1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Piłka nożna a urazy

Piłka nożna a urazy

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Oglądając transmisje meczy, co chwilę widzimy padającego na ziemię zawodnika i jego twarz wykrzywioną z bólu. A jednak football uchodzi za względnie bezpieczny sport.

Ponad 50 proc. wszystkich urazów wiąże się właśnie z kopaniem piłki. Kobiety są delikatniejsze, więc odnoszą kontuzje podczas gry w piłkę nożną dwukrotnie częściej niż mężczyźni. Każde zderzenie zawodników jest groźne, przy czym to boczne bywa bardziej niebezpieczne niż czołowe.

Ponad 80 proc. kontuzji stanowią urazy nóg – stłuczenia goleni, stłuczenia uda, naderwanie ścięgien - przytrafiają się najczęściej. Nieco przed nimi chronią ochraniacze goleni, wręcz wymagane podczas gry w niektórych krajach.

Zapalenia okostnej piszczeli, złamania, urazy kolana – to 15 proc. wszystkich kontuzji u mężczyzn i około 20 proc. u kobiet.

Kolano jest naszym największym stawem i stąd jest najbardziej narażone na uszkodzenia. Każdy duży uraz czy odpowiednio duża liczba mikrourazów mogą sprawić, że kolano przestanie prawidłowo funkcjonować.  Najczęściej dochodzi do uszkodzenia więzadeł krzyżowych. Są one w piłce nożnej równie częste jak urazy łękotki.  Skręcenie, rozluźnienie, naderwanie, zerwanie  więzadeł przytrafia się, gdy dwaj gracze wpadają na siebie kolanami. U kobiet tego typu kontuzja zdarza się częściej podczas ruchu skrętnego nogi, a nie bezpośredniego kontaktu.

Uszkodzenia więzadła krzyżowego przedniego należą potrafią na zawsze wyeliminować z gry. Po kontuzji nigdy nie ma pewności, że kolano będzie jeszcze prawidłowo funkcjonować.  Często potrzebna jest operacyjna rekonstrukcja więzadła.

Nie mniej częste u piłkarzy są skręcenia stawu skokowo-goleniowego (niemal 20% wszystkich urazów), a urazy stopy (skręcenia śródstopia, złamania kości śródstopia, złamania paliczków, stłuczenia palców stóp). Urazy rąk – 15 proc. wszystkich wypadków, bramkarz najczęsciej będzie cierpiał z powodu kontuzji ręki i palców, a pozostali zawodnicy padając na „wyciągniętą rękę” mogą nabawić się zwichnięcia stawu barkowo-obojczykowego.

W tym ponurym bilansie muszą się jeszcze znaleźć urazy sportowe klatki piersiowej, brzucha i miednicy – 10 proc. przypadków, urazy głowy, szyi, zębów, oczu – 5-15 proc. przypadków.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Refleksologia – na stres, wyczerpanie i napięcia nerwowe

Dobry refleksolog potrafi, w zależności od sytuacji, odwołać się do odpowiedniej mapy – łączyć techniki, dostosowując się do potrzeb klienta. (fot. iStock)
Dobry refleksolog potrafi, w zależności od sytuacji, odwołać się do odpowiedniej mapy – łączyć techniki, dostosowując się do potrzeb klienta. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Ludzkie ciało przypomina wielki atlas świata – pełne jest map, wyznaczających ważne punkty, połączenia komunikacyjne... Refleksolog potrafi je czytać. Wie, który punkt dotknąć, by wywołać pożądane działanie.

Skądś już to znamy – chociażby z akupresury, akupunktury. Czyli z medycyny chińskiej – z jej teorią meridianów (kanałów energetycznych), biegnących przez całe ciało. Kiedy przepływ energii w meridianach zostaje z jakichś powodów zakłócony, tworzą się zastoje energetyczne, będące przyczyną dolegliwości i chorób. Akupresura i akupunktura, polegające na uciskaniu i nakłuwaniu odpowiednich punktów (receptorów) w ciele, pomagają rozbić te zastoje, a tym samym przywrócić sprawne funkcjonowanie organizmu.

Refleksologia działa na podobnej zasadzie – przyjmuje, że narządy wewnętrzne są we wzajemnej komunikacji, że można na nie oddziaływać z zewnątrz. Tyle że tutaj, stymulując receptory (przynajmniej te na twarzy i dłoniach), można wywoływać dużo przyjemniejsze odczucia. Refleksolog Beata Sekuła mówi, że takich punktów na skórze człowiek ma kilkanaście tysięcy (na samej twarzy około sześciuset). Pobudzając je poprzez dotyk, wpływa się na poszczególne części ciała, na organy wewnętrzne. Organizm sam wie, co zrobić z takim bodźcem, jak go wykorzystać. Ty masz się tylko zrelaksować...

Podróż przez kontynenty

W Polsce to stosunkowo młoda metoda. Refleksologia stóp rozwija się u nas od 26 lat, twarzy – od 2003 roku, właśnie za sprawą Beaty Sekuły.

– Kiedy zetknęłam się z refleksologią stóp, tak mnie to wciągnęło, że zaczęłam szukać innych tego rodzaju technik – wspomina. Dotarła w tych poszukiwaniach do Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Stanów Zjednoczonych. Poznała różne szkoły, podejścia. Różne mapy... Tak naprawdę różnią się między sobą milimetrami, nakładają się na siebie. Autorką pierwszej współczesnej mapy stóp była Amerykanka Eunice Ingham: stworzyła ją 70 lat temu. Nic dziwnego, że Stany Zjednoczone uchodzą za kolebkę dzisiejszej refleksologii. Ale korzenie metody sięgają starożytności – prawdopodobnie znana była w Chinach, Egipcie, Japonii, na Sumatrze... – Niektórzy przyjmują, że wszystko zaczęło się w Chinach, że masaż stóp rozwinął się na bazie akupresury. Nie znaleziono jednak żadnego dowodu na to, że Chińczycy uprawiali refleksologię – mówi Beata Sekuła. Pokazuje zdjęcie płaskorzeźby, datowanej na 2500 rok p.n.e. Rzeźba pochodzi ze starożytnego Egiptu, z grobowca kapłana Słońca Ankhmahore. Przedstawia sytuację przypominającą masaż stóp i rąk. – Chociaż historycy kosmetologii twierdzą, że jest to pierwszy uwieczniony w sztuce manicure i pedicure, refleksolodzy dopatrują się znamion zabiegu leczniczego. Mamy tu dwie osoby o ciemniejszej karnacji, pochodzące z Egiptu północnego, który słynął ze światłych ludzi, dysponujących ogromną wiedzą i wyczuciem. Jedna z tych osób dotyka rąk, druga stóp pacjentów, a ci chwytają się za różne części ciała, co może świadczyć o reakcjach odruchowych organizmu – o tym, że odpowiada on na bodziec. Nikt nie wie, czego dotyczy ten obrazek – my, refleksolodzy, lubimy myśleć, że jest to dowód na stosowanie refleksoterapii rąk i stóp w starożytnym Egipcie.

Podróż przez ciało

Jedno nie ulega dziś wątpliwości: mapy somatotropowe – bo tak się nazywają – występują na całym ciele: na powierzchni ramion, przedramion, ud, podudzi, na brzuchu, plecach, wokół pępka...

Beata Sekuła pracuje ze wszystkimi podstawowymi systemami: ze stopami, uszami, rękami, twarzą. Najczęściej jednak z twarzą.

– Leży ona w bezpośredniej bliskości mózgu, centralnego komputera naszego ciała, więc zabieg jest skuteczniejszy, a jego efekty szybsze – opowiada. – Kiedy pobudzane są stopy czy ręce, impulsy – by trafić do mózgu – muszą przejść przez sploty nerwowe, stawy i często napotykają tam na zaburzenia utrudniające przewodnictwo. Stopy traktuję bardziej jako narzędzie do pracy z „lokalnymi” problemami kończyn: obrzękami, bólem, zaburzeniami krążenia. Chociaż są też sytuacje, w których nie można zastosować refleksologii twarzy, choćby przy trądziku ropnym, stanach zapalnych ucha czy dziąsła – wtedy pracuję ze stopami.

Dobry refleksolog potrafi, w zależności od sytuacji, odwołać się do odpowiedniej mapy – łączyć techniki, dostosowując się do potrzeb klienta. Na przykład zaczyna od twarzy, a potem stymuluje wybrane receptory również na innych częściach ciała. Jest to tzw. refleksologia integracyjna. – Jeżeli ktoś zgłosi się do mnie z bólem kolan, prawdopodobnie, w celu pobudzenia organizmu, zaczęłabym zabieg od refleksologii twarzy, po czym skupiłabym się na punktach refleksologicznych odpowiadających za kolana, leżących na stopach i rękach – wyjaśnia Beata Sekuła. – Natomiast jeśli pacjent przychodzi z powodu nerwicy, pracuję na twarzy, ewentualnie na dłoniach. Stymulacja stóp działa bardzo pobudzająco, dostarcza dużej dawki energii – niezależnie do tego, czy organizm potrzebuje tej energii, czy nie. Osoba z problemami nerwicowymi mogłaby poczuć się po takim zabiegu bardzo rozedrgana.

Upiększyć i uzdrowić

Beata Sekuła zwraca uwagę na jeszcze jedną zaletę refleksologii twarzy, na cenny efekt uboczny – kosmetyczny. W praktyce oznacza to poprawę owalu twarzy, mikrokrążenia, eliminację zastojów, obrzęków limfatycznych, worków pod oczami, szarości cery, drobnych zmarszczek... – Głębokie bruzdy na twarzy mogą wskazywać na poważniejsze zaburzenia w pracy pewnych narządów – podpowiada refleksolog. – Są osoby, znane z życia publicznego, których czoło przecina pośrodku wyraźna, pionowa bruzda. Świadczy ona o poważnym zaburzeniu wątroby i pęcherzyka żółciowego – mówiąc obrazowo, tych ludzi zalewa żółć. Z kolei Sharon Stone – zanim zaczęła „rozprostowywać” twarz – miała na policzkach bruzdy wskazujące na zaburzenia płuc i jelita grubego, prawdopodobnie wynik palenia papierosów.

Oczywiście, nie ma tu sztywnych, matematycznych przełożeń. Refleksolog nie stawia diagnozy fizycznej, co najwyżej energetyczną. – Receptory dają obraz stanu energetycznego człowieka, ale nigdy nie mówię mu, że ma chory jakiś narząd, na przykład serce – od tego jest kardiolog. Refleksolog może powiedzieć, że wyczuł zaburzenie na poziomie meridianu serca, a to dwie różne rzeczy – mówi Beata Sekuła. I podkreśla, że refleksologia jest racjonalna, opiera się na ścisłych zależnościach fizjologicznych. – Bodźce z receptorów płyną do mózgu, on decyduje, gdzie je dalej przesłać. Czasem ktoś niepokoi się, że stymuluję mu żołądek, który już jest „nadczynny”. Ja wysyłam impuls, ale dalej już mózg zadba o to, żeby ten żołądek rzadziej się kurczył i wydzielał mniej soków. Pobudzony bodźcem organizm potrafi uruchomić mechanizmy regulacji i regeneracji, prowadzące do stanu równowagi wewnętrznej, optymalnej dla danej osoby. Bo co innego będzie oznaczała równowaga dla osoby z niewielkimi dolegliwościami, co innego dla tej, która ciężko choruje. Medycyna konwencjonalna zarzuca nam czasem, że polegamy na inteligencji organizmu, że pozwalamy mu decydować o tym, gdzie potrzebuje pobudzenia, a gdzie nie. Organizm naprawdę wyposażony jest w taki samoregulujący komputer, wybiera to, co dla niego najlepsze.

Rozświetlić emocje

– Refleksologia to bardzo precyzyjna technika, ale również sztuka – twierdzi Beata Sekuła, która ma też spore osiągnięcia w pracy z emocjami. – Masaż refleksologiczny może wpływać na łagodzenie pewnych emocji albo odwrotnie: na ich przywracanie. Możemy doprowadzić do bezpiecznego wybrzmienia emocjonalnego, pozwolić na to, żeby coś się skończyło, żeby ciało oczyściło się z tego, co mu nie służy – zapewnia. Czy to znaczy, że można sobie „zamówić” wybraną emocję? – Można „zamówić” i „odmówić”, ale człowiek musi się najpierw przyznać, że jest mu z czymś niewygodnie. Rzadko zdarza się, żeby ktoś powiedział: „jestem bardzo agresywny i chciałbym to wyregulować”. Bo być może bardzo tej agresji potrzebuje, być może po prostu nie ma innej możliwości ekspresji...

Beata Sekuła nie ukrywa, że najczęściej przychodzą do niej ludzie cierpiący z powodu miłości: porzuceni przez partnera, złamani po jego utracie, również śmierci. – Widzę, że przechodzenie przez tego rodzaju sytuacje odbywa się w podobny sposób, niezależnie od tego, czy bliska osoba pozostaje przy życiu, czy je traci. W jednym i w drugim przypadku przeżywa się żałobę.

Okazuje się, że refleksologia twarzy wpływa na pewną, niezwykle ważną dla emocji, strukturę w mózgu – ciało migdałowate.

– Jest ono elementem układu limbicznego, który odpowiada za różnego rodzaju więzi: macierzyńskie, ojcowskie, za przyjaźń, miłość – więc również za ich nadmiar czy brak – tłumaczy Beata Sekuła. – Ciało migdałowate magazynuje emocje, na szczęście możemy je oczyścić, odnaleźć równowagę. Pięknie to widać na obrazach uzyskiwanych dzięki tomografii komputerowej czy rezonansowi magnetycznemu – po regulacji ciało migdałowate i otaczający je obszar zaczynają się świecić...

Dla wszystkich, nie na wszystko

Podczas zabiegu doznania bywają różne: jednym będzie przyjemnie, inni przy tej samej technice mogą odczuwać dyskomfort. – Czasem pojawiają się mdłości, uderzenia gorąca, cierpnięcie rąk i stóp, bulgotanie w żołądku czy w jelitach. Zdarza się, że nagły ból przeszywa kogoś w miejscu, które dawało mu się we znaki wiele lat wcześniej i które formalnie zostało wyleczone. Te objawy są rezultatem tego, że coś się w ciele reguluje.

Beata Sekuła dzieli klientów na dwie podstawowe grupy: „łatwopalnych” i „niełatwopalnych”. – „Łatwopalna” osoba natychmiast reaguje na dotyk, na przykład pyta: „na czym pani pracuje?”. Mówię: „na żołądku”, a ona: „tak, właśnie czuję”. Po czym nagle wstaje, idzie do łazienki i wymiotuje. W ciągu kilkunastoletniej praktyki zdarzyły mi się 2–3 takie przypadki; „niełatwopalny” może nawet zasnąć podczas zabiegu albo stwierdzić: „nie wiem, czy to działa, chodzę, chodzę i nic się dzieje”. Zwykle jest to człowiek zdrowy, więc co niby miałoby się wydarzyć? Skoro nie było wcześniej żadnych dolegliwości, cała rzecz polega na podtrzymaniu energetycznego i fizycznego dobrostanu organizmu.

– Refleksologia jest dla wszystkich, ale to nie oznacza, że jest antidotum na wszystko – zaznacza Beata Sekuła. Poleca ją przede wszystkim jako terapię antystresową. Na przemęczenie fizyczne, psychiczne, stany zwiększonego napięcia nerwowego. Na wyczerpanie pracą, wypalenie zawodowe. – Po zabiegach pojawia się zwiększona odporność na czynniki stresotwórcze – sytuacje, które wcześniej doprowadzały nas do szału, przestają już mieć nad nami władzę. Takie reakcje jak pobudzenie pracy serca, wzrost ciśnienia, ból głowy tracą na sile – mówi terapeutka. Inne wskazania to kłopoty z pamięcią, koncentracją, z przyswajaniem informacji, kojarzeniem. Refleksologia może też wspomagać pracę z nadwagą. – Uwalniające się podczas zabiegu endorfiny wpływają na uczucie satysfakcji, zmniejsza się zapotrzebowanie na słodycze i tłuste pokarmy. To wspiera dietę.

Ważne: utrwalenie bodźców

Zabieg refleksologii twarzy jest głęboko odprężający, wprowadza w stan błogości, rozluźnienia, ale przy stopach jest już inaczej, może pojawić się ból. Tylko że ból w receptorze nie zawsze musi oznaczać zaburzenia w odpowiadającym mu narządzie. – Zawsze będą bolały receptory leżące blisko kości – ze względu na ich silne unerwienie – tłumaczy Beata Sekuła. – Kiedy pojawia się ból, zwalniam ucisk, pozwalam klientowi odetchnąć, żeby uniknąć napięcia w splocie słonecznym. Splot słoneczny to ważny przekaźnik impulsów na drodze do mózgu – jeśli się zaciśnie, mózg zacznie nadawać sygnał: „kończ, bo nie wytrzymam.”

Jeszcze większy ból można odczuwać przy refleksologii narzędziowej. Przybory nie muszą być wyszukane – wystarczy długopis, chińskie pałeczki... Beata Sekuła zapewnia, że posługując się tego rodzaju narzędziami, można w 2–3 minuty uzyskać takie same efekty jak po „pełnowymiarowym” zabiegu przy użyciu palców. Jaki to wymiar?

– Zabieg refleksologiczny nie powinien przekroczyć 40 minut. Mózg ma swoją wydolność, jeżeli go przestymulujemy, to – zamiast uruchomić mechanizmy regeneracji i samoregulacji w organizmie – wywołamy złe samopoczucie. Dojdzie do przesytu, ciało nie przyjmie nowych informacji w sposób konstruktywny, nie przetworzy ich na bodźce terapeutyczne. Niewskazane jest też kumulowanie rozmaitych bodźców: jednego dnia refleksologia, drugiego masaż ciała, trzeciego joga... Można przedawkować – jak ktoś, kto wraca ze SPA z bólem głowy.

Ale faktem jest, że refleksologia działa w seriach – dla skuteczności zabiegów ważne jest, by były wykonywane z dużą regularnością, w niewielkich odstępach czasowych. – To jak z psem Pawłowa – żeby utrwalić bodziec, potrzebne są kolejne powtórki. Nasz organizm chętnie przestawi się na nowy tryb – o ile zechcemy mu w tym pomóc.

Beata Sekuła: refleksolog twarzy, stóp, dłoni, uszu, twórczyni Międzynarodowego Instytutu Refleksologii Twarzy w Warszawie.

Podręczna refleksologia

Objawy zbliżającego się lub już istniejącego przeziębienia, katar, ból zatok, kichanie

Palcem wskazującym pocieraj energicznie pionową linię na środku czoła, od nasady nosa do linii włosów. Powtórz te ruchy 30–40 razy. Następnie, oboma palcami wskazującymi równocześnie, pocieraj miejsca, gdzie boczne krawędzie nosa łączą się z twarzą. Zrób 30–40 energicznych powtórzeń. Teraz, również oboma palcami wskazującymi naraz, pocieraj skórę tuż nad górną wargą. Pracuj w kierunku do środka i na boki, palce miej ułożone równolegle nad wargą. 30–40 powtórzeń, energiczne tempo.

Stosuj tę technikę kilka razy w ciągu dnia. W ten sposób stymulujesz strefy odruchowe zatok czołowych, nosowych i szczękowych.

Trema, lęk, niepokój, pobudzenie nerwowe, zbliżający się wybuch emocjonalny, bezsenność

Punkty pomagające odzyskać równowagę emocjonalną znajdują się w okolicy uszu. Znajdź mniej więcej półcentymetrową pionową linię z przodu ucha (tam gdzie łączy się ono z twarzą). Pocieraj tę linię, po obu stronach twarzy, ok. 15–20 razy.

Punkty uspokajające znajdują się też w dołku za uszami, tuż pod płatkami uszu. Pocieraj je jednocześnie 15–20 razy.

Opisaną technikę stosuj kilka razy dziennie, by złagodzić występujące objawy, lub doraźnie.

  1. Zdrowie

Tężyczka - choroba życia w biegu, napięcia i przerostu ambicji

Pacjentów z tężyczką przybywa, zwłaszcza w czasie pandemii - to efekt życia w stresie. 
(Fot. iStock)
Pacjentów z tężyczką przybywa, zwłaszcza w czasie pandemii - to efekt życia w stresie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Objawy są nieprzyjemne – skurcze mięśni. Bywa, na szczęście rzadko, niebezpieczna, może nawet zagrażać życiu. W dodatku trudno się ją diagnozuje. – Tężyczka jest trochę przez lekarzy pomijana. Część w nią wierzy, część nie do końca – mówi neurolog dr Katarzyna Toruńska, zajmująca się tą chorobą.

Kilka lat temu moja przyjaciółka, mieszkająca wtedy w Londynie, zaczęła odczuwać dziwne objawy. Najpierw mrowienie rąk. Potem nóg. Doszły do tego skurcze mięśni. Majka, przestraszona, poszła do lekarza. Ten zaczął przeprowadzać diagnostykę w kierunku stwardnienia rozsianego. Pamiętam, jak dzwoniła do mnie w panice. Na szczęście szybko okazało się, że to nie SM. Więc co? – Wyobraź sobie, mam tężyczkę – powiedziała.

Czym jest ta choroba?

– Właściwie to zespół objawów – mówi neurolog dr Katarzyna Toruńska. – Niecharakterystycznych, z różnych grup. Wynikają z nadpobudliwości błony nerwowo-mięśniowej, a to z kolei powodowane jest różnego rodzaju niedoborami tkankowymi. Głównie niedobory dotyczą magnezu i potasu a także witaminy D – jeżeli mówimy o tężyczce utajonej. Ten zespół objawów jest bardzo uciążliwy. Trzeba szukać, co jest jego źródłem w przypadku konkretnego pacjenta.

Czy łatwo tężyczkę zdiagnozować? – Bardzo trudno, niestety. Bo przyczyn może być dużo. Od psychicznych, psychogennych, poprzez gastrologiczne, endokrynologiczne diabetologiczne, przyjmowane leki, nieprawidłową dietę. Diagnoza nie jest prosta, ale staramy się mieć swoje schematy w diagnostyce, żeby pacjentowi pomóc, żeby znaleźć przyczynę tych dolegliwości – tłumaczy dr Toruńska. – Zwykle na początku rzeczywiście sprawdzamy, czy to nie stwardnienie rozsiane. Robimy rezonans mózgu, żeby je wykluczyć, choć w tej chorobie przebieg jest jednak inny. Tężyczka nie daje objawów konkretnego zespołu neurologicznego, trzeba wykonać podstawowe badania, żeby SM wykluczyć i dalej szukać przyczyny, źródła. Zwykle to źródło znajdujemy.

Mogą to być na przykład choroby tarczycy, nadczynność, niedoczynność, Hashimoto. Choroby przewodu pokarmowego, wszelkiego rodzaju nietolerancje pokarmowe, na gluten, na laktozę. Są pacjenci po zapaleniu błony śluzowej żołądka, tacy, którzy bardzo długo przyjmują inhibitory pompy protonowej (IPP), zaburzające wchłanianie pierwiastków i witamin. Bywa to też niewykryta insulinooporność albo monodiety, często wyniszczające organizm. Także niektóre leki oraz, oczywiście, wszelkie używki.

Zwykle tężyczka sama w sobie nie jest chorobą, a efektem innych chorób. Choć, jak tłumaczy dr Toruńska, jest taka jednostka jak hipomagnezemia rodzinna, gdzie tężyczka jest pierwotna, bo mamy tu jedną przyczynę – genetyczną. Ale to się zdarza niezwykle rzadko.

Tężyczka - do kogo po pomoc

Żeby jeszcze bardziej sprawę skomplikować, trzeba powiedzieć, że tężyczki są dwie: jawna i utajona. Endokrynolodzy zajmują się tężyczką jawną, czyli wapniową, pojawiającą się (oczywiście nie zawsze) po operacjach tarczycy, przytarczyc, przy chorobach tarczycy, kiedy są duże niedobory wapnia. Ta postać tężyczki jest bardziej niebezpieczna, czasami nawet zagrażająca życiu – występują tu bardzo silne skurcze, może – przy gwałtownych spadkach wapnia – dojść do skurczu głośni, utraty przytomności.

Neurolodzy leczą tężyczkę utajoną. Łagodniejszą w przebiegu, choć trudniejszą do wykrycia. Pojawiają się mocne samoistne skurcze mięśni, ale może je wywołać zewnętrzny bodziec. – Choćby hiperwentylacja – czyli szybkie, głębokie oddychanie. Zaburza się wtedy równowaga kwasowo-zasadowa i dochodzi do utraty pierwiastków, głównie magnezu, z tkanek. Każdy mówi: jak się boisz, to głęboko oddychaj. No właśnie nie. Wtedy się pogarsza, zamiast poprawiać – tłumaczy dr Toruńska.

Nieprawidłowe oddychanie może być pogłębiane przez stres. Na początku, kiedy jeszcze nie wiemy, co nam dolega, a objawy są niepokojące, można się porządnie przestraszyć. Czasem pojawiają się bóle w klatce piersiowej, czasem duszności, a razem z tym nakręca się spirala lęku.

Wydawałoby się, że skoro przyczyną tężyczki utajonej są niedobory magnezu, potasu i witamin, wystarczy zrobić badanie krwi, żeby wykryć chorobę.

– Nie jest to takie proste – mówi dr Toruńska. – Ja się zajmuję tężyczką utajoną, tu pacjenci mają zwykle prawidłowy poziom wapnia czy parahormonu, a z kolei niski magnezu czy potasu. Jednak na ogół w badaniu krwi te pierwiastki nie wychodzą nieprawidłowo, bo organizm dąży do homeostazy – krew więc wygląda dobrze, ale kosztem tkanek. Mamy już na szczęście możliwość wykonania badań na poziom magnezu w erytrocytach, to najbardziej wiarygodnie pokazuje, co dzieje się w tkankach, nadal jednak mamy trudności w oznaczeniu poziomu magnezu zjonizowanego, a to jest frakcja aktywna, więc nawet to badanie w erytrocytach jest badaniem tylko pośrednim.

Tymczasem pacjentów z tężyczką przybywa. Z czego to wynika? – Ze stylu życia. Z biegu, pędu, permanentnego braku czasu, braku możliwości czy chęci skomponowania odpowiedniej dla siebie diety – tłumaczy dr Toruńska. – Ludzie się nie badają, mówią, że źle się czują, że mrowienie, skurcze, w reklamach słyszą, że niedobór magnezu, więc łykają suplementy, które nie działają… I kolejny znak naszych czasów, czyli żywność wysokoprzetworzona, z dużą ilością fosforanów, które blokują wchłanialność magnezu. Jest też dużo produktów, które ten magnez wypłukują, a których na co dzień nadużywamy. Kawa, cola, mocna herbata, napoje energetyzujące, alkohol, używki, a nawet niektóre leki. A leki przecież ludzie przyjmują, bo muszą, wszystko to powoduje, że mamy ujemny bilans magnezu czy potasu w organizmie W tkankach.

Oczywiście byłoby idealnie, gdyby pacjenci razem z receptą na leki blokujące wchłanianie magnezu dostawali od lekarza informację, że powinni ten magnez uzupełniać. Jednak dr Katarzyna Toruńska mówi, że tak, niestety, dzieje się rzadko: – Tężyczka jest trochę przez lekarzy pomijana. Część w nią wierzy, część nie do końca. Twierdzą, że każdy, kto się zhiperwentyluje i zrobi próbę tężyczkową, ta wyjdzie dodatnia. Co jest nieprawdą. My 20 lat temu też nie wiedzieliśmy, że jak będziemy podawać inhibitory pompy protonowej, żeby pacjent nie krwawił z wrzodów żołądka, to za jakiś czas się okaże, że chory ma niedobory. Nigdzie nie mogliśmy o tym przeczytać, o pewnych lekach uczymy się dopiero na przestrzeni czasu.

Leczenie

To zależy, czy to tężyczka jawna, czy utajona. I jaka jest przyczyna. Oczywiście podstawa to suplementacja, zwykle magnezowo-potasowa. – Niekiedy, jeśli u pacjenta widzimy wysoki poziom lęku czy depresję, włącza się leki antydepresyjne. Jeśli są problemy z tarczycą, chory musi być pod opieką endokrynologa. Przy insulinooporności – diabetologa. Czyli leczenie często musi przebiegać na kilku poziomach. I bardzo ważna jest współpraca między lekarzem a pacjentem – tłumaczy dr Toruńska. – Lekarz nie da pigułek na wszystko. Nie zawsze jest to proste. Jeśli źródłem permanentnego stresu jest nasza praca, idealnie byłoby ją zmienić. Ale na ogół nie jest to możliwe. Na pewno można odstawić używki. I włączyć techniki relaksacyjne. Wyciszenie, joga. Wyłączyć za to nieustanne myślenie o obowiązkach, kłopotach, pracowanie 24 godziny na dobę – nawet jeśli nie siedzimy cały czas przy biurku, to głowa nie odpuszcza. – Mam takich pacjentów – mówi dr Toruńska. – To tylko zwiększa dolegliwości. Nie umiemy dziś radzić sobie ze stresem, odpoczywać, odpuścić sobie. Często nawet urlopu nie potrafimy wykorzystać, w wolnym czasie też nie dajemy sobie taryfy ulgowej. W dodatku pandemia nasiliła tężyczki. I więcej mamy tych świeżo rozpoznawanych, i ci pacjenci, którzy są po diagnozie i regularnie się suplementują, też odczuwają silniejsze dolegliwości.

Jest grupa osób szczególnie narażonych – to ludzie ambitni, trochę neurotycy, perfekcjoniści, osobowość typu A. Często też sportowcy – tu przyczyną jest duży wysiłek fizyczny bez mądrej suplementacji.

– Zawsze staram się szukać przyczyny, jak się nie da, zostaje styl życia. Tu zmiana zależy od nas. Choć nigdy – a szczególnie w  dobie pandemii – nie jest to łatwe. Ale daje efekty, można się pozbyć objawów. To długie leczenie, ale na ogół z sukcesem – mówi dr Katarzyna Toruńska.

  1. Zdrowie

Nagietek i jego lecznicze właściwości

Korony nagietków przez cały dzień zwracają się w stronę słońca, a po zachodzie zamykają. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze. (Fot. iStock)
Korony nagietków przez cały dzień zwracają się w stronę słońca, a po zachodzie zamykają. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Tak zadomowiony dziś w naszych ogródkach nagietek przywędrował do Polski z okolic Morza Śródziemnego. Znany przede wszystkim jako roślina ozdobna, ma także wiele właściwości prozdrowotnych. I to im zawdzięcza popularność w kosmetologii i ziołolecznictwie.

Od ostatnich dni maja aż do późnej jesieni rabaty mienią się pomarańczowymi i pomarańczowozłotymi płatkami nagietków. Te kwiaty są wielkimi amatorami słońca, korony nagietków przez cały dzień zwracają się w jego stronę, a po zachodzie zamykają aż do następnego poranka. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze, opisywane choćby przez Hildegardę z Bingen, autorkę traktatu o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin i minerałów z XII wieku.

Kolorowa apteka

Obserwując energetyzujące odcienie nagietków, nietrudno uwierzyć, że ich kwiaty zawierają naturalne barwniki z grupy karotenoidów (w kolorach: żółtym, pomarańczowym, różowym, czerwonym) – przede wszystkim luteinę. Organicznie luteina obecna jest także w plamce żółtej oka i soczewce, gdzie odpowiada m.in. za przeciwdziałanie zaćmie. Problem w tym, że ludzie nie syntetyzują karotenoidów, więc muszą dostarczać je organizmowi w pożywieniu lub preparatach aptecznych – wśród których nie brak i tych z luteiną pozyskiwaną z „oblubienicy słonecznej”.

Także karotenoidom nagietek zawdzięcza działanie gojące. A to dlatego, że przyspieszają one zabliźnianie się ran i wspomagają regenerację komórek. Nic więc dziwnego, że wyciąg z nagietka jest składnikiem maści gojących stosowanych w różnych uszkodzeniach skóry, a także kosmetycznie używanych kremów oraz maseczek.

W nagietku, oprócz karotenoidów, występują również flawonoidy, olejek lotny, związki żywicowe i śluz. Są to substancje aktywne o właściwościach przeciwzapalnych i antybiotycznych. Napar z kwiatów nagietka jest stosowany do przemywania skóry w przypadku trudno gojących się ran, oparzeń, w owrzodzeniach żylakowatych i zastrzale.

W kwiatowym chruśniaku

Nagietki zaczynają kwitnąć ok. 2 miesięcy po zasianiu, a że nie mają wygórowanych wymagań glebowych, samodzielnie się rosiewają i są lubiane przez pszczoły – mogą zdobić nasz ogród aż do pierwszych mrozów.

Wykorzystywane po ususzeniu do robienia leczniczych i kosmetycznych specyfików kwiaty nagietka najlepiej zbierać (bez łodyżek) w pełnym rozkwicie, w słoneczny dzień. W domowych warunkach koszyczki kwiatów można suszyć w temperaturze otoczenia, a po wysuszeniu – przechowywać je w suchych i przewiewnych miejscach, np. wsypując do płóciennych woreczków.

Sprawdzone receptury

Suszone kwiaty nagietka można wykorzystać do przygotowania maseczki do twarzy o działaniu przeciwzapalnym i kojącym czy olejku do masażu skóry suchej, podrażnionej oraz dotkniętej rozstępami. Olejek warto również wsmarować od czasu do czasu w zniszczone końcówki włosów lub skórę głowy.

Olejek nagietkowy – sposób przygotowania

  • wsyp garść suszonych płatków nagietka do słoika lub butelki, a następnie zalej dowolnym olejem roślinnym
  • wymieszaj lekko całą zawartość naczynia i odstaw w nasłonecznione, ciepłe miejsce
  • mieszaj delikatnie raz dziennie
  • po upływie dwóch tygodni przecedź olej przez gazę.
Maseczka nagietkowo-owsiana (polecana do cery trądzikowej) – sposób przygotowania
  • wymieszaj 4 łyżki płatków owsianych z 4 łyżkami suszonych kwiatów nagietka i zalej niewielką ilością ciepłego mleka
  • gdy płatki zmiękną, dodaj łyżkę oliwy lub innego oleju i pół łyżki miodu (pod warunkiem że skóra nie jest przesuszona)
  • nałóż maseczkę na twarz na ok. 10 min (potem możesz rozmasować ją jak peeling).

  1. Zdrowie

Kleszcze - jak się przed nimi uchronić?

Kleszczy w Polsce przybywa, a winą za to obarcza się głównie ocieplenie klimatu, krótsze i lżejsze zimy, a także większą liczbę dzikich zwierząt, które są pierwotnymi nosicielami i żywicielami tych pajęczaków. (Fot. iStock)
Kleszczy w Polsce przybywa, a winą za to obarcza się głównie ocieplenie klimatu, krótsze i lżejsze zimy, a także większą liczbę dzikich zwierząt, które są pierwotnymi nosicielami i żywicielami tych pajęczaków. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Lasy, parki, a nawet wysokie trawy jawią się nam jako siedlisko kleszczy, które przenoszą groźną chorobę – boreliozę. A przecież nie sposób żyć bez kontaktu z naturą, zwłaszcza kiedy pogoda sprzyja. Jak pokonać strach przed wyjściem w plener, a zarazem zmniejszyć ryzyko zachorowania?

Kiedy kilkanaście lat temu zaczęło być głośno o nowej bakteryjnej chorobie przenoszonej przez kleszcze, do naszego beztroskiego myślenia o wakacjach na łonie natury wkradł się niepokój. Borelioza może bowiem nieść za sobą bardzo poważne konsekwencje, nie ma na nią szczepionki, a jej nosicieli można spotkać nie tylko w lasach, ale też na łąkach, w parkach, a nawet w przydomowych ogródkach. Lęk podsyca fakt, że łatwo nie zauważyć momentu ugryzienia kleszcza, bo to nie boli, możemy nawet nie wiedzieć, że zachorowaliśmy, ponieważ objawy boreliozy bywają bardzo różnorodne i łatwo je złożyć na karb innych problemów zdrowotnych. Wygląda na to, że latem najlepiej zaszyć się w domu. Ale przecież nikt z własnej woli nie ma ochoty zrezygnować z dobrodziejstw płynących z kontaktu z naturą. Trzeba więc znaleźć złoty środek.

Kleszcze - instrukcja obsługi

Kleszczy w Polsce przybywa, a winą za to obarcza się głównie ocieplenie klimatu, krótsze i lżejsze zimy, a także większą liczbę dzikich zwierząt, które są pierwotnymi nosicielami i żywicielami tych pajęczaków.

– Szacuje się, że w Polsce ten problem dotyczy kilkunastu procent kleszczy. To wygląda różnie w różnych regionach, a nawet na różnych łąkach. Na jednej zarażonych kleszczy może być nawet 30 procent, na drugiej, 300 m dalej, już tylko kilka procent, ale na pewno nie jest tak, jak czasem słyszę, że co drugi osobnik jest zarażony – mówi Krzysztof Dudek, zoolog z Instytutu Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, który martwi się tym, że odczuwamy coraz większy strach przed przyrodą. – Zaczęliśmy myśleć, że jeśli wejdziemy do lasu, zaraz ugryzie nas kleszcz, ten kleszcz będzie zarażony boreliozą i po chwili my też będziemy zarażeni. Ale tak na szczęście nie jest. Nawet jeśli na naszym ciele znajdzie się taki zarażony osobnik, to nie od razu się wkłuwa, najpierw wędruje, szukając dla siebie odpowiedniego miejsca. A kiedy już ugryzie, to też nie od razu jest w stanie nas zakazić.

Na znalezienie go i wyciągnięcie mamy dwie doby. Do tego czasu krętki boreliozy nie zdążą przenieść się z jelit kleszcza, gdzie się znajdują, do naszego organizmu, i nie zostaniemy zarażeni. Niepożądanego gościa najlepiej usunąć, chwytając go pęsetą przy samej skórze, a potem lekko przekręcić i mocno pociągnąć.

Borelioza - wielka niewiadoma

Niektórzy chorzy na boreliozę nie przypominają sobie jednak żadnego kontaktu z kleszczem. I właśnie ta nieświadomość jest najgorsza, bo jeśli zostaliśmy zarażeni i o tym nie wiemy, choroba może się swobodnie rozwijać. Pół biedy, jeśli zobaczymy tzw. rumień wędrujący, czyli najbardziej znany i charakterystyczny objaw tej choroby. Pojawia się najwcześniej po tygodniu od ukąszenia przez kleszcza i przypomina jednolitą okrągłą plamę, która potem się rozszerza i blednie w środku. Ten objaw jest zwykle uznawany za wystarczający do podjęcia leczenia. W początkowym stadium choroba czasem przypomina grypę, później mogą dołączyć objawy skórne, zapalenie stawów i problemy neurologiczne. Bywa, że dochodzi do zapalenia mięśnia sercowego czy mózgu. Jednak możliwych objawów jest tak wiele, że czasem, jak to było w przypadku 40-letniej Marty, mijają miesiące, zanim lekarze trafią na właściwy trop.

– Najbardziej bałam się, że mam stwardnienie rozsiane, bo moje objawy wskazywały na tę chorobę – wspomina Marta. – Kierowano mnie do kolejnych specjalistów. Byłam u internistów, chirurga szczękowego, laryngologa, stomatologa i ginekologa. Zlecano mi badania, które nic nie wyjaśniały, albo traktowano mnie jak hipochondryczkę. Najgorszy był neurolog, który na mój widok w gabinecie machał ręką: „To znów pani z tym stwardnieniem”. Odwiedzałam go kilkakrotnie, bo specjaliści, do których mnie wysyłał, odsyłali mnie z powrotem. Także psychiatra. W końcu jeden z lekarzy zlecił testy w kierunku boreliozy.

Kleszcze i borelioza - strategia obrony

Na forach internetowych i stronie Stowarzyszenia Chorych na Boreliozę można przeczytać historie podobne do tej opowiedzianej przez Martę. Pacjenci skarżą się na lekceważenie lekarzy oraz nieskuteczność tradycyjnego leczenia.

Warto wiedzieć, że zarówno jeśli chodzi o diagnozę, jak i leczenie, można spotkać się z dwoma podejściami: głównym nurtem, reprezentowanym m.in. przez WHO i większość towarzystw naukowych (w Polsce m.in. przez Polskie Towarzystwo Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych) oraz dużo rzadszym, propagowanym przez lekarzy i pacjentów skupionych wokół ILADS, czyli Międzynarodowego Towarzystwa ds. Boreliozy i Chorób z Nią Powiązanych. Strony nie zgadzają się ze sobą co do tego, jakich testów powinno się używać, by stwierdzić, czy pacjent jest chory na boreliozę, i jak długo powinno się go leczyć. Terapia zgodna z głównym nurtem obejmuje stosowanie jednej lub dwóch serii 4-tygodniowych kuracji antybiotykowych, a terapia ILADS zaleca wielomiesięczne, a nawet wieloletnie leczenie, i to kilkoma preparatami. Zrozumienie różnic jest jednak na tyle skomplikowane, że przeciętny pacjent może czuć się zagubiony.

– Najpierw byłam leczona standardowo, ale nie czułam poprawy – wspomina Marta. – Kiedy wyczytałam, że lek, który dostaję, często jest nieskuteczny, zdecydowałam się na lekarkę związaną z ILADS. Niedługo minie rok od chwili, gdy zaczęłam brać antybiotyki. Mam nadzieję, że wkrótce przestanę, chociaż obawiam się, że to może nie być takie łatwe. Kiedy czytam wypowiedzi osób leczonych tą metodą, mam wrażenie, że potem każdy problem zdrowotny traktuje się już jako objaw boreliozy. Cieszę się, że czuję się lepiej, ale czy wybrałam najlepszą drogę leczenia… Nie wiem.

Obowiązkowy przegląd

Chyba tylko co do jednego wszyscy są zgodni – boreliozy nie można lekceważyć. Zwłaszcza że liczba zakażonych wzrasta.  – Wyjściem nie jest zamknięcie się w domu i unikanie kontaktu z przyrodą – przekonuje Krzysztof Dudek. Zwraca uwagę, że to nie byłoby korzystne dla naszego zdrowia psychicznego i fizycznego. Co więc robić? Przed wyjściem z domu można spryskać się specjalnymi środkami przeciwko kleszczom, do tego założyć długie spodnie (nogawki wpuścić w wysokie buty) i koszulę czy bluzkę z długim rękawem.

– Niestety, preparaty odstraszające nie zapewniają pełnej ochrony, a w ciepły dzień trudno wciąż spacerować w kaloszach. Dlatego najlepszym sposobem ochrony przed kleszczami jest dokładne oglądanie się po każdym pobycie na łonie natury (np. wieczorem podczas kąpieli) i staranne wytrzepywanie ubrania – mówi Krzysztof Dudek. Radzi sprawdzać dokładanie całe ciało, zwłaszcza pachwiny, bo to miejsce kleszcze szczególnie sobie upodobały. Lubią też zgięcia łokciowe, miejsca pod kolanami i za uszami.

Wieczorne oględziny warto potraktować jak mycie zębów i zrobić z nich codzienny prozdrowotny rytuał. Przynajmniej dopóki naukowcy nie opracują szczepionki.

  1. Zdrowie

Menopauza – zwierciadło naszego życia

Gdy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. (Fot. Getty Images)
Gdy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Medycyna jest cudowna, ale się zmienia. Są różne mody, różne szkoły. A nikt nam nie mówi, że cały skarb jest w nas. Mamy w sobie najlepszego nauczyciela i terapeutę. Kiedy przychodzi menopauza, jest czas, żeby wreszcie posłuchać, co chce nam przekazać nasze ciało. Nauczyć się odczytywać sygnały organizmu – twierdzi dr Preeti Agrawal, ginekolożka i specjalistka medycyny integracyjnej.

Medycyna jest cudowna, ale się zmienia. Są różne mody, różne szkoły. A nikt nam nie mówi, że cały skarb jest w nas. Mamy w sobie najlepszego nauczyciela i terapeutę. Kiedy przychodzi menopauza, jest czas, żeby wreszcie posłuchać, co chce nam przekazać nasze ciało. Nauczyć się odczytywać sygnały organizmu – twierdzi dr Preeti Agrawal, ginekolożka i specjalistka medycyny integracyjnej.

Ostatnio na Facebooku koleżanka zamieściła swoje zdjęcie z podpisem: „50 lat”. Inna znajoma skomentowała to: „Witamy po stronie mocy”. Uświadomiło mi to, jak bardzo zmienił się ostatnio nasz stosunek do menopauzy w życiu kobiety. Myślimy teraz nie o uderzeniach gorąca i zbliżającej się starości, ale o otwarciu kolejnego etapu w życiu, o wiedzy, mądrości, czasie, który mamy tylko dla siebie. Czy pani w praktyce lekarskiej widzi tę zmianę nastawienia? Kobiety są oczywiście różne. Świadome siebie i mniej świadome. Takie, które mają kontakt ze sobą, ze swoim ciałem, emocjami – one inaczej wejdą w ten okres niż te, które nie przyglądają się sobie, żyją w pośpiechu, tylko dla innych, „rozdają” całą siebie, a kiedy coś się dzieje z ich zdrowiem, mają tylko jedno rozwiązanie: lekarz i tabletka. Menopauza, a właściwie szerzej, bo także okres przedmenopauzalny, to ważny czas. To, co się wtedy dzieje z kobietą, ja bym nazwała zwierciadłem jej życia. Od początku mojej niemal 28-letniej praktyki lekarskiej starałam się patrzeć szerzej. Poznać pacjentkę, jej historię, jej potrzeby. I do tego dostosować leczenie czy wsparcie. Kiedyś napisałam książkę, której dałam tytuł „Menopauza”. Ostatnio zmieniłam go na „Siła jest w tobie”. Bo to właśnie obserwuję od lat. Menopauza to okres porządków. Oczyszczenia. Wychodzi na wierzch to, co przez lata było tłumione, spychane gdzieś na margines, bo życie szybko płynie, bo nie ma czasu, bo praca, dzieci, dom, bo wszystkim trzeba się zająć. I nagle przychodzi stop. Czas na porządek. Nie tylko fizyczny, ale i emocjonalny. Z drugiej strony miałam też w gabinecie wiele kobiet, które naprawdę o siebie dbały. Zdrowa dieta, aktywność fizyczna, joga. Przychodziły i mówiły: „Nic nie rozumiem, mam kryzys, fatalnie się czuję, nie radzę sobie z emocjami, a przecież się staram, wszystko robię jak trzeba”. Analizujemy to razem i widać, co się dzieje. Otwiera się puszka Pandory, wszystko się wydostaje, żeby się oczyścić, wyrównać, żeby była siła na kolejny etap, żeby można było korzystać z tej mocy, o której mówiła pani koleżanka. Moc, mądrość, to cenne, ale nie przychodzi samo. To nie towar do kupienia, ale nasza inwestycja. Efekt wielu lat życia.

Czyli ten czas wymaga zatrzymania, spojrzenia na siebie, wysiłku, gotowości do zmiany? Zdecydowanie tak. Kobieta ma 40, 45 lat, coś się zaczyna w organizmie dziać, czasem polipy, mięśniaki macicy, złe samopoczucie. Analizujemy. Trzeba zacząć od ciała. Wprowadzenie regularnej aktywności fizycznej, korekta diety. Czasem wystarczą niewielkie zmiany. Trzeba wyregulować cykl, wprowadzić naturalny progesteron, zioła. Warto uważnie się sobie przyglądać, żeby wychwycić nawet drobne objawy, bo wtedy łatwo je „naprawić”. Dobra menopauza to coś, w co wcześniej inwestowałaś. Jeśli kobieta zajmuje się wszystkimi, tylko nie sobą, to teraz ciało ją prosi, na razie delikatnie: „Zacznij o siebie dbać, to przez menopauzę przepłyniesz. Nie będzie problemów, jeśli zaczniesz patrzeć na swoje ciało, nauczysz się słuchać płynących od niego sygnałów”.

Menopauza to nie tylko uderzenia gorąca czy bezsenność. To też zmiany fizyczne. Starzenie się skóry. Wiele z nas mocno to przeżywa. Często słyszę od pacjentek: „Będę stara, nie chcę, nie jestem na to gotowa”. Widzę, jak są skupione na fizyczności, na wyglądzie. To zrozumiałe. Teraz medycyna estetyczna daje dużo możliwości i kobiety z nich korzystają. Nic w tym złego. Jeśli im to pomaga, jeśli sprawia, że czują się lepiej psychicznie – oczywiście, niech to robią. Z drugiej strony – żeby ciało dobrze wyglądało, żebyśmy miały siłę i energię, musimy po prostu dbać o siebie. Jest wiele sposobów. Masaże relaksujące, joga, ćwiczenia oddechowe. Bardzo ważne jest też to, co jemy. Musimy inwestować w ciało latami. Nie tylko menopauza je przecież zmienia. Ale trzeba też zdawać sobie sprawę, że przyjdzie w końcu moment, kiedy żadne zabiegi nie będą już tak skuteczne. Od momentu urodzenia zmieniamy się, starzejemy, wyglądamy inaczej. To naturalny proces. Niby to wszyscy wiemy, ale chyba dla większości to jedynie teoria. Chcemy zatrzymać czas. Nie tylko medycyna estetyczna nam w tym pomoże. Jeśli się ćwiczy pranajamę codziennie, to skóra długo będzie naturalnie młoda. Jogini nawet w podeszłym wieku nie wyglądają na swoje lata. Mają młodą skórę. Wiele rzeczy się na to składa. Pewne procesy można opóźniać, ale nie bez końca. Takie jest życie.

Czyli kluczem jest akceptacja? Tak. Na Wschodzie mówi się, że wartości od zewnątrz kierują się ku wnętrzu. Ale musi być praca, refleksja, zastanowienie. Skóra ma prawo się zmieniać. Będę o nią dbać, ale muszę zaakceptować, że to, co powstało, przemija. To, co nie przemija, to wartości. Cała kultura Zachodu skupiona jest na tym, co na zewnątrz. Na wyglądzie, na skórze, na opakowaniu. Wszyscy się tą zewnętrzną młodością zachwycają i pewnie dlatego nie potrafimy spojrzeć głębiej. Nie widzimy tych wewnętrznych wartości w sobie, nie szukamy ich też w innych. Budowanie mądrości, o którym mówimy też w kontekście menopauzy, to przefiltrowanie rzeczy, które nam nakazuje społeczeństwo. I wybranie tego, co mnie służy, na czym mogę budować swoje poczucie własnej wartości. To wymaga odwagi i świadomości. Tego aspektu duchowego, emocjonalnego nie da się kupić, żaden lekarz nie wypisze na to recepty.

Na to nie, ale na fizyczne objawy menopauzy już tak. A przecież bywa, że się w tym czasie po prostu źle czujemy, źle śpimy, mamy uderzenia gorąca, bóle głowy, wahania nastroju. Tu już lekarz może pomóc? Kiedy mamy wyraźne objawy, takie jak na przykład bezsenność, można myśleć o suplementacji hormonalnej. Oczywiście dobranej indywidualnie. Nie każdy potrzebuje tego samego i w takiej samej dawce. Trzeba dopasowywać leczenie do pacjenta. Czasem kobieta w pędzie życia po prostu przegapia różne drobne sygnały ze strony organizmu, „budzi się” dopiero, kiedy zaczynają się uderzenia gorąca. Wtedy idzie do lekarza. Zaczynamy się wtedy przyglądać, badamy poziom hormonów, pytam o rodzaj miesiączek, czy są obfite, czy skąpe, jaka jest ich regularność, czy są krótkie, czy długie. I dobieramy kurację. Czasem wystarczą zioła, choćby olej z wiesiołka, czy zmiana diety tak, żeby było w niej więcej fitoestrogenów, dobrych olejów. Albo włączenie jogi – ona świetnie reguluje układ nerwowy. Niektórym kobietom takie zmiany pomogą i nie trzeba robić nic więcej. Ale dla innych to za mało – potrzebują uzupełnienia hormonów. I znowu – możliwe, że wystarczy bioidentyczny progesteron i poprawi się samopoczucie pacjentki, zmniejszą się obfite krwawienia i inne uciążliwe objawy. Zawsze ważna jest dobra dieta. To fundament gospodarki hormonalnej i prawidłowej pracy jelit. Co z tego, że lekarz hormony wypisze – jeśli ty sama niczego w diecie nie zmienisz, będziesz tych hormonów potrzebowała więcej i więcej. Dla prawidłowej pracy hormonów znaczenie ma też nasz stan emocjonalny. Jeśli w tym czasie kobieta mierzy się z trudnymi sprawami – problemami w związku, w pracy czy odejściem z domu dzieci – objawy mogą się pogłębiać. Tylko żeby wszystko właściwie zdiagnozować, trzeba poznać pacjenta. Dziś w medycynie jest niestety tendencja do patrzenia nie na pacjenta, ale na wyniki badań, i to na ich podstawie ustala się leczenie. A jeśli poznamy kobietę, jej problemy, możemy zobaczyć, że nie każda potrzebuje tej samej dawki hormonów. Czasem w ogóle hormonów nie potrzebuje.

Nie należy więc pani do lekarzy, którzy od razu na wstępie zapisują hormonalną terapię zastępczą (HTZ)? Powiem tak: zapisuję ją zawsze, kiedy jest potrzebna. Jestem zwolenniczką mądrej pomocy, która nie obciąży dodatkowo ciała i będzie działać dłuższy czas. Często trafiają do mnie pacjentki, które od dawna brały HTZ. I nagle ich lekarz orientuje się, że to trwa już pięć czy sześć lat i mówi: „Oj nie, koniec, taka terapia niesie ze sobą ryzyko, już recepty nie wypiszę”. A ciało kobiety uzależniło się już w jakimś sensie od hormonów i nagle koniec, ucinamy to jak nożem. Ja wtedy mówię: „Nie, zrobimy inaczej, możesz brać hormony, ale może przejdziemy na bioidentyczne, dopasujemy dawkę do ciebie, a jak hormon jest naturalny i dawka dobrze dobrana, możesz brać, dopóki potrzebujesz”. Nikt nie zabiera choremu hormonów tarczycy, bo nagle wpada na pomysł, że to za długo trwa. Nikt cukrzykowi nie zabierze insuliny. A może być i tak, że kiedy wprowadzimy w życie inne zmiany, jak dieta czy joga, to za jakiś czas te hormony nie będą w ogóle potrzebne. Ale wszystko powoli. Z głową. Czasem jest na przykład wysokie ryzyko osteoporozy – wtedy hormony trzeba brać dłużej. Ale przy hormonach bioidentycznych to sprawa absolutnie bezpieczna. Jestem zwolenniczką tego, co może pomóc, bo chodzi o jakość życia, o wsparcie dla kobiety.

Co to takiego hormony bioidentyczne? Doktor Christiane Northrup w swojej książce „Mądrość menopauzy” pisze o nich: „idealny projekt natury”. Stosuję je w swojej praktyce od 25 lat. To hormony, które mają strukturę identyczną jak te wydzielane przez nasz organizm. Są oczywiście progesterony syntetyczne, mające zmienioną strukturę, czasem trzeba z nich korzystać – na przykład kiedy jest obfite krwawienie. Ważne, by pilnować indywidualnego dawkowania.

Jak poza hormonami można sobie pomagać? Joga, co jeszcze? Masaże relaksacyjne. Uważam, że są bardzo pomocne. Różnego typu: shiatsu, tajskie, ajurwedyjskie, lomi lomi, terapia czaszkowo-krzyżowa, także refleksoterapia, akupresura. To nie tylko relaks. Zaburzenia hormonalne wynikają też ze złego metabolizmu, ze stresu – masaże pomogą w odprężeniu. Do tego ćwiczenia oddechowe, joga, medytacja.

I dieta. Jaka? Fitoestrogeny to istotna sprawa. Bardzo ważne, żeby przewód pokarmowy prawidłowo pracował, żeby nie było zaparć, żeby oczyszczały się jelita, wątroba. Zwłaszcza jeśli bierzemy hormony, wątroba przecież je metabolizuje, musi być sprawna, nieobciążona. Tak więc dużo błonnika, czyli warzywa, dobre probiotyki, kiszonki, zakwasy, dobre oleje, dobre tłuszcze, soczewica, ryby, jeśli ktoś lubi. Nie pijmy pięciu kaw dziennie, bo to wypłukuje magnez, pilnujmy, by nie jeść zbyt późno, wieczorami, bo to nie wpływa dobrze na metabolizm, a tym samym na gospodarkę hormonalną.

A co z suplementacją? Są suplementy, które trzeba brać sezonowo – na przykład jesienią i zimą witamina D3, teraz, w czasie obniżonej odporności, witamina C. To coś, co można zalecić każdej kobiecie, nie tylko podczas menopauzy. Ważne są kwasy omega, można je przyjmować w kapsułkach czy w płynie, jak tran. Pomocne w pracy jelit są probiotyki – choć to nie muszą być tabletki, może też być choćby olej z wiesiołka, zioła.

Mówi pani, że czas menopauzy to czas oczyszczenia. Tworzymy nowy porządek? Tak – i możemy na nim budować coś nowego, dla siebie. Bo często wcześniej kobieta o sobie zapominała. Oczywiście nie zawsze – niektóre z nas mają naturalną, instynktowną zdolność dbania o siebie, mądrego, i nie ma to nic wspólnego z egoizmem. Inne gromadzą wiedzę, nie mają za to kontaktu z własnym ciałem, czytają książki, a nie bardzo umieją czytać siebie, nie dostrzegają własnych potrzeb czy ograniczeń. Bardzo istotne jest, żeby słuchać organizmu, on nas pokieruje.

Chyba kiedyś to umieliśmy, ale zapomnieliśmy… To ogromny problem. Żyjemy w czasach nadmiaru. Nadmiaru wszystkiego, rzeczy, jedzenia, informacji, bodźców. I widzę pacjentki, które się w tym nadmiarze gubią. Przeczytały 2 tysiące książek, ale nie mają kontaktu z własnym ciałem. Nie widzą siebie. A jak nie czyta się sygnałów płynących z ciała, trudno potem sobie pomóc. Ten nasz wewnętrzny ekspert to przekleństwo. Mówię zawsze: trzeba poczuć. Obudzić świadomość. Wszystko, czego potrzebujemy, jest w nas. Medycyna jest cudowna, ale też się zmienia. Kiedyś była moda na hormony, teraz przyszła na suplementy, na naturę, a my o tym czytamy, uczymy się, szukamy ciągle na zewnątrz. A nikt nam nie mówi, że cały skarb jest w nas. Mamy w sobie najlepszego nauczyciela i terapeutę. Teraz, kiedy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. Nie musisz chodzić do dietetyka, żeby wiedzieć, jak masz jeść. On może ci rozpisać teoretycznie idealny jadłospis na cały tydzień, ale skąd ma wiedzieć, czego dziś potrzebujesz? Czy masz dzień ciężki, czy nie, czy wstałaś wyspana, czy po bezsennej nocy? Czy boli cię głowa, czy masz masę energii? Każdy dzień jest inny, ciało pracuje inaczej – musisz się nauczyć to rozpoznawać. Oczywiście mówimy tu o mądrej diecie, nie o słodyczach czy rzeczach niezdrowych, ale podstawową wiedzę przecież każda z nas ma. Nikt poza tobą nie będzie wiedział, co jest dla ciebie teraz dobre. Trzeba nauczyć się to rozpoznawać. To jest dziś najważniejsze. 

Preeti Agrawal doktor nauk medycznych, specjalistka ginekologii i położnictwa oraz specjalistka medycyny integracyjnej; założycielka Integrative Medical Center w Żernikach Wrocławskich, www.imc.wroc.pl