1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Manuela Gretkowska: Myśl!

Manuela Gretkowska: Myśl!

"Nie wyobrażam sobie umrzeć w kraju, w którym nie mam prawdziwej wolności", Manuela Gretkowska (Fot. Rafał Masłow)
Mówi, że nigdy nie czuła się w Polsce wygodnie. Od lat diagnozuje nasze „frustry” i ambicje. Jakiś czas temu napisała powieść o miłości niemożliwej – Agnieszki Osieckiej i Jerzego Giedroycia. I uważa, że czas wrócić do dorobku paryskiej „Kultury”

Pisząc „Poetkę i księcia”, mogłaś się przejrzeć w Osieckiej?
Jest mi bliska raczej przez moją powieść „Trans” o dziewczynie, która spotyka w Paryżu autorytet, wielkiego artystę, 30 lat starszego. Nie dostrzega, że jest mizoginem, potworem. Tyle że „Trans” to raczej „Tango w Paryżu”, podczas gdy historia Osieckiej i Giedroycia to przedwojenny walc. Czy mogę się w Osieckiej przejrzeć? Byłam emigrantką. Ona nie. Nie była pieskiem łaszącym się o to, kto ją przygarnie. Przyjechała opromieniona sławą. Gdyby chciała, mogłaby w „Kulturze” zostać. Więc to nie jest mój przypadek. Nie będę robiła z siebie cierpiętnicy, ale azyl polityczny nie jest niczym przyjemnym, nawet w Paryżu. To trudny start. Kleiłam buty, pilnowałam starców i dzieci. I dopiero we Francji napisałam książkę. Kiedy przychodziłam do „Kultury”, Giedroyc nawet o tej książce nie wiedział.

W Polsce o twojej powieści „My zdies’ emigranty” było głośno.
Bardzo się cieszyłam, że ją wydałam, ale nie była przepustką do sławy. Nie wiedziałam, że w Polsce odniosła sukces, i nic na niej nie zarobiłam.

Jak znalazłaś się w „Kulturze”?
Dzięki związkom ze środowiskiem „bruLionu”, które nawiązało kontakt z Giedroyciem. Byłam jedną z wielu osób, które przewinęły się przez ten dom w Maisons-Laffitte pod Paryżem, zarazem redakcję „Kultury”. Poza Giedroyciem mieszkali tam Zofia i Zygmunt Hertzowie czy choćby Józef Czapski, którego lektorką później zostałam. Wtedy już nie widział. Przychodziłam i czytałam mu jego własne książki. Nie pamiętał ich, momentami nie pamiętał nawet, że je napisał. Czasami zachwycał się stylem i gratulował autorowi. Tracił pamięć, ale wciąż miał to samo wyczucie smaku. Chciałabym na starość zachwycać się swoimi książkami. Kiedy pamięć wracała, komentował, dopowiadał coś, czego nie mógł napisać, np. z powodów obyczajowych.

Główną postacią „Kultury” był Giedroyc, kostyczny, zamknięty w sobie. Ty pokazujesz, jak tracił głowę dla młodej poetki.
Kiedy bywałam w „Kulturze” i pytałam o Giedroycia, słyszałam, że ma żonę w Londynie, co uważałam za bzdurę, bo nigdy nigdzie się nie ruszał. Poślubił Tatianę jeszcze w przedwojennej Polsce, będąc urzędnikiem. Rozstali się bez większych emocji. Miał temperament zakonny i stał się tytanem pracy. Wszystko poświęcił Polsce, więcej, niż musiał. Jego świat nagle wywróciła do góry nogami dziewczyna z Polski, stając na progu jego domu. Trzęsienie ziemi. Agnieszka Osiecka. To wydaje się niemożliwe, ale pasowali do siebie jak puzzle. Psychologowie powiedzieliby, że łączyła ich koluzja, czyli współuzależnienie.

Więcej ich dzieliło?
Osiecka była od Giedroycia młodsza o 30 lat. On doskonale wiedział, czego chce w życiu. Ona kompletnie nie wiedziała. Nie miała kontroli nad swoim życiem. Był Andrzej Jarecki, który nie chciał zostawić żony. Był Marek Hłasko, z którym się zaręczyła, ale wolał być z aktorką Sonją Ziemann, w dodatku był biseksem. Był stalinista uważający związek za imperialistyczny przeżytek. Mówiła, że zadaje się z takimi wysportowanymi übermenschami, bo tacy podobali się jej ojcu, który wychował ją na übermenkę: „Albo lejesz w mordę, albo jesteś lana”. A miała serce zalęknionej dziewczynki spragnionej miłości. To pęknięcie zalewała alkoholem. Kiedy w Paryżu Giedroyc zobaczył ją wśród ludzi STS-u, nie była tą Agnieszką, którą znał. Zobaczył kikimorę, bo dawała ułudę uczucia, a mogła wciągnąć w bagno.

Rozumiesz ją?
Staram się zrozumieć. Dlaczego jest z kilkoma facetami naraz? Dlaczego z takimi? Otarła się, nie bez powodu, o Arthura Koestlera, słynnego pisarza, który okazał się gwałcicielem studentek. Przypadek sprawił, że nie przyjechał do Paryża, choć byli umówieni. Była nim zauroczona jak ofiara swoim katem. Myślę, że na początku życia erotycznego miała nieciekawe doświadczenia. Mogła stać się oziębła. Jej „poligamia” nie brała się z erotyzmu, tylko z lęku, z domu, z którego wyszła. Rodzice nie okazywali sobie czułości. Ojciec żył na dwa domy, póki Agusia zrobi maturę. Pchał ją w edukację, żeby jak najszybciej wyprowadzić się do kochanki. Toksyczny był jej związek z matką, która nigdy jej nie przytuliła. Agnieszka się od niej nie odpępowiła do końca. Dorosła osoba odcina się od domu, ma własne życie.

Tobie było łatwo?      
Spieprzałam z domu, jak tylko pojawiła się możliwość, uciekałam, mając 16 lat, ale na serio wtedy, gdy wyjechałam na studia do Krakowa. Oczywiście, tęskniłam przez pierwsze pół roku, bo okazało się, że dom jest dla mnie ważny. Poza tym miałam nadmiar uczuć. Czułam się silna.

Co tak naprawdę łączyło Osiecką i Giedroycia?
Giedroyć, według mnie, miał niezdiagnozowaną depresję. Przed wojną chodził do psychoanalityka. Nie mógł spać. To brało się jeszcze z dzieciństwa. Rodzice wysłali go do szkoły w Moskwie, tam był świadkiem rewolucji lutowej 1917 roku. Miał 11 lat, kiedy samotnie przez kilka tygodni wracał do domu przez opętaną rewolucją Rosję. Dorosły by sobie w łeb strzelił po czymś takim. Agnieszka też miała depresję. On uciekał w pracoholizm, ona w alkoholizm. Głęboko siebie rozumieli. Była dla niego ratunkiem. Człowiekowi w ciężkiej depresji, który dostaje haj, „kawałek życia”, któremu rosną skrzydła.

I na tym haju pojechał do niej, do Londynu.
Poleciałby do niej na tych skrzydłach, nawet gdyby promu nie było. W „Kulturze” pracowano od rana do wieczora, siedem dni w tygodniu. Wszyscy znali się jak łyse konie. Nie można było nikogo oszukać w jakiejkolwiek sprawie. Hertzowie zaanektowali Agnieszkę jak córkę. Musiał zorganizować wyjazd, pojechać po kryjomu, nie wiedząc, co z tego wyniknie. Dyplomacja, jaką uprawiał w życiu publicznym, teraz mu się przydała. To jak komedia omyłek w wodewilu miłosnym.

W Londynie ktoś mu ukradł portfel. Dla ciebie to symboliczne?
To psychoanalityczne. Stracił poczucie mocy, za granicą, przy Agnieszce, dziewczynie, która sama mogłaby mu tę moc odebrać, bo to jej zostawił decyzję o wspólnym życiu. „Powiedz tylko słowo, a będzie wola twoja”… Gdyby powiedziała słowo… Planował ucieczkę z nią do Włoch. O nic nie prosił, nie narzucał. Nie stłamsił jej, był taktowny, dał przestrzeń. To gest naprawdę dojrzałej miłości. Dlatego przyjaźnili się do końca życia, co jest bardzo trudne w namiętnych relacjach.

Jakie było środowisko „Kultury”?
Należeli do kategorii ludzi, których zmiotła wojna. Mieli wiedzę, poczucie obowiązku, przyzwoitości. Dawali poczucie tradycji, ciągłości. Ta praca, ta idea były treścią ich życia. A bywało, że nie wiedzieli, czy przetrwają kolejne miesiące… Utrzymywali kulturę polską. Bez nich by nie przetrwała. Dzięki Giedroyciowi mogliśmy czytać Bobkowskiego, Hłaskę, Gombrowicza. Jak wyglądałaby polska inteligencja bez jego dzienników? Szybko zapomnieliśmy o tym dorobku intelektualnym. Dlatego jest tak bezwstydnie. Bez obciachu.

Osieckiej były bliskie ich idee?
Ojciec Agnieszki wyrósł w podobnej hierarchii. Dbał o jej wykształcenie, maniery. Mieszkała w komunizmie, a jakby wyrosła w Galicji. Była trochę przedwojenna. To pociągało Giedroycia, było mu bliskie. Poza tym ojciec ją zostawił, a Giedroyc, psychoanalitycznie „postać ojca”, się w niej zakochał. Widziała w nim klasę, intelektualną głębię. To, czego nie mogli dać jej młodzi chłopcy. On mógł widzieć w niej trochę córkę, a trochę uwodzicielską młodą kobietę ze swojej sfery intelektualnej. Był nią zafascynowany, jej talentem, urodą.

Co było w Osieckiej, że wszyscy się w niej zakochiwali?
Zdjęcia są martwe. Nie widać na nich jej inteligencji, wdzięku. Czar Agnieszki podbijał jej klasyczną urodę, a była dziewczyną piękną, choć pełną kompleksów. Koniec lat 50. To mężczyźni mieli talent. Tworzące kobiety nie były im równe. Znałam mężczyzn bywających w jej mieszkaniu na Saskiej Kępie. Na biurku, pod szklanym blatem, miała zdjęcia kochanków. Mówili o niej z pogardą – „ta puszczalska od pioseneczek” albo „puszczalski motylek”. Tak ją postrzegali. Nie umieli jej docenić. A czy dzisiaj znasz takie piosenki jak „Okularnicy” – prawdziwe, gorzkie, intelektualnie wyrafinowane, o naszej rzeczywistości? Giedroyc diagnozujący Polskę widział w niej intelektualną partnerkę, chociaż poetkę. Kobietę swojego życia.

Jednak kolejne pokolenia zakochują się w Osieckiej.
Jeżeli teraz kobiety robią z Osieckiej wzór, to czegoś nie rozumiemy. Nasza polska Frida Kahlo, do której modlą się meksykańskie wieśniaczki, bo cierpiała na miłość i była nieszczęśliwa jak Matka Boska. Osiecka swoje prywatne życie zmarnowała sama. Alkoholizm to choroba. Nie można być spełnionym ani szczęśliwym, będąc tak ciężko chorym, odciętym od emocji, uczuć, zamrażając je w stosunku do bliskich. Ona była ofiarą. Ofiarą była jej córka Agata. W biografii Osieckiej nie ma zwycięzców. W buddyzmie istnieje pojęcie „ciała bólu”. Dotyczy skupiania się na swoich dręczących przeżyciach, a nie na głębszej, metafizycznej sferze prowadzącej do wyzwolenia. Czytając czyjąś biografię, oglądając film, utożsamiamy się. Widząc większą niż nasza tragedię, odnajdujemy własne ciało bólu. Rozumiem to, bo kobiety w Polsce nie mają łatwo. Patrzę na zachowanie mężczyzn, na ich alkoholizm, i widzę, jak są współuzależnione. Dlatego w Polsce mamy demokrację „odręczną”. Jedna kobieta policzkuje drugą za to, że krzyczy: „konstytucja”. Ta, która policzkuje, zajmuje się wychowaniem obywatelskim. To świat Januszów i Grażyn, pisanych: Ja-nóż, Gra-zarzyna, bo zarzyna siebie. Żyjemy w niekonsekwentnym świecie podwójnej moralności. Giedroyc rozumiał, co będzie po komunizmie. Przewidział Polskę współczesną. Powiedział, że do Polski, nawet wolnej, nie wróci, bo jeśli będzie wolna, to będzie endecka. Uważał to obciążenie za nieuleczalne. Jesteśmy „wspaniałym” narodem od 300 lat, bo wtedy zatrzymał się w rozwoju intelektualnym, metafizycznym i moralnym.

Widzisz tak pesymistycznie?
Widzę historię realnie. Kiedy inne kraje się modernizowały, zamieniały w monarchie absolutystyczne oświecone, my wymyśliliśmy Konstytucję 3 maja. Nasz pomysł byłby dobry w Ameryce otoczonej oceanem, a nie między zbrojnymi mocarstwami. Ale to przecież nie nasza wina, że nas rozkradli, podzielili między siebie. Zawsze winni są „oni”. W końcu odzyskaliśmy wolny kraj. Ale Piłsudski wiedział lepiej, jak ma wyglądać demokracja. Potem wybuchła druga wojna i znowu staliśmy się ofiarami. A potem zapanował komunizm. Kiedy po komunizmie po raz pierwszy staliśmy się społeczeństwem, pojawił się facet z resentymentem i rozmontował mechanizmy demokratyczne. Tylko że „oni” to już „my”. Nagle pojawiły się dwa społeczeństwa? Nie. Już po zabójstwie Narutowicza pisała Maria Dąbrowska: „Nasz naród jest podwójny, choć mówi jednym językiem”. Mówimy: Europa nas nie rozumie. Nie rozumie, bo to, co wkurza Europę, to symbole faszystowskie. To my nie rozumiemy, że Europa budowała się na antyfaszyzmie. Chcemy być w Europie, a nie respektujemy jej instytucji ani idei. Panuje u nas nihilizm połączony z pustką społeczną. My, bo my.

Wróciłaś w połowie lat 90. Polska się zmieniała, społeczeństwo dostało skrzydeł…
Ale pamiętaj, że lata 90. to też kolorowa tandeta, bieda, bandytyzm, przekręty i disco polo. Inteligenckość nie jest u nas w cenie. Żuławski mi powiedział: „Zaje... cię, bo jesteś inteligencka”. To nie był czas dla Osieckiej. Nikt nawet nie chciał wydać jej wierszy pod koniec jej życia, skarżyła mi się na to.

Zgoda, ale pamiętam też z lat 90. Manuelę Gretkowską. Pojawiła się z impetem, głośno. Pamiętam scenę z telewizyjnego „Pegaza” – ty w stroju krakowianki, z wiankiem we włosach, wyjmujesz sztuczną szczękę…
I mówię, że rzygam Polską i wyjeżdżam. Te zęby nie były sztuczne, tylko po kimś, więc naprawdę miałam odruch wymiotny. Byłam w Polsce krótko, dwa, może trzy lata, i wyjechałam do Szwecji. Nigdy nie czułam się w Polsce wygodnie. Nie jest łatwo iść pod prąd. Zresztą ciągle mam wrażenie, że debiutuję. Że to, co mówię, traktuje się jak odkrycie, jątrzenie.

Że widzą w tobie skandalistkę?
A jak nazwać kogoś, kto mówi coś, czego nie rozumiesz? Jeśli nie umiesz tego nazwać? Jeśli na terapii nie nazwiesz problemu, nie możesz go wyleczyć. Bo jak? Poradami kosmetycznymi, z których wynika, że komórki macierzyste mogą zastąpić komórki macierzyńskie? Próbowałam ten świat zmienić. W 2006 roku założyłam Partię Kobiet. Uważałam, że Polska idzie w złym kierunku, a kobiety stanowią siłę, która może to zahamować. Poczucie mojej klęski jest tym większe, że nie spodziewałam się, jak źle będzie. W komunizmie pisałam: strzelaj albo emigruj. Teraz mogłabym napisać: myśl albo emigruj. Ale kto ma myśleć? Garstka inteligencji? Konserwatywna młodzież, bo tak ją wychowaliśmy? Nie zgadzam się na to, co dzieje się w Polsce. Ale jak długo mogę walić głową w mur, być dziwadłem? Nie wyobrażam sobie umrzeć w kraju, w którym nie mam prawdziwej wolności. Ale mam paszport. Jeszcze. Nie jestem urodzonym męczennikiem. Gdybym nie miała resztek nadziei, już bym wyjechała.

Czym było dla ciebie pisanie książki o Osieckiej, Giedroyciu, środowisku paryskiej „Kultury”?
Wypowiedzią o tym, jak ważne są ciągłość, konsekwencja i wolność. Podsumowaniem tego, czym jest miłość.

A czym jest?
Zdrowiem. Szczęśliwa miłość – ta bez strachu, kontroli, bez braku pewności siebie, realizowania swoich problemów, zakłamania – jest największym objawem zdrowia. Wtedy się serca otwierają. To nie slogan. To buddyzm.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Osiecka. Tego o mnie nie wiecie” - rozmowy o przyjaciółce poetce

(Fot.: Wlodzimierz Wasyluk/Gallo Images Poland)
(Fot.: Wlodzimierz Wasyluk/Gallo Images Poland)
- Agnieszka była bardzo, bardzo kobieca, delikatna, cicha. Myślę, że mężczyznom imponowała jej inteligencja… połączenie urody z inteligencją, wyobraźnią i piekielnym talentem - mówi Krystyna Janda. Publikujemy fragment książki Beaty Biały „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie”. 

Agnieszka była zjawiskowo piękną kobietą. Czy wie pani, że rola Agnieszki w Człowieku z marmuru była napisana dla niej? Jako młoda dziewczyna miała to grać. Wszyscy byli nią zafascynowani wtedy, w szkole filmowej, której była studentką w tamtych latach, również Andrzej Wajda. Jednak scenariusz przeleżał się, cenzura puściła go dopiero po siedemnastu latach, i na moje szczęście wtedy to ja dostałam tę rolę. Wajda uznał, że jestem do młodej Agnieszki trochę podobna, a zresztą szukał w tym momencie już trochę innej dziewczyny, bardziej „zadziornej”, bardziej chłopca niż kobiety. A Agnieszka była bardzo, bardzo kobieca, delikatna, cicha. Myślę, że mężczyznom imponowała jej inteligencja… połączenie urody z inteligencją, wyobraźnią i piekielnym talentem. Była też podobno „kochliwa”. Ktoś kiedyś powiedział złośliwie o Agnieszce, że sypiała z pierwszym rzędem historii. Kochali się w niej najwięksi tego kraju. Chociaż… „kochali” to może za dużo powiedziane – przeżywali z nią fascynujące epizody. To ona była wiecznie zakochana, zwykle nieszczęśliwie. Pamiętam, kiedy już grałam Białą bluzkę, Jacek Kuroń zadzwonił do mnie: „Mów wszystkim, że to o mnie” – poprosił. „A to jest o tobie?” – zapytałam. „Nie, chyba nie, ale tak bym chciał, żeby było o mnie” – odpowiedział. Wszyscy się w niej kochaliśmy.

Białą bluzkę napisała dla pani?
Nie. Tekst dostałam od niej pod koniec lat siedemdziesiątych. „Może cię to zainteresuje” – powiedziała i poszła. Znałyśmy się już. Wydaje mi się, że poznałyśmy się na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, ale dokładnie nie pamiętam. Białej bluzki Agnieszka nie napisała specjalnie dla mnie. Dała ten tekst kilku aktorkom – wiem doskonale, bo je znałam. Potem nie dopytywała się, czy chciałyby to zagrać. I tak kilka lat leżała u mnie ta Biała bluzka, na parapecie w sypialni, między innymi tekstami, a ja wciąż nie przeczytałam lub przeczytałam, ale uznałam, że to nie dla mnie. Zresztą wtedy, pod koniec lat siedemdziesiątych, byłam jedynie aktorką, a to przecież dyrektorzy teatrów i reżyserzy decydowali o repertuarze. Często w tamtych latach odkładałam jakiś tekst, mówiąc sobie: „Po co miałabym się do czegoś przywiązywać, skoro nie mam wpływu na to, czy powstanie z tego spektakl czy nie?”.

Ale w końcu zajrzała pani do tekstu?
Był stan wojenny. Któregoś ranka obudziłam się i nie miałam co robić, bo z powodu bojkotu telewizji wszystkie plany artystyczne zostały zawieszone. Leżałam w domu, pod kocem, i piłam herbatę. I wtedy zauważyłam tę Białą bluzkę na parapecie. Już po pierwszych stronach byłam pewna, że to jest idealny moment na wystawienie tej historii. Że rymuje się z czasem jak mało co. Zadzwoniłam do Magdy Umer – wiedziałam, że przyjaźni się z Agnieszką. Byłam przekonana, że Magda mogłaby nie tylko zaadaptować tekst na scenę i wzbogacić go, dokładając piosenki, ale też spektakl wyreżyserować. I tak to się wtedy zaczęło. Traf chciał, że pan Andrzej Kuryło, kierownik literacki Estrady Dolnośląskiej, zapytał mnie, czy nie chciałabym czegoś zaśpiewać na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu w marcu 1987 roku. Od razu powiedziałam mu o Białej bluzce i od słowa do słowa doszliśmy do tego, że Wrocław wyprodukuje spektakl. Magda wybrała piosenki, ale z niektórych ich fragmentów była niezadowolona, chciała, żeby Agnieszka je zmieniła. Pamiętam, że chodziło między innymi o zakończenie w piosence Widzisz mała. „Muszę pojechać do Agnieszki, żeby to zmieniła” – powiedziała. To mnie trochę dziwiło, żeby tak wielką autorkę prosić o zmiany. Gdy Agnieszka przyszła na próbę, bez słowa, na serwetce w bufecie teatralnym, od ręki, napisała zupełnie inną zwrotkę do tej piosenki. Prośba Magdy w ogóle nie stanowiła dla niej problemu. Wrocław wynajął salę Teatru Ateneum, którego byłam aktorką, na próby. Ale potem grać tego tam nam nie pozwolono. Przeniosłyśmy się ze spektaklem do Teatru Komedia, a potem na dłużej do Teatru Żydowskiego. To Wrocław cały czas wynajmował sale.

Agnieszka uczestniczyła w próbach?
Była na nich kilka razy. Zastanawiało mnie i bawiło to, że na próby Białej bluzki zawsze przychodziła w białej bluzce. Pamiętam, jak zobaczyłam ją na próbie… i pomyślałam, że jest w tym coś nadzwyczajnego, szacunek do swojego tekstu? do nas? do projektu? Ale do tego gumka w stokrotki we włosach – zgrzyt, to nie taka dziewczyna jest w tekście, pomyślałam także. Zresztą te gumki z różnymi kwiatami, różami, kokardkami dawała nam ciągle w prezencie. Zupełnie nie pamiętam samej premiery Białej bluzki w 1987 roku. Pamiętam tylko, że widzowie wchodzili po rynnach, żeby dostać się do Teatru Współczesnego we Wrocławiu. I jeszcze jedno – że potem z Agnieszką i Magdą tańczyłyśmy w nocy w jakimś klubie. Do rana. Był też chyba pan Zygmunt Konieczny. To była noc! Noc po sukcesie! Ale jeżeli chce pani wiedzieć, a raczej uprzedzając pytanie, nigdy nie widziałam Agnieszki pijanej. Nigdy w życiu. Zresztą Magda też nieczęsto ją w takim stanie widywała, a przecież bez przerwy się spotykały, razem chodziły na długie spacery. To, co później mówiło się o Agnieszce, było dla mnie wielką niespodzianką.

Znała pani kogoś zupełnie innego?
Kompletnie innego od postaci, która wyłaniała się z opisów po jej śmierci. Jeżeli to wszystko prawda, zastanawiam się, do jakiego stopnia ona była w stanie dzielić swoje życie na dwie tak krańcowo różne postaci.

Spotykałyście się na słynnych Lamentach – przecież to były spotkania przy winie!?
Ale… może kiedy Agnieszka czuła, że się upiła, to wychodziła? Myślę, że udało się jej pokazywać nam jedynie część siebie i swego życia. Kiedy była pijana, po prostu znikała.

Pani wie, dlaczego piła?
Podobno była chora przez ostatnie dziesięć lat życia, wiedziała, że umrze, wcześniej czy później; to był rak, ale udawała, że nic się nie dzieje. Nawet przed samą sobą. Wolała żyć niż chorować. O chorobie dowiedziałam się w dniu jej ostatnich urodzin. Zaprosiła nas do siebie. W łazience, na szczotce zobaczyłam cały kłąb jej włosów, to wyglądało tak, jakby wypadła jej połowa kosmyków. Kiedy zobaczyłam te włosy, nagle zrozumiałam, że bierze intensywnie chemię. Zrozumiałam, skąd ostatnio ten festiwal kapeluszy, których nie zdejmowała, żeby nikt nie zauważył, że zniknął jej słynny koński ogon. O tym, jak bardzo jest chora, dowiedziałam się jednak trochę później. Byłam zaprzyjaźniona ze szpitalem onkologicznym w Warszawie, Agnieszka tam się leczyła. Nawet nie pamiętam, kto mi to powiedział. Agnieszka miała tam stałe łóżko. Przychodziła, brała chemię, ubierała się, wychodziła, kiedy chciała. Żyła normalnie, bywała w kawiarniach, a nikt nie wiedział, że na noc wraca do szpitala albo że musi tam zostać na dłużej. Wielu pewnie myślało, że znowu „zniknęła”, pojechała na Mazury czy do Ameryki, a ona znikała… w szpitalu. Wtedy, na te słynne, ostatnie, jak się okazało, urodziny, kupiłam jej w prezencie kapelusz. Kolejny, nie wiedząc, dlaczego je nosi. Wręczyłam jej ten brązowy kapelusz, a ona spojrzała i zapytała: „O, a dlaczego nie czerwony?”. Czerwony byłby weselszy… Tak, to były ostatnie urodziny, oglądałyśmy zmontowany odcinek Rozmów o zmierzchu i świcie, jakie Magda Umer z nią zrobiła dla telewizji. Pamiętam, że mówiłam coś o montażu, mądrzyłam się i że ciągle dzwonił telefon z życzeniami. A to minister kultury i sztuki, a to ktoś inny ważny. „Mówcie, że mnie nie ma” – prosiła. Nie chciała rozmawiać. Więc kłamałam do słuchawki, że pani Osieckiej nie ma w domu. A tymczasem jacyś posłańcy przynosili kwiaty. Miała już wszystkiego dość. Czy wie pani, że ona po godzinie wyszła z tych urodzin? Powiedziała, że idzie po papierosy, i nie wróciła. Posiedziałyśmy jeszcze jakiś czas, ale w końcu Magda rzuciła: „Chodźmy, ona już nie wróci”. Pewnie poszła do jakiegoś baru na Saskiej Kępie.

Czy rozmawiałyście o jej chorobie?
Nigdy nie rozmawiałam z nią na tematy prywatne. Kiedyś przyjechała do mnie do Milanówka – byłam w zagrożonej ciąży i musiałam leżeć kilka miesięcy. Nie wolno mi było w ogóle wstawać, a w dodatku w domu trwał remont. Agnieszka zobaczyła taki zdemolowany wielki dom, mnie w tej ciąży, jedno małe dziecko, które już chodziło, moją mamę, gosposię, ogród i powiedziała: „Ty to sobie umiesz pożyć”. „Jak to ja umiem sobie pożyć? Leżę w zagrożonej ciąży, remont trwa w najlepsze, mamy robotników od rana, mąż pojechał zarabiać za granicę, jak to ja umiem sobie pożyć?” – wkurzyłam się. A ona: „Masz matkę przy sobie, masz ojca, masz gosposię – taka rodzina”. Przytulam się do tego domu. A lata śpiewam w jej piosence: „Ja w twoim chłodzie się wygrzewam”. Boże, jakie to pojemne zdanie. I ile takich napisała…

Agnieszce brakowało prawdziwej rodziny?
Pewnie nie. Miała rodzinę. Ale Agnieszka ciągle wychodziła, uciekała i żyła, jak chciała, ciekawa ludzi, ich historii, ich uczuć, opowieści, anegdot, płaczu, nieszczęść i szczęść. Obserwowała, żyła tym, a potem to rymowała w skrót, skojarzenia tak wielkie, jak życie. Przychodziła, wychodziła. Tak jak wychodziła ze swoich urodzin, tak wychodziła z ciepła, bo było za ciepłe, z małżeństwa, bo stabilizacja usypiała jej uczucia, z miłości, bo było zbyt słodko, z macierzyństwa, bo miała poczucie winy. Nie mogła wytrzymać i wychodziła. Miała, jak kot, swoje ścieżki i swoje kręgi ludzi. Wiele tych kręgów, niespotykających się. A wobec mnie żywiła wdzięczność, że grałam jej Białą bluzkę.

Śpiewa też pani Na zakręcie.
Na zakręcie zaśpiewałam właściwie w zastępstwie Ewy Błaszczyk. „Ewa się rozchorowała. Nagranie mamy pojutrze” – powiedział Przemek Gintrowski. Kiedy Agnieszka się o tym dowiedziała, powiedziała: „Wiesz, ta piosenka chyba nie dla ciebie, bo ty nigdy nie byłaś na zakręcie”.

A ona nieustannie?
„Dobrze się pan czuje? To świetnie, właśnie widzę – jasny wzrok, równy krok, jak w marszu. A ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Moje prawo to jest pańskie lewo. Pan widzi: krzesło, ławkę, stół, a ja – rozdarte drzewo”. Wspaniałe. Wszystko jasne, a tak mało słów.

Agnieszka umiała kochać?
Myślę, że bardzo, ale musiała chyba być nieszczęśliwa. To był jej stan. Ona lubiła kochać nieszczęśliwie. Tylko wtedy mogła pisać. Wydaje mi się zresztą, że wielu twórców pisze dlatego, że jest im źle. Jeżeli nie jest im źle, to szukają takich sytuacji. I Agnieszka, może podświadomie, szukała nieszczęścia, jakiejś inspirującej trudnej, wielkiej emocji. Wydaje mi się, że bardzo się ze sobą męczyła.

Na ile Agnieszka była poetką, a na ile kobietą?
Chyba przede wszystkim była artystką. Dopiero w drugiej kolejności realizowała się w codziennym życiu. Z różnym skutkiem, bo ono było dla niej za trudne. Pamiętam, jak kiedyś przyszła na Medeę z panem Michałem Kottem. „To było straszne” – powiedziała po spektaklu. Cóż, trochę zabolało, ale to było w jej stylu – prosto z mostu, bez ogródek. Wróciła wtedy z Ameryki i postanowiła mówić prawdę.

Wiele osób zazdrościło Agnieszce talentu, urody, sławy, powodzenia. Pani jej czegoś zazdrościła?
Nie, nigdy. Myślę, że nie chciałabym mieć takiego życia jak Agnieszka. Bałabym się go. Bo ja jestem konwencjonalna, a ona była niekonwencjonalna. Byłyśmy zupełnie inne. W życiu nie wyszłabym ze swoich urodzin. Tylko pogrzeb miała konwencjonalny, tradycyjny, piękny, śpiewany. Tłum ludzi, przyjaciół, chyba po raz pierwszy się wtedy wszyscy zobaczyliśmy. Po pogrzebie udałyśmy się – ja, Magda Umer, Zuzia Łapicka, Maryla Rodowicz – do pobliskiej restauracji i cały dzień, do późnego wieczora wspominałyśmy Agnieszkę. Poszłam po tej dziwnej długiej stypie na prywatną projekcję filmu, do pana Zanussiego. Pierwszy raz w życiu pojawiłam się publicznie kompletnie pijana. Film mnie tylko śmieszył, śmiałam się sama, nie à propos, wszyscy byli zgorszeni, ale byłam wtedy chyba najbliżej Agnieszki.

 

„Osiecka. Tego o mnie nie wiecie”, Beata Biały, Wydawnictwo W.A.B. „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie”, Beata Biały, Wydawnictwo W.A.B.

"Osiecka. Tego o mnie nie wiecie" to zbiór niepublikowanych dotąd rozmów z bliskimi i przyjaciółmi Agnieszki Osieckiej. Olga Lipińska, Hanna Bakuła, Krystyna Janda, Maryla Rodowicz, Stan Borys, Daniel Olbrychski, Urszula Dudziak, Manuela Gretkowska, Jerzy Satanowski – w szczerych rozmowach z Beatą Biały o jednej z najwybitniejszych i najbardziej fascynujących polskich artystek. Książka „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie” jest dostępna w księgarniach od 25 marca.

Mówiła o sobie żartobliwie, że jest kundlem. Niejednoznaczna, tajemnicza, błyskotliwa, pełna twórczej pasji – i zawsze niezależna. Zamierzała zostać biologiem, ale zaczęła pisać wiersze. Choć na pozór niczego jej nie brakowało, w jednej z gazetowych ankiet na pytanie: „Czy uważa pani, że dobrze się w życiu ustawiła?”, odpowiedziała: „W życiu nie. W pracy – tak”. Niepasująca do obowiązującego modelu kobiety – córki, żony i matki, wyprzedziła swój czas o pokolenie, a za swoją miłość do wolności zapłaciła wysoką cenę.

Pomimo że wątki autobiograficznie obficie pojawiają się w jej twórczości, nie była skłonna do zwierzeń, pozostając do dziś postacią pełną tajemnic. Po latach znajomi i bliscy przyjaciele Osieckiej, w rozmowach o genialnej przyjaciółce, rzucają nowe światło na jedną z najbardziej charyzmatycznych polskich artystek.

  1. Kultura

Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora. "Na całych jeziorach - ty"

Jeremi Przybora wraz z kompozytorem Jerzym Wasowskim stworzył ponadczasowy, telewizyjny Kabaret Starszych Panów. (fot. Forum)
Jeremi Przybora wraz z kompozytorem Jerzym Wasowskim stworzył ponadczasowy, telewizyjny Kabaret Starszych Panów. (fot. Forum)
Krótki, przepełniony namiętnością i tęsknotą romans Jeremiego Przybory i Agnieszki Osieckiej przetrwał do dziś, za sprawą ich listów. Jak Starszy Pan B, znany z cylindra, butonierki i niebanalnego dowcipu, wyznawał miłość wschodzącej gwieździe polskiej piosenki?

Gdy się poznali on był u szczytu sławy jako współtwórca, wraz z Jerzym Wasowskim, Kabaretu Starszych Panów. Ona wielką popularność miała jeszcze przed sobą, choć już wtedy jej „Piosenkę o okularnikach” śpiewały tabuny młodych ludzi.

„Przypominam Ci, że to się zaczęło w nocy 1-go lutego – data nieważna, nawet lepiej w ogóle bez dat… Zupełnie przypadkowo, w przypadkowym towarzystwie znalazłem się w STS-ie, tańczyłem z paroma dziewczynami przypadkowymi, a potem z Tobą, i przypadkowość skończyła się, bo przecież byliśmy tamtej nocy umówieni od lat i ja to od razu zrozumiałem i dlatego powiedziałem sobie: Nareszcie!”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Jeremi Przybora miał wtedy 49 lat, dwójkę dzieci i tkwił w drugim, nieudanym małżeństwie.  Agnieszka Osiecka natomiast była 28-letnią rozwódką po wielu miłosnych przejściach, jej kariera dopiero nabierała tempa, a Starszego Pana B uwielbiała, podobnie zresztą jak większość polskiego społeczeństwa. Propozycje pierwszych spotkań, krótkie kartki i nieśmiałe telefony początkowo wychodziły z inicjatywy Jeremiego. To on zabiegał o tę znajomość, Agnieszka traktowała ją raczej z dystansem, zaczęła romansować „na lipę”. Szybko okazało się jednak, że jej taktyka nie działa –  już w marcu wysłała mu w liście piosenkę „O Romeo”. Jeremi nie musiał długo czekać, Osiecka odwzajemniła uczucie, mocniej w listach, słabiej w rzeczywistości.
„Nie przypuszczałem, że będę stąd pisał z taką tęsknotą do panienki, którą tyle lat temu spotkałem w pewnej deszczowej piosence, i też nic o tym nie wiedziałem. Paryż owszem, ładne miasto, ale wybudowali je strasznie daleko od Ciebie, tak jakoś nieprzewidująco […]”
(tak Jeremi pisał do Agnieszki podczas pierwszej rozłąki, gdy wyjechał do Paryża w maju 1964 roku, fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Ona odpowiedziała mu: Coś ty zrobił Jeremi… Zostawiłeś mnie samą w pustym mieście, w którym pełno jest tylko Twojej nieobecności… Żeby Warszawę doprowadzić do takiego stanu… To tylko Ty potrafisz - i również zdecydowała wyjechać. To był początek ciągłej rozłąki dwojga zakochanych poetów, której wynikiem jest najpiękniejsza w polskiej literaturze korespondencja miłosna. Jeremi potwornie tęsknił, a podróże Agnieszki zdawały się nie kończyć. Wyjeżdżała do Budapesztu, na Mazury, do Bułgarii, Londynu, Szwecji.
„[…] ale to jest skądinąd pretekst, żeby całować Cię znowu przez całą stronę, zaczynając od włosów na skroniach, a potem [dłuuugo] zabawić przy uszach, najpierw prawym, a potem lewym, z uwzględnieniem całej skomplikowanej rzeźby i detalu, a potem skupić się na oczach, takich wiecznych sadzawkach-wniebowstąpionkach. A potem powędrować ustami przez nosek bardzo kruchy, aż do ust i najpierw długo je przepraszać za zachłanność, z którą się spotkają, bardzo się z nimi zaprzyjaźnić i delikatnie scałować z nich całą nieufność, zarówno wargi górnej, jak i dolnej”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)

Nie afiszowali się swoich związkiem, raczej trzymali go w tajemnicy. Jeremi nie mówił o nim nawet najbliższym przyjaciołom, Agnieszka utrzymywała, że łączyła ich zawodowa fascynacja. Rosnącą namiętność między nimi szczelnie zamykali w kopertach z listami, do których Jeremi dołączał kwiaty, a Agnieszka zasuszone listki i prezenty z zagranicy dla jego dzieci. Gdy tylko odkładali słuchawkę telefonu siadali za biurkiem i pisali do siebie listy, pocztówki, depesze, a w nich setki wierszy i piosenek. Z miłości między nimi powstały między innymi: „Na całych jeziorach – ty”, „Mówiłam żartem”, „Miłość w Portofino”, „Moja dziewuszka nie ma serduszka”, „Podła”.

„Zauważyłem, że moja tęsknota za Tobą przybiera różne formy, niezależnie od pozycji. Inaczej zupełnie tęsknię chodząc lub stojąc, inaczej – siedząc, a jeszcze zupełnie inaczej, leżąc na strasznie pustym tapczanie…”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Gdy w końcu Agnieszka wróciła do Warszawy okazało się, że bardzo trudno im przeistoczyć głębokie uczucia z papieru w rzeczywistość. Nie poddawali się – Jeremi wyprowadził się od żony, postanowili więc zamieszkać razem. Pierwsza próba prawdziwego bycia razem uwypukliła różnice między nimi. On był typem samotnika, miał swoje rytuały, lubił porządek i święty spokój, ona kochała przebywać z ludźmi – w czasie gdy on jadł śniadanie, Agnieszka zdążyła już przemknąć przez Krakowskie Przedmieście, kogoś poznać, coś napisać. Zdawali sobie sprawę z tych różnic, Jeremi musiał wtedy znosić wahania nastrojów Agnieszki, ciągłe zmiany decyzji, napięcia, frustracje. Kolejna rozłąka pogłębiała kolejne problemy między nimi, choć uczucie jeszcze nie gasło.
„Odkąd Cię tu nie ma, przestaję trochę wierzyć, że mogłaś mi się w ogóle przytrafić, że tyle rzeczy pięknych i niezasłużonych może nagle spaść na człowieka. Dookoła mnie trwa szczelne milczenie i jednostronne „atakowanie” tego milczenia jakoś mnie zbija z tropu”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
W marcu 1965 roku Osiecka wyjechała do Paryża i ta podróż była kresem ich związku. Jeremi zrozumiał wreszcie, że ze strony Agnieszki ich relacja była jedynie chwilowym zachwytem, fascynacją, złudzeniem. Najpierw nie mógł tego zrozumieć, nie potrafił wybaczyć sobie, że kochał tak bardzo kogoś, kto igrał z jego uczuciami. Później frustracja przerodziła się w złość. Podła! Na pasku kłamstw mnie wiodła – by nagle zepchnąć w otchłań – napisał w piosence dla Kabaretu Starszych Panów. Z kolei Agnieszka, w wywiadzie udzielonym Magdzie Umer, na pytanie o to, dla kogo napisała piosenkę „Na całych jeziorach ty” odpowiedziała: Zapomniałam.
„Dla ciebie jestem sobą i choć to tak mało jest, nie potrafię być przed tobą nikim więcej”
(fragment piosenki z Kabaretu Starszych Panów "Dla ciebie jestem sobą", sł. Jeremi Przybora, muz. Jerzy Wasowski)

  1. Kultura

Agnieszka Osiecka – pisząc o sobie, pisała o każdym z nas

Agnieszka Osiecka w swoim gabinecie w Warszawie, 1986 rok. (Fot. Andrzej Świetlik, Forum)
Agnieszka Osiecka w swoim gabinecie w Warszawie, 1986 rok. (Fot. Andrzej Świetlik, Forum)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jej burzliwe życie miłosne, a potem też upodobanie do alkoholu, z którym się nie kryła – nieraz stały się tabloidową pożywką. „Życie ma swoje wybryki – i to cały jego wdzięk” – pisała już jako nastolatka w pamiętniku. Może gdyby nie żyła tak intensywnie, nie byłaby tak dobrą poetką i tak przenikliwą psycholożką? Agnieszka Osiecka miała bowiem ten dar, że pisząc o sobie, pisała o każdym z nas. Oto kilka strof z tej piosenki.

Wielbiciele Agnieszki Osieckiej dzielą się, w przybliżeniu, na dwie kategorie: zafascynowanych jej osobowością i życiem oraz zafascynowanych jej twórczością. „Tylko ludzie naiwni, tacy jak ja, nieustannie dziwią się, iż te dwa zainteresowania nie idą w parze” – pisała Agata Passent we wstępie do książki „Zabawy poufne”, złożonej z felietonów mamy. Pierwsza kategoria to „poczciwy i wylewny człowiek, który spotkał Agnieszkę w pociągu Lajkonik relacji Piwnica pod Baranami (Kraków) – Teatr Atelier (Sopot) i po tym wspólnym piwku w Warsie uznał, że zaprzyjaźnił się z panią Osiecką na całe życie”. Ten typ fana, szeroko w Polsce rozpowszechniony, mówi per „Agnieszka” i jest wręcz przekonany, że swoją osobą wywarł na poetkę znaczący wpływ, a być może nawet zainspirował do napisania kilku tekstów. „Drugi rodzaj wielbiciela to przeważnie ukochany typ Agnieszki, a mianowicie zakatarzony student filologii dowolnej płci, z lekkim przechyleniem w stronę chudego bruneta z torbą listonoszką. Czytelnik ten przeorał katalogi bibliotek wojewódzkich, podwórkowych i internetowych w poszukiwaniu choć paru genialnych zdań Mistrzyni”. Jak chociażby tych: „Nie wierzę w brak czasu. Zawsze jest czas na ten krótki błysk, na ten znak: jesteś dla mnie ważna”.

Agnieszka Osiecka pisząc o sobie, pisała tak naprawdę o każdym z nas. (Fot. Lucjan Fogiel, Forum) Agnieszka Osiecka pisząc o sobie, pisała tak naprawdę o każdym z nas. (Fot. Lucjan Fogiel, Forum)

Nie zrobię Ci śniadania

„Pamiętaj, kogo bierzesz – kundla, włóczęgę” – ostrzega Jeremiego Przyborę w 1964 roku. Osiecka ma 28 lat i jest po rozwodzie z producentem Wojciechem Frykowskim. Przybora jest od niej starszy o 21 lat i ma już dwójkę dzieci. „Zakochał się od pierwszego spojrzenia. Wpadł po uszy. Po jej uszy, które darzył uczuciem szczególnym. Nie ukrywał tego, niczego nie kombinował. Po prostu przytrafiło mu się szczęście i nieszczęście jednocześnie – zakochał się w skomplikowanej dziewczynie. Ona na początku nie bardzo wiedziała, o co jej chodzi. Uwiodła go z przyzwyczajenia jak niejednego. Znała wszystko, co napisał, wychowała się na jego audycjach radiowych” – pisała Magda Umer we wstępie do „Listów na wyczerpanym papierze”, będących zapisem tamtej miłości i jej wszystkich etapów. Od burzliwych narodzin, przez tęsknotę, odurzenie, do śmierci. Są tu listy, telegramy, kartki i karteczki, zapiski na odwrocie fotografii, dzięki którym dostaliśmy wgląd w niezwykle intymny, dwuletni romans.

Przybora nazywał ją „Nieprawdopodobną”, „Panienką z Kępy”, „Lakoniczną”, a czasami przepraszał „purpurowy ze wstydu jak ta róża”. Ich intensywna rozmowa zdaje się trwać bez przerwy, gdy kończą rozmowę telefoniczną, piszą albo ślą telegramy, kartki. „Przedtem w ogóle nie przypuszczałam, że mężczyzna może zająć ważne miejsce w moim życiu. Miałam kącik w sercu dla chłopców, ale mieściło się to gdzieś pomiędzy pisaniną a podróżami, przyjaźniami z ludźmi etc. Teraz wiem na pewno, że jesteś najważniejszy ze wszystkiego, co mam (chociaż w końcu tak bardzo Ciebie nie mam). Boję się, że Ty wcale tego mojego kochania nie czujesz, bo nie przejawia się ono w żadnej formie dbania o Ciebie” – martwi się Osiecka. Próbowała tłumaczyć, że przecież czasami kocha się z przerwami, „to znaczy czasem jest tak, że aż brzuch boli i oczy pieką, a czasem jest tak, że można wytrzymać i w ogóle myśli się mocno o czym innym”. Bała się, że ten związek skończy się jak poprzednie, że ucieknie albo nie podoła oczekiwaniom mężczyzny, lub z innych – niemożliwych do uchwycenia przyczyn – miłość zmieni się w cień. Pisała do Przybory:

„Jestem czasem dla Ciebie nieczuła, ale ja i dla siebie jestem nieczuła. Zwłaszcza w drobiazgach. Nie zrobię Ci śniadania, ale wiesz – ja i sobie nie zrobię śniadania”

A za chwilę odsłaniała się, że jest pierwszym „chłopcem”, z którym jest jej dobrze w łóżku.

„Jesteś pierwszym, najpierwszym, zupełnie jedynym mężczyzną, przez którego robi mi się czasem czarno w oczach i słodko w ustach i zupełnie nieprzytomnie w głowie”

Miłość jednak odeszła. On chciał jej częściej i więcej. Ona przepraszała za długie nieobecności i podróże. Koniec końców ostrzegała go, że jest wolnym ptakiem, włóczęgą. W końcu wyznania, jak i uczucia, zgasły.

Ślub na odległość

Cofnijmy się niecałe 10 lat, do przełomu 1956 i 1957 roku: Osiecka studiuje reżyserię w łódzkiej Filmówce i rozpoczyna karierę w STS – Studenckim Teatrze Satyryków. Właśnie wtedy, gdy w połowie studiów zaczęła pisać, zrozumiała, że nie chce reżyserować. Nie chce ustawiać ludzi, wydawać im poleceń, nadzorować tego, jak mają się poruszać i co mówić. Coraz mocniej angażuje się w STS, dla którego ostatecznie napisze 166 utworów. Do jej tekstów komponowali m.in. Marek Lusztig, Edward Pałłasz i Maciej Małecki „W późnych latach pięćdziesiątych i jeszcze głęboko w lata sześćdziesiąte koledzy z STS uczyli mnie tego, co zaniedbał tata: czegoś w rodzaju postawy społecznej. Andrzej Jarecki, poeta i mój ówczesny chłopak, nazywał nasze piosenki «liryką obywatelską». Andrzej to był taki Polak z Żeromskiego. Gdyby nie on, nie napisałabym «Okularników», piosenki, która była przez całe lata niemal hymnem politycznym młodzieży” – powiedziała w najdłuższym wywiadzie, którego udzieliła – w dodatku o samej sobie. Wywiad został opublikowany w 1992 roku w książce „Rozmowy w tańcu”. Wracając jednak na przełom lat 1956 i 1957, należy zatrzymać się przy o dwa lata starszym od niej, 24-letnim wtedy Marku Hłasce, który jest już rozpoznawalnym autorem zbioru opowiadań „Pierwszy krok w chmurach”. Gdyby kultura była istotą, uznałaby, że pasują do siebie idealnie: inteligentni, piękni, utalentowani, niepokorni, głodni życia. I faktycznie, wszystko zmierza w tę stronę – zostają narzeczonymi. Jednak każde z nich poza marzeniami o wspólnym życiu, snuje również swoje artystyczne wizje. Hłasko wyjeżdża na Zachód. Gdy jego paszport traci ważność, nie może wrócić. Osiecka próbuje interweniować, jednak bezskutecznie, bo po publikacji w paryskiej „Kulturze” pisarz nie jest dobrze widziany przez władze. Kochankowie są skazani na miłość na odległość.

W czerwcu 1957 roku Agnieszka pisze: „Marku najmilszy! Masz w sobie to najpiękniejsze, co może mieć człowiek – prawdę. Nie chcesz być taki jak świat, w którym żyjesz. Jesteś najodważniejszy z naszego pokolenia, bo widzisz prawdę nawet tam, gdzie to bardzo boli. Jesteś bardzo piękny i bardzo wiele wart”. Hłasko odpowiada: „Nigdy nie myślałem, że będę Cię tak kochać, jak Cię kocham, i że tyle zyskam”. A dwa lata później pisze z Tel Awiwu: „Zapytaj się kogoś rozsądnego, czy w moim przypadku istnieje możliwość ślubu z Tobą na odległość. I napisz mi o tym szczegółowo. Jeśli to możliwe, to zaraz to załatwimy, a przynajmniej połowę kłopotów będę miał za sobą”. Jego listy zostały zebrane w książce „Marek Hłasko. Listy”. Po ponad 20 latach w książce „Szpetni czterdziestoletni” Osiecka tak go wspomina: „Chłopak, na którym mi zależało, nie posiadał, rzecz jasna, samochodu, ale dzień i noc towarzyszyło mu marzenie o zielonkawym amerykańskim jeepie z demobilu, na którym przemierzałby miasta i wsie, czyniąc dobre uczynki. Do dziś na widok podobnego wozu lub choćby wojskowego gazika żywiej mi bije serce”. Wyjeżdżając, zostawił jej maszynę do pisania, podobno trzymała ją na biurku do samego końca.

Niech żyje bal

Jako nastolatka, w 1952 roku napisała: „strasznie się cieszę, że ojciec kupuje mi samochód”. W tamtych czasach niewiele osób mogło coś takiego powiedzieć. Zresztą rodzinę miała wyjątkową. Przyszła na świat 9 października 1936 roku w Warszawie. Rok później jej rodzice przenieśli się do Zakopanego. Maria Osiecka prowadziła kawiarnię „Watra”, w której jej mąż występował aż do 1939 roku. O ojcu Agnieszka pisała, że udało mu się „wyhodować” z niej niezłe dziwadło. Wiktor Osiecki – jak opowiada Magda Umer w artykule „Słońce do chleba” – „walczył z trzema potęgami tego kraju: komunizmem, głupimi księżmi i nacjonalizmem. Słynny pianista i kompozytor postanowił nauczyć ją pięciu języków, zabraniał czytania gazet i Sienkiewicza. kiedy mama, polonistka, stanęła w obronie autora Trylogii, mówiąc: «Ależ Wiktor, w końcu on dostał nagrodę nobla, ona powinna to przeczytać» – odpowiadał spokojnie: «Ja niczego nie powinienem i ona niczego nie powinna». A ponieważ uważał, że powinna pływać i latać na szybowcach – z miłości do niego o mały włos zostałaby zawodową pływaczką. Do szybowca na szczęście nie pozwolili jej wsiąść”.

Agnieszka Osiecka i Jarosław Abramow-Newerly (pisarz, kompozytor, autor tekstów piosenek, słuchowisk radiowych, dziennikarz), 1963 rok. (Fot. Sławek Biegański, Forum) Agnieszka Osiecka i Jarosław Abramow-Newerly (pisarz, kompozytor, autor tekstów piosenek, słuchowisk radiowych, dziennikarz), 1963 rok. (Fot. Sławek Biegański, Forum)

Marzyła o sławie i miłości rozpaczliwie. Już jako młoda dziewczyna przyznawała, że chce być „oblegana przez tłumy, mieć powodzenie, szaleć, być kobietą uwielbianą”. Jej życzenie spełniło się. Zapłaciła jednak za to sporą cenę mierzenia się z pretensjami mężczyzn, z ich i własnym bólem, ze smutkiem. Przechodziła ze związku w związek, podążając za namiętnością. Z Danielem Passentem, dziennikarzem „Polityki”, stworzyła dom na warszawskim żoliborzu, w którym wychowywali córkę Agatę. Porzuciła ten świat dla Zbigniewa Mentzla, również dziennikarza, z którym przeżyła kolejne lata. W książce „Rozmowy w tańcu” wyznała, że jest alkoholiczką. Traktowała alkohol jako przyjaciela, lekarza, a w końcu jako ostatnią deskę ratunku i śmiertelnego wroga. W jednym z jej najbardziej rozpoznawalnych utworów – „Niech żyje bal” – zawarła melancholijne wezwanie:

„Bal to najdłuższy, na jaki nas proszą, nie grają na bis, chociaż żal, zanim więc serca upadłość ogłoszą – na bal, marsz na bal!”

Świadoma przemijalności, kruchości życia oraz zawartych w nim absurdów, skrajności i niemożliwych do uchwycenia blasków, potrafiła porwać miliony rytmem, kompozycją i słowami. Dzięki temu, jak żyła i co napisała, zostawiła trwałą spuściznę, czasami chwile radości, innym razem pretekst do namysłu.

Pamiętajmy o Osieckiej

Jan Kott nazwał ją „poetką złamanego koloru”. O spuściznę po niej dba jej córka Agata Passent i Fundacja Okularnicy. Dzięki temu mamy obecnie dostęp nie tylko do jej utworów, ale również zachowanych i wydanych opasłych dzienników oraz pamiętników. Teksty piosenek, które stworzyła, przeszły do historii polskiej muzyki i są punktem odniesienia dla wielu młodych twórców. Wystarczy wymienić: „Okularników”, „Na całych jeziorach ty”, „Zielono mi”, „Małgośkę”, „Nie spoczniemy”, „Polską Madonnę”, „Niech żyje bal”, „Nie żałuję”, „Grajmy Panu”. Jej słowa wyśpiewywali i interpretowali m.in. Maryla Rodowicz, Edyta Geppert, Sława Przybylska i Seweryn Krajewski. Niewiele osób wie również, że w 1982 roku wymyśliła hasło reklamowe „Coca-cola to jest to!”, które stało się międzynarodowym sloganem. Ostatnie sztuki i utwory pisała dla Teatru Atelier w Sopocie w latach 1994 –1996. To właśnie tam odbywają się co roku półfinałowe koncerty konkursu na interpretację piosenek Osieckiej zatytułowane „Pamiętajmy o Osieckiej”. Żyła zgodnie z tym, co powtarzała pod koniec życia: nie wolno niczego odkładać na później, bo może nie być żadnego później. „Nagle, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo kto i nie wiadomo dlaczego, wyłączy ci prąd w środku dnia i pstryk, wszystko zgaśnie” – wspominała jej słowa w 1997 roku Magda Umer, otwierając historyczny koncert „Zielono mi” w trzy miesiące po śmierci przyjaciółki. W ostatnich tygodniach poetka miała powtarzać, że wszystko jest dla ludzi, nawet umieranie. „I niech sobie ci inni nie myślą, że to ich nie czeka, to tylko kwestia czasu” – dodała Umer z uśmiechem. Agnieszka Osiecka zmarła 7 marca 1997 roku na chorobę nowotworową.

  1. Kultura

Marek Hłasko - pisarz, buntownik i łamacz serc

Marek Hłasko (Fot. Agencja BE&W)
Marek Hłasko (Fot. Agencja BE&W)
Pisarz z wrodzonym talentem, wiecznie nieszczęśliwy, nazywany polskim Jamesem Deanem – w latach 50-tych najważniejszy głos młodego pokolenia, a przede wszystkim legenda polskiej literatury. Marek Hłasko obchodziłby dziś swoje 86 urodziny, przedstawiamy krótki rys biograficzny autora, przeplatany jego najpiękniejszymi cytatami.

Pisarz z wrodzonym talentem, wiecznie nieszczęśliwy, nazywany polskim Jamesem Deanem, a przede wszystkim legenda polskiej literatury i najważniejszy głos młodego pokolenia lat 50-tych. Marek Hłasko obchodziłby dziś 86. urodziny - przedstawiamy rys biograficzny autora, przeplatany jego najpiękniejszymi cytatami.

Marek Hłasko urodził się 14 stycznia 1934 roku. Okres dzieciństwa spędził w Warszawie u boku ukochanej matki Marii Hłasko. Czas okupacji, powstanie warszawskie, przemarsz Armii Czerwonej i traumatyczne przeżycia wojenne młodego pisarza sprawiły, że nazywał siebie samego „produktem czasu wojny”. W „Pięknych dwudziestoletnich”, swojej literackiej autobiografii, napisał: „Jest dla mnie oczywiste, że stanowię produkt czasu wojny, głodu i terroru. Stąd bierze się nędza intelektualna moich opowiadań; ja nie potrafię wymyślić opowiadania, które nie kończyłoby się śmiercią, katastrofą, samobójstwem czy więzieniem” (fragment z "Pięknych dwudziestoletnich" Marka Hłaski, wyd. Agora).

Na przekór światu

Po wojnie rodzina Hłasków zamieszkała we Wrocławiu. W czasach szkolnych Marek na dobre rozpoczyna swój bunt, zostaje wyrzucony ze szkoły i w wieku szesnastu lat całkowicie się z nią rozstaje, zaczyna pracować jako kierowca ciężarówki. Te, mogłoby się wydawać, prymitywne zajęcie młodego pisarza staje się później inspiracją dla jego twórczości. Pisarsko debiutuje w 1951 roku opowiadaniem „Baza Sokołowska”. Zostaje korespondentem terenowym „Trybuny Ludu”, a w 1952 roku nawiązuje kontakt ze Związkiem Literatów Polskich, by rok później otrzymać trzymiesięczne stypendium twórcze dla wschodzących talentów.
„Nie widziałem jeszcze ludzi, którzy spotkaliby się w dobrym miejscu życia. Takiego miejsca w życiu nie ma i być nie może. Zawsze zdaje się, że jest zbyt późno lub zbyt wcześnie; że zbyt wiele doświadczenia albo że zbyt mało. Zawsze coś stoi na przeszkodzie"
Fragment opowiadania „Ósmy dzień tygodnia” Marka Hłaski, wyd. Elf.

Bunt literacki

Po 1953 roku jego pisarska kariera nabiera zatrważającego tempa – publikuje „Sonatę marymoncką”, „Złotą jesień”, „Szkołę” i „Noc nad piękną rzeką”. Staje się znany w środowisku literackim, nie ma tygodnia bez artykułu prasowego o Marku Hłasce. W wieku 21 lat publikuje tom opowiadań „Pierwszy krok w chmurach”, którego nakład pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy rozchodzi się błyskawicznie. Zachwyca niepowtarzalnym stylem, unikatową umiejętnością opisywania rzeczywistości, jego twórczość jest nowatorska, nikt wtedy nie pisał tak jak on, a przede wszystkim nikt z taką literacką bezczelnością nie przeciwstawiał się obowiązującym normom. Marka Hłaskę uznano za najważniejszy głos młodego pokolenia, stał się idolem młodzieży i symbolem buntu. Tysiące młodych ludzi powtarzało po nim słowa z opowiadania „Dom mojej matki” – „Mam osiemnaście lat i gotów byłbym zabić za każdy listek oderwany z drzewa moich marzeń” (fragment pochodzi ze zbioru opowiadań Marka Hłaski „Pierwszy krok w chmurach”, wyd. Agora).

Rozkochiwał i uwodził

Słynął również z opinii nieprawdopodobnego kobieciarza, chociaż potrafił rozkochać w sobie nie tylko kobiety, ale też mężczyzn, którzy, omamieni jego urokiem, byli gotowi zrobić dla niego wszystko. Nieoczywisty, przystojny, niebieskooki, z postawą „na chuligana” uwodził i tkwił ciągle w kilku romansach jednocześnie.
„Ja wiem, że ty wszystko wiesz. Ty jesteś tak zwana mądra kobieta, o ile takie w ogóle istnieją. To znaczy najbardziej nieszczęśliwa. Dlatego, że jesteś mądra. Że wszystko rozumiesz, że wszystko wybaczasz, że wszystko potrafisz mądrze ustawić. Za mądrość płaci się cierpieniem. Biedne, nieszczęśliwe, mądre kobiety”
Fragment opowiadania Marka Hłaski „Pętla”, ze zbioru „Pierwszy krok w chmurach”, wyd. Agora.
Żonaty był tylko raz, ze sławną, niemiecką aktorką Sonją Ziemann, jednak to jego związek z Agnieszką Osiecką, którą nazwał swoją „Panną Czaczkes”, przeszedł do legendy.

W jednym z listów pisał do niej: „Gdybym miał choć odrobinę gwarancji, że będę mógł być z Tobą, choć przez rok, choć przez pół roku, a potem – śmierć, to bym pojechał do Ciebie. To nie melodramat; to wyznanie tego, który na pewno – z całym idiotyzmem i kabotynizmem - najwięcej Cię kochał" (fragment z książki Temidy Stankiewicz-Podhoreckiej „Listy Marka Hłaski”, wyd. Ypsylon).

Emigracja a depresja

„Raz w życiu pomyliły mi się kroki i od tego czasu chodzę krzywo” – napisze w swojej pierwszej powieści „Następny do raju”, nad którą później będzie pracował w roli scenarzysty. Po wydarzeniach z Października’56 ówczesne władze przestały tolerować jego nonkonformistyczne, literackie wybryki. By uniknąć konsekwencji w 1958 roku Marek wyjeżdża do Paryża, zupełnie nieświadomy tego, że czeka go podróż w jedną stronę, bez możliwości powrotu do ojczyzny.
„Lepiej się rozstać. W każdej sprawie ludzkiej istnieje krąg, którego nie powinno się przekraczać. Lepiej odejść i ocalić chociażby wspomnienia. Szacunek. Godność. To mimo wszystko nie są takie głupie sprawy, jak by się zdawało”
Fragment opowiadania „Ósmy dzień tygodnia” Marka Hłaski, wyd. Elf.
Początkowo na emigracji pozwala sobie na wszystko – prowadzi jeszcze bardziej awanturniczy tryb życia, bawi się, trwoni pieniądze, prowokuje i aż nadto korzysta z życia. Później jednak, gdy kolejne starania o powrót do kraju kończą się niepowodzeniem (próbował wrócić do Polski z Paryża, Berlina Zachodniego, Tel Awiwu), jego życie coraz bardziej zaczyna przypominać nieustanną gonitwę, przeplataną depresją, alkoholem, więzieniem, kliniką psychiatryczną, chwilowymi pracami fizycznymi, małżeństwem, rozwodem i zaprzepaszczoną szansą na karierę w Hollywood.
„Często najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić – nieraz na zawsze”
Fragment pochodzi ze zbioru opowiadań Marka Hłaski „Pierwszy krok w chmurach”, wyd. Agora.
Umarł w wieku 35 lat w Wiesbaden (Niemcy), po prawie jedenastu latach na emigracji, prawdopodobnie wskutek połączenia środków nasennych z alkoholem. „Żył, pił i nieźle pisał” – napisały po jego śmierci niemieckie media.

  1. Kultura

Osiecka na niepogodę

Agnieszka Osiecka poprzez swoje teksty dawała ludziom radość i piękno w trudnych czasach. (fot. Forum)
Agnieszka Osiecka poprzez swoje teksty dawała ludziom radość i piękno w trudnych czasach. (fot. Forum)
Agnieszka Osiecka dziś obchodziłaby 83. urodziny. W hołdzie artystce przypominamy jej 10 najpiękniejszych myś

li.

Miłość

Często kocha się z przerwami. To znaczy czasem jest tak, że aż brzuch boli i oczy pieką, a czasem jest tak, że można wytrzymać i w ogóle myśli się mocno o czym innym – tak poetka pisała w liście do Jeremiego Przybory. Fragment pochodzi ze zbioru „Listy na wyczerpanym papierze” (wyd. Agora, 2016).

Za miłością goniła całe życie. Otaczała się mężczyznami od najmłodszych lat – kochali się w niej inteligentni, kulturalni, wybitnie utalentowani mężczyźni, ale też chuligani. Przeżyła wiele intensywnych związków, przyjaźni, flirtów, romansów, małżeństw. Nie raz miała złamane serce. Skutkiem wszystkiego są najpiękniejsze teksty o miłości.

Tęsknota

Osiecka nieustannie czegoś poszukiwała, była w ciągłej podróży. Tęsknota była wpisana w jej życie. Uczucie to stało się źródłem inspiracji do lirycznej korespondencji z obiektami jej westchnień.

Tęsknię do Ciebie przez stół, przy którym siedzimy, tęsknię z fotela na fotel obok, w teatrze czy w kinie. Na szerokość kołdry, która okrywa nas oboje, też potrafię tęsknić do Ciebie – przez drzwi łazienki, w której się kąpiesz, i przez schody, po których idziesz do mnie, i przez naskórek mój, szczelnie przywarty do Twego

(fragment listu do Jeremiego Przybory ze zbioru „Listy na wyczerpanym papierze”, wyd. Agora, 2016)

Życiowa lekkość

Potrafiła podjąć dyskusję zarówno na ważne i wysublimowane tematy, jak i plotkować o rzeczach zupełnie przyziemnych. Nadawało to jej twórczości lekkiego charakteru i sprawiało, że wiersze i piosenki trafiały do każdego a jednocześnie niosły za sobą poważny przekaz. Osiecka swoimi tekstami z pełną świadomością uczyła traktowania rzeczy lżej niż one się przedstawiają. Nie bez przyczyny Maryla Rodowicz śpiewała jej słowami:

„nie daj mi Boże, broń Boże skosztować tak zwanej życiowej mądrości, dopóki życie trwa, póki życie trwa”

(fragment piosenki Maryli Rodowicz „Wielka Woda” ze słowami Agnieszki Osieckiej)
 

https://www.youtube.com/watch?v=xxohxQOO0kA

Złamane serce

Kochałam Pana po swojemu, kochałam Pana tak , jak umiem a Pan się na to zgodzić nie mógł, odszedł i zniknął w obcych tłumie… Teraz Pan wzrusza ramionami sam nad zielonym oceanem, a patetyczni zakochani szepcą nad Panem – swoje amen”

(fragment wiersza „Kochałam Pana” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)
Rzeczywistość ją nudziła. Nie potrafiła stać w miejscu, nienawidziła się przyzwyczajać. Magda Umer mówiła, że „ona nie zaprzyjaźniała się, tylko uwodziła – nieustannie rozkochiwała w sobie ludzi, zwierzęta, rośliny i porzucała w pół kroku, w pół zdania, nagle, może nawet nieoczekiwanie dla niej samej”. Agnieszka miała skłonność do łamania serc, chociaż sama nieustannie doświadczała tego samego.

Samotność

Agnieszka wielokrotnie podkreślała, że ma w życiu jednego wroga – Agnieszkę Osiecką. Nawet jej najbliżsi przyjaciele przyznawali, że często nie rozumieli jej zachowania, albo rozumieli zupełnie na opak. Ciągle zmieniała nastrój, nie potrafiła nad tym zapanować, a swoje myśli umiała uporządkować tylko w jeden sposób – przelewając je na papier.

„Boję się, że Ty wcale tego moje kochania nie czujesz, bo nie przejawia się ono w żadnej formie dbania o Ciebie. Chciałabym jednak, żebyś pamiętał, że ja o siebie też przecież nie dbam. Jestem czasem dla Ciebie nieczuła, ale ja i dla siebie jestem nieczuła. Zwłaszcza w drobiazgach. Nie zrobię Ci śniadania, ale wiesz - ja i sobie nie zrobię śniadania”

(fragment listu do Jeremiego Przybory ze zbioru „Listy na wyczerpanym papierze”, wyd. Agora, 2016)

Szczęście

Osiecką inspirowało wszystko co znajdowało się wokół niej, ale szczególny rodzaj twórczego natchnienia czerpała z drugiego człowieka. Szczęśliwa czuła się wyłącznie w towarzystwie ludzi, których zachowania rozkładała na czynniki pierwsze i z uporem starała się zrozumieć. W „Rozmowach w tańcu” (wyd. Tenten, 1992) pisała, że szczęście to jest radość powtarzania. Jeśli ktoś stanął nad ranem w porcie, spojrzał w morze i zobaczył nagle jak niebo pęka i ze stalowej jamy wynurza się rdzawa kreska – jak w rozpalonym piecu – to znaczy… no właśnie, to nic nie znaczy. Bo ten, kto znalazł tam się jeden jedyny raz i się ucieszył raz szaleńczo, to nie jest jeszcze człowiek szczęśliwy. To jest człowiek, któremu się coś udało. (…) Ale człowiek, który chodzi na brzeg codziennie i za każdym razem jest olśniony, to jest człowiek szczęśliwy

Portem Osieckiej były noce spędzone na rozmowach z kolejnymi znajomymi, po których włóczyła się bez końca, nie mogąc znaleźć swojego miejsca na ziemi.

Pośpiech

Lubiła się włóczyć, chodzić na długie spacery, a przede wszystkim do niczego i nikogo się nie spieszyć. Wówczas rozmyślała jeszcze intensywniej, wspominała i szukała odpowiedzi na pytania, które wiatr przywiał jej do głowy.

Dawniej było łatwiej patrzeć niż teraz. Szedł sobie człowiek po ulicy, patrzył, rozglądał się, aż wypatrzył jakiś fakt. Więc zaraz o tym fakcie coś sobie pomyślał. (…) Ale teraz to nie jest takie proste. Zegarki pognały do przodu, fakty runęły przed siebie, myśli ruszyły z kopyta, wszystko się przemieszało, wszystko szumi jednocześnie albo są same fakty i nie ma żadnych myśli, albo myśli ciurkiem lecą jedna po drugiej jak autobusy i na to wygląda, że jest pożar w kurniku i wyścigi stylem dowolnym

(fragment opowiadania „Biała bluzka”, Wydawnictwo Literackie, 1998)
 

Agnieszka Osiecka była jedną z niewielu poetek, które tak trafnie potrafiły opisywać otaczającą nas rzeczywistość. (fot. Forum) Agnieszka Osiecka była jedną z niewielu poetek, które tak trafnie potrafiły opisywać otaczającą nas rzeczywistość. (fot. Forum)

Problemy

Jej wiersze z ostatnich lat przed śmiercią są dramatyczne i smutne, nie jest to ta Osiecka, do której nas przyzwyczaiła. W „Rozmowach w tańcu” otwarcie pisała o swoim alkoholizmie, a w „Białej bluzce” własne problemy przeobraziła w czystą poezję.

„Zobaczysz, jeszcze z tego wybrnę, nie będzie dziury w niebie, pamięć - jak szybę - wytrę... Niech no tylko przyjdę do siebie. Wystarczy jedna chwilka, wystarczy jeden gest, a przyjdę, przyjdę do siebie... Lecz gdzie to? Gdzie to jest?”

(fragment wiersza „Przyjdę do siebie” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)

Śmierć

Starała oswoić się z umieraniem piosenkami i poezją, pomogło jej to odważnie patrzeć śmierci prosto w oczy. Odchodziła stopniowo, z dnia na dzień mocniej zaplątana w sidła choroby pomagała innym, nadal nie dbała o sprawy materialne i zastanawiała się co spotka ją tam, po drugiej stronie. Wierzyła, że Bóg – także poeta – będzie opiekował się nią bezpośrednio i da jej specjalne prawa.

„Ty przyjdź do mnie kiedyś nad ranem, ze śmiercią jak z panną pod rękę, i podaj mi czarny atrament na śmieszną ostatnią piosenkę. Staniemy tak sobie jak w lustrach ty – moje życie, i ja, i może to będzie szósta a może przejdzie sto dwa… „Niebrzydka z was dwojga jest para” – śmierć powie, ścierając z nas kurz. ja na to powiem: „Sen mara”… A życie: „już”

(fragment wiersza „Zesłowiczenie”z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)

Zakręty życia

Agnieszka Osiecka jest autorką tekstów, ponad dwóch tysięcy piosenek oraz nieskończonej liczby pięknych wersów. Bezbłędnie nazywała rzeczywistość, snuła nieustanne refleksje, podejmowała tematy zarówno przyziemne, jak i te najwyższych lotów, potrafiła nadać kolor nawet najbardziej błahym sprawom ludzkiej codzienności. Wielki talent, łatwość tworzenia i ciągły mętlik w głowie – to wszystko w jednej poetce, która cały czas żyła „na zakręcie”.

„A ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Moje prawo to jest pańskie lewo. Pan widzi: krzesło, ławkę, stół, a ja - rozdarte drzewo. Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Ode mnie widać niebo przekrzywione. Pan dzieli każdą zimę, każdy świt na pół. Pan kocha swoją żonę”

(fragment wiersza „Na zakręcie” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)
https://www.youtube.com/watch?v=vNP-Yz50NDE