1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Uzależnienie od słodyczy. Coraz więcej osób traci kontrolę nad „cukrowym” nałogiem

Uzależnienie od słodyczy. Coraz więcej osób traci kontrolę nad „cukrowym” nałogiem

Jedzenie słodyczy - nałóg naszych czasów, coraz trudniejszy do opanowania i niebezpieczny dla zdrowia. Prowadzić może do rozwoju insulinooporności i cukrzycy. Świadczy o tym, jak bardzo nie umiemy radzić sobie ze stresem (fot. iStock)
Jedzenie słodyczy - nałóg naszych czasów, coraz trudniejszy do opanowania i niebezpieczny dla zdrowia. Prowadzić może do rozwoju insulinooporności i cukrzycy. Świadczy o tym, jak bardzo nie umiemy radzić sobie ze stresem (fot. iStock)
Słodycze lubi prawie każdy. Coraz częściej spotykamy się jednak z problemem silnego uzależnienia, gdy „ochota na coś słodkiego” przechodzi w kompulsywne objadanie się. Kiedy tracimy kontrolę nad umiłowaniem do słodkości i wpadamy w „lepkie” sidła nałogu? – O coraz bardziej powszechnym zjawisku cukrowego uzależnienia mówi Mikołaj Choroszyński, psychodietetyk, autor książki „Uzależnienie od słodyczy - skuteczne narzędzia do zmiany nawyków”.

Słodycze lubi prawie każdy. Coraz częściej spotykamy się jednak z problemem silnego uzależnienia, gdy „ochota na coś słodkiego” przechodzi w kompulsywne objadanie się. Kiedy tracimy kontrolę nad umiłowaniem do słodkości i wpadamy w „lepkie” sidła nałogu? – O coraz bardziej powszechnym zjawisku cukrowego uzależnienia mówi Mikołaj Choroszyński, psychodietetyk, autor książki „Uzależnienie od słodyczy - skuteczne narzędzia do zmiany nawyków”.

Jak poważnym problemem jest uzależnienie od słodyczy? Z czym spotyka się Pan na co dzień w swojej pracy psychodietetyka? Problemem ten dotyka osób w każdym wieku. Zauważyłem, że szczególnie zaognił się w czasie lockdownu, kiedy w marcu ludzie zamknięci w domach przestali radzić sobie ze stresem. Moje materiały odnośnie uzależnień od cukru, czy słodyczy zyskały znaczną popularność, a w ankietach większość osób zgłosiła mi, że cukier i słodycze oraz żywność komfortowa są dla nich poważnym zagrożeniem. Sam zauważyłem na swoich social mediach bardzo wzmożoną aktywność i dużo zapytań odnośnie tego, jak poradzić sobie z problemem uzależnienia, stąd też rozwiązaniem jest moja książka.

Przytoczyć mogę tutaj mój post, w którym zapytałem zebranych osób, czy uważają, że słodycze są dla nich problemem… i w przeciągu 2 godzin otrzymałem około 500 komentarzy. Niektóre z nich były naprawdę emocjonalne i chwytające za serce. To utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że podjąłem dobrą decyzję, aby wyciągnąć dłoń do osób potrzebujących, które często nie znają drogi wyjścia z błędnego koła.

„Mam problem i to poważny. Jak jem słodkości to nie panuję nad tym. Chowam się przed mężem, córkami. Czekam tylko na okazję, włącznie z nocami…” – wypowiedź internautki
Czy mamy jakieś wiarygodne statystyki i badania z ostatnich lat w kwestii uzależnienia od cukru, na które warto się powołać? Kiedyś nikt nie uważał tego za problem... Faktycznie, kiedyś niewiele się o tym wspominało, ale nasze środowisko zmieniło się znacznie w przeciągu ostatnich 30 lat. Żywność wysoko przetworzona i komfortowa atakuje nas z reklam i stron internetowych. Wszechobecny stres i napięcie oraz brak sposobów radzenia sobie z trudnymi emocjami powodują, że łatwo jest sięgnąć po coś działającego doraźnie. W tym miejscu pojawiają się słodycze.

Nie mamy co prawda dokładnych danych statystycznych, jednak obserwuję tu pewną tendencję. Dobrze ją widać na przykładzie rozwoju insulinooporności. Szacuje się, że insulinooporność w najbliższych latach może dotknąć nawet 70% społeczeństwa. Natomiast nieleczona, w przeciągu 20-30 lat, może zamienić się w pełno wymiarową cukrzycę drugiego typu oraz szereg chorób metabolicznych, niezwykle niebezpiecznych dla zdrowia.

Problem uzależnienia od cukru jest tak istotny, że wszystkich pacjentów nie jestem w stanie przyjąć. Dlatego od maja prowadzę webinary na temat uzależnienia od słodyczy, przedstawiając skuteczne narzędzia do zmiany nawyków. Staram się, aby proces ten był łatwy i przyjemny. W moim przypadku bardziej przypomina on grę polegającą na poszukiwaniu sposobów i prowadzeniu pamiętnika.

Co powoduje, że tak łatwo uzależniamy się od cukru? Czy jednym z powodów jest to, że cukier obecnie dodawany jest do większości produktów? Smak słodki jest pierwszym smakiem jaki poznajemy dostając pokarm od mamy. W tym wypadku cukier dodawany do produktów spożywczych jest wynikiem naszego pożądania smaku słodkiego, a nie powodem dlaczego go pożądamy. Wystarczy nawet niewielka ilość dodana do produktów wytrawnych, by pobudzić zmysły odpowiedzialne za odczuwanie przyjemności. Nasz organizm bazuje na glukozie, czyli cukrze prostym bez którego nie ma życia. Glukoza jest nam tak niezbędna, że potrafimy ją wytworzyć nawet z innych substratów, takich jak białka czy tłuszcze. Nawet w trakcie głodu organizm zawsze zachowuje odrobinę cukru, aby zasilać mózg i erytrocyty, czyli czerwone komórki krwi.

Mamy poza tym dobrze wykształcony sensor smaku słodkiego, stąd też dodaje się cukier do różnego rodzaju produktów, nawet tych wytrawnych, żeby podbić ich smakowitość, a nas pobudzić do zjedzenia większej ich ilości. W niektórych badaniach na zwierzętach cukier i pożądanie smaku słodkiego były silniejsze od narkotyków, takich jak metamfetamina czy kokaina, a zwierzęta wybierały częściej wodę, która była z rozpuszczoną glukozą niż z narkotykiem.

Jak wygląda mechanizm uzależnienia? W przypadku alkoholu, czy narkotyków mamy do czynienia ze stanem odurzenia. Palacz wchodzi w stan lekkiej euforii i ukojenia.  A co nam daje cukier? Mechanizm uzależnienia od słodkich produktów jest bardzo podobny do uzależnienia od alkoholu czy narkotyków. Cukier oddziałuje na mechanizmy nagrody bardzo silnie, więc wydziela produkcję dopaminy - ważnego neurotransmitera, który odpowiada za utrzymanie naszej motywacji. System ten jest również zaangażowany w powstawanie uzależnienia. Dostarczając substancję psychoaktywną wyzwala się całą kaskadę endorfin dających nam niesamowite uczucie przyjemności. Jednak z  czasem układ nerwowy staje się odporny, więc dawka zaczyna wzrastać, aby dać ten sam poziom przyjemności…  czyli mamy tutaj znowu bliźniaczy mechanizm, jak w przypadku uzależnienia od innych substancji.

„Dla mnie słodycze stały się problemem, który spędza mi sen z powiek. Mówię często o sobie, że jestem gorsza od alkoholika. Jak idę w tango, to niekiedy 2-3 tygodnie jem tylko słodycze, od rana do wieczora.” – wypowiedź internautki
Opinie, którymi dzieliły się ze mną niektóre osoby, były naprawdę poruszające. Część osób jest w stanie powstrzymać się od cukru, zrobić sobie cukrowy detoks. Jednak później, jeśli chociaż kęs słodkiego pojawia się w ich diecie, wpadają w ciąg, który może trwać tygodniami lub nawet miesiącami. Zupełnie jak alkoholik po pierwszej lampce czy kieliszku. Spotkałem się z przypadkami osób, które w takim ciągu potrafią od rana do wieczora jeść same słodycze. Dziennie kilka tabliczek czekolady i jakieś ciasteczka, nie jedząc żywności konwencjonalnej. Żadnej kanapki, żadnego warzywa, nic.

Czy częściej uzależniają się kobiety, czy mężczyźni? Jest to wyjątkowo interesujące pytanie, ponieważ sam szukam na nie odpowiedzi. Zauważyłem, że większość osób, zgłaszających się do mnie lub biorących udział webinarach, to blisko w 95% kobiety. Praktycznie wszystkie 500 komentarzy pod moim postem było napisanych przez kobiety. Z pewnością zachodzą pewne różnice w fizjologii mężczyzn i kobiet, to też zauważa się w przypadku uzależnienia od alkoholu czy nikotyny (kobiety mają większe skłonności do uzależnień według niektórych badań). Natomiast ja zastanawiam się, czy kobiety po prostu nie szukają części pomocy opowiadając o swoim problemie. Mężczyźni są bardziej skryci, a w naszym społeczeństwie mężczyźni nie potrafią opowiadać otwarcie o swoich emocjach i potrzebach… co też przekłada się na długość życia (statystycznie żyją około 8 lat krócej niż kobiety). Różnice te zacierają się w krajach wysoko rozwiniętych, gdzie panuje większa świadomość. Tak więc problem może dotyczyć również mężczyzn, tylko, być może, nie ma społecznego pozwolenia na to, aby mężczyzna otwarcie mówił o swoich słabościach.

Niektórzy wybierają tak zwane „zdrowe rozwiązania”: miód, syrop daktylowy lub inny, ksylitol – czyli zdrowsze zamienniki, niby pod kontrolą, ale tak naprawdę pokazują, że ze słodkiego smaku po prostu nie mogą czasem zrezygnować… Zawsze lepsze rozwiązanie będzie miało również lepsze korzyści dla zdrowia. To, że łakniemy smaku słodkiego jest faktem. W książce opisuję zasadę 80/20: jeżeli zadbamy odpowiednio o swoje żywienie to nawet, gdy produkty przetworzone będą stanowiły 20% kaloryczności diety, organizm jest w stanie to obciążenie wytrzymać. Nasze zalecenia żywieniowe wskazują, żeby ilość cukru w diecie nie przekraczała 10%, co dla przeciętnej osoby wynosi około 50 g. (czyli równowartość czterech łyżek cukru lub dwóch łyżek miodu)… a weźmy pod uwagę fakt, że cukier dodawany jest również do produktów, które normalnie konsumujemy, takich jak płatki śniadaniowe, sosy, dressingi, gotowe dania garmażeryjne, czy jedzenie serwowane na mieście. Cukier pojawia się w napojach, jogurtach, nawet w wędlinach znajdziemy dodatek cukru. U niektórych pacjentów, z którymi współpracuję, całkowita rezygnacja jest jedynym wyjściem, żeby wyrwać się z nałogu. U innych wystarczy więcej samokontroli.

„Dopóki nie musiałam przestać jeść ich całkiem, nie sądziłam, że jestem uzależniona. Przy odstawianiu był problem. Walczyłam kilka razy, po kilka tygodni, miesięcy…” – wypowiedź internautki
W swojej książce „Uzależnienie od słodyczy” porusza Pan temat wychodzenia z nałogu i odzyskiwania kontroli nad nawykami żywieniowymi. Jak można z tego wyjść? Proponuję mój autorski 5-stopniowy model zmiany nawyków żywieniowych FitMIND, gdzie przechodzimy przez 5 etapów. Etap pierwszy to zatrzymanie procesu, etap drugi to odzyskanie kontroli nad zachowaniem, etap trzeci to zmiana zachowania i dopiero etapem czwartym jest wprowadzenie indywidualnego modelu odżywiania. Z kolei etap 5, moim zdaniem najważniejszy, to utrzymanie nowych nawyków. Warto zwrócić uwagę na to, ile osób jest w stanie zrzucić kilogramy, albo zrezygnować z cukru, jednak dlaczego prawie nikt nie jest w stanie tego utrzymać? Jeżeli mamy ograniczone zasoby, energię i czas to warto skierować na ten ostatni etap szczególną uwagę rozpoczynając współpracę ze specjalistą. Natomiast wiele osób, zaczynając zmianę i chcąc zrezygnować z cukru czy słodyczy, zaczyna od razu od diety. Więc przeskakują trzy pierwsze etapy! Bez przejścia poprzez poszczególne stopnie nie ma możliwości trwałej zmiany nawyków i wyeliminowania słodyczy na dobre, a właściwie do odzyskania nad nimi kontroli, bo to jest celem całej terapii.

Na jak długą pracę nad sobą trzeba się przygotować rzucając „słodyczowy” nałóg? Ile czasu trwa proces wychodzenia z nałogu? Ma Pan liczne doświadczenia w pracy z takimi osobami. Uważa się, że im dłużej trwa niechciane zachowanie, tym więcej czasu będzie trzeba przeznaczyć, aby z niego całkowicie zrezygnować. Tak więc na pierwszy etap potrzeba około dwóch miesięcy, lecz żeby go utrwalić potrzeba jednego miesiąca na każdy rok trwania niechcianego nawyku. Tak więc, jeżeli od pięciu lat słodycze są problemem to będzie potrzeba 2 miesięcy wychodzenia + 5 miesięcy utrzymania - czyli regularnej pracy, aby trwale pozbyć się tego nawyku. Wiem, że wydaje się długo, dlatego przedstawiam sposoby na to, aby praca nad nowym nawykiem była ekscytująca i pełna zabawy. Można dobierać różne rozwiązania, żonglować nimi i wszystko notować w dzienniku, aby znaleźć najlepszą drogę dla siebie. Wiedzę z książki przekazuję też od maja na webinarach, które są praktycznym rozwiązaniem pokazującym jak wprowadzić nawyk w życie. Dodatkowo prowadzę grupę „uzależnienie od słodyczy - skuteczne narzędzia do zmiany nawyków”, w której wzajemnie sobie pomagamy i dzielimy się swoimi trudnościami oraz sukcesami. Grupa prężnie się rozrasta, więc serdecznie zapraszam wszelkie osoby, które szukają pomocy lub wsparcia.

„Potrafię wyjść do sklepu po np. sól, a wrócić z torbą słodyczy…” – wypowiedź internautki
Co może być skuteczną motywacją dla cukrowego nałogowca, żeby wyjść z uzależnienia? Hasło „Zdrowie”, jak wiadomo, nie działa na każdego… Przede wszystkim potrzebna jest wiedza i świadomość. Zdrowie może być tylko pustym hasłem, lecz jeżeli poznamy, co kryje się po drugiej stronie - z pewnością dokonamy właściwych wyborów, aby chronić nasze zdrowie i nasze życie. W imię zasady, że lepiej być zdrowym biedakiem niż schorowanym milionerem. Jak mawiał pewien indyjski filozof odnośnie palenia papierosów „możesz palić papierosy, lecz proszę cię, rób to świadomie. Jeżeli ze świadomością będziesz palił każdego papierosa to nie rzucisz palenia, bo rzucane palenie ma tendencję do powrotu. Paląc świadomie papieros sam wypadnie z ręki”. Badania to potwierdzają, że wystarczy przed posiłkiem zastanowić się, chociaż przez chwilę, jak wpłynie on na moje zdrowie? Czy jedząc słodycz nie pozbawiam  się możliwości zjedzenia czegoś dużo bardziej odżywczego, regenerującego i wspierającego pracę mojego organizmu? W końcu jesteśmy tym, co jemy.

Fragment książki „Uzależnienie od słodyczy”

...Mechanizm ten może wyglądać następująco. Nie wysypiasz się tyle, ile potrzebujesz. Organizm odczuwa zmęczenie jako stres, więc sięgasz po coś na ząb, by złagodzić nieprzyjemne objawy. W wielu badaniach potwierdza się, że nawet godzina snu mniej, wiąże się z większą zachcianką na słodycze i jedzenie komfortowe oraz większą ilością spożywanych kalorii. Różnice były spore, średnio sięgały 385 kcal dziennie! Ponadto wiele osób konsumuje dodatkowe kalorie całkowicie podświadomie. Przeważnie w postaci smakowitych dodatków lub przekąsek. Czasami w ciągu dnia skuszą się na jakąś słodycz w przelocie lub wieczorem chapną coś w kuchni na stojąco. Co ciekawe zapytani później, nawet tego nie pamiętają.

Tak więc przykładowy dzień po krótszej nocy może wyglądać Tak: Rano nie mamy energii, aby wstać, przesuwamy moment wyjścia z łóżka do ostatniej chwili. W ciągu dnia jeszcze wszystko jest ok. Można ratować się kawą, herbatą czy energetykiem (pamiętajcie, że herbata jest również mocnym stymulantem!). Często w ciągu dnia stymulanty działają tak skutecznie, że nie odczuwamy efektów niedospania. Problem zaczyna się wieczorem. Po całym dniu w pracy czy szkole wracamy do domu i całkowicie puszczają wszystkie hamulce. Nie ma już wystarczająco siły na trzymanie mentalnej gardy, a siły nie ma, bo noc była zarwana... Wracając więc do domu, wieczorem zaczyna się uaktywniać syndrom szperacza-podjadacza.

Błędne interpretowanie sygnałów płynących z naszego organizmu i nieumiejętność prawidłowego nazywania emocji ma też swoją fachową nazwę - aleksytymia. Aleksytymię można porównać do daltonizmu. W jednym zaburzeniu nie rozpoznaje się kolorów, nie można więc dokładnie opisać tego, co się widzi. W drugim zaburzeniu, nie można trafnie opisać tego, co się czuje, więc trudno znaleźć prawidłowe sposoby na poprawę samopoczucia...

Mikołaj Choroszyński jest magistrem żywienia i dietetyki oraz absolwentem studiów podyplomowych na kierunku psychodietetyka (Uniwersytet SWPS), obecnie w trakcie doktoryzacji z nauk medycznych. Jest wykładowcą akademickim w Wyższej Szkolenie Inżynierii i Zdrowia w Warszawie i Warszawskiej Uczelni Medycznej im. Tadeusza Koźluka oraz właścicielem poradni dietetycznej Bdieta. Specjalizuje się w dietetyce klinicznej. Jest także autorem pierwszej na polskim rynku książki o diecie przeciwdziałającej chorobom neurodegeneracyjnym „Dieta MIND. Sposób na długie życie”. Od maja 2020 prowadzi darmowe webinaria i grupę wsparcia w zakresie radzenia sobie z uzależnieniem od tzw. comfort foods (słodycze, fast food, słone przekąski).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

Kasze – zdrowe dodatki do potraw

Fot. Fanny Hansson
Fot. Fanny Hansson
Proponuję trzy sposoby przyrządzania bogatych w białka roślin zbożowych i pseudozbóż. Warto o nich pamiętać, gdy chcemy żeby zupy, sałatki i wrapy były bardziej pożywne lub też próbujemy wzbogacić któryś z przepisów – pisze Therese Elgquist, autorka książki „Zdrowe zielone proteiny”.

Proponuję trzy sposoby przyrządzania bogatych w białka roślin zbożowych i pseudozbóż. Warto o nich pamiętać, gdy chcemy żeby zupy, sałatki i wrapy były bardziej pożywne lub też próbujemy wzbogacić któryś z przepisów – pisze Therese Elgquist, autorka książki „Zdrowe zielone proteiny”. 

Gotowanie sorgo w mleku kokosowym, aby je potem doprawić imbirem i cytryną, to prosty sposób, żeby je „uszlachetnić”. Owies nazywam „owsem jogi”, ponieważ gotowałam go albo smażyłam w rozgrzewających przyprawach w czasie moich podróży, gdy pełniłam funkcję „kucharza jogi”.

Kokosowe sorgo z imbirem i cytryną

  • 200 ml sorgo, najlepiej namoczonego
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 1 ekologiczna cytryna, sok i skórka
  • 100 ml mleka kokosowego
  • 300 ml wody
  • szczypta nieoczyszczonej soli morskiej lub kamiennej
Gotuj sorgo z imbirem, cytryną i solą w mleku kokosowym i wodzie przez 30-35 minut, aż zrobi się miękkie; odstaw, żeby odparowało; wymieszaj z tartą skórką cytryny.

Złoty owies jogi z magicznymi przyprawami

  • 200 ml owsa spożywczego
  • 2 łyżki oleju kokosowego tłoczonego na zimno
  • 1 łyżeczka ziaren gorczycy
  • 1 łyżeczka ziaren kminku
  • 1 łyżeczka ziaren kolendry
  • 1 łyżeczka mielonej kurkumy
  1. Ugotuj owies zgodnie z przepisem na opakowaniu.
  2. Rozgrzej olej w garnku albo w woku; dodaj przyprawy i podsmażaj, aż zaczną podskakiwać; dodaj owies i wszystko dokładnie wymieszaj.
Uwaga: Najlepiej używaj całego owsa albo – dla odmiany – łuskanego; należy pamiętać, żeby go przed użyciem namoczyć.

Ziołowa komosa ryżowa z cebulą sałatkową i ciecierzycą

  • 200 ml białej komosy ryżowej
  • 1 puszka gotowanej ciecierzycy (230 g)
  • 100 ml mieszanych, grubo siekanych świeżych ziół
  • 2 pokrojone w plastry cebule sałatkowe
  1. Ugotuj komosę ryżową według przepisu na opakowaniu; odstaw, żeby ją schłodzić; mieszaj widelcem.
  2. Opłucz ciecierzycę i razem z ziołami i cebulą sałatkową wymieszaj delikatnie z komosą ryżową.

  1. Zdrowie

GMO – czy jest się czego bać?

Z badań przeprowadzonych wśród ludzi młodych wynika, że połowa z nich nie ma pojęcia, co to są rośliny GMO, ale aż 70 procent z tych niemających pojęcia jest przeciwko ich uprawie (fot. iStock)
Z badań przeprowadzonych wśród ludzi młodych wynika, że połowa z nich nie ma pojęcia, co to są rośliny GMO, ale aż 70 procent z tych niemających pojęcia jest przeciwko ich uprawie (fot. iStock)
Mało co, wywołuje dziś w Polakach tyle emocji. Generalnie jesteśmy przeciwnikami GMO, choć niektórzy nie mają pojęcia, co te literki oznaczają. A wielu spośród tych, którzy co wiedzą, że chodzi o Genetycznie Modyfikowane Organizmy, nadal nie ma pojęcia, na czym ta modyfikacja polega. Polacy są organizmom genetycznie modyfikowanym z zasady przeciwni, i to niezależnie od wieku i wykształcenia.

Spory o to, czy GMO nam szkodzi czy też nie, toczą się na forach naukowych i w przeciętnych polskich rodzinach, choć GMO już otacza nas ze wszystkich stron. A podziały czasem przebiegają przez środek stołu, przy którym zbiera się rodzina na niedzielnym obiedzie.

Tymczasem człowiek zmienia świat roślin i zwierząt od tysięcy lat. Pszenica, która dziś jest podstawą naszego wyżywienia, niewiele ma wspólnego z tą sprowadzoną kiedyś z Azji Mniejszej. Jest znacznie bardziej plenna, odporna na wiele chorób, zdolna wytrzymać trudniejsze warunki klimatyczne, a z jej ziarna można uzyskać więcej mąki. Dzisiejsza krowa naprawdę nie przypomina tura, od którego przecież pochodzi. To człowiek, krzyżując rasy, wybierając potem najlepsze osobniki i rozmnażając je, doprowadził do obecnego wyglądu krowy. Różnica między tym krzyżowaniem gatunków i ras, czyli ingerencją człowieka w życie zwierząt i roślin niemal od zarania świata, a tym, co robimy dziś przy pomocy genów, polega tylko na szybkości i precyzji przemian – tłumaczy genetyk prof. Piotr Węgleński.

Czy my dziś w Polsce żyjemy ciągle bez GMO? Krótko mówiąc, czy dyskutujemy o przyszłości, czy o świecie, który już nas otacza? Prof. Piotr Węgleński: To nie przyszłość, świat jest pełen organizmów genetycznie modyfikowanych. Nie mówimy przecież tylko o żywności. Mamy leki GMO, mamy ubrania. Gdybyśmy chcieli zrealizować hasło Prawa i Sprawiedliwości „Polska wolna od GMO”, to stalibyśmy się krajem nudystów, bo wszystko, co jest zrobione z bawełny, pochodzi z bawełny GMO. Nie ma dziś innej.

Spieramy się o to, czy dopuścić uprawianie np. genetycznie modyfikowanej kukurydzy, ale czy wszystkie rośliny, które nas otaczają i uważamy je za zdrowe, czyli wolne od GMO, nie zostały już zmodyfikowane? A jeśli tak, to czym się różnią od tej kontrowersyjnej kukurydzy? Niczym. Myślę, że opór, jaki budzi żywność GMO, w dużej mierze bierze się z fatalnej nazwy: genetycznie modyfikowana. Ja bym czegoś takiego do ust nie wziął. Tak jak nie chciałbym jeść chemicznie modyfikowanej żywności. Otóż, po pierwsze, my nie modyfikujemy żywności, tylko rośliny, z których się ją wytwarza. A po drugie, od dziesięciu tysięcy lat człowiek zmienia rośliny i zwierzęta, i to bardzo skutecznie.

Przecież nasza pszenica, ta dziś powszechnie przez polskich rolników uprawiana, ma niewiele wspólnego tą, którą sprowadziliśmy z Azji Mniejszej. Krok po kroku, przez tysiące lat, poprzez krzyżowanie odmian, selekcję najlepszych osobników, uzyskaliśmy te odmiany, jakie dziś mamy – znacznie bardziej plenne i wytrzymałe na niesprzyjające warunki.

Człowiek tą metodą nie tylko krzyżował odmiany tego samego gatunku, ale także różne gatunki. Mieliśmy wybitnego naukowca prof. Wolskiego, który był twórcą m.in. pszenżyta. Skrzyżował dwa gatunki, nie „po bożemu”, one się same nie skrzyżowały, zrobił to naukowiec.

To była manipulacja genami? Tak, tylko dokonana poprzez krzyżowanie osobników, czyli np. usuwano pręciki z kwiatu i przynoszono pyłek z  innego osobnika. Dawniej wśród tysięcy potomstwa skrzyżowanych osobników szukaliśmy takiego, który nam najbardziej odpowiada, odpowiada celowi, jaki chcieliśmy osiągnąć. Teraz przeprowadzamy zabiegi na poziomie DNA. Możemy dodać roślinie konkretny gen, dokładanie taki, jaki chcemy.

Szybciej dochodzimy do celu. Dużo szybciej i precyzyjniej. Na przykład, w krajach, gdzie ryż jest głównym pokarmem, ludzie zapadają na ślepotę, bo do tego doprowadza brak witaminy A, która w ryżu nie występuje. Więc naukowcy ze Szwajcarii skonstruowali odmianę ryżu, zwaną złotym ryżem, do którego dodali gen, odpowiadający za wytwarzanie witaminy A. Nasiona takiej odmiany ryżu rozdawano za darmo rolnikom w biednych rejonach Azji. Ten ryż jest zresztą największym wrogiem przeciwników GMO, gdyż nie da się oskarżyć jakiegoś zachodniego koncernu, który sprzedaje nasiona GMO, by zbić fortunę. Badania nad wytworzeniem tego ryżu przeprowadzono za pieniądze rozmaitych organizacji typu FAO, a nie prywatnych koncernów. Złoty ryż jest dobrodziejstwem dla ludzi, co budzi wściekłość organizacji typu Greenpeace, bo tu nie ma się do czego przyczepić.

Co złoty ryż spowodował? Ludzie, którzy go jedzą, przestali zapadać na ślepotę. Ale podobnych wynalazków jest bardzo dużo. Dotyczą nie tylko roślin. W Meksyku modyfikuje się samce komarów, by w tych strefach, gdzie malaria jest wszechobecna, zapładniały samice, ale by nie były zdolne do stworzenia potomstwa, i tak ogranicza się rozprzestrzenianie malarii.

Mleko, które codziennie pijemy, pochodzi też od zmutowanej krowy? Nie zmutowanej technikami inżynierii genetycznej, lecz takiej, która na drodze licznych mutacji i selekcji wygląda zupełnie inaczej niż jej przodkowie. Nasza krowa pochodzi prawdopodobnie od tura. Poprzez krzyżowanie i selekcję doprowadziliśmy do wyodrębnienia ras mlecznych i ras mięsnych, który stały się jakby fabrykami mleka lub mięsa. Obecna krowa mleczna żyje inaczej niż nawet ta przed kilkudziesięciu laty, daje więcej mleka, ma inny kościec itd. Tyle tylko, że ta modyfikacja odbyła się nie poprzez wszczepianie genów, a krzyżowanie bydła przez hodowców.

To może lęki społeczeństw wynikają z tego zbyt szybkiego tempa. Dawniej dochodziliśmy do nowych osobników stopniowo, latami, mieliśmy czas oswoić się ze zmianami, choćby z tym, że krowy dają coraz więcej mleka, a teraz ... To nie zawsze trwało latami. Na przykład skrzyżowano żubra z krową i już w pierwszym pokoleniu otrzymano mieszańca zwanego żubroniem. Taki mieszaniec sam w przyrodzie nie powstał.

No tak, ale ludzie nagle dowiadują się, że ubrania bawełniane wykonano ze zmutowanej bawełny. Słyszą o modyfikowanych ziemniakach, czują się osaczeni. To może ich przerażać. A dlaczego nas nie przeraża, że trzydzieści lat temu nie było telefonów komórkowych, a dziś prawie każdy ma taki telefon w kieszeni? Świat cały czas się zmienia, unowocześnia, nie należy się tego bać. Spory wokół genetycznie modyfikowanych organizmów, energetyki jądrowej, gazu łupkowego, in vitro, nawet wokół katastrofy smoleńskiej – wszystkie one mają wspólny mianownik – specjaliści mówią jedno, a opinia publiczna urabiana przez polityków i część mediów wierzy w coś innego. Zauważmy, że przeciwko GMO jest społeczeństwo europejskie, amerykańskie już nie.

My, Europejczycy, mamy odmienne podejście do innowacji. Powiedziałbym nawet, że przez stulecia do USA wyjeżdżali z Europy ludzie najbardziej przedsiębiorczy, niebojący się wyzwań, nowoczesności, a na naszym kontynencie pozostawali ludzie podatni na wpływy religijne, rozmaite ideologie, zacofani – tacy, którzy nie chcieli zobaczyć rzeczy takimi, jakie są. Doszło do swego rodzaju negatywnej selekcji. Dlatego dziś w USA konsumenci nie boją się żywności z GMO, bo rozumieją, że nie ma się czego bać, i mają zaufanie do swoich uczonych.

Koronny argument przeciwników GMO jest taki, że możemy dziś z całą pewnością powiedzieć, że znamy skutki GMO, lub ich brak, w dalszej perspektywie. Nie możemy powiedzieć, że nie zaszkodzą one następnym pokoleniom, choćby wywołując nowe choroby cywilizacyjne. Może pan powiedzieć z przekonaniem, że nie boi się takiej żywności? Tak. Mogę powiedzieć, że się nie boję. Nie dlatego, że wierzę w jej nieszkodliwość, tylko dlatego że czytam. Proszę zauważyć, że przeciwnicy GMO nigdy nie zacytowali raportu Komisji Europejskiej, która wydała 200 mln euro z naszych podatków na badania nad skutkami GMO. Trwały one dziesięć lat, od 2001 do 2010 roku. I konkluzja tego raportu jest taka, że żywność i pasze dla zwierząt są absolutnie bezpiecznie. W USA jedzą taką żywność od 20 lat. Ten raport KE potwierdza raporty amerykańskie, np. Food & Drug Administracion.

My w Polsce badań nad skutkami GMO nie prowadziliśmy, robiliśmy badania nad paszami w Instytucie Weterynaryjnym w Puławach i wyniki też są jednoznaczne – pasze z takich roślin niczym nie różnią się od pasz z roślin niemodyfikowanych. Ja, jako biolog, wiem, że one nie mogą się niczym różnić, bo w roślinie jest około 40 tysięcy różnych genów, a my dodajemy jeden. I wiemy dokładnie, co to jest za gen, czy może powodować jakieś choroby, na co może wpływać. Sprowadziliśmy sobie do Europy ziemniaki, Kolumb je przywiózł. To było coś nowego, nieznanego na naszym kontynencie, a przyjęło się, jakby tu rosło od zawsze. Co chwila pojawia się coś nowego – grejpfruty, kiwi, awokado, brokuły. Rozmaite mieszańce, których poprzednie pokolenia nie znały. Jedno mogę powiedzieć: te modyfikacje, jakich się teraz dokonuje, są niesłychanie starannie sprawdzane, kontrolowane pod kątem ich wpływu na zdrowie człowieka i zwierząt.

Ale czy jesteśmy w stanie przewidzieć, jak wpłyną na następne pokolenia? Jesteśmy. Cała wiedza przyrodnicza, zwłaszcza ta z XX wieku, mówi nam, że jeśli GMO nam teraz nie szkodzi, to nie zaszkodzi również przyszłym pokoleniom. Śmiech mnie ogarnia, kiedy słyszę jak tzw. eksperci, często ludzie z tytułami profesorskimi np. z dziedziny medycyny, wypowiadają absurdy. Na przykład, że może nam zaszkodzić mięso drobiowe, jeśli kurczak był karmiony soją modyfikowaną, jakby ten gen z soi mógł sobie przeskoczyć do kurczaka, a potem do naszych genów. To jest absolutnie niemożliwe.

Pan to mówi jako genetyk? Tak jest. Inżynierią genetyczną zajmuję się prawie czterdzieści lat. Byłem na pierwszej konferencji poświęconej GMO w Kalifornii, w 1975 roku, na której uczeni przedstawili wyniki pierwszych doświadczeń nad mieszaniem genów i zastanawiali się, czy to nie doprowadzi do jakichś niebezpiecznych skutków. Było około stu pięćdziesięciu uczonych z całego świata i kilkuset dziennikarzy – trzy dni dyskutowaliśmy. Duży wpływ na przebieg tej konferencji miała wypowiedź Jamesa Wattsona, noblisty od spirali DNA, który był doradcą rządu USA do spraw broni biologicznej. Wattson wygłosił wtedy następujące stwierdzenie: „Gdybym mógł powiedzieć, co my mamy w naszych magazynach, to państwo w ogóle nie zajmowalibyście się ewentualnymi niebezpieczeństwami związanymi z nowo tworzonymi organizmami. Bo mamy tyle świństwa, że każdego mieszkańca planety możemy zabić na osiem różnych sposobów. A Rosjanie mają drugie tyle”.

Podczas tej konferencji ustalono zasady, które nadal w Stanach obowiązują. Chodzi o to, by tak prowadzić prace w inżynierii genetycznej, by uważać na najbardziej niebezpieczny element doświadczenia. Czyli jeśli robimy insulinę w drożdżach, to można takie doświadczenia przeprowadzić nawet w szkole, bo ani insulina, ani drożdże nie są niebezpieczne. Ale jeśli chcemy zrobić szczepionkę przeciwko wirusowi HIV, to potrzebne są zabezpieczenia najwyższej klasy, bo wirus ten jest bardzo niebezpieczny i na jego geny musimy bardzo uważać.

W USA ciągle tych zasada się przestrzega. Natomiast Europa pod wpływem różnych organizacji pozarządowych i proekologicznych wymyśla wszelkie możliwe ograniczenia, także tam, gdzie to jest zupełnie zbędne.

Nie ma ucieczki od dalszych eksperymentów? Nie ma.

Po co to robimy? W  świecie medycznym choćby po to, by wynaleźć szczepionki przeciwko nowotworom. W żywności – by walczyć z głodem. Norman Borlaug, laureat pokojowej nagrody Nobla za wyhodowanie pszenicy „meksykanki”, która spowodowała tzw. zieloną rewolucję w Indiach, czyli zlikwidowała głód, niesłychanie ostro zaatakował Greenpeace za ataki na GMO i wręcz uznał tę organizację za przestępczą, gdyż utrudnia ratowanie przed głodem wielu mieszkańców naszej planety. Borlaug otrzymał swoją pszenicę, wykorzystując metody tradycyjne. Dzięki nim można było wykarmić siedem miliardów ludzi, a metody, które obecnie się stosuje, pozwolą na wykarmienie dziesięciu miliardów ludzi.

Czyli GMO to po prostu oznacza więcej żywności? To oznacza znacznie więcej żywności. Ale też paliwa. Brazylijczycy po to wycinają lasy tropikalne, by zwiększyć powierzchnię upraw roślin przeznaczonych na biopaliwa. Jeśli dzięki GMO stworzymy rośliny, które będą dużo szybciej rosły, miały dużo więcej składników potrzebnych do biopaliw itd., to uratujemy tysiące hektarów lasów tropikalnych.

Przecież nic w przyrodzie nie ginie. Jeśli dzięki GMO stworzymy roślinę odporną na jakąś konkretną chorobę i dzięki temu zwiększymy jej plony, to za chwilę okaże się, że atakuje ją inny wróg i plony znowu spadają. I będziemy tworzyć kolejną roślinę odporną na tę nową chorobę. Oczywiście. To samo jest z antybiotykami i człowiekiem. Flemming wynalazł penicylinę, ona uratowała miliony ludzi, ale potem pojawiły się szczepy organizmów odpornych na penicylinę, więc wymyślono następne antybiotyki, potem kolejne. To samo będzie z roślinami.

Skoro tego wyścigu nie możemy wygrać, to może nie warto się ścigać? To zły wniosek. Ten wyścig wygrywamy. Proszę zobaczyć, o ile dłużej dziś żyjemy niż żyli ludzie w XIX wieku. Dzieje się tak dzięki temu że człowiek ściga się z naturą, wprowadza w życie swoje odkrycia naukowe.

Ekolodzy twierdzą, że tymi eksperymentami niszczymy w naturze bioróżnorodność.

To ja zacytuję pewnego rolnika, który kiedyś powiedział mi tak: jak sieję pszenicę, to ja nie chcę mieć na polu żadnych maków, chabrów, pięknych kolorowych kwiatuszków, nie chcę bioróżnorodności. Ja chcę mieć tylko pszenicę.

My zapominamy o tym, jak bardzo zmieniliśmy naszą planetę. Teraz sześćdziesiąt procent lądów stałych, nie licząc tego, co znajduje się pod lodem, przeznaczonych jest na cele rolnicze. Reszta to pustynie, suche stepy, dżungle, góry, miasta. Nasza planeta dziś nie przypomina tej, po której hasali nasi przodkowie. Te zmiany są konsekwencją wzrostu zaludnienia. By wykarmić rosnącą liczbę ludności, trzeba było zwiększać obszary rolne. Mimo to nadal panuje głód np. w Etiopii, Sudanie, a powiększać obszarów rolnych już się nie da. Dlatego uprawa roślin z GMO jest odpowiedzią na problemy głodu i m.in. właśnie z tego powodu poparli je uczeni z Papieskiej Akademii Nauk. To naturalnie wywołało ogromną niechęć do nich tzw. Zielonych. Ale wszystkie poważne instytucje naukowe to popierają, nie ma ani jednej, która byłaby przeciwna modyfi kowaniu organizmów.

Ale jest wielu uczonych, na których powołują się przeciwnicy GMO, uczonych, którzy wskazują na niebezpieczeństwa z tym związane. Jest dokładnie czterech uczonych cytowanych przez przeciwników GMO. Dr Arpad Pusztai ze Szkocji, dr Irina Ermakova z Rosji, dr Eric-Giles Seralini z Francji i J. Zentek z Austrii.

Prace zespołów tych uczonych zostały zdyskwalifikowane przez poważne gremia naukowe, które wykazały podstawowe błędy metod doświadczalnych i nieprawidłową interpretację wyników. Np. prace Pusztaia zdyskwalifikowała specjalnie powołana komisja Royal Society. Już przestano cytować pana Jeffreya Smitha, nauczyciela tańca z Iowa, który powiedział, że jeśli 1500 joginów będzie jednocześnie lewitować, to się świat zmieni. Smith napisał dwie książki: „Nasiona kłamstwa” i  „Genetyczną ruletkę”. To właśnie książką „Nasiona kłamstwa” były minister środowiska pan prof. Szyszko wymachiwał w Sejmie, twierdząc, że są tu dowody na szkodliwość GMO. W tę książkę uwierzyli też lekarze z Instytutu Onkologii w Gliwicach – prof. Chorąży i dr Katarzyna Lisowska, która stała się jednym z bardziej żarliwych przeciwników GMO.

„W Indiach 10 tysięcy rolników popełniło samobójstwo”. To też wymysł? W rolnictwie indyjskim zachodzą teraz poważne zmiany, następuje komasacja gruntów, to rodzi różne frustracje wśród farmerów. Możliwe, że dochodzi tam do samobójstw. Jednak nie ma to nic wspólnego z GMO.

To kto występuje przeciwko GMO? Ludzie niedoinformowani, niemający wiedzy, a także fundamentaliści, którzy uznają GMO, razem z aborcją i eutanazją, za zbrodnię przeciwko ludzkości.

Drugim rodzajem przeciwników są szlachetnie oburzeni, zwykle młodzież, którzy protestują przeciwko elektrowniom jądrowym, zabijaniu wielorybów, fok i  tego typu zjawiskom. Z badań przeprowadzonych w Polsce wśród młodych ludzi wynika, że połowa z nich nie wiedziała, co to jest GMO, ale aż siedemdziesiąt procent było przeciwko i deklarowało gotowość wyjścia na ulice, by protestować. Tacy ludzie zwykle zasilają organizacje typu Greenpeace.

Jest też trzecia grupa – to cyniczni politycy, którzy tę niewiedzę ludzi i lęk przed groźnie brzmiącą nazwą wykorzystują dla celów politycznych, budują na tym poparcie dla swoich partii.

Dlaczego wrogiem przeciwników GMO stała się amerykańska firma Monsanto? Bo pierwsi wpadli na pomysł zarabiania na nasionach roślin genetycznie modyfikowanych.

A może Monsanto zapłaciło za badania nad roślinami GMO i uzyskało takie wyniki, jakie chciało, po to, by czerpać z tego zyski? Firmy nie płacą za badania, płacą za produkt. Chcą na przykład otrzymać odmianę ziemniaków odpornych na stonkę ziemniaczaną. Firma płaci więc za produkt, a od stwierdzenia tego, czy on jest bezpieczny dla ludzi i zwierząt, są różne niezależne agencje. One mają to badać.

Ale jeśli wprowadzimy uprawy roślin genetycznie modyfikowanych, to rolnicy będą skazani na kupowanie nasion, właśnie od firmy Monsanto, a one są znacznie droższe od zwyczajnych. A kto ich do tego zmusza? Mają wybór. To jest jak z gazem łupkowym. Gazprom chyba jest bardzo przeciwny temu, by wydobywano gaz łupkowy, bo boi się utraty rynku zbytu na swój gaz. Tak samo europejscy dostawcy niemodyfikowanego ziarna nie lubią firm Basf i Monsanto, które sprzedają ziarno modyfikowane, i dlatego rzucają pod ich adresem różne oskarżenia, insynuacje, straszą tą żywnością itp. Popatrzmy na to, jak na grę, jaka toczy się między wielkimi producentami nasion o rynki zbytu.

Mimo protestów „szlachetnie oburzonych” i „cynicznych polityków” Sejm uchwalił ustawę o nasiennictwie, która dopuszcza w Polsce uprawy roślin GMO. Co prawda z pasami ochronnymi wokół tych pól, ale wiele roślin, np. rzepak, jest wiatropylnych i ich pyłek będzie się przenosić z wiatrem na znaczne odległości. To może prowadzić do niekontrolowanego krzyżowania się roślin GMO z innymi roślinami. To bardzo dobrze, Greenpeace powinno się cieszyć, bo zwiększy się bioróżnorodność.

To pan sobie robi żarty, panie profesorze. Nie. Ja tylko wskazuję na brak logiki. Jeśli przeciwnicy GMO najpierw martwią się, że pola będą zbyt jednorodne, a zaraz potem obawiają się krzyżowania roślin i powstania nowych odmian, to dla mnie jest nielogiczne.

Ja nie widzę niczego niebezpiecznego w GMO. Kiedyś ludzie podróżowali konno, potem pociągami napędzanymi węglem, dziś elektrycznymi, a niedługo będziemy jeździć pociągami na energię słoneczną. To się nazywa postęp.

A  co z argumentem, że tak naprawdę rośliny GMO nie rozwiążą problemu głodu. Bo plony z tych roślin są najpierw bardzo wysokie, ale po pewnym czasie zaczynają spadać i są podobne jak w przypadku tradycyjnych roślin. Otóż nie. Teraz jest tak, że plony odmian skrzyżowanych metodą tradycyjną po pewnym czasie spadają, i to jest naturalne zjawisko. Zwykle przy organizmach heterozyjnych w pierwszym pokoleniu mamy bujne potomstwo, a potem jest gorzej. Tak jest teraz z naszymi roślinami. Dzięki GMO my tworzymy takiego mieszańca, który stale daje obfite plony, ma takie cechy genetyczne.

Tworzymy roślinę z genem, który daje jej odporność na pewne owady, np. ziemniaki odporne na stonkę albo kukurydzę na omacnicę prosowiankę. I zobaczmy, jakie są skutki lęków przed GMO: na południu Polski omacnica zniszczyła uprawy kukurydzy, ale już parę kilometrów dalej, za czeską granicą, kukurydza udała się wspaniale. Bo Czesi nie boją się GMO i uprawiają kukurydzę zmodyfi kowaną, która jest na omacnicę odporna.

No właśnie. Jeśli za południową miedzą mamy Czechów, którzy się nie przejmują i uprawiają rośliny genetycznie modyfikowane, to czy my w Polsce możemy uznać, że GMO nas nie dotyczy? Nie. Stanowimy część świata. Europa jest nastawiona przeciwko GMO. Obowiązuje myślenie, że to amerykański wynalazek, a my, tu, w Europie, jesteśmy mądrzejsi i go nie wprowadzimy. Ale to walka skazana na przegraną. Szczególnie kiedy na wielką skalę wejdą leki oparte na GMO. Myślę, że jesteśmy już bardzo, bardzo blisko produkcji szczepionek przeciwnowotworowych.

Jakieś osiem lat temu widziałem wyniki badań przeprowadzonych w Seattle w USA, kiedy testowano te szczepionki nie na myszach czy królikach, ale na ludziach. Były trzy grupy ochotników, po pięćdziesiąt osób każda, gdzie testowano szczepionki przeciwko rakowi płuc, jelita grubego i rakowi piersi. Ten zabieg polegał na takiej modyfikacji komórek naszego układu odpornościowego, by one szkoliły limfocyty do zwalczania komórek nowotworowych. Otóż w przypadku raka płuc i jelita otrzymano w stu procentach pozytywne rezultaty, natomiast szczepionka nie zadziałała w ogóle na raka piersi, tu nie trafi ono z właściwym zabiegiem. Za dziesięć lat te szczepionki będą powszechnie dostępne.

Prof. Piotr Węgleński jest genetykiem, członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk. Autor kilkudziesięciu prac naukowych i podręczników genetyki. Pionier inżynierii genetycznej w Polsce. W latach 1999-2006 rektor Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Kuchnia

Bezy francuskie z kremem kawowym i karmelem

Połączenie słodkiej bezy z kawą i słonym karmelem to uczta dla zmysłów. (fot. iStock)
Połączenie słodkiej bezy z kawą i słonym karmelem to uczta dla zmysłów. (fot. iStock)
Kto się boi bezy? Ten będzie musiał swój strach okiełznać. Kruchutkie, białe piękności budzą zachwyt i pożądanie, ale nierzadko też mnóstwo obaw, szczególnie u tych, którzy pragną zmierzyć się z nimi po raz pierwszy.

Tymczasem, nie taki diabeł straszny. Odrobina serca wystarczy, by odwdzięczyły się pięknym wyglądem oraz idealną kruchością. W przypływie słodkiej fantazji, wymyśliłam sobie bezy orzechowe z kremem o smaku kawy oraz słodko-słonym sosem karmelowym. Pojawiły się jednak wątpliwości, czy to aby nie za dużo szczęścia na raz. Ostatecznie więc, zamiast orzechowych, zrobiłam klasyczne bezy francuskie. Reszta pozostała bez zmian. Efekt przerósł moje oczekiwania. Beziki wyszły naprawdę fantastyczne.

Składniki

Bezy:
  • 4 białka (w temperaturze pokojowej)
  • 125 g cukru
  • 125g cukru pudru
  • szczypta soli
Krem:
  • 250ml śmietany kremówki
  • 250g mascarpone
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 4-5 łyżeczek bardzo drobno zmielonej kawy lub 2-3 łyżeczki kawy instant (rozpuszczonej w 1 łyżce gorącej wody)
Słony karmel:
  • 200g cukru
  • 2 łyżeczki wody
  • 120ml śmietany min. 12% 
  • 1/2 łyżeczki soli
Białka z dodatkiem soli zaczynamy ubijać na najniższych obrotach miksera, w miarę ubijania zwiększając prędkość. Gdy staną się białe, zaczynamy stopniowo, po łyżce, wsypywać cukier.

Kiedy piana będzie już sztywna i błyszcząca, wyłączamy mikser i delikatnie łączymy ją z cukrem pudrem.

Na papierze do pieczenia rysujemy kółka - ich wielkość uzależniamy od rozmiaru bezików, który chcemy finalnie uzyskać. Papier kładziemy na blasze. Kółka przy pomocy szprycy lub łyżki wypełniamy ubitą pianą. Połowie bezików nadajemy bardziej płaską formę, gdyż będą one stanowiły spody.

Blachę wkładamy do nagrzanego do 120 st. C piekarnika. Pieczemy około 1,5 godziny. Wyłączamy piekarnik, pozostawiając w nim bezy na co najmniej kilka godzin.

Śmietanę ubijamy z cukrem pudrem. Następnie łączymy ją z mascarpone. Dodajemy kawę mieloną lub wlewamy ostudzony kawowy napar. Całość mieszamy.

Do garnuszka wsypujemy cukier. Zalewamy wodą. Mieszanie surowo wzbronione! Całość podgrzewamy, aż cukier się roztopi i lekko zbrązowieje (skarmelizuje). Wówczas wlewamy śmietanę (zawartość garnuszka mocno się wówczas wzburzy) i energicznie mieszamy. Na końcu wsypujemy sól. Sos zdejmujemy z ognia i zostawiamy do wystygnięcia.

Na bezach przeznaczonych na spody kładziemy grubą warstwę kremu. Przykrywamy je bezowymi wierzchami i polewamy sosem karmelowym.

  1. Kuchnia

Przepis na domową konfiturę z cytryn

Cytryny kocham przez cały rok, jednak tylko zimą przyrządzam z nich konfiturę. Wyrazistą, cierpko-słodką, szalenie wciągającą. (Fot. iStock)
Cytryny kocham przez cały rok, jednak tylko zimą przyrządzam z nich konfiturę. Wyrazistą, cierpko-słodką, szalenie wciągającą. (Fot. iStock)
Od grudnia do marca mój świat pachnie cytrusami. Co roku, niecierpliwie czekam na inaugurację sezonu. Stęskniona, zachłannie się rzucam, zwykle najpierw na pomarańcze. Potem swoje 5 minut mają mandarynki i sprawiedliwe, drugie 5 ich siostry - klementynki. Po drodze zawsze znajdę czas dla grejpfrutów. A cytryny kocham przez cały rok, jednak tylko o tej jego porze przyrządzam z nich konfiturę. Wyrazistą, cierpko-słodką, szalenie wciągającą. Spróbujecie?

Od grudnia do marca mój świat pachnie cytrusami. Co roku, niecierpliwie czekam na inaugurację sezonu. Stęskniona, zachłannie się rzucam, zwykle najpierw na pomarańcze. Potem swoje 5 minut mają mandarynki i sprawiedliwe, drugie 5 ich siostry - klementynki. Po drodze zawsze znajdę czas dla grejpfrutów. A cytryny kocham przez cały rok, jednak tylko o tej jego porze przyrządzam z nich konfiturę. Wyrazistą, cierpko-słodką, szalenie wciągającą. Spróbujecie?

  • cytryny 1 kg
  • cukier 1 kg
  • woda 4 szklanki
Cytryny bardzo starannie szorujemy w gorącej wodzie. Wkładamy do garnka, zalewamy zimną wodą i odstawiamy na 24 godziny. Nazajutrz zmieniamy wodę i gotujemy w niej cytryny przez 30 minut. Odcedzamy. Ponownie wkładamy do garnka i zalewamy świeżą wodą. Pozostawiamy na kolejne 24 godziny.

Następnego dnia wyjmujemy cytryny z wody i kroimy w kosteczkę, usuwając pestki. Z 1 litra wody i 1kg cukru zagotowujemy syrop. Wkładamy do niego rozdrobnione owoce i gotujemy na wolnym ogniu do czasu, aż cytryny staną się bardzo miękkie i przezroczyste, a konfitura osiągnie pożądaną konsystencję. Gotową i wrzącą przekładamy do wyparzonych i wydezynfekowanych słoików. Zakręcamy je i stawiamy do góry dnem do całkowitego wystygnięcia.

  1. Zdrowie

Dieta niełączenia, czyli jak odpowiednio łączyć produkty

Przyczyną dolegliwości żołądkowych może być złe zestawianie posiłków. Dieta niełączenia sprawi, że energię, którą twój organizm dotąd zużywał na trawienie, będziesz mogła wykorzystać na działanie. (Fot. iStock)
Przyczyną dolegliwości żołądkowych może być złe zestawianie posiłków. Dieta niełączenia sprawi, że energię, którą twój organizm dotąd zużywał na trawienie, będziesz mogła wykorzystać na działanie. (Fot. iStock)
Czy wiesz, że przyczyną dolegliwości żołądkowych może być złe zestawianie posiłków? Poznaj dietę niełączenia, a energię, którą twój organizm dotąd zużywał na trawienie, będziesz mogła wykorzystać na działanie.

"Jesteś tym, co jesz" – program telewizyjny Gillian McKeith, a potem książka pod tym samym tytułem, przyniosły autorce sławę, a setkom tysięcy osób świadomość, co jeść, a czego nie, by dobrze się czuć i zapewnić sobie zdrowe i długie życie. Z rad słynnej dietetyczki chętnie korzystają celebryci, m.in. Jennifer Aniston i Demi Moore. Abstrahując od tego, na ile w osiągnięciu ich świetnego wyglądu pomagał także laserowy skalpel, trzeba przyznać, że dieta niełączenia bardzo im służy.

Dieta diet

Gillian McKeith nie jest pierwszą ani jedyną, która zaleca rozdzielać poszczególne grupy produktów. Już 100 lat temu, w latach 20. ubiegłego wieku, dr William Howard Hay, zaniepokojony swoimi problemami ze zdrowiem, sięgnął do mądrości medycyny naturalnej i udało mu się zapanować nad zapaleniem kłębuszków nerkowych. Propagowany przez niego system odżywiania wspiera m.in. leczenie migren i alergii pokarmowych. Wiele współczesnych diet korzysta z zasad propagowanych przez dr. Haya – również m.in. prof. Michał Tombak, dla wielu „zdrowotne guru” – zwłaszcza że „skutkiem ubocznym” takiej diety jest optymalna sylwetka, czyli zrzucenie zbędnych kilogramów lub też przybranie na wadze, jeśli dręczy kogoś niedowaga.

Dieta niełączenia (inaczej rozdzielna) oparta jest na założeniu, że choroby biorą się z nagromadzonych w organizmie toksyn, a te z kolei są wynikiem złego trawienia połączonych w jednym posiłku produktów. Zatem, aby ich nie łączyć, musimy wiedzieć najpierw, jak je podzielić.

Podziel na dwa

Dr Hay wyodrębnił dwie główne grupy produktów – zakwaszające organizm i zasadowe. To, jak pokarm jest trawiony i spalany, zależy od środowiska, jakie mu zapewnimy. Białka (np. nabiał, mięso) powodują zakwaszanie organizmu, węglowodany (np. kasze) wywołują reakcję zasadową. Łączenie tego, co zakwasza, z tym, co zasadowe, wydłuża czas trawienia (czasami nawet dwukrotnie) – węglowodany i białko trawione są w innym tempie (mięso – około czterech godzin, makaron czy ziemniaki – około dwóch). Jak mawia prof. Tombak, węglowodany zaczynamy trawić już w ustach, białka w żołądku, potrawy roślinne w jelicie cienkim. Stąd problemy m.in. ze wzdęciami, zgagami, ale i z bólami głowy i kręgosłupa, cerą, alergiami. Trawienie nieodpowiednio zestawionych produktów obciąża wydajność układu pokarmowego i osłabia organizm – toksyczne związki odkładają się w nim i wywołują stan zapalny, co jest przyczyną wielu chorób.

Nie ile, ale co

Spowolniony w wyniku złych połączeń metabolizm nie służy zdrowiu i sprawia, że przybieramy na wadze. Zatem nie to, ile zjesz, ale co i w jakim towarzystwie, ma wpływ na wagę ciała, ale i równowagę całego organizmu. Oto kilka zasad, których przestrzeganie przybliży cię do zdrowia, dobrego samopoczucia i zgrabnej sylwetki:
  • unikaj w jednym posiłku łączenia białka i węglowodanów (jeśli kanapka, to nie z wędliną, ale np. z masłem i pomidorem);
  • nie łącz białka z produktami neutralnymi (z produktami neutralnymi możesz łączyć węglowodany);
  • spożywaj pięć posiłków dziennie (trzy większe, tzw. dania główne, i dwie lub więcej niewielkich przekąsek, najlepiej z warzyw lub owoców);
  • ogranicz alkohol, kawę i herbatę – zamiast tego pij wodę, soki warzywne i zioła (dr Hay zaleca szklankę świeżo wyciskanego soku z warzyw przed każdym posiłkiem);
  • potrawy raczej gotuj, niż smaż;
  • na kolację spożywaj wyłącznie węglowodany (są szybciej trawione);
  • owoce jedz zawsze oddzielnie, przynajmniej pół godziny przed albo po innym posiłku (w przeciwnym razie fermentują, powodują wzdęcia, gdy wchodzą w reakcje z jeszcze niestrawionymi produktami z innych grup);
  • rób dwu- lub trzygodzinne przerwy między posiłkami węglowodanowymi i białkowymi (po zjedzeniu węglowodanów odczekaj dwie godziny, zanim zjesz białko, a po białkowym posiłku – trzy, zanim zjesz coś z grupy węglowodanów);
  • jedz powoli, nie spiesz się.
Zwolennicy diety niełączenia twierdzą, że rezultaty odczuwalne są już po kilku dniach – czujemy się lżejsi i mamy więcej życiowej energii. Dzieje się tak dlatego, że energia zaoszczędzona na trawienie szkodliwych produktów przemiany materii poprawia metabolizm i samopoczucie, mamy więcej zapału, nie czujemy się ociężali i ospali, poprawiają się wyniki badań i cera. Trzeba się tylko odrobinę przestawić.

– Najpierw będzie to lekki szok. Nagle okazuje się, że nie mogę zjeść ziemniaków, kaszy, ryżu ani nawet kawałka chleba, gdy mam ochotę na mięso. Przecież tym się nie najem! – mówi Anna Rosiek z portalu zdrowoodchudzeni.pl.

– Ale to nieprawda. Najesz się, i to z dużą korzyścią dla zdrowia organizmu – zapewnia.

Niełączenie pewnych produktów w jednym posiłku pozwala łatwiej strawić pokarm i przyswoić więcej zawartych w nim witamin i minerałów. Unikamy wielogodzinnego zalegania w przewodzie pokarmowym trudniej trawionych składników.

– Każdy, kto choć trochę zajmuje się kuchnią, wie, co dzieje się na przykład z mięsem po kilku godzinach leżenia poza lodówką. A im cieplej, tym proces gnicia, psucia się następuje szybciej – przekonuje Anna Rosiek. – Temperatura w naszym przewodzie pokarmowym to aż 36,6 stopnia Celsjusza – teraz już łatwo można sobie wyobrazić, co się dzieje, gdy dostarczymy żołądkowi mało roztropnie dobrane składniki. Dobrze znany jest wszystkim z pewnością „efekt lenia” po takim posiłku, a później nieuchronnie – wzdęcia, gazy, zgaga itp. Pora wreszcie zrozumieć, że to my sami pracujemy na takie dolegliwości.

Trzy filary zdrowia

Niestety, zła wiadomość jest taka, że stosując się do diety niełączenia, trzeba ograniczyć to, co lubimy najbardziej, czyli węglowodany i cukry. Należy też zmienić nawyki – mimo że łatwo i szybko można przygotować kanapkę z wędliną czy żółtym serem. Jeśli już chcesz zjeść chleb, to najlepiej jak najmniej przetworzony, z ciemnej mąki i z ziarnami, a zamiast plastra szynki polej kanapkę dobrą oliwą lub zjedz ją z grillowaną papryką czy cukinią, suszonym lub surowym pomidorem.

Dieta niełączenia opiera się na trzech filarach zdrowia:

  • jesz oddzielnie produkty białkowe, oddzielnie węglowodanowe,
  • sięgasz po produkty naturalne i pełnowartościowe,
  • pamiętasz o równowadze kwasowo-zasadowej w organizmie (nie zakwaszasz zanadto).