1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Drugi koniec świata” - nowa powieść Małgorzaty Sobieszczańskiej

„Drugi koniec świata” - nowa powieść Małgorzaty Sobieszczańskiej

Kolejna powieść pisarki i scenarzystki Małgorzaty Sobieszczańskiej udowadnia niezbicie, że ma ona wielki dar soczystego opowiadania o ludzkich losach i namiętnościach.

Drugi koniec świata” to wielowątkowa saga rodzinna, którą spinają losy dwóch sióstr: Olgi, która chce tylko przyzwoicie przeżyć swoje życie, oraz Joanki, marzącej o tym, by zostać aktorką. Ich świat nieoczekiwanie kończy się we wrześniu 1939 roku, gdy do Nowogródka wkraczają Rosjanie.  Akcja przenosi się potem kilkadziesiąt lat później, gdy wnuczka Joanki - Joanna kończy wydział aktorski i walczy o angaż w filmie, teatrze, bodaj w epizodzie serialu... Nie zawsze ma za co żyć, ale zawsze wie, po co żyje i walczy o przetrwanie w ukochanym i niewdzięcznym zawodzie. Wreszcie dostaje wymarzony epizod i to w filmie fabularnym. Niestety nic nie układa się tak, jak to sobie wymarzyła i wyobrażała.

Pisarka z równą swadą opisuje losy Nowogródka pod koniec lat 30. i współczesnej Warszawy. Gdzieś w tyle głowy czytelnika kołacze cały czas wiele pytań: czy warto znać losy swojej rodziny by lepiej zrozumieć swoje życiowe wybory lub ich brak? Po co wspominać trudne chwile i zawody miłosne? Czy nie lepiej żyć „tu i teraz”? Czy można pokonać wszystkie życiowe trudności, gdy mocno wierzy się w to, że człowiek jest  silny i może przetrwać wszystko?

Bardzo dużo uwagi i pracy Sobieszczańska poświęciła także opisowi wielu kultur, egzystujących wspólnie pod Nowogródkiem: Polaków, Białorusinów, Tatarów i Żydzi. Jest wśród nich ikonopis, żydowski skryba i tajemnicza szeptucha. Dzięki niej poznajemy szczegóły ich zachowań, tradycji, codziennych problemów, dowiadujemy się, jak wyglądali, jak mówili, co czuli. Autorka  przemyca również trochę informacji z historii teatru - przywołuje  postać słynnego aktora Juliusza Osterwy i losy jego teatralnej trupy.

Talent pisarki sprawia, że z trudem z jej świata wraca się do rzeczywistego. Tworzenie scenariuszy nauczyło ją wrażliwości miejsca, wygląd, zapach, oryginalny charakter. Jej bohaterowie mówią w sposób naturalny, tak jakby siedzieli z nami przy jednym stole i zwierzali się ze swoich trosk, snuli marzenia i plany. To zasługa wrażliwości i kultury języka. Mało jest tak dobrej prozy, więc tym bardziej trzeba tę powieść przeczytać!

„Drugi koniec świata”, Małgorzata Sobieszczańska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Klasyka literatury na wakacje. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Klasykę literatury na wakacje poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”. (okładki: materiały prasowe)
Klasykę literatury na wakacje poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”. (okładki: materiały prasowe)
Książki na wakacje? Rynek zalany jest nowościami, listy polecanych tytułów zmieniają się jak w kalejdoskopie. A może by tak uwolnić się od tego, co koniecznie, właśnie teraz, jak najszybciej trzeba przeczytać, może by tak nie oglądać się na trendy i chwilowe mody i wrócić do klasyki literatury? Do książek, które chce się na pewnym etapie życia odkryć dla siebie na nowo albo po które miało się sięgnąć już lata temu, ale tak się jakoś złożyło, że nie było na to czasu. Takich, które warto przeczytać niezależnie od wieku.

Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"

Najchętniej czytane arcydzieło współczesnej literatury. Gdyby tylko sam Bułhakow mógł to widzieć! Głównie dzięki niezłomności jego żony Jeleny Siergiejewny powieść, jeszcze w ocenzurowanej wersji, została wydana ponad ćwierć wieku po śmierci autora. Tej wielowątkowej i wielopoziomowej historii – która swój początek ma na moskiewskich Patriarszych Prudach, gdzie na ławeczce przysiada para literatów, a zaraz potem przysiada się do nich tajemniczy cudzoziemiec, co ma zresztą krwawe skutki – chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Dziś cała zgraja powieściowych bohaterów, jak kot Behemot, piekielny Woland, Piłat czy Mistrz i Małgorzata właśnie, to postacie kultowe. Szczególnie polecam czytać Bułhakowa w najbardziej aktualnym tłumaczeniu. Rzadko nowy przekład książki wywołuje takie zainteresowanie, ale przekład rodziny Przebindów to faktycznie perełka. Jest tu i potoczysty język, i melodia zdań, która w rosyjskim oryginale decyduje o geniuszu autora. Wrażenie robią w nowym wydaniu przypisy: szczegóły, ciekawostki, dowcipne komentarze, ukryte sensy układają się w osobną opowieść, rozpisaną na poszczególne hasła (razem 120 stron dołączonych do i tak solidnego tomu). Udany jest także audiobook „Mistrza i Małgorzaty” w przekładzie Przebindów, z głosami m.in. Magdaleny Różdżki i Andrzeja Chyry.

Pauline Réage "Historia O"

Jest połowa lat 50. we Francji właśnie ukazała się powieść „Historia O”. Zakazana, wielokrotnie konfiskowana, sprzedawana pokątnie. Tylko kogo winić za ten skandal obyczajowy, skoro autor jest nieznany? Najpierw kupują tylko wtajemniczeni, spod lady. Prawdziwa bomba wybucha rok później, gdy „odważna powieść niejakiej pani Réage” zostaje wyróżniona jedną z najbardziej prestiżowych francuskich nagród literackich – Prix des Deux Magots. W ten sposób książka staje się bestsellerem. Natomiast jej zagadka jeszcze długo nie zostaje rozwiązana, ustalenie, kto kryje się za tym pseudonimem i tak wyzwoloną literaturą, zajmie aż cztery kolejne dekady. Dopiero w 1994 roku do trzymającej się na uboczu redaktorki Dominique Aury zgłosi się brytyjski dziennikarz i jako pierwszy zapyta ją wprost, czy to przypadkiem nie ona napisała tę powieść. „Był taki miły i błyskotliwy. Nie miałam serca mu skłamać” – wspominała później sama Aury. Po co dziś sięgać po jej „Historię O”? Na fali popularności książek inspirowanych „50 twarzami Greya”, doprawionych wątkami sado-maso, warto wrócić do źródeł, zwłaszcza że to literatura wysokich lotów. Gwarantuję, że mimo upływu czasu, historia tytułowej panny O także i dziś jest śmiała obyczajowo, może nawet śmielsza od Greya i jemu podobnych.

Mary Shelley "Frankenstein"

Niby wszyscy wiemy, o co chodzi, w końcu Frankenstein to jedna z ikon popkultury, ale kto z nas rzeczywiście czytał oryginalną książkę z 1816 roku autorstwa Mary Shelley? Ci którzy czytali, zorientowali się, że to, co dziś o tej historii wiemy, jest już tylko wariacją na temat oryginału. I nie chodzi tylko o to, że kultura masowa mocno spłyciła bardzo ambitną powieść grozy. Weźmy choćby samego Frankensteina. W książce nazywa się tak wcale nie stworzone przez szalonego naukowca monstrum, bo ono nie ma imienia, tylko właśnie naukowiec z kompleksem boga. Tak czy inaczej dzieło Shelley nie dało o sobie zapomnieć. A autorka? Za pisanie powieści zabrała się w wieku zaledwie 18 lat. Właśnie uciekła z domu z ukochanym. Młoda, zakochana, jeszcze przed największymi życiowymi rozczarowaniami. Założyła się z przyjaciółmi (m.in. z lordem Byronem), że napisze coś mrożącego krew w żyłach i stworzyła epokową prozę. Do „Frankensteina” warto więc sobie skompletować wciągającą biografię „Buntowniczki” Charlotte Gordon. Nie tylko o Shelley (to portret podwójny), ale także jej matce – Mary Wollstonecraft, słynnej pionierce, feministce, pisarce, myślicielce, która miała na córkę ogromny wpływ. Mimo, że zmarła dziesięć dni po jej narodzinach. Był w nich obu ten sam niespokojny duch, iskra, przenikliwość i odwaga w zadawaniu ważnych pytań, jaką odnajdziecie we „Frankensteinie”.

Joan Lindsay "Piknik pod Wiszącą Skałą"

Kolejny smakowity kąsek z klasyki literatury. Oniryczna, nieśpieszna, z opisami sielskiej przyrody, z mistrzowsko budowanym napięciem – to pierwsze skojarzenia, które przychodzą do głowy, kiedy wspomina się tę jedną z najbardziej znanych australijskich książek. Podobnie jak nakręcony na jej podstawie kultowy film (1975) w reżyserii Petera Weira był pierwszą kinową produkcją z Australii, o której zrobiło się głośno na całym świecie. Pisarka Joan Lindsay tworząc „Piknik pod Wiszącą Skałą” zainspirowała się prawdziwym zdarzeniem, zniknięciem pensjonarek na stokach Hanging Rock, świętej góry Aborygenów. Dodając do niego odpowiednią dawkę mroku i tajemniczości. Mamy zatem rok 1900, uczennice pensji dla dziewcząt biorą udział w pikniku, który zakończy się tragicznie. Trzy z nich i nauczycielka znikną bez śladu. Co się stało? Zamiast odpowiedzi pojawia się coraz więcej pytań. Ciekawe, bo sama Lindsay napisała rozdział, w którym wyjaśnia zagadkę zniknięcia i dopiero za radą wydawcy z niego zrezygnowała. Na fali sukcesu wydała ów usunięty fragment osobno, ze specjalnym komentarzem. To już opcja dla wtajemniczonych, ale tak naprawdę to właśnie wszystkie te niedopowiedzenia, zostawiając odbiorcom pole do wyobraźni, sprawiają, że „Piknik…” jest tak atrakcyjny i wciągający.

Louisa May Alcott "Małe kobietki"

Co takiego jest w tej napisanej ponad 150 lat temu powieści, co sprawia, że do dziś nie spada z list bestsellerów? Dzieła Louisy May Alcott, która napisała je w czasach wiktoriańskich, zgodnie z potrzebami ówczesnego rynku i obyczajowości. Alcott świetnie oddaje temperamenty, pasje i marzenia czterech dorastających sióstr March. Snuje opartą o przygody własne i jej sióstr opowieść o trudach dojrzewania, ale przede wszystkim o siostrzeństwie, więziach, o tym, na ile możesz być i jesteś sobą, a na ile kimś, kogo ukształtował dom rodzinny. To dzięki tym celnym spostrzeżeniom i talentowi Alcott z jakim opisuje barwne charaktery do tej powieści nadal tak chętnie się wraca. Nawet jeśli powieściowe siostry March z biegiem czasu i wraz z rozwojem akcji są coraz bardziej niegdysiejsze, zbliżając się do wiktoriańskiego modelu kobiety idealnej: uległej, rezygnującej z siebie „strażniczki domowego ogniska”. „Małe kobietki” są jedną z najchętniej ekranizowanych książek w historii, a nowe wydanie książki, wzbogacone fotosami, nawiązuje do najświeższej bardzo udanej filmowej adaptacji (w reżyserii Grety Gerwig m.in. z Florence Plugh i Emmą Watson w rolach głównych). Którą polecam – jako błyskotliwy komentarz a propos autorki i czasów, kiedy jej książka powstała – nie przed, a po lekturze.

  1. Kultura

Dziennikarz Michał Nogaś o tym, co czyta i co poleca czytać w kryzysie

Michał Nogaś (fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Michał Nogaś (fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Jedni sięgają po nie dla przyjemności, inni dla wiedzy o świecie. Jeszcze inni – by uciec od zbyt przytłaczającej realności. Książki to nasi przyjaciele, nauczyciele, ale i lekarze. Zapytaliśmy dziennikarza Michała Nogasia, znanego jako „pana od książek”, o to, co w ostatnich tygodniach przeczytał tylko dla siebie, ale też jakie lektury mogą nam teraz przynieść ukojenie.

Czy człowiek, którego praca polega na czytaniu książek, ma czas na lekturę tylko dla przyjemności?
Czytam w zasadzie głównie dla przyjemności. I gdy jakiś temat naprawdę mnie wciągnie, staram się zainteresować nim czytelników oraz słuchaczy. Ostatnio było tak na przykład z książką Antonia Scuratiego „M. Syn stulecia”, wielką powieścią dokumentalną o Benicie Mussolinim. Wielką także objętościowo, w polskim wydaniu liczy 720 stron. Zdobyła najważniejszą włoską nagrodę Premio Strega, czytałem w zagranicznej prasie, że jest tytułem wartym uwagi, postanowiłem więc przeczytać i spróbować umówić się z autorem na wywiad. Opowieść Scuratiego, pełna detali, faktów mało znanych nawet wielu Włochom, robi wrażenie. Jest nie tylko niebywale ciekawym zapisem drogi Mussoliniego po władzę, ale także przestrogą przed powtarzaniem w Europie pewnych nad wyraz groźnych mechanizmów. Miałem już bilet do Mediolanu, ale plany zepsuła pandemia, której Lombardia – ze stolicą w Mediolanie – przez pewien czas była epicentrum. Ostatecznie udało nam się porozmawiać wirtualnie i wnioski, które można wyciągnąć z wypowiedzi Scuratiego, są więcej niż pesymistyczne – uruchomiliśmy procesy, które tragicznej historii sprzed wieku mogą pozwolić się powtórzyć. Wracając do pytania, pandemia, izolacja i nagła zmiana trybu życia sprawiły, że znalazłem nieco więcej czasu na czytanie córce przed snem, gdy sięgamy po kolejne bajki albo leksykony z pytaniami „dlaczego?”, „jak to się dzieje, że?” – oraz dla siebie.

Co to znaczy czytać dla siebie?
To, że musieliśmy zostać w domach, sprawiło, że mam odrobinę więcej wolnego czasu – choć liczba zajęć i obowiązków nie spadła. Biorę książkę, siadam i czytam bez pośpiechu. Bez pośpiechu, bo przecież zdarza się lektura w napięciu, niemal do ostatniego momentu przed wywiadem z autorem. Dzięki odrobinie luzu przeczytałem ostatnio książkę Piotra Bratkowskiego „Mieszkam w domu, w którym wszyscy umarli”, bardzo szczerą opowieść o polsko-żydowskich korzeniach autora, o jego rodzicach i ich życiu w PRL-u, o niełatwym rozliczeniu z przeszłością. Ale też o nim samym, o chorobach, uzależnieniach, wychowywaniu dzieci i trzech żonach. Lubię książki, które poszerzają mój punkt widzenia i wiedzę na jakiś temat. Czytam właśnie powieść Rebekki Makkai „Wierzyliśmy jak nikt”. To epicka opowieść – ma 620 stron – o epidemii HIV i AIDS w Stanach Zjednoczonych w połowie lat 80., o środowisku chicagowskich gejów. Bardzo dobrze napisana. Za mną też nieśpieszna lektura „Nocnego promu do Tangeru” Kevina Barry’ego – dobra, mroczna, współczesna proza.

Jest klimat na czytanie?
Jest, i to bez krążącej w głowie myśli, co z tą książką powinienem zrobić. Mógłbym naturalnie nadrobić wszystkie zaległości filmowe, bo w ciągu roku – poza festiwalem Nowe Horyzonty – rzadko mam czas na kino; mógłbym obejrzeć wreszcie wszystkie polecane seriale, ale nie. Siadam w fotelu i czytam. Choć gdybym miał być całkowicie szczery, to czasem jednak porzucam książkę na rzecz innej miłości... Uwielbiam oglądać na YouTubie archiwalne filmy z zasobów stacji British Pathé. Mają tam przepastne zbiory – od lat 20. do końca XX wieku. Potrafię zniknąć w tym świecie na długie godziny. Ostatnio obejrzałem cały długi serial o dekolonizacji Afryki. Od zawsze mnie to fascynowało. W moim domu rodzinnym czytało się literaturę faktu, przede wszystkim Kapuścińskiego. Pamiętam historie przywożone przez niego w latach 60. I później, aż do czasu „Hebanu”, ale zobaczenie jego bohaterów na archiwalnych filmach jest dla mnie jednak czymś hipnotyzującym. Nagle widzę mieszkańców Ghany czy Kenii, którzy świętują pierwszy dzień niepodległości. Widzę tych polityków, z którymi Kapuściński rozmawiał, a którzy sięgnęli po władzę i często niedługo później padli ofiarą zamachu stanu. Wciąż robi to na mnie kolosalne wrażenie.

Mówisz, że miłość do non fiction wyniosłeś z domu. Kim są twoi rodzice?
Mama jest emerytowaną już w tej chwili bibliotekarką, a tata – inżynierem dróg i mostów z dziennikarską przeszłością, w dodatku uzależnionym od map. Odkąd pamiętam, najlepszym urodzinowym prezentem dla niego był właśnie zakup jakiejś mapy, dowolnej. Uwielbia się im przyglądać i z nimi podróżować. Przeszedł wszystkie pasma polskich gór, zdobył najwyższe szczyty. To on zaraził mnie ciekawością świata. W domu na półkach stały książki Ryszarda Kapuścińskiego i Melchiora Wańkowicza, którego uwielbiał. W sposób naturalny więc, przez osmozę, nasiąkałem literaturą faktu. Największe wrażenie zrobiła na mnie chyba pierwsza lektura „Wojny futbolowej”. Niczego w zasadzie nie wiedziałem wtedy jeszcze o Ameryce Łacińskiej, poza tym, że istnieje, występuje w atlasach i na globusie, a tu Kapuściński pisze o konflikcie zbrojnym wywołanym przez mecz piłki nożnej! Dziś wiemy wszyscy, że w rzeczywistości wyglądało to nieco inaczej, ale sam pomysł i sposób opisania tej historii mnie oszołomił! To właśnie wtedy dowiedziałem się, że chcę czytać takie teksty, że dzięki reporterom dowiem się o świecie więcej niż z podręczników do historii i geografii.

Czy masz książki do których wracasz?
Rzadko wracam do dawnych lektur. Zajmuję się głównie czytaniem nowych tytułów i robieniem wywiadów z ich autorami, co jest czasochłonne i zmusza – w sposób przyjemny – do śledzenia rynku nowości. Teraz okruchy dodatkowego czasu przeznaczam na czytanie z córką lektur odpowiednich dla pięciolatki. Sięgam też po książki z – jak to mawia jeden z moich przyjaciół – „kupki wstydu”. Zastanawiam się, co się wydarzy, gdy nagle gwałtownie zmniejszy się liczba nowości książkowych. Bo przecież większość premier przeniesiono już na jesień... Jeśli wracam, to do tego, co wciąż, mimo upływu lat, mnie porusza. Myślę, że chciałbym wrócić do książek Julia Cortázara, Maria Vargasa Llosy i Gabriela Garcíi Márqueza. Nie zapomniałem, jak ogromne wrażenie wywarły na mnie ponad 20 lat temu. Sięgałem w bibliotece po kolejne tomy literatury iberoamerykańskiej wydane przez Muzę, myślę zresztą, że w dużej mierze było to doświadczenie pokoleniowe. Chętnie bym też sprawdził, jak po dwudziestu latach oddziałuje na mnie „Biały kruk” Andrzeja Stasiuka. Wtedy, zaraz po premierze, ta książka była dla mnie niezwykle silnym przeżyciem, piękną i ważną opowieścią o przyjaźni, poświęceniu, odrębności i osobności każdego człowieka.

Wzrasta sprzedaż klasyki odnoszącej się do niepokojów, jakie dziś czujemy. Sięgamy po "Dżumę" czy "Miłość w czasie zarazy" - może nie zawsze adekwatnie do treści, ale na pewno kierując się tytułem. Czego oczekujemy od klasyki? Oparcia? Czy chcemy zrozumieć to, co się dzieje? 
Mnie akurat cieszy to, że ktoś wróci do książek Alberta Camusa, egzystencjalizmu nigdy za wiele. Myślę, że znaleźliśmy się nagle w momencie, w którym wielu z nas potrzebuje punktu zaczepienia, łatwych wizualnie znaków. Pewnie gdyby istniała książka pod tytułem „Cholera”, dziś także byłaby bestsellerem i chętnie by po nią sięgano. Gdy zaczęła się pandemia, wiele osób przypomniało sobie przecież o świetnej książce Jerzego Ambroziewicza „Zaraza” o epidemii czarnej ospy we Wrocławiu w 1963 roku. Zamknięte miasto, niepewność, lęk, ofiary. Dla niektórych pewnie pociągające także dziś, choć nie wiem, czy aby na pewno kojące nerwy. A może chodzi o to, by przekonać się, dowiedzieć, jak ludzie kiedyś zachowywali się w sytuacji podobnej do ataku COVID-19?

Czasy inne, ale mechanizmy zachowań takie same. 
Niezależnie od tego, jak daleko zaszliśmy, gdy chodzi o technologię, czujemy strach, lęk, potrzebę oswojenia śmierci. Wciąż nie zdajemy sobie sprawy, że mamy do czynienia z realnym zagrożeniem, że wirus kogoś zaatakuje, a kogoś innego ominie. A jednak nasza wiara w nieśmiertelność została – i to w dość banalny sposób – naruszona. Wiele osób chciałoby uspokoić samych siebie, że to w sumie nic nowego, że takie sytuacje już się zdarzały. Ale to nie takie proste. Niedawno „Wyborcza” opublikowała króciutkie opowiadanie Edgara Kereta o człowieku, który poszedł do sklepu kupić oliwki. Gdy chciał za nie zapłacić, sprzedawczyni powiedziała mu, że trwa koniec świata i lepiej się przytulać niż płacić pieniędzmi. Wielu czytelników zareagowało na ten tekst bardzo emocjonalnie. Ktoś w komentarzu napisał, że jaki to niby koniec świata, skoro jesteśmy zaopiekowani? Że koniec świata przeżywali nasi dziadkowie gazowani w okopach I wojny światowej czy prześladowani podczas II wojny. Był Czarnobyl, zimna wojna, a dziś? Czy na pewno doświadczamy jakiegoś końca świata?

No tak, ale czy to znaczy, że nie mamy prawa się niepokoić i szukać ukojenia? 
Nikt nie wie, jak długo to potrwa, i dla wielu osób to, co się wydarza, może być końcem świata w małej, osobistej skali. Nie zdajemy sobie sprawy, jakiego rodzaju rysy w nas to wszystko zostawi. Co zrobi z małymi dziećmi, które nagle zostały odcięte od swoich kolegów z przedszkoli? Dla mojej córki koronawirus stał się niechcianym przyjacielem, codziennie musi się z nim „układać”. Gdy proponuję jej spacer, stanowczo odmawia. Nie chce iść, bo nie chce się nudzić, jest wirus i nie można niczego dotykać. Pewnie, że nie myśli w tym momencie o końcu świata, ale zauważa, że w jej życiu zaszła nagle dość znacząca zmiana. Ja zaś bardzo cierpię z powodu braku spotkań z ludźmi, tęsknię za realnym kontaktem z przyjaciółmi. A przecież są ludzie, którzy tracą pracę albo chorują na inne, poważniejsze choroby niż ta spowodowana wirusem. Nie można odbierać im prawa do odczuwania tego, że przeżywają własny koniec świata. To byłoby egoistyczne, naprawdę nieuprawnione.

Kiedy Wielka Brytania żyła Brexitem, wydawcy odnotowywali wzrost zainteresowania tzw. literaturą lżejszą, jak powieści o miłości. Ludzie chcą uciec od ponurej rzeczywistości, szukają oddechu?
Rozumiem potrzebę odprężenia czy wejścia w historie lekko napisane, bo to wielu zapewne daje potrzebny oddech od codzienności. Nie jestem osobą, która szuka w literaturze lekkości, choć rozumiem jej rozrywkową funkcję. Wystarczy spojrzeć na listę bestsellerów, by zrozumieć, po co naprawdę lubią sięgać Polacy. Czy należy mieć do nich o to pretensje? W żadnej mierze. Od zawsze patrzę na pisarzy – tych z najwyższej półki – jak na ludzi, którzy widzą, czują i wiedzą więcej. Jak gdyby byli kimś na kształt proroków. Potrafią wyjaśniać skomplikowane mechanizmy: ludzkiego zachowania, procesów historycznych. Przeprowadziłem w ciągu ostatnich kilkunastu lat naprawdę dziesiątki wywiadów z autorami z całego świata i po każdym z takich spotkań miałem wrażenie, że pisarze, dzięki swojej ogromnej wrażliwości, wiedzy i erudycji, potrafią przewidzieć to, co może się wydarzyć. Interesują się przyczynami ludzkich zachowań, próbują je zrozumieć, sięgają po źródła historyczne. A następnie wykorzystują to wszystko we własnych opowieściach, czyniąc je wiarygodnymi.

Czyli sięgamy po literaturę, by zmierzyć się z naszymi niepokojami, ale też lepiej siebie zrozumieć?
Mogę tu odpowiedzieć jedynie za siebie. Szukam w literaturze – poza zaskoczeniem, gdy książka zachwyci mnie stylem, opowieścią czy formą – potwierdzenia własnego spojrzenia na świat. W zasadzie znacznie częściej niż zaskoczenia. Bardzo mnie cieszy sytuacja, gdy czytając książkę pisarza, którego szanuję, orientuję się, że jego i moje myśli biegną tym samym lub zbliżonym torem. I to wcale nie muszą być wnioski kojące, przeciwnie – czasem budzą przerażenie. Ale fakt, że ktoś, kogo uważam za osobę mądrą i przenikliwą, podobnie widzi świat czy kierunek, w którym on zmierza, daje mi siłę. Nawet jeśli to bardzo pesymistyczna wizja.

Isabel Allende powiedziała mi w rozmowie, że ludzie lubią uciekać w kojące historie, boją się spojrzeć trzeźwo i zauważyć, że pewne rzeczy się wydarzają, bo np. historia się powtarza. 
Zgadzam się z tym. Gdy przyjrzę się na chwilę losom świata, powraca do mnie to, o czym mówili mi Olga Tokarczuk, Zadie Smith czy Jo Nesbø, który przepisywał Szekspira na swoją modłę: całą historię ludzkich zachowań mamy już dawno opisaną – w mitologii. Wystarczy tylko dokładnie przeczytać te opowieści, by zorientować się, że wszystkie wybitne powieści są przepisywaniem mitów i umieszczaniem ich w różnych historycznych realiach. To samo dotyczy naszych zachowań. Jesteśmy dwa, trzy tysiące lat dalej w historii rozwoju cywilizacji, ale nasze atawistyczne odruchy są dokładnie takie same. Dlatego nie można oczekiwać, że skoro idziemy tą samą ścieżką, finał uruchamianych na nowo procesów będzie inny. Jeśli wspomniany na początku naszej rozmowy Antonio Scurati mówi mi, że dostrzega już w Europie procesy łudząco podobne do tych, które wyniosły Mussoliniego do władzy, nie mam prawa nie wierzyć mu, że czekają nas trudne lata. I to wcale nie z powodu pandemii koronawirusa.

Pojęcie biblioterapii czy też książkoterapii wymyślono już stuelcie temu. Uważasz, że książki mają nie tylko kojącą, ale i leczniczą moc? Może książka w prezencie to najlepsze lekarstwo na obecną rzeczywistość? 
Nie ma lepszego lekarstwa na szaleństwo współczesnego świata od mądrego słowa. Najwyższy czas to sobie uświadomić.

Michał Nogaś, dziennikarz radiowy i prasowy, przez 16 lat związany z III Programem Polskiego Radia. Współtwórca Radiowego Domu Kultury. W „Gazecie Wyborczej" i „Magazynie Książki" publikuje wywiady z pisarzami, jest też gospodarzem Radia Książki. 

  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.