1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Małe Dzieci

Małe Dzieci

Na placyku zabaw, na pobliskim basenie, w domach i na ulicach rozlegają się radosne krzyki rozbrykanych dzieci. Ich rodzice, młode pary na dorobku, starają się zapewnić swoim pociechom jak najlepsze warunki: mężowie pracują, żony zajmują się domem (w przypadku Brada jest odwrotnie – to on gra w rodzinie rolę niańki).

Niby sielanka, a nie widać szczęśliwych twarzy. Na ekranie rośnie trudne do określenia napięcie, życie niedostosowane do własnych potrzeb rodzi stres codziennego niespełnienia. Stąd już tylko krok od pragnienia ucieczki w choć trochę inny świat, ucieczki, która przybiera najbanalniejszą postać… romansu z sąsiadem/sąsiadką. U innych narastający stres przejawia się w groźniejszy sposób – jako agresja wobec pedofila z sąsiedztwa, który właśnie wyszedł z więzienia. Field to osobowość reżyserska dużego formatu. Jego ostre obserwacje pozbawione są złudzeń, ale nie empatii.

Little Children, USA 2006, reż. Todd Field, wyk. Kate Winslet, Jennifer Connelly, Patrick Wilson, Jackie Earle Haley, dystr. Warner

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Tkane historie – z wizytą u podlaskich tkaczek

Karolina Radulska przy krosnach. (Fot. Karolina Jonderko)
Karolina Radulska przy krosnach. (Fot. Karolina Jonderko)
Jest ich zaledwie 14. Na swoich krosnach podlaskie tkaczki snują − w dwóch kolorach − opowieści o życiu, przyrodzie, otaczającym świecie. Tak powstają unikalne i zjawiskowe tkaniny dwuosnowowe, niemal zapomniana już sztuka ludowa.

Do tej historii doskonale pasowałby początek „Za górami, za lasami…”. Są w niej bowiem krosno i wrzeciono oraz bajkowo brzmiąca nazwa „Kraina Wątku i Osnowy”. Poza tym historia dzieje się jak najbardziej współcześnie, a wspomniana kraina znajduje się jakieś dwie i pół godziny jazdy samochodem od Warszawy.

O niewielkim Janowie, położonym na obrzeżach Puszczy Knyszyńskiej, mówi się, że to stolica polskiej tkaniny dwuosnowowej. Wełnianej, utkanej z dwóch kolorów nici na liczących czasem nawet ponad sto lat krosnach, takiej, której powstanie zajmuje dużo czasu i wymaga cierpliwości. Tkaniny wykonywanej unikalną techniką dwuosnowową, która przetrwała na tych terenach od drugiej połowy XIX wieku.

Tkanina nad którą pracuje Karolina Radulska. (Fot. Karolina Jonderko)Tkanina nad którą pracuje Karolina Radulska. (Fot. Karolina Jonderko)

− Od tamtej pory dwie rzeczy pozostały niezmienne: materiał i metody. Dwuosnowowe tkaniny zawsze powstają z nici wełnianej, którą pozyskujemy z gór, to musi być stuprocentowa owcza wełna. Tkaczki najpierw przędą na kołowrotku nici, następnie je skręcają i barwią. Kiedyś do nadania kolorów używano kory drzew, liści pokrzywy czy łusek cebuli. Dzisiaj stosuje się farby syntetyczne. Potem tworzą osnowę, czyli sposób ułożenia nici. Charakterystyczne jest to, że tkaniny u nas zawsze powstają z dwóch kontrastowych kolorów − podkreśla Karolina Radulska, najmłodsza tkaczka i jednocześnie opiekunka Izby Tkactwa Dwuosnowowego w Janowie. Wychowała się w Wasilówce w gminie Janów. Tkać nauczyła się od swojej teściowej Danuty Radulskiej.

Przyznaje, że tkanie pozwala jej nie tylko kontynuować rodzinną tradycję, lecz także pokazywać światu znakomitą sztukę ludową i chronić ją w ten sposób od zapomnienia. − Do tego mam poczucie, że tworzę coś pięknego i naprawdę wartościowego. I jednocześnie jestem w gronie 14 kobiet w Polsce, które potrafią tworzyć w tej najtrudniejszej technice tkackiej.

Tkanina „Kolędnicy” autorstwa Heleny Malewickiej. (Fot. Karolina Jonderko)Tkanina „Kolędnicy” autorstwa Heleny Malewickiej. (Fot. Karolina Jonderko)



Izba Tkactwa Dwuosnowowego w Janowie, którą się opiekuje, powstała 35 lat temu i zgromadziła w tym czasie prace ponad 20 artystów, którzy na przestrzeni tych lat tworzyli na tym terenie. Ściany zdobi ponad 50 dywanów i makat ich autorstwa. Wśród nich jest także praca Karoliny Radulskiej. Artystka podkreśla, że tkanina dwuosnowowa zawsze była jej bliska, bo do wąskiego grona podlaskich tkaczek, które stosowały tę technikę, należała jej babcia Aurelia Majewska. − Kiedy była młoda, na początku XX wieku, w Janowie pojawiła się Eleonora Plutyńska, artystka i profesorka Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Zafascynowana tkaninami zaczęła współpracę właśnie z moją rodziną, czyli babcią, rodziną Jaroszewiczów, Aleksandrą Radulską czy Reginą Maselbas.

Karolina Radulska przyznaje, że postać Eleonory Plutyńskiej miała bardzo duży wpływ na historię tkaniny dwuosnowowej. Dzięki jej współpracy z podlaskimi tkaczkami pojawiły się nie tylko nowe motywy wzornictwa, lecz także sposób tkania – wytwarzane tym sposobem dywany stały się grubsze.

Ludgarda Sińsko i jej praca 'cztery pory roku'. (Fot. Karolina Jonderko)Ludgarda Sińsko i jej praca "cztery pory roku". (Fot. Karolina Jonderko)

Ważnym elementem tkanin dwuosnowowych są kompozycje tematyczne, które na nich powstają. Każda z tkaczek ma swój charakterystyczny, rozpoznawalny motyw. Wzory dzielone są na trzy kategorie: tradycyjne, związane z Eleonorą Plutyńską oraz opowiadania. Te pierwsze są najstarsze i przekazywane z pokolenia na pokolenie, nawiązują często do świata roślin, przykładem mogą tu być kwiaty czy gałązka winorośli. Opowiadania to z kolei historie utkane na dywanach, na przykład: las, zabawa, cztery pory roku. Eleonora Plutyńska pokazała natomiast tkaczkom, że mogą tworzyć z głowy, czyli po prostu motywy, które same wymyślą. Te trzy kategorie wzorów można też mieszać. Wszystko zależy od tego, jaką historię chce opowiedzieć autorka albo jaki motyw przewodni zamówi klient. Janowskie tkaczki tkają nie tylko dywany. Można u nich zamówić makatę na ścianę, poszewki na poduszki, torby, a nawet zakładki do książek. Ich prace są znane na całym świecie i trafiły do wielu galerii oraz kolekcji muzealnych, między innymi: w Niemczech, Szwajcarii, Stanach Zjednoczonych, Australii czy Japonii.

Izba Tkactwa Dwuosnowowego w Janowie z muralem namalowanym przez Arkadiusza Andrejkowa. (Fot. Karolina Jonderko)Izba Tkactwa Dwuosnowowego w Janowie z muralem namalowanym przez Arkadiusza Andrejkowa. (Fot. Karolina Jonderko)


Kilka lat temu, dla podtrzymania, ale też ożywienia tradycji tkackich w regionie, powstał Szlak Turystyczny „Kraina Wątku i Osnowy”. Prowadzi przez tereny dwóch gmin, Janowa i Korycina, bo tutaj mieszka większość tkaczek. Szlak obejmuje 14 pracowni. Kiedy wchodzimy do jednej z nich, w Janowie, słychać najpierw charakterystyczny stukot pracy krosna. Niewielka pracownia wypełniona jest słońcem, a na ścianach porozwieszane są tkaniny dwuosnowowe, wszędzie widać leżące nici. Światło, które wpada przez okno, ciepło oświetla uśmiechniętą Ludgardę Sieńko, która właśnie pracuje przy ponadstuletnim krośnie. Pochylona ze skupieniem tka kolejny dywan, który tym razem pojedzie do Gdańska. − Klientów mam z całej Polski, ale też z innych krajów. Najczęściej zamawiają właśnie dywany, a taki o wymiarach, powiedzmy, półtora metra na dwa to jest dużo pracy. Zajmuje przynajmniej miesiąc – pani Ludgarda wie, co mówi, ma za sobą kilkadziesiąt lat doświadczenia.

Każdego roku, zazwyczaj latem, w Janowie odbywają się warsztaty tkackie, podczas których tkaczki dzielą się swoimi umiejętnościami. Wtedy też organizowany jest dla artystek konkurs na tkaninę dwuosnowową. Tak będzie i w tym roku. Przez lipiec i sierpień w Izbie Tkactwa Dwuosnowowego będzie można wziąć udział w warsztatach. 12 września planowane są rozwiązanie konkursu oraz Janowskie Sploty – Święto Tkactwa i Tradycji.

  1. Psychologia

Sama czy samotna? – Jak poradzić sobie z samotnością?

W natłoku codziennych spraw większość ludzi wciąż gna z miejsca na miejsce. Bardzo niewielu z nas znajduje czas, by przystanąć i rozejrzeć się wokół. W rezultacie tracimy wiele okazji do nawiązania kontaktu. (fot. iStock)
W natłoku codziennych spraw większość ludzi wciąż gna z miejsca na miejsce. Bardzo niewielu z nas znajduje czas, by przystanąć i rozejrzeć się wokół. W rezultacie tracimy wiele okazji do nawiązania kontaktu. (fot. iStock)
Istnieje subtelna różnica pomiędzy byciem samym a czuciem się samotnym i ważne jest, byś umiał odróżnić jedno od drugiego. Bycie samym to przebywanie w pojedynkę – takie doświadczenie może odświeżać i wzmacniać, a dla niektórych osób ma wartość terapeutyczną. Może jednak przerodzić się w poczucie samotności. Przebywanie w pojedynkę staje się wówczas nie do zniesienia i pragniemy nawiązać kontakt z innymi, ale przychodzi nam to z trudem – wyjaśnia Hope Kelaher, psychoterapeutka, autorka książki „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu”.

Każdemu z nas zdarza się być zarówno samym, jak i samotnym. Można jednak doświadczać samotności również w towarzystwie. Pamiętasz sytuację, kiedy byłeś otoczony ludźmi, ale jakoś nie mogłeś znaleźć z nimi wspólnego języka? Takie momenty mogą wiązać się z poczuciem samotności, niekiedy potwornie bolesnym. Niestety, są także bardzo powszechne, doświadczają ich miliony osób. Statystyki wskazują, że niemal w każdej chwili prawie połowa Amerykanów czuje się samotna, przy czym poczucie to jest bardziej dotkliwe dla osób młodszych niż dla starszych.

Samotność w epoce mediów społecznościowych może doprowadzić do przekonania, że więcej znaczy lepiej – obserwowania niezliczonych osób na Instagramie albo przewijania w prawo każdego zdjęcia na Tinderze. Jednak więcej nie zawsze znaczy lepiej. Część osób odczuwa samotność mimo posiadania 5, 15 czy nawet 50 głębokich więzi. Inne skwapliwie korzystają z każdej okazji do znalezienia towarzystwa i w rezultacie spędzają czas z nielubianymi osobami, co tylko nasila u nich poczucie przygnębienia i samotności.

Zdarza się, że uczucie samotności wynika z czynników innych niż brak przyjaciół czy wysokiej jakości relacji. Niekiedy trudno jest określić wyraźny, oczywisty powód. Do odczuwania przez dorosłego samotności może się jednak przyczynić wiele kwestii związanych nie z jego kręgami społecznymi, a z doświadczeniami z wczesnego dzieciństwa, niedostępnymi rodzicami lub traumą w relacji. Takie czynniki najlepiej jest odkrywać i przepracowywać podczas terapii z odpowiednio wykwalifikowanymi specjalistami.

Nie jesteś sam w swojej samotności - badania

Osamotnienie najtrafniej można opisać jako uczucie pojawiające się, kiedy chciałbyś mieć towarzystwo, ale nie jesteś w stanie go zdobyć – na przykład kiedy chcesz spotkać się z przyjaciółmi w piątkowy wieczór, ale wszyscy mają już jakieś plany. Samotne oglądanie Netflixa może być przykre, ale szybko mija.

Samotność różni się od osamotnienia, ponieważ ma charakter przewlekły – utrzymuje się przez cały czas.

Przewlekła samotność to dość powszechne zjawisko. Wyniki badań wskazują, że:

  • Niemal połowa dorosłych w USA skarży się na samotność lub wykluczenie.
  • Najbardziej samotne wydaje się pokolenie Z, urodzone w latach 1997–2013.
  • Na drugim miejscu plasuje się pokolenie Y, urodzone w latach 1981–1996.
  • Starsze pokolenia doświadczają samotności w mniejszym stopniu.

Zmaganie się z samotnością – wskazówki

Zapewne udało ci się już określić, w jakich sytuacjach jesteś sam, a wolałbyś nie być. Kolejny, trudniejszy krok to zaradzenie samotności. Wiadomo, że w przypadku niektórych osób przyczyny tego uczucia leżą głębiej niż w sieci społecznej, a zmierzenie się z głębokim podłożem samotności, wynikającym z traumy lub wczesnego dzieciństwa, może wymagać dłuższego czasu i pomocy specjalisty.

Zapewne zastanawiasz się, jak możesz samodzielnie poradzić sobie z uczuciem samotności w swej wyprawie w poszukiwaniu dobrych, znaczących przyjaźni. Poniżej znajdziesz propozycje sposobów, które pozwolą ci zwalczyć lub złagodzić to uczucie.

  1. Praktykuj samowspółczucie.

Pierwszy krok do pokonania samotności to spojrzenie w głąb siebie i przypomnienie sobie, że nawet w chwilach cierpienia nie jesteś sam. Przypomnij sobie statystyki. Postaraj się nie zadręczać i nie snuć negatywnej narracji na temat przyczyny swoich uczuć. Spróbuj zwrócić uwagę na coś, co się układa. Może ci się wydawać, że nie ma takiej rzeczy, ale to nieprawda. Zawsze da się znaleźć coś takiego. Nie musi to być nic wielkiego, wystarczą dwa drobiazgi. Może dziś rano obudziłeś się punktualnie, zanim zadzwonił budzik. Może dojazd do pracy był mniej koszmarny niż zwykle albo nie ma szefa, więc będziesz mógł wyjść nieco wcześniej. Może po drodze do domu zobaczyłeś uroczego psa i uśmiechnąłeś się na jego widok. Dostrzeganie małych rzeczy, które dają nam radość, pomaga być dla siebie dobrym. Ja na przykład w trudnych sytuacjach – na przykład po tym, jak osoba, z którą miałam zjeść w piątek kolację, odwoła plany, bo umówiła się z kimś innym, albo po kłótni z kolegą z pracy – staram się skupiać na pozytywach, choćby najmniejszych, które dostrzegłam przed negatywnym doświadczeniem. Na słonecznej pogodzie, ulubionej przekąsce albo pozytywnej rozmowie. Zauważam i zapamiętuję takie rzeczy, a później przypominam sobie, jakie uczucia we mnie wywołały. Pomaga mi to łagodzić uczucia negatywne wynikające z odwołanych planów lub kłótni.

  1. Bądź obecny.

To największe wyzwanie dla wszystkich, zwłaszcza w przypadku złego samopoczucia. Kiedy czujemy się przygnębieni, wolelibyśmy zrobić wszystko, byle NIE być tu i teraz.

Wyćwiczenie umiejętności skupiania się na chwili obecnej pozwoli ci jednak lepiej się dostroić do innych ludzi i otaczającego świata. W osiągnięciu tego celu mogą ci pomóc medytacja i codzienna praktyka uważności. Postaraj się codziennie wykonywać ćwiczenie oddechowe lub chodzić w sposób uważny. Niektórym osobom koncentrację na teraźniejszości ułatwia powtarzanie mantr. Moje ulubione to: „Nic nie jest stałe”, „Ani dobre, ani złe”, „Jestem tu i teraz” i „Nie ma dwóch takich samych chwil”.

  1. Choć raz dziennie zrób coś ludzkiego.

Pewna bardzo mądra osoba, godząca naukę, pracę i rodzinę, powiedziała mi kiedyś, że kluczem do ograniczenia ryzyka izolacji społecznej jest „zrobienie czegoś ludzkiego przynajmniej raz dziennie”. Oznaczało to dla niej opuszczenie osobistej przestrzeni. Siedzenie w swojej bańce może być łatwiejsze, ale nasila uczucie samotności. Upewnij się, że chociaż raz dziennie wyjdziesz gdzieś, by dać sobie okazję do osobistych kontaktów w innej fizycznej przestrzeni – choćby robiąc zakupy lub tankując auto.

  1. Zgadzaj się na wszystko (lub chociaż na tyle, na ile dasz radę).

Stare powiedzenie głosi, że jeśli nigdy nie przyjmujesz zaproszeń, to w końcu przestajesz je otrzymywać. Niestety, to prawda. Jeśli będziesz odrzucać okazję za okazją, mogą się one więcej nie powtórzyć. Przyjmowanie zaproszeń może być trudne, jeśli czujesz się samotny lub przygnębiony i instynktownie masz ochotę zagrzebać się w łóżku z Netflixem. Walcz z tym! Tak właśnie zrobiła moja przyjaciółka Ashley, która nie czuła się gotowa wrócić do częstych wyjść na miasto po kilkumiesięcznym pobycie u rodziców, gdzie dochodziła do siebie po poważnej operacji. Mogła wziąć na wstrzymanie i odrzucać zaproszenia – tak byłoby łatwiej. Zaczęła jednak czuć się samotna, a nie chciała pozwolić, by to uczucie i jej rekonwalescencja spowodowały jeszcze większe zaległości. Mimo zmęczenia i braku wprawy zaczęła przyjmować zaproszenia na lunche, mecze tenisa, koncerty i tak dalej. Stanowiło to dla niej wyzwanie, tym większe, że była z natury introwertyczką, ale znalazła w ten sposób chłopaka i troje przyjaciół, poszerzyła także swą sieć społeczną. Trzeba przyznać, że jej nowa mantra, „Po prostu powiedz »tak«”, zadziałała! W dodatku Ashley upiekła dwie pieczenie przy jednym ogniu – jest teraz znacznie mniej introwertyczna niż wcześniej!

  1. Zaplanuj czas.

Harmonogram daje poczucie zorganizowania, a niekiedy również celu. Większą część dnia pochłaniają nam plany zawodowe, ale czas wolny jest równie istotny. Jego planowanie nie musi być uciążliwe, a da ci okazję do uważności, zrobienia co dzień czegoś ludzkiego i kontaktów towarzyskich. Zamiast leniwie zastanawiać się, jak spędzić najbliższą niedzielę, i ryzykować, że za dużo czasu przesiedzisz w internecie lub przed telewizorem, postaraj się zaplanować wyjście do muzeum lub do kina. Znajdź czas, by przyrządzić ulubione danie i przygotować wstępnie lunche na cały tydzień. Gwarantuję, że poczujesz się dzięki temu bardziej produktywny, pewny i, przy odrobinie szczęścia, skuteczny.

  1. Ogranicz siedzenie przed ekranem.

Każdemu zdarza się zatracić w wędrówkach po internecie, a większość z nas spędza zbyt wiele czasu przed ekranem. Dane zebrane przez grupę Nielsen zajmującą się badaniami rynku wskazują, że dorośli Amerykanie spędzają ponad jedenaście godzin dziennie przed urządzeniami multimedialnymi. Sam ten fakt wyjaśnia, dlaczego tak wiele osób ma trudności z nawiązywaniem osobistych kontaktów. Jeśli podobnie jak wiele innych osób zmagasz się z uzależnieniem od elektroniki, możesz złagodzić doskwierającą ci samotność, spędzając mniej czasu przed ekranem. Im krócej będziesz przed nim siedzieć, tym więcej dasz sobie okazji do interakcji z innymi osobami i otoczeniem.

  1. Świadomie wykorzystuj czas przed ekranem.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby jednoczesne ograniczenie czasu spędzanego przed ekranem i wykorzystywanie go w sposób uważniejszy i bardziej świadomy. Jak wspomniałam powyżej, każdemu zdarza się utkwić w błędnym kole bezcelowego surfowania po sieci. Podobnie jak w przypadku uważnego chodzenia, aby świadomie wykorzystywać czas przed ekranem, należy określić jego cel. Zanim ponownie sięgniesz po urządzenie elektroniczne, zadaj sobie poniższe pytania: Co zamierzam osiągnąć za pomocą swojej następnej wizyty w internecie? Czy mógłbym wykorzystać ten czas, aby odnowić z kimś kontakt? Jak wiele czasu poświęcę na przewijanie i klikanie „Lubię to”? Czy mógłbym lub powinienem robić w tym czasie co innego? Czy czułbym się lepiej, gdybym robił to, zamiast błądzić po sieci?

  1. Spraw sobie zwierzaka lub pobaw się z cudzym.

Takie rozwiązanie nie jest odpowiednie dla każdego, ale posiadanie zwierzęcia poprawia nastrój i łagodzi uczucie samotności. Wyniki badań wskazują, że osoby mieszkające samotnie, ale posiadające zwierzę, ogólnie lepiej sobie radzą. Kontakt ze zwierzęciem nie jest w stanie całkowicie zastąpić wsparcia społecznego otrzymywanego podczas interakcji międzyludzkich, jednak z badań wynika, że posiadanie zwierzaka jest pomocne i może w wielu przypadkach zapewniać wsparcie emocjonalne. Wielu właścicieli zwierząt zyskuje dzięki swoim pupilom okazję do kontaktów i sposób na złagodzenie samotności. Posiadanie zwierzęcia oznacza chodzenie do sklepu zoologicznego, do weterynarza, a w przypadku psa – na spacery. Z moich doświadczeń jako właścicielki psa wynika, że samo wyprowadzanie go dostarcza wielu okazji do łatwego, spontanicznego nawiązania rozmowy. Zwierzak pomaga przełamać lody. Nawet jeśli sam nie możesz mieć psa, masz szansę odczuć związane z nim korzyści, pilnując czworonoga sąsiadów, odwiedzając kafejkę przyjazną zwierzętom czy pracując jako wolontariusz w schronisku.

  1. Porozmawiaj z kimś.

Zastanów się nad zwierzeniem się ze swoich uczuć bliskiej osobie. Okazanie w ten sposób wrażliwości może pogłębić waszą więź. Jeśli powiesz, co czujesz, komuś, kto się o ciebie troszczy, możesz też otrzymać od niego wsparcie społeczne i emocjonalne. Wiele lat temu pracowałam z Jonem, młodym człowiekiem, który przeprowadził się do Nowego Jorku po ukończeniu studiów i miał w pracy bardzo napięty grafik. Spędzał w niej tyle czasu, że pozostawało mu bardzo niewiele wolnego. Jon nie potrzebował bardzo intensywnych kontaktów towarzyskich – lubił od czasu do czasu pobyć sam, ale z czasem zbyt częste osamotnienie zmieniło się w samotność. Jon zdobył się na odwagę i opowiedział kilkorgu bliskich przyjaciół ze studiów o swoich problemach. Ku jego zaskoczeniu pospieszyli z pomocą. Zaczęli dbać o to, by częściej esemesować do Jona, odwiedzać go i wciągnąć go do swoich nowojorskich sieci znajomych. Dzięki swoim zwierzeniom mój pacjent nie tylko poczuł się lepiej – odwaga, jaką wykazał, ujawniając swą wrażliwość, pozwoliła mu nawiązać głębsze, bardziej znaczące przyjaźnie.

  1. Zacznij marzyć.

Takie zalecenie może się niektórym wydać nierozsądne, zwłaszcza w chwilach gorszego samopoczucia, ale wyobrażanie sobie, jak chcemy, by wyglądało nasze życie, pomaga. Udowodniono, że śnienie na jawie i fantazjowanie poprawia nastrój. Marzenia mogą mieć bardzo oczyszczające działanie i dawać chwilę wytchnienia w trudnych sytuacjach. Kiedy marzymy lub wizualizujemy, jak inaczej mogłoby wyglądać nasze życie, mózg przez cały dzień wykonuje drobne ćwiczenia z wizualizacji, sprawiając, że wprowadzamy mikrozmiany pomagające w dążeniu do wymarzonego celu. Czy potrafisz wyobrazić sobie, jak byś się czuł, gdybyś przyjął tamto zaproszenie albo poszedł na happy hour z kolegami z pracy? Czy fantazjując o tym, z kim chciałbyś mieć częstszy kontakt, łatwiej zdobyłbyś się na telefon do tej osoby lub odpisanie jej następnym razem, kiedy pierwsza się odezwie?

  1. Pozbądź się negatywnych myśli.

Zanim dowiesz się więcej o negatywnych myślach, musisz uświadomić sobie istnienie pętli przyczynowo-skutkowej pomiędzy myślami, uczuciami i zachowaniami. Terapia poznawczo-behawioralna opiera się na założeniu, że da się wprowadzić zmiany na każdym z tych poziomów: myśli, uczuć i zachowania. Jeśli doskwiera ci samotność, możliwe, że doświadczasz nieświadomych negatywnych myśli, które uznany psycholog i ekspert w dziedzinie szczęścia, dr Elisha Goldstein, określa skrótem NUTs od angielskiej nazwy Negative Unconscious Thoughts.

Negatywne myśli, kryjące się pod powierzchnią naszej świadomości, to między innymi głęboko zakorzenione przekonania. Te powiązane z uczuciem samotności to na przykład: „Nie zasługuję na przyjaciół”, „Kto w ogóle chciałby się ze mną przyjaźnić?” czy „Zawsze będę czuć się sam”. Takie nieświadome negatywne myśli wywołują negatywne uczucia, takie jak przygnębienie, i nasilają zachowania izolujące. Jak można zmienić tę negatywną pętlę przyczynowo-skutkową? Należy zacząć od odwrócenia początkowych negatywnych myśli lub ich przeformułowania w pozytywne. Na przykład negatywną myśl „Kto chciałby się ze mną przyjaźnić?” można przeformułować na „Wiele osób chciałoby się ze mną przyjaźnić”. Zastanów się, jaki wpływ na twoje uczucia i zachowania mogłaby wywrzeć myśl „Wiele osób chciałoby się ze mną przyjaźnić”. Taka automatyczna pozytywna myśl mogłaby wywoływać pozytywne uczucia i pozytywne zachowania.

Pomocne może być na początek nazywanie negatywnych myśli. Nazywając negatywne myśli, nie tylko stajesz się ich świadomy, ale także robisz pierwszy krok do pozbycia się ich. To ważna umiejętność – dopóki nie zrozumiesz swoich negatywnych myśli, nie będziesz w stanie ich zwalczyć ani przeformułować. Kiedy nabierzesz wprawy w przeformułowywaniu myśli, będziesz mógł wyjść ze strefy komfortu w nowe obszary dające sposobność do zawarcia przyjaźni.

Fragment pochodzi z książki Hope Kelaher „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia”. Książka przeznaczona jest przede wszystkim dla osób, które pragną budować szczere i bliskie relacje z ludźmi. Wyposażona w wiele ćwiczeń pomoże poznać i pożegnać rozmaite blokady, stojące na drodze do życia pełnego prawdziwych przyjaciół.

  1. Styl Życia

Alicja w krainie czarów – klimat Prowansji na warszawskim Ursynowie

Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Metafizyka – tym słowem można określić uczucie, jakiego doznaje się, wchodząc do mieszkania Alicji Radej. W jednej magicznej chwili przenosimy się z warszawskiego Ursynowa do francuskiej Prowansji. Tylko zamiast przez lustro przechodzimy przez czarodziejskie drzwi...

Drzwi od zewnątrz nie wyróżniają się spośród innych na piątym piętrze ursynowskiego bloku. Ale w środku stanowią kolaż ulubionych zdjęć i cytatów domowników. Jeden z nich najbardziej oddaje ducha tego domu: „Przyzwoitość. Lojalność. Uczciwość. Prawość. Szlachetność. Wierność prawdzie. Empatia”.

Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Dom niewątpliwie pachnie Francją. W dzień przez tiulowe firany z falbanami, które czasem bywają narzutą na kanapę, wpadają tu ciepłe promienie słońca, odbijając się w drewnianych, bielonych i patynowanych meblach oraz przeróżnych wysmakowanych drobiazgach. Wieczorem można okryć się pikowaną narzutą boutis, wtulić głowę w poduszkę z motywem Toile de Jouy, zatopić się w przepastnym „ludwiku” i przy świetle kryształowego żyrandola cieszyć oko paradą dekoracyjnych przedmiotów.

Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W poszukiwaniu spokoju

– Dom to dla mnie sanktuarium, nie tylko miejsce zaczepienia. Urządziłam go z czułością i rozwagą, wyczuleniem nie na mody, ale na to, czego faktycznie potrzebujemy – mówi Alicja Radej. Choć nie jest wielki, spokojnie mieści czteroosobową rodzinę i dwa przygarnięte psiaki. Ważnym miejscem w domu jest tak zwany ołtarz. Tego typu ołtarze były obecne w wielu kulturach na przestrzeni wieków, i nadal są. To miejsce, które emanuje spokojem na cały dom, wspomaga refleksję, przypomina o najważniejszych wartościach, celach życiowych, łącząc to, co duchowe, z fizycznym. Aby powstał, nie trzeba wiele. – U mnie jest to blat komody w centrum domu. Znajdują się tu cenne dla mnie i duchowo ważne przedmioty oraz zdjęcia najbliższych. Codziennie rano zapalam tutaj świece w intencji zdrowia i pomyślności rodziny i świata. Układam kwiaty, palę kadzidła. Ta chwila wypełnia dobrą energią na cały dzień – opowiada Alicja. – Bliska jest mi filozofia buddyjska, zgodnie z którą żyjemy: „Zmniejsz swoje pragnienia, a zmniejszysz swoje cierpienia”. Ale ponieważ wierzę, że trzon duchowy wszystkich religii jest jeden – bycie dobrym człowiekiem – otaczają mnie również figurki i obrazki z Biblii, mam kilka rzeźb Maryi, jest Święty Michał Archanioł. Mój dom rodzinny w Cieszynie był zresztą bardzo religijny i uduchowiony. Przeprowadzka do Warszawy 15 lat temu nie zmieniła tej potrzeby duchowości, a może nawet ją pogłębiła – dodaje.

Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym 'ludwikiem' wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym "ludwikiem" wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)


Kontakt z przyrodą ma dla Alicji niezwykłe znaczenie. I choć w dużym mieście jest to trudniejsze niż na wsi, Alicja nie tylko codziennie spaceruje po rezerwacie przyrody, do którego ma niedaleko, lecz także otacza się naturą w domu. Lubi kwiaty. W swojej książce „Prosto z roślin” akcentuje szacunek dla zwierząt i roślin, zapraszając do empatycznego spojrzenia nie tylko na naszych braci mniejszych, ale na całą Matkę Ziemię i w końcu na siebie samych, bo też zasługujemy na zdrowe życie, pełne harmonii.

Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Moc kryształów

Innym ważnym elementem są kryształy. – To naturalne klejnoty, które rodzi sama natura. Ich wkomponowanie w dom było wyzwaniem, bo chciałam uniknąć efektu sklepu geologicznego czy chatki nowoczesnej wiedźmy – kontynuuje Alicja. Kryształy używane są w holistycznym leczeniu od tysiącleci. Odkrywanie ich tajemnic oraz stosowanie ich dla podnoszenia poziomu własnej harmonii to jej ogromna pasja. Śmieje się, że niezła z niej sroka, choć tak naprawdę wybiera je z wielką rozwagą. – Ich piękno fascynuje mnie od lat. Dobrze się czuję w ich towarzystwie i pomagam innym korzystać z ich leczniczych dobrodziejstw. Kryształy mogą nam towarzyszyć na wiele sposobów. Przy medytacji, w kąpieli, podczas relaksacji – jestem przekonana, że każdy odczuje ich wpływ. Może to właśnie one emitują dobrą energię, bo wszyscy mi mówią, że nasz dom działa terapeutycznie – dodaje. A może to kwestia kolorów? Dominują tu pudrowe barwy nawiązujące do azjatyckich klimatów, które są Alicji także duchowo bliskie, i nieco pozłoty, symbolizującej słońce, jasność i radość. Jej zdaniem wnętrze ma wzbudzać emocje, inspirować i działać na zmysły. – W ludziach, przyrodzie, ale i w przedmiotach codziennego użytku zawsze szukam piękna – tłumaczy.

Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Wanna z szyldem

Przedmioty w tym domu nie mają raz na zawsze określonych funkcji: to, co wczoraj było narzutą, dziś jest obrusem, a jutro być może stanie się zasłoną. W roli jedynie dekoracyjnej występuje tutaj... zastęp emerytowanych zegarów; wszak szczęśliwi czasu nie liczą, ale mogą przyglądać się pięknej tarczy czy wahadłu.

Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Meble i ozdoby wędrują z salonu do sypialni, z sypialni do kuchni. – O każdym przedmiocie w moim domu mogę opowiedzieć historię, bo to głównie rzeczy z odzysku, wiekowe rzemiosło albo meble, które wykonał mój mąż. Także drzwi są jego dziełem – wylicza Alicja. – Moje ukochane materiały to drewno, len, stare szkło, antyczne koronki, ręcznie tworzona ceramika i stara porcelana. Lubię spękania, sprucia czy wypłowienia – to dla mnie znaki życia przedmiotów, ich historii.

Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W urządzaniu liczą się też zabawa konwencją i humor. Stąd za przedmioty dekoracyjne robią w mieszkaniu Alicji cekinowe torebki wizytowe w stylu vintage czy hinduskie elementy ubioru. Z kolei nad wanną znalazł się stary szyld „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. – Chętnie zestawiam to, co zgrzebne, z pałacowym, rustykalne – z etnicznym. I lubię, gdy całość jest ciepła, przyjazna oraz kobieca – mówi właścicielka.

  1. Psychologia

Żadnych obowiązków! – Katarzyna Miller o sztuce nicnierobienia

Nie czekajmy na urlop. Fundujmy sobie siedzenie na ławce w słońcu i spacer w deszczu, brodzenie w liściach, zbieranie kasztanów, zagapianie się na chmury. Róbmy sobie długą kąpiel, naprzemienny prysznic, siedźmy z fajnymi ludźmi przy dobrym jedzonku... (fot. iStock)
Nie czekajmy na urlop. Fundujmy sobie siedzenie na ławce w słońcu i spacer w deszczu, brodzenie w liściach, zbieranie kasztanów, zagapianie się na chmury. Róbmy sobie długą kąpiel, naprzemienny prysznic, siedźmy z fajnymi ludźmi przy dobrym jedzonku... (fot. iStock)
Człowiek ma wobec siebie obowiązek – co jakiś czas dostarczyć sobie czas bez obowiązków. Nie ma nic bardziej perfidnego niż pracoholizm i perfekcjonizm.

„Chyba najmilej wspominam taki czas – opowiada Jagoda – gdy któregoś lata przyjechała do mnie na dłużej moja siostra. Cud zaczynał się od świtu. Wstawałyśmy wcześnie i siadałyśmy z kawą na tarasie z widokiem na Wisłę okutane w koce. Było mokro i chłodno. Słodko pachniało świeżością. Nad rzeką unosiły się mgły. Leżałyśmy na leżakach, nic nie mówiąc. Robiło się coraz cieplej. I kiedy już odrzuciłyśmy koce, zaczynałyśmy rozmawiać o tym, co dzisiaj chcemy robić. I żadnych obowiązków. To było najprawdziwsze szczęście…” – Jagoda, opowiadając to, promienieje.

Poleciałam parę lat temu na Sri Lankę. Z Lidką. Podróż była długa i uciążliwa. Po dobiciu na miejsce od razu walnęłyśmy się do łóżek. Przespałyśmy cały pierwszy dzień i nic nie wskazywało na to, że mamy ochotę wstawać. Późnym wieczorem zaczęło mnie męczyć coś na kształt poczucia winy pomieszanego z poczuciem obowiązku i odezwałam się: „Lidziu, a może powinnyśmy choć na chwilę wyjść na plażę, przywitać się z oceanem, w końcu dla tej wody tu przyleciałyśmy głównie”. Na co Lidka, najspokojniej, przewracając się na drugi bok: „A co ty myślisz, że jutro tam tej plaży już nie będzie?”. Uff, kompletnie uspokojona i rozbawiona geniuszem L. kolejny raz pogratulowałam sobie towarzyszki wakacji. Żadnych obowiązków. To nam się naprawdę zawsze udaje.

Zbyszek wspomina, jak bosko się złaził w górach z kumplem. Docierali do jakiegoś punktu widokowego, stali, patrzyli, czasem mruknęli do siebie: „O jak tu, k… pięknie”, i szli dalej. „Ale wypocząłem, na długo starczyło – mówi. – Będziemy powtarzać”.

Człowiek ma wobec siebie obowiązek – co jakiś czas dostarczyć sobie czas bez obowiązków. Dla higieny psychicznej i fizycznej. A w naszym wewnętrznym wyposażeniu, które większości z nas zostało po wychowaniu rodzicielskim, słychać nakazy: „Nie gap się tak bezmyślnie!”, „Nie leń się, robota się sama nie zrobi!” itd. Ten przykry, popędzający głos Wewnętrznego Rodzica smaga nas jak batem, używając w wielkiej ilości wyrażeń typu: musisz, powinnaś, nie wolno ci, tak trzeba!

Większość z nas lubi swoje obowiązki, docenia ich wartość dla dobrostanu życia, ich motywacyjną moc. Wiemy też, że samo nicnierobienie jest nudne na dłuższą metę, że nasze działania nas określają, kształtują, czynią potrzebnymi. Ale nie ma nic bardziej perfidnego niż pracoholizm i perfekcjonizm. Pozornie prospołeczne, prozadaniowe te nałogi są po prostu nieludzkie. Odrywają człowieka od otoczenia, najbliższych, przyrody, przeżywania życia. A najbardziej od siebie samego. Są strasznym przykładem, dawanym jakże często za wzór. I istnieje zarówno pracoholizm biznesmena, jak i gospodyni domowej.

A tymczasem jak snu i słońca potrzebujemy czasem, żeby nam coś ugotowali albo żebyśmy sobie coś sami upichcili w menażce na ogniu. Potrzebujemy płodozmianu. Spływ kajakowy funduje zajęcia, które są tak inne niż nasze codzienne, że aż są samą frajdą.

Nie czekajmy na urlop. Fundujmy sobie siedzenie na ławce w słońcu i spacer w deszczu, brodzenie w liściach, zbieranie kasztanów, zagapianie się na chmury. Róbmy sobie długą kąpiel, naprzemienny prysznic, siedźmy z fajnymi ludźmi przy dobrym jedzonku…

Nabądźmy mądrości bacy. Zapytany przez dziennikarza: „Baco, a co wy tak najczęściej robicie?” – odpowiedział: „Ano, siedzę i myślę”. „A jak nie macie czasu?” – drążył dziennikarz. „A, wtedy ino siedzę”.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Kultura

Ukobiecanie – rozmowa z Wandą Hagedorn, autorką najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory i decyzje. One nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są – mówi Wanda Hagedorn, autorka „Totalnie nie nostalgii” i „Twarzy, brzucha, głowy”, najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce.

Kiedy umawiałyśmy się na wywiad, w mejlu do pani napisałam „wszyscy nasi rozmówcy”. Od razu pani zareagowała: „Mam nadzieję, że rozmówczynie także”, upominając się o uwzględnienie kobiet w użytej przeze mnie liczbie mnogiej. Sporo się ostatnimi czasy zmieniło, coraz częściej stosujemy w języku polskim feminatywy, mówiąc: „lekarka, rektorka, reżyserka”. Dla pani, jak rozumiem, to dopiero początek zmian, jakie powinny zajść?
Nie tylko dla mnie jest to ważne, w wielu krajach toczy się batalia o „przepisanie” języka. To oczywiście trudny projekt – wymyślić język, który by odzwierciedlał nową genderową rzeczywistość, byłby kompletnie inkluzywny, nie wykluczał nas, kobiet. Wiem, że taka kampania jest teraz w Polsce – żeby mówić „psycholożka”, „naukowczyni”, „antropolożka” – i zdaję sobie sprawę, że te „nowe” żeńskie rzeczowniki brzmią na początku dziwnie, nawet niezdarnie, wydają się za długie, ale jestem pewna, że wkrótce wszyscy do nich przywykną. Pomijanie kobiet w języku kreuje dziurę językową, przyczynia się do naszej niewidoczności w sferze publicznej, jest uwłaczające i obraźliwe.

Ktoś mógłby się spierać, że przecież to tylko słowa, niewinne formy gramatyczne, które dość powszechnie uważa się za neutralne.
Pani mówi „uważa się”, a ja pytam, kto uważa? Rodzaj męski nie jest neutralny, a już na pewno nie jest niewinny. Odzwierciedla seksistowską historię i tradycję dozorowaną przez mężczyzn. Dzisiaj, ponieważ role kobiet w społeczeństwie i polityce zmieniły się diametralnie, uważanie męskich form gramatycznych za neutralne fałszuje rzeczywistość.

Pani debiutancką „Totalnie nie nostalgię” uznano za jeden z najlepszych polskich komiksów obyczajowych minionej dekady. Także „Twarz, brzuch, głowa” wywołuje w Polsce sporo zamieszania. Tymczasem pani od ponad trzech dekad mieszka w Australii, od lat pracuje w organizacjach pozarządowych. Jak to się stało, że zajęła się pani pisaniem, i dlaczego wybór padł akurat na komiks?
Moja praca w Australii była bardzo bliska tego, co chciałam zawsze w życiu robić: sektor NGO dawał mi poczucie, że przyczyniam się do sprawiedliwszego świata, do wyrównywania ludzkich szans. Natomiast moim pierwszym i najsilniejszym pragnieniem było pragnienie tworzenia. Zawsze chciałam pisać, robić filmy, teatr. Kiedy przyjechaliśmy do Australii, nie mogłam tego robić, bo musieliśmy się tutaj z Markiem, moim partnerem, zorganizować życiowo i utrzymać, a praca twórcza, jak wiadomo, zabiera dużo czasu, a daje niewiele dochodu. Pracowaliśmy oboje na pełny etat, mieliśmy dzieci w szkole podstawowej. Niemniej wiedziałam, że prędzej czy później uda mi się wrócić do tworzenia. Przymierzałam się na przykład do robienia teatru ulicznego w Melbourne z młodzieżą sudańską, ale ten projekt nie wyszedł.

Dlaczego wybrałam komiks? Bo trafiłam na Alison Bechdel [autorkę powieści graficznych „Fun Home” i „Jesteś moją matką?” – przyp. red.]. Odnalazłam się w jej komiksach, znalazłam podobieństwa do własnych doświadczeń. Zachwyciły mnie jej czarny humor i autoironia. To Bechdel zainspirowała mnie do napisania „Totalnie nie nostalgii”. Wiedziałam oczywiście, że komiksu sama nie narysuję, ale na pewno dam radę napisać scenariusz. Będę musiała zaprosić rysowniczkę albo rysownika do współpracy i cały projekt będzie jeszcze większą frajdą.

Przy pierwszym tytule pracowała pani z Jackiem Frąsiem. Przy drugim – z Olą Szmidą. Płeć Oli miała znaczenie?
Tak. Wierzę, że wspieranie siostrzeństwa w każdej sferze życia jest niezwykle ważne, zwłaszcza na rynku pracy, gdzie wciąż mamy niewyrównaną sytuację genderową. Poza tym komiks był przez długi czas domeną mężczyzn, więc najwyższa pora, żeby stał się też domeną kobiet.

A Jacek też miał być kobietą [śmiech]. Zanim zaczęliśmy współpracę, długo szukałam rysowniczki w Polsce, ale mi się nie powiodło. Kiedy w końcu ktoś polecił mi Jacka Frąsia i zobaczyłam jego rysunki – spodobały mi się szczególnie ilustracje w „Glinnie” – zdecydowałam się zaprosić go do współpracy. Olę znalazłam w czasie o wiele krótszym. Miałam szczęście. Bardzo się cieszyłam, że zgodziła się na współpracę i że jest z nowego, młodszego pokolenia, już popeerelowskiego.

Skąd się wzięło „ukobiecanie”? Ukute przez panią słowo klucz, które przewija się przez cały komiks „Twarz, brzuch, głowa”.
Chodzi o nawiązanie do znanego powiedzenia Simone de Beauvoir: „Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi”. Chciałam to całe stwierdzenie zawrzeć w jednym słowie, żeby łatwiej mi było operować nim w tekście, a jednocześ­nie, żeby sugerowało sprawców całego procesu, czyli ukobiecaczy, zawierało premedytację i intencję. „Stawanie się kobietą” brzmiało zbyt biernie. Kto ukobieca? My siebie czy ktoś nas? „Ukobiecanie” w komiksie opisuje proceder wtłaczania kobiet w kaftan kobiecości według przepisu patriarchalnego. Proceder, który wciąż się niestety odbywa na masową i globalną skalę – system mówi nam, co mamy robić, jak się zachowywać, jak wyglądać, wyznacza się nam „kobiece” role i limity.

Jedna z pierwszych scen w pani komiksie „Twarz, brzuch, głowa”: siedzi pani wygodnie w fotelu w salonie fryzjerskim. Z głośników sączy się muzyka, wszyscy naokoło uśmiechnięci, łącznie z panią. Jest miło, ale za moment nie będzie już tak miło.
Bardzo lubiłam ten salon, był pełen życia, kolorowy, stylowy. Po wyjściu z niego z nowymi, błyszczącymi włosami zawsze czułam się lepiej. Jak te włosy – odnowiona i kolorowa. W tej scenie z komiksu opowiadam o szczególnie podniecającym momencie: dostałam właśnie doskonałą pracę, wchodziłam w nowy etap zawodowy i życiowy. Tym bardziej szokujący był „wstrząs”, którego doznałam w moim ulubionym salonie fryzjerskim.

Kolorystka dobiera dla pani odcień „intensywny imbir” i zagaja rozmowę. Od słowa do słowa, w końcu z jej ust pada TO pytanie: „Czy ma pani już wnuki?”. Pierwsza pani myśl?
Wnuki?! A więc widzi mnie jako babcię. Kobietę w wieku babci. Starszą kobietę. Nie byłam przygotowana na to nagłe, nowe znaczenie mojej osoby. Zaczęła się gonitwa myśli – cały ten ciąg skojarzeń związanych ze społeczną stygmatyzacją starszych kobiet. Na przykład stygmatyzujące angielskie słowo granny. Niewidoczność, przezroczystość starszych kobiet... Wszystko to pojawiło mi się w tamtym momencie w głowie, wywołując panikę. Doszła do tego podświadoma trwoga śmierci, z którą kojarzy się starość, strach przed przemijaniem i przed wszystkim, z czym przemijanie się kojarzy. Setki myśli w jednym krótkim momencie.

Po powrocie do domu zaczęłam szukać wsparcia w feministycznych tekstach. Zawsze to robię w krytycznych momentach – porównuję moje doświadczenia z doświadczeniami autorek feministek. Stanęłam przed półką i wyciągnęłam „Starość”, w której Simone de Beauvoir opisuje, jak jeden z jej amerykańskich studentów w rozmowie z kolegą przyznał, że bardzo mu się podobał jej wykład, dodając: „Był doskonały, ale nie zdawałem sobie sprawy, że ona jest już starą kobietą”. Ów kolega powtórzył to de Beauvoir: „Tak panią nazwał, madame. An old woman”. De Beauvoir, oburzona, wykorzystała tę obserwację do opisania pojawiającej się w nas nagle obcej osoby, z którą same się nie identyfikujemy, a którą widzą w nas inni.

I właśnie pani, świadoma siebie, oczytana feministka, w obliczu przemijania decyduje się – czego jesteśmy świadkami w „Twarzy, brzuchu, głowie” – na środek zaradczy w postaci botoksu, a potem wampirzego liftingu. Wbrew temu, przed czym Susan Sontag, którą cytuje pani w komiksie, ostrzegała, pisząc: „Wmawiają nam, że nieustanne korygowanie i naprawianie twarzy jest moralnym obowiązkiem kobiet [...]”.
Z jednej strony była Sontag, która napisała to w latach 70. Tymczasem nadeszły lata 90. i zaczęła się trzecia fala feminizmu. Jej głównym założeniem było: „Każda decyzja kobiety o sobie jest z natury rzeczy feministyczna”, a jej heroinami zostały takie ikony popu, jak: Madonna, Oprah Winfrey, bohaterki serialu „Seks w wielkim mieście”. Feminizm trzeciej fali dał mi triumfalne przyzwolenie odmładzania twarzy botoksem, i to w sekrecie. W komiksie opisuję to z ironią, ponieważ „dyscyplinując” twarz, byłam w konflikcie sama ze sobą.

A dzisiaj?
Dzisiaj uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory. Albo kolaborujemy z systemem, albo nie. Wiem, że wiele kobiet się ze mną nie zgodzi, choćby feministki trzeciej fali, ale uważam, że decyzja, żeby wkłuwać sobie igły w twarz i torturować się na wiele innych sposobów, płacąc jeszcze za to niemałe pieniądze, wynika z poddania się presji i opresji. Nasze decyzje nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są.

Czyli nigdy więcej nie zrobiłaby sobie pani zabiegu?
Absolutnie nie. Przeszłam już przez to doświadczenie, sięgnęłam jego granicy, zrozumiałam, na czym polega, nazwałam je „zdradą siebie” i „zdradą twarzy”, i wyartykułowałam je w komiksie. Żadnych więcej zabiegów, upiększań, przycinań. Ale na brzuch nadal spoglądam krytycznie. Sprawdzam go w lustrach, oknach wystawowych, a po ukończeniu każdego biegu mam nadzieję, że się zmniejszył [śmiech]. Odruchu „zwalczania brzucha” już się chyba nie pozbędę.

„Wciągnijcie brzuchy”, mówi uwieczniony w pani komiksie wujek, kiedy jako dziewczynka pozuje pani z siostrami do zdjęcia. A z pani ukochanych książek dla dzieci ilustrowanych przez Szancera spoglądają śliczne, obowiązkowo wiotkie i „bezbrzuszne” królewny i księżniczki. Buntowała się pani wtedy przeciwko tylu różnym rzeczom, dlaczego nie przeciwko temu?
Bunt był we mnie istotnie od dziecka. Wychowywałyśmy się z siostrami w dysfunkcyjnej rodzinie, w ciągłym strachu przed ojcem opresorem, cierpiąc i współczując mamie. To naturalnie budziło mój opór. Dlaczego nie buntowałam się przeciwko opresji ciała? Bo jako dziecko nie byłam jej jeszcze świadoma. „Dbanie o wygląd” było dokuczliwe, był to niekwestionowany obowiązek kobiet i dziewczynek, wszystkie wiedziałyśmy, że musimy się wciąż odchudzać, upiększać, wybielać piegi, przyciemniać rzęsy i ubierać w kamuflujące tuszę sukienki. Ale do buntu przeciw temu musiałam dorosnąć. Zrozumieć, na czym opresja kobiecego ciała polega, dlaczego jest groźna, kto ją uprawia. Sformułować to sobie i wyartykułować.

Kiedy została pani świadomą feministką?
Mogę odpowiedzieć bardzo dokładnie: w Australii w 1988 roku. W Polsce moje myślenie było zdominowane sytuacją, jaka panowała w kraju, opresją polityczną, życiem za żelazną kurtyną bez możliwości wyjazdu, rozwoju, bez perspektyw. Sprawa wolności politycznej była dla wszystkich najważniejsza, sprawa wolności genderowej nie pojawiła się jeszcze na moim wewnętrznym radarze. Jedyną feministyczną książką, którą pamiętam z tego czasu, jest „Własny pokój” Virginii Woolf.

Kiedy w 1987 roku wyemigrowaliśmy z Markiem i naszymi dziećmi do Australii, znaleźliśmy się w innym społeczeństwie. Kwestia równouprawnienia kobiet i feminizm były częścią mainstreamowej kultury. Wszystkie uniwersytety oferowały kierunek women’s studies. W Australii ruch feministyczny nie funkcjonował jako ideologia, był bardzo praktyczny. Żywy i obecny w polityce, w szkołach, na uniwersytetach, w mediach, w sztuce. Był integralną częścią debat społecznych. Okulary genderowe same mi więc wsiadły na nos, nie musiałam ich nawet zakładać. Dzięki nim zobaczyłam nagle na nowo moje dzieciństwo, młodość, PRL, zrozumiałam, jak perfidnie i bezkarnie funkcjonuje system patriarchalny, jak mężczyznom wszystko uchodzi na sucho.

Dzięki swoim komiksom patrzy pani na przeszłość z dystansem czy raczej wspomnienia zamienione w kadry nadal wywołują w pani emocje?
Żeby móc zanalizować i zinterpretować opisywane doświadczenia z dzisiejszej perspektywy, muszę mieć do nich dystans. Jednocześnie w momencie, kiedy do nich wracam i opisuję je, wywołują we mnie emocje. Te same, co w przeszłości, i nowe, jest to nieuniknione. Bardzo często muszę przerywać wtedy pisanie i się uspokajać.

Oglądając narysowane już plansze, patrzę na nie pod kątem estetyki: stylu, kreski, ekspresji, dynamiki rysunku, w jaki sposób wyrażają znaczenia, które próbuję przekazać. Ola Szmida mówiła w naszych wywiadach o „Twarzy, brzuchu, głowie”, że ona właściwie rysowała Wandę jako siebie. I ja to widzę – Wanda z komiksu bardzo często nie jest do mnie podobna, jest Olą albo po prostu kobietą. Bardzo mi się ten zabieg podoba.

Pisząc, mierzy się pani z dylematem, do jakiego stopnia się obnażyć?
Nie, to słowo nie pasuje do moich intencji w pisaniu. Gabriela Zapolska już dawno zdefiniowała strach przed „obnażaniem” jako dulszczyznę. Od dawna stosuję feministyczną zasadę, że to, co osobiste, jest polityczne, a więc moje doświadczenia ukazują nie tylko mnie, ale politykę społeczną i kulturową wobec mnie jako przedmiotu opresji i kontroli. Żeby to pokazać w tekście, nie można niczego przemilczać, ukrywać, zatajać.

Oba moje komiksy są bardzo osobiste, tyle że skupiają się na różnych okresach mojego życia. „Totalnie nie nostalgia” mówi o dzieciństwie i doświadczeniach mojej rodziny, w „Twarzy, brzuchu, głowie” opowiadam o doświadczeniach dojrzałej kobiety. Jeśli chodzi o „obnażanie” członków mojej rodziny w „Totalnie nie nostalgii”, przed rozpoczęciem pisania odbyłam długie rozmowy z moimi siostrami i z mamą. Mama miała najpierw opory, ale kiedy opowiedziałam jej dokładnie cały zamysł komiksu, zgodziła się być bohaterką mojej opowieści. Wszystkie moje siostry uczestniczyły w całym procesie tworzenia i to było dla nas doświadczenie katartyczne. Z ojcem nie utrzymuję kontaktu i nawet mi nie przyszło do głowy prosić go o zgodę. W komiksie nie obnażyłam go, tylko wyoutowałam jako sprawcę przemocy, ukobiecacza, narcystycznego patriarchę.

Dopiero co była premiera „Twarzy, brzucha, głowy”, a pani – jak słyszę – już pracuje nad czymś nowym.
Pracuję nad projektem komiksu, który ze względu na swoją specyfikę będzie skierowany do australijskiej publiczności. Jestem dopiero na wstępnym etapie, mam plan scenariusza. Teraz muszę wyjechać do jakiejś samotni, żeby się odizolować i zacząć pisać.

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu.