1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Bieszczady Artura Andrusa

Bieszczady Artura Andrusa

„Niestety, byłem bardzo dobrze ułożonym młodzieńcem. Nudnym grubaskiem w odprasowanym mundurku” – mówi Artur Józef Andrus, redaktor „Powtórki z rozrywki” w radiowej Trójce. Urodzony 37 lat temu w Lesku, w Solinie został ministrantem, w Sanoku – harcerzem. „Moje życie to ludzie, do których się przyklejam, i miejsca, do których się nie przywiązuję. Ciekawe, dokąd muszę wyjechać z Warszawy, żeby przestać być dziennikarzem?”

 

Szkoła w Solinie

Właściwie nie szkoła, lecz szkółka w domu jedynej nauczycielki, pani Bańczakowej, która uczyła równocześnie dwie klasy, pierwszą i drugą. Sześcioro dzieci w jednej, siedmioro w drugiej klasie. Taka to właśnie była szkoła. Kilka lat temu pani Bańczakowa przysłała mi do radia kartkę. Tak po prostu, bez żadnej okazji. Napisała, że bardzo się wzrusza, widząc mnie w telewizji, i przypomniała mi coś, czego sam już nie pamiętałem. Podobno chodziłem po Solinie w słuchawkach na uszach i udawałem, że coś nadaję. „Pani Bańczakowa, cudownie, że chciało się Pani tę kartkę napisać! Dziękuję. Odbiór!”.

Zapora w Solinie

Tata Józef i mama Stefania poznali się przy budowie zapory w Solinie. On przyjechał z okolic Przemyśla, ona mieszkała kilka kilometrów od Soliny. Na ciężkiej fizycznej pracy upłynęło im całe życie i jest to coś, o co mam największy żal do komunizmu. Jeśli ktoś mówi mi czasami, że przecież ten system wielu wykształcił, ubrał, nakarmił i dał mieszkanie, to jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ktoś się musiał o to postarać. Położyć swoje życie na ołtarzu i złożyć z niego ofiarę. To, że mogliśmy się z moim bratem ubrać i pójść na studia, nie jest zasługą komunizmu, ale naszych rodziców. Na pierwszym planie zawsze mieli dzieci, a nie samych siebie. Mogliby podróżować po świecie jak niemieccy emeryci, ale oni nie potrafią, bo nigdy się tego nie nauczyli, a poza tym nie da się daleko pojechać za 900 zł emerytury. Ojciec w pewnym momencie wyjechał co prawda kilka razy na kontrakty do Iraku i Libii, gdzie budował drogi, ale zrobił to wszystko dla nas, bo rzekomy ustrój rzekomej sprawiedliwości miał dla ludzi jedną propozycję: „Wy harujcie, a być może wasze dzieci będą miały łatwiej”. Nawet teraz, kiedy lekarz proponuje rodzicom wyjazd do sanatorium, jest to dla nich wciąż niezręczna sytuacja. Jak to tak jechać gdzieś i co robić? A właściwie niczego nie robić?

A co do zapory, była główną atrakcją dzieciństwa w Solinie. Szło się „na zaporę”, „za zaporę”. Nieraz był to jedyny nasz dylemat. Iść „na” czy „za”. I nie wiem w jaki sposób, ale zawsze taka wyprawa była przygodą. Mimo że przy wejściu „na” nie było jeszcze budek z gadżetami typu „śpiewający słonecznik” albo „rechoczący świstak”, a „za” była tylko jedna smażalnia ryb i żadnego czeskiego wesołego miasteczka.

Sanockie schody

Pokonywałem je kilka razy dziennie, ponieważ centrum Sanoka leży na górze, a ja mieszkałem na osiedlu na dole. Miałem wybór: stare strome schody franciszkańskie albo drugie, łukowate, łagodniejsze, tzw. metalowców. Dzięki nim mimo częstych zadyszek miałem jednak jakąś kondycję. W sanockiej podstawówce czasem służyły jako zastępcza sala gimnastyczna. Biegało się w górę i w dół przez 45 minut.

Miejsce zbiórek

Od czasu szkoły w Solinie, przez sanockie liceum, po studia w Warszawie byłem harcerzem. To ważny etap w moim życiu. Nikt mnie ideologicznie nie urabiał i nie bawił się w spotkania z kombatantem. Była grupa sympatycznych ludzi, zbiórki, mundurki. Do dziś zostało mi parę fajnych znajomości: byli harcerze są wszędzie – Wacek uczy, Magda w ministerstwie, Gosia leczy w Paryżu, Jurek rządzi w firmie farmaceutycznej.

Każdego lata odbywały się obozy harcerskie. Pierwszy miałem w Polańczyku, drogą 10 km, a przez las 6 km od domu. Jak już prawie zapleśniałem pod namiotem, brałem plecak i szedłem do mamy, żeby zrobiła pranie. Czy harcerstwo dawało wymierne korzyści materialne? Owszem, na obozie w NRD kupiłem sobie trampki chińskie – największy wtedy rarytas. Ale przynosiło też korzyści duchowe – tam przeżyłem wielką miłość do pewnej Niemki. Nie potrafiłem jej nic powiedzieć, ale pewnie pięknie wzdychałem po niemiecku. Zresztą ona się kochała w jakimś Niemcu. Była ruda, a ja zdruzgotany. Z NRD związane jest też wspomnienie kombatanckie. Znałem setki dowcipów, wiele z nich powtarzałem, w ogóle ich nie rozumiejąc. O Breżniewie całe mnóstwo. I o Ruskich. I cha, cha, cha. Któregoś dnia moją wychowawczynię wezwał do siebie niemiecki lekarz i życzliwie poprosił, żeby zwróciła mi uwagę, bym nie opowiadał takich dowcipów. Okazało się, że każdy polski opiekun dostawał opiekuna niemieckiego, który owszem, zajmował się dziećmi, ale jego rola polegała przede wszystkim na tym, żeby słuchać i kontrolować, czy przypadkiem ktoś nie jest wywrotowcem.

Na obozie harcerskim w Czechosłowacji dzięki przyjaciołom, z którymi mam kontakt do dziś, przeszedłem szybki kurs rozumienia socjalistycznego świata. Marek nie mógł iść do szkoły z maturą, bo w podstawówce chodził na religię, a dla takich jak on przeznaczone były tylko zawodówki. W 1987 roku poznałem tam także dwóch dorosłych już facetów, pracowników firmy budowlanej. Trzy lata później dowiedziałem się, że tak naprawdę są księżmi salezjanami wyświęconymi w katakumbowym kościele, bo komunistyczna władza zlikwidowała zakony. Dzięki kontaktom z pallotynami z mojego ministranckiego ruchu przemycałem przez granicę egzemplarze Pisma Świętego po słowacku i jakieś święte obrazki. Brałem plecak i wiozłem… Prosili mnie tylko, żeby przekazywać przez Marka, nie bezpośrednio do nich. Nie miałem pojęcia, że wtedy ktoś kogoś może podsłuchiwać, podpatrywać czy namierzać.

 

Komitet miejski Partii

Tu znajdował się jeden z dwóch magnetowidów w mieście. Tu przychodziliśmy na lekcjach PO (wtedy to był skrót od przysposobienie obronne, a nie Platforma Obywatelska) oglądać „Rambo”, nasz film szkoleniowy. Za pomocą drugiego magnetowidu, zlokalizowanego u księdza na plebanii, mieliśmy szansę zapoznać się z „Akademią Policyjną”. To były pierwsze filmy, jakie można było mieć wtedy na wideo.

Liceum w Sanoku

Byłe koszary austriackie, nazywane w mieście klasztorem. Liceum miało opinię szkoły bardzo zdyscyplinowanej, głównie za sprawą dyrektora, którego wszyscy się bali. Ale w czasie kiedy ja się tu uczyłem, wiały już trochę inne wiatry. Gdy kończyłem trzecią klasę, akademię na zakończenie roku zaszczycił towarzysz Mleczko z Komitetu Miejskiego PZPR, a we wrześniu, na rozpoczęciu kolejnego, był już inny gość specjalny – ksiądz prałat Adam Sudoł.

W liceum trochę się migałem, żeby nie robić tego, co każą, tylko jakąś inną drogą dojść do dobrej oceny. Na PO np. zrobiłem film instruktażowy „Strzelanie nr 1”. W szkole pokazała się właśnie pierwsza kamera wideo i trzeba było uzasadnić, że służy celom dydaktycznym, a nie filmowaniu wycieczek szkolnych. Mój film składał się z konstrukcji scen w stylu, jak należy się ułożyć do strzału z kbks-u, jak wygląda zbiórka i w jaki sposób wydawać komendy. Kłopot pojawił się tylko jeden. Nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak postsynchrony, i byłem pewien, że dźwięk ze strzelnicy będzie tym autentycznym. Potem okazało się, że moi koledzy nagrali własne dźwięki, wśród których w najważniejszym momencie padała np. komenda: „Pierwsza brygada im. psa Cywila za mną”. Pokazanie takiego podejścia do obronności kraju groziłoby rozpadem Układu Warszawskiego, musiałem więc dograć własny komentarz. Potrzebne były dwa magnetowidy i jeden magnetofon, żeby to wszystko spiąć. Dograłem swoją instrukcję, ale poczułem, że to nie może być tak na sucho. Jedyną płytą z muzyką instrumentalną, która leżała pod ręką, była płyta Marka i Wacka. „Strzelaniu nr 1” towarzyszyły więc fortepianowe dźwięki „Dla Elizy” i sonata Księżycowa. A w tym wszystkim padające komendy... Na ostatnim zjeździe szkolnym mój nauczyciel PO powiedział mi, że ma jeszcze gdzieś ten film. Obawiam się, że ktoś go wreszcie wyciągnie. W najmniej oczekiwanej chwili...

Dom doktora Domańskiego

Z Grześkiem Śmiałowskim przejęliśmy szkolny radiowęzeł. Składał się z magnetofonu, wzmacniacza, dwóch kolumn i był słyszalny w odległości pięciu metrów od źródła, ale my mimo to nagrywaliśmy i nadawaliśmy normalne audycje. Robiliśmy np. prapowtórkę z rozrywki, a w niej kabaretowe piosenki, wierszyki o szkole oraz wywiady z nauczycielami, którym zadawaliśmy porażające pytania, typu: „Jaki jest pani ulubiony kolor?”. Nasze „studio nagrań” mieściło się zaraz przy szkole, u dziadków Grześka, w pięknym domu przedwojennego dyrektora sanockiego szpitala. Zamykaliśmy się w pokoju, Grzesiek zakazywał babci i dziadkowi chodzenia po domu do momentu zakończenia nagrań. A następnego dnia szło to w radiowęźle dla rzeszy… 30 uczniów, tych, którzy akurat za chwilę mieli lekcję w sali obok radiowęzłowej kanciapy.

Przystanek autobusowy

Gdy padł mur berliński, ubłagałem tatę, żebyśmy pojechali do Berlina po wieżę. Hi-fi. Wyruszyliśmy z Sanoka autosanem H9 przez całą Polskę i pół Niemiec po to tylko, żebym mógł kupić dwukasetową wieżę Schneider. Mam z tamtego czasu zdjęcie, przy którym zawsze się cholernie wzruszam. Tata siedzi na ławce w parku w Berlinie Zachodnim, kroi chleb i otwiera konserwę, żeby nakarmić dziecko po 19 godzinach jazdy. Nie wchodziła w grę restauracja. Przelicznik marki był taki, że mieliśmy do wyboru albo jedzenie, albo wieżę. Boże, jak ja sobie teraz uświadomię, co ten ojciec dla mnie zrobił! Nie dość, że pojechał, to jeszcze dał pieniądze! Na wieżę marki Schneider.

Zamek w Sanoku

Nie mam z nim wielu osobistych wspomnień. Nawet się przy zamku nie całowałem… À propos: Pierwsza prawdziwa szkolna miłość miała na imię Agata i długie czarne włosy. Co jakiś czas koło Agaty pojawiali się inni faceci. Raz bokser, potem szybki łyżwiarz. Po kolejnej porażce (po łyżwiarzu) postanowiłem, że nie będę pisać listu, ale nagram rozdzierające do granic pożegnanie. I zrobiłem to. Nagrałem na kasetę opowieść o moich uczuciach, oczywiście z podkładem muzycznym, żeby było bardziej nastrojowo. Bollywood! I nie chodziło nawet o to, żeby ta muzyka brzmiała, ale żeby tytuł utworu był adekwatny do stanu moich uczuć. Na płycie Marka i Wacka znalazłem numer, który bardzo mi pasował: „Słońce umarło”. A ja mówiłem: „No trudno, jeżeli tak postanowiłaś, muszę to zrozumieć. Wiem, że musisz być szczęśliwa”. Brakowało, żebym posunął się do sugestii „z nim będziesz szczęśliwsza”. Dzięki Bogu nigdy jej tego nagrania nie dałem. Mogłaby mieć niezły ubaw. Spotkaliśmy się niedawno. Przyniosła na nasz licealny zjazd zdjęcia z podstawówki, a ja błagałem, żeby mi ich nie pokazywała, bo bałem się zobaczyć, co napisałem na odwrocie. Agata ma męża, trójkę dzieci i widać, że jest szczęśliwa. A ja? Bardzo!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.