1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Gwałtowny stres a choroby serca u kobiet

Gwałtowny stres a choroby serca u kobiet

Silne emocje, silny stres mogą być zapalnikiem, który wywoła zawał serca.(Fot. iStock)
Silne emocje, silny stres mogą być zapalnikiem, który wywoła zawał serca.(Fot. iStock)
Choroby serca są u kobiet rzadziej rozpoznawane i gorzej leczone. Jak niebezpieczny może być gwałtowny stres dla osób zagrożonych chorobą serca – mówi kardiolog prof. dr hab. Grzegorz Raczak. 

Czy serce kobiety choruje inaczej niż mężczyzny?
Jest zwykle mniejsze niż mężczyzny, bo panie w ogóle są drobniejsze, mają mniejszą masę mięśniową. Ale budowa anatomiczna serca kobiety i mężczyzny jest taka sama. Panuje jednak potoczne przekonanie, że zawał czy choroba wieńcowa to przypadłości typowo męskie. I wiele kobiet pada ofiarami takiego mitu. Bo różnice widać tylko w wieku 30–40 lat, czyli u pań przed menopauzą.

Jak menopauza związana jest z sercem?
Dopóki kobieta zachowuje płodność, dopóki prawidłowo funkcjonują jej jajniki, jest chroniona przez własne hormony przed miażdżycą tętnic wieńcowych. Mężczyźni – szczególnie ci obarczeni różnymi czynnikami ryzyka (palący papierosy, mający podwyższony poziom cholesterolu, z nadciśnieniem, otyli) – są zagrożeni miażdżycą już w czwartej, piątej dekadzie życia. Panie zaczynają zgłaszać się do kardiologa zwykle dziesięć lat później. Kiedy biologiczna ochrona kobiety stopniowo zanika, zmniejsza się w jej krwi poziom tak zwanego dobrego cholesterolu (HDL), a rośnie tego „złego” (LDL).

Czy to oznacza, że dopóki jesteśmy młode, nie musimy się przejmować naszym sercem, bo nic złego mu się nie stanie?
To złudne myślenie. Zwłaszcza jeśli towarzyszy mu palenie papierosów, siedzący tryb życia i lekceważenie swojej wagi. A pracując przez lata na choroby układu krążenia, panie muszą się też liczyć z tym, że są gorzej diagnozowane.

Z czego to wynika?
Choćby z tego, że kobiety dużo później i w poważniejszym stanie trafiają do lekarza. Często same nie łączą dolegliwości, których doświadczają, z sercem. Wiele z nich uważa, że za ból w klatce piersiowej odpowiada niestrawność lub zgaga. A ból szczęki lub ramion, pocenie się, nudności, skrócony oddech, zmęczenie, omdlenia? Szukają innych przyczyn – nie myślą o układzie krążenia. Rzadko którą kobietę zaalarmuje to na tyle, by pojechać do szpitala w ciągu pierwszej godziny od wystąpienia objawów. A to kluczowy czas dla przeciwdziałania skutkom zawału serca. Choć trzeba przyznać, że także niektórzy lekarze nie doceniają powagi takich dolegliwości u kobiet.

Kobiety się lekceważy?
Raczej trudniejsze jest u nich wykrycie choroby. Mają częściej nieswoiste objawy i trzeba dużego doświadczenia, by właściwie interpretować wyniki ich badań. Tak jest na przykład przy próbie wysiłkowej.

Inaczej się męczymy?
Męczyć się możemy podobnie, ale próba wysiłkowa ma za zadanie nie zmęczyć pacjenta, ale wykryć chorobę wieńcową u osoby, która rzeczywiście na nią cierpi. Wynik próby, obok wiarygodnego, może być fałszywie dodatni (kiedy rozpoznajemy chorobę u osoby zdrowej) lub fałszywie ujemny (kiedy nie stwierdzamy choroby, chociaż ona istnieje). Otóż próba wysiłkowa stanowiąca podstawowe, najczęściej używane narzędzie diagnostyczne w ocenie bólów tzw. stenokardialnych daje u kobiet, zwłaszcza młodych, znaczny odsetek wyników fałszywych, zarówno dodatnich, jak i ujemnych. Wpływać na to może charakter zgłaszanych dolegliwości, działanie estrogenów i wiele nie do końca poznanych czynników.

Co więc powinno nas zaniepokoić?
Ból o charakterze uciskowym za mostkiem, zwłaszcza po wysiłku, ale także inne bóle w klatce piersiowej czy nadbrzuszu, których wcześniej nie było. Ważne są także, bo to czynniki ryzyka choroby wieńcowej, wzrosty ciśnienia krwi – szczególnie jeśli długo się utrzymują – i wysoki poziom cholesterolu. Kobiety powinny być wobec takich zmian bardziej czujne, jeśli w ich rodzinie ktoś umarł z powodu choroby serca przed 60. rokiem życia. Prawdopodobieństwo choroby wieńcowej zwiększa się dodatkowo u osoby z nadwagą lub otyłej prowadzącej siedzący tryb życia, palącej jeszcze do tego papierosy.

A my tymczasem większość przypadków „gniecenia w dołku” czy „ściskania serca” zrzucamy na karb stresu, nerwów.
To uważajmy! Bo silne emocje, silny stres mogą być zapalnikiem, który wywoła zawał serca. Nie bez powodu dużo zgonów z powodu ataku serca odnotowuje się w czasie trzęsień ziemi, powodzi, ba! nawet meczów piłkarskich. Gwałtowny stres może prowadzić do nagłej niewydolności serca u ludzi zagrożonych chorobą tego narządu. Wyrzut hormonów stresu – adrenaliny, noradrenaliny – powoduje m.in. skurcz naczyń krwionośnych. Jeśli na ich ściankach znajdowała się blaszka miażdżycowa, może się oderwać i zablokować naczynie, powodując zawał serca czy udar mózgu. Długotrwały stres przyspiesza rozwój miażdżycy.

Zatem stres może zabić?
Kogoś obarczonego ryzykiem choroby niedokrwiennej tak. Choć brak jest bezpośrednich dowodów na związek stresu z chorobami serca – bo poziom stresu, zwłaszcza długo się utrzymującego, jest trudno mierzalny. Jednak pośrednie dane pokazują związek. Wiemy przecież, że reakcja stresowa organizmu to przygotowanie do walki lub ucieczki w obliczu zagrożenia. Organizm nie wie, jaką strategię obierzemy, ale na przykład podnosi nam na wszelki wypadek krzepliwość krwi. Było to uzasadnione w czasach, gdy w trakcie ucieczki i walki mogło dojść do zranienia i wykrwawienia, ale dziś wobec stresów życiowych, np. w pracy, może przyczynić się do zawału serca. I co ciekawe, zaobserwowano, że najczęściej do zawałów dochodzi nad ranem. Wtedy bowiem rośnie w naszym organizmie poziom hormonów stresu – adrenaliny i kortyzolu – i wtedy również mamy największą krzepliwość krwi. Adrenalina przyczynia się też do wzrostu ciśnienia krwi, przyspieszenia pulsu i oddechu, wzrostu napięcia mięśniowego. Szybciej i ciężej pracujące serce potrzebuje więcej tlenu, a jeśli jest go za mało, dochodzi do niedokrwienia. Kortyzol – jeśli długo jesteśmy poddawani działaniu tego hormonu – może prowadzić między innymi do rozwoju oporności na insulinę, stanu poprzedzającego zachorowanie na cukrzycę.

A cukrzyca zwiększa ryzyko zawału serca?
Właśnie. Poza tym osoby żyjące w stresie prowadzą zwykle bardziej niehigieniczny tryb życia – mało się ruszają, mają nadwagę, częściej palą papierosy. A to dla serca prawdziwa katastrofa.

Ale czy nie bardziej niż ataku serca kobiety powinny się jednak obawiać raka piersi?
Wręcz przeciwnie. I to właśnie dlatego, że zagrożenia rakiem piersi są bardziej świadome, bo więcej się o tym mówi. Ale to choroby układu krążenia – niezależnie od płci – są najczęstszą przyczyną śmierci na świecie, częstszą niż wszystkie nowotwory razem wzięte. W Europie około 3 procent kobiet umiera z powodu raka piersi, na serce natomiast aż 55 procent. Tylko że za rzadko o tym przypominamy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Żyjemy coraz dłużej, ale coraz krócej w zdrowiu

Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. (Fot. iStock)
Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. (Fot. iStock)
Ciało to mądry doradca. Gdy robisz coś wbrew sobie lub pozwalasz na przekraczanie swoich granic, zazwyczaj wysyła sygnały ostrzegawcze. Jak właściwie je odczytywać?

Nauki Wschodu

Mniej więcej od 40 lat coraz większą popularnością cieszą się zaczerpnięte ze Wschodu praktyki cielesno-duchowe, takie jak: wschodnie sztuki walki, joga, zen, chi-gong i thai-chi. Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. Nasze ciała chorują na otyłość, cukrzycę, nadciśnienie, niewydolność krążenia, alergie, zaburzenia funkcji rozrodczych, uzależnienia, wady kręgosłupa, raka i inne choroby autoagresywne – a nasze dusze na depresję. Coraz więcej wskazuje na to, że nie wolno dłużej traktować ciał, jakby były maszynami.

Choroba to wołanie ciała

Również w takich sytuacjach ciało może wskazywać na wypieraną prawdę. Ciało często choruje po to, by zwrócić nam uwagę na to, że żyjemy w toksycznym środowisku, w toksycznym związku, że hołubimy niemądre, groźne dla życia przekonania. Dlatego większość psychoterapeutycznych procedur pomaga uświadamiać sobie, nazywać i właściwie rozumieć to, co mówi do nas ciało. Ciało jest siedliskiem tego wszystkiego, czego o sobie nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć. Wprawny obserwator dostrzega odzwierciedlone w ciele przekonania, doświadczenia, traumy, a także podstawowe wymiary stosunku do świata i do samego siebie.

Starość to stan umysłu

W ostatnim czasie rozwija się interesujący nurt badań nad psychogennymi aspektami starzenia się, czyli tymi, które odnoszą się do relacji umysł–ciało. Inspirująca konkluzja z tych badań i rozważań zawiera się w zadaniu: „starzenie się jest przekonaniem” (aging is believe). Okazało się bowiem, że osoby, które oddzielają się od ciała, traktują je przedmiotowo – są przekonane, że ono się nieuchronnie i szybko zestarzeje, że będą za chwilę chorować, będzie z nimi coraz gorzej – rzeczywiście starzeją się szybciej i więcej chorują. Ich przekonanie potwierdza się na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Takie osoby często – acz na ogół nieświadomie i żyjąc w iluzji dbania o ciało – zachowują się wobec ciała agresywnie, co przyspiesza proces starzenia. Te same badania pokazują, że ludzie przekonani, że ciało w miarę upływu czasu jest bardziej sprawne i wydolne, a oni stają się lepszymi i mądrzejszymi ludźmi – są często sprawniejsi od ludzi znacznie młodszych i umierają we śnie w okolicach setki, nie mając żadnych istotnych objawów fizjologicznego starzenia się. To jeszcze jedna lekcja o tym, że ciało podąża za umysłem, słucha umysłu – tak długo, jak może.

Doświadczyłem ciała, gdy dotknąłem granicy śmierci

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ips.pl), autor i współautor wielu książek.

Gdy byłem w bardzo wysokich górach, tam, gdzie już prawie nie ma czym oddychać, doświadczyłem ciała, które całkowicie odmawiało mi posłuszeństwa. To było jak rozciągnięte w czasie omdlewanie, graniczące z umieraniem. Będąc całkowicie przytomnym, nie byłem w stanie skłonić ciała do zrobienia kolejnego kroku. Mogłem jedynie biernie i bezradnie doświadczać sytuacji niemocy. Panowałem tylko nad oddechem. Więc co kilka kroków, z trudem utrzymując się na nogach, oddychałem gwałtownie i głęboko. Dopiero po wielu takich oddechach ciało podejmowało współpracę i mogłem zrobić kilka następnych kroków. Doświadczyłem wtedy definitywnej granicy mojej władzy nad ciałem, a jednocześnie ogromnej satysfakcji, że tę granicę przesunąłem. W istocie satysfakcja jest jednak fałszywa, bo wprawdzie szedłem na tę górę po ostrej, wąskiej granicy – po grani – między życiem i śmiercią, ale doszedłem tylko dlatego, że pozwoliło mi na to moje ciało. Tak więc radość i poczucie wyzwolenia wiązały się tylko (i aż) z tym, że przekroczyłem swój lęk przed znalezieniem się na tej granicy. W sumie było to wielkie doświadczenie pokory wobec ciała, wobec życia, wobec śmierci.

Życie smakuje najlepiej, gdy pozostając w pełni sił, dotkniemy granicy śmierci. Tego szukamy w wysokich górach i w głębokiej medytacji. Podobnie czujemy się, gdy wracamy do życia po ciężkiej chorobie. Ale najtrudniejsza próba dla naszej odwagi i pokory nadchodzi wraz z definitywną utratą sił związaną z terminalną chorobą ciała i z jego przemijaniem. Na tamtej górze moje ciało nie miało nic przeciwko temu, by umrzeć, by się poddać – zapraszało, a nawet nakłaniało mnie do tego. Jakby mówiło: „Nie walcz, poddaj się i idź za mną – tu jest prawdziwe życie”. Decyzja „żyć i iść dalej” była w tamtej sytuacji – wbrew pozorowi heroizmu – łatwiejszym, mniej odważnym wyborem.

  1. Zdrowie

Alergie - podstawowe informacje

Najczęstsze objawy reakcji alergicznej to łzawienie oczu, kichanie, katar sienny i kaszel, zmiany skórne, bóle brzucha, wzdęcia, biegunki i zaparcia oraz duszności. (Fot. iStock)
Najczęstsze objawy reakcji alergicznej to łzawienie oczu, kichanie, katar sienny i kaszel, zmiany skórne, bóle brzucha, wzdęcia, biegunki i zaparcia oraz duszności. (Fot. iStock)
Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Fakt, alergia potrafi zatruć życie, ale radzimy sobie z nią coraz lepiej. Alergia nie jest, jak wielu sądzi, chorobą nową: wspominają o niej już inskrypcje egipskie liczące sobie z górą pięć tysięcy lat. Dziś na alergię cierpi już – według różnych źródeł – 20–30 proc. ludzi i odsetek ten szybko rośnie. Naukowcy przyczyn alergii upatrują w coraz bardziej sterylnych warunkach, w jakich żyjemy.

Dawniej nasz układ odpornościowy stale walczył z drobnoustrojami i pasożytami, przed którymi obecnie chronią nas środki dezynfekujące, szczepienia profilaktyczne oraz leki. Rozregulowuje to jednak system odpornościowy, czyni go nadwrażliwym na substancje normalnie nieszkodliwe. Organizm reaguje jak w wypadku ataku prawdziwych agresorów – stanem zapalnym, który w zwykłych warunkach przyspiesza powrót do zdrowia. U alergików staje się problemem samym w sobie. Sytuację komplikuje to, że skłonność do stanów zapalnych zwiększa stres, nieodłączny składnik naszego życia... Nikt przy zdrowym zmysłach nie zrezygnuje z dobrodziejstw nowoczesnej higieny i medycyny, nie sposób też wyeliminować z naszego życia stresu. Ale nie jesteśmy wobec alergii bezbronni.

Skąd się bierze alergia?

Objawy reakcji alergicznej to przekrwienie, obrzęk, łzawienie oczu, kichanie, katar sienny i kaszel, zmiany skórne (pokrzywka, atopowe zapalenie skóry, zwane też egzemą), bóle brzucha, wzdęcia, biegunki i zaparcia oraz duszności. Bezpośrednim ich sprawcą jest histamina i inne związki, zwane mediatorami reakcji alergicznej, pojawiające się wskutek obecności alergenu. Uczulająco działają na organizm przede wszystkim obce białka. Układ odpornościowy alergika traktuje je jako szkodliwe i w kontakcie z nimi wytwarza specyficzne przeciwciała (immunoglobuliny) zwane IgE, te zaś uwalniają zmagazynowaną w określonych komórkach (mastocytach i bazofilach) histaminę. Wtedy się zaczyna! U osób wyjątkowo wrażliwych nagły obrzęk obrzęk nosa i krtani może nawet zagrozić życiu! Do wylewu histaminy dojść może także, gdy magazynujące ją komórki ulegną zniszczeniu, pod wpływem temperatury lub czynników mechanicznych (np. ucisku).

Alergeny

Pod tym pojęciem kryją się wszystkie substancje wywołujące reakcję uczuleniową. Rozpoznano ich już ponad 20 tys., ale najczęściej alergie wywołują:

  • odchody roztoczy, mikroskopijnych pajęczaków żywiących się złuszczonym naskórkiem (mnożą się głównie w łóżkach i pościeli, tapicerowanych meblach, dywanach);
  • pyłki kwitnących roślin wiatropylnych (drzew, traw i zbóż, chwastów);
  • wydzieliny zwierząt obecne na ich skórze, sierści i piórach, w ślinie i odchodach oraz jady produkowane przez niektóre zwierzęta (np. owady, stworzenia morskie);
  • produkty spożywcze (najczęściej mleko, pszenica, jaja kurze, ryby, cytrusy i orzechy) oraz leki (np. antybiotyki, leki znieczulające);
  • zarodniki grzybów mikroskopowych (zarówno tych obecnych w środowisku, jak i zamieszkujących nasze ciała);
  • substancje wchodzące w skład kosmetyków (głównie wyciągi roślinne i barwniki) oraz w środkach czystości;
  • lateks (zrobione są z niego np. kondomy i rękawiczki chirurgiczne);
  • nikiel (ten metal można znaleźć m.in. w suwakach, zegarkach, biżuterii, telefonach komórkowych).

Kto ma skłonność do alergii?

Co sprawia, że jedni ludzie cierpią z powodu alergii, inni zaś nie? Istotne są uwarunkowania genetycznie: gdy jedno z rodziców cierpi na alergię, prawdopodobieństwo wystąpienia jej u dzieci wynosi 30–40 proc., a jeśli uczuleniowcami są oboje rodzice, wzrasta ono do 60–80 proc. Dziedziczy się jednak nie chorobę, lecz skłonność do niej, zwaną atopią. Na to, czy alergia ujawni się u konkretnej osoby, duży wpływ mają czynniki środowiskowe. Ryzyko, że tak się stanie, zwiększa szczególnie:

  • sposób karmienia we wczesnym dzieciństwie (np. podawanie niemowlętom sztucznych mieszanek);
  • niezdrowa dieta, niedobór witamin i minerałów oraz nadmiar chemicznych dodatków do żywności;
  • kontakt ze związkami toksycznymi, m.in. używkami (papierosy!), spalinami samochodowymi, zanieczyszczeniami przemysłowymi;
  • częste infekcje oraz stosowane leków (na receptę i bez), gdy nie są bezwzględnie konieczne, bez kontroli lekarza.

Marsz alergiczny

Z alergią jest jak z miłością: można jej ulec w każdym wieku, choć ze statystyk wynika, że po 40. roku życia ujawnia się rzadko. W przeciwieństwie do miłości nie ma mowy o tym, by choroba ta znikła. Typowy scenariusz alergii wygląda tak: najpierw dają o sobie znać zaburzenia trawienne i zmiany skórne, potem dolegliwości ze strony układu oddechowego. To tzw. marsz alergiczny, który może doprowadzić do ciężkiej choroby, astmy oskrzelowej. Pokonanie tej drogi czasem zajmuje kilka lat, a czasem dekady. Zdarza się, że alergia pozostaje w stanie utajonym przez lata, by w pewnej chwili – gdy odporność organizmu osłabnie – zaatakować ze zdwojoną siłą.

Jak rozpoznać alergię?

Alergia jest często mylona z innych schorzeniami, m.in. z infekcjami (drogi oddechowe, oczy), trądzikiem różowatym lub zaburzeniami trawiennymi. Decydujące znaczenie w postawieniu diagnozy ma wywiad lekarski, bo choć istnieją badania mogące potwierdzić alergię, to ich wyniki nie zawsze są jednoznaczne. Mimo że pacjenci przywiązują do nich wielką wagę, lekarze mawiają, iż leczą nie wyniki badań, lecz konkretnego człowieka trapionego określonymi dolegliwościami. Bezcenne dla alergologa są notatki pacjenta opisujące, w jakich okolicznościach pojawiły się niepokojące objawy, jaki był ich charakter, jak długo trwały itd. Z badań najczęściej zleca się testy skórne: na wewnętrzną stronę przedramienia lub plecy nanosi się próbki alergenów, które lekarz podejrzewa o wywoływanie uczulenia, i po reakcji skóry (zaczerwienienie, bąble, obrzęk) ocenia się prawdopodobieństwo alergii. Wykonuje się też analizę krwi na obecność przeciwciał IgE, ale ponieważ ich poziom rośnie nie tylko w efekcie alergii, oznacza tzw. swoiste IgE, skierowane przeciwko konkretnym alergenom (metoda RAST). W pewnych wypadkach (np. podejrzenie uczulenia na produkty spożywcze lub lateks) przeprowadza się również tzw. testy prowokacyjne: w warunkach szpitalnych poddaje się alergika bezpośrednio działaniu substancji prawdopodobnie go uczulającej.

Leczenie

Kluczowa jest profilaktyka: unikanie alergenów (jeśli to tylko możliwe), odpowiednia dieta (np. eliminacyjna) czy pielęgnacja skóry (jej podstawą powinny być tzw. emolienty – maści i kremy nawilżające i natłuszczające skórę) oraz kontrolowanie stresu. Większość alergików musi jednak, choćby okresowo, zażywać przepisane przez lekarza specyfiki. Alergicy ostro reagujący np. na jad owadów lub pokarmy powinni zawsze mieć w zasięgu ręki ampułkostrzykawkę z ratującą życie adrenaliną (hormon szybko gaszący reakcję zapalną).

Konsultacja: lek. med. Małgorzata Zaława-Dąbrowska, alergolog

  1. Styl Życia

Umiar, prostota i... mała miseczka. Sekrety diety Japończyków

Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Jak to robią w Kraju Kwitnącej Wiśni? Zamiast pizzy w rozmiarze XXL – miseczka ryżu z dodatkami. Zamiast zgagi i nadwagi – równowaga. Proste?

Nadmiar dóbr zazwyczaj nie prowadzi do dostatku, lecz do przesytu. Zwłaszcza na talerzu. Za dużo, za rzadko, niezdrowo i o nieregularnych porach – to kulinarne grzechy główne typowego człowieka Zachodu – twierdzi francuska pisarka Dominique Loreau. Od lat mieszka w Japonii i jest zafascynowana zwyczajami i zasadami codziennego życia swojej nowej ojczyzny. W książce „Sztuka umiaru” stawia nas do pionu.

Żołądek VIP

Zaciśnij pięść i przyjrzyj się jej. Takiej mniej więcej wielkości jest twój żołądek. Można go też porównać do małego grejpfruta (w przypadku kobiet) lub dużego (w przypadku mężczyzn).

– Ale żołądek jest rozciągliwym workiem, który pięciokrotnie może zwiększyć swój rozmiar. Dostosowuje się do naszych żywieniowych przyzwyczajeń i w związku z tym nie sygnalizuje, kiedy jest pełny. Należy więc, przede wszystkim, sprowadzić go do jego naturalnego rozmiaru – mówi Loreau.

Jak to zrobić? Zacznij od obserwowania swojego głodu. Czy zdarza ci się, że pomimo poczucia sytości, sięgasz po dokładkę albo deser, choć potem nie czujesz się dobrze? Może nawet nie dajesz sobie okazji, by poczuć głód, bo zanim nadejdzie, zawsze zdążysz go ubiec, podjadając małe przekąski? Jeśli tak – nadwaga pewna. Powinieneś traktować swój żołądek jak luksusowe wnętrze, lożę VIP-ów, do której wstęp mają tylko niektórzy – gdy już się tam znajdą, nie mogą czuć zbyt wielkiego tłoku – radzi Loreau. Delektuj się pokarmem i przestań jeść bez zastanowienia to, co akurat masz w zasięgu ręki.

Po pierwsze: jedz mniej

Dominique Loreau sprawdziła, jakie porcje spożywano pół wieku temu, a ile jemy teraz. I otrzymała szokujące dane. Pięćdziesiąt lat temu nie tylko porcje były o połowę mniejsze, ale też lodówki, szafki kuchenne, talerze, szklanki, sztućce i… ludzkie pupy! Z dekady na dekadę wszystko niepostrzeżenie rosło. „Kiedyś banan stanowił podwieczorek dla dzieci. Dzisiaj zestaw Big Mac, kanapka, mrożone danie, baton czekoladowy, puszka słodzonego napoju… są uważane za normalny posiłek. Pożywienie, które występuje w postaci pojedynczej porcji, jest przez większość z nas zjadane w całości. Pozwalamy w ten sposób decydować o naszych potrzebach producentom żywności, którzy nie troszczą się w najmniejszym stopniu o to, co może pomieścić nasz żołądek” – pisze Loreau w „Sztuce umiaru”.

Tymczasem natura proponuje idealne porcje: jedno jajko, jedno jabłko, jeden ziemniak… Azjaci przeżywają szok kulturowy, gdy po raz pierwszy przyjadą na Zachód i w restauracji podaje im się np. pastę czy sałatkę takiej wielkości, że w ich kraju mogłyby się nią najeść cztery osoby. A my się do takich przyzwyczailiśmy. Do tego duże porcje działają jak narkotyk: na widok wypełnionego po brzegi talerza wyimaginowany głód narasta. Najadamy się do syta i dopiero potem zaczynamy liczyć kalorie.

Kalorie wymyślono pół wieku temu. Można się obyć bez ich liczenia i chudnąć. Wystarczy posłużyć się wyobraźnią. „Im większa jest porcja, tym więcej zawiera kalorii. To aż tak proste! Jeśli masz trochę nadwagi, nie musisz radykalnie zmieniać sposobu odżywiania się. Wystarczy, że będziesz jadł te same pokarmy, zmniejszając ich ilość o połowę. Pozostawienie każdego dnia resztek na talerzu może sprawić, że schudniemy dziesięć kilo w ciągu roku. Takie małe, codzienne zmiany jest bardzo łatwo wprowadzić, a mogą w efekcie przenosić góry (tłuszczu!)” – pisze Dominique Loreau.

Po drugie: jedz prosto

Nawet jeśli do tej pory nie lubiłeś gotować albo szkoda było ci na to czasu, spróbuj potraktować przyrządzanie posiłków jak praktykę duchową, rodzaj medytacji. To świetny czas, by oderwać się od codziennych spraw i wyciszyć. Skupić uwagę na „tu i teraz”. Jeśli sama/sam lub wspólnie z partnerem/partnerką robicie zakupy i przyrządzacie posiłki, to dokonujecie wyboru, co ma się znaleźć w waszych miskach i na talerzach. W ten sposób dbacie o zdrowie swoje i najbliższych. Do tego dzielicie się z rodziną dobrą energią. Smak domowej potrawy zawsze będzie lepszy od kupionego gotowego obiadu.

Jeśli w ciągu tygodnia nie znajdujesz czasu na przygotowywanie wyrafinowanych dań, możesz ograniczyć się do zasady trzech składników: zboża, proteiny i warzywa. Liczba ich wariantów jest nieograniczona!

Zadowalaj się tylko kilkoma świeżymi, sezonowymi produktami, za to o doskonałym smaku i najlepszej jakości. Budżet domowy na pewno nie ucierpi, a może nawet zaoszczędzisz na butelkę dobrego wina. Proste dania mają tę zaletę, że można delektować się ich naturalnym smakiem. Na przykład makaron z łyżką oliwy, parmezanem pokrojonym na plastry cienkie niczym płatki i kilkoma listkami bazylii, omlet ze szczypiorkiem czy filet z ryby usmażony bez soli, z odrobiną cytryny, podany z ziemniakiem na parze – będą smakować o niebo lepiej niż odgrzana pizza w mikrofalówce. I pamiętaj! Jedz powoli, kęs po kęsie. Uczyń ze swojego ciała świątynię!

Złote reguły

Samodyscyplina to rzadka cecha wśród ludzi Zachodu. Często odstępujemy od swoich zasad, tłumacząc sobie to wyjątkową sytuacją. Jednak jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć tę cenną cechę i nie ulegać presji otoczenia czy łakomstwu. Dążąc do doskonałości, ustal złote reguły, których będziesz w stanie zawsze przestrzegać.

W domu:

  • nie jedz ani nie pij niczego podczas przygotowywania posiłku,
  • nigdy nie jedz od razu tego, co wyciągasz z lodówki lub szafki: zawsze wyłóż jedzenie na talerz, do miseczki,
  • nawet jeśli chodzi tylko o przekąskę, usiądź, żeby zjeść ją spokojnie,
  • rozpoczynaj wszystkie posiłki od zupy lub surówki czy sałatki,
  • po posiłku, przed sprzątnięciem ze stołu, zawiń od razu resztki jedzenia w plastikową folię, żeby nie zacząć ich podjadać,
  • zawsze miej w torebce jakąś małą przekąskę – suszone owoce, baton proteinowy, żeby nie ulec pokusie zjedzenia czegoś w ulicznych barach.
W restauracji:
  • poproś o podanie sosu osobno,
  • poproś o zapakowanie resztek posiłku,
  • nie jedz chleba,
  • podziel się z towarzyszem przekąską, deserem (zamów 1 porcję na 2 osoby)
Każdego dnia:
  • wypijaj szklankę wody po wstaniu rano i przed położeniem się wieczorem spać,
  • jedz trzy lekkie posiłki,
  • nigdy nie dokładaj sobie jedzenia, z wyjątkiem warzyw,
  • zjadaj tylko jedną kostkę czekolady za jednym razem,
  • po dwóch dniach odstępstw od diety jedz mniej przez kolejne dwa dni,
  • w towarzystwie innych jedz dla przyjemności, kiedy jesteś sam – dla zdrowia,
  • zimą jedz zupy, latem – surówki i sałatki z warzyw,
  • jadaj tylko w dobrych restauracjach lub zabieraj ze sobą do pracy kanapkę

Stała miarka

Najlepszym sposobem na zjadanie mniejszych porcji na co dzień, jest spożywanie ich z małej miseczki. Dlatego zaopatrz się w miseczkę o pojemności 600 ml – najlepiej z laki, bo jest lekka, elegancka, doskonale przewodzi ciepło i się nie tłucze.

Możesz wypełnić ją zupą, warzywami, sałatką, ryżem z rybą. To idealna miarka. Jeden posiłek – jedna miseczka. Tak na co dzień jedzą mnisi zen, ale i miliony Chińczyków i Japończyków. Przed włożeniem dania do miseczki, pokrój składniki na małe kawałki, by móc zjeść je łyżką czy pałeczkami. „Spożywany z czarki pokarm nabiera niemalże smaku zen… A jak przyjemnie jest przenosić naszą miseczkę tam, gdzie mamy ochotę spożyć posiłek – na kanapę, na werandę bądź po prostu na dywan!” – zapewnia Dominique Loreau.

  1. Zdrowie

Szparagi - ruszył sezon

Szparagi to superfoods - znajdują się na liście 20 najbardziej zagęszczonych pod względem odżywczym pokarmów na świecie (wg. indeksu ANDI) (Fot. iStock)
Szparagi to superfoods - znajdują się na liście 20 najbardziej zagęszczonych pod względem odżywczym pokarmów na świecie (wg. indeksu ANDI) (Fot. iStock)
Szparagi są zdrowe, niskokaloryczne i koją nerwy. Sezon na nie trwa krótko, nie przegap go!

Pierwsze szparagi pojawiają się na warzywnych straganach już na początku marca. Przyjeżdżają do Polski z południowej Europy. Jednak prawdziwi smakosze czekają na zbiory lokalne - bo dobre szparagi, to świeże szparagi, czyli takie, które nie musiały jechać tysięcy kilometrów.

Jak gotować szparagi?

W Polsce nie ma silnych tradycji jedzenia szparagów, ale z roku na rok rośnie liczba gospodarstw, uprawiających zielone i białe pędy. Ich wielbiciele, oprócz walorów smakowych, doceniają fakt, że rośliny te są niezwykle proste w obsłudze. Zwłaszcza zielone, których nie trzeba obierać. Wystarczy opłukać i odłamać zdrewniałą końcówkę. Najlepiej gotować je na stojąco w lekko osolonej wodzie. Chodzi o to, żeby nie rozgotować i nie uszkodzić główki - najdelikatniejszej i najpyszniejszej części szparaga. Ugotowane szparagi podaje się z sosem holenderskim. Można też polać je masłem zasmażonym z bułką tartą.

Jeśli trafisz na cieniutkie zielone szparagi, usmaż je na grillowej patelni. Umyte i osuszone pędy wystarczy lekko skropić oliwą i przytrzymać na patelni do lekkiego zarumienienia z dwóch stron. Potem trzeba je lekko posolić. Można też  posypać parmezanem. Szparagi z patelni mają niezwykle intensywny smak – bardziej "szparagowy" niż te z wody. A do tego są przyjemnie chrupkie i mają ładny kolor.

Można też szparagi upiec. Wystarczy rozłożyć je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, skropić oliwą i wsadzić do piekarnika  rozgrzanego do 210 stopi C. na 10 min.

Dlaczego warto jeść szparagi?

  • Bo to witaminowa bomba. Szparagi są cennym źródłem kwasu foliowego, bez którego nasz układ nerwowy nie działa poprawnie. Prawidłowy poziom kwasu foliowego oraz witaminy B12, poprawia naszą sprawność umysłową oraz szybkości reakcji. Wystarczy zjeść 10 szparagów, by zapewnić organizmowi dzienną dawkę witaminy K, niezbędnej do prawidłowej absorpcji wapnia w kościach. Poza tym zielone i białe pędy pełne są witamin z grupy C, E  i B oraz beta-karotenu, potasu, sodu, żelaza, fluoru, wapnia, magnezu, fosforu.
  • Odtruwają i poprawiają urodę. Szparagi zawierają wiele przeciwutleniaczy, które usuwają z organizmu nadmiar wolnych rodników, chroniąc przed infekcjami, chorobami i przedwczesnym starzeniem. Pełno w nich asparaginy o działaniu moczopędnym. Składnik ten wspomaga pracę nerek - dzięki niej organizm szybciej pozbywa się z organizmu nadmiaru płynów, soli i toksyn. Dodatkowo asparagina obniża ciśnienie tętnicze, rozszerza naczynia krwionośne i usprawnia pracę serca.
  • Pomagają w odchudzaniu. W 100 g szparagów jest zaledwie 20 kcal i aż 2,1 g błonnika, który zapewnia uczucie sytości i reguluje trawienie.
  • Zachęcają do miłości. Już od starożytności falliczny kształt tego warzywa prowokował myśli i wzmagał popęd seksualny. Dziś znamy kilka naukowych faktów, które potwierdzają, że szparagi są afrodyzjakami. Wszystko za sprawą mieszanki odpowiednich witamin i pierwiastków wzmagających libido oraz fitoestrogenów, działających podobnie jak estrogen – jeden z żeńskich hormonów.
 

  1. Zdrowie

Potrzebujemy ciszy. Jak hałas wpływa na nasze zdrowie?

Wyczyścimy bałagan życiowy, który naniósł hałas, i nauczymy się czerpać korzyści z ciszy. (Fot. iStock)
Wyczyścimy bałagan życiowy, który naniósł hałas, i nauczymy się czerpać korzyści z ciszy. (Fot. iStock)
Cisza jest konieczna dla naszego dobrostanu fizycznego i psychicznego. Tymczasem żyjemy w hałasie, w którym nie słychać własnych myśli. Jak chronić się przed wszechobecnym zgiełkiem? Jak nie bać się ciszy?

Hałas jest groźny - uszkadza słuch, przyczynia się do rozwoju chorób serca oraz przedwczesnego starzenia. Ma negatywny wpływ na psychikę, pogarsza zdolności poznawcze u dzieci i powoduje problemy ze snem. Ten uliczny może nawet zwiększać problemy z zajściem w ciążę i ryzyko udarów. Lista strat jest długa, a naukowcy wciąż ją wydłużają. Gdzie leży granica, za którą popularne dźwięki zaczynają nam zagrażać?

Nie męcz mięśni

To, czy dźwięki, które docierają do twoich uszu, ci zaszkodzą, zależy m.in. od tego, jak bardzo są głośne, jak długo je słyszysz i... czy je lubisz. Niektóre dźwięki (m.in. odgłos startującego w pobliżu odrzutowca, ale też wybuchających w odległości metra fajerwerków) są tak agresywne, że mogą od razu uszkodzić słuch. W szczególnych przypadkach może dojść nawet do pęknięcia błon bębenkowych, ale na szczęście prawdopodobieństwo narażenia na takie decybele w codziennym życiu jest prawie zerowe.

Kolejna grupa to dźwięki głośne, ale odbierane jako przyjemne. - To np. te, które płyną z głośników podczas koncertu ulubionego wokalisty. Jeśli chcielibyśmy być precyzyjni, nie powinniśmy przyjemnych dźwięków nazywać "hałasem", mimo że mogą nam zaszkodzić. One nie wpływają negatywnie na żaden układ czy narząd naszego organizmu poza słuchem, bo jeśli decybeli jest zbyt dużo i zbyt długo jesteśmy na nie wystawieni, może dojść do uszkodzenia komórek słuchowych - mówi dr n med. Elżbieta Włodarczyk, ordynator Kliniki Audiologii i Foniatrii Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu. - Jednostajny głośny dźwięk bywa dużo bardziej szkodliwy dla uszu niż bardzo głośny, ale jednoimpulsowy. Mechanizm działania ucha polega na tym, że gdy słyszy głośny dźwięk, malutkie mięśnie, które są w uchu środkowym, unieruchamiają błonę bębenkową i nie pozwalają, by taka masa dźwięku dotarła do ucha wewnętrznego. Jednak te mięśnie w końcu muszą się zrelaksować, więc jeśli głośny dźwięk dociera do nas zbyt długo, po pewnym czasie się rozluźniają i wpuszczają go do ucha wewnętrznego.

Na koncert w zatyczkach

Jak rozpoznać, że dźwięk, który słyszymy, dociera do nas zbyt długo i jest zbyt głośny? Przede wszystkim warto dowiedzieć się, ile ma decybeli. Możemy próbować to oszacować na podstawie dostępnej w Internecie bazy Noise Navigator, w której znajduje się ponad 1700 "źródeł" różnych dźwięków, także takich jak lekcja jogi, zmywarka czy biblioteka, albo skorzystać z aplikacji mobilnej, która mierzy poziom dźwięku. Choć niestety z różną dokładnością... Potem trzeba sprawdzić, jak długo taki dźwięk jest dla nas bezpieczny. Przyjmuje się np., że 109 dB (mniej więcej tyle dociera do nas na koncercie rockowym) jest ryzykowne już po niecałych dwóch minutach.

- Po koncercie stosunkowo często dochodzi do tzw. zmęczenia słuchowego - trochę gorzej słyszymy, mamy problem ze zrozumieniem mowy, a czasem szum w uszach. Zwykle po dwóch-trzech dniach wszystko wraca do normy, ale oczywiście zawsze jest ryzyko, że tak się nie stanie. Zwłaszcza jeśli do takiego pogorszenia słuchu dochodzi często - mówi dr n. med. Elżbieta Włodarczyk i radzi, by przynajmniej w trakcie koncertów nie stać w najgłośniejszym miejscu i często robić sobie przerwy, czyli wychodzić tam, gdzie jest cicho. Warto również rozważyć zabranie zatyczek. Niektórzy już tak robią, a zespół Pearl Jam, poruszony poważnymi problemami ze słuchem, jakich nabawił się wokalista AC/DC, rozdawał swoim fanom zatyczki przed koncertem.

A co ze słuchaniem muzyki w słuchawkach? Można to robić i według dr Elżbiety Włodarczyk nie ma znaczenia, czy są one douszne, czy nauszne, pod warunkiem, że dźwięk nie jest zbyt głośny. Jeśli tak jest to te douszne są bardziej niebezpieczne, bo droga jaką pokonuje dźwięk do ucha wewnętrznego, jest znacznie krótsza.

Nielubiane dźwięki

Są też dźwięki irytujące i męczące (i nawet nie muszą być bardzo głośne), jak np. odgłosy ruchliwej ulicy, remontu za ścianą czy rozmów w open space. - Tak naprawdę to właśnie dla nich powinno się rezerwować słowo "hałas" - mówi dr Elżbieta Włodarczyk. - One zawsze mają negatywny wpływ na cały organizm, chociaż jeśli są ciche, akurat słuchu bezpośrednio nie uszkodzą.

Wywołują jednak natychmiastowy efekt fizjologiczny, np. wzrost ciśnienia krwi czy przyśpieszenie akcji serca. Im dłużej jesteśmy wystawieni na ich działanie, tym gorsze skutki - nasza odporność maleje, dochodzi do zaburzeń hormonalnych i poziomu elektrolitów, wzrasta ryzyko chorób serca i udarów, a nawet zaburzeń psychicznych. Pojawiają się problemy ze snem, koncentracja, nauką i pracą.

Niestety, w przypadku dźwięków uciążliwych o wiele trudniej sprecyzować, co i jak szybko nam zaszkodzi. Wiele zależy bowiem od subiektywnej oceny dokuczliwości. Pewne pojęcie o możliwych zagrożeniach dają nam jednak wytyczne Europejskiej Agencji Środowiska, które mówią, że wskaźnik hałasu w ciągu dnia nie powinien przekroczyć 55 dB, a w nocy 50 dB. Chodzi głównie o hałas drogowy, który Światowa Organizacja Zdrowia uznała za drugie, po zanieczyszczeniu powietrza, zagrożenie środowiskowe w Europie. W Polsce zbadano sytuację akustyczną 10 mln mieszkańców aglomeracji i okazało się, że w przypadku ponad połowy z nich hałas w ciągu dnia przekracza ustalone normy. W 33 krajach europejskich w takiej sytuacji jest w sumie 100 mln ludzi.

Ochrona przed hałasem

Co można z tym irytującym, płynącym z różnych stron hałasem zrobić? Zacznijmy od domu. Na pewno warto starannie wybierać miejsce zamieszkania - bliskość ruchliwej ulicy jest zwykle gorsza niż torów kolejowych. Jeśli nie planujemy przeprowadzki, możemy rozważyć wygłuszenie ścian, zawieszenie zasłon i umieszczenie sypialni w tej części mieszkania, która jest mniej narażona na hałas. Druga sprawa to sprzęty. Kupując sprzęt AGD, wybierajmy ten cichszy, a jeśli chodzi o hałaśliwe sąsiedztwo - rozmawiajmy: z sąsiadami, ze wspólnotą czy z administratorem, z ekipą remontową.

- Ostatnio nowy sąsiad zaczął u nas w bloku generalny remont. Po kilku dniach koszmarnego hałasu zadzwoniłam do niego domofonem - wspomina 30-letnia Iza, graficzka. - Nie mogę nikomu zabronić burzyć ścian, piłować czy wiercić w ciągu dnia, ale próbowałam chociaż dowiedzieć się, kiedy planuje głośniejsze roboty, żeby na ten czas przenieść się do przyjaciółki. Sąsiad stwierdził, że ma prawo do remontu i nie musi udzielać mi żadnych informacji, i trzasnął słuchawką. Na szczęście ekipa remontowa okazała się bardziej przyjazna niż on i przedstawiła mi przybliżony plan robót.

Dobrze jest też próbować wpłynąć na decydentów i mieszkańców okolicy: domagać się ekranów dźwiękoszczelnych, protestować przeciwko nielegalnym hotelom, w głosowaniu nad budżetem partycypacyjnym opowiadać się za ścieżkami rowerowymi i samemu jak najczęściej zostawiać samochód w garażu. Jeśli mamy dzieci, warto wystąpić do szkoły z wnioskiem o likwidację dzwonków. W wielu placówkach przekonano się już, że taka zmiana zmniejszyła hałas w czasie przerw. Dzwonek był bodźcem, który prowokował uczniów do tego, by wybiegać z klasy z krzykiem.

- I zakładajmy w pracy słuchawki, jeśli wymagają tego przepisy BHP. Niby to takie oczywiste, że o uszkodzeniach słuchu z powodu hałasu powinniśmy czytać już tylko w podręcznikach, a tymczasem pacjentów z tym problemem przybywa - ubolewa dr Elżbieta Włodarczyk.

Cicho sza!

Czasem od hałasu nie sposób uciec, inna sprawa, że często sami się na niego skazujemy. Choć z psychologicznego punktu widzenia potrzebujemy ciszy, wielu z nas żyje w bezustannym szumie. - W pracy mamy gwar, w drodze do domu jesteśmy narażeni na hałas uliczny, a po wejściu do mieszkania włączamy radio, odtwarzacz muzyki, telewizję - cokolwiek, byle nie było cicho. Ten ciągły hałas utrudnia nam kontakt z samym sobą. Nie przez przypadek mówi się: "taki hałas, że nie słychać własnych myśli" - stwierdza psychoterapeutka Bianca-Beata Kotoro i dodaje, że niektórzy odczuwają wręcz lęk przed ciszą. -Zresztą trudno się dziwić, często boimy się tego, czego nie znamy. Można więc powiedzieć, że jest to normalna reakcja na tę nienormalną sytuację.

Elirng Kagge, norweski pisarz i podróżnik, wielki admirator i poszukiwacz ciszy, który  zdobył dwa bieguny, Mount Everest i dwa razy przepłynął Ocean Atlantycki, uważa strach przed ciszą za lęk przed lepszym poznaniem samego siebie. W książce "Cisza" tak wspomina spotkanie z tytułową bohaterką w najcichszym miejscu na Ziemi, jakim jest Antarktyda: "Cisza wniknęła we mnie (...). Byłem zmuszony do kontynuowania tych myśli, które już miałem w głowie. I co gorsza kontynuowania uczuć".

- Ludzie niebojący się ciszy to często osoby, które są w większej zgodzie ze sobą, niż ci, którzy czują przymus ciągłego zagłuszania, bo on jest jak nałóg. Czasem słyszę "ale co jest złego w tym, że słucham relaksującej muzyki przed snem?". Nic, pod warunkiem, że to nie konieczność i jesteś w stanie od czasu do czasu położyć się w ciszy - mówi Bianca-Beata Kotoro.

Erling Kagge twierdzi, że w ciszy kryją się tajemnice świata, uważa ją za nowy luksus, prostą sztuczkę na bogatsze życie. I choć przyznaje, że cisza bywa też nudna i trudna, zwłaszcza "cisza po wszystkim", to nie ma wątpliwości, że warto się do niej zbliżyć. Jak to zrobić? - Stopniowo. Zacząć od krótkiej chwili ciszy, bo osoby do niej nieprzyzwyczajone mogą zareagować nawet panicznym lękiem - radzi Bianca-Beata Kotorno. Czasem może się okazać, że gdy już dobrze się usłyszymy, będziemy musieli wprowadzić jakieś zmiany w życiu, a to też bywa trudne, ale - jak przekonuje psychoterapeutka - w końcu to przykre uczucie minie. Wyczyścimy bałagan życiowy, który naniósł hałas, i nauczymy się czerpać korzyści z ciszy.