Jak wychować szczęśliwe dzieci? – Wojciech Eichelberger w rozmowie z Anną Mieszczanek

Wychowanie dziecka – w sensie psychologicznym – wcale nie zaczyna się od działań podejmowanych wobec tej nowej osoby, która właśnie pojawiła się w naszej rodzinie. Wychowanie naszego dziecka zaczęło się dawno, dawno temu. Tak dawno, jak dawno zaczęła się historia naszej rodziny.

Sposób wychowywania dzieci był w tej rodzinie przekazywany przez lata, z pokolenia na pokolenie. Dlatego to, jak sami wychowujemy nasze dzieci, zależy w ogromnej mierze od tego, jak nas wychowywano i w jaki sposób przetrwało to w naszej pamięci, naszym doświadczeniu.

Gdy więc zabieramy się do wychowywania dzieci, najpierw musimy w sobie odkryć to, co psychologowie nazywają naszym wewnętrznym dzieckiem. Musimy je odkryć, odchuchać, zatroszczyć się o nie. Jeśli tego nie zrobimy, nieuchronnie będziemy przenosić na dzieci własne doświadczenia z dzieciństwa. Innymi słowy – będziemy traktować nasze dzieci tak samo, jak nas traktowano. Nawet jeśli nasze intencje będą zupełnie inne.

Bardzo często ludzie mówią: „zrobię wszystko, żeby moje dzieci nie zaznały tego, co było moim udziałem. Na przykład jeśli dzisiejszy ojciec czy matka byli jako dzieci zaniedbywani, opuszczeni przez rodziców – bardzo chcą o własne dzieci dbać, nie odstępują ich na chwilę, chronią je. Wydaje im się, że się o te dzieci troszczą, że ich nie zaniedbują, nie opuszczają. A w istocie fundują im takie samo doświadczenie, jak ich własne. Sami jako dzieci nie doświadczyli prawdziwej troski i to, co teraz próbują dać dziecku, też nie jest troską, choć tak bardzo się starają. W psychologicznym sensie ich dziecko jest tak samo opuszczone, jak oni kiedyś.

Bo ci rodzice nie umieją naprawdę zobaczyć swojego dziecka?

Nie mogą, nie umieją zobaczyć jego prawdziwych potrzeb. Nie umieją zobaczyć w swoim dziecku tego wszystkiego, czego i w nich kiedyś nie zobaczono. Ich nadmierna nadopiekuńczość, a co za tym idzie, i nadmierna kontrola sprawiają, że dziecko jest psychologicznie w takiej samej sytuacji jak oni kiedyś. Jest ignorowane, nie ma w swoich rodzicach oparcia, nie ma przestrzeni do życia i rozwoju. Jest wychowywane zgodnie z teoretycznym, wymyślonym, projektem, który tylko w mniemaniu rodziców stanowi przeciwieństwo tego, czego sami w dzieciństwie doświadczyli.

Niełatwo przyjąć receptę, którą proponujesz. Bo jak to – myśli ojciec i matka – nie wystarczy, że się staram? Że czytam mądre książki? Że poświęcam na to tyle czasu? Jeszcze do tego wszystkiego mam się zająć własnym dzieciństwem, własnym „środkiem”? Po co?

Właśnie po to, żeby to, co chcę dać mojemu dziecku, było zakorzenione w moich doświadczeniach. Żeby nie wynikało tylko z teoretycznego projektu. W tym, co sami przeżyliśmy, czegośmy doświadczyli, co „mamy w kościach”, tkwi ogromna siła. Wiedza czerpana z najlepszych książek może tylko w niewielkim stopniu zmodyfikować siłę naszego własnego doświadczenia.

Znam wiele osób, które będą się upierać, że wystarczy różne rzeczy wiedzieć, wystarczy „używać głowy”, żeby dobrze wychować dziecko. Bez grzebania we własnych, zwykle niezbyt przyjemnych doświadczeniach.

Wielu z nas nie chce uwierzyć, że naprawdę mamy podświadomość i nieświadomość. I że to, co przeżywamy jako świadomą część nas samych, jest tylko czubkiem góry lodowej. Nie chcemy uwierzyć, że póki nie zajmiemy się poszerzaniem pola własnej świadomości – tak, by obszary podświadome i nieświadome były uświadamiane, włączane w obręb tego, co możemy zrozumieć – naszym życiem kierują z ukrycia siły zupełnie nam nieznane. Dlatego tak ważne jest przypomnienie sobie i włączenie w obręb naszego dorosłego doświadczenia tego, co przydarzyło się nam w dzieciństwie, a o czym próbowaliśmy – często skutecznie – zapomnieć.

(…)

Więcej w książce „Jak wychować szczęśliwe dzieci” Wojciecha Eichelbergera w rozmowie z Anną Mieszczanek, wyd. Zwierciadło. Książka dostępna w naszym sklepie internetowym.