fbpx

„Najsamotniejsza z planet” – recenzja

Ten wizualnie piękny film jest przykrywką do brzydkiej prawdy o nas samych: chcemy, aby nasze życie było, ładne, fajne i kolorowe jak ze zdjęcia, a zapominamy, że to my sami do niego nie pasujemy.
Bardzo lubię takie filmy, jak „Najsamotniejsza z planet” Julii Loktev, amerykańskiej reżyserki rosyjskiego pochodzenia. Są jak pięknie wydawana książka, czyli tak jak każdy lubi, jak ślicznie opakowany prezent, który w miarę rozwijania czy przekładania kartek zaczyna nas mdlić swoim widokiem.

Opowieść jest też taka, o jakich lubimy czytać lub słuchać. Oto ładna, inteligentna i zabawna para światowo obytych amerykańskich 30-latków wyrusza w przedślubną podróż po Gruzji. A jako że dzisiejsi turyści nie lubią słów „turysta” i „all inclusive”, a wolą niewygodne, ale jakże pełne wrażeń podróżowanie na tzw. backpackersa, podobnie i nasi bohaterowie, z plecakami i aparatem, wynajmują lokalnego przewodnika i dawaj w góry Kaukazu.

Od początku ich lubimy. Są zabawni, pełni radości, pomysłów, pełni lekkości i zakochani w sobie. Widać, że dobrana z nich para. Do czasu, gdy wesołą podróż zniszczy spotkanie w górach autochtonami. Nie zdradzę co się stało, bo to scena niczym z opowieści o księżniczkach i broniących ich rycerzach. Grunt, że główny bohater, którego rolę odgrywa chłopięcy Gael García Bernal, przez zwykły bezmyślny odruch, psuje wszystko: beztroską podróż, udaną relację z ukochaną (płomiennowłosa Hani Furstenberg) i prawdopodobnie szansę na spokojny związek. To co bezmyślnie a intuicyjnie robi Bernal, jest czymś naturalnym, ale jednocześnie zaburza schemat, w jakim wszyscy – mimo postępu obyczajów – się wychowujemy, a mianowicie mit o dzielnych mężczyznach i bezbronnych kobietach.

Reżyserka swoim filmem daje nam prztyczka w nos: szukamy idealnych partnerów na całe życie, wiemy jacy mają być, wierzymy w równouprawnienie. A tu nagle drobny incydent i nasz związek upada w gruzach z głośnym łoskotem aparatów, menażek i innych podróżniczych gadżetów. Bo ważniejsze od nowoczesnego podejścia okazują się schematy wpojone jeszcze w życiu prenatalnym. Ta podróż po Gruzji, jaką odbywa nasza para, to piękna metafora życia w ogóle. W naszych marzeniach o przyszłości i związkach chcemy żyć tak ładnie jak na zdjęciach, które wrzucamy na Facebooka. Jedna rysa, jedna krzywa mina i już kasujemy lub szybko obrabiamy w Photoshopie. A pewnych scen z życia, często tych najważniejszych, nie powtórzy się aparatem cyfrowym.

Julia Loktev nie pozostaje też dłużna idei podróżowania, jaką wyraża cykl przewodników Lonely Planete – stąd też poniekąd tytuł filmu. Misja tych przewodników to wyposażenie turysty w taką wiedzę i potrzebne wskazówki, by samodzielnie pokonywał zakątki Ziemi. Ale oznacza to też narzucanie takiej wizji świata, która nie bierze pod uwagę specyfiki lokalnych obyczajów, kulturowych niuansów i społecznych reguł. Morał z tego taki, że często nasza arogancja i ignorancja zarówno w podróży jak i w życiu, rzadko wychodzi na dobre.