Salma Hayek: Salma CUD

fot. BewPhoto

Karierę rozpoczęła w latach 90. Nie tak znowu dawno, a jednak w innej epoce, w której sukces latynoskiej aktorki w Hollywood był dla wszystkich sporym zaskoczeniem. Przetarła szlaki i nadal czuła niedosyt. Salma Hayek sprawdza się w roli producentki, żony, mamy, ale i aktywistki, odkąd założyła wspólnie z mężem fundację. – Bo – jak mówi – także hollywoodzkie gwiazdy muszą walczyć z dyskryminacją.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 03/2016)

Jest pani feministką?

Jestem. Kocham kobiety i jestem gotowa bić się o to, żeby ich życie stało się lepsze. Pękam z dumy, że urodziłam się kobietą, i wierzę, że tylko my możemy uczynić świat łaskawszym. Jestem wreszcie feministką dlatego, że spotkałam wiele wspaniałych kobiet, dzięki którym stałam się tym, kim jestem. Jesteśmy silne, dużo silniejsze od mężczyzn. Problem w tym, że nadal się nas dominuje, krzywdzi, odbiera nam prawo głosu. Staram się w miarę swoich możliwości zaradzić tej sytuacji. Myślę o fundacji Kering, którą stworzyliśmy z moim mężem [francuskim miliarderem François–Henrim Pinaultem – przyp. aut.].

O niej jeszcze porozmawiamy, tymczasem chciałabym zapytać o pani historię. Jak dziewczyna z Meksyku została hollywoodzką aktorką?

Byłam bardzo kochanym dzieckiem, pewnie właśnie to dało mi wiarę w siebie. Początkowo w ogóle nie myślałam o aktorstwie, studiowałam nauki polityczne. Wie pani, że całkiem serio chciałam zostać prezydentem Meksyku? Oczywiście, było to praktycznie niemożliwe, ale nie żałuję moich młodzieńczych fascynacji. Wyznaję zasadę, że w życiu najważniejsza jest determinacja w dążeniu do celu. I mówię to, mimo że nieraz ponosiłam klęskę. W Meksyku byłam gwiazdą telewizji i kiedy zdecydowałam się wyjechać i spróbować sił w Hollywood, nikt nie wierzył, że mi się uda. Amerykańscy producenci uważali, że jako Latynoska mogę być przekonująca jedynie w rolach służących i prostytutek. Faktycznie przez długi czas grywałam ogony, a to, że w końcu zaistniałam w Stanach jako aktorka, zawdzięczam głównie swojemu uporowi. Zawsze miałam bardzo buntowniczą naturę, uważam, że każdy wybór zawiera w sobie szansę na wygraną, porażki tylko mnie motywują. Proszę pomyśleć, jak często realizujemy w życiu pragnienia innych ludzi, jak często cenzurujemy i racjonalizujemy nasze własne uczucia i idziemy na kompromis. Niepotrzebnie.

Kolejne przeprowadzki z kraju do kraju zawsze oznaczały tylko wygraną? Nie tęskni pani za swoimi korzeniami?

Nie, ponieważ wszystko, co kocham, noszę w sobie. Byłam bardzo związana z moją rodziną, z Meksykiem, ale mimo to wyjechałam do Los Angeles. Po latach, kiedy już się tam zadomowiłam, spakowałam walizki i wyruszyłam do Paryża. Z kolei teraz mieszkam w Londynie, ponieważ zależało mi na tym, żeby moja córka Valentina chodziła do angielskiej szkoły.

Wszędzie, gdzie mieszkałam, traktowano mnie jak kogoś z zewnątrz, co zawsze mnie dziwiło, bo z reguły bardzo dobrze się adaptuję. To prawda, że aby móc żyć w innym kraju, nie należy oglądać się wstecz. Trzeba odciąć się od osoby, którą się było, i iść dalej. Tylko tak można ochronić się przed pierwszym szokiem po przeprowadzce i związaną z nim depresją. Wiem, o czym mówię. Sprawiam wrażenie osoby przebojowej, ale także i mnie zdarzyło się myśleć, że już nic się w moim życiu nie zmieni, że nic dobrego mnie nie czeka, że będę się starzeć w samotności i grywać beznadziejne role. Ale właśnie wtedy stał się cud – poznałam mojego męża i założyłam rodzinę. Jestem żywym dowodem na to, że można się podnieść nawet wtedy, kiedy wydaje nam się to niemożliwe. Gdybym wiedziała, że będę miała wspaniałego męża, który będzie mnie uwielbiał, uniknęłabym na pewno wielu przepłakanych nocy. François zawsze wierzył, że to, co najlepsze, mam jeszcze przed sobą. Powtarzał, że cały świat musi się dowiedzieć, do czego jestem zdolna. A wraz z narodzinami Valentiny otworzyła się przede mną nowa epoka: zostałam matką po czterdziestce i choć dokonałam w życiu wielu rzeczy, będę się upierać, że córka jest moim największym osiągnięciem.

O zdobyciu pozycji w świecie aktorskim mówiła pani, że było skutkiem wytężonej pracy. Związek dojrzałych ludzi też wymaga nakładu sił?

Raczej świadomości. Kiedy poznałam mojego męża, miałam 40 lat i wiedziałam już, na czym polega tajemnica udanej relacji – trzeba się zachwycić wnętrzem drugiego człowieka. Oczywiście, to także kwestia wspólnych zainteresowań, pasji, wzajemnej tolerancji i szacunku, ale związek ma pozostać żywą tkanką, obie strony muszą do niego wnosić ciekawość drugiego człowieka.
I wielki szacunek. Druga osoba nigdy, przenigdy nie może nas poniżać, podważać naszej wiary w siebie. Ale nie jestem zwolenniczką relacji symbiotycznych, każdy powinien zachować swoją przestrzeń, w której może się rozwijać.

Tylko że indywidualny rozwój nie zawsze idzie w parze z udanym życiem rodzinnym.

To rzeczywiście wymaga kompromisów – ja na przykład postanowiłam, że moje nieobecności w domu nie będą przekraczać dwóch tygodni. Z tego powodu odrzuciłam wiele interesujących ról do tego stopnia, że moja ośmioletnia córka zaczęła mnie ostatnio namawiać, żebym więcej pracowała! Kiedy była mała, chciałam zrezygnować z kariery – mój mąż był jednak temu absolutnie przeciwny. Uważał, że na pewno podołam i połączę jedno z drugim. Miał rację. Zresztą ostatnio coraz częściej zabieram córkę na zdjęcia. Valentina to uwielbia.

Zupełnie spokojnie wspomina pani o swoim wieku. W pani zawodzie nie jest to takie oczywiste.

Starość nie jest dla mnie żadnym problemem, to po prostu logiczne następstwo młodości. Może to sprawa wychowania? W Meksyku nawet śmierć nikogo nie przeraża, wierzymy w to, że nasi zmarli są wciąż z nami. Co prawda od kiedy zostałam matką, zaczęłam się bardziej bać o siebie, nie chciałabym osierocić mojego jedynego dziecka. Mam tylko nadzieję, że odziedziczyłam dobre geny po matce. Jest wciąż piękną kobietą i nigdy nie miała obsesji na punkcie swojego wieku.

Jesteśmy starzy, kiedy przestajemy marzyć i dążyć do zrealizowania jakichś pomysłów. Fizyczność nie jest najważniejsza, chociaż uwielbiam udowadniać, że kobieta może być zawsze sexy. Podchodzę do tego jak do kolejnego feministycznego wyzwania.

Skoro starość zaczyna się od spadku aktywności, pani nic takiego nie grozi. Nadal sporo pani gra, nie mówiąc już o innych zawodowych aktywnościach.

Myślę, że udało mi się przetrwać, bo nie można mnie zaszufladkować – nie pasuję do istniejących schematów.

Bywała pani producentką własnych filmów – w ten sposób powstały słynna biografia malarki Fridy Kahlo z panią w roli głównej i serial „Brzydula Betty”. Pani najnowsza produkcja to wspomniany „Prorok” Khalila Gibrana. Skąd ten wybór?

Zostaję producentką, kiedy prawie fizycznie czuję, że dany film musi powstać. Tak było też w przypadku „Proroka” – ulubionej książki mojego dziadka ze strony matki, który zmarł, kiedy miałam sześć lat. Bardzo go kochałam. Ta książka, a następnie film w jakimś stopniu mi go zwróciły, dzięki nim zrozumiałam, kim ojciec mamy był naprawdę. To także hołd złożony moim libańskim korzeniom – dziadek był Libańczykiem. „Proroka” czytają miliony ludzi na całym świecie, ale ja pragnęłam nadać mu formę animacji, spojrzeć na problematykę życia i śmierci oczami dziecka. Podobnie zrobił przecież Antoine de Saint-Exupéry w „Małym księciu”.

Na początku rozmowy wspomniała pani o fundacji Kering, która zainicjowała wiele akcji na rzecz praw kobiet, w tym cykl spotkań Women in Motion [Kobiety w ruchu] na festiwalu w Cannes. Niektórym trudno uwierzyć, że gwiazdy filmowe także doświadczały dyskryminacji z powodu płci.

Nie należy zapominać, że gros producentów i reżyserów wciąż stanowią mężczyźni i że aktorzy otrzymują dużo wyższe gaże od swoich koleżanek po fachu. Kobiety w kinematografii przez długie lata odgrywały rolę ozdobnych breloków, wiem, o czym mówię, bo sama stanowiłam część tego systemu. Sytuacja ulega zmianie, ale wciąż pozostaje wiele do zrobienia. Dlatego organizuję spotkania z reżyserkami, producentkami, aktorkami, żeby opowiedziały słuchaczom o swojej wizji zawodu. Wiele z nich ma poczucie prawdziwej misji. Wierzę, że z naszych wysiłków, z tych wszystkich małych cegiełek powstanie w końcu wspaniała budowla. Być może to utopia, ale wierzę, że musimy wciąż próbować zmieniać rzeczywistość.

Salma Hayek rocznik 1966. W Meksyku została gwiazdą dzięki telenoweli „Teresa”, ale międzynarodowy rozgłos przyniósł jej film „Desperado”, gdzie zagrała u boku Antonia Banderasa. Wśród jej najgłośniejszych ról jest też ta w „Czterech pokojach” Tarantina.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »