Ewa Ziętek: Zawzięta jak Ziętek

fot. Zosia Zija i Jacek Pióro

Mieszkanie z mamą i opiekowanie się nią uważam za jedną z najlepszych decyzji. To się wiąże z jakimś wyrzeczeniem, ale tyle, ile się dostaje w zamian, nie da się z niczym porównać. To są wdzięczność, serce, przywiązanie, cierpliwość, które mama ma dla mnie. Ewa Ziętek mówi nam o swoich życiowych wyborach.

Teatr Kwadrat, w którym pracujesz już 16 lat, cieszy się niezwykłą popularnością wśród widzów.

Ludzie chcą się śmiać. Życie jest ciężkie, więc szukają oddechu, ucieczki od trudnych tematów. Zdarzają się lepsze i gorsze spektakle, ale na widowni każde miejsce jest zajęte. Czasami, kiedy dostajemy brawa na stojąco, ogromnie cieszę się, że to, co robię, ma sens. Bo czasami wątpię…

Naprawdę?

No pewno. Ale kiedy widzowie wstają z odruchu serca, to myślę sobie, że może to nie są stracone lata.

Co ci najbardziej przeszkadza w tym zawodzie?

Z aktorstwa po latach zaczyna się wyrastać. Chciałoby się spróbować czegoś innego. Ale czy ja potrafię robić coś innego? Oczywiście, że bardzo kocham to, co robię, ale momenty zwątpienia przychodzą i wtedy czuję, że powinnam coś zmienić.

Umiesz coś innego?

Chyba nie. Są kobiety, które potrafią szyć albo upiec ciasto. Ja takich talentów jestem pozbawiona.

Zagrałaś świetne role, było ich bardzo wiele…

Mnie się wydaje, że bardzo mało.

Samych ról filmowych masz w dorobku ponad 80, a w tym są role serialowe, kręcone przez długie lata. Miałaś fantastyczne początki – debiut u Andrzeja Wajdy w „Weselu”.

Podczas egzaminów wstępnych do szkoły teatralnej zwrócił na mnie uwagę Aleksander Bardini. Polecił mnie Andrzejowi Wajdzie i zaraz potem znalazłam się na zdjęciach próbnych do jego filmu. Wajda jest niesłychany. Potrafi w dwóch zdaniach wprowadzić w klimat granej postaci, a ja mam od Boga dar prostoty i korzystam z niego.

W teatrze też miałaś rewelacyjny debiut w „Trzech siostrach” w reżyserii Aleksandra Bardiniego. Dostałaś rolę Olgi – wyciszonej, wrażliwej osoby.

Bardzo cierpiałam, ponieważ moje koleżanki – Joasię Szczepkowską i Krysię Jandę – upiększano. A mnie postarzano. Do tego wsadzono mi na głowę ogromniastą perukę.

Zaczynałaś od ról, na których można było się nieźle wyłożyć.

No tak, ale jak reżyseruje Andrzej Wajda czy Aleksander Bardini, to trzeba się bardzo postarać, żeby się wyłożyć. Wspiera cię ich talent, ale przede wszystkim wiesz, że bierzesz udział w ważnej i wartościowej sprawie. Po szkole teatralnej byłam w Teatrze Narodowym u Adama Hanuszkiewicza w tym okresie, w którym powstawały jego najlepsze przedstawienia. Byłam szczęśliwa, że mogę w tym uczestniczyć. Wtedy aktorstwo było czymś innym niż dzisiaj i dlatego czasem wątpię w sens bycia aktorką. Zwłaszcza kiedy pod niemal każdą twarzą widzę podpis: aktorka. A przecież to nie jest takie proste. To pewna umiejętność. To prawdziwość, predyspozycje, warsztat. Odkryłam, że aktorstwo jest dla mnie ważne, ale z przyczyn egoistycznych. Myślę, że chodzi o to, żeby mnie kochali.

Czyli potrzebujesz uwagi?

Czasami byłam od tego uzależniona. Czułam to stojące powietrze, jakąś jedność z widownią, energię przepływającą między nami. To przedziwny zawód – trzeba być pierwszym, a jednocześnie czuć respekt dla innych ludzi. I to nie jest łatwe.

Kiedy odkryłaś, że chcesz być aktorką?

Nie bardzo podobała mi się rzeczywistość. Żyłam marzeniami i wymyśliłam, że dzięki aktorstwu będę mogła oderwać się od tej paskudnej szarzyzny życia codziennego. Kiedy oświadczyłam w klasie, że zostanę aktorką, koledzy spojrzeli na mnie ze zdziwieniem. Pomyślałam: „No to zobaczymy!”.

Powiedziałaś w domu, że chcesz jechać na egzaminy wstępne do szkoły teatralnej, a ojciec ci zabronił.

Byłam wychowywana w dość tradycyjnym domu. Ojciec uważał, że aktorka to nic dobrego i że to nieodpowiednie zajęcie dla porządnej dziewczyny. Ale, o dziwo, te przeszkody mnie wzmacniały.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »