1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Agata Buzek - Jej Rewers

Agata Buzek - Jej Rewers

Fascynuje odwagą wyrażania niepopularnych poglądów, ugruntowanymi przekonaniami oraz dystansem do swoich zasług i przeżyć. Nawet tych granicznych. Uśmiechnięta, uprzejma, konkretna, nieafektowana, zwłaszcza jak na aktorkę. Czuła na los słabszych. Po protestancku pracowita, skrupulatna i mnożąca dobre uczynki. Po katolicku hołdująca zasadzie nieingerowania w dzieło sił wyższych. Agata Buzek .

– W ubiegłym roku posypał się na ciebie deszcz nagród, że wspomnę choćby tytuł Shooting Star 2010, jaki otrzymałaś na 60. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie. To w znacznej mierze za rolę Sabiny w „Rewersie” Borysa Lankosza. Ale zacznijmy od twojej własnej „drugiej strony medalu”, czyli działalności społecznej. Nagrodę im. Lecha Wałęsy odebrała niedawno Janina Ochojska, co dla ciebie – jako ambasadorki Kampanii Wodnej Polskiej Akcji Humanitarnej – zapewne nie mniej istotne niż osobiste wyróżnienie.

– Tak, to bardzo ważna nagroda, szczególnie że jest pieniężna. Można więc się spodziewać, że Janina Ochojska przeznaczy ją na budowę nowych studni w Sudanie. Polska Akcja Humanitarna wspólnie z producentem wody Cisowianka zbiera pieniądze na budowę tych studni.

– Dlaczego powinna nas interesować kwestia studni w Sudanie? Mamy swoje problemy, np. skutki tegorocznych powodzi.

– Tak, i ludziom, którzy przez to ucierpieli, trzeba udzielać skutecznego wsparcia. To się przecież nie wyklucza, często mam wrażenie, że wręcz przeciwnie – pomaganie uwrażliwia. Ludzie przestają być obojętni, a dzięki temu pomoc zatacza coraz szersze kręgi. W kwestię braku wody jestem zaangażowana już drugi rok. A dlaczego powinno nas to obchodzić? Woda stanowi w Sudanie gigantyczny problem. Zbudowanie studni oznacza życie dla tysięcy osób. Bo na razie dla kilku milionów szklanka wody jest głównym celem i warunkiem przetrwania. Aby ją zdobyć, wędrują kilkanaście kilometrów dziennie. Małe dzieci, zamiast uczyć się w szkole, cały dzień idą w upale, by przynieść wodę swoim bliskim. Jeśli wrócą bez niej, rodzina umrze. Trudno nam sobie to uzmysłowić, wyobrazić, woda jest u nas osiągalna w każdej chwili, więc wydaje się, że każdy ma do niej dostęp i będzie miał zawsze. Tymczasem tak nie jest, zasoby wody pitnej na kuli ziemskiej maleją. W Polsce również. Trzeba zacząć o tym myśleć, kiedy napełniamy beztrosko wielkie wanny, baseny, fontanny.

– Nie napełniasz?

– Basenu i fontanny nie mam, a wannę zaczęłam kontrolować. I zakręcam kran, gdy myję zęby.

– Bierzesz udział w wielu różnych akcjach charytatywnych. Jak nie pomylić się w ich wyborze? Wiadomo, że nie jest łatwo mądrze pomagać.

– I właśnie dlatego, wbrew pozorom, częściej odmawiam, niż angażuję się w jakieś przedsięwzięcie. W przypadku Polskiej Akcji Humanitarnej mam pewność, że starania wszystkich zaangażowanych zostaną dobrze spożytkowane dla faktycznie potrzebujących i że cel pomocy został dobrze wybrany – PAH wielokrotnie udowodniła swoją skuteczność.

– I nie dociekasz, dlaczego należy wesprzeć akurat Sudan, a nie na przykład Somalię albo Timor Wschodni?

– Dobre pytanie. Nie staram się wpływać na decyzje instytucji co do celu ich działania. Musiałabym być świetnie zorientowana w palących potrzebach na całym świecie, żeby podawać czyjeś wybory w wątpliwość. Jeśli są to wybory, z którymi intuicyjnie się nie zgadzam, po prostu się nie angażuję.

– Do tej pory przyczyniłaś się do nagłośnienia wspomnianej Kampanii Wodnej PAH, z Fundacją „Arteria” organizowałaś też w Warszawie wiele artystycznych projektów wietnamskich.

– Zainspirował nas fakt, że co setny mieszkaniec Warszawy jest Wietnamczykiem, chcieliśmy to przekazać innym. Wśród przyjezdnych Wietnamczyków są wybitni artyści i twórcy, lekarze, prawnicy, którzy w Polsce nie pracują, niestety, w swoim zawodzie ani w zgodzie ze swoim talentem i umiejętnościami.

– To znacząca mniejszość, ale bardzo hermetyczna.

– I szczerze mówiąc, niewiele wiem o ich życiu. Nikt im nie pomaga w integracji, może też nie są w tym względzie najbardziej otwarci, ale są obecni. Pomyśleliśmy więc, że warto spróbować poznać chociaż kilka konkretnych osób, pokazać im, że się nimi interesujemy, że są ważni, poznać ich kulturę, przekazać ją Polakom.

– Nie tylko kulturę żywienia.

– Właśnie. Ten wizerunek kucharzy z ulicznych budek jest bardzo stereotypowy. Przecież rośnie u nas już drugie pokolenie Wietnamczyków. To dzieci uchodźców politycznych urodzone i wykształcone w Polsce. Można przypuszczać, że wielu zechce tutaj spędzić całe swoje życie.

– Angażowałaś się też we wsparcie niepodległości Białorusinów, obserwowałaś wybory podczas pomarańczowej rewolucji na Ukrainie.

– Wydaje mi się dość oczywiste, że pomagamy innym w walce o wolność tak samo, jak nam kiedyś pomagano.

– I tak jak pomagano tobie, kiedy zachorowałaś na ziarnicę?

– Tak, ale szczerze mówiąc, nie mam pewności, czy właśnie choroba w decydujący sposób wykształciła we mnie odruch pomagania. W końcu jeszcze zanim zachorowałam, organizowałam w domu przedstawienia dla znajomych moich rodziców, żeby zebrane pieniądze zanieść do schroniska dla zwierząt.

– Więc co najbardziej uwrażliwiło cię na los innych: postawa i praca rodziców? Atmosfera domu rodzinnego?

– Na pewno obecność przy rodzicach, kiedy podejmowali ważne i czasem trudne decyzje, atmosfera domu, w którym ważne były wartości, idee i o nich się rozmawiało, przyjaciele, którzy przychodzili do mamy i taty, tematy, którymi wspólnie się zajmowali, i też sam fakt posiadania tak wielkiego, niesamowitego kręgu bliskich ludzi, w którego życiu, spotkaniach, wyjazdach ja uczestniczyłam.

 
– Twój dom był specyficzny również z powodu ekumenizmu: mama jest katoliczką, tata luteraninem. A ty?

– Jestem katoliczką, rodzice ochrzcili mnie w kościele katolickim.

– W czasach, gdy wielu ludzi w bardzo różnych religiach i wyznaniach szuka swojej duchowości, mogłabyś żałować, że nie zostawili ci wyboru.

– Między kościołem katolickim a ewangelickim? To nie są różne religie! Nie postrzegam tego jako dylematu, dla mnie różnic prawie nie ma, ważne jest to, co wspólne, a to stanowi, moim zdaniem, 95 procent. A co do moich ewentualnych poszukiwań, to nie mam poczucia, żeby mi odebrano jakąś wolność. Szukać można zawsze.

– W domu któraś religia dominowała?

– To nie są odrębne religie, tu nie ma kwestii dominacji. Nigdy nie przyszło mi do głowy rozważać tego w takich kategoriach…

– Ostatnio postawa Kościoła katolickiego skłaniała wielu do rozmaitych refleksji o roli Kościoła w państwie i życiu każdego człowieka, o hierarchii kościelnej i jej hierarchii wartości. Nie pomyślałaś przy tej okazji o przejściu na luteranizm?

– O tym nigdy nie myślałam. Ucieczka rzadko jest najlepszym rozwiązaniem. A o Kościele myślę, oczywiście, dużo, ale ten temat pozostawiam dla siebie.

– Kościół luterański wydaje się bardziej współczesny, bliższy życiu. Odwołując się do biblijnego nakazu płodności, stoi np. na stanowisku, że dziecko poczęte w probówce też jest dziełem Boga.

– Wiem o tym.

– Jesteś przeciwna metodzie in vitro i aborcji?

– Mogę mówić tylko o tym, co staram się stosować w moim życiu. O pewnych rzeczach nie daję sobie prawa decydować, a może raczej staram się szanować fakty, które nie zawsze rozumiem, i zadania być może trudniejsze, które się dostało w życiu.

– A gdyby okazało się, że nie możesz urodzić dziecka?

– Może pomyślałabym o adopcji.

– Rozumiem, że mąż podziela twoje poglądy.

– Tak, chociaż ludzie radzą sobie z różnicą zdań także w takich kwestiach.

– Ale o wartościach rozmawia się w twoim domu często? Jak w domu rodziców?

– Staramy się… Nie wyobrażam sobie, żeby moje życie miało składać się tylko z pracy, życia małżeńskiego i towarzyskiego. Wydaje mi się, że to za mało.

– Tylko? Twoją biografią już dziś można by wypełnić kilka życiorysów.

– Taką mam potrzebę – robienia jeszcze czegoś, angażowania się, nieprzechodzenia obojętnie, taki mam charakter i nie staram się tego bardziej analizować.

– Coraz głośniej o tobie, nawet chyba bardziej za granicą niż w Polsce. Zagrałaś u Petera Greenawaya, ostatnio twoje nazwisko pojawiło się na afiszu „Wichrów Kołymy” obok Emily Watson. Przełamujesz fale?

– Po prostu pracuję. A tytuły, które podajesz jako przykłady, to zresztą polskie koprodukcje…

– Gdy dostałaś nagrodę w Berlinie, okazało się, że w Niemczech jesteś znana publiczności. Tam gra się lepiej niż tu?

– To się nie okazało nagle, gram tam w filmach pewnie od dziesięciu lat, więc ludzie mnie kojarzą. Bardzo lubię pracować w Niemczech, w ogóle lubię pracować za granicą, grać w obcych językach, spotykać zupełnie nowych, innych ludzi. Ale najważniejsza jest dla mnie praca tutaj, a też męczą mnie podróże, odległość od domu, ciągłe zmiany planów, wszystko ma swoje dobre i trudne strony. Żadnych ogólnych porównań, gdzie pracuje się lepiej, nie mogę zrobić. Byłyby one powierzchowne. Każda produkcja jest inna, a kraj, w jakim się odbywa, to tylko jedna z bardzo wielu różniących je składowych. Lubię, kiedy na planie jest dobra organizacja, to oszczędza siły i nerwy, lubię wiedzieć, co i kiedy robimy, mieć czas na koncentrację i na przerwę, może trochę o to łatwiej w produkcjach niemieckich, ale bez przesady, wszędzie bywa bardzo różnie.

– Czy przy zamiłowaniu do systematycznej, planowej pracy budujesz swoje postacie bez nadmiernej wiary w metafizykę? Nie bywa tak, że olśnienie nadejdzie „po godzinach”?

– Podchodzę do pracy bardzo analitycznie. Zadaję mnóstwo pytań, piszę, rysuję. Mam wszystkie uwagi i swoje spostrzeżenia odnośnie grania poszczególnych scen zaznaczone skrupulatnie w scenariuszu. Mam osobną kartkę, gdzie spisane są po kolei sceny, one mają moje tytuły, odhaczam nakręcone, wiem, ile zostało i który jest moment scenariusza. Wszystko to ogarniam. Zazwyczaj.

I tu odwołam się do roli Marii z niemieckiego filmu „Maria ze Szczecina”, przy której się zorientowałam, że nie zawsze tak wystarczy. Czasem trzeba też czasu, aż postać sama „przyjdzie”. Najpierw pojawiło się w mojej głowie wyobrażenie mojej bohaterki – słodycz z bujnymi lokami na zbyt wysokich obcasach. Ale nie mogłam pójść dalej: nie potrafiłam ułożyć sobie ani jej cech charakteru, osobowości, wartości, emocji, ani tego, co ona robi, co lubi, jakich ma znajomych, jakiej muzyki słucha, gdzie była na wakacjach, czyli tego wszystkiego, co wiem o moich postaciach.

– Znasz ich historie do trzech pokoleń wstecz?

– Prawie… I siedziałam nad tą Marią, i nic mi nie przychodziło na myśl, w ogóle nie mogłam się do tego zabrać. Nic mi nie pasowało. Zdjęcia się zbliżają, a ja dalej nic nie wiem, zupełny bałagan w głowie. I nagle, na tydzień przed zdjęciami, zorientowałam się, że ten mój stan to jest właśnie cała Maria. Bo to ona niczego nie ogarnia. Nie wie, skąd jest, co lubi, co jej się podoba, jest nieświadoma tego, co dzieje się z nią, co dzieje się obok. Doszłam do wniosku, że to, co działo się ze mną, to rozbicie, to właśnie jest JEJ nieogarnięcie. To po prostu ona, jej bałagan. Sama do mnie przyszła. I wtedy zdałam sobie bardzo wyraźnie sprawę, że coś w procesie budowania postaci, wchodzenia w nią dzieje się jednak w sferze, której – wbrew wcześniejszym przekonaniom – do końca nie kontroluję. Postaci bardziej świadome mogę rozłożyć na czynniki pierwsze, bo one takie są, bo one mi na to pozwalają. Ale Maria ze Szczecina nie nadaje się do takiego rozpracowania. Ona się wzięła z mojej i swojej niewiedzy i bezradności.

 
– Którą postać rozebrałaś na atomy?

– Na przykład Julię z serialu „Teraz albo nigdy”. Bardzo dobrze wiedziała, kim jest, kim chce być, o co jej w życiu chodzi. Była konkretna, świadoma, ironiczna, zdefiniowana. I ja musiałam sobie to ułożyć, by wejść na plan pewnym krokiem Julii i wszystko wiedzieć i kontrolować.

– Chodzisz krokiem swojej postaci?

– Tak, często, to chyba dla wielu aktorów ważny element postaci, o której myślą. Krok człowieka wiele zdradza, wiele pokazuje, a też mi pomaga zjednoczyć się z graną postacią. Nie zmienia to faktu, że bardzo się staram w porę wychodzić z granych ról, nie przenosić ich do mojego prywatnego życia. Chyba nie zawsze się to udaje, bo po zagraniu w „Rewersie” przeczytałam jak Borys powiedział, że to niesamowite, że przez cały miesiąc zdjęć BYŁAM Sabinką.

– A postać z ostatniego twojego filmu „Święta krowa”? Co w niej cię uderzyło?

– Natychmiast wyobraziłam sobie bardzo eleganckie, piękne damskie buty na obcasie grzęznące w wiejskim błocie. I w tym się zawierało wszystko. Groteskowe niedopasowanie do okoliczności.

– Ale ten film to nie komedia.

– Są w nim momenty bardzo śmieszne, są fragmenty baśniowe, ale to opowieść o godzeniu się z chorobą i śmiercią.

– Twój tata, wspominając, jak zachorowałaś, powiedział, że takie doświadczenie uczy pokory i radości życia.

– To wspaniałe, że tak na to patrzy, bo różnie trudne doświadczenia wpływają na ludzi. Są tacy, którzy np. wykorzystują współczucie innych. Ja nie potrafię moich doświadczeń opisać tak wyraźnie, byłam jeszcze za mała, za mało świadoma tego, co się ze mną dzieje. Rodzicie separowali mnie od poczucia zagrożenia.

– Dziecko zwykle jednak wyczuwa coś w zachowaniu rodziców.

– Tak. I ja wyczuwałam ich wielką wiarę w to, że wyzdrowieję, i wielką miłość do życia. Tata jest optymistą, a mama to po prostu uosobienie spokoju i opanowania. Kiedy dzwonię do niej z jakąś sprawą, a nie znajduje rozwiązania problemu natychmiast, oddzwania po kilkunastu minutach. I jak zawsze idealnie wie, co powiedzieć.

– W takim samym stopniu ufasz innym ludziom? Wyobrażam sobie, że przy swoich poglądach możesz być narażona na różnego rodzaju zderzenia i rozczarowania.

– To chyba nie jest kwestia poglądów, ludzie są czasami bezmyślni, nieczuli, okrutni, głupi i w takich konfrontacjach kończy się moja tolerancja.

– Ale nie tracisz wiary w człowieka?

– Staram się, choć to bywa trudne.

– Skąd w tobie takie ugruntowane przekonania?

– Człowiek w moim wieku chyba powinien już je mieć. Powinien wiedzieć, czym się kierować w życiu.

– Składasz się z powinności?

– I wielu innych składowych, z mnóstwa emocji, z pragnień, sprzeciwów, jakichś zalet, paru słabości, kilku wątpliwości…

– „Brak cienia jest dowodem nieistnienia”.

– No właśnie…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze