. Pójdą do szefa i zażądają podwyżki albo powiedzą, że nie będą już więcej zostawały po godzinach. Wyemancypowana seksualnie kobieta jest nie do zatopienia, ale to wcale nie determinuje tego, z kim sypia i ile razy w tygodniu.

Wracając do Jagny, sądzisz, że ona była świadoma swojej seksualności?
Jagna była ciągnięta przez własne libido, to nie ona o nim decydowała. Dlaczego tak myślę? Bo naraziło ją to na te wszystkie straszne rzeczy. Jeśli to my władamy naszym libido, jesteśmy w stanie tak nim kierować, by nas nie spalano na stosie. Nie chodzi mi teraz wcale o przeniesienie odpowiedzialności za opresję seksualną na jej ofiary, tylko o zrozumienie, że żyjemy w takim społeczeństwie, które trzeba zmieniać, a żeby to robić, musimy być żywe, a nie pokiereszowane czy wywiezione na kupie gnoju. Musimy stawiać opór i musimy dbać o siebie. Nowoczesna Jagna mogłaby dziś o wiele wcześniej wyjechać z Lipiec. Powiedzieć sobie: „OK, tutaj nie przetrwam, żeby się wyrażać, potrzebuję zrobić maturę i jechać do miasta”. Musimy umieć zarządzać naszą seksualnością.

Tylko że zarządzanie – także seksualnością – kojarzy nam się raczej z kontrolą. Tak jak zarządzanie rzeką kojarzy nam się z obetonowywaniem jej koryta…
Ach, te słowa i ich ograniczenia, jestem świadoma tego skojarzenia z kontrolą, więc odpowiem ci metaforą. Zarządzanie rzeką według nowoczesnej ekologii to dbanie o ograniczenie ludzkiej ingerencji do wsparcia, żeby rzeka sama się oczyszczała, żeby roślinność porastała jej brzegi zamiast betonu, żeby woda mogła swobodnie płynąć. Zarządzanie to świadomość zasad, ale i nieprzeszkadzanie, kiedy nie ma takiej potrzeby. My nasze rzeki betonujemy i traktujemy jak Odrę. Nic dziwnego, że są z tego głównie kłopoty. 

Marta Niedźwiecka certyfikowana sex coach i psycholożka. Współautorka (razem z Hanną Rydlewską) książki „Slow sex. Uwolnij miłość”. Prowadzi sesje indywidualne i warsztaty. Popularyzuje świadomą seksualność. Jej podcast „O zmierzchu” doczekał się już piątego sezonu.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze