1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Produkty użyte w makijażu Naturalny Look

Produkty użyte w makijażu Naturalny Look

Sephora / Jasny cień bazowy Colorful Mono Sephora
Sephora / Jasny cień bazowy Colorful Mono Sephora
Zobacz galerię 7 Zdjęć

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Retro

Krystyna Skarbek – zbuntowana arystokratka i agentka służb specjalnych

Krystyna Skarbek - ur. 1 maja 1908 w Warszawie, zm. 15 czerwca 1952 w Londynie. Polska agentka brytyjskiej tajnej służby Kierownictwa Operacji Specjalnych (SOE), wywiadowca Secret Intelligence Service (SIS). (Fot. Forum)
Krystyna Skarbek - ur. 1 maja 1908 w Warszawie, zm. 15 czerwca 1952 w Londynie. Polska agentka brytyjskiej tajnej służby Kierownictwa Operacji Specjalnych (SOE), wywiadowca Secret Intelligence Service (SIS). (Fot. Forum)
W 1930 roku prawie zdobyła koronę Miss Polonia. Przegrała o włos – krótki, bo w młodości ścinała się na chłopczycę. Później Krystyna Skarbek o włos uniknęła śmierci z rąk gestapo, gdy jako szpieg tajnej armii Churchilla organizowała dywersję na terenach okupowanych przez III Rzeszę. Zginęła siedem lat po wojnie z ręki kochanka. Podobno miała „fatalny dar wzbudzania miłości”.

Nie broniła się, choć przetrwania uczyli ją najlepsi. Umiała ściąć człowieka drutem ukrytym w sznurowadle, który odpowiednio użyty działa jak piłka Gigliego (do przecinania kości w chirurgii). Była prymuską na zajęciach z uderzeń kończących się zmiażdżeniem jabłka Adama, a poprzedzonych kopniakiem w kolano. Tym razem te umiejętności zdały się na nic. Nóż wszedł w pierś tak głęboko, że ludzie, którzy obezwładnili napastnika, nie zauważyli zbrodni. Myśleli, że zemdlała. Leżała na wiktoriańskich kafelkach przed drzwiami do pokoju, który wynajmowała w tanim londyńskim hotelu, założonym przez Polskie Towarzystwo Pomocy. Portier z kucharką oparli ją o ścianę w pozycji siedzącej, a zarządca cucił wodą. Woda wylała jej się z ust, coś było nie tak. Dopiero przybyły chwilę później kierownik hotelu wymacał trzonek noża, wyjął go odruchowo i upuścił. Kochanek-zabójca nie uciekał, a później nie prosił o złagodzenie wyroku. Skazany na karę śmierci, w ostatnich słowach przed powieszeniem wyznał: „Zabić to ostatecznie posiąść”.

Gwiazdeczka

Wspomniany rok 1930. Wicemiss z krótkimi włosami, do tego prawie nieumalowana, za to obdarzona sporym temperamentem (co z pewnością spodobało się przewodniczącej wyłącznie żeńskiego jury Zofii Nałkowskiej). Krystyna miała wtedy niecałe 22 lata i coś więcej niż niezaprzeczalną urodę.

Była „córeczką tatusia”, co akurat niekoniecznie jej się przysłużyło. Jej wywodzący się ze znakomitego rodu ojciec Jerzy Skarbek miał reputację uwodziciela, choć byli i tacy, co mieli go za chama i bufona. Tonął w długach, gdy ożenił się z córką żydowskiego bankiera,  świeżo ochrzczoną Stefanią Goldfeder. Cała Warszawa plotkowała, że Jerzy poślubił pieniądze, a Stefania szlacheckie nazwisko. W tym związku najpierw urodził się Andrzej, za którym Jerzy nie przepadał (twierdził, że syn „kurczowo trzyma się maminej spódnicy”), a osiem lat później – Krystyna. Nazywał ją Vesperale – Gwiazdeczką (od łacińskiej nazwy Wenus, gwiazdy wieczornej). Gwiazdeczka jeszcze nie nauczyła się chodzić, a już dzieliła z tatą pasję do koni. Sadzał niemowlę na kuca i uczył jeździć po męsku – okrakiem. Kiedy Krysia podrośnie, na każdym kroku będzie się starała zaimponować ojcu, np. dosiadając narowistego ogiera. Nauczyła się posługiwać nożem myśliwskim i strzelbą.

Jest rok 1921. Polska podpisała właśnie traktat pokojowy z Rosją i Ukrainą, a rodzice Krysi wysyłają ją na Kresy do cenionej szkoły klasztornej z internatem. Wyleci z niej za podpalenie sutanny księdza odprawiającego codzienną poranną mszę (użyła trzymanej w ręku świecy). Nie do końca rozumiała tę decyzję, przecież pomogła też gasić, a wielebny śmiał się z tego razem z nią. Wróci do rodziców, ale już nigdy nie będzie tak samo. Ojciec, który zaczął chorować na gruźlicę, regularnie jeździ do sanatoriów. W czasie jednego z takich wyjazdów zwiąże się z inną kobietą i porzuci rodzinę. Krystyna nie zamierza się nad sobą użalać. Znajduje pracę w biurze salonu Fiata, a wśród jego najlepszych klientów – kandydata na męża.

Pauline

Upatrzyła sobie dyrektora fabryki firanek. Ma 22 lata, gdy bierze z nim ślub. Kilka miesięcy później jest już rozwódką z comiesięczną rentą wypłacaną przez jej eks. Ewidentnie do siebie nie pasowali. Jej zdaniem mąż był „opętany pracą” i nie dbał o przyjemności, jego zdaniem ona nie nadawała się na elegancką gospodynię domową, która zabawia gości – także dlatego, że w domu w ogóle rzadko bywała.

Wybór kolejnego męża był już bardziej… może nie przemyślany, ale z pewnością bardziej dopasowany do jej wizji życia jako ciągu ekscytujących wydarzeń. Jerzego Giżyckiego, podróżnika i dyplomatę, poznała w Zakopanem, gdzie odpoczywał po dłuższym powrocie z Afryki. Opisał ją jako „nieustraszoną”, bo na ciężkich drewnianych nartach jeździła lepiej niż większość mężczyzn. Krótko po ślubie, pod koniec 1938 roku, wyjechała z nim do Kenii, gdzie objął stanowisko starszego dyplomaty przy nowo utworzonym polskim konsulacie. Gdy wybuchła wojna, podróżowali akurat przez Afrykę samochodem, a że MSZ nie przysłało wskazówek, jak się w tej sytuacji zachować, postanowili, że wracają do Europy na własną rękę. Jerzy chciał się zaciągnąć do polskiej formacji zbrojnej we Francji, ale z powodu wieku (był o 20 lat starszy od Krystyny) i złego stanu zdrowia nie przyjęto go. Już w drodze do Europy podczas kilkutygodniowego rejsu strasznie się kłócili. Na miejscu podjęli decyzję o rozstaniu.

I tu zaczyna się właściwa opowieść o pięknej Polce, agentce brytyjskiego wywiadu. Jeszcze u boku męża Krystyna przez jakiś czas pracowała jako dziennikarka. Dlatego po powrocie z Afryki, znowu wolna, znowu bez konkretnych planów, skontaktowała się z redaktorem „Manchester Guardian”, który – jak się okazało – był współpracownikiem brytyjskiego wywiadu. To on skierował ją do szefa siatki wywiadowczej przy brytyjskim MSZ. Skarbek miała plan szmuglowania z Węgier do Polski ludzi oraz informacji wywiadowczych. Przez góry, na nartach (wcześniej w Zakopanem dla zabawy bawiła się w przemyt papierosów). Trafiła w idealnym momencie – premier Winston Churchill powołał Kierownictwo Operacji Specjalnych (SOE), tajną organizację, której celem było werbowanie cywili mówiących w obcych językach i przeszkolenie ich do dywersji na ziemiach okupowanych przez nazistów.

Grupę wybranych osób, w tym Krystynę, szkolono w sabotażu. Ułaskawiony z 20-letniej odsiadki kasiarz uczył ją, jak otworzyć każdy europejski zamek. Dowiedziała się, jak zmienić wygląd w pół minuty (wata w usta, popiół z papierosa na twarz podkreśli zmarszczki i worki po oczami). Dowiedziała się, jak rozpoznawać, że jest śledzona, i jak przetrwać tortury. Niech wytrzyma 48 godzin, żeby wywiad zdążył ostrzec lub ewakuować tych, których szpieg może „sypnąć”. Pomoże liczenie lub literowanie alfabetu – żeby nie skupiać się na bólu. Pomoże też wiedza, że po długotrwałym odczuwaniu bólu człowiek doświadcza dziwnej przyjemności, a w efekcie ekstazy. Strach może nawet zmienić się w zauroczenie. Ważne wtedy, by ten stan ukryć przed oprawcami, bo przerwą i pozwolą ciału powrócić do pierwotnej wrażliwości. Gdy była już gotowa do walki, przyjęła tożsamość Christine Granville, pseudonim „Pauline”.

Akt łaski

Jej pierwsza misja: ma przedostać się do Budapesztu i zorganizować przerzut tajnych informacji do Generalnej Guberni. Opracowała trasę przez słowackie Tatry. Zima była tak ostra, że „ptaki przymarzały do drzew”, ale Polka zadanie wykonała mimo strat w ludziach. W Budapeszcie Krystyna funkcjonowała pod przykrywką francuskiej korespondentki zatrudnionej w firmie podlegającej brytyjskiemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych. W pierwszych miesiącach wojny Węgry, ciągle wolne, roiły się od zagranicznych dziennikarzy, którzy stąd obserwowali przebieg działań wojennych, więc Krystyna łatwo wtopiła się w to towarzystwo. W relacjach świadków, agentów, z którymi się kontaktowała, była szczęśliwa. Paradoksalnie wojna uwolniła ją od nudy i monotonii, od przewidywalnej przyszłości. Kolejne kursy przez zieloną granicę – mimo pościgów i ucieczek, zupełnie jak z filmów akcji – kończyły się dobrze. Wracała poobijana, pokaleczona, wyziębiona, ale wracała, mimo że na polskich stacjach kolejowych wisiały plakaty z jej podobizną i informacją o nagrodzie: „Za żywą lub martwą”.

Wpadła w Budapeszcie. Właśnie wróciła z kolejnej trasy, wyczerpana i zagrypiona.

Pod koniec stycznia 1941 roku o czwartej rano budzi ją walenie w drzwi. Przesłuchiwana przez rezydujące w Budapeszcie gestapo zagryza język i plując krwią, wmawia Niemcom, że choruje na gruźlicę. Była bezczelna. Gdy pokazano jej fałszywy dokument, którym posługiwała się w Polsce, odparła, że dziewczyna na zdjęciu nie może być nią, ponieważ tamta jest znacznie ładniejsza. Chorobliwa bladość, kaszel po niedoleczonej grypie plus krew w ślinie sprawiły, że wezwany lekarz najpierw zarządził prześwietlenie, a później zalecił zwolnienie jej ze względów humanitarnych. Wypuszczono ją, co paradoksalnie wzbudziło nieufność własnego wywiadu. Przecież gestapo nie wypuszcza. Całkiem możliwe, że dała się Niemcom zwerbować i została podwójnym agentem. Jej przeżycia w tym okresie są dość zagmatwane. Sama zmieniała ich wersje, co miało ją chronić przed przypadkowym rozpoznaniem. Nie do końca wiadomo, jak na przykład było z próbą uwolnienia matki z getta. Podobno tak: Krystyna zaczepia na ulicy niemieckiego oficera, proponując mu wprost łapówkę za wydostanie z getta starszej pani Skarbek. Oficer prowadzi piękną nieznajomą z walizką z pieniędzmi do swojego mieszkania, żąda seksu. W zamian obiecuje, że pomoże. Obietnicy nigdy nie dotrzyma. Matka Krystyny nie przeżyje getta.

Krótko przed inwazją na Normandię agentka Christine wraca do czynnej służby wywiadowczej Jego Królewskiej Mości. Zrzucona na tyły wroga Skarbek miała wspierać aliancką grupę dywersyjną. Wylądowała w momencie, gdy aresztowano jej szefa. Tak jak stała, poszła na niemiecki posterunek. Bez broni. Wóz albo przewóz. Tym razem pomogła obietnica ogromnej łapówki i sprytny blef. Krystyna przedstawiła się jako żona aresztowanego, a przy tym siostrzenica marszałka Montgomery’ego, i przekonała strażników, że tylko akt łaski wobec więźnia pomoże im ocalić skórę, gdy za miesiąc alianci dotrą w to miejsce.

Za tę akcję tuż po wojnie premier Wielkiej Brytanii nagrodzi ją Orderem Imperium Brytyjskiego. Z jego ręki agentka otrzyma też nagrodę pieniężną – sto funtów. To tyle, bo obywatelstwa jej odmówiono (ponoć w obawie przed możliwością zwerbowania przez komunistów). Do Polski wrócić, oczywiście, nie może, po raz kolejny musi sobie radzić sama. Z trudem udaje jej się uzyskać zgodę na pracę na Wyspach. Pracujew sklepie, w kawiarni, gdzie się da.

Ordery do fartuszka

Próbowała zaczepić się jako stewardesa w liniach lotniczych. Nie pomogła protekcja wiceprezesa, którego znała z czasów Bitwy o Anglię. Miała o osiem lat za dużo jak na standardy linii pasażerskich. Udało się w żegludze. Jej pierwszy przydział, czteropokładowy transatlantyk „Ruahine”, zabierał ponad 300 pasażerów, których obsługiwała 200-osobowa załoga. Armator szczycił się, że zatrudnia byłych żołnierzy, umieścił ten atut w prospekcie reklamowym. Weterani mieli frontowymi opowieściami umilać podróż pasażerom klasy wyższej. Do podstawowych obowiązków Krystyny należało jednak sprzątanie kajut drugiej klasy. Robiła to w jasnobłękitnym kostiumie z kloszową spódnicą, w białym fartuszku i czepku. Do tego stroju, zgodnie z regulaminem obowiązującym personel, przypięła odznaczenia otrzymane na wojnie.

W trakcie pierwszego rejsu do Nowej Zelandii pozna swojego przyszłego zabójcę– Dennisa Muldowneya. On też pracuje jako steward. Ma wobec niego dług wdzięczności,to on wziął „nową” w obronę, gdy podpadła współpracownikom. Była cudzoziemką na statku, którym – jak głosiły plotki – uciekinierzy z Polski za pieniądze brytyjskich podatników ekskluzywnie „wozili się” po świecie, a do tego gwiazdorzyła. Faktycznie, historie, które opowiadała pasażerom, czyniły z niej główną atrakcję rejsu. Dennis pływał już drugi rok, pozował na wygę i nie opuszczał Krystyny na krok. Uczył ją noszenia kilku tac z herbatą jednocześnie, błyskawicznego słania łóżek, często też, po odbębnieniu swoich obowiązków, pomagał jej w szorowaniu toalet. Był prostym, bezpośrednim chłopakiem, który rzucił szkołę w wieku 14 lat. Ona, zbuntowana arystokratka, czuła się przy nim swobodnie i bezpiecznie, zwierzała mu się, płakała w rękaw. Próbowała go nawet wprowadzić w swoje emigracyjne towarzystwo. Bez sukcesu. Uważali go za prostaczka i kpili z niego. Zauważyli też, że jest w niej „wściekle zakochany”, że chodzi za nią krok w krok. W pewnym momencie Krystyna ma tego dość, stara się przerwać ten dziwny układ. Na oczach Muldowneya całuje się z innymi. W końcu mówi mu, że zamierza związać się z przyjacielem z dzieciństwa i na stałe wyjechać z Anglii. To wtedy Dennis po raz ostatni zaczaił się przed jej drzwiami.

Och, James, nie ściemniaj

Wokół jej życia narosły legendy. Jedna łączy ją z Ianem Flemingiem, twórcą przygód Jamesa Bonda. Poszlak jest sporo. Fleming, były oficer wywiadu marynarki wojennej, wysoki, jasnowłosy i niebieskooki przedstawiciel klasy wyższej, był zdecydowanie w typie Krystyny. A ona doskonale pasowała do ideału kobiety Fleminga – trzydziestokilkuletniej Żydówki, „towarzyszki, która nie potrzebuje edukacji w sztuce miłości”. Takiej, jak późniejsza Vesper Lynd, dziewczyna Bonda, pojawiająca się w pierwszej powieści Fleminga „Casino Royale”. Jest zatem bondowska Vesper i jest Vesperiale (Krystyna w opowieściach lubiła wracać do tego, jak w dzieciństwie nazywał ją tata). A w książce, gdy Bond pyta Vesper o imię, dodaje: „Czy mogę je pożyczyć?”.

Istnieje też teoria o romansie z Ianem Flemingiem, który za swoją odprawę po zwolnieniu ze służby wywiadowczej kupił na Jamajce willę Goldeneye (tam pisał swoje książki o Bondzie), rozpoczętym właśnie na pokładzie statku, gdzie Krystyna pracowała jako stewardesa. Fleming podróżował wtedy po świecie częściowo dla przyjemności, a częściowo zawodowo – jako dziennikarz.

Mogło być też mniej romantycznie. Ian i Krystyna poznają się na lunchu przy Charlotte Street dwa lata po zakończeniu wojny. Kontaktują się, owszem, ale tylko w sprawie pracy. Fleming jako dziennikarz pisze o byłej agentce, która coraz bardziej go fascynuje. Być może nawet staje się pierwowzorem samego Jamesa Bonda? Wiadomo na pewno, że się znali i że Krystyna wywarła na Flemingu duże wrażenie.

Jej przygody z pewnością starczyłyby mu na całą książkę. I to niekoniecznie śmiertelnie poważną. Czy zdążyła opowiedzieć Ianowi o zakochanym w niej na zabój asie polskiego wywiadu, który tak źle zniósł odrzucenie, że w jej mieszkaniu wyjął pistolet i zagroził, że postrzeli się w jądra? Ręka mu drgnęła i przestrzelił stopę. Gdy ją wyleczył, rzucił się z mostu. Rzeka była na wpół zamarznięta, więc tylko złamał drugą nogę.

Podobno kilku mężczyzn swego czasu w niej mocno zakochanych zawiązało klub. Zobowiązali się, że nie dopuszczą do publikacji co bardziej intymnych i wstydliwych epizodów z jej życia. W akcie zgonu Skarbek wydrukowanym na egzemplarzu Urzędu Stanu Cywilnego Royal Borough w Kensington zapisano: „Christine Granville, zawód: była żona, lat 37”. Z tej pierwszej wzmianki nie byłaby pewnie zadowolona, ale może chociaż z drugiej? W momencie śmierci miała przecież 44 lata.

  1. Retro

Doris Lessing – małżeństwa bez miłości, liczne romanse i Nagroda Nobla

Doris Lessing - angielska pisarka, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (2007). (Fot. Forum/Anita Schiffer-Fuchs)
Doris Lessing - angielska pisarka, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (2007). (Fot. Forum/Anita Schiffer-Fuchs)
W młodości pisarka Doris Lessing  zarzekała się, że nie wyjdzie za mąż i nie będzie mieć dzieci. „Nie będę taka, nie będę” – powtarzała w mściwym zapamiętaniu, patrząc na małżeństwo własnych rodziców. Nie dotrzymała słowa. A może w pewnym sensie dotrzymała?

„Małżeństwo z troski”. Ojciec i matka poznali się w trakcie pierwszej wojny światowej w londyńskim szpitalu, gdzie panna Emily Maude pracowała jako pielęgniarka. Oboje zdruzgotani – ją załamała utrata ukochanego na froncie, on musiał pogodzić się z drewnianym kikutem w miejscu amputowanej nogi. Po wojnie Alfred Cook Tayler miał cierpieć na nerwicę frontową i z czasem stał się niespełnionym uczuciowo marzycielem. Jego żona – wcześniej dowcipna i energiczna – wraz z założeniem rodziny miała przemienić się w zimną, sentymentalną i hołubiącą atrybuty klasy średniej gospodynię. Po ich wyjeździe do Persji (Alfred skusi się na posadę w tamtejszym banku) 22 października 1919 roku w Kermanszah rodzi się Doris May Tayler, a dwa i pół roku później – syn Harry.

Musisz je kochać

Sposób, w jaki matka próbuje przechytrzyć małą Doris, żeby wzbudzić jej miłość do brata, określi ich niełatwe relacje. „To twoje dziecko, musisz je kochać”, powie, pochylając się z noworodkiem nad córką.

Dziewczynka wie, że to kłamstwo, wybieg „mający oszukać zazdrość” i wyraźnie czuje, że to Harry’ego darzy się bezwarunkową miłością. I choć sama pokocha brata, nie wyleczy się z nienawiści do matki („Przez lata nieustannie ją oskarżałam – najpierw gorąco, potem zimno i twardo”). Przy ojcu czuje się bezpieczniej, ale tak naprawdę największą miłością jej dzieciństwa stanie się kot przybłęda, z którym nie rozstanie się aż do wyjazdu rodziny do Afryki w roku 1924 (tym razem państwo Tayler liczą na szybkie wzbogacenie się na prowadzeniu farmy w brytyjskiej kolonii). Odtąd śmierć każdego kota, którego przygarnie Doris, będzie wpędzać ją w rozpacz nieporównywalną z niczym. Nawet z żałobą po rodzicach.

Własny pokój

Życie na farmie w Rodezji Południowej (obecnie Zimbabwe) będzie wyzwaniem dla obojga rodziców (zwłaszcza dla ojca inwalidy), ale dla dzieci busz okaże się azylem, do którego Doris będzie pędzić raz ze strzelbą, innym razem boso, głucha na ostrzeżenia matki przed wężami. Od wczesnych lat umie m.in. prowadzić wóz, polować, szyć i gotować. Wołają na nią „Tygrysek”, od postaci z „Kubusia Puchatka” Milne’a.

Cztery lata w prowadzonej przez katolickie zakonnice szkole z internatem, gdzie w klasie na ścianach wiszą obrazy „feerii tortur i krwi”, a bibliotekę zapełniają książki o szatanie, to wieczność dla stęsknionego za domem dorastającego Tygryska. Z gimnazjum, do którego potem trafi, wyłga się w wieku 13 lat zapaleniem spojówek. To będzie koniec jej szkolnej edukacji i początek walki z matką, która nie ustaje w wysiłkach wychowania „porządnej, dobrze ułożonej córki”. W dzieciństwie obowiązywał harmonogram posiłków i wypróżnień, teraz matka chce przejąć kontrolę nad jej dojrzewającym ciałem (od ubioru, przez miesiączki, skończywszy na jedzeniu). Jedynym sposobem na otrzymanie matczynej czułości jest choroba, co uczy Doris manipulacji. Robi wszystko, byle zaszyć się w łóżku z książką.

Już niebawem jednak odnajdzie swoją przestrzeń, Woolfowski „własny pokój” i zacznie drukować pierwsze opowiadania w czasopismach. W wieku 14 lat rozpoczyna pracę jako opiekunka do dziecka, a chwilę później wyrwie się z domu na dobre. W jednej z rodzin, dla których pracuje, przejdzie coś w rodzaju inicjacji, bo gospodarz podsunie jej książki o polityce i socjologii, a jego dwudziestoparoletni szwagier zacznie ją niewprawnie pieścić, budząc w niej erotyczne tęsknoty i niedosyt. Odkryje, że jest łakoma zarówno życia erotycznego, jak i intelektualnego. W jednym i drugim przypadku wykaże z czasem samodzielność i odwagę, a swoimi lekturami już teraz wkracza na drogę intelektualistki samouka.

W ’37 roku w Salisbury [dawna nazwa stolicy Harare – przyp. red.] dostaje posadę maszynistki. Tymczasem w tutejszym klubie Doris poznaje rozkosze „ostrej podniecającej muzyki”, pitego na potęgę alkoholu i tańca. Efektem nowych znajomości będzie związek z dziesięć lat starszym urzędnikiem Frankiem Wisdomem, którego 19-latka przedstawi swoim zdumionym rodzicom. Mężczyzna jest już zaręczony z dziewczyną z Wielkiej Brytanii. W dodatku nie jest zakochany w Doris ani ona w nim, chociaż osoba mająca tak wiele uzależnień jak ona mogła sobie łatwo coś takiego wmówić. Według niej opanowała ją „fundamentalna bezwzględność kobieca”, z jaką odbiła mężczyznę innej. Niedługo potem zawarli „pozbawiony uroku ślub”.

Skuto mi ręce i nogi

Z początku wydawać by się mogło, że nie są źle dobrani – zarówno pod względem seksualnym, jak i sympatii lewackich. To w Salisbury Doris dołącza do lewicującej grupy, która zaspokaja jej głód koleżeństwa, a także ma podobne odczucia w podzielonym rasistowskim społeczeństwie. Doris dość wcześnie zadaje sobie pytanie, jak to jest, że 100 tys. białych zamieniło w niewolników pół miliona czarnych. Ostatecznie przejdzie na komunizm po słynnej bitwie stalingradzkiej, wbijając się w rytm zebrań, goszczenia u siebie „towarzyszy” i rozprowadzania „Guardiana”. Po latach, wspominając okres aktywności komunistycznej (z przekonaniem działała w latach 1942–44, formalnie wypisała się z partii w 1951 roku), z niesmakiem odsłoni niemal religijny zapał i głupotę swoją – towarzyszki Tygrysek – i reszty jej kolegów usprawiedliwiających ZSRR, „dzielnego sojusznika” w wojnie.

Na razie zachodzi w ciążę. Oboje małżonkowie zgadzają się, że powinna ją usunąć. Po trzech próbach znalezienia bezpiecznego gabinetu lekarz odmówi jej zabiegu, twierdząc, że jest za późno. Mimo to Doris wróci do domu zadowolona. W ’39 przychodzi na świat John, który okaże się nadpobudliwy i niechętny przytulaniu. Zacznie się czas wewnętrznej walki: „Nie ma większej nudy niż ta, jaką czuje inteligentna kobieta zmuszona do spędzenia całego dnia z malutkim dzieckiem”. Ale tak naprawdę dopiero w roku ’43, z urodzeniem „ślicznej, stworzonej do przytulania” córki Jean, w Doris coś pęka. Kiedy Frank chce poszukać dla nich własnego domu, młoda matka czuje, że „skuto jej ręce i nogi kajdanami”. Potem dochodzi wyczerpanie i podejrzenie anemii. Nie upija się jak kiedyś („ani razu nie przyszło mi do głowy, by odstawić alkohol czy rzucić palenie, miałam do tego prawo”), a mimo to kilka razy mdleje. Jest rozdarta. Stara się „być dobrą matką dla obojga dzieci”, ale jej czułość do córki podszyta jest poczuciem winy. To przypomina o nienawiści maskowanej uprzejmością w jej relacjach z własną matką i powtarzany niegdyś refren: „Nie będę taka, nie będę!”. Coraz częściej mówi i w domu, i ze znajomymi o tym, że powinna odejść. Z jednej strony marzy o nowym, wolnym od rasowych uprzedzeń świecie dla swoich dzieci, z drugiej – przyznaje: „[...] Nosiłam przeznaczenie, które – gdybym została – może kiedyś usidliłoby dzieci, tak jak usidliło mnie”. Frank się wścieka. Zachowuje się jak wariat, wynajmuje nawet detektywa, który za nią chodzi. Mówiło się o romansie Doris z sierżantem RAF-u.

W końcu zostawi dzieci – jak twierdzi – z mnóstwem kochających je w domu osób. Są tacy, którzy po tym kroku mieszają ją z błotem. Ale niektóre kobiety zazdroszczą jej odwagi. Ona sama swoje poczucie winy na przemian wypiera albo się z nim utożsamia.

Małżeństwo polityczne

Frank żeni się po raz drugi – z koleżanką z pracy. W tym czasie Doris poświęca czas towarzyszom partyjnym, co przypłaca brakiem snu i złym odżywianiem. Kiedy dopada ją choroba i musi zostać w łóżku (co kiedyś było przecież warunkiem matczynej czułości), opiekę nad nią roztacza lider ich grupy, budzący lęk „150-procentowy komunista” Gottfried Lessing. Nie kocha tego „zimnego milczącego” mężczyzny, zresztą z wzajemnością, bo on z kolei nie może zapomnieć kobiety, z którą musiał się pożegnać, wyjeżdżając z Anglii. A jednak stają się sobie z Doris bliscy i jego częste odwiedziny kończą się ślubem. Jest to, jak twierdzi ona, małżeństwo „polityczne”, zawarte w celu ochrony Lessinga jako Niemca przed powrotem do obozu internowanych. „Po wojnie weźmiemy rozwód”, mówią sobie od początku. I słusznie, bo seks w wydaniu Gottfrieda jest smutny. Niezwykły świat wyobraźni Doris świeżo upieczony małżonek kwituje cytatem z Lenina: „Głupota życia na wsi”, a o jej pisaniu mawia, że to burżuazyjny przeżytek. W międzyczasie ona zakochuje się jeszcze dwa razy, ale w ciążę zachodzi z Gottfriedem. Pragnienie dziecka tłumaczy obawami, że wkrótce będzie już na to za późno (ma 27 lat), zewem matki natury i wreszcie tym, że zwyczajnie marzy, żeby spróbować raz jeszcze.

Można by uznać, że to wtedy dojrzała do rodzicielstwa, chociaż ambiwalencja na stałe była wpisana w jej macierzyństwo. Kiedy krótko po radosnej nowinie jedzie do Kapsztadu i przeżywa gorący romans z pewnym artystą, nachodzi ją pewna myśl: „Jak głupio być znowu w ciąży, skoro nie muszę”. Romans z trzaskającym jej akty malarzem (którego stała dziewczyna również spodziewa się dziecka) okazuje się powiewem świeżego powietrza po pełnym zahamowań Lessingu. Doris ma obsesję na punkcie seksu, jeśli nie czerpie z niego satysfakcji („Kiedy tylko pojawiało się uziemienie w postaci mężczyzny, z którym seks był udany, natychmiast opowiadałam się za moralnością i monogamią – co wynikało z zaspokojonego apetytu”).

Na przekór oskarżeniom matki i racjonalnym pytaniom ojca: „Zostawiłaś dwójkę dzieci, po co ci jeszcze jedno?”, zakochuje się w swoim trzecim potomku – Peterze. Nie przypuszcza, że już niedługo zacznie się okres aranżowanych pikników, na których będzie spotykać się jej nowa rodzina z dwójką porzuconych dzieci, Frankiem i jego nową żoną. Atmosfera jest koszmarna. Krótko po tym Doris przejdzie zabieg podwiązania jajowodów. Uzna, że to jedna z najlepszych podjętych przez nią życiowych decyzji.

Alfred i Emily

W roku 1949 definitywnie wyjeżdża do Anglii, zabierając ze sobą małego Petera i świeżo napisany debiut „Trawa śpiewa”. Londyn zaskoczy ją powojenną nędzą i chłodem nieogrzewanych mieszkań. Dopiero po dziewięciu latach od przyjazdu zarabiać będzie na pisaniu tyle co średnio opłacany robotnik. Gottfried do niej dołączy, rozwiodą się zgodnie z planem i choć mają wspólnie wychowywać syna, on nie znajdzie odpowiedniej pracy i wyjedzie do NRD. Próbuje ją tam zaciągnąć, ale Doris czuje się oszukana. Zwłaszcza kiedy ich łączność się urwie, bo Gottfried będzie miał zakaz kontaktów z Zachodem. Doris wyjedzie do Berlina, żeby się o tym przekonać, i będzie to ostatni raz, kiedy zobaczy Gottfrieda. Przy pierwszym akcie nieposłuszeństwa partia pozbędzie się go w „wypadku” w Ugandzie.

Nie znajdzie potem w żadnym z kochanków zastępczego ojca dla Petera. Obojętność w tym względzie okaże się bolesna zwłaszcza ze strony miłości jej życia – poranionego przez wojnę lekarza. Zwiąże się z nim po trzydziestce. Nie zdradzi nigdy jego tożsamości, ujawni jedynie, że był Czechem i komunistą, którego liczna rodzina zginęła w obozach koncentracyjnych, podczas gdy grono jego przyjaciół komunistów powieszono z przykazu Stalina. Odejście tego mężczyzny po czterech latach miłości, która dla niej będzie mieć wymiar małżeństwa, okaże się ciosem. Od tej pory nie podda się bezkrytycznie żadnemu z romansów, chociaż w jej życiu będą jeszcze mężczyźni, np. młodszy od niej amerykański pisarz Clancy Sigal. Najważniejsi pozostaną dla Doris syn i pisanie, a rozkwitowi jej talentu towarzyszyć będzie literacka płodność, której mogłoby jej pozazdrościć wielu wolnych od obowiązków rodzinnych kolegów. Odżegna się od feminizmu, kiedy pewne feministki będą próbowały ją zawłaszczyć po sukcesie „Złotego notesu” w 1962 roku. Z drugiej strony – jej otwarte mówienie o kobiecej agresji i wrogości spotka się z zarzutami bycia niekobiecą. „Najwyraźniej to, co wiele kobiet myśli, czuje i czego doświadcza, okazuje się zaskoczeniem” – odpowie.

Z matką nie naprawi relacji, nawet kiedy ta zostanie wdową. Jej przyjazd do Londynu po śmierci męża tylko przypomni dawne próby kontrolowania córki. Pisarka odmówi, kiedy matka będzie chciała z nią zamieszkać, a jej śmierć w 1957 roku wpędzi Doris w stan „zmrożonego smutku”. Z czasem na nowo nawiąże kontakt ze swoimi porzuconymi dziećmi i choć przekona się, że wysyłane im listy i książki były wstrzymywane przez Franka, swoją relację z Johnem określi jako przyjacielską.

Umiera w roku 2013, przeżywszy swoich dwóch synów. Stało się to sześć lat po przyznanej jej Nagrodzie Nobla i cztery lata po wydaniu ostatniej powieści „Alfred i Emily” – o rodzicach, których losu tak bardzo nie chciała powtórzyć.

Korzystałam m.in. z książek: Doris Lessing „Pod skórą” i „Spacer w cieniu”, J.M. Coetzee „Dziwniejsze brzegi. Eseje literackie 1986–1999”, a także ze strony www.dorislessing.org.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z dzieckiem o jego chorobie – pytamy psycholożkę kliniczną Martę Rusek

Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Choć mali pacjenci przechodzą choroby nowotworowe inaczej niż dorośli i częściej od nich zdrowieją, to dla rodziców, którzy poznają diagnozę jako pierwsi, jest ona szokiem. Jak rozmawiać o tym z dzieckiem? Ile mu powiedzieć? Gdzie szukać wsparcia, żeby mieć siłę na opiekę? Wyjaśnia Marta Rusek, psycholożka kliniczna współpracująca z Fundacją Onkologiczną Alivia.

Co roku w Polsce aż 1300 rodziców małych i nastoletnich pacjentów słyszy diagnozę „nowotwór”. A kto mówi o chorobie dziecku? Czy to zawsze rola rodzica?
To zależy od wieku pacjenta. Jeśli rozmawiamy o dziecku do wieku wczesnoszkolnego, to lekarz informuje na początku tylko rodziców. Nastolatek najczęściej zapraszany jest do gabinetu razem z dorosłymi. Rozmowa odbywa się w ich obecności, czasem z udziałem psychologa.

Czy są jakieś zasady prowadzenia takich rozmów?
Oczywiście. W onkologii dziecięcej obowiązuje kilka żelaznych zasad. Po pierwsze, pacjenta prowadzi tylko jeden lekarz, do którego pacjent z czasem bardzo się przywiązuje, i wzajemnie. Nie narażamy dziecka na zmiany lekarza. I to ten lekarz przekazuje informacje o diagnozie. Po drugie, zawsze zakładamy, że chorobę wyleczymy i z takim nastawieniem wszyscy na oddziale onkologicznym pracujemy. Po trzecie, nie wyprzedzamy psychologicznych potrzeb pacjenta.

Co to znaczy?
Kiedy towarzyszyłam lekarzom w rozmowach z pacjentami, staraliśmy się, by informowanie o diagnozie, o rokowaniach czy sposobie leczenia nie było pełnym napięcia monologiem. Raczej nastawialiśmy się na dialog, w którym stosowaliśmy metodę dopytywania.

Na czym polega dopytywanie?
Na tym, żeby nie wyprzedzać pacjenta w rozmowie. Razem z lekarzem staraliśmy się, żeby dziecku nie powiedzieć za dużo. Ono i tak najczęściej domyśla się, co się dzieje; dzieci dużo wiedzą, chociaż bywa, że nikt im oficjalnie nic nie mówi. Często jednak trzeba ten obraz skorygować. Kiedy tuż po rozpoczęciu leczenia pytaliśmy: „Czy chcesz wiedzieć, dlaczego jesteś w szpitalu?”, dzieci początkowo odpowiadały: „Nie chcę nic wiedzieć”. To jest normalne, ale potem się zmienia. Gdy dziecko oswaja się ze szpitalem, z lekarzami, z personelem, z psychologiem, po jakimś czasie samo wraca do tego pytania i chce wiedzieć, na co choruje, jak się je leczy, co oznaczają medyczne słowa. Samo pokazuje, że jest już gotowe na rozmowę.

Dla każdego rodzica zdiagnozowanie choroby nowotworowej u dziecka to szok. Jak rodzice powinni wesprzeć siebie w tej sytuacji?
Po takiej informacji dotychczasowe życie w jednej chwili przestaje istnieć. Rodzic czuje ból, wściekłość, samotność. Ma poczucie, że nikt, kto nie doświadczył choroby dziecka, nie jest w stanie go zrozumieć. Bywa, że na tym etapie ludzie odsuwają się od znajomych i przyjaciół, bo relacje z nimi są w tym momencie zbyt bolesne. Najczęściej zbliżają się do grupy rodziców szpitalnych. Wsparcie ze strony dorosłych, którzy przechodzą to samo, to dobry początek.

Jak prosić tych innych dorosłych o wsparcie?
Najlepsza jest aktywna postawa polegająca na informowaniu, co jest mi teraz potrzebne. Najczęściej wcale nie chodzi o wielkie sprawy, ale o ugotowanie obiadu, przywiezienie czegoś z domu, pomoc w zakupach albo porozmawianie, pobycie. Chodzi jednak o to, żeby tymi wspierającymi osobami byli dorośli, przy których można się na przykład rozpłakać. Przy dziecku rodzic nie powinien płakać, chociaż czasem trudno powstrzymać łzy. Lepiej wyjaśnić, że płacze, ponieważ np. tęskni za domem. Wtedy te łzy stają się dla dziecka zrozumiałe, a jednocześnie pokazujemy mu, że w taki sposób można poradzić sobie z trudnymi uczuciami.

A nie powinien tu wkroczyć psycholog albo fundacja wspierająca rodziców dzieci chorych?
Nie, nikt nie powinien „wkraczać”, tylko raczej być w pobliżu i w gotowości udzielenia do pomocy i wsparcia. Tak się dzieje ze szpitalnym psychologiem lub psychologiem pracującym w fundacji – jest dostępny w razie potrzeby.

I na czym polega jego pomoc?
Najważniejsze jest uświadamianie, że chorowanie to proces, warto to nieustannie powtarzać. To, że w chwili diagnozy rodzic czuje wściekłość, rozżalenie, samotność, bezradność, zaprzecza lub za wszelką cenę szuka winnego, jest normalne. Trzeba wiedzieć, że ma się prawo do odczuwania czasem bardzo silnych emocji. To dla rodziców niezwykle ważne. Dowiadują się, że nie popadli w szaleństwo, ich emocje są naturalne i miną. Człowiek umie się przystosować do nowej sytuacji, do chorowania i leczenia także.

Czy bardziej choroby boją się dzieci, czy ich rodzice?
Nie demonizujmy tego, jak dzieci odbierają chorobę. Już to powiedziałam, ale powtórzę: choroba to jest proces. Inaczej reaguje się na początku, inaczej po miesiącu chorowania, gdy już się wie, że da się z tym żyć. Szczególnie młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Podczas hospitalizacji często bawią się właśnie w szpital, w pacjentów i personel medyczny. Bo dzieci chcą się bawić w to, co ich otacza. Wcielają się w lekarzy i mogą w ten sposób choć na chwilę wyjść z roli pacjenta. Zawsze mnie zadziwiało, jak dużo dzieci wiedzą, jakimi są świetnymi obserwatorami, a nawet ekspertami. Używają żargonu medycznego, zachowują procedury, na przykład wkładając rękawiczki przed zrobieniem zastrzyku lalce. Powtarzają to, co mówi im lekarz, i to jego tonem, znają nazwy leków, dawkowanie, wiedzą, jakie wyniki są w normie, a jakie nie, i bawią się w to. Gdy dziecko inicjuje zabawę w szpital, wiem, że mogę je dopytać, co by chciało wiedzieć.

A jak jest ze starszymi? Nastolatek nie pokaże w zabawie, że jest gotowy do poważnej rozmowy.
Przede wszystkim, by móc rozmawiać z nastolatkiem, trzeba wypracować sobie jego zaufanie. Nie chcemy żadnej „poważnej rozmowy”. Nie sadzamy nastolatka, nie robimy mądrych min. Przede wszystkim temat choroby, która opanowała ciało, bywa często trudny i zawstydzający. Działamy delikatnie, wręcz niezauważalnie odpowiadamy na pytania, do których pacjent dorósł. Ponadto nastolatki mają dostęp do Internetu, zazwyczaj same dowiadują się bardzo wiele o swojej chorobie. Nie potrzebują informacji, a zwykłej rozmowy. Wyjaśnienia różnych wątpliwości, wysłuchania tego, co ich niepokoi.

Czego boją się najbardziej?
Dzieci boją się bólu, jak my wszyscy. Jednak współczesna medycyna na szczęście nie skazuje pacjenta na cierpienie. Wytyczne są jednoznaczne: lekarz ma oszczędzać pacjentowi bólu i ograniczać dyskomfort w każdy dostępny sposób, i lekarze się tego trzymają. Mamy skuteczne środki przeciwbólowe. W onkologii dziecięcej ból traktuje się serio i jest on leczony. Dzieci boją się też zmian, jakie niesie ze sobą choroba onkologiczna – utraty włosów, zniekształcenia po operacji, protez. Boją się tego, co jest nieznane.

A co zrobić, gdy w moim otoczeniu ktoś ma dziecko chorujące na nowotwór?
Być przy tej rodzinie. Nie bać się cierpienia i choroby. A jeśli nie wiemy, jak wspierać – warto po prostu dopytać rodziców: „Jak mogę pomóc?”, „Ugotować coś, posprzątać, zawieźć?”. Rodzic jest tak pochłonięty leczeniem chorego dziecka, że często nie ma czasu zająć się drugim, zdrowym dzieckiem czy domowymi zwierzętami. Warto proponować, że się odbierze ze szkoły zdrowe rodzeństwo, weźmie je na weekend, przenocuje, pomoże w opiece nad psem.

Zdrowe rodzeństwo w obliczu takiej sytuacji schodzi zupełnie na drugi plan…
Niestety, to prawda. Leczenie zajmuje rodzicom tyle czasu i energii, że często nie mają już rezerw na poświęcanie czasu zdrowym dzieciom, tymczasem one potrzebują uwagi, miłości i normalności. Straciły kontakt nie tylko z rodzicami, ale też z rodzeństwem, bo dzieciom zdrowym nie wolno wchodzić do szpitala. Warto zadbać o to, żeby rodzeństwo miało kontakt, żeby do siebie na przykład dzwoniło. Mamy na szczęście do dyspozycji całą technologię.

Czy należy dokładnie wyjaśniać, co dzieję się z chorą siostrą czy bratem?
To znów zależy od wieku i od tego, ile rodzeństwo chce wiedzieć, ale generalnie warto przygotować je na ewentualne zmiany w wyglądzie pacjenta, bo przecież leczenie choroby nowotworowej odbija się na fizyczności. I oczywiście nie chodzi nam tu o przekazanie suchych informacji, tylko o rozmowę, co dzieje się z chorym. Chodzi o to, żeby zdrowe dziecko nie było zaskoczone brakiem włosów czy otyłością wywołaną zastosowaniem sterydów. Albo amputacją, bo przecież i to się zdarza w leczeniu chorób nowotworowych.

To bardzo trudne zadania dla rodzica.
Tak, i tutaj też potrzebne jest wsparcie. Dlatego warto być w stałym kontakcie z psychologiem, który przygotuje rodzica na taką rozmowę, powie, jak ją delikatnie przeprowadzić, a nawet przećwiczy.

Zatem może jednak psycholog powinien takie rozmowy przeprowadzać z rodzeństwem?
Moim zdaniem to jednak rola rodzica, z którym dziecko jest związane i czuje się bezpieczne. Taka próba wprowadzenia obcej, nieznanej osoby, żeby przeprowadziła rozmowę, może być jeszcze bardziej stresująca dla dziecka. Lepiej jest, gdy psycholog przygotowuje rodzica, ale to rodzic rozmawia ze swoim dzieckiem. Taka kolej rzeczy jest naturalna.

Myślę, że bardzo łatwo jest obciążyć zdrowe dziecko chorobą rodzeństwa.
Dlatego tak ważne jest, żeby rodzic szukał wsparcia tylko u innych dorosłych. Nie należy przy zdrowym dziecku płakać, dzielić się swoimi emocjami, szczególnie lękiem, bo dziecko zawsze chce chronić rodziców. A nawet prawie dorosłe, nastoletnie zdrowe dziecko nie może być pocieszycielem dorosłych.

Ale czasem nie ma nikogo innego…
Rodzice często mają takie wrażenie, ale przecież zawsze są wokół nas inni dorośli: lekarz, pielęgniarka, psycholog, znajomi czy chociażby rodzice innych chorych dzieci. Bywa jednak, że rodzicom jest trudno prosić o pomoc, albo nie widzą, że otoczenie jest gotowe ich wesprzeć. Warto by bliscy, przyjaciele takiej rodziny przyjęli aktywną postawę i tak jak już wcześniej wspomniałam – pytali. Czasem ta pomoc może polegać na tym, że choć na chwilę zastąpi się takiego rodzica w szpitalu i będzie on mógł chociażby wyjść na spacer czy do fryzjera.

Chyba nie miałabym odwagi zapytać rodzica, który ma tak chore dziecko, czy chce iść do fryzjera. Nie umiem sobie wyobrazić, że sama miałabym na to ochotę. Myślę też, że społeczeństwo narzuca obraz cierpiącego udręczonego.
Ten fryzjer to może bardziej metafora i pytanie, czy rodzic w trakcie chorowania dziecka ma prawo zająć się też swoimi potrzebami. Widziałam, jak rodzice dawali z siebie wszystko. A przecież leczenie trwa miesiącami, czasem nawet latami. Do opieki potrzeba mnóstwo sił. Niewyspany, udręczony, samotny, przeciążony rodzic nie będzie dobrym wsparciem. Dlatego tak ważne jest, by inni dorośli pomagali rodzicom w odzyskiwaniu, choć na chwilę, poczucia równowagi, pomagali w regeneracji. A co do fryzjera – pamiętam, jak jedna z fundacji zorganizowała wizytę właśnie fryzjera na oddziale – ileż było śmiechu i radości, gdy rodzice mogli wreszcie zająć się sobą.

Zbieram się z pytaniem na temat opieki paliatywnej. Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci, o tym, że nie wyzdrowieją?
Pamiętajmy, że onkologia dziecięca ma inną dynamikę. Dzieci zdrowieją znacznie częściej niż dorośli. Bardzo skutecznie leczymy choroby nowotworowe u dzieci. Ale bywa niestety, że choroba okazuje się silniejsza niż medycyna. I tu obowiązują te same zasady: nic na siłę. Nigdy nie atakujmy pacjenta tym tematem.

Mam poczucie, że rozmawianie o śmierci to nie są mądre monologi, bo to nie czas na nasze, dorosłe przemyślenia czy przekonania np. religijne. To czas na to, by usłyszeć, co myśli o tym dziecko, z jakimi pytaniami się mierzy. Pamiętam pacjenta, który zapytał: „czy w niebie jest McDonald?”, bo usłyszał, że w niebie jest wszystko, co najlepsze, a po śmierci idzie się do nieba. Ale najczęściej to są bardzo nieśmiałe i ulotne momenty, gdy pacjent zastanawia się, jak to jest z tą śmiercią. Chociaż bywały także sytuacje, gdy pacjent, najczęściej nastolatek, zadawał pytanie: „czy ja umrę?”. I tu nie ma jednej dobrej odpowiedzi, ale dla mnie takie pytanie pacjenta jest zawsze punktem wyjścia do rozmowy, co stoi za takim pytaniem, jakie myśli, jakie fantazje, jakie uczucia. Często w rozmawianiu o śmierci nie tyle chodzi o konkretną odpowiedź, ale o stworzenie bezpiecznej atmosfery, by dziecko mogło podzielić się z drugim dorosłym swoimi niepokojami, lękami, refleksjami. Chociaż czasem młody człowiek chce po prostu wiedzieć, jakie są jego rokowania, bo myśli o tym, by móc się z kimś pożegnać, może pogodzić, a może coś komuś ważnego powiedzieć. Tylko w rozmowie z pacjentem możemy poznać, jaki motyw stoi za jego pytaniem.

A czy dzieci boją się śmierci?
Boją się i martwią. Czasem zastanawiają się, co się stanie z ich rzeczami, jak rodzice to zniosą, co będzie po śmierci. Pamiętam dziewczynkę, która w zabawie opowiadała mi, jak sobie wyobraża, co będzie po śmierci. Wyzdrowiała i ma się dobrze, ale widać, że myśl o śmierci może się pojawić.

Nie wiem, który rodzic by to udźwignął…
Dlatego w szpitalu pracują psychologowie. Dzieci potrzebują bezpiecznej przestrzeni – z dorosłym, który nie zabroni poruszania tego tematu, nie wystraszy się ani nie rozpłacze na dźwięk słów „boję się, że umrę”. Chcę podkreślić, że nowotwory są uleczalne i że wbrew aktualnie bardzo złym opiniom na temat służby zdrowia, dziecięcy onkolodzy to w większości kompetentni, empatyczni ludzie, którzy wiążą się bardzo mocno ze swoimi pacjentami i walczą o nich tak samo jak rodzice.

Fundacja Alivia jest Organizacją Pożytku Publicznego, która pomaga chorym na raka m.in. w finansowaniu nierefundowanych terapii i konsultacji. Więcej na temat przekazania 1% podatku na rzecz fundacji na www.alivia.org.pl.

Marta Rusek, specjalistka psychologii klinicznej, psychoterapeutka, psychoonkolożka. Przez wiele lat pracowała jako psycholog na oddziale onkologii dziecięcej. Współzałożycielka Warszawskiego Centrum Psychoonkologii, www.psychoterapia-mokotow.pl.

  1. Zdrowie

Nootropiki – pożywka dla głowy

Owoce jagodowe wspomagają rozwiązywanie problemów, uczenie się i pamięć. Przeciwdziałają starzeniu się i poprawiają płynność myślenia. (Fot. iStock)
Owoce jagodowe wspomagają rozwiązywanie problemów, uczenie się i pamięć. Przeciwdziałają starzeniu się i poprawiają płynność myślenia. (Fot. iStock)
Konsultantka kulinarna i promotorka kuchni roślinnej Julie Morris przekonuje, że nawet niewielkie zmiany w diecie mogą znacząco podnieść sprawność umysłu. O tym, co smakuje naszemu mózgowi, pisze w książce „Smart Plants. Jak wykorzystać naturalne nootropiki, by usprawnić myślenie, koncentrację i pamięć”.

Zacznijmy od nazwy. Wywodzi się ona z greckiego, słowo nous oznacza „umysł”, a tropos – „obrócenie„ lub „zmianę”. Innymi słowy – nootropik to substancja zmieniająca umysł, pobudzająca procesy poznawcze, która ma moc poprawiania sposobu myślenia, odczuwania i funkcjonowania. Nootropiki są w użyciu od tysiącleci we wszystkich zakątkach świata, czy to by wzmóc wytrzymałość i wyostrzoną uwagę podczas polowania bądź bitwy, czy by podnieść poziom świadomości i mieć lepszą więź ze światem na poziomie duchowym. Współczesne postrzeganie nootropików jako substancji wspomagających procesy poznawcze jest jednak stosunkowo nowe.

Początki badań nad środkami wspomagającymi układ nerwowy sięgają lat sześćdziesiątych XX wieku. Rumuński psycholog i chemik Corneliu Giurgea użył terminu „nootropik” w 1972 roku – kilka lat po tym, jak opracował Piracetam, czyli związek wspomagający pamięć. Urodzony w 1923 roku w Bukareszcie dr Giurgea poświęcił zawodowe życie na badanie ewolucji człowieka i opracowywanie metod wspomagania jego rozwoju. Udało mu się nie tylko przyciągnąć uwagę do idei optymalizacji funkcji mózgu, lecz także wprowadził koncepcję wspierania procesów poznawczych do świata chemii. Opracował listę cech charakterystycznych odkrytych przez siebei substancji, które nazwał „pięcioma zasadami nootropików”:

  1. wzmacniają pamięć i zdolność uczenia się
  2. wzmacniają trwałość wyuczonych zachowań i wspomnień
  3. chronią mózg przed uszkodzeniami
  4. zwiększają skuteczność korowych/podkorowych mechanizmów kontroli
  5. nie powinny wywoływać żadnych skutków ubocznych

Współczesna medycyna od XVIII wieku czyni niesłychane postępy, również na polu wspierania funkcji mózgu, jednak naturalne nootropiki są w użyciu znacznie dłużej. Medycyna ajurwedyjska oraz medycyna chińska z powodzeniem wykorzystują ich właściwości od tysięcy lat. Dziś, choć nie istnieje ujednolicona definicja słowa „nootropik”, większość świata medycznego jest zgodna, że to po prostu substancja wzmacniająca procesy poznawcze bez efektów ubocznych. Naturalne nootropiki również taką zdolnością się charakteryzują, jest jednak pewna różnica między nimi a syntetycznymi: są to produkty żywnościowe (lub przynajmniej suplementy pochodzenia naturalnego), a nie chemiczne substancje wytwarzane przez człowieka.

Najpoważniejszym argumentem za stosowaniem diety opartej na żywności pełnowartościowej, zamiast produktów przetworzonych i suplementów, jest występujące w niej bogactwo naturalnych wieloskładnikowych substancji odżywczych, czyli takich, które składają się z przynajmniej dwóch współdziałających elementów oddziałujących pozytywnie na wielu płaszczyznach – zarówno jeśli chodzi o zdrowie mózgu, jak i całego organizmu. Chemiczne nootropiki tylko maskują niedobory i niekoniecznie pomagają generować trwałe zmiany. Naturalne nootropiki mogą poprawić całościową kondycję mózgu, a to przełoży się pozytywnie na sposób myślenia i odczuwania.

Julie Morris, konsultantka kulinarna, założycielka szkoły gotowania online „Luminberry”. Jest autorką pięciu książek kucharskich.

10 najlepszych naturalnych nootropików

  • Kakao – „ziarno szczęścia”. Poprawia nastrój (oraz łagodzi depresję i stany lękowe). Wzmacnia pamięć i zdolność uczenia się, wspomaga koncentrację. Jest bardzo silnym neuroprotektorem.
  • Matcha – „herbata, która pozwala zachować spokój i robić swoje”. Jest źródłem wyciszonej energii. Łagodzi niepokój i stany lękowe, dobrze wpływa na ogólne samopoczucie. Wzmacnia motywację i koncentrację. Poprawia pamięć i inne funkcje poznawcze, wspiera twórcze i płynne myślenie. Jest silnym neuroprotektorem.
  • Soplówka jeżowata – „grzyb inteligencji”. Może być pomocna w leczeniu chorób neurodegeneracyjnych. Ma bardzo silne działanie neuroprotekcyjne. Działa wspomagająco w zaburzeniach snu. Wspomaga regenerację nerwów, łagodzi depresję i stany lękowe. Poprawia pamięć, uwagę i zdolność uczenia się. Wspiera funkcje poznawcze. Zwiększa neuroplastyczność i neurogenezę.
  • Reishi (lakownica żółtawa) – „polisa na zdrowie”. Wycisza, łagodzi napięcia i stany lękowe. Wspomaga redukcję stresu i zdrowszy sen. Wzmacnia pamięć i zdolność uczenia się. Ma silne działanie neuroprotekcyjne i oczyszczające.
  • Jagody goji – „jagody dobrostanu”. Wzmacniają pamięć i zdolność uczenia się, wpływają korzystnie na ogólny dobrostan. Chronią barierę krew-mózg przed ekscytotoksycznością i szkodliwym działaniem innych neurotoksyn. Wspomagają neurogenezę.
  • Fioletowe owoce jagodowe – „owoce pamięci”. Wspomagają rozwiązywanie problemów, uczenie się i pamięć. Mają silne właściwości neuroprotekcyjne i przeciwdziałają starzeniu się. Wspomagają płynność myślenia. Poprawiają koordynację ruchową i równowagę. Wzmacniają koncentrację i uwagę. Zwiększają potencjał neurogenezy.
  • Różeniec górski – „moc”. Redukuje zmęczenie i zwiększa zasoby energii. Wspomaga zrównoważony nastrój i poczucie dobrostanu, poprawia kondycję. Poprawia koncentrację i motywację.
  • Ashwagandha (witania ospała) – „zioło zadowolenia i wyluzowania”. Zmniejsza napięcia. Jest naturalnym antydepresantem oraz redukuje stres poprzez wyrównywanie poziomu hormonów (głównie kortyzolu i insuliny). Łagodzi poczucie wyczerpania i chroniczne zmęczenie psychofizyczne. Pomaga zwalczyć bezsenność wywołaną stresem. Wzmacnia kondycję i odporność. Wspomaga powrót do formy po przebytym stresie i wyjście ze stanu wypalenia. Wspiera pamięć, uwagę i koncentrację.
  • Kurkuma (ostryż długi) – „złoty korzeń ochrony”. Ma mocne działanie przeciwzapalne. Jest silnym przeciwutleniaczem. Zwalcza stres, poprawia nastrój, redukuje depresję. Może poprawiać pamięć.
  • Cytryniec chiński – „jagoda koncentracji”. Wycisza, redukuje stres, łagodzi stany lękowe. Wspomaga długi i zdrowy sen. Wzmacnia aktywność psychiczną. Poprawia pamięć, uwagę, pozwala osiągać lepsze wyniki w pracy, przyspiesza reakcje. Działa neuroprotekcyjnie.
  1. Moda i uroda

Kosmetyki na wakacyjny wyjazd

Fot. Imaxtree (Alberta Ferretti)
Fot. Imaxtree (Alberta Ferretti)
Podczas wyjazdów potrzebne są nam konkretne, sprawdzone produkty, które odpowiednio nawilżą, odmłodzą i ochronią przed szkodliwym działaniem słońca. Oto lista kosmetyków, które na pewno weźmiemy ze sobą.

Odpowiednia pielęgnacja włosów podczas lata to podstawa. Ochrona przed słońcem, stosowanie sprawdzonych kosmetyków i unikanie zbyt dużej ingerencji w strukturę włosa stanowią trzon odpowiedniej dbałości o letnią fryzurę. Warto pamiętać również o nawilżeniu i stosowaniu kosmetyków, które zapewnią włosom ochronę przed utratą wody. Wśród najciekawszych poleceń znalazłyśmy szampon Sos Nutrition od Be Eco, dokładnie myjący włosy na całej długości, zapewniający odpowiednie nawilżenie, zdrowy wygląd i blask. W ofercie marki znajduje się także odżywka dopełniająca pielęgnację włosów zawierająca m.in. olej ze słodkich migdałów, masło mango i masło shea, a także mleczko zapobiegające rozdwajającym się końcówkom. Linia warta uwagi szczególnie, gdy włosy są zniszczone i potrzebują silnej regerenacji.

Fot. materiały prasowe Be EcoFot. materiały prasowe Be Eco

Natychmiastowy efekt i wysokie stężenia pożądanych składników zapewniają coraz chętniej stosowane kuracje ampułkowe. Jedną z nich, która zainteresowała nas szczególnie jest 7-dniowa kuracja rewitalizująco-rozświetlająca od firmy Babor. Ampułka Phyto AHA z naturalnym kompleksem kwasów owocowych, przeznaczona jest do pielęgnacji poszarzałej, pozbawionej witalności skóry, także wrażliwej. Delikatny efekt złuszczenia pobudza procesy odnowy skóry, pozwala zredukować drobne zmarszczki i przebarwienia oraz wygładza skórę. Ekstrakt z kory wierzby z naturalnym kwasem salicylowym zapobiega powstawaniu zanieczyszczeń, a alantoina działa kojąco i nawilżająco. W limitowanej edycji kosmetyków znalazły się także inne kuracje ampułkowe, które z powodzeniem zastąpią nam profesjonalne zabiegi podjęte w salonach kosmetycznych.

Fot. materiały prasowe BaborFot. materiały prasowe Babor

Wegańskie kosmetyki do pielęgnacji ciała od Aura Naturals to ogromna siła ukryta w nasionach chia i ich właściwościach korzystnie wpływających na kondycję skóry. Żel, masło i mleczko do ciała składające się na linię Chia&Goja wykorzystują olej z nasion chia, bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe, białka, przeciwutleniacze, flawonoidy, witaminy A i E oraz minerały takie jak: fosfor czy magnez. Drugim ważnym składnikiem jest ekstrakt z owoców goji. Ten z kolei zawiera antyoksydanty, witaminy B1, B2, B6 oraz C, aminokwasy i minerały. Wzmacnia, rewitalizuje i pobudza skórę.

Fot. materiały prasowe Aura NaturalsFot. materiały prasowe Aura Naturals

Intensywnie nawilża, długotrwale matuje, skutecznie zmniejsza zaczerwienienia i nadmiar sebum. Curcumin Cream od Dermash Cosmetics redukuje niedoskonałości, długotrwale matuje i nawilża w celu zmniejszenia defektów na skórze. Jest idealny dla skóry wrażliwej, mieszanej, tłustej, z trądzikiem lub przebarwieniami. Zawierający kurkuminę krem dociera do głębszych warstw skóry wykazując silne działanie antyoksydacyjne i przeciwzmarszczkowe. Efekt gwarantowany.

Fot. materiały prasowe Dermash CosmeticsFot. materiały prasowe Dermash Cosmetics

Pamiętając o letnim makijażu warto decydować się na kosmetyki, które zapewniają wysoką ochronę przed promieniowaniem UVA i UVB. Jednym z hitów makijażowych lata jest mineralny podkład ochronny od marki Eau thermale Avène opracowany z myślą o skórze nadwrażliwej i alergicznej, a także osób uczulonych na filtry chemiczne lub substancje zapachowe. Kompakt mineralny SPF50 zawiera wyłącznie filtry mineralne, zapobiega uszkodzeniom DNA oraz działa łagodząco na skórę. Zastosowane pigmenty pozwalają zamaskować wszelkie niedoskonałości i wyrównują koloryt cery, dlatego też kosmetyk sprawdzi się idealnie nie tylko podczas upalnych dni, ale również w codziennej pielęgnacji. Polecamy.

Fot. materiały prasowe Eau Thermale AveneFot. materiały prasowe Eau Thermale Avene

Wśród makijażowych nowości, godny polecenia jest również transparentny puder od marki Note. Puder nie tylko utrwala makijaż i pomaga złagodzić wygląd drobnych zmarszczek, ale także chroni skórę przed wolnymi rodnikami wywołanymi przez niebieskie światło i zapewnia silne nawilżenie skóry. Delikatny i przyjemny dla skóry idealny do przetestowania na lato.

Fot. materiały prasowe NoteFot. materiały prasowe Note

Marka Yumi znana z żeli pod prysznic i mydeł w płynie dołączyła do swojej oferty trzy nowe linie dedykowane twarzy. W każdej z nich znalazły się cztery produkty, dobrane do konkretnych potrzeb skóry, które pozwolą szybko i skutecznie zadbać o codzienną rutynę na każdym etapie. Produkty z każdej linii zawierają m.in. nawilżającą betainę, wygładzający kwas mlekowy, regulujący mikrobiom skóry prebiotyk i flagowy aloes. Ich działanie uzupełniają odżywcze oleje i bogate w witaminy soki. W intensywnie nawilżającej serii czerwonej są to oleje: sojowy, z pestek malin i masło shea oraz soki z maliny i granatu. Osoby ze skórą wrażliwą i skłonną do podrażnień docenią zaś linię żółtą. Wykorzystano w niej witaminę C, która jest silnym antyoksydantem, wymiatającym przyspieszające starzenie wolne rodniki. Z kolei przy cerze problematycznej, ze skłonnością do trądziku i niedoskonałości idealnym wyborem będzie seria zielona. Kosmetyki z tej linii zostały wzbogacone o super modny ostatnio składnik - niacynamid,
który pomaga utrzymać równowagę wydzielania sebum, zwęża pory, delikatnie ujędrnia, matuje i sprawia, że zmiany trądzikowe są mniej widoczne. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Fot. materiały prasowe YumiFot. materiały prasowe Yumi

Receptura tego kremu oparta jest na przeciwutleniaczach i kompleksie nawilżającym, który zapewnia odżywienie, jednocześnie wygładzając, ujędrniając i wyrównując koloryt skóry. Krem przeciwzmarszczkowy Perricone MD Cold Plasma + Moisturizer Intensive Hydrating Complex (dostępny w sklepie pell.pl) to inwestycja w skórę. Marka tą pozycją weszła na wyższy poziom pielęgnacji skóry i już po krótkim czasie stosowania pozostawia ją jędrną, ożywioną i odmłodzoną. Zdziała cuda i sprawdzi się także w szczególnych zadaniach.

Fot. materiały prasowe Perricone (dostępny na pell.pl)Fot. materiały prasowe Perricone (dostępny na pell.pl)

Cienie do powiek od Eveline Cosmetics wprowadzą tegoroczny makijaż na inny poziom. Intensywne, żywe kolory zamknięte w palecie 12 kolorów zachwycają pigmentacją i sprawdzą się do różnego rodzaju make-up'u - mono, kolorowego smokey i do rysowania kresek. Koniecznie zabierzcie je ze sobą w dalekie i bliskie podróże - urozmaicą niejedną stylizację.

Fot. materiały prasowe Eveline CosmeticsFot. materiały prasowe Eveline Cosmetics

Zadbane włosy to nie tylko dbałość o strukturę, ale także dobra kondycja skóry głowy. Regularne i prawidłowe oczyszczanie skóry głowy nie tylko pomaga na dłużej zachować świeżość włosów, ale również skutkuje odrostem zdrowych i wzmocnionych włosów. Właściwe oczyszczanie zapewnią m.in. delikatne szampony o niskim potencjale drażniącym oraz peelingi dokładnie czyszczące skórę głowy. Marka Only Bio w linii przeznaczonej do pielęgnacji włosów zawiera szereg kosmetyków, które sprawdzą się na wszystkie potrzeby, i które przywrócą włosom blask oraz zdrowy wygląd.

Fot. materiały prasowe Only BioFot. materiały prasowe Only Bio

Dbałość o zęby i dziąsła to podstawa niezależnie od pory roku i okoliczności. Właściwa higiena jamy ustnej to nie tylko mycie zębów, ale również systematyczne używanie nici dentystycznych lub alternatywy dla nich, czyli tzw. flosserów. Niestety, szczoteczka czyści tylko 65% powierzchni zębów, pozostałe 35% stanowią wąskie przestrzenie międzyzębowe. I to właśnie tam gromadzą się zanieczyszczenia, które mogą sprzyjać rozwojowi kamienia nazębnego. Do czyszczenia przestrzeni międzyzębowych, w zależności od indywidualnych preferencji, możemy wykorzystać klasyczną nitkę dentystyczną lub jej bardziej poręczną „odmianę” czyli flosser. Flosser od marki Jordan z wymiennymi końcówkami z serii Green Clean jest przyjazny nie tylko dla naszego zdrowia, ale i dla planety. Został wykonany z bezpiecznego, zatwierdzonego przez FDA tworzywa z recyklingu, pochodzącego m. in. z kubeczków po jogurtach. Dostępny w trzech kolorach: zielonym, niebieskim i różowym, w zestawie z sześcioma wymiennymi wkładami, ułatwi nam codzienną higienę jamy ustnej.

Fot. materiały prasowe JordanFot. materiały prasowe Jordan

O zdrowe zęby pomogą zadbać nam również produkty marki Sunstar, które warto mieć przy sobie codziennie. W skład kompleksowej linii Gum Sensivital wchodzi m.in. pasta, płyn i szczoteczka, które pomogą nie tylko utrzymać świeżość w jamie ustnej, ale również walczyć z różnego rodzaju problemami, takimi jak próchnica, czy nadwrażliwość zębów.

Fot. materiały prasowe SunstarFot. materiały prasowe Sunstar