1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. GRINDHOUSE Vol. 1. Death Proof

GRINDHOUSE Vol. 1. Death Proof

Wielki filmożerca Tarantino tym razem zrobił użytek z setek skonsumowanych przez siebie amerykańskich filmów klasy B, ze szczególnym uwzględnieniem krwawych horrorów zwanych „slasher movies”.

Z jednej strony okrutny seryjny morderca Stuntman Mike w demonicznym aucie służącym mu za narzędzie zbrodni, z drugiej – piękne młode dziewczyny; beztroskie, spragnione zabawy, lekkomyślne ofiary potwora. Tarantino wrzuca nas w sam środek swojego szalonego wesołego miasteczka, karuzela kręci się coraz prędzej, w rytm fantastycznie zmontowanej rockowej ścieżki dźwiękowej. Ani się obejrzycie, jak dopędzicie do finału, którym mistrz filmowej zabawy (nie bez tonu powagi) oddaje cześć wszystkim ekranowym kobiecym ofiarom morderczych męskich instynktów.

USA 2007, reż. Quentin Tarantino, wyk. Kurt Russell, Sydney Poitier, Jordan  Ladd, Vanessa Ferlito, Zoe Bell, dystr. Kino Świat

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Uchylić kimono. O życiu na pokaz i udawanym szczęściu nie tylko na Instagramie. Rozmowa z Joanną Heidtman

Joanna Heidtman (Fot. Marek Szczepanski/Forum)
Joanna Heidtman (Fot. Marek Szczepanski/Forum)
„Każda idealizacja naszego życia prędzej czy później rozbije się, roztrzaska o rzeczywistość – nie ma mocnych. Im bardziej nadmuchamy tę bańkę szczęśliwości, tym bardziej będzie bolało, kiedy pęknie. Droga do spokoju, spełnienia i szczęścia prowadzi przez zaakceptowanie tego, że jesteśmy jednocześnie i „piękną” i „bestią”, mówi psycholog Joanna Heidtman.

Jeśli zajrzeć na przykład do mediów społecznościowych, profile większości ludzi ociekają radością, sukcesem – istne eldorado. A przecież wiadomo, że nie jest możliwe, by życie tak wyglądało, bo każdy z nas przeżywa również ból, wszyscy mamy problemy, itd. Dlaczego tak wielu z nas przykrywa lukrem idealnego obrazka, idealnej opowieści to, co w rzeczywistości, realnie dzieje się w naszym życiu?
Pierwszy powód jest bardziej banalny – mamy część takich kontaktów i interakcji towarzyskich, w których nie chcemy się odsłaniać ze wszystkim, za to chcemy, żeby interakcja przebiegła płynnie i bez zakłóceń, choć powierzchownie. To są tzw. „gry interpersonalne”, o których pisał Eric Berne, amerykański psychiatra, twórca analizy transakcyjnej. Tak zazwyczaj wygląda znacząca część sieci znajomości zawodowych czy kontaktów z tzw. dalszymi znajomymi. „Wszystko dobrze?” „Tak, dobrze” idziemy dalej. To nie są relacje, w których skłonni jesteśmy opowiadać prawdę o sobie, pokazujemy więc jedynie swoją „jasną stronę”, utrzymujemy dobre wrażenie, nie wpędzamy nikogo w zakłopotanie opowieścią o tym jak jest naprawdę.

Jasne, ale rozumiem, że to świadomy zabieg – nie chcę „obcym” zwierzać się ze swoich słabości i kłopotów.
Tak, ale co jeśli to będzie jedyny dostępny nam sposób pokazywania siebie? Wyobraźmy sobie, że ktoś niemal cały czas prowadzi taką „grę towarzyską” – w relacjach zawodowych, w różnych gronach związanych z karierą. Siłą rzeczy zaczyna się to w końcu odbywać kosztem relacji bliższych, przyjaźni, związków, czyli takich relacji, w których jesteśmy „odsłonięci”, jesteśmy sobą. Chcę tylko powiedzieć, że granica jest dość płynna i możemy „obudzić się” nagle, kiedy większość naszych kontaktów międzyludzkich będzie już wspomnianą grą, w której zakładamy maskę towarzyską. Jak w świetnym filmie „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”, gdzie nic nie jest pięknie, jak starają się to utrzymać bohaterowie, bo są zdrady, choroby, słabości, ale wszyscy ukrywają to przed sobą. Więc utrzymywanie iluzji odbywa się kosztem bliskości. A trzeba powiedzieć jasno – nie da się być z kimś blisko pokazując jedynie tę uśmiechniętą, „udaną” i ładną stronę siebie. Taki mechanizm, może prowadzić nawet do stanów depresyjnych, bo oto w prawie żadnej przestrzeni nie funkcjonujemy jako „prawdziwi my”, tylko jako nasza „persona”, maska. Więc, wszystko jest dobrze, kiedy takie „polukrowane” towarzyskie pogawędki stanowią jedynie jakąś częścią naszego życia, jeśli zaś z nich składa się jego większość, mamy kłopot.

A czy my lgniemy do tych, u których wszystko „lśni”? Z jednej strony psychologowie przekonują, że wybieramy te uśmiechnięte osoby, ładne bardziej lubimy, atrakcyjne bardziej cenimy, itd., z drugiej strony wyczuwamy sztuczność, kiedy ktoś opowiada czy pokazuje, że u niego zawsze wszystko jest idealnie. Lgniemy do nich czy od nich stronimy?Lgniemy, ale do pewnego momentu, a właściwie zbliżamy się na konkretną odległość. Lgniemy przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze po to, żeby trochę ogrzać się w cieple zwycięzcy – „Mnie tak dobrze nie idzie, więc poświecę odbitym blaskiem”. Po drugie lgniemy dlatego, że to nas fascynuje – „Co on/ona takiego w sobie ma, że wszystko się mu w życiu układa?” Pomimo, że wychodzimy z wieku dziecięcego, kiedy to uczymy się przyglądając się innym, jako dorośli nadal to robimy – patrzymy na tych, którzy są dla nas atrakcyjni i aspirujemy by być takimi jak oni.
Zatem lgniemy, czyli podchodzimy bliżej, ale… proszę sobie teraz wyobrazić sytuację, w której z kimś takim chcemy się zaprzyjaźnić i wejść w głębszą relację.

Niemożliwe?
Będzie ciężko. Bliskość polega na tym, że mówimy sobie także te rzeczy, które są w naszym życiu niefajne i trudne. Szczególnie dotyczy to kobiet – czujemy, że przyjaźnimy się na serio, kiedy wiemy o sobie na wzajem to, czego nie chciałybyśmy żeby wiedzieli o nas inni, czyli głównie chodzi o sprawy na różne sposoby wstydliwe – to właśnie oznacza pełnię akceptacji i zaufania. Jeśli zaś chcemy być z kimś bliżej i wciąż słyszymy od niego, że jest tylko „świetnie”, tylko „idealnie”, to zaczynamy wyczuwać oszustwo, coś nam „nie gra” i z przyjaźni nici.

To jest właśnie cena prowadzenia „idealnego życia na pokaz” – mamy wielu „znajomych”, tzw. publiczność w mediach społecznościowych, jest wokół nas pewien szum, może nawet podziw, ale pozbawiamy się prawdziwych przyjaźni! Mój amerykański przyjaciel, który zajmuje się terapią rodzin zwykł mawiać, że w przypadku każdej bliższej relacji musimy zrobić pewien konieczny krok, do którego potrzeba odwagi. Nazywa to: „open your kimono”, czyli „uchylić kimono”. W Japonii samokontrola jest bardzo wyraźna, więc to „uchylenie kimona” oznacza zrezygnowanie ze zbroi, z idealnego wizerunku na pokaz.

A czy osoba, która uprawia taki rodzaj teatru, żyje na pokaz, chce oszukiwać świat zewnętrzny, czy może tak naprawdę chodzi o oszukiwanie samego siebie, uciekanie od prawdy o sobie, a zakładanie maski przed innymi jest wtórne?
Często dochodzi tu jednak do wyparcia, czyli szczególnego oszukiwania samego siebie, a to bywa niebezpieczne. Dokonując oszustwa doskonałego przed samym sobą tracimy z pola widzenia wszystko co w naszym życiu trudne, co napawa lękiem, niepokojem. Z obawy przed utratą iluzji zaczynamy tego nie zauważać. Przykładem może być własny wygląd, uroda. W naszej kulturze, młody wygląd jest ważny, został powiązany z samooceną. Zatem zaczynamy zaprzeczać temu, że czas upływa, nie widzieć, że się starzejemy i już nie jesteśmy zdolni do tego by biegać maratony. Biegniemy dalej, choć tracimy oddech. Podobnie możemy „grać” w przypadku szwankującego związku – między nami a partnerem nie jest dobrze, ale my dokonujemy samooszukiwania i wypieramy wszystkie sygnały świadczące o tym, że nie jesteśmy już tą umiłowaną ukochaną osobą dla naszej żony czy naszego męża. Dzięki temu unikamy lęku, ale mimo wyparcia problem nie znika, możemy zacząć doświadczać rozmaitych dolegliwości psychosomatycznych – „nagle” zaczyna boleć nas głowa, brzuch, mdlejemy, mamy ataki paniki. I zaczyna się dochodzenie, skąd właściwie te objawy?

Oczywiście, mechanizmy obronne służą temu, żebyśmy czuli się lepiej, ale łatwo można się tu zatracić, i przed światem zewnętrznym – wypisując na przykład na instagramie, że nasze życie jest bajką, ale i przed samym sobą – nie widząc rzeczywiście, że nasz związek właśnie zawisł na włosku. Dlatego na przykład psychoterapia polega między innymi na „obieraniu” człowieka z kolejnych mechanizmów obronnych jak obiera się cebulę z kolejnych warstw.

Często w podobny sposób idealizujemy też nasze dzieciństwo: „Jak było w moim domu rodzinnym? Było świetnie!”. A po „obraniu cebuli” okazuje się, że było bardzo różnie, ale to, co traumatyczne zostało wyparte… I dochodzimy w końcu (zwykle jednak z pomocą psychoterapeuty) do bardzo trudnego, ale uwalniającego momentu, kiedy zaczynamy sobie przypominać jak było naprawdę albo jak jest naprawdę w moim życiu, w moim związku, itd. To zdjęcie maski jest chwilą, kiedy konfrontujemy się z tym jak jest, ale też wreszcie możemy zacząć coś z tym robić, możemy zacząć proces zdrowienia, czy rzeczywistego poprawiania naszego życia.

Co zrobić, żeby nie dopuścić do przyrośnięcia tej maski do twarzy?
Zdrowsze od idealizowania jest urealnienie. Dostrzeżenie i akceptacja faktu, że jest różnie, jest i pięknie, i ciężko, śmieję się i smucę. Są chwilę, kiedy mogę przenosić góry i takie, kiedy doświadczam porażki, smutku czy bólu. Od pewnego czasu regularnie prowadzę z Markiem Kamińskim (podróżnikiem) webinary, na tematy psychologiczne, filozoficzne. Zawsze chętnie słucham Marka, bo on wydaje mi się właśnie osobą urealnioną. Wielu chce widzieć w nim tylko zwycięzcę, zdobywcę biegunów, nadczłowieka, ale Marek mówi też o porażkach, o niepowodzeniach, o trudnościach, o niepokojach. I właśnie dlatego, że ma te wszystkie strony siebie w polu widzenia jest naprawdę silnym człowiekiem.

No właśnie, bo chyba jest tak, że to ciągłe udawanie szczęścia, tak naprawdę bardzo nas od tego szczęścia oddala…
Tak, każda idealizacja prędzej czy później rozbije się, roztrzaska o rzeczywistość – nie ma mocnych. Im bardziej nadmuchamy tę bańkę szczęśliwości, tym bardziej będzie bolało, kiedy pęknie. Droga do spokoju, spełnienia i szczęścia prowadzi przez zaakceptowanie tego, że jesteśmy jednocześnie i „piękną” i „bestią”.

Wtedy przede wszystkim możemy też czuć, odczuwać! Bo siedząc w bajce, w iluzji przestajemy czuć. Wchodzimy w nią, by nie czuć bólu, lęku, ale – jak pisała Brené Brown – nie da się nie czuć wybiórczo, więc skazujemy siebie jednocześnie na odcięcie się także od tych „jasnych” uczuć – szczęścia, spełnienia, radości, itd. Zamrażamy w sobie dokładnie wszystko, dlatego wspomniałam, że zakładanie maski może prowadzić również do stanów depresyjnych.

Bo nie możemy wybrać, co chcemy czuć, mamy za to inny wybór – możemy zdecydować czy chcemy czuć czy nie.
Dokładnie tak, ale w pakiecie jest wszystko! Wtedy mamy szansę czuć smak naszego życia realnego. Nie ma innej drogi – trzeba uchylić kimono.

Przypomina mi się pewna historia, która bardzo dobrze obrazuje, co sobie zabieramy żyjąc w bańce iluzji. To opowieść o dwóch kobietach, które przyjaźniły się ze sobą od czasów liceum. Przechodziły wspólnie przez dorastanie, studia, pierwsze związki, itd. W pewnym momencie jedna z nich zaczęła przychodzić na kolejne spotkania z takim samym, stale pozytywnym komunikatem: „U mnie wszystko świetnie.”. A druga, wiedząc nieco z innego źródła, że u jej przyjaciółki wcale tak dobrze nie jest, że jej związek przechodzi trudności, smutniała coraz bardziej widząc, że ta utrzymuje przed nią barierę samych dobrych wieści. Aż w końcu zadała jej pytanie: „Czy jesteś szczęśliwa?”. W odpowiedzi usłyszała szybkie: „Oczywiście, tak”. I… już więcej się do niej nie odezwała. Bo ta „bańka sztuczności” stanęła między nimi jak mur. Wieloletnia przyjaźń skończyła się wtedy na dobre. Niech ta historia będzie źródłem refleksji dla tych z nas, którzy nie chcą uchylić swojego kimona…

  1. Kuchnia

Pudding z nasionami chia

Fot. iStock
Fot. iStock
Nasiona chia, czyli szałwii hiszpańskiej, to baza popularnych deserów w słoiczkach. Mają łagodny smak dlatego dobrze podawać je z wyrazistymi dodatkami, na przykład z owocami. Oto przepis na domowy puddding z chia.

Pudding z chia i jagodami

na 2 porcje

mała puszka/200 ml mleczka kokosowego
2 łyżki nasion chia
1 łyżeczka syropu klonowego lub miodu
szczypta startej laski wanilii
owoce do dekoracji i zaostrzenia smaku
50 ml napoju roślinnego

Do miski wlewamy dwa rodzaje mleka, wsypujemy nasiona chia. Dodajemy syrop klonowy i wanilię. Mieszamy intensywnie trzepaczką. Przelewamy do małych naczynek i odstawiamy do lodówki na noc.

Rano dekorujemy owocami.

  1. Psychologia

Złamane serce - jak pomóc komuś, kto źle znosi rozstanie?

Ilustracja iStock
Ilustracja iStock
Często bardzo trudno jest wesprzeć osobę tuż po rozstaniu. Nigdy nie wiadomo, co powiedzieć ani jak się zachować: czy nie angażuję się za dużo albo za mało? Czy jestem złym przyjacielem, jeśli zdystansuję się nieco od tego smutku? Oto kilka podpowiedzi, jak najlepiej towarzyszyć bliskiej osobie w tym doświadczeniu.

Często otoczenie nie wie, co zrobić, żeby pomóc bliskiemu, który jest chory z miłości . W gruncie rzeczy to stracona sprawa. Nie możesz mu pomóc ani sprawić, żeby poczuł się lepiej lub zapomniał o eks. Jednak możesz zrobić coś, żeby nie poczuł się gorzej!

Sześć przykazań

Jest kilka reguł, które wskazują, jak komunikować się z kimś, kto niedawno został opuszczony przez partnera:

  1. Nigdy nie banalizuj jego cierpienia. Niezależnie od tego, ile ma lat, ile czasu trwał związek, nigdy nie mów bliskiej osobie zdań w rodzaju: „Nie przejmuj się, to idiota!” albo: „Ktoś tak żałosny jak ona nie jest wart, żeby się tak pogrążać...”. Nawet jeśli to robisz w najlepszych intencjach, bo starasz się
    oddramatyzować problem albo sprowadzić go do właściwych proporcji, ta osoba poczuje się tylko zupełnie niezrozumiana i jeszcze bardziej zdana na siebie. Musisz wykazać empatię, żeby poczuła się jak najmniej samotna w swoim cierpieniu. Jeśli nie weźmiesz pod uwagę jej bólu, może się izolować, zachowywać agresywnie, a nawet wpaść w czarnowidztwo.
  2. Zsynchronizuj wasze emocje. Twoja córka, przyjaciółka, twój brat będą na pewno przechodzić od smutku do wzburzenia, od beznadziei do waleczności . Dopasuj się do emocji bliskiego. Jeśli chce płakać i szuka pocieszenia, bądź przy nim . Jeśli czujesz, że chce wyjść i więcej o tym nie mówić, nie
    wymuszaj rozmowy. Rezonuj z jego nastrojem i stanem duszy: to pozwoli mu poczuć wsparcie i towarzyszenie w procesie żałoby.
  3. Unikaj tych wszystkich: „A mówiłam, że tak to się skończy...”! Nawet jeśli ci się ulewa, powstrzymaj się. Bliska osoba już dość cierpi i czuje się wystarczająco beznadziejnie, nie musisz jej dokładać.
  4. Proponuj rzeczy, które wzmacniają samoocenę. Pomóż bliskiej osobie rozwijać się i odzyskać zdrowe poczucie wartości.
  5. Zachowaj cierpliwość. Wiem, łatwo powiedzieć, jednak każdy ma własny rytm odporności psychicznej. Nawet jeśli nie rozumiesz, dlaczego po roku Julien jest nadal tak zakochany w Samancie, choć byli razem tylko przez sześć miesięcy, przyjmij to do wiadomość. Jeśli będziesz go ponaglać albo zachęcać do nowego związku, zanim będzie do tego gotowy, spowolnisz proces żałoby, przez który przechodzi. Uważaj jednak, żeby nie utknął w bezproduktywnych rozmyślaniach. Jeśli do tego dojdzie, może warto trochę nim potrząsnąć.
  6. Zachowaj ostrożność. Już rozumiesz, że rozstania nie można traktować lekko. Pozostań w trybie alarmowym, aby twój bliski nie pogrążył się zbyt głęboko w smutku.

A jeśli już nie dajesz rady?

Może się również zdarzyć, że nie będziesz w stanie dłużej pomagać bliskiej osobie. Bo nie możesz już słuchać o tym, jak opowiada o eks, bo nie możesz znieść jej przygnębienia, bo masz wrażenie, że delektuje się swoim cierpieniem, głosząc wszem wobec, że życie jest okrutne i niesprawiedliwe.
Mówiąc krótko, strasznie cię to denerwuje, ale poczucie winy sprawia, że godzinami wysłuchujesz zwierzeń przez telefon, choć marzysz tylko o jednym: spać albo w spokoju obejrzeć film. Poszanowanie swoich granic jest ważne. Jeśli nie będziesz tego robić, możesz zacząć zachowywać się agresywnie albo stracić empatię, a to w żaden sposób nie pomoże tamtej osobie. Zachęcam zatem, żeby powiedzieć jej w uprzejmy sposób, że potrzebujesz przerwy.

Oto kilka sposobów wyrażania krytyki w taki sposób, żeby druga strona nie zamknęła się w sobie:

  1. Zacznij od zdania empatyzującego („Rozumiem, że jest ci smutno i ciężko...”).
  2. Krytykuj zachowanie a nie osobę. Wyjaśnij, jak wpływa na ciebie zachowanie bliskiej osoby . Na przykład zamiast mówić: „Jesteś upierdliwa z tym dzwonieniem o drugiej w nocy, zejdę przez ciebie”, powiedz: „Rozumiem, że jest ci smutno i jesteś zdenerwowana, ale jeśli dzwonisz o drugiej w nocy, wybijasz mnie ze snu. Nie mogę potem zasnąć i rano jestem wyczerpana”
  3. Proponuj alternatywne rozwiązanie: „Lepiej pisz SMS-y. Jeśli się obudzę, od razu zadzwonię. A jeśli nie, to następnego dnia”.

Jeżeli zachowasz się w ten sposób, druga strona poczuje się zrozumiana mimo krytyki; przede wszystkim nie będzie miała wrażenia, że podważasz wszystko, co robi. Jeśli nie chodzi o jakieś konkretne zachowanie, a o to, że masz już dość całej sytuacji, możesz wyrazić to w następujący sposób:
„Rozumiem, że cierpisz i
potrzebujesz o tym rozmawiać, bo to dla ciebie najważniejsze i trudno ci myśleć
o czymkolwiek innym (empatia), ale fakt, że od tygodni o niczym innym nie rozmawiamy, zaczyna mnie wyczerpywać. Czuję bezradność i frustruje mnie to, że nie mogę więcej ci pomóc („tak wpływa na mnie twoje zachowanie”). Myślę, że muszę trochę odpocząć i nabrać sił, żeby znów być dla ciebie za kilka tygodni (propozycja rozwiązania). Uwielbiam cię, nie miej do mniej pretensji, ale teraz muszę zrobić sobie
przerwę, bo czuję, że nic ci nie pomagam.

Przedstawione w tym rozdziale porady mają charakter ogólny. Jeśli bliska ci osoba ma jakieś bardziej szczególne cechy osobowości, być może musisz reagować w bardziej subtelny sposób.

  1. Spotkania

Grażyna Torbicka: "Czekam na Bonda kobietę"

- Sztuka może poszerzać nasze horyzonty, dawać nam szansę, byśmy stawali się bardziej tolerancyjni. Głęboko w to wierzę - mówi Grażyna Torbicka. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
- Sztuka może poszerzać nasze horyzonty, dawać nam szansę, byśmy stawali się bardziej tolerancyjni. Głęboko w to wierzę - mówi Grażyna Torbicka. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Kiedy włącza film, włącza też emocje. Grażyna Torbicka kocha kino za przeżycia, ale przyznaje, że zdarza jej się też poczuć zmanipulowaną. Czy reżyserzy są jeszcze w stanie ją zaskoczyć? Jaki film zawsze wprawia ją w dobry humor? I dlaczego nie dla niej serialowe maratony? O tym wszystkim rozmawia z Joanną Olekszyk.

Na jaki film w kinie najbardziej czekasz?
Oczywiście na najnowszego Jamesa Bonda!

Ale premiera dopiero w następnym roku.
I, jak przewiduję, wtedy dopiero będzie możliwe takie prawdziwe oglądanie w kinie.

Bez maseczek, bez obostrzeń, człowiek przy człowieku – to wydaje się zbyt piękne, by było możliwe.
James Bond powraca, więc świat powróci razem z nim do normalności. A przynajmniej taką mam nadzieję.

No właśnie, jak ty – filmolożka, ale i kinofilka – radziłaś sobie przez ostatni rok z niemożnością pójścia do kina? Czy to w ogóle była dla ciebie istotna kwestia?
Początek pandemii był dla mnie, jak dla każdego, bardzo ciężki. Świat stanął w miejscu i nie wiadomo było, co dalej – jak będziemy funkcjonować, co jest bezpieczne, a co nie w tej nowej, dziwnej sytuacji. Wtedy kino praktycznie mnie nie interesowało. Interesowali mnie bliscy, to, jak urządzić nasze codzienne funkcjonowanie i jak się przestawić psychicznie, żeby nie zwariować. Wszyscy byliśmy wtedy zamknięci w domach, przerażeni i zagubieni. W dodatku mój mąż, lekarz kardiolog, codziennie chodził do szpitala, był więc narażony na bezpośrednie kontakty z ewentualnymi chorymi na COVID-19. Musiał i chciał tam być, ale to nie pozostawało bez wpływu na nasz dom i było bardzo stresujące. Jako istoty ludzkie z czasem jednak do wszystkiego się przyzwyczajamy, więc i ja się przyzwyczaiłam. Zaczęłam myśleć bardziej konstruktywnie i kreatywnie. Co można w tym czasie i z tym czasem zrobić.

Pandemia zastała mnie w trakcie przygotowań do kolejnej edycji festiwalu Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym. Musieliśmy zdecydować, co robimy. Zwłaszcza, że kolejne wielkie festiwale się odwoływały. Ostatecznie zorganizowaliśmy go hybrydowo, co spowodowało – wracając do twojego pytania – że moje życie zawodowe nie zmieniło się diametralnie. Oglądałam filmy zgłaszane na festiwal, do tego cały czas prowadziłam audycję w Radiu Zet „Kocham cię kino” i rozmowy dla SENSu z Martyną Harland. Rytm mojej pracy nie został zaburzony. I wymagał od mnie stałego oglądania filmów.

Wiele osób mówiło, że podczas pandemii filmy i seriale ratowały ich psychicznie. Odrywały od rzeczywistości, bawiły, dawały nadzieję. Z drugiej strony słyszałam głosy, że oglądanie na komputerze czy komórce to nie jest to samo i że lepiej poczekać... Czy kino, którego nie ogląda się w kinie, ma sens?
Wprawdzie oglądałam filmy głównie w domu, ale starałam się jak najbardziej zbliżyć taki seans do kinowego, czyli podłączałam komputer do projektora. Uważam, że nie mogę wypowiadać się profesjonalnie o filmie zobaczonym na komórce czy ekranie komputera. Na komórce odczytasz tylko fabułę. Nie odczytasz tego wszystkiego, co stanowi o kinie – klimatu obrazu, kolorystyki, planu drugiego i trzeciego. Muzyki, która jest często jednym z głównych bohaterów opowieści.

Projektor w domu to oczywiście nie kino, ale jest mu bliższy. Tylko tak mogę oglądać filmy. Ja kocham kino właśnie za formę, jest dla mnie równie ważna jak opowiadana historia.

Przyznaję, zdarzyło mi się obejrzeć w tym czasie kilka rzeczy na komórce...
No ale pamiętasz w ogóle któryś z tych filmów?

To były głównie seriale, i rzeczywiście pamiętam je średnio.
Seriale, przy całym moim szacunku dla gatunku, który nabrał ostatnio nowej formy, mają zupełnie inne walory, także jeśli chodzi o budowanie struktury fabularnej. Film to film. Szukam jakiegoś obrazowego porównania...

Mogę podsunąć ci to, którego użyły Tina Fey i Amy Poehler, prowadzące tegoroczną ceremonię rozdania Złotych Globów. Film to jest coś, na co nie masz czasu, bo trwa aż dwie godziny, a serial to coś, co trwa tylko godzinę, więc oglądasz go przez pięć godzin...
Widzisz, to kolejna rzecz, której nie mogę zrozumieć. Dla mnie to niepojęte, żeby usiąść i obejrzeć za jednym zamachem cały sezon. Tym bardziej że każdy serial – nawet ten najlepszy – ma pewną stałą strukturę, czyli zwykle dwa pierwsze odcinki są bardzo ciekawe, bo odkrywasz w nich nowy świat, wykreowany przez ten serial właśnie, a potem to już jest tylko dublowanie, powielanie.

(Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)(Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Masz rację. Tylko czasem tego właśnie chcemy. Lubimy słyszeć w kółko tę samą opowieść. Jednak filmy i seriale, które długo pamiętamy, to te, które nas czymś zaskakują. A o to dziś trudno.
I znów wracamy do tego, od czego zaczęłyśmy naszą rozmowę, czyli do formy. Oczywiście podstawą jest dobry scenariusz, bez tego nie powstanie dobry film. Natomiast to forma czyni kino wyjątkowym. Forma, którą twórca nadaje tej samej, powtarzanej od lat opowieści. Gdybyśmy zagłębili się w historię kina, to zauważylibyśmy, że co drugi film w gruncie rzeczy opowiada o tym, jak ona i on się w sobie zakochują, a jak potem ich związek się rozpada. Ale istotne jest, jak jest to opowiedziane. W tym cała sztuka.

Taka sztuka udała się na przykład Carlosowi Reygadasowi w filmie „Nasz czas”, o którym rozmawiałyśmy z Martyną w jednym z odcinków Filmoterapii z SENSem. Jego bohaterowie decydują się na związek otwarty, czyli że nie będą mieli do siebie pretensji, jeśli jedna ze stron odnajdzie atrakcyjność w innym partnerze czy partnerce. Historia banalna, ale jak pokazana! Kadry, nastrój, muzyka – to wszystko razem sprawia, że dla mnie jest to jeden z bardziej oryginalnych obrazów ostatnich lat.

Powtórzę to raz jeszcze: w kinie najważniejsza jest forma. Dlatego nie wolno filmów oglądać na komórce.

Nigdy więcej, obiecuję! Zresztą bardzo się ucieszyłam, kiedy w przerwie między kolejnymi lockdownami mogłam zobaczyć na dużym ekranie film „Sound of metal”. Tuż po pokazie prasowym w kinie Muranów był pierwszy seans dla publiczności i pamiętam te tłumy podekscytowanych widzów. Jedna rzecz to technikalia, czyli duży ekran i nagłośnienie, ale druga to wspólne oglądanie.
Kino Muranów, jak wiele innych kin studyjnych, jest kinem wyjątkowym, miejmy nadzieję, że pandemia i kolejne lockdowny nie zakończą działalności takich miejsc. Bo one dają nam poczucie, że spotkanie z filmem, doświadczenie go całym sobą, jest tu naprawdę najważniejsze.

Od początku istnienia kina jego największą siłą było zbiorowe przeżywanie. Inaczej odbierasz film w domu, a inaczej kiedy siedzisz w pełnej sali – nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak bardzo twoja percepcja uzależniona jest od tego, jak reagują inni. Czy słyszysz przyspieszony oddech, śmiech, a może chrapanie… To wszystko ma wpływ na odbiór. Poza tym zwykle idziesz do kina w towarzystwie, więc kiedy seans się kończy, w naturalny sposób zaczynacie rozmawiać o tym, co właśnie widzieliście.

I może się okazać, że każdy z was widział inny film...
Bo każdy film tak naprawdę „wyświetla się” w naszej głowie. To, co widzisz na ekranie, wchodzi w dialog z twoimi doświadczeniami, wspomnieniami i twoim życiem. Śledzisz fabułę, ale momentami, pod wpływem konkretnej sceny, „odjeżdżasz” w głąb wyobraźni i przypominasz sobie jakieś zdarzenie ze swojego życia. Po czym znów wracasz do opowieści o losach bohaterów.

Kiedy rozmawiasz z przyjaciółmi o tym, co ich poruszyło, może okazać się, że każdego rusza co innego, bo ma związek z jego osobistą historią. I tu zaczyna się prawdziwe życie filmu. Ono jest w stanie się wytworzyć tylko wtedy, gdy oglądamy go w określonych warunkach: zaciemnionej sali kinowej, z wyciszonym telefonem i bez szansy, by zapauzować obraz i zrobić sobie w tym czasie na przykład herbatę.

Jestem właśnie w ferworze oglądania filmów zgłaszanych na tegoroczne Dwa Brzegi. Jednym z nich jest film ukazujący spektakl teatru tańca Batsheva. Zaczyna się tak: na zaciemnionym ekranie widać tylko liczbę 30, włącza się odliczanie, 29, 28 i tak dalej. W tle słychać głos reżysera Ohada Naharina: „Bardzo cię proszę, kliknij teraz opcję full screen i na najbliższe 45 minut zapomnij, że istnieje telefon komórkowy, cokolwiek by się działo”. Piękne, prawda? Kiedy to usłyszałam, zatrzymałam obraz, zawołałam męża, bo akurat oboje pracowaliśmy z domu, usadziłam go przed ekranem i powiedziałam: „Posłuchaj”. Oboje zrobiliśmy dokładnie to, o co prosił reżyser i obejrzeliśmy 45 minut fascynującego kina. Ten reżyser doskonale zdawał sobie sprawę, jak się teraz ogląda filmy. Nawet ta jego prośba o opcję full screen była znacząca, bo przecież dzięki komputerom można wyświetlać sobie film na połowie ekranu, a na drugiej załatwiać inne sprawy.

Taki komunikat powinien być chyba umieszczany przed każdym filmem...
Myślę, że wkrótce tak będzie. Prosta rzecz, a jak cudownie czyści umysł.

Z drugiej strony zbyt dużo filmów i zbyt wiele seriali, oglądanych kompulsywnie – niekiedy z nudów, a czasem z chęci ucieczki od rzeczywistości – ten umysł zaśmieca. Może lepiej mniej, a uważniej, bardziej świadomie, głębiej? Są takie filmy, po których długo nie mogłaś dojść do siebie? Nawet do tego stopnia, że nie byłaś w stanie o nich rozmawiać? Czy to w ogóle dobrze, że film potrafi nami tak wstrząsnąć?
Niektóre filmy dotykają naszych czułych punktów i bywa, że obnażają je nawet przed nami samymi. To bardzo głębokie przeżycie, z gatunku takich, jakie może nam zafundować tylko wielka sztuka. Jest wiele filmów, które najpierw musiałam sama przemyśleć i przetrawić, by móc potem o nich rozmawiać.

Pamiętam jeden wyjątkowy pokaz przed laty na festiwalu w Cannes. Bo muszę przyznać, że moje doświadczenia filmowe są o tyle ciekawe, że będąc w Berlinie, Wenecji czy Cannes razem z ogromną grupą akredytowanych dziennikarzy i dziennikarek oraz krytyków i krytyczek, mam szansę zobaczyć film premierowo, czyli bez jakiejkolwiek sugestii. I to jest coś fantastycznego. Wchodzisz, otwiera się ekran i zaczyna się historia, o której nic nie wiesz. Zresztą staram się nawet nie czytać streszczeń czy krótkich informacji o fabule, jakie zwykle są podawane w programie. I tak było właśnie z filmem Larsa von Triera „Tańcząc w ciemnościach”. Siedzę więc w teatrze Lumière, film się kończy, a ja nie mogę się ruszyć z fotela. Pamiętasz, tam w finałowej scenie jest zbliżenie na stopy głównej bohaterki, która idzie na własną egzekucję. Nawet kiedy teraz to mówię, mam ciarki. „Grażyna, wychodzisz?” – pyta mój przyjaciel Włoch Giancarlo. Odpowiadam, że nie mogę i że jeszcze chwilę posiedzę. Takie to było przeżycie.

Miałam bardzo podobne odczucia, kiedy pierwszy raz oglądałam ten film. Ale z kinem von Triera mam też pewien problem. Choć bardzo cenię również jego „Melancholię”, to uważam, że czasem przesadza w graniu na naszych emocjach. Co zresztą zarzucają mu krytycy. Oczywiście każdy film, tak jak każde dzieło, w jakiś sposób nami manipuluje, a już najlepiej robią to horrory. Ale czasem jest tego za dużo. Do tego stopnia, że mówisz: nie, ja w to nie wchodzę. Mam czasem tak ze scenami przemocy. Nie chcę ich oglądać, zamykam oczy.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy reżyser decyduje się na coś, o czym wie, że będzie mocne. Jeśli jest to włożone w określone ramy gatunku filmowego, jakim jest właśnie horror, to jako widzowie czujemy się bezpieczni. Dostajemy bowiem od początku pewne sygnały, które przypominają nam o tym, jaki to jest film. Natomiast kiedy oglądamy taką scenę w dramacie psychologicznym w ramach kina autorskiego, jakie reprezentuje choćby Lars von Trier, mistrz w dotykaniu najciemniejszych stron ludzkiej psychiki – to zbliżamy się już do tej cienkiej granicy pomiędzy byciem poruszonym a zmanipulowanym. Jest kilka tytułów w jego filmografii, których nie akceptuję. Na przykład „Nimfomanka”.

Z jakiego powodu?
Z powodu nadmiernego voyeuryzmu i ekshibicjonizmu, który pozbawia tę opowieść tajemnicy. A kiedy jako widz nie mam przestrzeni do tego, by moja wyobraźnia coś dodała, to przestaje mnie to interesować, a zaczyna drażnić. Tacy są też „Idioci”, jego wczesny film. Oczywiście każdy artysta pragnie poruszyć, a nawet prowokować. Jako widzowie też to lubimy, ale jest pewna niedefiniowalna granica, po której przekroczeniu możemy się czuć zmanipulowani. Też czasem tak się czuję, kiedy jestem „zmuszana” do oglądania w kinie sytuacji, o której z góry wiem, czym się może skończyć, i że nie wyniknie z tego nic dobrego. Na przykład debiutancki „Plac zabaw” Bartosza Kowalskiego, który pokazuje, jak dzieci zabijają dziecko. Nie wyszłam z seansu, ale czułam się po nim bardzo źle. Nie rozumiałam, po co przyglądać się temu z taką dokładnością. Zresztą najmniej lubię kino naturalistyczne, werystyczne.

Żyjemy w czasach, kiedy okrucieństwa i zła jest wokół nas bardzo dużo. Dostajemy je na co dzień w serwisach informacyjnych, i to zarówno tych telewizyjnych, jak i internetowych. Dlatego trzeba naprawdę dużego kunsztu, by wynieść jakąś pełną okrucieństwa scenę na poziom sztuki, nadać temu właściwą formę. Inna sprawa, że jako społeczeństwo karmione takimi obrazami bardzo szybko się na nie uodparniamy. Robimy to, by się obronić, by za każdym razem nie ściskało się nam serce, więc racjonalizujemy sobie to na zasadzie: to tylko obraz, to nie mnie się to dzieje. Stajemy się obojętni na przemoc, a to nie jest dobre. Bo wtedy jest ryzyko, że zobojętniejemy na zło.

To bardzo trudny temat, bo idziemy przecież do kina po to, by oglądany obraz zawładnął naszą wyobraźnią, w pewnym sensie skierował ją na określone tory. To już jest bardzo bliskie manipulacji.

Sama lubię, gdy film mnie zwodzi, zwłaszcza jeśli to kryminał. Lubię być też zaskakiwana i wprawiana w zachwyt – co zrobił na przykład Baz Luhrmann, reżyser filmu „Moulin Rouge”.
Bo ten film jest pięknie zrobiony. Jest swoistą bajką dla dorosłych, której trzeba dać się ponieść.

Ja się temu poddałam i świetnie się bawiłam.
Ale dałaś się ponieść dlatego, że reżyser tak go skonstruował. Uznałaś, że chcesz mu zaufać i pójść za nim. Czułaś się bezpiecznie.

Uważam nawet, że tak jak mamy „comfort food”, tak samo istnieją „comfort movies”, czyli filmy, które możemy oglądać w nieskończoność, bo wywołują w nas dobre odczucia, kojarzące się z przyjemnym momentem, z dobrym czasem w naszym życiu. Masz takie?
Na przykład „Pół żartem, pół serio”. Włączam go zawsze wtedy, gdy chcę się poczuć dobrze. Jak na osobę, która zajmuje się zawodowo kinem, mam dość osobliwą cechę. Otóż za pierwszym razem odbieram film bardzo emocjonalnie, nie zapamiętuję dokładnie każdej sceny. W związku z czym mogę obejrzeć go kolejny raz, już na spokojnie, i skupić się wtedy na szczegółach, konstrukcji scen. Ale pierwszy seans to są zawsze czyste emocje. Chyba że film jest źle zrobiony, to wtedy włącza się moje doświadczenie osoby, która już troszeczkę się na tym zna. Nie jestem już w stanie odbierać go całą sobą, bo skupiam się tylko na tym, jak to jest fatalnie zagrane czy wyreżyserowane.

(Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)(Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Niedawno pomyślałam sobie, że dla mnie dowodem dojrzałości, zaufania do własnych osądów, ale też pewnego nieliczenia się z opinią innych jest powiedzenie publicznie, w towarzystwie kilku osób, że podobał mi się film, który nikomu się nie podobał. Który uważają za kiepski lub niewarty uwagi.
Możemy to nazwać dojrzałością, proszę bardzo. Zdarzyło mi się tak powiedzieć już nieraz. Wielokrotnie doświadczyłam też – i to w gronie osób naprawdę znających się na kinie, krytyków i dziennikarzy – że po seansie połowa z nich była na tak, a połowa na nie w ocenie tego samego filmu. Bo odbiór kina zależy od wrażliwości widza. Przyjęłam więc zasadę, że mówię o filmach tylko dobrze. A jeśli nie wypowiadam się na temat jakiegoś tytułu, o którym wiele osób mówi i pisze, to znaczy, że mnie się ten film nie podobał. No chyba że ktoś wprost spyta o moją ocenę...

Często zresztą mi zarzucano, że nie daję krytycznych wypowiedzi. Stwierdziłam, że byłoby to nie fair wobec twórców, gdybym jakiś film zjechała, jak to się kolokwialnie mówi. Bo może kilka osób by jednak znalazło w nim coś dla siebie.

Nie masz wrażenia, że rozmowa o filmie często odsłania nas bardziej niż rozmowa o polityce czy wierze?
Myślę, że rozmowa o filmie odsłania przede wszystkim naszą wrażliwość. Co więcej, rozmowa po filmie z przyjaciółmi i znajomymi pełni bardzo ważną funkcję w procesie socjalizacji. Możesz zobaczyć, jak odnajdujesz się w grupie – na ile jesteś w stanie ochronić swoją indywidualność, na ile masz siły w sobie, by nie poddać się ocenie tłumu i mieć swoje zdanie. To można w sobie wypracowywać właśnie dzięki analizowaniu obrazów filmowych.

Dlaczego ja z taką pasją robię Dwa Brzegi? Bo konstruując repertuar, proponujemy czasem filmy trudne, niejednoznaczne, o których wiem, że dotkną wiele osób, bo na przykład opowiadają o pięknej miłości, ale… między dwiema kobietami, jak „Portret kobiety w ogniu”, czy między dwoma mężczyznami, jak „Samotny mężczyzna”. Jeszcze kilka lat temu wiele osób reagowało na takie filmy źle, odrzucając je w całości. Widziałam, jak przychodzili na spotkania z twórcami po projekcji i się podczas nich w ogóle nie odzywali. A że Dwa Brzegi mają dość wierną widownię, widziałam, jak wracają za rok, dwa i znów są na podobnym spotkaniu, ale tym razem zaczynają słuchać albo zadawać pytania, wyrażać swoje wątpliwości. Podjęcie dyskusji to już jest bardzo dużo!

Sztuka może poszerzać nasze horyzonty, dawać nam szansę, byśmy stawali się bardziej tolerancyjni. Głęboko w to wierzę.

Można by pomyśleć: po co nam w czasach kryzysu sztuka? Sama powiedziałaś, że na początku pandemii kino nie było najważniejsze. Ale kiedy sytuacja się uspokaja, a życie wraca do względnej normalności, pojawia się w nas potrzeba głębszych przeżyć.
Tylko ta potrzeba nie zawsze pojawia się sama z siebie. I właśnie tu upatruję sensu swojej pracy. Ale też artystów. Sednem tego, co robię, jest właśnie pokazywanie ludziom, którzy na co dzień są zajęci sprawami dnia codziennego, że film może być rozrywką, ale też może istotnie poprawić jakość ich życia. Na tym polega rola kreatorów kultury. By oswajać ludzi ze sztuką. Także w tych pandemicznych czasach. Bez obcowania ze sztuką stajemy się płascy, jednoznaczni. A przecież wszyscy mamy w sobie pokłady wrażliwości. Gdybyśmy poprzez sztukę, w każdej postaci – film, książkę, spektakl, koncert, wystawę – częściej do nich docierali, bylibyśmy o wiele łagodniejszym gatunkiem. Jestem o tym przekonana.

Więc kiedy już obejrzysz w kinie najnowszego Bonda z Danielem Craigiem, czego ci bardzo życzę, kogo chciałabyś zobaczyć w roli kolejnego agenta 007?
Czas już chyba na Bonda kobietę. A kto mógłby się w nią wcielić? Bardzo mi się podobała Sophie Marceau w roli Elektry w filmie „Świat to za mało”. Nie tyle była dziewczyną Bonda, co jego godną przeciwniczką. Poza tym, jak wiemy, w życiu prywatnym była w wieloletnim związku z mężczyzną niezwykle skomplikowanym, mówię tu oczywiście o Andrzeju Żuławskim, i się z tego związku wyzwoliła. Ma więc w sobie siłę, która moim zdaniem pozwoliłaby jej świetnie zagrać agentkę 007. Czekam też na takiego Bonda.

Grażyna Torbicka filmolożka, kinofilka, dziennikarka filmowa i krytyczka. Dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym i Janowcu. Najnowsza 15. edycja odbędzie się od 31 lipca do 8 sierpnia. Na łamach SENSu co miesiąc rozmawia o filmach z psycholożką Martyną Harland.

  1. Psychologia

Rodzeństwo, czyli nie jesteś sam

Zwaśnione rodzeństwo, nawet jeśli bardzo chce, nie może raz na zawsze się od siebie odciąć. Braćmi, siostrami zostaje się na zawsze. (Fot. iStock)
Zwaśnione rodzeństwo, nawet jeśli bardzo chce, nie może raz na zawsze się od siebie odciąć. Braćmi, siostrami zostaje się na zawsze. (Fot. iStock)
Nikt nie zna naszych mocnych i słabych stron tak, jak brat i siostra. Przeżyliśmy razem kawał czasu w podobnych warunkach, mamy wspólne geny i doświadczenia. Nasz związek nie da się porównać z żadnym innym.

Anna, mama Filipa (lat 10), Kacpra (8) i Hani (5): - W naszym domu trwa nieustająca wojna. O wszystko: o to, kto posprząta zabawki, kto dostał więcej łakoci, kto ma pierwszy się umyć. Jestem wykończona nieustanną próbą mediacji, pocieszania skrzywdzonego i karcenia winowajcy. Nie skutkują nasze nauki i upomnienia. Zastanawiam się nawet, czy jesteśmy dobrymi rodzicami, skoro nie potrafimy sprawić, aby nasze dzieci żyły w zgodzie, żeby były dla siebie nawzajem miłe i życzliwe.

Siostrzyczka głaszcząca braciszka po główce to obrazek tyleż piękny, co nieprawdziwy. Relacje między rodzeństwem są na ogół bardzo skomplikowane. Rozpięte gdzieś między rywalizacją i współpracą, miłością i nienawiścią, zaufaniem i zazdrością. Czasami nienawiść bierze górę – i Kain zabija Abla, Balladyna Alinę, a główny bohater filmu „Wymyk” Grega Zglińskiego umywa ręce, gdy na brata napadają bandyci.

Zazdrość i rywalizacja

Większość braci i sióstr na różnych etapach życia drze ze sobą koty. Gryzie ich z tego powodu poczucie winy - wszak powinni się kochać. Wyrzuty sumienia pogłębia przekonanie, że w innych rodzinach relacje układają się świetnie. Tymczasem konflikty między dziećmi to w rodzinach chleb powszedni. Eva Rubinstein, córka światowej sławy pianisty Artura Rubinsteina, najstarsza z czworga rodzeństwa, w jednym z wywiadów przyznaje się do trudnych relacji z najmłodszym bratem. Ma z nim sporadyczny kontakt, choć mieszkają w Nowym Jorku. Wyznaje, że konflikt między nimi istniał zawsze. Podobne przykłady można by mnożyć.

Psycholog Beata Skarżyńska: - To relacja nieporównywalna w swojej intensywności z żadną inną. Targają nią silne emocje: kłótnie, godzenie się, zazdrość, tęsknota. I to jest normalne. Co więcej – takie doświadczenia są dla dzieci ważne i potrzebne.

Pojawienie się drugiego dziecka w rodzinie jest dla tego pierwszego bardzo trudnym przeżyciem. Bo nagle czuje się zdetronizowane, z dnia na dzień traci pozycję tego jedynego, kto nie musiał z nikim dzielić się mamą i tatą.

Marta Maruszczak w „Rodzicach i dzieciach” pisze, że zazdrość pojawia się od pierwszego dnia narodzin młodszego dziecka i trwa aż do dorosłości, a nawet do końca życia. Zmieniają się tylko jej formy i natężenie. Maluchy rywalizują o uwagę, czułość rodziców, czas poświecony każdemu z nich. Kłócą się o zabawki, przysmaki, miejsce przy stole, a nawet „lepszą” rękę mamy podczas spaceru. Kilkulatki dokuczają sobie i spierają się o to, które lepiej potrafi coś robić, które jest mądrzejsze, ładniejsze, bardziej dowcipne i bardziej lubiane przez kolegów. Walczą o przestrzeń we wspólnym pokoju, prezenty, przywileje. Dorastające rodzeństwo konkuruje o przyjaciół, lepszą pozycję w grupie rówieśniczej, powodzenie u płci przeciwnej. Dorośli bracia i siostry porównują swoje pozycje zawodowe, materialne, kto ma zdolniejsze dzieci i lepszych partnerów.

Połączeni na zawsze

Rywalizacja jest kosztowna, wymaga wiele energii, pociąga za sobą nieprzyjemności, wiąże się z psychicznym dyskomfortem. Mimo to dzieci ciągle się kłócą. Co im to daje?

Marta Maruszczak wylicza zalety: Na bezpiecznym domowym poligonie dzieci trenują wchodzenie w interakcje, radzenie sobie w trudnych sytuacjach, sprzeczanie się i godzenie – te umiejętności społeczne przydadzą się im potem w życiu. Konkurowanie z rodzeństwem to świetna lekcja asertywności i empatii. Uczy dochodzić swoich praw, ale i respektować prawa innych, co sprzyja rozwojowi inteligencji emocjonalnej, która odgrywa dużą rolę w odnoszeniu sukcesów życiowych. Hartuje, uodparnia na przykrości, ćwiczy refleks, umiejętności formułowania sądów i wyrażania swojego zdania. Uczy radzić sobie z silnymi emocjami (gniewem, zazdrością), zawierania kompromisów i negocjacji. Może dopingować do pracy nad sobą, do wysiłku i wytrwałości.

Rywalizacja jest więc przydatna, ale w rozsądnych granicach. Ta bezpardonowa może wyrządzić nieodwracalne szkody, prowadzić do demoralizacji, poszukiwania rozwiązań poza domem. Może determinować zachowania, uczucia i sposób myślenia o sobie samym w dorosłym wieku. Może przetrwać do końca życia i „rozlać się” na całą rodzinę, co często jest powodem konfliktów, niezgody, wzajemnej wrogości. Dlatego rywalizacji w żadnym razie nie wolno podsycać.

Zwaśnione rodzeństwo, nawet jeśli bardzo chce, nie może raz na zawsze się od siebie odciąć. Braćmi, siostrami zostaje się na zawsze. Niemiecki psychoterapeuta, Bert Hellinger mówi, że każde z dzieci przynależy do rodziny pochodzenia. Według Hellingera na poziomie nieświadomym wszyscy członkowie rodziny są ze sobą połączeni, zarówno żyjący, jak zmarli. Podkreśla, że choć wszyscy jako ludzie mamy taką samą wartość, to dla „porządku rzeczy” potrzebna jest hierarchia: z rodzicami na szczycie i dziećmi w kolejności urodzenia: pierworodnym na pierwszym miejscu, urodzonym jako drugie na drugim itd. Ostatnie miejsce, które zajmuje najmłodsze dziecko, wcale nie jest najgorsze, a nawet okazuje się lepsze, bo zapewnia mu korzystanie nie tylko od rodziców, ale i od starszego rodzeństwa. Natomiast najwięcej praw ma pierworodne dziecko. Nie tylko zresztą według Hellingera - w większości kultur to jego honorowało się największym majątkiem. Ale i na niego spadały największe obowiązki i odpowiedzialność za rodziców.

Czy kolejność narodzin determinuje życie?

Ronald W. i Lois A. Richardsonowie w książce „Najstarsze średnie najmłodsze” odpowiadają na to pytanie twierdząco. Z ich badań wynika, że pierwsze dziecko zazwyczaj identyfikuje się z wyznawanymi przez rodziców wartościami i stara się stać takim człowiekiem, jakim oni chcą go widzieć. Drugie dziecko, zwłaszcza jeśli jest tej samej płci, może być postrzegane jako nie tak „dobre” jak pierwsze – mniej kompetentne w robieniu tego, co cenią rodzice. Czasem, jeśli pierwsze dziecko dobrze radzi sobie z rolą „dobrego” (czyli spełnia oczekiwania rodziców), jego brat czy siostra starają się być zauważeni dzięki odgrywaniu roli tego „złego”. Młodsze dzieci natomiast określają siebie w zależności od tego, jakie terytorium zostało już zajęte przez starsze.

Anna, mama przyznająca się do braku pomysłu na poskromienie swojej trójki zapewnia: - Każde z dzieci traktuję tak samo i tak samo kocham. Ale każde z nich inaczej reaguje na moje uwagi i dyscyplinujące polecenia. Im bardziej jednak się staram, tym konflikty między nimi są większe.

Autorzy książki „Najstarsze…” nie zgadzają z podobnie jak Anna myślącymi rodzicami: To nieprawda, że traktujecie dzieci tak samo. Zmieniacie się pomiędzy ich narodzinami, zmienia się też świat i warunki, w jakich żyjecie. Dlatego dzieci wychowujecie w odmienny sposób, choć zazwyczaj nie jesteście tego świadomi.

Z kolei same dzieci zdają się to potwierdzać domagając się jednakowego traktowania, absolutnej równości praw i obowiązków. A rodzice w odpowiedzi na te żądania – podobnie jak Anna - usiłują „dzielić wszystko po równo”. Czy to dobry kierunek? Niekoniecznie. Skrupulatne mierzenie i ważenie wszystkiego wiąże się bowiem z ciągłym porównywaniem, co rodzi jeszcze większą rywalizację i zazdrość. Tym samym rodzice zapędzają się więc w ślepą uliczkę - dzieciom ciągle bowiem za mało „równości”.

Sprawiedliwie nie znaczy jednakowo

Marta Maruszczak uważa, że traktowanie wszystkich dzieci tak samo nie jest ani mądre, ani wskazane ani efektywne. Bo przecież każde dziecko jest inne. Dlatego tak też powinno się je traktować – jako jedyne i niepowtarzalne. I na przykład spędzać trochę czasu z każdym z dzieci sam na sam, mieć jakieś plany i sprawy z każdym z nich z osobna. Jeżeli nie starczy nam czasu dzisiaj, umówmy się na jutro. Po drugie: Nie wolno rodzeństwa porównywać. Nic tak bowiem nie psuje relacji pomiędzy nimi jak stawianie jednego za wzór drugiemu. Wtedy to krytykowane czuje się gorsze i nie lubi tego „lepszego”. A poza tym – dzieci w końcu zaczynają zachowywać się zgodnie z przypisywaną im rolą. Po trzecie – zamiast obdzielać je po równo, powinniśmy kierować się ich indywidualnymi potrzebami. Po czwarte – nie zapewniajmy, że kochamy wszystkie dzieci jednakowo, bo trąci to fałszem.

Marta Maruszczak: „Nie musimy każdej niesprawiedliwości tłumaczyć dzieciom, używając racjonalnych argumentów. One nie przyjmują logicznych wyjaśnień, kiedy czują się rozżalone. Okażmy mu wtedy szczególną troskę i zapewnijmy, że kochamy je wyjątkowo. Ceniąc indywidualność każdego dziecka i ciągle podkreślając jego niepowtarzalność, sprawimy, że każde poczuje się tak, jakby było najważniejsze i przestanie domagać się sprawiedliwości”.

Rodzeństwo nie jest od wychowywania

Starsze dzieci odbierają pojawienie się na świecie brata albo siostry raczej jako stratę niż zysk. Nie widzą powodu, żeby kochać kogoś, kogo nawet nie znają. Tymczasem oczekuje się od nich zachwytu, miłości, opieki. Jeżeli wyrażają niezadowolenie, rodzice także są niezadowoleni. Taki jest początek relacji większości rodzeństw i efekty tego pierwszego doświadczenia mogą trwać długo, nawet do dorosłości.

Beata Skarżyńska: - Oczekiwanie, że bracia i siostry będą się od początku wzajemnie wspierać i opiekować, jest mrzonką. W dodatku mocno dzieci obciążającą. Dzieciństwo to czas, kiedy potrzebuje się opieki, a nie opiekuje innymi, choćby rodzeństwem. Znam wielu dorosłych, którzy mają do rodziców głęboki żal o to, że musiały zajmować się swoim młodszym rodzeństwem. Niektórzy nie decydują się na własne dzieci, bo mają poczucie, że już się nawychowywały. Dlatego zaakceptujmy fakt, że dzieci nie chcą zajmować się młodszym rodzeństwem. Nie zmuszajmy ich do wspólnych zabaw. Uszanujmy potrzebę każdego dziecka do wyrażania swoich uczuć, do swojej prywatności, odmienności. Szczodrość nie przychodzi łatwo. Gdy nie będziemy do niej przymuszać, dziecko samo dojdzie do wniosku, że zachłanność po prostu się nie opłaca.

Życie rodzeństwa jest o wiele bogatsze niż jedynaka. We wczesnym dzieciństwie obfituje w intensywne przeżycia, zarówno dobre jak i trudne, co stwarza jedyną w swoim rodzaju szansę na rozwój. Często docenia się to dopiero w dorosłości. W ogóle dopiero wtedy zbiera się większość owoców życia w rodzinnej gromadzie. Gdy odchodzą rodzice, tylko brat i siostra są tymi osobami, którzy znają nas najdłużej, którzy wiedzą o nas najwięcej. Nawet krytyka z ich ust jest źródłem cennej wiedzy o nas. Możemy się kłócić, nie utrzymywać stałego kontaktu, ale gdy znajdziemy się w kryzysie, pierwsi przyjdą z pomocą. Dzięki rodzeństwu czujemy, że nie jesteśmy na tym świecie sami.