1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Kraków Grzegorza Turnaua

Kraków Grzegorza Turnaua

„Wolałbym, żeby życie tak nie galopowało. Czułbym się lepiej, gdybym miał 36 lat w zawieszeniu na 10. Taki wyrok bym poprosił” – śmieje się Grzegorz Turnau. W tym roku kończy 43 lata. W dzieciństwie marzył, żeby zostać kierowcą jelcza. Nie wyszło. Dzięki temu (na szczęście)  poznajemy go wciąż w nowych muzycznych wcieleniach. Spokojny,  trochę zamyślony dżentelmen wspomina smaki dzieciństwa: „Oranżada w proszku, którą zjadało się bez rozpuszczania jej w wodzie, batony Ikar, lody Bambino. No i hot-dogi na Plantach. To dopiero była magia smaku!”. Oto Turnau marzyciel.

 

Ruczaj

Przez pierwsze 20 lat życia mieszkałem po drugiej stronie Białuchy (inna nazwa Prądnika), która dzieli rozległy Kraków na części. Tu, na Olszy, około 5 km z Rynku Głównego, spędziłem szczenięce lata. Mój ojciec, nauczyciel akademicki, dostał tam mieszkanie jako pracownik WSP [Wyższej Szkoły Pedagogicznej – red.]. Charakterystycznym miejscem jest mostek na Białusze. Gdy zacząłem uczyć się w V LO w Krakowie, jeździłem stąd autobusem linii 128. Nieopodal mieszkał mój najbliższy przyjaciel, z którym do dziś utrzymuję kontakt, Staszek Mancewicz. Wyruszając do miasta w różnych sprawach, najczęściej rozrywkowych, umawialiśmy się zawsze „przy ruczaju”, jak nazywaliśmy to miejsce.

Miałem straszne zamiłowanie do motoryzacji i jak tylko skończyłem 10 lat i uzyskałem kartę rowerową, to za jakieś uskładane 600 złotych kupiłem sobie starą czeską, czerwono białą motorynkę Babetta. Było to dosyć heroiczne przedsięwzięcie, bo ona na ogół odmawiała posłuszeństwa i w drodze powrotnej ze szkoły najczęściej po prostu musiałem pedałować. Ale byłem na tyle uparty, że nawet w czasach, gdy już przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania (w starym nadal miałem piwniczkę do garażowania babetty), wstawałem, zima, nie zima, specjalnie pół godziny wcześniej, żeby wyprowadzić ten straszny sprzęt. Ponieważ nie byłem jeszcze na tyle silny, żeby go uruchomić (kręciło się pedałami), pchałem go na górkę i zjeżdżałem. Jechałem do szkoły, marznąc potwornie. A to wszystko złożone było na ołtarzu miłości do maszyn, która do dziś nie całkiem we mnie wygasła.

Szkoła Muzyczna

Zacząłem do niej chodzić, mając lat sześć. Tak się złożyło, że siostra mojej mamy była (i jest nadal) nauczycielką fortepianu, a ponieważ zdradzałem jakieś skłonności, więc padło na Ogólnokształcącą Szkołę Muzyczną. Dziś to bardzo stara kamienica, a na jej tyłach znajduje się przepiękna, ozdobiona krużgankiem sala, należąca do Akademii Muzycznej, tzw. florianka. Za moich czasów były tam pomieszczenia używane przez szczep harcerski Słowiki, do którego należałem. To było specyficzne harcerstwo, nie takie bardzo militarne, raczej wychowywało nas w duchu przyjaźni, sztuki, umiłowania historii.

Od początku edukacji grałem na fortepianie, czego czasem trochę żałuję, bo nie umiem grać na innych instrumentach. Radzę sobie z większością klawiszowych lepiej czy gorzej, ale nigdy nie starczyło mi siły woli, by pokonać ból palców przy nauce gry na gitarze czy zmusić się do ćwicze  np. na trąbce. Teraz budynek szkoły jest wyremontowany, ale pamiętam, jak fragment balustrady zleciał z drugiego piętra i o mało kogoś nie zabił. Raz mój starszy kolega, znany dziś wiolonczelista Tytus Miecznikowski, wszedł na lekcję skrzypiec przez okno na drugie piętro. Tak dla sportu, żeby przestraszyć swoją profesorkę. Jednak ta pani zasłynęła nie byle czym – w ataku furii rzuciła w tego właśnie niesfornego ucznia pękiem kluczy od sal, ale w tak misterny sposób, że cały ten pęk trafił do środka wiolonczeli przez tzw. ef, czyli maleńką szczelinkę. Lutnik miał potem poważny problem z ich wydobyciem. Tytus, choć był obiecującym skrzypkiem, gra na wiolonczeli, bo na skutek innej historii związanej z oknem niefortunnie złamał sobie lewą rękę. (Tym razem wyskoczył i spadł prosto na drzewo). Ja nie dokazywałem, byłem raczej spokojnym osobnikiem, podczas przerw grałem koleżankom na pianinie tematy z popularnych seriali.

Jelcz

Dopóki nie miałem motorynki, bardzo przeżywałem podróże autobusem. To był tzw. jelcz ogórek na licencji kody. Zawsze przeżywałem, jakim autobusem pojadę i który kierowca będzie jechał. Jeden jeździł szybciej, drugi wolniej, wszystko się poruszało i bzyczało. Marzyłem, żeby mieć taki przełącznik do migaczy jak oni. Czasem migało na zielono, czasem na pomarańczowo, zależnie od gustu kierowcy.

Nie kryję, że w domu miałem taką protezę autobusu. Sam ją sobie zrobiłem. Gdy już odrobiłem lekcje i wyćwiczyłem na fortepianie, co należało, to wsiadałem i w tej protezie pokonywałem moją ulubioną trasę, czyli Olsza – Dębniki, ku rozpaczy rodziców, którzy myśleli, że już nic ze mnie nie wyrośnie. Dźwięki wydawałem sam. Otwieranie drzwi, odpowietrzanie, specjalny hamulec odcinający dopływ paliwa. To była zabawa! Pozostała mi do dziś niesłychana atencja dla tego pełnego mozołu zawodu, dla tych kierowców, którzy tak walczą i odpowiedzialnie wożą tłumy nieodpowiedzialnych często ludzi. Imponowało mi też panowanie nad dużym pojazdem, nad żywiołem, życiem. Trzeba jednak wziąć pod uwagę pewien merkantylny aspekt historii. W tamtym czasie dotarło do mnie, że kierowcy autobusów zarabiają cztery razy więcej niż pracownik akademicki. Może myślałem wtedy, że to jest moja przyszłość? Na linii 124. Moim marzeniem byłoby kiedyś przejechać się takim jelczem, niekoniecznie po mieście, bo to mogłoby być trochę groźne, ale na jakimś starym lotnisku.

Ogród Muzeum Archeologicznego

Roztacza się z niego najpiękniejszy widok na Wawel. Dawno temu było tam więzienie, więc ogród był podworcem więziennym, a może też i miejscem straceń. Piękny, zadbany, barokowy ogród, który się kończy zarysem Wawelu. Wielokrotnie tam w letniej porze występowałem. Obok muzeum jest też Instytut Geologii PAN. Tu pracuje do dziś moja ciotka Elżbieta, do której pracowni chodziliśmy z bratem, jak byliśmy mali, i po raz pierwszy w życiu widzieliśmy mikroskop. Świat mikro. Oglądaliśmy jakieś paskudztwa: własne włosy, brud zza paznokci, paprochy. Nasz dziadek Stefan, ojciec tejże Elżbiety, brał nas zawsze pod łokcie, dźwigał do góry, sprawdzając, czy rośniemy miarowo, i mówił: „O, ty mój mikroskopku”. Elżunia specjalizuje się w rozsiewnikach zwanych sporami. Jedna spora została nawet nazwana na jej cześć: Grandispora lupata Turnau.

Nowa Prowincja

Trzy lata temu dowiedzieliśmy się z [żoną] Maryną, że można to miejsce wynająć. Wraz z przyjaciółmi, którzy mieli już doświadczenie w tej branży, zrobiliśmy remont i z kompletnej ruiny powstała kawiarnia, miejsce wydarzeń towarzysko artystycznych. Jako wydawnictwo mamy na koncie kilka tomów poetycko prześmiewczych, mieliśmy tu mnóstwo wernisaży i promocji książek. A poza tym? Staramy się, aby nie było popeliny, jeśli chodzi o kawę i ciastka – wyłącznie własnego wypieku.

Epitafia dla osób żyjących to gatunek z przyszłością, jak powiedział Bronisław Maj. Zaprzyjaźnieni z kawiarnią autorzy (m.in. Ewa Lipska, Michał Rusinek, Sebastian L. Kudas, Antonina Turnau i Bronek Maj właśnie) stworzyli więc szereg epitafiów dla siebie nawzajem i dla innych osób, także dla pani Wisławy Szymborskiej, która zaszczyca Nową Prowincję swoją uwagą. Noblistka natychmiast się zrewanżowała i tak powstał unikalny tomik, w serii tak limitowanej, że nikt dzisiaj nie jest pewien, czy w ogóle został wydany.

Takie jest założenie, to ma być zabawa w małym gronie i w małym nakładzie. Taki okruch, potrzeba spotkania. W górnej sali Pod Kokardą wiszą obrazki – ostatnio kapitalne akwarelki malowane od kilkudziesięciu lat przez panią Alinę Dawidowiczową, córkę Leona Chwistka, babcię wspomnianego Staszka Mancewicza, dziś znanego dziennikarza i felietonisty. Pani Alina jest matematyczką, a w dzieciństwie siadywała na kolanach u Witkacego. Codziennie maluje a to portreciki, a to scenki rodzajowe. W zeszłym roku urządziliśmy jej tu wernisaż.

 
Piwnica

Foto: Łukasz Gawroński

Jeżeli ktoś miał niespełna 17 lat, kiedy trafił do Piwnicy pod Baranami, i spędził tam kolejne 13 lat bardzo intensywnej pracy, zabawy, podróży i życia, to musi wspomnieć o Piwnicy. Gdyby nie ona pewnie zacząłbym się wtedy w zupełnie inny sposób realizować, mógłbym przedwcześnie uwierzyć w estradę, jeździć gdzieś bez sensu. Mnie Piwnica uratowała od takiego życia. Musiałem tam być nie laureatem, tylko chłopcem do różnych rzeczy. Do pakowania scenografii, śpiewania w chórkach, zagrania czegoś na fortepianie, do wygłupienia się i do przynoszenia wódki. W Piwnicy mnie wychowali, z lepszym czy gorszym skutkiem, i wypuścili. Była takim stałym punktem odniesienia, bo bez względu na trasy koncertowe w soboty zawsze trzeba było wrócić na kabaret, żeby Piotr się nie obraził. Z Piwnicy, jak z Nibylandii, nie odchodzi się nigdy. Tylko trudniej się fruwa.

Klasztor Reformatów

Ze Szkoły Muzycznej na Basztowej chodziliśmy przez Planty na lekcje religii do klasztoru Reformatów. Poza samą urodą miejsce to ma dość niezwykłą historię. W podziemiach klasztoru panuje mikroklimat, który powoduje, że znajdujące się tam ciała nie ulegają rozkładowi, lecz mumifikują się w sposób naturalny. Pierwsze pochówki pochodzą z XVII wieku. Są to mumie zakonników i osób z możnych rodów. Część z nich jest eksponowana pod szkłem. Mieliśmy lat może dziewięć, dziesięć, gdy ksiądz nas tam zabrał. Śmierć jeszcze dla mnie wtedy nie istniała. W tym wieku śmierć najczęściej jeszcze nie istnieje. Jak mówił kiedyś Pilch: „Dzieci stwo to czas, w którym wszyscy jeszcze żyli”. Widok tych doczesnych szczątków zapadł mi bardzo w czaszkę.

Te truchła zachowały jeszcze mgnienie życia, mają grymas ust, z oczodołów jeszcze się wyłania jakiś strach, są włosy, resztki skóry. To nie mumia Lenina. Oni są piękni. Zanikają w czasie. Jest tam mumia dziewczynki, która została najprawdopodobniej wyłowiona z topieli, i ma nienaruszone włosy. Są gęste i piękne. Na półszkieletowej twarzy zaś jest smutny wyraz ust. Moje spotkanie ze śmiercią w takiej formie być może nastawiło mnie na resztę życia tak, że często patrzę na nie z lekką rysą tej wątłości w tle, a jednocześnie z takim przeświadczeniem, że każdy nasz gest, słowo, błysk w oku jest w jakimś sensie do zmumifikowania, do utrwalenia. Może być ostatni albo kiedyś ciekawy.

Byłem tu tylko raz, 30 lat temu. Jak to mówił zmarły już krakowski kloszard, Szajbus niejaki: „Jaki ze mnie będzie brzydki trup!”. W tym jest coś barokowego. Barok nie bał się śmierci, gnicia, truchła. To jesteśmy my przecież, innych nas nie ma.

Bar łabędzie

Miejsce moich pielgrzymek na Plantach, po lekcjach lub między nimi. Tu zjadałem za pięć złotych takiego dziwnego hot doga, który składał się z kajzerki z dziurką, w której znajdowała się szara wątła kiełbaska leszczy ska, maczana w musztardzie sarepskiej. Było to, obiektywnie mówiąc, obrzydliwe. Muszę przyznać, że zawsze przeżywałem wielkie rozdarcie, czy nabyć torbę śmierdzących frytek pod budynkiem LOT u przy Rynku Kleparskim, czy też hot doga w barze łabędzie. Najczęściej wygrywał hot dog, bo była jakaś magia w tym. Proszę mnie dziś nie pytać jaka.

Dwa teatry

Jak miałem te 10–11 lat, zostałem zaangażowany do śpiewania w dwóch teatrach krakowskich: Starym i Słowackiego. To były „Dziady” w reżyserii Swinarskiego i „Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” w reżyserii Dejmka. Nie kapowałem z tego wiele, ale chodziło o to, że wtedy już się coś takiego w główce dzieje i człowiek się zaraża chorobą przedstawiania świata. W scenie obrzędu w „Dziadach” grałem dziecko, gdy przychodzi Upiór i mówi: „Ty mnie zabiłeś, ty mnie nauczyłeś czytać”. A ja na to: „Ach, ach, trup, ladaco, ach, ach, nie bierz tata”. Jakoś tak, można sprawdzić. Byłem tym tak przejęty, że prawdopodobnie grałem mocniej niż Jerzy Trela (Gustaw Konrad).

Ja i inni chłopcy byliśmy bardzo sowicie wynagradzani, bo dostawaliśmy sto złotych za przedstawienie. To było  20 hot dogów w łabędziach. W miesiącu zarabiałem więc średnio na sto hot dogów. Pamiętam zapach tych kulis. Kurzu, farby, drewna, pewnie zgnilizny, bo Stary Teatr zawsze miał problemy z dachem i podmakał, prochu, smoły (palono autentyczną smołę), no i jeszcze dwa zapachy z „Dziadów”: kasza gryczana i biały ser, jadło dla widm. Oczywiście to nie było naprawdę zjadane na scenie, więc my, chłopcy, żywiliśmy się tym później w garderobie.

Bracka

Zaczyna się moja dorosła historia. Przeprowadziłem się tu 20 lat temu do mieszkania po ciotce mojej przyszłej żony. Bracka zamieniła się dla mnie w najważniejszy punkt w Krakowie. Tu zaczęło się życie z dzieckiem. Dorosłe życie. Wtedy infrastruktura rozrywkowa Brackiej nie istniała. Jedna knajpa, do której się nie chodziło, jeden nędzny sklep, antykwariat, biblioteka. Dziś Bracka zamieniła się w cudowną rynnę odprowadzającą rozbawione towarzystwo z Rynku choćby na Kazimierz, w stronę Wawelu. Po drodze mnóstwo lokali, restauracji i bardzo ważne miejsce tutaj, czyli „Tania książka”. Antykwariat niestety wyemigrował.

Tu powstała piosenka, o której niektórzy słyszeli, a która nadała Brackiej taką aurę dosyć melancholijną i deszczową. Cieszę się z tego, lecz czasem bywa to trochę męczące, bo wiele osób myśli, że ja śpiewam tylko o deszczu, melancholii i próbach samobójczych. Skąd się to wzięło? Mój kolega Michał Zabłocki któregoś razu przyjechał z Warszawy i tak się nieszczęśliwie podziębił, że leżał jak trup u mnie w domu. Z rozpaczy napisał kilka tekstów. Mówię na nie „Zemsta Zabłockiego” – za to, że nie mógł wyjść i grasować po mieście, opisał moją ulicę jako taki ponury, meteorologiczny przypadek, który jest nieuleczalny. Michał wyzdrowiał, wyjechał, a piosenka została. Teraz na Brackiej mieszka mój teść profesor Barfuss i córka Antosia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Sophie Taeuber-Arp – wybitna przedstawicielka awangardy

Portret Sophie Taeuber-Arp ukrywającej część twarzy za rzeźbą-obiektem „Głowa Dada” (1920). (Fot. materiały prasowe)
Portret Sophie Taeuber-Arp ukrywającej część twarzy za rzeźbą-obiektem „Głowa Dada” (1920). (Fot. materiały prasowe)
Zainteresowanie twórczością Sophie Taeuber-Arp nigdy nie było tak żywe jak dziś – co potwierdza największa od lat retrospektywna wystawa artystki przygotowana wspólnie przez trzy muzea.

Mamy rok 1916. Wielka Wojna jest dopiero na półmetku, ale nie trzeba czekać do jej finału, żeby dostrzec, że stary świat się skończył. Na polach bitew tej powszechnej rzezi kultura europejska poważnie się skompromitowała, stając na krawędzi moralnego bankructwa. Tak sprawy widzi grupa artystów, którzy skupili się w Zurychu wokół Cabaretu Vol-taire. Dlaczego akurat w Zurychu? Bo to do neutralnej Szwajcarii uchodźcy z różnych krajów, anarchiści, pacyfiści i dysydenci uciekali przed szaleństwem wojny. Właśnie rodzi się wywrotowy ruch dada – latem 1916 roku twórca Cabaretu Voltaire, niemiecki pisarz Hugo Ball, ogłasza pierwszy manifest dadaizmu. Wśród sygnatariuszy tego dokumentu jest młoda Sophie Taeuber.

Przede wszystkim wolność

W przeciwieństwie do większości dadaistów z Zurychu Taeuber była Szwajcarką. Przynajmniej z obywatelstwa i urodzenia. Przyszła na świat w 1889 roku w sanatorium w Davos, które Tomasz Mann miał później rozsławić w „Czarodziejskiej górze”. Ojciec przyszłej artystki, pruski farmaceuta, walczył w tym uzdrowisku z gruźlicą, zresztą bezskutecznie. Po jego śmierci wdowa wraz z dziećmi została w Szwajcarii na stałe.

Utalentowana plastycznie Sophie studiowała przed pierwszą wojną światową w St. Gallen, potem w Monachium i Hamburgu. Interesowały ją przede wszystkim sztuki stosowane, ale też taniec, teatr, projektowanie przestrzeni. Programy, które oferowały ówczesne szkoły artystyczne, wydawały się jej jednak zbyt zachowawcze, zbyt głęboko zakorzenione w myśleniu XIX-wiecznym, które – jak słusznie przeczuwała – choć wciąż jeszcze dominowało, należało już do przeszłości.

Jest przewrotna ironia w tym, że Sophie to, czego nie mogła znaleźć na uczelniach w czasie pokoju, odnalazła w Zurychu dzięki wojnie. Po 1914 roku za sprawą uchodźców w mieście powstała jedna z najbardziej kosmopolitycznych i najciekawszych scen artystycznych w ówczesnej Europie. Wśród przybyszy, którzy szukali azylu w Szwajcarii, był Hans Arp, artysta z alzackiego, niemiecko-francuskiego pogranicza, jeszcze przed wojną zaangażowany w międzynarodowe środowiska awangardowe. Sophie stworzyła z nim duet w sztuce i w życiu, a wkrótce oboje znaleźli się w ścisłym kręgu twórców Cabaretu Voltaire. Ideą skupionych wokół niego artystów było wyzwolenie twórczości z okowów konwencji, reguł, estetycznych dogmatów. Nową sztukę chcieli budować na gruzach obowiązujących do tej pory zasad. A wartością nadrzędną miała być odtąd wolność. Każdy korzystał z niej na swój sposób.

Kobieta w masce

Sophie Taeuber użyła tej swobody do przekraczania granic dzielących artystyczne gatunki. W jej pracach z tego okresu nie sposób ustanowić podziału między sztuką użytkową a sztukami pięknymi. Do ulubionych gatunków Sophie należała tkanina. Z tym, że szwajcarska artystka szyła tak, jak inni tworzyli obrazy, posługując się awangardowym językiem kubizmu i geometrycznej abstrakcji. Projektowała marionety dla eksperymentalnych teatrów lalkowych. Jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej intensywnie zajmowała się tańcem, teraz nawiązała współpracę z najciekawszymi przedstawicielami nowego myślenia w tej dyscyplinie, takimi jak choreograf Rudolf Laban czy charyzmatyczna tancerka nowoczesna Mary Wigman. Odwiedzała także Monte Verità w Asconie – założoną na początku XX wieku w szwajcarskich górach komunę artystyczną, której członkowie łączyli studia nad alternatywnymi stylami życia, wolną miłością i poszukiwaniami duchowymi z praktykowaniem sztuk performatywnych.

Marioneta ze sztuki „Król jeleń” (1918). (Fot. materiały prasowe)Marioneta ze sztuki „Król jeleń” (1918). (Fot. materiały prasowe)

Cabaret Voltaire był idealną sceną dla eksperymentów Taeuber. Artystka występowała w kostiumach i maskach własnego projektu. Przebrania te miały wymiar estetyczny, ale spełniały też bardzo praktyczne zadanie. W czasach zaangażowania w działania Cabaretu Sophie była już wykładowczynią w Szkole Sztuk i Rzemiosł w Zurychu (z uczelnianej pensji utrzymywała zarówno siebie, jak i Hansa Arpa). Tymczasem działalność Cabaretu Voltaire uważano za skandaliczną, miejsce postrzegano jako jaskinię wywrotowców. Występując z dadaistami, Taeuber ukrywała więc swoje nazwisko pod pseudonimem, a twarz – pod abstrakcyjnymi maskami. Ujawniła się dopiero po zakończeniu wojny, kiedy jej pozycja na rynku sztuki stała się na tyle mocna, że nie musiała się już przejmować opinią konserwatywnej opinii publicznej.

Nowy język

Lata 20. były dla niej czasem intensywnych podróży, a także sukcesów. Do największych należała Café de L’Aubette, lokal w Strasburgu. Nad projektem wnętrza pracowała w latach 1926–1928 razem z Arpem i Theo van Doesburgiem, współtwórcą słynnej holenderskiej grupy De Stijl. Kawiarnia – od architektury wnętrza, przez meble i sprzęty, po kolory i malarskie dekoracje – była totalnym dziełem sztuki. Język tego totalnego dzieła był geometryczny i abstrakcyjny, a jednocześnie nie przestawało ono należeć do dziedziny sztuki użytkowej. Café de L’Aubette jest jednym z najwybitniejszych przykładów konstruktywizmu z lat międzywojennych w Europie Zachodniej. Który nie uszedł, niestety, uwadze nazistów. Po zajęciu Strasburga w 1940 roku hitlerowcy zniszczyli kawiarnię jako przykład „sztuki zdegenerowanej”. Została zrekonstruowana dopiero w XXI wieku.

„Równowaga” (1932), obraz. (Fot. materiały prasowe)„Równowaga” (1932), obraz. (Fot. materiały prasowe)

„Geometryczny i falisty” (1941), rysunek. (Fot. materiały prasowe)„Geometryczny i falisty” (1941), rysunek. (Fot. materiały prasowe)

W następnej dekadzie Sophie i Hans Arpowie, idąc jeszcze dalej w stronę konstruktywizmu, trafili do międzynarodowego sprzysiężenia artystów Cercle et Carré (Koło i Kwadrat). Prace Sophie Taeuber-Arp z tego okresu to prawdziwe arcydzieła geometrycznej abstrakcji. O ile wielcy przedstawiciele tego gatunku, tacy jak Piet Mondrian, szukali w matematycznych formach mistyki, o tyle Sophie stawiała na kolor, ruch, niemal taneczną dynamikę form, a także na radość. Jak wielu innych przedstawicieli awangardy traktowała swoją praktykę w kategoriach tworzenia języka wizualnego, którym opowiedzieć można nowy świat. Stała przy tym na stanowisku, że jeżeli ten nowy świat ma być naprawdę lepszy, musi być nie tylko piękny, lecz także pełen życia i radosny.

Tak, tak i tak

Tymczasem wybucha druga wojna światowa, zaskakując Sophie i Hansa w Paryżu. Udaje im się uciec przed nazistami na południe Francji. Znajdują w końcu schronienie w Szwajcarii, ale w 1943 roku Sophie ulega śmiertelnemu zatruciu tlenkiem węgla wydobywającym się z zepsutego piecyka gazowego.

Przedwczesna śmierć zastała ją w pełni twórczych sił. W odróżnieniu od wielu artystów awangardowych, którzy z trudem walczyli o uznanie, w latach międzywojennych kroczyła od sukcesu do sukcesu, jej sztuka cały czas się rozwijała. A jednak w drugiej połowie XX wieku Sophie Taeuber-Arp zaczęła popadać w zapomnienie, stając się jeszcze jedną ofiarą mizoginii, której plaga nie omijała też historii sztuki. W rodzinnej Szwajcarii pozostawała cenioną figurą, od lat 90. podobizna artystki zdobi nawet banknot pięćdziesięciofrankowy. Na świecie – w omówieniach dziejów dadaizmu czy międzywojennej geometrycznej abstrakcji coraz częściej zapominano obok licznych mężczyzn wymienić i jej nazwisko. Fakt, że dużą część dorobku Sophie stanowią tkaniny artystyczne oraz projekty z pogranicza sztuk użytkowych i pięknych, a więc gatunki uważane za „drugorzędne” i „kobiece”, usuwał ją w tym głębszy cień.

„Kompozycja” (1930), obraz. (Fot. materiały prasowe)„Kompozycja” (1930), obraz. (Fot. materiały prasowe)

„Obraz z ruchomymi kołami” (1934). (Fot. materiały prasowe)„Obraz z ruchomymi kołami” (1934). (Fot. materiały prasowe)

Artystka wyszła z niego na fali feministycznej rewizji historii sztuki – i jest to powrót w wielkim stylu. Poświęcona jej wystawa, której premiera odbyła się w Kunstmuseum w Bazylei, pojedzie w tym roku do dwóch najważniejszych globalnych instytucji zajmujących się sztuką nowoczesną – Tate Modern w Londynie i Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Wystawa ta ukazuje artystkę, która była jedną z najbardziej utalentowanych przedstawicielek swojej epoki i jednocześnie tę epokę wyprzedzała. Czy abstrakcja może być radosna? Użyteczna? Czy może być tkaniną, ruchem i tańcem? Sophie Taeuber-Arp na wszystkie te pytania odpowiadała: tak.

Wystawa „Sophie Taeuber-Arp: Living Abstraction” w Kunstmuseum w Bazylei trwała do 20 czerwca. Latem planuje się jej otwarcie w Tate Modern w Londynie, a jesienią – w MoMA w Nowym Jorku.

Zdjęcia: materiały prasowe (Musée d'Art Moderne et Contemporain de Strasbourg/ Musées de Strasbourg, Kunstmuseum Basel, Schenkung Marguerite Arp-Hagenbach, The Museum of Modern Art, New York, The Riklis Collection of McCrory Corporation, Museum für Gestaltung, Zürcher Hochschule der Künste, Kunstgewerbesammlung, Courtesy Umberto Romito, Ivan Suta, Alex Delfanne, Stiftung Arp e.V., Berlin, Mick Vincenz/Arp Museum Bahnhof Rolandseck, Remagen, Museo d'arte della Svizzera Italiana, Lugano, Collezione Cantone Ticino, Nic Aluf/Stiftung Arp e.V., Berlin).

  1. Psychologia

Mechanizmy obronne – jak reagujemy na trudne dla nas sytuacje? Dlaczego pozwalamy się krzywdzić?

Często w sytuacjach trudnych używamy nieświadomie mechanizmów obronnych – zaprzeczenia, wyparcia, racjonalizacji, intelektualizacji, projekcji, przeniesienia – ale one nie zawsze w życiu dorosłym nas bronią.(Fot. iStock)
Często w sytuacjach trudnych używamy nieświadomie mechanizmów obronnych – zaprzeczenia, wyparcia, racjonalizacji, intelektualizacji, projekcji, przeniesienia – ale one nie zawsze w życiu dorosłym nas bronią.(Fot. iStock)
Gdy się czegoś boimy – a najbardziej boimy się zmian – uruchamiamy mechanizmy, które wytworzyliśmy w dzieciństwie, by mniej cierpieć. Są jak kokon, który pozwala nie dopuścić do świadomości tego, co się dzieje. Problem w tym, że te sposoby obrony nie zawsze pomagają, gdy już jesteśmy dorośli. Tylko jak to zobaczyć?

„Kiedy na drugim roku omawialiśmy funkcjonowanie mechanizmów obronnych i odkrywaliśmy z podziwem potęgę tej części naszej psychiki – zaczynaliśmy rozumieć, że gdyby nie istniały racjonalizacja, sublimacja, wyparcie, te wszystkie sztuczki, którymi raczymy samych siebie, że gdyby można było spojrzeć na świat bez żadnej ochrony, uczciwie i odważnie – pękłyby nam serca” – pisze Olga Tokarczuk w książce „Bieguni”. „Dowiedzieliśmy się na tych studiach, że jesteśmy zbudowani z obron, z tarcz i zbroi, jesteśmy miastami, których architektura sprowadza się do murów, baszt, fortyfikacji – państwami bunkrów”.

Mechanizmy obronne wprowadził do języka psychologii twórca psychoanalizy Zygmunt Freud. Każdy z nas jakieś wytworzył, każdy z nas jakieś stosuje po to, by ocalić obraz siebie lub świata. Często jednak są one odbiciem w krzywym zwierciadle, a nie obiektywną prawdą. Stosowanie ich nieadekwatnie do sytuacji może nam utrudniać funkcjonowanie zarówno w życiu osobistym, jak i w relacjach zawodowych. Choć często ratują nas przed cierpieniem, to uporczywie uruchamiane, zubażają możliwość decydowania o sobie samym. Momentem, w którym najdobitniej możemy się przekonać, czy te mechanizmy nam szkodzą, czy pomagają, jest zwykle zmiana, chciana lub niechciana. Zobaczmy, jak starali się poradzić z nią nasi bohaterowie.

Gdy inni nas wykorzystują

Wszyscy mówili Bożenie, żeby rzuciła Darka, bo ten zwyczajnie ją wykorzystuje. Ona uważała swój związek za bardzo szczęśliwy, zresztą ze wszystkimi swoimi byłymi partnerami ma nawet po latach świetne relacje – mogą na nią liczyć i jest przekonana, że to działa też w drugą stronę. Do nikogo nie ma pretensji, wszystkich lubi i przez wszystkich jest lubiana. Teraz jednak w jej 10-letnim związku coś zazgrzytało, widzi, że przy przeprowadzce do większego mieszkania ze wszystkim jest sama. Z podjęciem decyzji, z wyborem mieszkania, ustalaniem terminów, pakowaniem rzeczy… Darek jest mało operatywny, nie wykazuje inicjatywy, na wszystko się zgodzi, ale trzeba mu to zorganizować i podstawić pod nos. Po raz pierwszy od dawna Bożena czuje się przytłoczona ilością zadań. Zobaczyła jasno, że Darek jej nie wspiera, nie pomaga. I że tak było zawsze – wszystkie sprawy do załatwienia i domowe obowiązki brała na siebie, nie tylko w związku z Darkiem, ale też z innymi partnerami. Czuje teraz wielką niechęć do tej przeprowadzki, do zmiany. Ale może to niechęć do Darka?

Komentuje psycholożka i terapeutka Joanna Boj:
Wygląda na to, że dopiero przeprowadzka – przedsięwzięcie spore i wymagające – zaczyna pokazywać Bożenie, w jakiej roli siebie samą obsadza. I wyobrażam sobie, że nie jest to zbyt przyjemny obraz. O ile fajniej jest myśleć o sobie jako o kimś dobrym, poświęcającym się, a nie zauważać tego, że jest się krzywdzonym. Aby coś się zmieniło, Bożena musi zauważyć, że ma prawo być w innych rolach niż tylko wspierającej kobiety. Może mieć swoje potrzeby, może potrzebować również pomocy. Z jakiegoś powodu przez lata nie widziała tego, racjonalizowała swoje miejsce w związku, wszystko interpretowała jako właściwe i zasadne, by nie zobaczyć, że jest wykorzystywana. Pewna część psychiki Bożeny blokowała tę wiedzę. Z jakichś powodów odnalazła swoją siłę w pomaganiu innym, a własne potrzeby umniejszyła, nie uznała za ważne. Może nauczyła się w dzieciństwie, że tylko będąc potrzebną, jest kimś wartościowym, i obawia się, że gdyby z tego zrezygnowała, gdyby przestała być miłą dla wszystkich, to mogłoby się okazać, że nie jest już ważna? Musiałaby zbudować swoje poczucie wartości na czymś innym niż dotychczas – a to trudne i wymagające przedsięwzięcie. Nawet bardziej niż przeprowadzka – która jednak, na szczęście, pokazała jej, że racjonalizacja jej nie chroni.

Nowy podział obowiązków

Jowita świetnie się czuła w swojej pracy, była doceniana przez szefów, z szeregowego reportera w radiu awansowała na wydawcę programów. Wszystko się zmieniło wraz z nastaniem nowego szefa. Zatrudnił na stanowisku reportera Darię, dziewczynę, z którą – co było tajemnicą poliszynela – miał romans. Jowita zauważyła, że szef niechętnie patrzy, gdy ma ona merytoryczne uwagi do jego wybranki. Później kazał Jowicie pisać raporty, jak spędziła 8 godzin w pracy, i rozliczał ją z każdej minuty. W końcu, w ramach wprowadzanych innowacji, wymyślił, że będą się z Darią wymieniać obowiązkami co tydzień. Czyli poniekąd dokonał za jednym zamachem degradacji Jowity i awansu Darii. Dziewczyny na zmianę miały dyżur reporterski albo były wydawcą programu. To tylko kwestia tygodni, kiedy Daria zastąpi Jowitę na stałe. I tak też się stało. Koledzy przecierali oczy ze zdziwienia, widząc, jak Jowita wylewnie gratuluje Darii awansu – przecież powinna być wkurzona.

Komentarz psychologa:
Znów mamy sytuację, w której osoba nie widzi tego, że jest źle traktowana. Co więcej, wydaje się, że wbrew logice, obdarowuje swoich „wrogów” pozytywnymi uczuciami. Jest taki mechanizm obronny – reakcja upozorowana. Przed czym może chronić? Uznanie, że zostało się niesprawiedliwie potraktowanym, może ciągnąć za sobą poczucie porażki, winy (że się do tego dopuściło), słabości lub inne niezbyt przyjemne uczucia. Robienie dobrej miny do złej gry pozostawia choć odrobinę poczucia godności czy kontroli nad sytuacją. Jeśli Jowita wewnętrznie siebie samą krytykuje, to uznanie, że została źle potraktowana, może wywołać lawinę ataków ze strony jej Wewnętrznego Krytyka.

Kobieta z jakichś powodów nie potrafi stanąć za sobą, obronić się, zareagować. Nie czuje swojej siły i sprawczości. Potrzebowałaby to odblokować, żeby nie musieć już udawać, że wszystko jest w porządku. Została potraktowana nie fair, a i tak nie reaguje, mechanizm obronny nie odpuszcza. Może gdyby koledzy wyrazili jasno swoje zdziwienie i oburzenie, Jowita by wreszcie to zobaczyła? Nic się nie zmieni w jej reagowaniu, dopóki sobie nie uświadomi, że ten mechanizm jej nie chroni. Gdy to zrozumie, może następnym razem tupnie nogą i stanie we własnej obronie. Albo przynajmniej zobaczy, że powinna to dla siebie zrobić, i przyjrzy się, co temu stoi na przeszkodzie.

Niewyjaśnione przeszkody

Bartek od dawna nie radzi sobie z natłokiem spraw, nie wiedzie mu się także w małżeństwie, bo przestał dogadywać się z żoną. W zasadzie tkwi w tym związku „dla dzieci” – obiecał sobie, że nie pozbawi swoich córek dorastania w pełnej rodzinie, nie chce, by cierpiały tak jak on, gdy ojciec zostawił go samego z matką. Do tego doszły problemy z używkami – trudno powiedzieć, co było pierwsze: problemy czy alkohol i trawka. Nie upija się, ale resetuje przed snem dwoma kieliszkami koniaku lub butelką piwa. Codziennie. Żona zagroziła, że odejdzie, jeśli Bartek nie pójdzie na terapię. No to poszedł. Był na pierwszej konsultacji. Ale na kolejne jakoś nie może dotrzeć. A to mu coś wyskoczy w ostatniej chwili, a to termin wypadnie mu z głowy. Bardzo chce się zmienić, wie, że droga, którą kroczy, prowadzi donikąd, ciągle jednak coś stoi mu na przeszkodzie.

Komentarz psychologa:
Można by powiedzieć, klasyczne wyparcie. Wygląda na to, że ta część Bartka, która może i chce jakiejś zmiany, nie jest dopuszczana do głosu. Został wysłany na terapię, a to jeden z trudniejszych rodzajów pacjentów. Nie wiemy, co w Bartku tak naprawdę siedzi. Czegoś się boi. Może myśli o sobie, że jest beznadziejny i nie potrafi poradzić sobie z problemami, w związku z tym uważa, że terapia jest bez sensu? Może pozostawanie w związku „dla dobra dzieci” to tylko mydlenie oczu sobie samemu, bo tak naprawdę chce i potrzebuje czegoś innego – ale zdecydowanie się na to wymagałoby wiele odwagi i przebicia się przez różne schematy, w tym społeczne? Może w ogóle Bartkowi czegoś w życiu brak, czegoś głębszego, ożywczego? Próbuje sobie tego dostarczyć używkami, ale one nigdy nie zastąpią prawdziwego doświadczenia i zmiany.

Każda zmiana boli, wymaga od człowieka ogromnego wysiłku, pracy, zmierzenia się ze zranieniami i wzięcia odpowiedzialności za siebie. To jest trudne, dlatego często decydujemy się na półśrodki w rodzaju zaprzeczania rzeczywistości. Sytuacja, w której jest Bartek, ma potencjał, żeby coś w nim poruszyć. Mężczyzna może się otrząsnąć i choć trochę się zmienić (i to niekoniecznie w sposób, w jaki chce tego żona Bartka) – ale to on musi się na to zdecydować.

Tarcze, które nie bronią

Często w sytuacjach trudnych używamy nieświadomie mechanizmów obronnych – zaprzeczenia, wyparcia, racjonalizacji, intelektualizacji, projekcji, przeniesienia – ale one nie zawsze w życiu dorosłym nas bronią. Szczególnie widać to w sytuacjach, gdy reagujemy nieadekwatnie do wydarzenia, czyli za mocno, czym budzimy zdziwienie, ale i sprzeciw otoczenia. Na przykład gdy czyjąś żartobliwą uwagę interpretujemy jak atak na siebie i zamiast równie żartobliwie odpowiedzieć, strzelamy do wróbla z wielkiej armaty, albo żeby dotkliwie ukarać – nie odzywamy się przez miesiąc.

Kolejny przykład: chcemy zmienić pracę czy wyjechać do innego miasta, ale torpedujemy swoje zamiary, nie realizujemy ich, podświadomie bojkotujemy. Wyszukujemy przeszkody – a to nie jest jeszcze właściwy moment, a to oferta mało ciekawa – byle tylko nie ponieść porażki. Uświadomienie sobie najbardziej szkodliwych mechanizmów obronnych i świadoma rezygnacja z nich pozwoli nam bardziej zadbać o siebie i swoje potrzeby.

Na szczęście są też tzw. dojrzałe mechanizmy obronne, które i w życiu dorosłym dobrze nas chronią. Na przykład poczucie humoru, które pozwala na dystans do wielu osób i spraw. Z tego mechanizmu warto jak najczęściej korzystać! Bez uczucia osobistego cierpienia i bez krzywdzenia kogoś innego.

Zobacz listę najczęściej używanych mechanizmów:

  • Wyparcie – nieprzyjmowanie do świadomości bolesnych zdarzeń lub wspomnień.
  • Zaprzeczenie – udawanie, że nic takiego się nie stało (w stosunku do przykrych wydarzeń), że to, co robię, nie jest groźne (ryzykowne zachowania).
  • Projekcja – przypisywanie własnego niechcianego impulsu komuś innemu (ktoś mnie pociąga, ale mnie odtrąca, więc oskarżam go o molestowanie).
  • Przeniesienie – przeniesienie uczuć z osoby mniej dla nas bezpiecznej na bardziej bezpieczną (w pracy nie możesz nakrzyczeć na szefa podczas konfliktu, ale w domu krzyczysz na dziecko albo męża, bez wyraźnego powodu).
  • Racjonalizowanie – szukanie usprawiedliwień, by nie dopuścić do siebie niepowodzeń.
  • Regresja – w obliczu zagrożenia zachowujemy się infantylnie, cofamy się do wcześniejszego etapu rozwoju.
  • Istnieją dojrzałe mechanizmy obronne, które i w życiu dorosłym dobrze nas chronią. Na przykład poczucie humoru pozwala nam na dystans do wielu osób i spraw.

Renata Mazurowska: psychoterapeutka, trenerka umiejętności osobistych i społecznych, prowadzi treningi grupowe, warsztaty i sesje terapeutyczne.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Styl Życia

Praktyka uważności – 7 prostych rad

Kiedy jesteśmy uważni, nie osądzamy, nie walczymy, nie opieramy się zdarzeniom, uczuciom, stanom wewnętrznym. (fot. iStock)
Kiedy jesteśmy uważni, nie osądzamy, nie walczymy, nie opieramy się zdarzeniom, uczuciom, stanom wewnętrznym. (fot. iStock)
Oto siedem porad Marscha Lukasa, psychologa, autora książki „Rewire Your Brain for Love”. Pomogą ci one być uważnym w codziennym życiu.

1. Praktykuj uważność podczas rutynowych czynności

Spróbuj wnieść świadomości do codziennych zajęć, które zazwyczaj wykonujesz jakbyś był zaprogramowany. Skup uwagę na obrazach, dźwiękach, smakach, zapachach kiedy: szczotkujesz zęby, pijesz kawę, schodzisz po schodach. Może się okazać, że takie rutynowe działanie jest bardziej interesujące niż myślałeś.

2. Ćwicz uważność od razu jak się obudzisz

Dobrze, jeśli praktyka uważności pojawia się zaraz po obudzeniu. Dzięki temu system nerwowy „ustawia się” na spokojne przeżywanie teraźniejszości. Jak to robić? Powoli i pojedynczo. Jak wstaniesz nie włączaj jednocześnie laptopa, pijąc kawę, słuchając radia i robiąc dzieciom śniadanie do szkoły.

3. Pozwól umysłowi wędrować

Podążaj za swoimi myślami, obserwuj je z dystansu, jakby były chmurami pchanymi letnim wiatrem. Zobacz dokąd cię zaprowadzą, bądź świadomy tego procesu.

4. Koncentruj się krótko

Nasz mózg lepiej reaguje na krótkie ćwiczenia uważności. Bycie uważnym kilka razy dziennie jest lepsze niż jeden dłuższy lub weekendowy trening. 20 minut jest optymalnym złotym środkiem, ale można zacząć od kilku minut. Skoncentruj się na tym, jak czujesz stopy w butach albo na tym, czy twoja szczęka jest ściśnięta czy luźna.

5. Bądź uważny, czekając

Kolejka, korki, czekanie u dentysty. Kiedy czekasz zwróć uwagę na oddech, na jego przepływ, potem skup się na odczuciach w ciele. Tym sposobem przejdzie ci zniecierpliwienie i rozdrażnienie.

6. Umów się ze sobą na hasło, które przypomni ci o uważności

Na przykład za każdym razem, gdy zobaczysz czerwony kolor, przypomnij sobie o praktyce uważności, albo wtedy gdy pijesz herbatę. Możesz zmieniać hasło.

7. Naucz się medytować

Medytacja jest najlepszym sposobem, by w krew weszła ci praktyka uważności. Można ją porównać do nauki obcego języka. Liczy się powtarzanie i systematyczność. Poszukaj grup medytacyjnych lub skorzystaj z nauki na CD.

Twórcą praktyki uważności oraz jej ogólnej definicji jest Jon Kabat-Zinn. Marsch Lukas jest jednym z następców propagujących nauki Zinn’a.

  1. Moda i uroda

Uroda w tabletce – czy warto stosować suplementy?

Opinie specjalistów na temat suplementów diety są podzielone. Wśród nich występują zarówno ich gorący zwolennicy, jak i zdeklarowani przeciwnicy. Co więcej, na obronę każdego z tych poglądów można znaleźć poparcie w wynikach badań. (Fot. iStock)
Opinie specjalistów na temat suplementów diety są podzielone. Wśród nich występują zarówno ich gorący zwolennicy, jak i zdeklarowani przeciwnicy. Co więcej, na obronę każdego z tych poglądów można znaleźć poparcie w wynikach badań. (Fot. iStock)
Znasz to powiedzenie: „jedno jabłko dziennie trzyma doktora daleko ode mnie”? Ciekawe, z którego roku pochodzi. Dziś trzeba zjeść pięć jabłek, żeby dostarczyć organizmowi tyle samo składników odżywczych, ile z jednego owocu w 1950 roku.

Opinie specjalistów na temat suplementów diety są podzielone. Wśród nich występują zarówno ich gorący zwolennicy, jak i zdeklarowani przeciwnicy. Co więcej, na obronę każdego z tych poglądów można znaleźć poparcie w wynikach badań. A informacje dotyczące stosowania suplementów bywają naprawdę niepokojące. Znane są doniesienia o tym, że zbyt wysokie dawki witaminy E (nazywanej witaminą młodości i płodności) sprzyjają chorobom serca. Nadmiar witaminy B12 nasila trądzik, a podawanie beta-karotenu palaczom może być dla nich niebezpieczne. „Przeprowadzono badania z udziałem sportowców, którzy właśnie z powodu uprawiania sportu narażeni są na silny stres oksydacyjny, jednocześnie jednak dzięki regularnym treningom poprawiają naturalną odporność organizmu. O dziwo, okazało się, że dodatkowe podawanie witamin niszczy ten precyzyjny, samonapędzający się mechanizm” – pisze dr Yael Adler w „Skóra – fascynująca historia”. Ostatnio zaczęły mi mocniej wypadać włosy. Pierwsze, co zrobiłam, to sięgnęłam po suplement z biotyną, która jest w niemal każdym produkcie „na włosy i paznokcie”. Potem usłyszałam od dermatologa, że mam ją odstawić, bo… może powodować wypadanie włosów.

Suplementacja spersonalizowana

Suplementacja to uzupełnianie. Uzupełnianie czegoś, czego nie brakuje, może być szkodliwe. Dlatego zanim zaczniemy brać suplementy, warto zrobić badania lub przynajmniej porozmawiać ze specjalistą, który zna pewne zależności. Jeśli spędzasz dużo czasu pod gołym niebem – prawdopodobnie nie potrzebujesz witaminy D, bo twoja skóra wytwarza jej wystarczająco dużo pod wpływem słońca. Ale możesz za to potrzebować więcej kwasów omega-3, które chronią skórę przed skutkami ekspozycji na szkodliwe promieniowanie. Jeżeli masz bardzo obfite miesiączki, może ci brakować żelaza. Jeśli jesteś bardzo aktywna, możesz mieć obniżony poziom magnezu, a kłopoty z pamięcią mogą być oznaką niedoborów witamin z grupy B. Sundose to firma, która przygotowuje szyte na miarę zestawy suplementów. Na podstawie dokładnego wywiadu online lub badań krwi dietetycy dobierają te składniki, których uzupełnienie może poprawić stan twojego zdrowia, samopoczucie czy wygląd skóry. Wymaga to przejścia wywiadu zdrowotnego, co zajmie ci około 15 minut. W niektórych sytuacjach potrzebne będą indywidualna konsultacja i wyniki badań krwi.

Białko młodości

Kolagen to włókniste białko, które występuje w organizmie człowieka w największej ilości. Stanowi 30 proc. białek w całym ciele i aż 70 proc. zawartości skóry. Wcześniejsze badania naukowe nie potwierdzały jednoznacznie, że suplementacja kolagenu wpływa na skórę. Teraz już wiemy, że wzmacnia strukturę skóry i zwiększa jej zdolność do zatrzymywania wilgoci, zapobiega powstawaniu zmarszczek. Wzmacnia włosy i paznokcie. Dba też o dziąsła – zapewnia ich sprężystość i elastyczność, zapobiegając chorobom przyzębia.

Płynny kolagen do picia Dr. OHHIRA 10 × 20 ml/359 zł. (Fot. materiały prasowe)Płynny kolagen do picia Dr. OHHIRA 10 × 20 ml/359 zł. (Fot. materiały prasowe)

Ważny, choć śladowy

Cynk jest teraz niezwykle modny. Mówi się o nim na każdej konferencji dermatologicznej. To pierwiastek śladowy zaangażowany w mnóstwo procesów zachodzących w organizmie – również w skórze. Pomaga wytwarzać warstwę rogową i ochronną barierę naskórka, wzmacnia włosy. Niedobór cynku może skutkować wypadaniem włosów, łamliwością paznokci, wypryskiem na skórze, aftami w ustach, zajadami. Rośnie ryzyko zarażenia się kurzajkami. Terapia cynkiem przynosi szybkie efekty, wystarczą trzy tygodnie. Poleca się go również przy wyprysku alergicznym. Cynku nie powinno się suplementować dłużej niż trzy miesiące bez badań krwi, ponieważ obniża on poziom miedzi w organizmie.

Cynk organiczny Trio 15 mg  Aliness 100 tabl./24,90 zł. (Fot. materiały prasowe)Cynk organiczny Trio 15 mg Aliness 100 tabl./24,90 zł. (Fot. materiały prasowe)

Złoty środek

Kurkuma to naturalny związek polifenolowy pochodzący z kłącza ostryżu długiego o silnych właściwościach antyoksydacyjnych. Ma szerokie spektrum działania – przeciwbólowe, przeciwzapalne, chroni przed chorobami cywilizacyjnymi, pobudza pracę neuronów, wspierając pracę mózgu. Korzystnie wpływa też na cerę, głównie na produkcję elastyny. Ma potencjał rozjaśniający przebarwienia i zapobiegający powstawaniu nowych. Redukuje zmarszczki. Zwalcza stany zapalne skóry, trądzik, egzemę. Dla urody warto stosować kurkumę zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie.

Licur 7000 z witaminą D3 bio medical pharma 30 kaps./79,90 zł. (Fot. materiały prasowe)Licur 7000 z witaminą D3 bio medical pharma 30 kaps./79,90 zł. (Fot. materiały prasowe)

  1. Styl Życia

Korea Południowa – kultura i obyczaje. Jacy są Koreańczycy?

Dzięki sztuce adaptacji, Koreańczycy zachowali swoją tożsamość, mimo regularnych inwazji sąsiadów i silnych wpływów amerykańskich po II wojnie światowej. (Fot. iStock)
Dzięki sztuce adaptacji, Koreańczycy zachowali swoją tożsamość, mimo regularnych inwazji sąsiadów i silnych wpływów amerykańskich po II wojnie światowej. (Fot. iStock)
Jeszcze 30 lat temu Korea Południowa leżała na peryferiach globalnej gospodarki, dziś jest jednym z najbardziej zaawansowanych technologicznie państw na świecie. Czego możemy się nauczyć od społeczeństwa, które w takim tempie osiągnęło tak spektakularny sukces?

Republika Korei to prawie połowa górzystego wąskiego półwyspu otoczonego morzem, zamieszkanego przez ponad pięćdziesiąt milionów ludzi, którzy nie boją się niczego, a już najmniej ciężkiej pracy. Gdy wszyscy idą w prawo, oni idą w lewo, gdy ktoś mówi, że coś jest niemożliwe, oni przekornie dowodzą, że wszystko da się zrobić. Są w stanie, tak jak w swoich tradycyjnych daniach, połączyć i wymieszać wszystko ze wszystkim: stare z nowym, twarde z miękkim, wyszukane z pospolitym. Wybuchowi, wylewni i serdeczni. Przywiązani do etykiety, oficjalni i eleganccy. Niewolni od kompleksów wyrosłych z trudnej historii, mimo to uparcie pokazujący światu, że ich kraj jest inny. Inny od wszystkich. Że kroczy swoją własną drogą. Cała naprzód, a najlepiej jeszcze pod prąd. Szybko, bo nie ma czasu. Byle do przodu – pisze Marcin Jacoby w książce „Korea Południowa. Republika żywiołów”. Autor znany przede wszystkim jako sinolog, jest mocno związany z tym krajem – jego żona jest Koreanką z Południa, co daje mu dostęp do wiedzy, której nie sposób zdobyć bez pomocy lokalsów czy chociażby znajomości języka.

Zebrane przez niego obserwacje, uzupełnione własnymi poszukiwaniami (zrodzonym z fascynacji historią półwyspu i, przyznaję, także serialami) posłużyły mi do stworzenia krótkiego poradnika na temat dobrego życia po koreańsku.

Lekcja pierwsza: sztuka adaptacji

To ona pozwoliła zachować Koreańczykom swoją tożsamość przez wieki, mimo regularnych inwazji sąsiadów i silnych wpływów amerykańskich po II wojnie światowej. Dla osób wychowanych w zachodniej kulturze, gdzie promuje się indywidualizm, nunchi, czyli dosłownie „miara oka” – określenie na koreańską inteligencję emocjonalną, może być mało intuicyjne. Opiera się bowiem głównie na adaptowaniu do zastanej sytuacji.

Do najważniejszych zasad nunchi należy umiejętność czytania między wierszami, uważne słuchanie zamiast zalewania rozmówcy gradem pytań, przestrzeganie reguł zachowania i obserwowanie całości kontekstu z otwartym umysłem. Na przykład w Korei Południowej żadnemu sprzedawcy nie przyszłoby do głowy zapytać, czy klient chce torebkę – każda rzecz pakowana jest prawie jak na prezent – ale już w koreańskim sklepie w Warszawie takie pytanie pada, bo ekspedienci zaobserwowali, że u nas często z reklamówek rezygnujemy. To dość przyziemna sprawa, ale wynika właśnie z nunchi. Warto się w nim ćwiczyć, bo tzw. bystre nunchi zapewnia dobre relacje, a te przynoszą korzyści niezależnie od szerokości geograficznej.

Republika Korei to prawie połowa górzystego wąskiego półwyspu otoczonego morzem, zamieszkanego przez ponad 50 mln ludzi wybuchowych, wylewnych i serdecznych. (Fot. iStock)Republika Korei to prawie połowa górzystego wąskiego półwyspu otoczonego morzem, zamieszkanego przez ponad 50 mln ludzi wybuchowych, wylewnych i serdecznych. (Fot. iStock)

Lekcja druga: poczucie wspólnoty

W Korei Południowej już od małego uczy się dzieci zwracania z szacunkiem do innych. W języku przyjmuje to postać dość skomplikowanych do opanowania przez obcokrajowców formuł grzecznościowych (uzależnionych przede wszystkim od wieku i statusu społecznego), na co dzień sprowadza się do zasady „nie jesteś sam”.

Stąd właśnie bierze się cały szereg zachowań, na przykład związanych z biesiadowaniem, w którym jak w soczewce skupiają się obyczaje. Choćby ten, że na koreański stół zwyczajowo, przynajmniej w sytuacjach nieformalnych, trafia szereg dań w małych miseczkach. Stawiane są na środku, jednak nikt nie nakłada sobie porcji na swój talerz z ryżem, a za każdym razem sięga pałeczkami po odrobinę potrawy. To „jedzenie z jednej miski” bierze się właśnie z poczucia wspólnotowości – dla kogoś mogłoby zabraknąć, więc jak mogę troszczyć się tylko o to, żeby się samemu najeść?

Wspólnotowość mieszkańców Korei Południowej wyraża się w spontanicznych propozycjach wyjścia na miasto, którym często towarzyszy hasło 'ja stawiam'. (Fot. iStock)Wspólnotowość mieszkańców Korei Południowej wyraża się w spontanicznych propozycjach wyjścia na miasto, którym często towarzyszy hasło "ja stawiam". (Fot. iStock)

Ta sama perspektywa ujawnia się m.in. w komplementowaniu posiłku, co Marcin Jacoby ilustruje przykładem z życia domowego. „Gdy żona ugotuje coś dobrego, w Europie naturalnym zwyczajem byłoby powiedzenie czegoś w rodzaju: Dziękuję, było pyszne!, czyli: JA dziękuję, bo MNIE to smakowało. W Korei Południowej bardziej naturalne będzie powiedzenie: Ojej, ale się napracowałaś, czyli: TY musiałaś ciężko pracować, żeby przygotować coś dobrego. Przejawia się w tym myślenie relacyjne, zawsze o tej drugiej osobie”.

Wspólnotowość, a właściwie towarzyskość wyraża się także w spontanicznych propozycjach wyjścia na miasto, którym często towarzyszy hasło „dziś ja stawiam”. Nikogo to nie dziwi, w Koreańczykach nie rodzi też potrzeby rewanżu. Owszem, innym razem płaci ktoś inny, ale nie ma to nic wspólnego z wyliczeniem co do grosza. Znajoma opowiadała mi, że kiedy jako stażystka świeżo po studiach czekała na pierwszą wypłatę, mogła zaprosić kolegów z pracy tylko na lody, ale i tak wszyscy się dobrze bawili. Jeśli jednak zaproszonym jest obcokrajowiec, może dojść do nieporozumienia.

W zbiorze artykułów, które ukazały się pod tytułem „Struktura świadomości Koreańczyków”, koreański dziennikarz Lee Gyutae opisuje swój wyjazd na safari z parą Amerykanów, podczas którego zapłacił za lunch całej trójki. Koreańskim zwyczajem – wyjaśnia. W dalszej drodze jego towarzysze początkowo prosili kierowcę o częste przystanki na kawę, owoce czy przekąskę, a po pewnym czasie to się zmieniło. Obserwując ich postawę, Gyutae uświadomił sobie, że chcieli zrewanżować mu się za gościnę, a gdy tylko suma wydatków podczas tych krótkich przerw – za każdym razem to oni zapraszali – osiągnęła koszt lunchu, poczuli, że spełnili swój obowiązek. Nieświadomi tego, że zachowanie dziennikarza było spontaniczne, a ich poprawność tylko sprawiła mu przykrość.

Lekcja trzecia: eklektyzm

Kuchnia koreańska od kilku lat cieszy się rosnącym zainteresowaniem poza krajem pochodzenia, i to nie tylko w Stanach Zjednoczonych, co mogłoby wynikać z dużej grupy imigrantów, ale nawet w Polsce. To raczej światowy trend towarzyszący zainteresowaniu K-popem, K-dramą, K-beauty i innym elementom kultury życia codziennego eksportowanym na wszystkie kontynenty. I mimo że kuchnia koreańska za granicą ma raczej formę popularną, to zachowuje swój rdzeń, czyli mix smaków (szczerze mówiąc przede wszystkim ostrych).

Kultura mieszania, jak wyjaśnia Marcin Jacoby, wiąże się z ceremoniami ku czci przodków, którym składano potrawy ofiarne, ale Koreańczycy zaadaptowali ją do wszystkich sfer życia. Zatem choć współczesność zwłaszcza w wielkich miastach (w samym Seulu mieszka dziś ponad 9,5 mln osób, a w drugiej co do wielkości aglomeracji Pusan – prawie 3,5 mln) bardzo silnie naznaczona jest wpływami amerykańskimi: zapożyczenia językowe, marki ubrań czy sieciówki kawowe, nie oznacza to odrzucenia własnych obyczajów. Głównym elementem kuchni jest w dalszym ciągu kimchi, czyli kiszonki z warzyw; na uroczystościach rodzinnych, zwłaszcza ślubach, wiele osób pojawia się w tradycyjnych strojach, tzw. hanbokach, i liczni mieszkańcy Korei Południowej niezależnie od wyznania zwracają się o pomoc do szamanek.

Koreańczyków już od małego uczy się szacunku do innych. W uproszczeniu sprowadza się to do zasady 'nie jesteś sam', co przejawia się m.in. w jedzeniu z przysłowiowej jednej miski. (Fot. iStock)Koreańczyków już od małego uczy się szacunku do innych. W uproszczeniu sprowadza się to do zasady "nie jesteś sam", co przejawia się m.in. w jedzeniu z przysłowiowej jednej miski. (Fot. iStock)

Lekcja czwarta: trening schludności

O ile wiele zagranicznych obyczajów trudno jest bezpośrednio implementować, bo trzeba by zmian systemowych czy wcześniejszej edukacji społecznej, to już bycie schludnym nie wymaga niczego poza dobrą wolą. (Terapeuci alarmują wprawdzie, że tzw. trening czystości zabija w nas kontakt z ciałem i odczuwanie emocji, ale wierzę, że higienę można sobie przyswoić w mniej inwazyjny sposób). Koreańskim symbolem schludności są publiczne łaźnie, podzielone na kilka stref, w tym ostatnią wypoczynkową, która bywa, że staje się noclegownią. Nie tylko dla backpackersów, ale – jak zauważyłam w kilku serialach – także dla okresowo pozbawionych domu Koreańczyków. Co ciekawe, zamiłowanie do higieny łączy się z powszechnym w koreańskim społeczeństwie brakiem genu wywołującego nieprzyjemny zapach potu. Przeprowadzone na uniwersytecie w Bristolu badanie wskazuje, że ma go mniej niż promil mieszkańców półwyspu. I dla porównania: ok. 98 proc. mieszkańców Europy...