1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Jerzy Bińczycki we wspomnieniach córki: „Tato pracował nad sobą i chciał się zmienić”

Jerzy Bińczycki z córką Magdą, Kraków (Fot. z archiwum rodzinnego dzięki uprzejmości córki Magdaleny Łaptaś)
Jerzy Bińczycki z córką Magdą, Kraków (Fot. z archiwum rodzinnego dzięki uprzejmości córki Magdaleny Łaptaś)
Bogumił Niechcic z ekranizacji „Nocy i dni”, profesor Wilczur ze „Znachora”. Te role znamy, pamiętamy i kochamy. W październiku minęło 25 lat od śmierci wybitnego aktora. Jaki był Jerzy Bińczycki? Mówi o nim jego córka dr Magdalena Łaptaś, historyczka sztuki i archeolożka.

Nie udzielasz wywiadów na temat ojca, nie opowiadasz o nim publicznie. Czemu teraz się na to zdecydowałaś?
Rzeczywiście zawsze starałam się chronić swoją prywatność. Po ślubie zmieniłam nazwisko, bo często, nawet na studiach, byłam łączona z tatą; pytano, czy on mi to czy owo załatwił – a chciałam pracować na własny rachunek zawodowy. Ale ostatnio wydarzyło się parę rzeczy, które sprawiły, że postanowiłam zabrać głos. W 2021 roku zachorowałam, otarłam się o śmierć, można powiedzieć, że wróciłam z zaświatów. Byłam przez długi czas na OIOM-ie, pod respiratorem, i wtedy czułam wyraźnie obecność taty. Rozmawiałam z nim w myślach. Nie mogłam się ruszać, nie mogłam mówić, bo miałam tracheotomię, jedyne, co pracowało – trochę na granicy jawy i omamów – to moje myśli. Czułam, jakby tato wyciągał mnie z tej choroby. Potem ktoś mi powiedział, że zostałam przywrócona do świata żywych, bo widocznie mam jeszcze parę spraw do załatwienia, i myślę, że to jest jedna z nich.

Ostatnio znowu jest głośno o Jerzym Bińczyckim – w związku z premierą nowego „Znachora”.
No właśnie, to kolejna przyczyna. Pojawiło się sporo artykułów na temat taty. Zaczęto porównywać oba filmy i aktorów. Powtarza się w tych tekstach rzewna historia, jakoby tato był nieszczęśliwy, dopóki nie spotkał swojej drugiej żony. Są tam też wzmianki dotyczące mojej mamy. I nagle okazało się, że moje życie, rzeczywistość, którą pamiętam, zostało wycięte, a to, co pozostało, jest krzywdzące dla mamy. Nie zgadzam się na to.

Pojechałam służbowo do Egiptu, w Kairze włączyłam telefon i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to tekst w Internecie: „Kim jest pierwsza żona Jerzego Bińczyckiego?”. Zapytałam mamę, czy ktoś się z nią kontaktował w tej sprawie. Okazało się, że nie. Stwierdziłam, że granice uczciwości zostały przekroczone. Efekt tych publikacji jest taki, że, na przykład znajomy zadaje mi pytanie, czy czułam się dzieckiem niechcianym. Pojawiła się też informacja, że rodzice rozstali się od razu po moich narodzinach, ktoś w pracy rzucił: „No, skoro ojciec cię uznał…”. Tymczasem rodzice pobrali się w roku 1965, a rozwiedli w 1974. To nie była chwilowa znajomość. Jestem przyzwyczajona do różnych wścibskich pytań i trochę się uodporniłam, jednak tłumaczenie, że to nie było tak, że ojciec mnie łaskawie „uznał”, jest dla mnie trudne. Czułam się zawsze dzieckiem chcianym i kochanym.

Pogadajmy o Twoim dzieciństwie, które przeżyłaś z tatą, o czasie, kiedy Twoi rodzice byli razem. Jak to pamiętasz?
Myślę, że moje dzieciństwo nie było typowe. Rodzice poznali się w Katowicach, tam znaleźli po studiach pracę w Teatrze Wyspiańskiego i wzięli ślub. Podobno momentem, w którym zaczęto ich łączyć, był spektakl „Sen nocy letniej”. Mama grała w nim królową Amazonek – Hipolitę, tato księcia Aten – Tezeusza. Tworzyli piękną parę, co podkreślały zmysłowe kostiumy scenografa – Kazimierza Wiśniaka. Potem rodzice przenieśli się do Krakowa. Nie mieli mieszkania, więc przyjęła ich rodzina taty. Urodziłam się w Krakowie. W tym domu, którym „zarządzała” po śmierci mojej babci starsza siostra taty, ciocia Apolonia, były wówczas ciężkie warunki. Przyjechała nas odwiedzić rodzina mamy, popatrzyli, stwierdzili, że pomogą rodzicom i zabrali mnie do Chełma, do babci. Tam się wychowywałam do momentu, aż mama znalazła mieszkanie w Krakowie. To był okres intensywnej pracy zawodowej rodziców. Tato grał w Starym Teatrze, potem dostał od Jerzego Antczaka propozycję zagrania Bogumiła w „Nocach i dniach”. Rola wspaniała, ale też wymagająca. Tato musiał często wyjeżdżać, więc nie było tak, że miałam go w domu na co dzień. Był ojcem od wakacji i weekendów, chociaż gdy coś złego się działo, zawsze można było na niego liczyć. Zresztą na te wakacje wyjeżdżaliśmy w trójkę, ale nietypową: nie z mamą, a z babcią, tato miał zawsze świetne relacje z moją babcią (mamą mojej mamy) do końca jej życia. Kiedy zachorowała, a mama miała zaplanowany wyjazd zagraniczny, tato zajmował się przez pewien czas babcią razem ze mną.

Ile miałaś lat podczas kręcenia „Nocy i dni”?
Chyba 6–8. Podczas kręcenia filmu w Seroczynie byłyśmy z babcią na wakacjach w Stoczku Łukowskim. Pamiętam, jak powstawały sceny z powstania styczniowego. Utkwiła mi w pamięci ta scena, kiedy Bogumił jest ranny, ciągną go po ziemi, w błocie, i w pewnym momencie orientują się, że jednak żyje – zrobiono tacie charakteryzację, która musiała starczyć na trzy dni, a była to rana na piersi. Musiał z nią spać – dziecko zapamiętuje takie rzeczy. Kiedy zmywano mu charakteryzację, było pochmurno, chłodno, a on cały utytłany w błocie i polewany zimną wodą z węża znosił to wyjątkowo cierpliwie. Przed rozpoczęciem zdjęć wysłano go na obóz, na którym uczył się jeździć konno. Pojechaliśmy razem, on jeździł na koniu, ja na kucyku. Ta rola wymagała i fizycznej siły, i pełnego zaangażowania. I rzeczywiście go rozsławiła.

W małżeństwie moich rodziców był podział ról: mama była od wychowywania i nauki, a tata od przyjemności. To trochę wyidealizowało jego obraz w moich oczach.

Niedziela palmowa na krakowskich Plantach. Jerzy Bińczycki z córką Magdą (Fot. z archiwum rodzinnego dzięki uprzejmości córki Magdaleny Łaptaś) Niedziela palmowa na krakowskich Plantach. Jerzy Bińczycki z córką Magdą (Fot. z archiwum rodzinnego dzięki uprzejmości córki Magdaleny Łaptaś)

Był tym fajniejszym?
Mama prezentowała coś, co dziś można by uznać za ekologiczny tryb życia, wtedy nie było to raczej popularne. Nie paliła, zdrowo się odżywiała, nie lubiła „bywać”. A w środowisku aktorskim ważne było, żeby się pokazać, żeby pójść na wódkę do SPATiF-u. Zdarzało się, że i mnie, jako dziecko, tato tam zabierał. Pamiętam opary dymu, wesołe towarzystwo, alkohol popijany przez jego kolegów (przy mnie tato się pilnował). I to, że kiedy wracałam do domu, mama już w progu mówiła: „Znowu cię tato zabrał do SPATiF-u!” – nie dało się tego ukryć, tak przesiąknięte dymem były moje ubranie i włosy.

Edward Linde-Lubaszenko wspominał, jak to bywało w SPATiF-ie: „Pamiętam, że kiedyś Jurek Bińczycki przywiózł z Japonii, do której pojechał na pokaz »Nocy i dni«, tamtejszą whisky. Jeden z kolegów siedział dość markotny, to zaproponowaliśmy mu, żeby się napił. »Nie mogę, bo idę na kurs prawa jazdy« – odparł. »No to tym bardziej powinieneś się napić, żebyś nauczył się jeździć po pijanemu «– namawialiśmy go bezskutecznie. Zresztą kiedyś jeden z szefów lokalnego wydziału kultury powiedział: »Za to, co przepijacie, moglibyście sobie kupić samochód«. Na co Biniu odparł: »Po co nam auto, skoro my stale pijemy?«.
Myślę, że to był jeden z powodów, dla którego moi rodzice się rozstali. Teraz we wszystkich tekstach pojawia się wypowiedź taty, że nie wierzy w małżeństwa aktorskie. Moim zdaniem to było sprytne odwrócenie uwagi od rzeczywistego problemu i pewnego rodzaju ucieczka od odpowiedzialności. Bo trzeba otwarcie powiedzieć, że tato miał problem z hazardem i alkoholem. W domu starano się nie poruszać tego tematu – ani mama, ani babcia, ani rodzina taty o tym nie mówili, ale Kraków jest specyficznym miejscem, trudno takie rzeczy ukryć, wiele słyszałam z tzw. miasta. Choćby o zamiłowaniu taty do gry w karty na pieniądze. Problem musiał się pojawić jeszcze przed ślubem rodziców. Pamiętam opowieść taty o obowiązkowym szkoleniu wojskowym na studiach. Tato, który nie miał ochoty biegać po poligonie, przekonał wojskowych, że lepiej będzie grać w karty. Siedzieli więc i grali w najlepsze, aż wpadła żona jednego z oficerów i połamała na nich parasolkę. Inną historię opowiadała mi mama. Mieszkali wtedy jeszcze w Katowicach, ona wyjechała na pogrzeb swojej cioci, wraca i już przez uchylone drzwi słyszy: pyk, pyk, lecą na stół karty. Wchodzi, a tam wesołe towarzystwo gra na pieniądze. Mama, nie zastanawiając się, chwyciła te pieniądze, podarła i wyrzuciła przez okno. Tato wybiegł w panice je zbierać, bo nie byli wtedy w sytuacji finansowej, która pozwalałaby na wyrzucanie pieniędzy. Potem kolega w teatrze zapytał mamę: „Słuchaj, a co się stało, że twój mąż siedzi i klei banknoty?”. Pamiętam też, jak w pewnym momencie tacie odebrano prawo jazdy. To było poważne uzależnienie. Mama nigdy nie rozmawiała o nadużywaniu alkoholu przez tatę, jej i jego rodzina też milczały, chronili go. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że nigdy do tej pory nie udzieliła żadnego wywiadu, który mógłby zaszkodzić jego wizerunkowi. Niemniej o jego skłonnościach opowiedzieli jego koledzy: Leszek Piskorz, Edward Linde-Lubaszenko, Jerzy Fedorowicz. Wspomniał o tym także Jerzy Antczak w swojej książce.

Kiedy byłaś mała, nikt z Tobą o tym nie rozmawiał. A później, kiedy dorosłaś, gadałaś o tym z ojcem?
Właściwie otwarcie nie. Ale na przykład kiedyś tato powiedział mi, że czytał badania naukowe, że skłonność do hazardu zależy od hormonów – jeśli się drażni przysadkę, ta skłonność się zwiększa.

Po „Nocach i dniach” zaczęto tatę łączyć, niemal utożsamiać z Bogumiłem i wydaje mi się, że on sam w to trochę uwierzył. Chciał wykreować taki swój obraz – kopię szlachetnego Bogumiła. Budował postać idealną. Kiedyś mówił mi, że dziennikarka robiła z nim wywiad, a on opowiadał o sobie rzeczy wyłącznie pozytywne. W końcu padło pytanie, czy w ogóle ma jakieś wady. Tato na to: „Moja jedyna wada to, że jestem za dobry”. Świadomie tworzył swój wizerunek wyidealizowany, niekoniecznie zgodny z rzeczywistością.

Tymczasem prawda jest taka, że w pewnym momencie popłynął. Jednak pracował nad sobą i chciał się zmienić. Pamiętam, że przed konklawe w 1978 roku tato, który wychowany był w duchu religijnym, chodził do szkoły pijarów, powiedział mi, gdy byliśmy u jego rodziny w Witkowicach: „Jeśli Wojtyła zostanie papieżem, to idę do spowiedzi”. Chyba coś się w nim wtedy przełamało, wstąpiła w niego nowa nadzieja.

Choć tego typu „rozrywkowy” styl życia, nie tylko wśród aktorów, nikogo wtedy nie szokował.
Nie, dopiero teraz zaczyna się mówić dużo o szkodliwości alkoholu, nie ma już takiej jak kiedyś „akceptacji społecznej” dla picia, zmienia się świadomość. Myślę, że dla taty, który bardzo poważnie traktował swoją karierę, SPATiF był trochę jak „impresariat”, tam się przychodziło po spektaklach, tam się omawiało, kto jak zagrał, jeśli się tam bywało, było się na bieżąco. Przy alkoholu i papierosach załatwiało się kolejne angaże i nawiązywało kontakty zawodowe.

Tato palił papierosy, ekstramocne bez filtra, myślę, że ten tryb życia i dużo stresów przyczyniły się do jego przedwczesnej śmierci.

Pilnował jednak, żebym nie wszystko widziała. Byłam z nim na premierze „Znachora” w kinie Moskwa w Warszawie, miałam wtedy 15 lat i pamiętam moje rozczarowanie, kiedy nie chciał mnie zabrać na bankiet. Miał silny instynkt, żeby chronić rodzinę, mnie, a później brata.

To Twój brat przyrodni, macie ze sobą bliską więź?
Niestety obecnie nie. Nie mogę powiedzieć, że nasze relacje są złe, nie są jednak bliskie, chociaż dopóki tato żył, pilnował, aby takie były. Poprosiliśmy z mężem Jasia, żeby został ojcem chrzestnym naszej córki, i tę rolę traktujemy poważnie. Bardzo żałuję, że nie mamy z bratem kontaktu.

A jakie były relacje rodziców po rozwodzie?
Przez wiele lat pracowali razem w Starym Teatrze. Kiedy tato wyreżyserował sztukę, w której były tylko trzy role, z czego jedna żeńska, dał ją mamie (a byli rok po rozwodzie). Przyjeżdżał do nas, często rozmawiali o sprawach zawodowych, mieli na ogół różne opinie, ale dla mnie było to bardzo ciekawe – słuchałam ich dyskusji i dzięki temu nauczyłam się wyrabiać sobie własne zdanie. Ale też nie ukrywam, że się kłócili, zwłaszcza kiedy do mamy docierały informacje o tym, jak tato trwonił pieniądze, „a oszczędzać raczej nie lubił” (cytując jego kolegę Jerzego Fedorowicza). Mama uważała, że powinien dla mnie coś odkładać.

Zdjęcie jest ze sztuki „Gwałtu, co się dzieje” w reżyserii Anny Polony. Elżbieta Willówna grała tam Urszulę, Jerzy Bińczycki Tobiasza – jej męża. (Fot. z archiwum rodzinnego dzięki uprzejmości córki Magdaleny Łaptaś) Zdjęcie jest ze sztuki „Gwałtu, co się dzieje” w reżyserii Anny Polony. Elżbieta Willówna grała tam Urszulę, Jerzy Bińczycki Tobiasza – jej męża. (Fot. z archiwum rodzinnego dzięki uprzejmości córki Magdaleny Łaptaś)

Lubił popularność?
Lubił. Kiedy był uznanym aktorem, często pomagała mu w pomocy innym. Zawsze można było na niego liczyć. Był w stanie różne „niezałatwialne” sprawy ogarnąć nawet samym swoim pojawieniem się. Pewien reżyser kiedyś mocno „popił”, ktoś przerażony wezwał karetkę pogotowia i jakoś tak się stało, że odwieziono go do Kobierzyna. Kiedy wytrzeźwiał, zorientował się, że jest zamknięty w szpitalu psychiatrycznym. A podpisał kontrakt na wyreżyserowanie sztuki. Zadzwonił do taty, błagając o pomoc – i tato go stamtąd wyciągnął. Pamiętam też, jak nasza sąsiadka wylądowała w szpitalu – mama poprosiła tatę, żeby ją tam odwiedził. Tyle, nic więcej. Kiedy tylko pokazał się przy łóżku chorej, pracownicy szpitala od razu zaczęli panią Władzię inaczej traktować. Ona mu to pamiętała do końca życia. Kiedy tato zmarł, pogrzeb odbywał się w strugach deszczu. Moja córka miała wtedy pół roku i ciężko było ją zabrać na cmentarz. Nie wiedziałam, co robić. Wtedy pani Władzia powiedziała, że zajmie się jego wnuczką, by rodzina mogła go pożegnać na cmentarzu. Takie odwzajemnienie życzliwości za życzliwość. Z takich gestów składa się ludzkie życie.

Kobiety widziały w Twoim tacie Bogumiła?
Trzeba przyznać, że kobiety za nim szalały. Widziały w nim szlachetnego, nieszczęśliwego Bogumiła, który cierpliwie spełniał kaprysy swojej żony. Był dla nich ideałem mężczyzny i to niewątpliwie zwiększało jego popularność. Nawet do tej pory odzywają się do mnie jego wielbicielki. Jedna z nich, pani Janina Walczak, napisała mi, że zawsze będzie mnie wspierać, to bardzo miłe.

Praca była dla taty całym życiem. A ta w przypadku aktora jest swoista, bez wolnych wieczorów, weekendów, bo próby, bo spektakle. Może dlatego powiedział, że nie wierzy w związki aktorskie – bo tu trzeba zgrać dwa niestandardowe kalendarze, trudno to zrobić bez wyrzeczeń jednej ze stron. I rzeczywiście druga żona ojca podczas trwania ich małżeństwa nie pracowała.

Ale muszę też powiedzieć, że choć dla ojca praca była bardzo ważna, miał do niej dystans. Nie przeceniał wagi swojego zawodu. Na wakacjach w Zakopanem, kiedy byłam jeszcze mała, usłyszałam, jak obcy ludzie mówią przyciszonymi głosami: „Zobacz, to chyba ten sławny aktor…”. Zapytałam go o to. Odpowiedział: „Tak, znają mnie, jestem popularny, ale jest wielu ludzi, którzy wykonują ważniejszą i bardziej odpowiedzialną pracę, ja się tylko wygłupiam na scenie”. Uważał, że nie ma co się tym nadmiernie chwalić.

Pod koniec życia został dyrektorem swojego teatru. Jak pamiętasz ten czas?
Został dyrektorem Starego Teatru z rekomendacji zespołu, z którym był bardzo zżyty. I od razu zwaliły mu się na głowę wszystkie kłopoty, reżyserzy nie ułatwiali mu zadania. Bał się, że dostanie zbyt mało pieniędzy z ministerstwa. Nie mógł zrozumieć, dlaczego tak mało środków z budżetu państwa przeznacza się w Polsce na kulturę. Tato, kiedy przyjeżdżał do mnie do Warszawy, szczerze ze mną o tym rozmawiał, był rozżalony, zestresowany. Słuchałam go i obawiałam, że to się źle skończy. Ale nie przypuszczałam, że jego śmiercią… Na pogrzebie i stypie zespół „Starego” był załamany. Tato był osobą dowcipną i lubianą. Był zawsze duszą towarzystwa, a odszedł tak nagle i zdecydowanie za wcześnie.

Więź z tatą, którą czułaś podczas choroby, pozostała?
Tak. Jerzy Antczak w swojej wspomnieniowej książce „Noce i dnie mojego życia” napisał, że czasem śni mu się mój tato i zawsze wtedy spotyka go coś dobrego. Ja też mam takie wrażenie.

Tato zmarł, kiedy moja córka miała kilka miesięcy, mieszkałam w innym mieście i jakoś po śmierci taty nie upomniałam się o pamiątki po nim. Nawet zdjęć mam mało, bardzo tego żałuję. Ostatnio kolega reżyser wysłał mi zdjęcie pięknego portretu ojca. Okazuje się, że nieznana mi wtedy pani, Anna Żurawska, narysowała go na podstawie kadru ze „Znachora”. Odezwałam się do niej, pogratulowałam pracy – a ona odpisała, że byłoby dla niej zaszczytem, gdyby mogła mi go podarować. Wisi teraz u mnie w saloniku.

Wiem, że choć poszłam zawodowo inną drogą, niż sobie dla mnie wymarzył, był ze mnie dumny. Ludzie donosili mi, że się mną chwalił. Nawet, powiedziałabym, przesadnie.

Jak wspomniałam, pamiętam tatę głównie jako osobę dowcipną, pogodną, życzliwą ludziom i pamięć o nim jest dla mnie wsparciem w trudnych chwilach.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze